1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kim są młodzi polscy migranci?

Kim są młodzi polscy migranci?

123rf.com
123rf.com
Prof. Izabela Grabowska, socjolog rynku pracy i ekonomistka z Uniwersytetu SWPS, postanowiła wraz z zespołem zbadać tych, którzy swoje pierwsze doświadczenia zawodowe chcieli zdobywać za granicą.

Ponad 60 proc. poakcesyjnych migrantów z Polski to osoby poniżej 30 roku życia. O wyjeździe do innego kraju decydują nie tylko czynniki ekonomiczne. Chęć zamieszkania w wielokulturowej metropolii czy pragnienie zmiany stylu życia często motywują do podjęcia pracy za granicą - wynika z badań Młodzi w Centrum Lab Uniwersytetu SWPS. 

Wejście na rynek pracy dla młodego człowieka jest złożonym, często kilkuletnim procesem składającym się z różnych, często przypadkowych aktywności. Raz obrana droga zawodowa niejednokrotnie bywa korygowana i dostosowywana do zmieniających się warunków. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej, młodzi ludzie coraz częściej decydowali się na rozpoczęcie dorosłego życia za granicą.

W pracy wykorzystano dane Głównego Urzędu Statystycznego i Ośrodka Badań nad Migracjami UW. Zostały one uzupełnione o wywiady biograficzne przeprowadzone z migrantami powrotnymi z różnych części Polski. Pozwoliło to zrekonstruować ścieżki zawodowe oraz zorientować się w tempie przejścia między szkołą a pracą za granicą.

Choć zdecydowana większość młodych emigrantów najczęściej decyduje się na wyjazd do Wielkiej Brytanii, to nie są homogeniczną społecznością. Ci, którzy zdecydowali się na wyjazd zagranicę, mają za sobą bardzo różne doświadczenia. Możemy wyróżnić cztery grupy. Pierwszą z nich stanowią absolwenci brytyjskich uczelni o polskim pochodzeniu. Mowa tu nie tylko o studiach magisterskich, ale również różnego rodzaju instytutach czy studiach podyplomowych. Część z nich łączyło studiowanie z pracą (często prostą, poniżej kwalifikacji), inni po udziale w programie Erasmus, postanowili kontynuować edukację w Zjednoczonym Królestwie, a jeszcze inni są dziećmi polskich emigrantów i studiowanie na brytyjskich uczelniach jest dla nich naturalną kontynuacją wcześniejszych etapów edukacji.

Według danych brytyjskiej Agencji Statystycznej ds. Szkolnictwa Wyższego polscy absolwenci brytyjskich uczelni pozostają na zagranicznym rynku pracy, gdyż oczekują lepszego zwrotu z inwestycji kapitału. Niejednokrotnie finansowali edukację w Wielkiej Brytanii biorąc kredyt, który chcieli jak najszybciej spłacić. Zdarza się również, że po ukończeniu stażu w firmie, młodzi ludzie są zobligowani do kontynuowania pracy po zakończeniu studiów. Nie brakuje też osób, które powróciły na brytyjski rynek pracy po tym, jak nie mogły się dostosować do innej kultury pracy w Polsce (relacje z zespołem, pracodawcą).

Drugą grupę stanowią absolwenci polskich uczelni, którzy swoją karierę zawodową rozpoczęli zagranicą. Większość z nich podejmuje pracę poniżej swoich kwalifikacji. Dla niektórych posiadanie zatrudnienia jest wystarczające i nie podejmują żadnych działań, aby zwiększyć swoje szanse na lepszą pracę. Jest jednak znaczna grupa osób, która decyduje się na uaktualnienie swojego wykształcenia w ramach brytyjskich programów edukacyjnych. Do trzeciej grupy należą absolwenci programu Erasmus zarówno studiujący na zagranicznych uczelniach, jak i podejmujący praktyki zawodowe w międzynarodowych organizacjach. Pierwsze zagraniczne doświadczenia zdobyte w ramach programu zachęcają do pozostania w Zjednoczonym Królestwie i rozwijania tam kariery zawodowej. Czwartą grupę stanowią młodzi ludzie z wykształceniem zawodowym lub średnim pochodzący z małych miast i wsi, którzy wyjazd za granicę postrzegają jako jedyną możliwość usamodzielnienia się.

Czynniki ekonomiczne w dużym stopniu wpływają na podjęcie decyzji o rozpoczęciu pracy za granicą, ale nie są wystarczającym wyjaśnieniem. Ważne jest tutaj również wyjście z rodzinnego domu, “wzięcie życia w swoje ręce”, pragnienie zmiany stylu życia, chęć poznania życia w wielokulturowych metropoliach czy ucieczka przed społecznie utartym schematem “szkoła - praca - małżeństwo - dziecko - kredyt”. Aby to poznać i osiągnąć, młodzi decydują się na podjęcie pracy niezgodnej z ich wykształceniem czy zainteresowaniami. Według profesor Anne White z University College Dublin, która współpracuje z Młodzi w Centrum Lab Uniwersytetu SWPS, głównie dla młodych osób z małych miast czy wsi, praca za granicą to nie jest “gap year”, wakacje przed rozpoczęciem kariery, tylko prawdziwa praca. Często jest to postrzegane jako życiowa konieczność, a nie droga, którą samodzielnie wybrali.

Przyglądając się ścieżkom obranym przez młodych ludzi i ich przechodzeniu z edukacji na zagraniczny rynek pracy, widać wyraźnie, że niektórzy badani widzą relację między ich zasobami i możliwościami a strukturą rynku pracy. Inni zupełnie ignorują te zależności i skupiają się jedynie na swojej wiedzy i kompetencjach. W toku badań okazało się, że im wyraźniej dostrzeżono te relacje, tym łatwiej młodzi potrafili konstruować swoje ścieżki zawodowe. Ci, którzy wrócili do Polski, gdyż dostrzegli nowe możliwości na polskim rynku pracy, łatwiej i lepiej wykorzystywali swoje zagraniczne doświadczenia niż osoby, które powróciły do Polski z powodów rodzinnych. Wyjazd za granicę w poszukiwaniu pracy, to dla wielu osób swego rodzaju wyjście ze strefy komfortu, które wiąże się nie tylko z opuszczeniem rodzinnego domu, ale przede wszystkim z refleksją nad kierunkiem własnej kariery zawodowej.

materiały prasowe 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ręce to nasz kontakt ze światem – o ich znaczeniu mówi Wojciech Eichelberger

Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Siła i gracja rąk znamionują ludzi stabilnych i zakorzenionych w życiu, którzy potrafią wykorzystać dane im talenty i czas. Bo ręce to narzędzie głowy i serca. Służą do pracy, ale są też niezastąpionym kanałem kontaktu ze światem. Dłoń jest najbardziej intymną i tajemniczą z naszych wizytówek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I wyjaśnia, jak samemu sobie podać pomocną dłoń i co z tym ma wspólnego m.in. nauka mowy ciała.

Czy podanie pomocnej dłoni samemu sobie polega na ozdabianiu rąk bransoletkami, pierścionkami, drogimi zegarkami? Czy taka dłoń to dobra wizytówka?
Dłoń mówi sama za siebie. Nie potrzebuje ozdób. Wizytówką jest gest podania ręki. Nie bez powodu praktykowany na całym świecie. Bo wymieniając z drugim człowiekiem uścisk dłoni, dowiadujemy się o sobie nawzajem bardzo dużo: ile we właścicielu trzymanej przez nas dłoni jest lęku i napięcia, ile wycofania, agresji, ile otwartości, ciepła, odwagi, spokoju. Wszystko to w jednym kilkusekundowym, zintegrowanym przekazie. Na elementarnym poziomie odczuwamy temperaturę, wilgotność, siłę, sprężystość i dopasowanie tej drugiej dłoni. Ale także dynamikę ruchu, odległość, w jakiej ta druga osoba nas ustawia, pozycję ciała, kontakt wzrokowy lub jego brak i wiele innych parametrów, które odbieramy podświadomie. Z tej bogatej i złożonej macierzy danych nasz umysł w ułamku sekundy konstruuje wiarygodną informację o drugiej osobie, a także o perspektywach i zawirowaniach dalszej ewentualnej relacji z nią. Odbiór odbywa się intuicyjnie. Rzadko więc wyciągamy świadome wnioski. Reagujemy uczuciami i nie wiemy, dlaczego dana osoba wzbudza w nas takie, a nie inne „irracjonalne emocje”. Ale trzeba uważać i nie poddawać się pierwszemu wrażeniu. W uścisku dłoni są zawarte co najmniej dwie kategorie informacji: te dotyczące trwałych cech człowieka i te sytuacyjne, czyli związane z aktualnym stanem jego emocji czy zdrowia, a niełatwo jedne od drugich odróżnić.

Potrafisz z uścisku dłoni wyczytać charakter człowieka?
Jestem na tego typu komunikaty zawodowo wyczulony. Ale myślę, że wielu ludzi korzysta z tych podawanych jak na dłoni informacji. Dlatego to takie ważne, by podawać dłoń. Jeśli ktoś nie ma ochoty na kontakt, wycofuje się albo ma wrogie intencje, to z reguły niechętnie podaje rękę. Taką postawę odbiorca natychmiast wyczuwa. Podobnie, gdy ktoś podaje rękę niby chętnie, ale na sztywnym łokciu. Wtedy bez trudu wyczujemy, że serdeczność to pozór, i będziemy trzymani na dystans. Dłonie bywają bardziej wiarygodnym zwierciadłem duszy niż oczy. Są tacy, którzy twierdzą, że dłonie oferują przekaz transgeneracyjny, że dzięki nim możemy rozpoznać znajomych z poprzednich epizodów naszego życia.

Niepowtarzalność dłoni potwierdza niepowtarzalność odcisków palców.
Czyż to nie fantastyczne, że bez względu na liczbę ludzi nie znajdziemy dwóch identycznych odcisków palców? Mało tego, prawdopodobnie nasze linie papilarne nie pojawiły się nigdy wcześniej i w przyszłości też nigdy się już nie powtórzą. O ile wiem, nie stwierdzono jeszcze identyczności nawet wśród jednojajowych bliźniąt. Wygląda więc na to, że dłoń jakimś cudem wymyka się genetycznemu determinizmowi. Jest tajemniczą pozabiologiczną ekspresją naszej tożsamości. Nie można więc dziwić się różnym ezoterycznym koncepcjom, takim jak np. chiromancja czy inne metody odczytywania predyspozycji, cech charakteru, a nawet obrotów ludzkich losów ze skomplikowanego i niepowtarzalnego hologramu bruzd wyrytych na dłoni. Specjaliści twierdzą, że nasze dłonie zmieniają się wraz z nami, że psychologiczne i duchowe dojrzewanie znajduje wyraz nie tylko w naszym pojmowaniu świata i zachowaniu, lecz również w subtelnych zmianach i nowych połączeniach linii i bruzd dłoni. Innymi słowy, dłoń jest żywym świadectwem wszystkich naszych dokonań.

Może nie od pracy nad sobą dłonie się zmieniają, tylko od pracy fizycznej?
Praca – szczególnie fizyczna – może zmieniać kształt dłoni. W chiromancji chodzi jednak o zmiany układu linii, bruzd na dłoniach, które pojawiają się również u tych, którzy nigdy nie tknęli pracy fizycznej, ale dokonali jakiegoś postępu, np. w przekraczaniu swoich charakterologicznych i duchowych ograniczeń. Tak więc wiele wskazuje na to, że dłonie ukazują mapę karmicznej wędrówki, jaką dusza odbywa przez wszechświat, a także długość trwania tej wędrówki. Gdy ze szczerym zainteresowaniem i szacunkiem spojrzysz na swoje dłonie, ujrzysz niepowtarzalny, jedyny na świecie hologram fal, zmarszczek, linii, bruzd, punktów, skrzyżowań i być może poczujesz, że patrzysz na jakąś nieodgadnioną tajemnicę. Może jest to najbardziej osobista pieczęć naszego indywidualnego istnienia? Może w ten sposób zostaliśmy „otagowani” w kosmicznej bazie danych i na zawsze zostawiamy w systemie ślady swoich dłoni w miejscach dobrych i złych uczynków. A może patrzymy na holograficzny zapis naszych przeszłych i przyszłych losów? Albo na zapisany w nieznanym języku i alfabecie mistyczny poemat biograficzny, który wykracza poza istnienie, w jakim się obecnie wyrażamy? Takie pytania poszerzają świadomość i budują zdrowy dystans do chwilowej, gorączkowej i egocentrycznej egzystencji na tej planecie.

Czyli rękawiczki raczej nie?
Przeżycie życia w rękawiczkach byłoby niepowetowaną stratą. Umrzeć, nie dotknąwszy ziemi, gliny, trawy, kamieni, kory drzewa, sierści i ciała zwierzęcia, zimnej skóry węża, śniegu ani lodu, nie wziąć w dłonie pisklęcia, miarki ziarna ani gorącego piasku, nie dotknąć delikatnej skórki owoców czy niemowlęcia, nie poznać faktury wyrabianego rękami ciasta, nie dotknąć ciała kochanej osoby – cóż byśmy wtedy wiedzieli o świecie i życiu? Pozwalajmy więc dłoniom (i stopom) doświadczać świata bez butów i rękawiczek, by pozostawać w głębokim zmysłowym kontakcie z naszym życiem. Pamiętajmy też w tym kontekście o naszych dzieciach i wnukach.

Nie wyręczajmy dzieci?
Właśnie. Niech poznają i kształtują świat swoimi dłońmi.

Mamy jakąś możliwość poprzez oddziaływanie na dłonie oddziaływać na siebie, na swoją przyszłość?
Mimo że ezoteryczno-magiczna wizja dłoni do większości nie przemawia, to i tak obrączkę zawsze nosimy na serdecznym palcu prawej dłoni. Intuicyjnie wiemy, że ten palec jest jakoś powiązany z sercem. Uporczywe utrzymywanie tych – z racjonalnego punktu widzenia – magicznych zwyczajów może świadczyć o tym, że racjonalność nie jest w stanie ogarnąć i przeniknąć tajemnicy jednoczącego, niewidzialnego wymiaru rzeczywistości. W buddyzmie funkcjonuje też cały system skomplikowanych ruchów dłoni i układów palców – zwanych mudrami – które mają wpływać na stan umysłu i ducha. Na przykład serdeczny palec i kciuk złączone razem to jedna z mudr medytacyjnych. Wszystkie palce po kolei dotykające do kciuka to dynamiczna mudra pomagająca pokonać lęk i tremę. Nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli jesteśmy uważni i wrażliwi na to, co dzieje się z naszym ciałem, łatwo zauważymy, że każdy wyrazisty ruch dłoni wpływa na całą resztę. Na przykład gdy zaciśniemy dłonie w pięści, to poczujemy, że całe ciało mobilizuje się do walki. Jeśli mocno przeciągniemy i otworzymy dłonie, to nastrój zmieni nam się na otwarty i zrelaksowany. Z tego powodu w odruchu ziewania i przeciągania się rozciągamy również dłonie, aż do bólu napinając wewnętrzną ich część i palce. Bo nasze ciało działa jak hologram, a w hologramie nic nie może się wydarzyć w sposób izolowany. Każde najdrobniejsze wydarzenie wchodzi w interferencję z całym systemem, czyli w zależności od energii w mniejszym lub większym stopniu zmienia całość. Dłoni dotyczy to szczególnie, bo podłączone są do korowych i podkorowych neuronalnych procesorów w mózgu, niezbędnych do wykonywania skomplikowanych ruchów oraz do wyrażania całej różnorodności uczuć i emocji.

W świecie klikanym, w którym żyjemy, dłonie są niezastąpione. Ale już niedługo, gdy zaczniemy kierować urządzeniami za pomocą myśli, staną się niepotrzebne.
Na szczęście dłoni potrzebujemy nie tylko do klikania. Są od tego, żeby pracowały, dotykały, tworzyły, wyrażały, wchodziły w kontakt ze światem i ludźmi. Dłonie powinny być silne, sprawcze, aktywne, żebyśmy mogli na nie liczyć, bo tak dużo potrafią. Tylko takie dłonie – po przejściach – są ważną wizytówką człowieka. Tylko takie są prawdziwie atrakcyjne. Dłoń, która nie nosi śladów żadnej pracy, pozbawiona mięśni, siły i śmiałości, służąca jedynie do ozdoby, nie jest pociągająca. Można się nad nią na chwilę pochylić jak nad biologiczną ciekawostką, lecz nie daje ona nadziei na trwały, żywy, odporny na trudy związek z jej posiadaczem. Nie rozumiem, dlaczego większość kobiet uznaje swoje dłonie wyłącznie za ozdobę i erotyczny gadżet. Najwyraźniej nie wiedzą, że tak spreparowane są pozbawione wyrazu, sztuczne. Prawdopodobnie nadmierna troska o nie i unikanie pokalania ich jakąkolwiek pracą wzięło się z czasów, gdy śnieżnobiałe, delikatne dłonie świadczyły o wysokim statusie materialnym. Czas porzucić te niefortunnie ukierunkowane aspiracje, za którymi kryje się często brak poczucia własnej wartości, szacunku dla siebie i wiary we własne możliwości. Tym bardziej że dłonie zawsze ujawnią innym prawdę o nas. Także tę świadomie skrywaną. Odruchowo, bez naszej zgody wyrażają bowiem wszystko, co się przydarzyło naszemu sercu. Gdy często krzyżują się na piersiach, to bronią kochającego serca dziecka zranionego brakiem symetrycznej odpowiedzi jego otoczenia. Gdy opadają bezradnie, to nasze serce prawdopodobnie zostało ugodzone zdradą, wzgardą lub/i brakiem wiary w siebie. Gdy poskąpiono nam troski, ciepła, szacunku i zachwytu, dłonie nerwowo sięgają po wszystko – nienasycone, zimne, chciwe. Sztywnieją i twardnieją (siejąc wokół zniszczenie), gdy serce zostało zatrute przemocą, cynizmem i nienawiścią.

Można więc rękami skutecznie udawać? Nauczyć się mowy ciała człowieka otwartego i uczciwego, choć się takim nie jest?
Można, ale tylko na odległość. Spójrzmy na aktorów, którzy zawodowo zajmują się udawaniem. Bywają przekonujący. Ale w bezpośrednim kontakcie dotykowym nie da się innych oszukać. Trudno opisać różnicę między dobrym a złym dotykiem, ale wyczuć ją udaje się prawie wszystkim. Dotyk w niewypowiedziany sposób zdradza bowiem uczucia i intencje dotykającej nas osoby. Krótko mówiąc, dotyk prawdę ci powie.

Nauka nie swojego języka ciała nie ma więc żadnego sensu?
Oczywiście, że ma. Nauka powszechnego w danej kulturze kodu gestów, spojrzeń i sposobu poruszania się pomaga ludziom w adekwatnym i jasnym wyrażaniu intencji i uczuć. Od niepamiętnych czasów aktorzy, oratorzy, politycy, przywódcy i sprzedawcy tego się uczą. Choć, oczywiście, umiejętność ta może być używana również do manipulacji. Ale ostatnio ta wiedza okazała się niezbędna również w świecie biznesu. Zapewne z powodu częstych wystąpień publicznych i potrzeby przekonywania innych do swoich osiągnięć, wizji i produktów. Adekwatna mowa ciała wzmacnia siłę oddziaływania i wpływ na słuchaczy. Więc jeśli mamy coś ważnego do przekazania, wyrazista i spójna z przekazem mowa ciała może nam pomóc. Trzeba ludziom różne rzeczy w tej sprawie podpowiadać. Wprawdzie mowę ciała dziedziczymy przez naśladownictwo, ale często naśladujemy niedobre wzorce. Mowa naszego ciała bywa też wypaczona i zahamowana przez trudne doświadczenia rodzinne czy szkolne. Dlatego warto się jej uczyć, tak jak uczymy się nowych słów. To wcale nie znaczy, że zaczniemy udawać. Używanie nowego słowa, choć na początku wydaje nam się trudne i nieswoje, dowodzi, że się rozwijamy. Ruch, gest, dotyk wpływają na nasz stan umysłu i uczuć. Rozwijanie mowy ciała z pewnością uwalnia i rozwija całą osobę. A ciało jest najlepszym wehikułem wychodzenia z lęku, wstydu, izolacji, ku ludziom – a także ku ziemi i ku niebu.

Skoro ku niebu, zapytam cię o gest modlitwy?
To dobre zakończenie rozmowy o dłoniach. Tu dłonie pomagają nam komunikować się z naszą mądrością i boskością. Gest złożonych dłoni – obecny we wszystkich religiach i kulturach – symbolizuje bowiem przekroczenie tego, co w nas racjonalne (prawa dłoń) i emocjonalne (lewa dłoń), oraz gotowość porzucenia rozróżniających i dyskryminujących myśli i poglądów, a tym samym pragnienie pojednania z absolutnym, jednoczącym bytem, z którego wszelka różnorodność się wyłania.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl)

  1. Psychologia

Jak mądrze krytykować? Informacja zwrotna zamiast krytyki

- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
Czy krytyka w pracy jest w ogóle potrzebna? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Czy krytyka w pracy może być budująca? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Zazwyczaj mamy problem z tym, jak komuś powiedzieć, że zrobił coś źle albo zachował się nie tak. Nie mniejszy kłopot mamy z przyjmowaniem krytyki – często utożsamiamy ją z oceną siebie, a nie naszej pracy czy konkretnego zachowania. Szefowie używają zwrotu „konstruktywna krytyka”…
W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie, nawet kiedy mówimy, że jest konstruktywna. Często obawiamy się informacji zwrotnej, ale jest ona jednak niezbędna: po pierwsze do dobrej współpracy ze sobą – tak z szefem, jak i współpracownikami – po drugie do rozwoju. Aby się jej nie obawiać, musimy się nauczyć ją dawać i przyjmować. A przede wszystkim nie wiązać całego procesu z silnymi emocjami.

Dlaczego tak często czujemy się dotknięci?
Posłużmy się metaforą ze świata techniki – jeśli jakiś system pracuje, to musi pobierać informacje z zewnątrz, jak mu idzie. Jeśli chcemy ustawić temperaturę w pokoju do danej wysokości, urządzenie będzie pobierać informacje z otoczenia, czy jest ona w danym momencie powyżej czy poniżej pożądanego poziomu, i dostosuje do tego swoją pracę. Analogicznie – informacje zwrotne potrzebne są nam, byśmy osiągali pożądany rezultat. Brzmi to dość prosto, jednak w praktyce obie strony angażują w tę komunikację zbyt wiele emocji – w końcu nie jesteśmy termostatami, tylko ludźmi!

Czego zatem potrzebujemy?
Zacznijmy od strony, która daje informację zwrotną – załóżmy, że w twoim zespole jest osoba, która często się spóźnia lub przynosi prezentacje z błędami, zaburzając pracę innych. Nie można tego tak zostawić, choć kusi, by nie psuć atmosfery w pracy zwracaniem uwagi. Unikanie tematu jednak źle wpłynie na efektywność i współpracę ludzi w zespole. Dlatego po pierwsze, musisz zbadać swoją intencję: Co mną kieruje? Co chcę powiedzieć? Po to, by nie „upuścić” negatywnej pary, nie karać nikogo. Jeśli czujesz, że towarzyszą ci silne emocje, odłóż tę rozmowę. Po drugie, gdy coś nie działa, mów o tym od razu. Jeśli ktoś nie otrzymuje przez długi czas żadnej informacji zwrotnej, to może uważać, że wszystko jest w porządku. Zwracając uwagę, dajesz mu szansę na zmianę, inaczej nie możesz mieć pretensji, że nic się nie zmienia. I jeszcze jedno – nie oczekuj od razu rewolucji. Zmiana może nie nastąpić szybko, co więcej, może nawet nie nastąpić wcale. Przyjęcie komunikatu nie jest równoznaczne ze zmianą zachowania.

Dlaczego?
Często powtarzam: przyjmuj każdą informację zwrotną tak, jakbyś dostawała prezent. Co z nim zrobisz – czy odstawisz na półkę, czy włożysz do szuflady, czy zaczniesz go używać – zależy już od ciebie. Dlaczego informacja zwrotna to prezent? Bo dowiadujesz się, jak cię widzą inni. To jedno ze źródeł wiedzy o samej sobie. Pamiętam, że kiedyś wypełniałam kwestionariusz, w którym miałam ocenić swoje zachowanie. Potem ten sam kwestionariusz wypełniała dla mnie grupa. Okazało się, że nasze oceny nie do końca się pokrywają. Do dziś uważam, że było to dla mnie cenne źródło informacji. Nie wszystkie informacje wzięłam pod uwagę, ale wiele z nich umożliwiło mi zmianę zachowania i polepszenia relacji z innymi. Poza tym ciekawie było spojrzeć na siebie z perspektywy innych. To wzbogaca.

Niezwykle istotna jest jednak forma podania informacji zwrotnej i intencja, z jaką to robisz. Jeśli przekażesz ją nieprawidłowo, zbyt emocjonalnie, uwalniając swój gniew, irytację lub agresję, to ktoś, kto ją otrzyma, nie tylko nie zmieni zachowania, ale nawet tej informacji nie przyjmie. Potraktuje ją zbyt osobiście (jako krytykę osoby, nie zachowania) i odrzuci na starcie.

Będzie słuchał, ale nie usłyszy?
Nie usłyszy, odrzuci, wyprze, a do tego wzbudzi złe emocje i nastawi się do ciebie negatywnie. Ralph Waldo Emerson mawiał: „To, jak do mnie mówisz, woła do mnie tak głośno, że nie słyszę, co do mnie mówisz”.

Ale w Polsce wciąż, choć pewnie to już się zmienia, wielu szefów wyłącznie krytykuje, pomijając zupełnie fakt, że pracownik robi coś dobrze, bo to oczywiste albo jest w zakresie jego obowiązków.
Niestety, zbyt często informacja zwrotna przekazywana jest nieprawidłowo lub też szef preferuje „zarządzanie przez telepatię”, tak jakby zakładał, że pracownik ma się domyślić, że robi coś nieprawidłowo. Nie przekazuje żadnej informacji zwrotnej, a potem karze pracownika, np. złą oceną pracy. To fatalny model, mam nadzieję, że coraz szersza edukacja menedżerska wyeliminuje go zupełnie. W wielu firmach pojawia się inna kultura organizacyjna – to moja obserwacja z ostatnich 10 lat pracy z menedżerami i zespołami pracowników. Coraz powszechniej uważa się, że informacja zwrotna udzielana na bieżąco jest konieczna, żeby iść do przodu i nie tworzyć dodatkowych problemów.

Dlaczego dopiero się tego uczymy? Co powoduje, że nie tylko nie umiemy przyjmować informacji zwrotnych, ale także ich dawać?
Proces wychowania? Często tak zachowują się w swoich relacjach rodzice. To znaczy nie informują się wzajemnie na bieżąco o tym, co ich boli i co im nie odpowiada w zachowaniu drugiej osoby (np. „To mi przeszkadza”, „Nie lubię kiedy…”, „Jest mi z tym źle, niekomfortowo, proszę, byś to zmienił…”), a potem pretensje gromadzą się i skutkują wybuchem uogólniającego: „Bo ty nigdy…, bo ty zawsze…, z tobą to się nie da wytrzymać”. Dziecko, które jest świadkiem takich sytuacji, potem może podobnie zachowywać się w swoim domu i w pracy. Tyle tylko, że informacja zwrotna nie może być podana tak, że zniszczy czyjąś samoocenę i wiarę w siebie. Kiedy słyszysz, że jesteś całkowicie do bani, to nie możesz niczego zmienić, co innego, gdy złe jest konkretne zachowanie, bo można je korygować, ku obopólnemu zadowoleniu.

To, o czym musimy jeszcze pamiętać przy informacjach zwrotnych – to miejsce i czas. Nie można ich przekazywać w biegu, przy okazji, na korytarzu czy w windzie. Nawet dobra informacja może być źle odebrana, jeśli zostanie podana w taki sposób.

O ile dla wielu z nas do przyjęcia jest, że szef może zwrócić uwagę pracownikowi, to w drugą stronę wydaje się to już niemożliwe. A przecież trzeba umieć powiedzieć przełożonemu, że przekracza granice, łamie zasady współpracy…
Informacja zwrotna ma działać w obie strony, jeśli współpraca ma się układać. Ale znowu wchodzi tu nasza kultura i założenie, że owszem, na szefa można narzekać we własnym gronie i znosić różne trudności, ale nikt nie decyduje się, żeby pójść i dać mu informację zwrotną, stworzyć szansę, by to zmienił. Zdarza mi się, że rozmawiam z grupą pracowników, którzy identyfikują jakiś problem związany ze stylem zarządzania, komunikowania czy oceniania przez szefa. Na moje pytanie: „Czy rozmawialiście z nim na ten temat?”, odpowiadają, że nawet nie przyszło im to do głowy. Często nam się tylko wydaje, że szef nie przyjmie informacji zwrotnej albo że zareaguje źle, negatywnie, wrogo. Nieprawda – jeśli tylko będzie opierała się na faktach i zostanie podana nie w tonie pretensji, to nawet jeżeli to trudna dla szefa sytuacja, a jego pierwsza reakcja będzie nerwowa – weźmie pod uwagę to, co mu powiemy. Co więcej, doceni fakt, że pracownicy przychodzą do niego, mówiąc otwarcie, z czym mają problem, a nie rozmawiają jedynie między sobą lub skarżą się na jego styl zarządzania do jego własnego przełożonego.

Jak w takim razie powiedzieć szefowi, że wiecznie nas krytykuje i zupełnie nie wiemy, co robimy dobrze, skoro wszystko robimy źle?
Warto wejść na wyższy poziom zaawansowania w dawaniu informacji zwrotnej, czyli dostosować ją do charakteru osoby, której ją dajemy. Szefami zostają zwykle ludzie nastawieni zadaniowo. Często mniej sprawni w budowaniu relacji i komunikacji. Podejmują decyzje, kierując się logiką, a mniej inteligencją emocjonalną. A informacja zwrotna jest związana i z umiejętnościami komunikacyjnymi, i z relacjami, w związku z tym dawana szefowi powinna być po pierwsze, krótka (nie może obfitować we wstępy i sięgać historią „do paleolitu”), i po drugie, dotyczyć jednego zachowania lub jednej grupy zachowań (nie może to być niekończąca się lista spraw i zachowań). Ma dotyczyć konkretnej sytuacji, która jest dla nas trudna (np. „Kiedy oceniasz naszą pracę, nie podając kryteriów tej oceny, to…”) i pokazywać konsekwencje tego zachowania, logikę przyczynowo-skutkową („…to gubimy się, próbując odgadnąć twoje oczekiwania”). Ostatnim elementem tak podanej informacji zwrotnej jest powiedzenie, czego byśmy chcieli, jakie są nasze oczekiwania (np. „chcielibyśmy, aby te kryteria były nam znane od początku, żebyśmy mieli szansę sami siebie poddać ocenie według tych kryteriów”). Podsumowując, w takiej informacji zwrotnej muszą zaistnieć trzy elementy – konkretne zachowanie, konsekwencje i oczekiwane, bardziej konstruktywne zachowanie.

Czy to uproszczenie, że z osobistym braniem do siebie informacji zwrotnych kłopot mają głównie kobiety? Czy rzeczywiście od płci zależy, jak do tych informacji podejdziemy?
Większe różnice wynikają z typu osobowości niż z płci. Typy mocno relacyjne, empatyczne, dla których relacje i ich temperatura, a także atmosfera w pracy są często ważniejsze niż sam efekt pracy, informację zwrotną potrafią przyjąć bardzo osobiście. W takich wypadkach lepiej sprawdzi się inny model podawania informacji zwrotnej, niż ten, który właśnie omawiałyśmy. Określa się go mianem „kanapki” lub „hamburgera”. Najpierw dajemy to, co pozytywne („Bardzo mi się podoba sposób, w jaki pracujesz z ludźmi nad tym projektem”, „Bardzo cenię sobie naszą współpracę ze względu na…”), następnie komunikujemy to, co jest do zmiany czy korekty („…to, o co prosiłabym cię, żebyś zmienił, to…”) i zamykamy kanapkę znowu czymś pozytywnym, ale autentycznym, nieudawanym (np. „Bardzo ci dziękuję za tę pracę. Jeżeli będziesz miał z tym jakikolwiek kłopot, to moje drzwi są zawsze otwarte, przyjdź, pomogę ci”). Zakończenie jest też elementem relacyjnym, motywacyjnym. To trudniejsze dla niektórych osób oraz trwa nieco dłużej. I działa tylko w wypadku ludzi nastawionych relacyjnie – jeśli taką „kanapkę” będziemy chcieli zaserwować zadaniowcom, usłyszymy zapewne: „Dobrze, już dobrze, skończ te wstępy i powiedz, o co chodzi”. Czyli: schowaj bułkę i daj mi mięsko (śmiech). Natomiast podanie osobom zorientowanym bardziej relacyjnie informacji w sposób zwięzły, krótki i niemal wojskowy skutkuje tym, że będą się niepokoić o to, co stało się z relacją – „OK, rozumiem tę logikę, ale co to za forma?! Coś się stało? Czy nie jestem już tu akceptowany?”.

Dlaczego tak istotne jest przekazywanie pozytywnych informacji zwrotnych?
Niektóre osoby nie czują potrzeby, by szef je chwalił, ponieważ same mają głębokie wewnętrzne przekonanie, że są w czymś dobre. Inni mogą jak najbardziej chcieć pozytywnej informacji zwrotnej. Nie pracujemy jedynie dla pieniędzy, ale dla poczucia satysfakcji, uznania, bycia potrzebnym. Naszym „paliwem” do pracy jest wewnętrzna motywacja, która może być podtrzymana przez pozytywną informację zwrotną. Kiedy czujemy się docenieni, jesteśmy gotowi do dodatkowego wysiłku. Dlatego apeluję do szefów, przyłapujcie ludzi także na robieniu rzeczy dobrze!

Dr Joanna Heidtman pycholog i socjolog, trener biznesu i coach. 

  1. Styl Życia

Emigranci: co charakteryzuje ich osobowość?

Emigracja: tragiczna konieczność czy szansa? Dlaczego Polacy decydują się na wyjazd? Od kilku lat emigracja zarobkowa nie jest już jedynym powodem. (fot. iStock)
Emigracja: tragiczna konieczność czy szansa? Dlaczego Polacy decydują się na wyjazd? Od kilku lat emigracja zarobkowa nie jest już jedynym powodem. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozwój zawodowy, lepsza płaca, możliwość otwarcia nowej karty, ale też tęsknota za domem, samotność, czasem depresja, no i Brexit. O specyfice życia na emigracji z psycholożkami pracującymi z angielską Polonią – Renatą Górską i Katarzyną Sobkowicz  – rozmawia Agnieszka Burton.

Dużo nas na obczyźnie. Ci, którzy spróbowali żyć za granicą, wiedzą, że nie jest to jednak takie łatwe, i nie chodzi tylko o nostalgię za krajem. Słyszałam nawet o depresji emigracyjnej… Katarzyna Sobkowicz: Stres, z jakim codziennie musimy sobie radzić na emigracji, jest ogromny. Porozumiewamy się w obcym języku, jesteśmy daleko od rodziny, często nie mamy grupy wsparcia lub nie pracujemy w swoich zawodach, a jeszcze w Polsce coś się dzieje! Normalnie jedno takie wydarzenie mogłoby kogoś przeciążyć emocjonalnie, a tu dochodzi do kumulacji czynników stresujących.

Co prawda nie ma w terminologii takiej jednostki chorobowej jak „depresja emigracyjna”, istnieje natomiast wiele badań potwierdzających, że emigranci są bardziej skłonni do zaburzeń psychicznych niż rdzenni mieszkańcy.

Renata Górska: Są dwa typy depresji – kliniczna, co do której nie zawsze wiadomo, skąd się bierze, prawdopodobnie jest genetyczna, i depresja reaktywna, która jest reakcją na stres i pojawia się zwykle wtedy, kiedy w życiu dużo się dzieje. Jeśli ktoś wyemigrował i bardzo źle sobie radzi z tą sytuacją, mogą wystąpić u niego objawy depresyjne. Jednak nigdy nie spotkałam się z przypadkiem depresji, która pojawiłaby się u kogoś tylko i wyłącznie z tego powodu, że zamieszkał w innym kraju.

Co zrobić, aby nie poddać się stanom depresyjnym? R.G.: Przede wszystkim trzeba mieć świadomość tego, jak wygląda emigracja. Warto poczytać o danym kraju, zastanowić się, jaka jest motywacja wyjazdu. Czy chcę wyemigrować, bo wszyscy znajomi to robią? Może wujek, który mieszka w Anglii, mówi, że jest fajnie? Albo jadę po rozwój zawodowy, chcę robić coś, co jest moją pasją? Warto też pojechać tam na rekonesans, pochodzić po ulicach miast i miasteczek, także z dala od turystycznych szlaków, gdzie oprócz atrakcji będą i śmieci. Zastanowić się, co wiem o kulturze, języku i mentalności mieszkańców danego kraju, czy łatwo mi będzie wejść w obce społeczeństwo i zrozumieć tamtejszych ludzi.

Trzeba również zdawać sobie sprawę, że są różne fazy, przez które przechodzi się na emigracji. Jedni reagują na początku entuzjazmem, a potem jest spadek nastroju; inni najpierw wszystko negują, a entuzjazm pojawia się powoli. Dlatego warto poszukać stowarzyszeń rodaków o podobnych zainteresowaniach, aby nie czuć się za granicą odizolowanym. Pewnie najtrudniej poradzić sobie z tęsknotą, ale zawsze mamy Skype, mejle czy komunikatory, tanie loty umożliwiają w miarę częste odwiedziny w Polsce. Pamiętajmy też, że część kontaktów – mimo naszych starań – może się zwyczajnie urwać.

Co zrobić kiedy dopadnie nas nostalgia? R.G.: Kiedy nastrój leci na łeb na szyję, dobrym pomysłem jest znalezienie czegoś, co oderwie nas od czarnych myśli. To mogą być proste rzeczy czy zajęcia, jak gotowanie czy pójście na siłownię. Uchodźcom jest oczywiście ciężej, wtedy doradzałabym skontaktowanie się z psychologiem lub grupami wsparcia z tego samego kręgu kulturowego.

K.S.: Musimy też dać sobie przyzwolenie na pewną stale powracającą nostalgię. To naturalne, że przez kilka dni po powrocie z wakacji w Polsce, gdzie była rodzina i byli przyjaciele, możemy czuć się gorzej. Potrzebujemy czasu na przystosowanie się do realiów życia na emigracji, chwilowe obniżenie nastroju to nie jest jeszcze nic złego.

Jakie są fazy adaptacji na emigracji? R.G.: W przypadku osób, które wybrały emigrację same, zazwyczaj najpierw jest duży zachwyt jak przy zakochaniu, potem bardzo często następuje gwałtowny spadek, może to być po roku, a nawet po kilku latach. Odkrywamy, że wcale tu nie jest aż tak fajnie. Potem dopiero następuje faza stabilizacji, kiedy zdajemy sobie sprawę zarówno z pozytywów, jak i negatywów. U osób, które zostały niejako wrzucone w obcą im kulturę, bo nie miały innego wyjścia albo niewiele na temat nowej kultury wiedziały, zwykle najpierw jest spadek nastroju, a potem powolny wzrost i stabilizacja.

K.S.: Nie mam zbyt często do czynienia ze starszą emigracją, czyli ludźmi, którzy wyjeżdżali, bo w Polsce nic ich nie trzymało. Częściej pracuję z tzw. nową emigracją, która jest świadoma swojego wyboru, zna języki obce, potrafi się poruszać na rynku pracy. Mimo to nawet u nowych emigrantów po jakimś czasie zaczynają pojawiać się różne problemy: czują się niedocenieni w pracy, dochodzą zawirowania mieszkaniowe albo w związku – i może wystąpić obniżenie nastroju. Potem coś dobrego się wydarza i znów nastrój idzie w górę.

Bardzo dobrze oceniono na Wyspach Brytyjskich reklamę serwisu aukcyjnego, w której dziadek uczy się angielskiego, aby odwiedzić swoją wnuczkę w Anglii. Reklama jest nie tylko wzruszająca, ale porusza też ważną kwestię dotyczącą rodziców współczesnych polskich emigrantów, którzy zostają w kraju, nie mogąc na co dzień uczestniczyć w życiu dzieci. K.S.:  Ta reklama łamie różne stereotypy i porusza ważne zagadnienia, które dla nas, emigrantów, są bardziej oczywiste niż dla mieszkających w Polsce. Stereotyp pierwszy: to na osobach, które wyemigrowały, powinien ciążyć obowiązek utrzymywania relacji z rodziną w kraju, stąd procent ludzi latających do Polski w odwiedziny jest dużo większy niż procent osób odwiedzających bliskich w Wielkiej Brytanii. Stereotyp drugi: starsze osoby nie są w stanie przyswoić nowej wiedzy. W reklamie pojawia się też ciemnoskóre dziecko, co otwiera dialog na temat tolerancji, w Polsce nadal trudny.

R.G.: Widzimy, że starszy pan po raz pierwszy jedzie do syna do Anglii, co znaczy, że nie widział swojej wnuczki przez dwa czy trzy lata. Pokonuje jednak opór przed nowym językiem, podróżą, a może i partnerką syna, która pochodzi z innego kręgu kulturowego. Według mnie ta reklama pokazuje podział, jaki istnieje pomiędzy młodszym i starszym pokoleniem, które zostało w Polsce, ale też możliwość jego przełamania.

Było już zjawisko związków na odległość, teraz mamy pojęcie rodziny na odległość? K.S.: Owszem, w Polsce pojawił się nowy model rodziny, której członków dzieli też bariera geograficzna. Co ciekawe, emigracja czyni nas dużo bardziej otwartymi na zacieśnianie relacji. Dzięki technologii, takiej jak na przykład Skype, mimo większej odległości tak naprawdę emocjonalnie możemy być bliżej.

Emigracja zarobkowa, niejako z przymusu, zwykle objawia się w pierwszej fazie nostalgią. Dopiero później przychodzi stabilizacja. (fot. iStock) Emigracja zarobkowa, niejako z przymusu, zwykle objawia się w pierwszej fazie nostalgią. Dopiero później przychodzi stabilizacja. (fot. iStock)

Sama jestem na emigracji ponad dwadzieścia lat i uważam, że istotne jest, aby dążyć do stania się człowiekiem „dwóch kultur”, tak by czerpać z obu to, co najlepsze. Nie wstydzić się polskości, uczyć dzieci języka, ale też nie zamykać się w dusznych enklawach polonijnych, tylko być otwartym na nowe. Nie trzymać się kurczowo błędnego koła zarabiana i odkładania, tylko robić to, co daje nam spełnienie. R.G.: Ja też mam podobne przemyślenia związane z moją dziesięcioletnią emigracją i nazywam to „osobowością emigranta”. Nie czuję się Angielką, jestem Polką, ale po tylu latach nie wiem, czy w Polsce bym się odnalazła. „Osobowość emigranta” to właśnie takie bycie trochę tu, a trochę tam. Ważne, aby nie starać się jednoznacznie określać, niejako na siłę, bo czasem ludzie przychodzą do mnie i zadają sobie w kółko pytanie: „Kim ja właściwie jestem?”. Trzeba mieć poczucie wspólnoty, kontakt z rodakami na emigracji, ale także z ludźmi, którzy hołdują podobnym do naszych wartościom.

Na pewno dużo lepiej odnalazłam się na emigracji, kiedy zaczęłam pracować w swoim zawodzie. To pozwoliło mi skontaktować się z tutejszym społeczeństwem, poczuć się docenioną.

Fajnie powiedziałaś o tym, by nie określać siebie na siłę. Dla emigranta najlepsze wyjście to chyba właśnie być pomiędzy kulturami? R.G.: Znów porównam to do miłości – możemy mieć do naszego kraju pochodzenia duży sentyment, ale też jednocześnie zakochać się w nowym kraju. To nie jest złe, to buduje nasz charakter, wtedy mamy większą inteligencję emocjonalną, jesteśmy w stanie lepiej zrozumieć drugiego człowieka.

Dwukulturowość wzmacnia naszą inteligencję emocjonalną? R.G.: Generalnie szeroko pojęta wielokulturowość powoduje, że nasza zdolność do empatii i mentalizacji wzrasta. Mentalizacja to stan, kiedy rozumiem, jak moje czyny wpływają na innego człowieka.

Czy zauważyłyście spadek nastrojów wśród Polaków po decyzji odejścia Wielkiej Brytanii z Unii? R.G.: Polacy obawiają się o przyszłość, gdyż do końca nie ustalono, jak właściwie ma wyglądać ich sytuacja. Wiele osób aplikuje o rezydenturę lub naturalizację – jeśli mają ku temu podstawy, czyli na przykład są w Wielkiej Brytanii ponad sześć lat. Myślę, że po samym głosowaniu część osób bała się dyskryminacji, a nawet jej doznała, choć głównie poza granicami Londynu. Niektórzy moi klienci mówią, że Brexit w nich uderzył, dwie czy trzy osoby wspomniały, że w pracy usłyszały komentarz, który miał być zabawny, na zasadzie: „To co, już pakujesz walizki?”. Ale tego typu zachowania były w mniejszości. Ja i mój mąż mamy wręcz pozytywny odzew, nasi koledzy z pracy mówią, że Brexit jest jakimś absolutnym idiotyzmem, w ogóle nie ma rozmów na temat tego, skąd jesteśmy.

Jest też mała część Polaków, która mieszka tu długo, ponad dziesięć lat, ma obywatelstwo angielskie i częściowo popiera Brexit, o ile zostaną wprowadzone odpowiednie przepisy prawne oraz ekonomiczne pozwalające na rozwój rynku oraz swobodne poruszanie się po Europie. Myślę, że ta część Polaków nie różni się znacząco w swoich poglądach od obywateli Wielkiej Brytanii, którzy głosowali za Brexitem, jakkolwiek jest to nadal mniejszość Polonii.

K.S.: Ponieważ nie ma jeszcze konkretnych uzgodnień, panuje duża niepewność. W takich sytuacjach uwidaczniają się indywidualne cechy osobowości: jedni będą skłonni do zamartwiania się, inni będą próbować uniknąć tematu, jeszcze inni zmotywują się do zmian, do działania. Ponieważ decyzja o Brexicie i tzw. hate crimes udowodniły wrogość wobec emigrantów, wśród Polaków w Wielkiej Brytanii pojawiały się wątpliwości. Czy ja chcę mieszkać w miejscu, gdzie mnie nie chcą? Czy kupować mieszkanie, czy może już wracać do Polski?

W Londynie sytuacja wygląda trochę inaczej, bo zawsze był kosmopolityczny. Słyszałam opinie, że w mniejszych miejscowościach Brexit dał przyzwolenie na zwiększenie nietolerancji, a to mogło wpłynąć na samoocenę oraz zaburzyć ustabilizowaną tożsamość emigranta, który dobrze zaaklimatyzował się w Wielkiej Brytanii.

Z psychologicznego punktu widzenia Brexit może rodzić uczucia niepokoju i lęku co do przyszłości. Z drugiej strony dużo osób ma tu ułożone życie, znajomych, dzieci w szkołach, ciężko pracowało na osiągnięcie obecnej pozycji. Jeżeli jest więc możliwość zostania, to czemu z niej nie skorzystać?

Na pewno nie możemy wykluczyć, że nie będziemy mieli do czynienia z „syndromem Brexitu” i na to trzeba również przygotować służbę zdrowia lub organizacje udzielające pomocy psychologicznej.

Renata Górska od kilku lat prowadzi prywatną praktykę terapeutyczną, a od 2009 roku koordynuje działanie Children and Family Advice Centre PPA (Poradni Rodzinnej PPA) w Londynie. Jest rekomendowaną specjalistką oraz byłą dyrektorką ds. konsultacji Polish Psychologists’ Association.

Katarzyna Sobkowicz psycholożka i trenerka, ukończyła szkolenia z zakresu pomocy psychologicznej oraz systemowej psychoterapii rodzinnej w Polsce, Londynie i w Indonezji. Członkini British Psychology Society oraz Polish Psychologists’ Association. Założycielka centrum terapii Mind-Treat w Londynie.

Polacy na emigracji często czują się rozdarci. Ważne jednak, żeby w najtrudniejszych chwilach szukali grup wsparcia lub pomocy psychologicznej. (fot. Getty Images/ Gallo Images) Polacy na emigracji często czują się rozdarci. Ważne jednak, żeby w najtrudniejszych chwilach szukali grup wsparcia lub pomocy psychologicznej. (fot. Getty Images/ Gallo Images)

Polacy na emigracji: dokąd najczęściej wyjeżdżamy?

Dane Głównego Urzędu Statystycznego z września 2016 roku pokazują, że w 2015 roku za granicą Polski przebywało około 2 mln 397 tys. Polaków, w tym niemal 2,1 mln w Europie. Liczba polskich emigrantów wzrosła w Niemczech o 7 proc. i w Wielkiej Brytanii o 5,1 proc. Niewielki wzrost zaobserwowano również w Belgii, Holandii, Szwecji, Austrii, Danii oraz we Francji, a także w Norwegii. Spadek liczby emigrantów z Polski w stosunku do roku poprzedniego odnotowano w krajach o wysokiej stopie bezrobocia: Hiszpanii (o 6,3 proc.) i Grecji (o 11 proc.). Nieco mniej Polaków przebywało również w Irlandii (spadek o 1,8 proc.). Ministerstwo Spraw Zagranicznych podaje, że pod koniec I kwartału 2016 roku na Wyspach przebywało około 984 tys. Polaków.

Emigracja zarobkowa? Dlaczego wyjeżdżamy?

Według psycholog Katarzyny Sobkowicz najnowsza emigracja przyjeżdża do Wielkiej Brytanii z trzech powodów:
  • zmiana stylu życia – ktoś już był w Anglii wcześniej, spodobało się i teraz chce tam zamieszkać;
  • pragnienie spróbowania czegoś nowego – zwłaszcza gdy jakieś wydarzenie (np. rozwód) zakończyło pewien życiowy rozdział;
  • emigracja zarobkowa związana z poszukiwaniem pracy w konkretnej branży.
– Już nie jest tak, że Polacy jadą za granicę „w ciemno” – twierdzi Katarzyna Sobkowicz. – Na pewno zdarza się jeszcze emigracja zarobkowa, ale rynek pracy po Brexicie się zmienił i jest coraz bardziej brutalny. Wymagana jest dobra znajomość języka angielskiego i doświadczenie w zawodzie. Nowa emigracja spełnia już te warunki.

Wyjeżdżamy sami czy z rodziną?

– Od dwóch lat obserwuję rosnącą liczbę bardzo młodych ludzi, prosto po szkole, którzy przyjeżdżają tu sami, ale mają już znajomych lub rodzinę w Anglii – mówi Reneta Górska. – Nie zawsze mają wyuczony zawód, idą więc do pracy fizycznej, która ich frustruje, w Polsce może by poszli na studia. Część z nich podkreśla, że wyjeżdżają, bo nie podoba im się sytuacja polityczna w kraju.

– Coraz częściej spotykam się z takim modelem, że matka wyemigrowała kilka lat temu zarobkowo i teraz sprowadza dzieci – zauważa Katarzyna Sobkowicz. – Dzieci wychowywane w Polsce i adaptowane w okresie dorastania do nowego środowiska mogą jednak przeżyć szok. Pojawia się tęsknota za krajem i za dziadkami – to duże obciążenie psychiczne.

  1. Psychologia

Praca: kiedy przynosi satysfakcję, a kiedy wypalenie zawodowe?

Między pasją a harówką: kiedy popadamy w wypalenie zawodowe? (Fot. iStock)
Między pasją a harówką: kiedy popadamy w wypalenie zawodowe? (Fot. iStock)
Na pewno nieraz słyszałaś hasło „pracuj z pasją” promowane jako przepustka do zawodowego spełnienia. Tylko dlaczego jednych prowadzi w dolinę szczęścia, a innych na skraj przepaści, jaką jest wypalenie zawodowe?

Basia w swoim życiu zawodowym właściwie od początku podążała za pasją: skończyła biologię i jako wyróżniająca się studentka mogła zostać na uczelni, postanowiła jednak przyjąć posadę w parku narodowym i pracując tam – blisko przyrody, pisać doktorat. Okazało się, że to było bezpieczne miejsce – od niej samej zależało, na ile się zaangażuje, bo dyrekcja nie wywierała wielkiego nacisku. Po jakimś czasie zorientowała się, że większość jej kolegów bardziej markuje pracę naukową, niż ją rzeczywiście wykonuje. Odchodzili od swoich biurek o trzeciej i jechali na obiadek do domu. Nikt nie wykazywał większych ambicji, a ją postrzegali jako osobę nadgorliwą. Jednak dzięki swemu zaangażowaniu została zauważona przez dyrektora jako „ta, której się chce”. Gdy trzeba było zadbać o wizerunek w mediach – delegowano Basię. Kiedy pojawiała się możliwość otrzymania grantu – Basia starała się za siebie i innych. Uczelnia w pobliskim mieście zapraszała naukowców z parku do współpracy – Basia okazała się niezastąpiona. Dużą część aktywności wykonywała nieodpłatnie, bo przecież działała na rzecz spraw, które były jej życiową pasją. Robiła wiele rzeczy, które nie należały do jej obowiązków, ponieważ inni nie byli tak zaangażowani i przekonujący jak ona. Po jakimś czasie zaczęło jej szwankować zdrowie. Znajoma lekarka powiedziała, że ma objawy wypalenia zawodowego i że to może skończyć się bardzo źle. Basia nie wie, gdzie popełniła błąd.

Wszystko czego pragniesz

Agnieszka projektuje wnętrza, chociaż skończyła prestiżowe studia ekonomiczne. Na życiową zmianę porwała się, bo nie umiała się odnaleźć w nudnej atmosferze bankowych pomieszczeń, identycznych w swoim charakterze bez względu na rodzaj banku i kraj. Tuż po podjęciu tej rewolucyjnej decyzji musiała skonfrontować się z rzeczywistością i najbliższymi, którzy nie byli zachwyceni jej lekkomyślną decyzją. – Jakim ty jesteś fachowcem? Projektantem po dwóch semestrach internetowego kursu! Ocknij się, dziewczyno, i zajmij tym, na czym naprawdę się znasz – grzmiał ojciec. – Córeczko, ale jak ty sobie poradzisz ze spłatą kredytu na mieszkanie, przecież do tego trzeba mieć stałe dochody, a ty masz zlecenia od czasu do czasu – wtórowała jęczącym tonem matka. Nie było łatwo to znosić, ale Agnieszka nie uległa. Początkowo pracowała za marne pieniądze, jednak każde zlecenie było nowym początkiem – ciągle uczyła się, czytała, podglądała, jak to robią inni. Czasami rezygnowała ze zlecenia, nawet jeśli bardzo potrzebowała pieniędzy – jeżeli klient próbował wymusić w projekcie zmiany, z którymi się nie zgadzała. Po kilku latach jej firma prosperuje coraz lepiej, a ona czuje, że jest na właściwym miejscu.

Kim jest przodownik pracy?

Dlaczego – chociaż obie wyszły z tego samego punktu – chęci pracowania z pasją, skończyły w tak rozbieżnych miejscach?

Pasja w swoim pozytywnym znaczeniu zawiera w sobie zawsze jakiś wzniosły pierwiastek (fascynację czymś pozytywnym, chęć głębszego poznania, chęć zrobienia czegoś dobrego dla ludzi, pierwiastek dobra, piękna, użyteczności, zgłębiania tajemnicy). Praca w interesującym obszarze jest wtedy drogą do celu, gdzie wydarzają się rzeczy dobre i piękne. Podążanie tą drogą wymaga jednak podejmowania ryzyka, że nie przez wszystkich będzie się uwielbianym i akceptowanym. Wymaga posiadania swoistego firewalla (czyli: zapory sieciowej), który nie dopuszcza toksycznych wpływów otoczenia. Wymaga bycia osobą wewnątrzsterowną – umiejącą powiedzieć sobie i innym: „Wiem, kim jestem, co mi służy, a co nie, mam mechanizmy, które nie pozwalają mi się zatracić”. Jeśli tego nie masz w sobie, łatwo możesz wpaść w pułapkę bycia „przodownikiem pracy”.

Na co powinien uważać każdy przodownik pracy? (fot. IStock) Na co powinien uważać każdy przodownik pracy? (fot. IStock)

Kiedy dopada nas wypalenie zawodowe?

Przodownik pracy też – szczególnie na początku – kieruje się pasją rozumianą jako bardzo silne upodobanie do czegoś, zajmowanie się tym z namiętnością. Jednak ma pewną cechę – która jak brak firewalla – czyni go podatnym na toksyczne wpływy otoczenia. Daje się sprowokować do działania opartego na rywalizacji („Dam radę, będę najlepsza, nie dam się”). Miesza narzędzie, jakim jest praca, z celem, jakim jest dążenie do wprowadzania w świecie pozytywnych zmian. Praca staje się wtedy celem samym w sobie, a przodownik pracy jest coraz bardziej zewnątrzsterowny, brakuje mu empatii dla innych i dla siebie – nie potrafi odmawiać, łatwo nim manipulować. Wszystko to prowadzi do wypalenia zawodowego, depresji i kłopotów ze zdrowiem. Brakującą zaporą jest uległość w relacjach z innymi, szczególnie ze znaczącymi osobami z otoczenia (rodzice, współmałżonek, szef).

Uległość to postawa charakteryzująca się respektowaniem praw innych i lekceważeniem własnych, czyli nieuwzględnianiem swoich potrzeb, poglądów i odczuć. Zachowujemy się ulegle, ponieważ boimy się reakcji innych na nasze decyzje i utraty ich aprobaty albo uważamy, że jest to właściwe, grzeczne zachowanie (czyli chcemy uniknąć konfliktu). Jednak uległa i unikająca postawa prowadzi do tego, że pomału tracimy poczucie własnej wartości, coraz częściej doświadczamy poczucia krzywdy, złości, frustracji, a tym samym – paradoksalnie – zachęcamy innych do dominacji nad sobą. To skłonność do uległości spowodowała, że Basia podporządkowała się regułom otoczenia, które poszukiwało kogoś, kogo da się wykorzystać. Nieumiejętność stawiania granic, brak firewalla, jakim jest zdrowa asertywność, zaowocowała tym, że toksyczny wpływ osób, które traktowały ją instrumentalnie, przeniknął do jej świata i go zatruł. Zamiast prowadzić badania i wdrażać projekty, które wniosłyby coś pozytywnego w funkcjonowanie przyrody, od lat „gasiła pożary” wynikłe z nieudolności otaczających ją osób i tym samym tę nieudolność ciągle wspierała. Jej praca pozbawiona była tego niezbędnego pierwiastka wzniosłości, poczucia, że robi się coś ważnego i dobrego, że to ma sens, i płynącej stąd satysfakcji, dającej energię do dalszego działania. Pozytywnym lub negatywnym wzmocnieniem stało się dla niej zadowolenie lub niezadowolenie dyrektora, który wykorzystywał ją do budowania obrazu firmy na zewnątrz, ale nie był zainteresowany jej dobrostanem.

Cała ta sytuacja, będąca podręcznikowym przykładem okoliczności prowadzących do wypalenia zawodowego, nie miała szans skończyć się inaczej, jak właśnie epizodem zdrowotnym, który pełni rolę ostrzegacza. Od tego, czy Basia to ostrzeżenie usłyszy, zależy nie tylko jej dalsza kariera zawodowa, ale całe jej życie.

Ewa Mażul: coach, doradca, ekspert ds. komunikacji w biznesie.

  1. Styl Życia

Kompulsywne zbieractwo. Niezwykła opowieść o najsłynniejszych syllogomanach w historii

Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Langley Collyer (od lewej) oraz inspektor ds. budownictwa i mieszkalnictwa John O'Connor pośród tunelu pudeł i gazet w domu braci Collyer. (Fot. BEW Photo)
Niczego nie wyrzucą. Żyją i umierają w stertach swoich skarbów. Syllogomaniacy.

21 marca 1947 roku o godzinie 8:53 na posterunek policji w Nowym Jorku zadzwonił niejaki Charles Smith, donosząc, że w budynku przy ulicy Fifth Avenue w Harlemie znajduje się ciało mężczyzny w stanie zaawansowanego rozkładu. Funkcjonariusze pojawili się we wskazanym miejscu o 10 rano i otoczyli dom kordonem, by nie dopuścić zbyt blisko gromadzących się już gapiów. Wyważono zabezpieczone kratą drzwi, prowadzące do piwnic. Dalszą drogę zagradzało zwarte rumowisko cuchnących odpadów wylewających się z wnętrza. Policja nowojorska stanęła twarzą w twarz z jednym z najbardziej dramatycznych i tragicznych przypadków syllogomanii, czyli zbieractwa kompulsywnego. Kilkupiętrowy budynek wypełniony szczelnie, po ostatnią kondygnację, makulaturą, śmieciami, odpadkami był własnością braci Homera i Langleya Collyerów, należących do jednego z najznamienitszych nowojorskich rodów.

Zamożni odludkowie

Dotknięci kompulsywnym zbieractwem gromadzą wszystko – stare gazety i pojemniczki po jogurcie. W ich mieszkaniach nie znajdziesz skrawka wolnej przestrzeni. Syllogomania atakuje więcej osób niż bylibyśmy skłonni podejrzewać. Jedyne do tej pory badania epidemiologiczne przeprowadzono w amerykańskim stanie Massachussets wykazały, że syndromem zbieractwa dotkniętych okazało się 26 na 1000 mieszkańców.

Jednym z nich jest Olga – profesor literatury, emerytowana nauczycielka akademicka z Bostonu. Kiedy przestała panować nad sytuacją i zadzwoniła po pomoc, drzwi do jej apartamentu nie sposób już było otworzyć. Blokowało je ponad sto ogromnych plastikowych worków wypełnionych notatkami, materiałami do wykładów z ostatnich 10 lat. Sterty ubrań, większość jeszcze z metką, po 10 sztuk takich samych – różniły się tylko kolorami. Mnóstwo butelek, spakowanych w torby i pudła. Starych listów, słoików, plastikowych toreb po zakupach, zepsutych zegarków... Rzeczy pokrywały podłogę grubą, ponadmetrową warstwą. W sypialni sięgały sufitu. Od kilku lat nie używała łóżka, bo nie można było się do niego dostać. Sypiała więc w kuchennym kąciku – jedynym wolnym jeszcze miejscu w jej mieszkaniu. Wiedziała, że nie sposób tak żyć, ale nie potrafiła niczego wyrzucić. Jej pasja gromadzenia nie wynikała ani z biedy, ani traumatycznych przeżyć młodości. Podobnie jak legendarne już zbieractwo braci Collyerów.

Homerowi i Langleyowi nigdy niczego nie brakowało. Obaj odebrali znakomite wykształcenie. Starszy, Homer, był prawnikiem. Młodszy ukończył studia na kierunkach mechanika stosowana oraz chemia, ale nie podjął pracy w zawodzie. Oddawał się swojej pasji muzycznej, wygrał nawet kilka prestiżowych konkursów pianistycznych. Bracia byli nieśmiali, uprzejmi i bardzo kulturalni. Ubierali się zwykle z wyszukaną, XIX-wieczną elegancją i przypominali dżentelmenów z epoki wiktoriańskiej. Nie mieli bliskich przyjaciół. Nie znano też nikogo, kto by kiedykolwiek przekroczył drzwi ich domu. „Zamożni odludkowie, ot co” – kwitowali sprawę sąsiedzi.

W 1933 roku Homer przeszedł udar, po którym stracił wzrok i został częściowo sparaliżowany. Langley porzucił koncertowanie i oddał się opiece nad bratem. Przekonał go, że jego oczy powinny być stale zamknięte, by mogły odpocząć, i że dla pokonania ślepoty trzeba jeść 100 pomarańczy dziennie. Po ojcu bracia odziedziczyli ogromną bibliotekę ksiąg medycznych, Langley zadecydował więc, że sam zajmie się rehabilitacją Homera.

Skarby śmietników

„Tajemniczy faceci z Harlemu” budzili niezdrową ciekawość i stali się tematem najbardziej niezwykłych opowieści. Wierzono, że ich dom kryje nieprzebrane skarby, a bracia sypiają na materacach wypchanych pieniędzmi. Ludzie usiłowali za wszelką cenę zajrzeć do środka, a okoliczne dzieci zabawiały się wybijaniem okien kamieniami. Langley nie wstawiał nowych szyb, a tylko zabijał kolejne otwory deskami i tekturą. W ten sposób izolacja braci pogłębiała się. Przestali płacić rachunki i podatki. Odłączono im gaz i elektryczność. Choć mieli spore oszczędności i nie cierpieli biedy, Langley całymi nocami przeszukiwał ulice miasta, wyciągając ze śmietników żywność i najprzeróżniejsze „skarby”, które gromadził w swojej posiadłości.

Typowe objawy syllogomanii obejmują nie tylko zbieranie wszystkich możliwych śmieci, ale również obsesyjne robienie zapasów. Niektórzy chorzy kupują niewiarygodne wręcz ilości dóbr wszelakich, w tym tony żywności. Zasoby ich spiżarek pozwoliłyby wykarmić kilka rodzin przez wiele lat. Zbieracz wykupuje na wyprzedaży „wyjątkowe okazje” – rzadko jednak zadowala się pojedynczą sztuką jakiegoś produktu, bierze od razu 30 czy 40. Nigdy niczego nie używa. Trzyma swoje skarby „na przyszłość”. Ma kłopoty z wyrzuceniem czegokolwiek, bo przecież zawsze kiedyś komuś do czegoś może się przydać. A nie daj Boże do śmieci trafi coś niezwykłego... Zbieractwo bywa też ściśle wyspecjalizowane. Jedni gromadzą zapasy jedzenia, inni otaczają się na przykład stadem zwierząt.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dotknięci syllogomanią mają trudności z podejmowaniem decyzji i realizacją zamierzeń. Choroba może towarzyszyć zespołowi Diogenesa, czyli zaburzeniu osobowości, polegającym na skrajnym zaniedbywaniu higieny osobistej i stanu sanitarnego w mieszkaniu. Także unikaniu kontaktów z najbliższymi i towarzystwa innych ludzi. Ofiara zespołu Diogenesa przypomina niekiedy zaniedbanego, bezdomnego nędzarza, choć jej status materialny może być całkiem wysoki.

Pułapki na włamywaczy

Kiedy oficerowie policji wyważyli drzwi domu Collyerów, gromadzone latami śmieci dosłownie wylały się na ulicę. Wejście do środka było niemożliwe. Po kilku godzinach, za pomocą drabiny straży pożarnej, udało się sforsować jedno z okien. Funkcjonariusze z ogromnym trudem poruszali się w labiryncie wąskich korytarzy pomiędzy zwałami odpadków. W jednym z pokojów natknęli się na ciało siwego mężczyzny, który został zidentyfikowany jako Homer Collyer. Lekarz sądowy stwierdził, że śmierć nastąpiła około 10 godzin wcześniej – najprawdopodobniej na skutek odwodnienia i ogólnego wyniszczenia organizmu. Nikt nie miał pojęcia, gdzie był i co robił jego brat. Podejrzewano, że wyruszył na kolejną wyprawę zbieraczy. Nie było jasne, jakim sposobem wydostał się z domu, zważywszy kompletnie zawalony korytarz prowadzący do wyjścia.

Policjanci wyważyli jeszcze kilka okien na ostatniej kondygnacji i rozpoczęli odgruzowywanie posesji. Wyciągnięto stamtąd setki żyrandoli, kompletny szkielet wozu konnego, kozły do piłowania drewna, ramy materacy z uszkodzonymi sprężynami, wózki dziecięce, stołki, zepsute rowery, pudła z pocztówkami świątecznymi, kilka tysięcy książek i niezliczone ilości gazet. Wyniesiono z domu pięć pianin, mahoniowy kominek z ogromnym pękniętym lustrem, zielony zabawkowy autobus, skrzynkę pełną kółek z żabkami do wieszania zasłon, starą lodówkę i pudło połamanych zabawek. Labirynt tuneli wyryty w śmieciowisku Collyerów był naszpikowany licznymi pułapkami i przemyślnymi zapadniami, które miały ustrzec przed włamywaczami. 27 marca, po tygodniu sprzątania, natknięto się na skrzynkę po cygarach, a w niej cztery rewolwery, karabiny kalibru 22 i 30, bagnety, trzy szable, dubeltówkę i skrzyneczkę rozmaitej amunicji. Ogółem z 12 pokoi domu Collyerów wydobyto ponad 120 ton odpadków, śmieci i odchodów, 11 pianin i tyle części do samochodu, że można by z nich złożyć kompletnego Forda T.

To mój dom!

Zorganizowane akcje sprzątania podejmowane od czasu do czasu przez najbliższych, instytucje opieki czy służby miejskie na wiele się nie zdają. Wyczyszczona do cna posiadłość w ciągu kilku miesięcy znów obrasta w rozmaite dobra. Wystarczy pół roku, by sytuacja powróciła do poprzedniego stanu. Wszelkie próby pomocy w sprzątaniu są zresztą zwykle torpedowane przez zbieracza już w zarodku. Gazety? „Proszę ich nie wyrzucać. Mam zamiar w najbliższym czasie przejrzeć wszystkie i zachować tylko najważniejsze dla mnie wycinki”. Chory potrafi wytłumaczyć przydatność każdej rzeczy. Wszystko jest potrzebne i nie wolno uzbieranego zmarnować.

Bałagan? „No, mnie on nie przeszkadza, nie rozumiem więc, czemu by miał przeszkadzać tobie. W końcu to mój dom, a nie twój, nieprawdaż?” – słyszą niejednokrotnie dorosłe dzieci usiłujące zaprowadzić ład w mieszkaniu rodziców. Z powodu nałogowego zbieractwa cierpią nie tyle sami „kolekcjonerzy”, co członkowie ich rodzin. „Ojciec załatwiał się do nocnika, bo zbiory matki uniemożliwiały wejście do łazienki” – skarżyła się Angela na forum dla krewnych osób uzależnionych.

Podobnie było w przypadku Collyerów. Syllogomania dotyka często osoby bardzo inteligentne i wrażliwe, a to dlatego, że – jak próbują tłumaczyć psychologowie – widzą one więcej niż inni powiązań między rzeczami i to każe im bardziej je doceniać. Co charakterystyczne, nałogowi zbieracze kategoryzują swoje skarby wedle mocno niekonwencjonalnych kryteriów. Ot, na przykład rachunek za prąd szybciej wyląduje na stercie różnych kartek niż w szufladzie z innymi rachunkami.

Choć nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmu narodzin tej obsesji, obserwacja braci Collyerów pozwala wierzyć, że źródło problemu przynajmniej częściowo tkwi w genach. Jeśli jedno z rodzeństwa odczuwa chorobliwą potrzebę kolekcjonowania, prawdopodobieństwo, że przymus ten dotknie również brata czy siostrę wynosi ok. 27 proc. U bliźniąt jednojajowych, które wyposażone są w ten sam garnitur genetyczny –ryzyko choroby rośnie dwukrotnie.

Leczenie osób dotkniętych syllogomanią jest trudne przede wszystkim dlatego, że sami chorzy nie wyrażają chęci podejmowania prób walki z tym problemem. Najczęściej stosuje się psychoterapię wspomaganą podawaniem antydepresantów, na przykład fluwoksaminy.

Zamknięcie królestwa

1 kwietnia odbył się pogrzeb Homera Collyera. Jego brat wciąż był nieobecny i stało się jasne, że najprawdopodobniej nie żyje. Jego ciało znaleziono tydzień później – o ironio! – w tym samym pokoju, w którym umarł Homer. Zginął przygnieciony przez stertę ciężkich przedmiotów. Medycy sądowi ustalili, że śmierć Langleya nastąpiła około miesiąca wcześniej niż zgon brata, którym się opiekował.