1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Sztuka kompromisu w urządzaniu wspólnego wnętrza

Sztuka kompromisu w urządzaniu wspólnego wnętrza

123rf.com
123rf.com
Wspólne urządzanie mieszkania to duże wyzwanie - trzeba połączyć odmienne gusta i tym samym pójść na wiele ustępstw. W takich okolicznościach łatwo o kłótnie. Jak wypracować idealny kompromis i uniknąć sprzeczek?

Po pierwsze planowanie Najważniejszą zasadą przy urządzaniu wspólnego mieszkania jest planowanie. Usiądźcie wieczorem na kanapie i spokojnie omówcie, jak każde z was wyobraża sobie wymarzone cztery kąty. Jeśli temat koloru kafelków pierwszy raz pojawi się dopiero w sklepie budowlanym, na pewno nie uda się podjąć najlepszej decyzji. Podczas wcześniejszej rozmowy będziecie mogli na przykład ustalić, jakie rozwiązania są absolutnie nieakceptowane dla drugiej osoby – w najgorszym razie wybierzecie mniejsze zło. Zatem dla niego różowa ściana w łazience będzie zupełnie nie do przyjęcia, ale na błękit już może przystać. Dla niej z kolei odpada czteroosobowa kanapa, ale na trzyosobową plus fotel może się zgodzić. Naprawdę stresujące są bowiem dopiero momenty w sklepach, przy zatrudnianiu ekipy remontowej – kiedy nie ma już czasu na zastanawianie się. Poza tym różnica zdań i osobowości ma swoje zalety! Według psychologów z Uniwersytetu Columbia zgadzanie się we wszystkich kwestiach może być powodem zbytniej bliskości, a nawet rozpadu związku! „Według badań pary, które są zbyt podobne do siebie, zarówno fizycznie, jak i pod względem osobowości, mają mniejsze szanse na to, aby stworzyć długotrwałe relacje niż te osoby, które mają i wyrażają własne, odmienne zdania”, opisuje Leon Watson w artykule opublikowanym na stronie dailymail.co.uk.

Sztuka kompromisu Nie bój się kompromisów! Spójrz na nie jak na trzecią opcję, której wcześniej nie braliście pod uwagę. Jeśli konflikt dotyczy na przykład kolorów ścian – ona chce całe białe, a on granatowe – połączcie wasze pomysły. Jedna ściana pomalowana mocnym kolorem nie będzie przytłaczająca, za to może nadać wnętrzu charakteru. Łączenie różnych stylów jest na topie, dlatego na pewno i dacie radę! Nie musicie wybierać między nowoczesnym apartamentem a przytulnym mieszkaniem z meblami z epoki. Ich połączenie to dzisiaj królujący w żurnalach trend. Minimalistyczna przestrzeń tylko podkreśli urok przedwojennego kredensu czy odrestaurowanego fotela z peerelu.

A co z meblami? Czas na konkrety. Część mebli każde z Was może już mieć i może nie chcieć rozstawać się z ukochanym fotelem czy toaletką po babci. Część jednak będziecie musieli kupić, a więc wspólnie wybrać te najlepsze dla obojga. Choć nie ma reguły, to jednak przy wyborze mebli da się zauważyć pewne tendencje. - Panowie przeważnie koncentrują się na jakości i funkcjonalności mebli. Sprawdzają ich dane techniczne, przyglądają się wykończeniu oraz pytają o wytrzymałość i materiały. Panie z kolei są bardziej na bieżąco z aktualnymi trendami i przywiązują większą wagę do designu oraz tego, jak mebel będzie pasował do całego mieszkania – mówi Ewelina Wójcik, Dyrektor Marketingu marki Meble Wójcik. Zauważcie, że te dwie tendencje nie tylko się nie wykluczają, ale doskonale uzupełniają. Wystarczy nieco wytrwałości w poszukiwaniach i nowy stół będzie tak samo solidny, jak estetyczny.

Każdy musi mieć swoją przestrzeń Ostatnia – ale także bardzo ważna – zasada dotyczy dobrej organizacji i podziału przestrzeni. Każdy z domowników musi mieć odpowiednio dużo miejsca na swoje rzeczy. Zaplanowanie osobnych szafek w łazience na kosmetyki czy półek na buty ułatwi przede wszystkim późniejsze użytkowanie mieszkania. Żeby uniknąć porannych awantur spowodowanych tym, że woda kolońska zapodziała się między szminkami, lakierami do paznokci i balsamami do ciała, od razu uwzględnijcie różne potrzeby obydwojga.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Bunt wobec powtarzalności

Salon ma wszystko to, co lubi Ola: przestrzeń, wysokie okna i kolory. Nad kanapą – kilim, powieszony całkiem niedawno. Stworzyła go Ana Clerici, argentyńska artystka. (Fot. Celestyna Król)
Salon ma wszystko to, co lubi Ola: przestrzeń, wysokie okna i kolory. Nad kanapą – kilim, powieszony całkiem niedawno. Stworzyła go Ana Clerici, argentyńska artystka. (Fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Aleksandra Kaliszan z Aleksandrii koło Kalisza… Brzmi bajkowo. I słusznie. W mieszkaniu Oli we wrocławskiej kamienicy też jest jak w bajce. Kolorowo, energetycznie, magicznie. – Kiedy przekraczam jego próg, wszystko, co złe, zostaje na zewnątrz. To moja oaza, mój własny mikrokosmos – mówi.

Kamienice lubiłam od zawsze. Kiedy gdzieś wyjeżdżałam, pierwszym punktem zwiedzania był spacer po dzielnicach kamienicznych, odnajdywałam przedwojenne kafelki i robiłam im zdjęcia. Dziś zajmuję się organizowaniem podróży służbowych w firmie programistycznej, ale przez lata pracowałam w Luft­hansie, w obsłudze klienta, dużo latałam po świecie. Kiedy przyszedł czas, żeby gdzieś osiąść na stałe, wybrałam Wrocław, spodobał mi się ze względu na niesamowity klimat.

Wiedziałam, że tam, gdzie kiedyś zamieszkam, muszą być duże okna, ma być wysoko i przestronnie. I życie tak się cudownie potoczyło, że dwa lata temu znalazłam to mieszkanie. W kamienicy z 1904 roku, w dzielnicy Nadodrze, na drugim piętrze. Szukałam go pół roku, powoli tracąc nadzieję. Mieszkania w kamienicy, zwłaszcza we Wrocławiu, to zwykle rudery, są w strasznym stanie i wymagają generalnego remontu, a jak się już trafia coś ciekawego, to ma astronomiczną cenę i przeważnie mieści się w wyremontowanej, bezosobowej, prywatnej kamienicy.

Półeczka nad kaloryferem też jest całkiem świeża. Wstążeczki, które z niej zwisają, miały być tylko na święta, ale zostały, bo świetnie tu pasują, do tego mienią się i ruszają pod wpływem podmuchów ciepła z grzejnika. Wszystkie obrazki na ścianach są albo z podróży, albo z domu rodzinnego – każdy ma jakieś znaczenie. Ola jest też zwolenniczką układania książek kolorami. (Fot. Celestyna Król) Półeczka nad kaloryferem też jest całkiem świeża. Wstążeczki, które z niej zwisają, miały być tylko na święta, ale zostały, bo świetnie tu pasują, do tego mienią się i ruszają pod wpływem podmuchów ciepła z grzejnika. Wszystkie obrazki na ścianach są albo z podróży, albo z domu rodzinnego – każdy ma jakieś znaczenie. Ola jest też zwolenniczką układania książek kolorami. (Fot. Celestyna Król)

Tymczasem moja kamienica ma charakter. Stoi blisko Odry, tuż pod oknem są wały spacerowe, jest spokojnie i cicho – tak jak lubię.

Ludzie mówią, że pierwsze mieszkanie jest eksperymentem, wprawką, dopiero potem kupuje się kolejne, w którym się już wie, co i gdzie ma stać. Ja mam zamiar tu zostać i nigdy się nie wyprowadzać, ale postanowiłam, że moje mieszkanie będzie moim kreatywnym placem zabaw. Zwłaszcza teraz, podczas lockdownu, kiedy stale w nim siedzę – ciągle mam ochotę coś zmieniać.

Tamborek z wróbelkiem – wykonanie własne. (Fot. Celestyna Król) Tamborek z wróbelkiem – wykonanie własne. (Fot. Celestyna Król)

Moimi sprzymierzeńcami są targi staroci, sklepiki vintage, ale też OLX, Allegro czy zakładka Marketplace na Facebooku. Wolę korzystać z czegoś, co już zostało stworzone, w imię idei recyklingu i less waste. Wszystkie meble – oprócz kanapy i szafki pod telewizor – są z drugiej ręki. Odnawialiśmy je w domu moich rodziców na wsi, a trafiły do mnie od bliskich i znajomych albo od ludzi sprzedających je w Internecie. Starałyśmy się z mamą je oszlifować i odnowić na tyle, na ile potrafimy. Pewnie mogłyby wyglądać lepiej, ale mnie się podobają takie, jakie są. Poza tym lubię robić coś sama.

Szafka-kwietnik kupiona na Facebooku. Jest drewniana, antyczna i ozdobiona ręcznie motywem kwiatowym przez pewnego studenta ASP. (Fot. Celestyna Król) Szafka-kwietnik kupiona na Facebooku. Jest drewniana, antyczna i ozdobiona ręcznie motywem kwiatowym przez pewnego studenta ASP. (Fot. Celestyna Król)

Tapeta w nyży

Odkąd pamiętam, pociągały mnie kolory, szukałam ich podczas każdej podróży, długo prowadziłam bloga chasingcolors.pl. W różnych miejscach na świecie szukałam street artu lub kolorowych detali. Nawet idąc zwykłą ulicą, od razu dostrzegam kolorowe rozwiązania, małe detale. To samo robię w domu. Chciałam wprowadzić tu dużo kolorów, ale staram się jednocześnie, by nie były zbyt męczące. Kiedy koleżanka doradziła mi, żeby zrobić granatową ścianę w sypialni, pomyślałam: „Dlaczego by nie pociągnąć tego na drzwi?”, a że z mieszalnika można stworzyć teraz każdy odcień, udało mi się zgrać je idealnie. I teraz na moim koncie na Instagramie (@ola_sweethome) ściana zbiera mnóstwo pozytywnych komentarzy.

Korytarz malowałam latem, chciałam dać tam ciemniejszy kolor, szczególnie na suficie, który jest wysoki i dobrze byłoby go przybliżyć optycznie. Wybór padł na szmaragdowy. W urządzaniu wnętrz kieruję się psychologią kolorów, mam na ten temat wiele książek. Lubię niebieski, zielony, pomarańczowy i różowy, a najbardziej – połączenie niebieskiego z pomarańczem.

Słynna granatowa ściana w sypialni i szafka w stylu art déco. Na lampę z pawiem długo polowała, ostatecznie znalazła ją na wyprzedaży w TK Maxx. Oko na ścianie na deseczce ze sklejki namalowała koleżanka Oli, która prowadzi na Instagramie konto @na_ha_ku. (Fot. Celestyna Król) Słynna granatowa ściana w sypialni i szafka w stylu art déco. Na lampę z pawiem długo polowała, ostatecznie znalazła ją na wyprzedaży w TK Maxx. Oko na ścianie na deseczce ze sklejki namalowała koleżanka Oli, która prowadzi na Instagramie konto @na_ha_ku. (Fot. Celestyna Król)

Tapety stanowią u mnie efektowny dodatek lub tło. Tę w ptaszki do sypialni znalazłam w małym sklepiku na Allegro. Z kolei w kuchni mam tapetę z motywem haftu opolskiego, kupiłam ją w sklepie Folkstar, który skupia się na promowaniu kultury polskiej z każdego regionu.

Tapeta w kuchni oraz w korytarzu. (Fot. Celestyna Król) Tapeta w kuchni oraz w korytarzu. (Fot. Celestyna Król)

Kuchnia jest zrobiona w starej nyży dla służby, czyli małym pomieszczeniu bez okien, w którym mieściło się kiedyś tylko łóżko. W miejscu, gdzie mogłoby się znaleźć okno, są teraz tapeta i stoliczek, przy którym jem śniadanie.

Co mówi stolik?

Co musi mieć mebel lub bibelot, żeby znalazł się w moim domu? Musi do mnie mówić. Czyli po prostu być inny, niepowtarzalny, wyjątkowy. Ważne są oryginalna forma i kształt. Liczy się też jego historia. Gdy odbieram od kogoś mebel, zawsze pytam, gdzie wcześniej był, u kogo, jak długo. Lubię wyjątkowe rzeczy, które przypadkiem zgrywają się z resztą. W ten sposób chyba buntuję się przeciwko powtarzalności różnych wzorów czy rozwiązań we wnętrzach. Ja wolę kombinować. Niektóre rzeczy sprzedaję i znajduję w ich miejsce nowe, lubię się wymieniać i kupować okazyjnie.

I znów ptaszki. Tym razem w postaci uchwytów w szafce nocnej, gdzie zastąpiły te mosiężne, oraz na tapecie nad łóżkiem. (Fot. Celestyna Król) I znów ptaszki. Tym razem w postaci uchwytów w szafce nocnej, gdzie zastąpiły te mosiężne, oraz na tapecie nad łóżkiem. (Fot. Celestyna Król)

Mój styl to połączenie secesji, motywów roślinnych, wywijasów i art déco, najbliżej mi zatem do eklektyzmu i stylu modern bohemian. Pociągają mnie obłe i okrągłe formy, komfortowe dla oka. Ale lubię też cepeliadę i folkowe motywy. Mam wiele dodatków i naczyń od babci, które były modne, kiedy kupowała je do domu, i wciąż są.

Serwis do herbaty od babci, babcia ma nowy, Ola ma ten. (Fot. Celestyna Król) Serwis do herbaty od babci, babcia ma nowy, Ola ma ten. (Fot. Celestyna Król)

Lockdown pomógł mi spojrzeć na nowo na to, czego potrzebuję w życiu. Kiedy człowiek jest w codziennym pędzie i do domu wraca tylko po to, by się przespać i odpocząć, funkcjonalność wnętrza się zaciera. Dopiero teraz ustawiłam meble tak, jak mi to odpowiada. Wróciłam do starych pasji, zaczęłam znów malować. Zrozumiałam, że nie mogłabym żyć w totalnie minimalistycznym biało-beżowo-ziemistym wnętrzu i z pustymi ścianami. Najlepiej się czuję z bogatymi galeriami na ścianach (ramki pomaga mi wybierać zaprzyjaźniona wrocławska marka @oprawiamy_w_ramy), w otoczeniu, które coś do mnie mówi.

  1. Styl Życia

Wszystko wymyślone

Marzena Todorowska-Kieć jest właścielką concept storu Made for home. (Fot. Made for home)
Marzena Todorowska-Kieć jest właścielką concept storu Made for home. (Fot. Made for home)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Są tu motywy roślinne, ale przede wszystkim są dowcip, lekkość i kolor. – Potrzebujemy odrobiny dystansu, by nie traktować życia zbyt serio. W domu chcę czuć radość bycia w nim– mówi Marzena Todorowska-Kieć, która wspólnie z mężem Kacprem prowadzi concept store Made For Home.

Porównywano już to mieszkanie do różnych miejsc, pewnie dlatego, że odstaje od polskich standardów czy inspiracji czerpanych choćby z wielkich dyskontów meblowych, których osobiście nie uznaję i nie szanuję z powodu kopiowania. Kiedy człowiek zaczyna tworzyć i sprzedawać swoje projekty, nabiera ogromnego szacunku do praw autorskich i tego, co inni wytwarzają. Mam też awersję do płyty meblowej, której pełno w takich sklepach – usuwaliśmy ją z naszego domu uparcie i skutecznie.

Stolik z niedźwiadkiem od Kare Design wzbudza mieszane reakcje. – Niektórzy widzą w nich symbol poddaństwa zwierząt wobec człowieka, ja widzę dystans i poczucie humoru – mówi Marzena. (Fot. Made for home) Stolik z niedźwiadkiem od Kare Design wzbudza mieszane reakcje. – Niektórzy widzą w nich symbol poddaństwa zwierząt wobec człowieka, ja widzę dystans i poczucie humoru – mówi Marzena. (Fot. Made for home)

Często słyszę, że nasze wnętrze jest utrzymane w stylu „babcinym”. „O, masz okno takie, jak miała moja babcia, i kanapę taką samą, i dużo kwiatów”. Albo że jest „takie artystyczne”. Co jeszcze, Kacper, było?

Kacper: Eklektyzm.

Marzena: Właśnie. Ty porównałaś je do mieszkania bohaterki filmu „Amelia”. A ja chyba nie chciałabym go w żaden sposób określać. Ono jest moje, nasze. Po prostu.

Nowe życie mebli

Większość rzeczy, które pokazuję na zdjęciach na Instagramie, sami produkujemy. Zaczyna się od tego, że ja coś chcę mieć w domu, opowiadam o tym Kacprowi, on robi wstępny projekt, a potem wrzucamy to na stronę i okazuje się hitem. Kacper jest ilustratorem, ja wolę robić zdjęcia, urządzać i wymyślać projekty, które potem Kacper dla mnie realizuje. Zawsze nas fascynowały duńskie marki typu Bloomingville czy House Doctor, czyli idea, zgodnie z którą tworzysz coś dla siebie i pod siebie, a jeśli to się spodoba innym, to świetnie.

Jakiś czas temu do grafik i tapet, które już mieliśmy w ofercie na stronie, doszły sklejka i produkty z drewna. Bardzo chciałam, by nasze kwiaty miały fajne stojaki – nie metalowe, nie plastikowe, tylko wykonane z naturalnego materiału. Kupiliśmy więc maszynę do cięcia w drewnie i zaczęliśmy sami uczyć się jej obsługi. Potem zaczęliśmy robić z niego wieszaki, wazony, ozdoby. Cieszę się, że przekonałam do tego ludzi; że sklejka nie kojarzy się im już z tandetą. Ona jest idealna do drobnych dekoracji, ale już mebli ze sklejki bym nie chciała. Jak meble, to przedwojenne. Lubię je wyszukiwać, choć staje się to coraz trudniejsze. W tej kwestii jestem bardzo zasadnicza, nie uznaję na przykład tych z lat 50. czy 60. – nie przedstawiają dla mnie żadnej wartości. Zdecydowanie wolę początek XX wieku.

Drewniana sklejka i przykład na to, co można z niej zrobić. (Fot. Made for home) Drewniana sklejka i przykład na to, co można z niej zrobić. (Fot. Made for home)

Mieszkamy na Dolnym Śląsku, który jest magiczną krainą, pełną poniemieckich rzeczy, a i same Niemcy są blisko. Lubię ich styl urządzania mieszkań, antykwariaty czy targi ze starociami. Gorąco polecam książkę „Poniemieckie” Karoliny Kuszyk. Pokazuje, że Ślązacy są niesamowicie powiązani z Niemcami, głównie trudną historią. Oczywiście są tacy, którzy chcieliby niszczyć wszystko, co poniemieckie, a są i tacy jak ja, którzy chcą to uratować, bo przedstawia dla nich ogromną wartość, głównie ze względu na doskonałą jakość wykonania, która nam, Polakom, jest nadal, niestety, daleka.

Kącik z czaplami, bocianami i żyrafą to miejsce, gdzie cała rodzina siada razem i gra w planszówki. Schody prowadzą na górę, do pokoi Marzeny, Kacpra i ich syna Filipa. (Fot. Made for home) Kącik z czaplami, bocianami i żyrafą to miejsce, gdzie cała rodzina siada razem i gra w planszówki. Schody prowadzą na górę, do pokoi Marzeny, Kacpra i ich syna Filipa. (Fot. Made for home)

Mniej bodźców

Gdzie właściwie znajduje się nasz dom? Jest Wrocław, obok jest Wałbrzych, a my mieszkamy tuż za... Jakby to wytłumaczyć… Kacper?

Kacper: Najlepiej powiedzieć: Sudety. Ja jestem tu dosyć nowy, dopiero 15 lat temu przeprowadziłem się z Wrocławia do starego domu dziadków Marzeny.

Marzena: Zawsze chciałam tu mieszkać. Chyba ze względu na przyrodę, która wręcz wchodzi do środka. A na pewno do naszego weszła...

Kacper: Kiedyś ciągnęło nas do dużych miast, ale zrozumieliśmy, że nie bylibyśmy wtedy tak twórczo płodni. Tam człowiek jest stale bombardowany bodźcami, co sprawia, że nie jest już w stanie zbyt wiele dać od siebie. Odkąd mieszkamy w małym miasteczku, gdzie sklepów jest niewiele i czasem doskwiera nuda, wpadamy na o wiele więcej pomysłów. Ale pracownię mamy w osobnym budynku, dzięki temu nasz syn widzi nas w domu tylko jako rodziców.

Przyroda jest silnie w mieszkaniu. (Fot. Made for home) Przyroda jest silnie w mieszkaniu. (Fot. Made for home)

Odwagi!

Marzena: Nasze wnętrze zmienia się wtedy, kiedy my się zmieniamy. Gdy czegoś nowego się nauczymy albo czymś zafascynujemy, to czujemy, że w naszym wnętrzu też powinna nastąpić zmiana. Żeby znaleźć swój styl, trzeba eksperymentować. My próbowaliśmy już chyba wszystkiego. Było więcej kolorów, były też białe podłogi, ostatecznie doszłam do wniosku, że najbardziej odpowiadają mi białe ściany, plus tapety, a do tego dodatki. Kiedyś dobrze się czułam we wnętrzu „z przepychem”, teraz wolę mieć kilka rzeczy, ale za to solidnych i dobrej jakości.

Przyroda jest silnie obecna na zewnątrz i w środku mieszkania (także we wzorze tapety). (Fot. Made for home) Przyroda jest silnie obecna na zewnątrz i w środku mieszkania (także we wzorze tapety). (Fot. Made for home)

Chciałabym zainspirować innych do tego, by byli bardziej odważni we wnętrzach, by nie bali się szukać, zmieniać zdania, nawet szaleć. Myślę, że w tym domu osiągnęliśmy już wszystko. I jeśli wymyślimy coś nowego, to zrealizujemy to już w kolejnym, najchętniej starym i położonym na odludziu, pod lasem.

Kacper: Może wtedy wreszcie będziemy mieć hutę szkła, żeby móc tworzyć szklane fiolki czy wazony, które są elementem naszych projektów. Jak na razie jesteśmy w tej kwestii skazani na łaskę i niełaskę hut, które wyprzedają końcówki kolekcji.

Marzena: Ale umówmy się, jak sobie coś wymyślimy, to na pewno to zrobimy. Nauczyłam się jednego: dla wyobraźni nie ma ograniczeń. Wiem, że jeśli czegoś pragnę, to znajdę sposób, by powołać to do życia.

  1. Styl Życia

Zapas dobrej energii

Fot. Anita Suchocka
Fot. Anita Suchocka
Przypomina anioła i ma takie jak anioł zadanie, być stróżem w moim domu – mówi wokalistka Natalia Grosiak o drewnianym gołąbku.

Prawda, że przepiękny? Zobaczyłam go w São Paulo, w sklepie z rękodziełem ludów zamieszkujących północną Brazylię. Nigdy w te rejony nie dotarłam, co mi się marzy, bo to ziemie, gdzie rzadko docierają turyści. Do tego sklepu zaprowadziła mnie Fernanda Cardoso, producentka muzyczna, którą poznałam na Red Bull Academy w Melbourne w 2006 roku. Potem dwukrotnie odwiedziłam ją w São Paulo, razem nagrywałyśmy muzykę, do tej pory się przyjaźnimy.

Gołąbek od razu przykuł moją uwagę. Dostojny, cały w koronie z promieni. Przypomina anioła, a nawet ukrzyżowanego Chrystusa. Jest dowodem na to, jak pięknie mieszają się kultury, ile w nich jest podobieństw. Od Fernandy dowiedziałam się, że rzeźby gołębi w kulturze brazylijskiej służą do tego, żeby wieszać je na ścianach, ponieważ odganiają złe duchy. Dlatego ten gołąb przyjechał ze mną do Polski i przez dziesięć lat wisiał w moim mieszkaniu przy ulicy Wesołej we Wrocławiu. Niedawno przeprowadziliśmy się do domu na Biskupinie. I pierwsze, co zrobiłam, zanim przywieźliśmy rzeczy, to dokładnie pozamiatałam całą przestrzeń, w każdym rogu postawiłam słoik z wodą i z solą, potem rozpaliłam białą szałwię i okadziłam nią cały dom. Następnie było długie wietrzenie. Wiem, że niektórzy mogą się z tego śmiać, ale dla mnie to takie rytualne przywitanie się z domem i wyproszenie starej, dla mnie obcej energii. Chodzi o to, żeby wejść do domu, który jest energetyczną białą kartką. Bo ja mocno wierzę w energię, wszyscy jesteśmy z niej zbudowani.

Tak więc, po całej dobie przygotowań, pierwszym mieszkańcem naszego domu został gołąb. Wisi zaraz przy wejściu, jest pierwszą rzeczą, którą widzi się po przekroczeniu progu. Powierzyłam mu zadanie czuwania nad domem. Wierzę, że dba o nas, że odgania wszystkie złe duchy. Dzięki niemu – jestem o tym przekonana – złe energie mają do nas wstęp wzbroniony.

Magiczne myślenie? Raczej pozytywne. Wydaje mi się, że najważniejsze, co może nas uratować, zwłaszcza teraz, w tych strasznie trudnych czasach, to właś­nie pozytywne myślenie, dobre intencje oraz wspieranie i przyjmowanie wsparcia. Także od takich magicznych gołąbków.

Natalia Grosiak, wokalistka, autorka tekstów, członkini zespołu Mikromusic. (Fot. Anita Suchocka) Natalia Grosiak, wokalistka, autorka tekstów, członkini zespołu Mikromusic. (Fot. Anita Suchocka)

  1. Styl Życia

Przestrzeń z duszą - mieszkanie projektantki i kostiumografki Agaty Koschmieder

Kryształowy żyrandol to serce salonu, a nawet całego domu. Pochodzi z czeskiej fabryki kryształów. To spełnienie dziecięcych marzeń właścicielki. „Od dziecka uwielbiam  wnętrze Teatru Wielkiego, ten pałacowy charakter i oświetlenie”. (Fot. Kuba Pajewski)
Kryształowy żyrandol to serce salonu, a nawet całego domu. Pochodzi z czeskiej fabryki kryształów. To spełnienie dziecięcych marzeń właścicielki. „Od dziecka uwielbiam  wnętrze Teatru Wielkiego, ten pałacowy charakter i oświetlenie”. (Fot. Kuba Pajewski)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Styl wnętrza nazwałabym pomieszaniem z poplątaniem, jest tu bardzo eklektycznie, ale właśnie to mi się podoba – mówi Agata Koschmieder, projektantka i kostiumografka.

Przez osiem lat mieszkałam pod Warszawą, w Puszczy Kampinoskiej, ale zatęskniłam za miastem. Jestem warszawianką z dziada pradziada i do tej żywej miejskiej tkanki bardzo mnie ciągnęło. Szukałam czegoś w starej kamienicy, ale miałam mało czasu na przeprowadzkę i nie udało się znaleźć niczego, co by mi odpowiadało. Kupiłam więc mieszkanie w apartamentowcu, do którego jednak nie byłam przekonana, więc miało być przejściowe. I… ta „tymczasowość” trwa już 12 lat! W urządzenie wnętrza zdecydowanie włożyłam całe serce, tak jakby intuicja podpowiadała mi, że ta chwila może się przedłużyć. Przedłużyła się tak znacząco chyba dlatego, że dobrze się tu czuję. Poza tym jestem osobą, która przywiązuje się do miejsc, przedmiotów. Osiadłam. Przez ostatnie lata byłam bardzo aktywna zawodowo, ale to nie przeszkadzało mi w tym, by wciąż oddawać temu miejscu po trochu siebie.

Agata Koschmieder, projektantka i kostiumografka. (Fot. Kuba Pajewski) Agata Koschmieder, projektantka i kostiumografka. (Fot. Kuba Pajewski)

Barokowe inklinacje

Mieszkanie ma wiele zalet, a główną jest jego wysokość – aż 3,5 metra! Taka przestrzeń daje wiele możliwości. Jestem osobą, która nie podąża za modą. Znam aktualne trendy, one mi się mogą nawet podobać, ale to nie oznacza, że chcę mieć je we własnym domu. Zresztą ta sama zasada przyświeca mi w pracy zawodowej. Jestem projektantką, kostiumografem – bacznie śledzę, co dzieje się w mojej branży na całym świecie, ale idę własną ścieżką. Coco Chanel mawiała: „Moda przemija, styl pozostaje”. To jest bardzo moje. Mam wypracowany swój styl i zawsze się go trzymam, we własnym ubiorze, w swoich kolekcjach, we wnętrzach również. Na przykład trendbooki pokazują, że w danym sezonie modny jest pomarańczowy, ale ja czuję, że teraz bliższy jest mi akurat fiolet, tajemniczy, trochę magiczny, a ja mam w sobie coś z wróżki, więc wybieram fiolet, choć nikomu się on nie podoba.

W sypialni nad łóżkiem wisi instalacja autorstwa właścicielki – na tle złotego podobrazia umieściła żakardowy żakiet uszyty wiele lat temu dla Edyty Górniak do sesji zdjęciowej. (Fot. Kuba Pajewski) W sypialni nad łóżkiem wisi instalacja autorstwa właścicielki – na tle złotego podobrazia umieściła żakardowy żakiet uszyty wiele lat temu dla Edyty Górniak do sesji zdjęciowej. (Fot. Kuba Pajewski)

Nie muszę szukać potwierdzenia ani u innych ludzi, ani w modzie. Ale muszę czuć swój wybór. Tak samo nie potrafiłabym pozbyć się tego, co w estetyce mnie zbudowało, ukształtowało. Zawsze miałam barokowe inklinacje – stąd na przykład w moim domu wygięte nogi od stołu czy stylizowane krzesła. Innym może się to nie podobać, barok kojarzy się z kiczem, nie wiem dlaczego.

Funkcjonalna i modernistyczna kuchnia, w tym samym duchu wykonane są wszystkie drzwi z palisandrowego drewna. (Fot.Kuba Pajewski) Funkcjonalna i modernistyczna kuchnia, w tym samym duchu wykonane są wszystkie drzwi z palisandrowego drewna. (Fot.Kuba Pajewski)

Jednak nie oznacza to, że moje mieszkanie całe jest barokowe – bardzo nie lubię, kiedy wszystko pochodzi z jednego stylu, wolę odważny miks. I myślę, że takie właśnie jest moje wnętrze; wszystkiego po trochu, bo są tu – choć nieliczne – także nowoczesne elementy, jak na przykład kubistyczna półka na książki. Prosta i czarna.

Fragment salonu – jego część „artystyczna”. (Fot. Kuba Pajewski) Fragment salonu – jego część „artystyczna”. (Fot. Kuba Pajewski)

Stare i solidne

Styl mojego wnętrza nazwałabym pomieszaniem z poplątaniem. Jest tu bardzo eklektycznie, ale właśnie to mi się podoba. Nudzą mnie jednorodne mieszkania, bardzo nie lubię stylu hotelowego, taka sterylność to nie moja bajka. We wszystkim, co mnie otacza, musi być dusza. Moja dusza. Podoba mi się to, że kiedy ktoś wchodzi do mojego mieszkania i rozgląda się po nim, może coś o mnie powiedzieć, poznać mnie. Szukam tego także w innych wnętrzach. Uwielbiam, kiedy czyjeś mieszkanie jest jak legenda, która „oprowadza” mnie po człowieku, jego pasjach, zainteresowaniach – pokaż mi swój dom, a powiem ci, kim jesteś! Dlatego właśnie nigdy nie zdecydowałam się wpuścić do mojego wnętrza architektów, choć jest wielu, których zdolności i prace podziwiam. Ale tak jak potrafię zaprojektować i uszyć sukienkę dla siebie, i to w niej czuję się najlepiej, podobnie muszę sama stworzyć miejsce, w którym żyję. Bo moja przestrzeń musi być częścią mnie. Świat wokół siebie tworzę sama, tym bardziej że potrafię wbić gwóźdź, wziąć do ręki wiertarkę i działać.

Łazienka to „gabinet luster”. Jest ich kilkanaście: duże, małe, stare, nowsze. (Fot. Jakub Pajewski) Łazienka to „gabinet luster”. Jest ich kilkanaście: duże, małe, stare, nowsze. (Fot. Jakub Pajewski)

Lubię kontrasty, ale im dojrzalsza jestem, tym silniej zauważam w sobie oddanie temu, co stare, solidne, rzemieślnicze. Zatem raczej nie płyta MDF, raczej nie plastik-fantastik, nie „taśma”, czyli jeden element identycznej i masowej produkcji, ale kawałek drewna, wyrzeźbiony przez artystę rzemieślnika. W pracy zawodowej też opieram się na tej zasadzie – że trzeba samemu coś „wyrzeźbić”, czyli w moim przypadku zaprojektować i uszyć, żeby się móc z tym utożsamiać. 

Pracownia właścicielki. Na manekinach wiszą kimona, które sama projektuje i szyje z jedwabiu. Amarantowa kreacja z nadrukiem została uszyta do opery „Don Giovanni” w reżyserii Mariusza Trelińskiego. (Fot. Kuba Pajewski) Pracownia właścicielki. Na manekinach wiszą kimona, które sama projektuje i szyje z jedwabiu. Amarantowa kreacja z nadrukiem została uszyta do opery „Don Giovanni” w reżyserii Mariusza Trelińskiego. (Fot. Kuba Pajewski)

  1. Styl Życia

Zaklęte w szkle

Im prościej, tym czytelniej. Samo szkło jest już wystarczająco dekoracyjne.
Niewiele potrzeba, by nim zachwycić. (Fot. Karolina Lewandowska/Projekt Pracownie
Im prościej, tym czytelniej. Samo szkło jest już wystarczająco dekoracyjne. Niewiele potrzeba, by nim zachwycić. (Fot. Karolina Lewandowska/Projekt Pracownie
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Szkło jest szlachetne, trwałe i praktyczne. A szklane dekoracje pięknie odbijają światło, zwłaszcza jeśli to światło świec czy lampek, które chętnie wieszamy w domu nie tylko w czasie świąt, ale również jesienią i zimą.

Maku, pracownia szkła Matyldy Makulskiej, mieści się przy ulicy Koziej w Warszawie, a właściwie nad tą ulicą, bo znajduje się dokładnie w łuku łączącym dwie przeciwległe kamienice, tuż obok gwarnego i turystycznego Krakowskiego Przedmieścia. Zaciszna, wybrukowana Kozia ma klimat i magię dawnej Warszawy, mimo że – jak większość zabudowań na Starówce – została zniszczona i odbudowana po wojnie. Pracownia też jest zaciszna, a i proces, który się tu odbywa, można porównać do magii, bo wygląda jak ożywianie lodowych tafli.

Przejrzystość

Szkło wraca do łask, a przecież jeszcze kilka lat temu wszystkim wydawało się, że zostanie całkowicie zastąpione przez tani i praktyczny plastik. Tymczasem znowu jadamy ze szkła, przechowujemy w nim drobne przedmioty, zapasy, ozdabiamy nim wnętrza i zewnętrza. Z pozoru kruche, w rzeczywistości jest bardzo wytrzymałe i odporne, może nam służyć latami. – Ja najbardziej lubię szkło z powodu jego przejrzystości. Nie ma drugiego materiału, który dawałby taki efekt. Może poza pleksi i plastikiem, ale to nie są szlachetne materiały – zaznacza Matylda. – Szkłem otaczamy się na co dzień i nawet nie dostrzegamy, jak bardzo jest piękne i wyjątkowe. Mnie daje tyle możliwości, że ciągle coś w nim wymyślam i produkuję. Zakochała się w szkle podczas zajęć w pracowni szkła i witrażu w liceum plastycznym w Dąbrowie Górniczej. Po liceum wybrała Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. To jedyna wyższa uczelnia w Polsce, która ma wydział szkła i ceramiki. Pracownię założyła pod koniec studiów. Zaczynała z jednym małym piecem, który nadawał się tylko do wyrobu biżuterii. Dziś, już na Koziej, ma dwa duże piece (mają nawet swoje imiona: Stefan i Teodor), a w ofercie oprócz biżuterii – talerze, podstawki, zawieszki. Zwłaszcza te ostatnie zdominowały produkcję, na biżuterię zostaje mniej czasu. Nadal jednak można kupić u niej kolczyki jak sople lodu, zrobione z kawałków lustra, czy malowane i wydrapywane. Wykonuje je ze szkła z recyklingu, czyli ze ścinków, które dostaje od szklarzy albo które zostają jej samej po wycięciu na przykład talerzy.

Szklana miseczka, cena 120 zł Szklana miseczka, cena 120 zł

Kształt

Podczas pracy trochę się kurzy, dlatego większość obróbki wykonuje się w wodzie. – Pod tym względem ceramicy mają o wiele gorzej – śmieje się Matylda. – Najbardziej pyli się z powodu proszków, którymi posypuje się piec czy formy do wypiekania – dodaje. Samo szkło jest ciężkie, metr kwadratowy o grubości czterech milimetrów waży dziesięć kilo. A trzeba je przenosić, podnosić, kłaść. Matylda pracuje w technice fusingu, która polega na stapianiu w odpowiedniej temperaturze płaskiego szkła. – Moim tworzywem są gotowe tafle – to mogą być zwykłe szyby okienne lub specjalne szkło fusingowe – które wycinam, nadaję im kształt, maluję i wypalam – tłumaczy. W technice, którą wybrała, nie można wykonać na przykład wazonu, bo do tego potrzeba szkła dmuchanego, ale misę czy głęboki talerz – już tak. Przykładowo, aby zrobić talerz, najpierw z płaskiej tafli wycina się kształt. Zwykle potrzebne są dwa lub trzy szklane kółka, między którymi umieszcza się barwnik. – Ale równie dobrze może być tylko jedna warstwa. To zależy na przykład od sposobu barwienia – wyjaśnia artystka. I kontynuuje: – Do wyrobu takiego talerza potrzebujemy dwóch wypałów – jednego na płasko, by wykonać wzór, a drugiego na specjalnej formie – by uzyskać kształt. Oba wypały mają inną temperaturę. Formy są bardzo delikatne, wykonane z papieru ceramicznego i pokryte wspomnianym specjalnym proszkiem, by szkło do nich nie przywierało. Płaskie szkło układa się na powierzchni i pod wpływem temperatury dopasowuje się ono do formy pod spodem. Brzmi prosto i przyjemnie, jednak Matylda wyznaje, że od momentu, w którym wymyśli projekt, do wprowadzenia go do sprzedaży mija często pół roku. Najpierw trzeba go przetestować, czyli zrobić kilka lub kilkanaście prób ze szkłem w piecu, by zobaczyć, czy w praktyce projekt odpowiada jej tak, jak odpowiadał w teorii, albo by dopracować go tak, by wreszcie była zadowolona. I niejednokrotnie końcowy efekt to jedno wielkie zaskoczenie.

Misa „Ręka”, cena 250 zł Misa „Ręka”, cena 250 zł

Blask

Boże Narodzenie w Maku zaczyna się już pod koniec lutego – wtedy Matylda wymyśla pierwsze projekty świątecznych zawieszek, a w połowie roku zaczyna je produkować. – Talerze wychodzą u mnie zawsze jako pojedyncze krótkie serie, natomiast ozdoby choinkowe to już masowa produkcja. Dlatego już od kilku lat zlecam je do wycięcia maszynowego. Czyli robię projekty zawieszek, daję do wycięcia, a potem są już obrabiane, malowane i wypalane u mnie w pracowni – opowiada Matylda. Zawieszki mają tradycyjne kształty: bałwanka, renifera, płatka śniegu, choinki, piernikowego ciasteczka, ptaszka, niedźwiadka. W tym roku do tego grona dołączył lis. Można powiedzieć, że to nowa wersja bombki, rzadziej się tłucze, bo zrobiona jest z czteromilimetrowego szkła, podczas gdy klasyczna bombka ma grubość mniej niż milimetr. Do tego czyste, białe szkło lepiej oddaje klimat zimy i odbija blask świątecznych świecidełek. Zresztą klienci Matyldy kupują zawieszki nie tylko jako ozdobę na choinkę, wieszają je w oknach, na ścianach, ozdabiają nimi stół.

Ozdoba świąteczna 20 zł/szt. lub 150 zł/10 szt.; ozdoby wielkanocne 50 zł/3 szt Ozdoba świąteczna 20 zł/szt. lub 150 zł/10 szt.; ozdoby wielkanocne 50 zł/3 szt

Jej projekty są klasyczne i minimalistyczne, mają podstawowe kolory i proste kształty. – Pomysły przychodzą do mnie znienacka, zawsze tak miałam. Nie siedzę godzinami przy biurku, tworząc rysunek za rysunkiem. Często dzieje się to w trasie, zapisuję je wtedy szybko na telefonie. Już jakiś czas temu zrozumiałam, że jeśli chodzi o projekt, to im prościej, tym czytelniej. Samo szkło jest już wystarczająco dekoracyjne. Niewiele potrzeba, by nim zachwycić – mówi Matylda. 

www.maku-pracownia.pl