1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak rozmawiać o podwyżce?

Jak rozmawiać o podwyżce?

123rf.com
123rf.com
Początek roku może być dobrą okazją do negocjacji podwyżki. Jak przygotować się do takiej rozmowy z przełożonym?

Z badania „Benefity oczami pracowników" przeprowadzonego przez Pracuj.pl w grudniu 2017 roku, prawie jedna trzecia respondentów stawia sobie jako cel noworoczny rozmowę o podwyżce. Jak przygotować się do takiego spotkania z przełożonym?

Oto 5 pomocnych kroków.

  1. Rozmowa o podwyżce wymaga odpowiedniej oprawy i właściwego przygotowania – należy wyczuć sytuację ekonomiczną firmy.
  2. Lepiej podjąć rozmowę z przełożonym zaraz po ukończeniu ważnego projektu, a niekoniecznie w trakcie jego trwania ze względu na mniej komfortowe okoliczności (stres, presja czasu).
  3. Warto także wcześniej zarezerwować salkę konferencyjną i przynajmniej godzinę na rozmowę, a także przygotować kwotę podwyżki i argumenty, które pokażą szefowi, że wiemy czego chcemy i co robimy dobrze.
  4. Kwotę dobrze przygotować zarówno w formie kwoty brutto, jak i wynagrodzenia na rękę.
  5. Nie warto poruszać wątków osobistych czy porównywać swojej sytuacji, do sytuacji współpracowników: „X dostał podwyżkę, a ja nie”.
 

mat.pras. Pracuj.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

Jak negocjować podwyżkę?

Myślisz, że już dawno należałoby złożyć podanie o podwyżkę, ale nie wiesz jak się do tego zabrać? Pomoże ci Iwona Firmanty. (fot. iStock)
Myślisz, że już dawno należałoby złożyć podanie o podwyżkę, ale nie wiesz jak się do tego zabrać? Pomoże ci Iwona Firmanty. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Niełatwo mówić o pieniądzach. Dlatego tak często rozmowa na temat podwyżki kończy się fiaskiem. – Najczęściej z powodu braku strategii negocjacyjnej i nieumiejętności przemawiania językiem korzyści dla firmy – twierdzi coach Iwona Firmanty. Zanim więc złożysz podanie o podwyżkę, zanim umówisz się z szefem na spotkanie, dobrze się do niego przygotuj.

Kluczem do udanych negocjacji jest dobre rozpoznanie.  Dlatego zasada numer jeden brzmi: zanim pójdziesz do szefa po podwyżkę, nie tylko zbierz wszystkie możliwe argumenty świadczące o tym, że te pieniądze ci się należą, ale przede wszystkim ustal sama ze sobą, co chcesz osiągnąć. W przeciwnym razie nie uzyskasz nic.

Podanie o podwyżkę? Wyłącz emocje!

– Miałam klientkę, która przez pół roku zastępowała swoją szefową. Menedżerka poważnie chorowała i nie było wiadomo, czy wróci – opowiada Iwona Firmanty, coach i szkoleniowiec. – Dziewczyna była specjalistką w swojej dziedzinie i miała dosyć dużą wiedzę, więc sprawdzała się w nowej roli świetnie. Problem polegał na tym, że szefowa całego działu nie do końca miała świadomość jej pracy i zaangażowania. Nieobecność menedżerki przedłużała się, więc moja klientka dostawała coraz więcej obowiązków – bez żadnego „dziękuję” i bez ekwiwalentu. Godziła się na to dlatego, że lubiła tę firmę i chciała w niej zostać, ale stopniowo ta sytuacja zaczęła ją wyczerpywać psychicznie i fizycznie.

Przepełniona negatywnymi emocjami i podburzona przez koleżankę z działu powiedziała swojej zwierzchniczce, że bez podwyżki dłużej już nie da rady. – Szefowa odebrała jej prośbę jako atak, na zasadzie: kolejna osoba przychodzi i narzeka na przepracowanie, zamiast pokazać możliwe rozwiązania. Co więcej, nie usłyszała rzeczowego uzasadnienia podwyżki, czyli przedstawienia korzyści, jakie firma ma z zatrudniania i – co ważne – utrzymania takiego wartościowego pracownika – mówi coach.

Dlaczego to takie ważne? Bo celem każdej organizacji jest osiąganie zysków. – Trzeba pamiętać, że dobrowolnie podpisaliśmy się pod zasadami współpracy za określoną stawkę. I nikomu nie będzie się opłacało dać nam większej pensji, jeżeli nie zobaczy, za co ma dopłacić – dodaje Iwona Firmanty.

Inna sprawa, że jeżeli ktoś nie mówi o tym, co robi dla firmy, czyli się w ogóle nie promuje, nie powinien liczyć na to, że sam zostanie doceniony. Pamiętajmy, że podczas negocjowania podwyżki to my musimy przedstawić jak najwięcej argumentów, które przekonają szefa.

Co po nieudanych negocjacjach zrobiła klientka Iwony Firmanty? Postanowiła przygotować się pod okiem fachowca i ponownie spotkać się z szefową. – Przygotowałyśmy strategię negocjacyjną, w której główny nacisk położyłyśmy na wykazanie kompetencji i wiedzy fachowej mojej klientki oraz na odpowiedni PR – mówi ekspertka. – Efekt był taki, że nie tylko uzyskała podwyżkę o 10%, ale też finansowanie szkolenia o wartości 3 tys. A dodatkowo wyrobiła sobie grunt przed negocjacjami na wypadek awansu na stanowisko nieobecnej przełożonej. Dlatego zawsze powtarzam, że jeśli nie uda się za pierwszym razem, to możemy wrócić do tematu za jakiś czas – odpowiednio przygotowani i nastawieni.

Chcesz w końcu złożyć podanie o podwyżkę i udać się na rozmowę z szefem? Przede wszystkim idź dobrze przygotowana. (fot. iStock) Chcesz w końcu złożyć podanie o podwyżkę i udać się na rozmowę z szefem? Przede wszystkim idź dobrze przygotowana. (fot. iStock)

Jak negocjować podwyżkę? Rozpoznaj najpierw kolor szefa!

Od czego zacząć przygotowania? Przede wszystkim rozpoznać typ osobowościowy swojego szefa, co pozwoli ci dobrać argumenty i sposób komunikacji. Jak to zrobić? Iwona Firmanty poleca posłużyć się typologią kolorystyczną opartą na modelu Junga, stosowaną przez wielu coachów do określenia stylu myślenia i działania osób, z którymi współpracujemy.

Przede wszystkim zastanów się, czy twój szef jest ekstrawertykiem czy introwertykiem. W pierwszej grupie znajdują się dwa typy kolorystyczne. Szef czerwony (ognisty strateg) jest mocno zorientowany na zadania, cele i wprowadzanie zmian. Jeśli twój szef wykazuje cechy dominacji i dąży do konkretnych, szybko widocznych rezultatów, a do tego nie cechuje go dyplomacja, to prawdopodobnie jest typem czerwonym. Z tej samej grupy pochodzi szef żółty (uczuciowiec-kreator). To rodzaj showmana – lubi dużo mówić, gestykulować, jest nastawiony przede wszystkim na komunikację. Szef, który łatwo nawiązuje kontakty, ma wiele pomysłów, ale bywa chaotyczny i nieprzewidywalny, zazwyczaj należy właśnie do tej kategorii.

Dwa typy z kategorii introwertyków to: szef zielony (relacyjny uczuciowiec) i niebieski (analityczny myśliciel). Typ zielony głównie aktywnie słucha i wykazuje zrozumienie. Jego mocnymi stronami są umiejętność budowania zaufania oraz pielęgnowania kontaktów, a słabymi – brak decyzyjności i skłonność do uników. Nie lubi zmian. Ostatni typ to szef niebieski. Poznasz go po tym, że operuje konkretami, danymi, liczbami. Stawia na dokładność, precyzję i dobre przygotowanie. Rzadko bywa spontaniczny, może wydawać się chłodny.

– Kolor szefa jest ważny, bo od tego zależy, jakich używamy wobec niego argumentów – mówi Iwona Firmanty. I przedstawia kilka praktycznych rad dla każdej barwy:

W negocjacjach z szefem żółtym nie przechodzimy od razu do konkretów, lecz zaczynamy od luźnej rozmowy. Jednostajny ton, nadmiar liczb szybko go zniechęcą. Trzeba bawić się intonacją, obrazami. Jaką taktykę zastosować? Żółty szef musi czuć, że zapewnimy mu zwrot z inwestycji, więc trzeba przemawiać do niego językiem korzyści – najpierw dla niego, potem dla firmy i dopiero na końcu dla nas. Jednocześnie żółty jest mało przewidywalny – lepiej przygotować się na to, że może prowokować, żeby obserwować, jak zareagujemy.

Szef niebieski jest całkowitym przeciwieństwem żółtego – lubi statystyki, wykresy, wskaźniki. Długo trawi treści, ale nie wolno na niego naciskać. W kontakcie z nim potrzebne jest wyczucie i obycie – przy niebieskich trzeba uważać na dress code i formy. W jego przypadku dobrze działają argumenty związane z oszczędnością, usprawnieniami, analizami, weryfikacją błędów, terminowością i dokładnością. Niebieski najbardziej się skupi na naszych błędach, więc warto przygotować się do spotkania pod tym kątem i zbyt emocjonalnie nie reagować na jego uszczypliwości.

Szef zielony jest niedecyzyjny i źle reaguje na postawę roszczeniową. Jest bardzo relacyjny, więc w rozmowie z nim trzeba podkreślać lojalność, szacunek i przywiązanie do zespołu. Zielony postrzega świat przez pryzmat wartości i jeżeli chcemy negocjować podwyżkę, to musimy logicznie ją uzasadnić. Lepiej od razu zaproponować mu rozwiązanie, czyli pomóc w podjęciu decyzji.

Szef czerwony lubi od razu przejść do meritum, nie traci czasu na zbędny jego zdaniem wstęp. Nie bawi się w subtelności, może być oschły,  a nawet lekko agresywny. Jeżeli idziemy do niego nieprzygotowani i niepewni, a dodatkowo weźmiemy do siebie jego brak dyplomacji, to przegramy. Szef czerwony jest konkretny i tego samego oczekuje od innych, szybko podejmuje decyzje. W negocjacjach z nim warto założyć margines bezpieczeństwa, bo musi czuć, że wygrał.

Rozpoznanie, jakim typem jest rozmówca i znajomość zasad, jakimi kierować się w rozmowie z nim, to połowa sukcesu. Potem wystarczy przygotować strategię negocjacyjną, czyli wykazać, co i dlaczego powinnaś otrzymać (pomoże ci w tym ramka z poprzedniej strony).

Podanie o podwyżkę i przebieg rozmowy z szefem należy tak opracować, aby mieć wewnętrzne poczucie, że to właściwy krok. (fot. Getty Images / Gallo Images) Podanie o podwyżkę i przebieg rozmowy z szefem należy tak opracować, aby mieć wewnętrzne poczucie, że to właściwy krok. (fot. Getty Images / Gallo Images)

Chcesz negocjować podwyżkę? Oto 10 wskazówek, które pomogą ci osiągnąć cel:

1. Zrób listę obowiązków. Spisz wszystkie zadania, które wykonujesz na co dzień, i zastanów się, które z nich są kluczowe dla firmy. To na nich powinnaś skupić się podczas rozmowy.

2. Przygotuj mapę sukcesów. Z ostatniego tygodnia, miesiąca, kwartału. Uwzględnij duże projekty, ale też drobne osiągnięcia, dzięki którym sprawy nabrały tempa. Kieruj się priorytetami firmy i tym, za co dostajesz pensję.

3. Oszacuj swoją wartość dla firmy. Zastanów się, jakie nisze w firmie wypełniasz. Postaraj się wycenić swoje sukcesy i operować konkretnymi wartościami liczbowymi (jaki zysk albo oszczędność przynosisz organizacji).

4. Zrób też listę porażek. Podczas negocjacji może okazać się równie ważna jak lista sukcesów. Wypisz swoje błędy, potknięcia, ale od razu zastanów się, jaką naukę wyciągnęłaś z każdego z nich. Przygotuj własne wnioski i bądź przygotowana na przedstawienie ich szefowi.

5. Skorzystaj z matrycy negocjacyjnej. Najpierw zrób wywiad – co w twojej firmie można wynegocjować, co udało się innym. Następnie zastanów się, czym zarządza twój szef. Oczekiwanie czegoś, co przekracza jego kompetencje, to błąd taktyczny. Załóżmy, że twój szef zarządza takimi zasobami, jak pieniądze, szkolenia i sprzęt.  Wyznaczasz trzy cele negocjacyjne. Jeżeli nie osiągniesz sukcesu przy pierwszym (pieniądze), przechodzisz do drugiego (szkolenia), jeśli tutaj także napotkasz trudności nie do przezwyciężenia, masz jeszcze trzeci (sprzęt). Główna zasada jest taka, że nie rozpoczynasz od negocjowania tego, co chcesz ostatecznie otrzymać – każdy cel podziel na trzy poziomy, zaczynaj od najwyższego i w razie potrzeby przechodź na niższe. To nic, że początkową propozycją możesz nawet rozbawić szefa – najważniejsze, że przedstawisz argumenty, a więc wykażesz, że jesteś kompetentna i dobrze przygotowana.

6. Przećwicz przebieg spotkania. Zrób próbę przed kamerą, pustym krzesłem, lustrem. Zwróć uwagę na mowę ciała i tembr głosu. Ważne, żeby przed rozmową mieć w głowie przygotowany i odegrany scenariusz.

7. Wysonduj stan emocjonalny szefa. Jeżeli czekają cię negocjacje, a widzisz, że szef ma zły humor, to zaproponuj przełożenie spotkania – w przeciwnym razie ryzykujesz porażką.

8. Przestrzegaj hierarchii służbowej. Nawet jeśli masz partnerski układ z szefem, to w czasie rozmowy o podwyżce zachowuj relację: podwładny – kierownik. W przeciwnym razie możesz usłyszeć: „Ja bym ci dał, ale teraz nie ma pieniędzy w firmie”.

9. Zdystansuj się. Jeżeli szef będzie przekładał termin spotkania kilka razy, nie bierz tego do siebie. Przypominaj się, a jeśli sytuacja się przeciągnie, wyślij mail i w maksymalnie trzech punktach wyjaśnij, dlaczego zależy ci na rozmowie.

10. Bądź wytrwała. Nawet jeżeli szef odrzuci wszystkie twoje cele z matrycy negocjacyjnej, to nie przejmuj się i poszukaj innych celów (zamiast pieniędzy dni wolne lub możliwość pracy zdalnej, pakiet medyczny czy kartę sportową, wyższe stanowisko bez podwyżki, dodatkowe płatne zlecenia) i opracuj nową matrycę – pierwszą rozmową przygotowałaś już grunt.

Iwona Firmanty trenerka umiejętności osobistych, coach kadry menedżerskiej,  psycholog, socjolog

  1. Styl Życia

Zaprzyjaźnij się ze sobą. Twoje życie od razu stanie się lepsze – zapewnia Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)
Kiedy nasz świat się rozpada i nagle stajemy w obliczu niewiadomego, jest to moment próby. Należy wówczas zatrzymać się, nie usiłując niczego definiować. Istotą podróży duchowej nie jest szukanie nieba czy jakiejś krainy szczęśliwości - mówi buddyjska mniszka Pema Chödrön w książce „Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu”.

Klasztor Gampo zbudowano w miejscu, gdzie morze i niebo wydają się łączyć w jedno. Horyzont rozciąga się tam w nieskończoność, a w tym bezkresie szybują mewy i kruki. Sceneria ta, niczym wielkie lustro, zwielokrotnia świadomość niemożności ukrycia się. Ponieważ jest to klasztor, nie ma tu wiele możliwości ucieczki. Nie ma kłamstw, kradzieży, seksu, alkoholu - znikąd ratunku.

Gampo to miejsce, w którym od dawna chciałam się znaleźć. Trafiłam tam dzięki Trungpie Rinpocze, kiedy na jego prośbę objęłam funkcję przełożonej klasztoru. Pobyt w Gampo okazał się ciężką próbą: z powodu moich skłonności do rzucania wyzwań losowi w ciągu pierwszych lat tam spędzonych czułam się, jakby mnie kąpano w ukropie.

Po przybyciu do klasztoru mój dotychczasowy świat legł w gruzach. Wszystkie metody, które do tej pory stosowałam, by ochraniać i oszukiwać siebie, by utrzymywać swój wyidealizowany wizerunek, okazały się bezużyteczne. Pomimo usilnych starań nie byłam w stanie manipulować sytuacją, a moje zachowanie wszystkich irytowało. Nigdzie nie mogłam znaleźć miejsca, w którym mogłabym się ukryć.

Zawsze postrzegałam siebie jako uczynną, łatwo się dostosowującą i powszechnie lubianą osobę. Udało mi się wytrwać w tej iluzji przez większość życia. Jednak w początkowych latach pobytu w Gampo doszłam do wniosku, że mój dotychczasowy sposób życia musi ulec zmianie. Wprawdzie wciąż dostrzegałam w sobie wiele zalet, ale przestałam uważać się za nieomal doskonałość. Stworzenie dotychczasowego wizerunku siebie kosztowało mnie tak wiele wysiłku, a tu nagle rozsypał się on na kawałki! Wszystkie moje nierozwiązane problemy ujawniały się teraz ostro i wyraziście, kłując w oczy zarówno mnie samą, jak i otaczających mnie ludzi.

Nagle i w dramatyczny sposób uświadomiłam sobie wszystko, czego wcześniej w sobie nie dostrzegałam. A jakby tego było mało, inni ochoczo służyli mi informacją na temat mojej osoby i wszystkiego, co robię. Było to tak bolesne, że zastanawiałam się, czy jeszcze kiedykolwiek będę szczęśliwa. Nieustannie spadały na mnie razy, pod którymi pękały moje iluzje. W klasztorze, gdzie tyle czasu poświęca się praktyce i naukom, nie miałam możliwości ucieczki w mechanizm usprawiedliwiania siebie przez zrzucanie winy na innych. Tam takie rozwiązanie nie wchodziło w grę.

Przebywał wówczas w Gampo z wizytą pewien nauczyciel, którego słowa utkwiły mi w pamięcie: "Jeśli zaprzyjaźnisz się sama z sobą, twoje życie stanie się dla ciebie bardziej przyjazne".

Od dawna byłam przekonana o słuszności tej prawdy. Przypięłam sobie nawet na ścianie karteczkę ze słowami: "Jedynie ulegając zniszczeniu, możemy znaleźć to, co w nas niezniszczalne". Zanim jeszcze usłyszałam o naukach buddyjskich, w jakiś sposób czułam, że za tymi słowami kryje się tajemnica prawdziwego przebudzenia, że jego warunkiem jest umiejętność rozstania się ze wszystkim, do czego przywykliśmy.

Niemniej jednak, kiedy do tego dochodzi, kiedy całkowicie tracimy poczucie bezpieczeństwa i nie ma niczego, czego moglibyśmy się uchwycić, odczuwamy to bardzo boleśnie. Motto Instytutu Naropy brzmi: "Umiłowanie prawdy obnaża cię". Można je odebrać jako przesadnie romantyczne, ale trudno zaprzeczyć, że kiedy stawiamy czoło prawdzie, cierpimy. Spoglądamy w lustro i zauważamy zmarszczki na swojej trzęsącej się twarzy, a nasze tchórzostwo, zgorzknienie i złość stają się widoczne jak na dłoni.

Fragment z książki „Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu” Pemy Chödrön, Wydawnictwo Zwierciadło.

  1. Styl Życia

Tylko powoli – kilka słów o greckiej radości życia

Grecy charakteryzują się dosyć mocno rozwiniętą tożsamością narodową. Ale panują tu też silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. (Fot. iStock)
Grecy charakteryzują się dosyć mocno rozwiniętą tożsamością narodową. Ale panują tu też silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. (Fot. iStock)
Do czego się spieszyć? Zdążymy, dzień jest długi. Kryzys? Zaciskanie pasa? To tylko teoria. Bo są sprawy, z których Grek nie zrezygnuje. Jak na przykład biesiadowanie z rodziną i przyjaciółmi, picie wina, zabawa. Czym się przejmować, skoro świeci słońce, a ziemia rodzi najlepsze pomidory i oliwki?

Film Michalisa Kakojanisa z Anthonym Quinnem w roli tytułowej ma już prawie 60 lat. Opowiada o czasach sprzed wieku. A jednak powiedzenie: „Jaka piękna katastrofa!” znamy niemal wszyscy, weszło do naszego języka i sposobu myślenia. Czy te słowa ekranowego Greka Zorby, przez wielu traktowanego jako uosobienie greckości, mógłby wypowiedzieć i dzisiejszy mieszkaniec Aten albo Krety? Czy radość życia, specyficzne połączenia beztroski, niefrasobliwości i szaleństwa z odrobiną melancholii – to mieszanka typowo grecka?

Kostas Balamoshev, papirolog, Grek mieszkający od kilku lat w Polsce, mówi, że co prawda ani filmu Kakojanisa nie oglądał, ani powieści, na podstawie której powstał, nie czytał, ale zna parę osób, o których mógłby powiedzieć: tak, to Zorba.

Bo rzeczywiście Grecy szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. Gotowi są rzucić się w nią, nie zwracając uwagi na to, ile kosztuje. Postawić kolejkę całemu towarzystwu w tawernie – a nie zbiera się tam zwykle kilka osób, mowa raczej o kilkudziesięciu – choć w kieszeni pusto – to nic nadzwyczajnego. A kiedy się wali, podziwiać, jak pięknie się wali, zamiast rozpaczać, że się zawaliło. Oczywiście to generalizacje, coś w nich jednak jest. Słońce, kolory nieba i morza, smaki, zapachy – to wszystko sprawia, że życie jest łatwiejsze do zniesienia. Nie bierze się go tak tragicznie i na serio jak często robimy to my, z zimniejszych i ciemniejszych rejonów Europy.

Grecy nieustannie szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. (Fot. iStock)Grecy nieustannie szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. (Fot. iStock)

Sprawy niezbędne

Grecja nie jest krajem bogatym. Do czasu wejścia do Unii Europejskiej było tu wręcz biednie. Potem, dzięki Unii właśnie, zaczęło się wielkie wydawanie pieniędzy. Inwestycje, imprezy. – Punktem kulminacyjnym – mówi Kostas Balamoshev – była olimpiada w 2004 roku. Przeogromna radość w całym kraju, nikt nie zastanawiał się, ile co kosztuje, ile wydaliśmy, ile pieniędzy poszło na obiekty, które w końcu nie zostały wykorzystane i w efekcie szybko zaczęły niszczeć. W dodatku chwilę wcześniej wygraliśmy mistrzostwa Europy w piłkę nożną – wydawało nam się, że jesteśmy w raju. A potem się posypało. Zaczęły się problemy, parę lat temu wisiała nad Grecją groźba bankructwa. Trzeba było naprawdę zacisnąć pasa. I wtedy pojawiły się dwie grupy ludzi. Jedni mówili, że to ci źli z Unii się na nas uwzięli, a to oni przecież mają wobec nas zobowiązania. Druga grupa, trzeźwiej patrząca na rzeczywistość, przyznawała, że jednak sami trochę nabroiliśmy. Przez to chociażby, że to my sami wybraliśmy polityków, którzy doprowadzili nas na skraj przepaści…

Ale czy kryzys spowodował, że Grecy zaczęli oglądać każde euro trzy razy? Nie do końca. Bo, według nich, są rzeczy, z których nie da się zrezygnować. I to nie tylko rzeczy niezbędne. A może raczej katalog rzeczy niezbędnych jest u nich bardziej pojemny.

Parea, czyli towarzystwo

Niezbędne jest choćby biesiadowanie z rodziną i przyjaciółmi. Nie raz na jakiś czas, z okazji rocznicy, imienin czy urodzin. Do tawerny wychodzi się często. Absolutne minimum to raz w tygodniu, ale zwykle znacznie częściej. I nie we dwójkę czy trójkę. Wieczorami w knajpach odbywają się ogromne spotkania – najczęściej rodzinne, chociaż, jak twierdzi Kostas, przyjaciele to w Grecji też rodzina.

A sama rodzina wygląda inaczej niż u nas. To ogromne klany. Teoretycznie rządzi ojciec. On jest „głową”. – Widać takich panów, jak siedzą w kafenionach, dyskutują godzinami przy winie czy kawie, politykują, ale kiedy przychodzą do domu, to już tak głośno nie przemawiają. Bo w domu wszystkim rządzą kobiety – opowiada Jacek Fronczak, miłośnik Grecji, a w szczególności Krety, gdzie spędza każde wakacje od ponad 20 lat. I dodaje, że Grecy są zwariowani na punkcie dzieci. – Kiedyś na Krecie zniknął nam z oczu synek, moi greccy przyjaciele pierwszy raz zobaczyli mnie wtedy zdenerwowanego, pytają: co się stało? Mówię, że syna nie ma, może policja? Popatrzyli na mnie: „Chłopie, na Krecie jest 360 tysięcy osób, oni wszyscy pilnują twojego syna, nic złego nie mogło mu się stać”. I faktycznie zaraz go przyprowadzili, gdzieś tam latał z chłopakami.

Te wielopokoleniowe rodziny mieszkają razem. Nie do pomyślenia jest, żeby schorowaną babcię oddać do domu opieki, w ogóle takie miejsca to raczej nieznana w Grecji instytucja. – Starszymi opiekują się młodsi – mówi Jacek Fronczak – ale też ich słuchają. Ponieważ to są ci najmądrzejsi, ci z doświadczeniem. Choć oczywiście konflikty pokoleniowe są na porządku dziennym, bo starszy wie lepiej, a młodszy robi swoje. I nawet, jak mu te biznesy wychodzą, to i tak ojciec czy dziadek woleliby, żeby jednak hodował te owce i pielęgnował oliwki.

Wieczorami całe to wielkie towarzystwo zjawia się w tawernie. Wokół biegają dzieciaki, rozpuszczone do granic możliwości, nikomu nie przeszkadza, że jest późno, że powinny iść spać. Kiedy się zmęczą, to zasną na dwóch zestawionych krzesłach, a potem tak „na śpiąco” zostaną przetransportowane do domu. Ciepły klimat wymusza inny rytm dnia – zwłaszcza latem dopiero wieczorem zaczyna się swobodniej oddychać, szkoda marnować więc ten czas na spanie, lepiej przeznaczyć go na wspólne siedzenie, jedzenie, gadanie.

Grecka tawerna to nie forma, tylko treść. To nie wykrochmalone serwetki, świece, kieliszki. To stół nakryty papierowym obrusem, szklanki – bo wino pije się tylko ze szklanek, wielkie talerze z mnóstwem małych dań – po to, żeby można się było nimi dzielić. Biesiadowanie zwykle trwa do północy. Jak to wygląda? – Najpierw na stół wjeżdżają przystawki – słynne greckie mezedes – opisuje Jacek Fronczak. – Ale nie jest tak, że każdy zamawia swoje danie. Przystawki pojawiają się na wielu talerzykach na środku stołu, każdy na swój talerz nakłada, na co ma ochotę. To mnóstwo maleńkich dań. Są rozmaite pasty, jak melitzanosalata, czyli pasta z bakłażanów. Opieka się je na grillu, mają wtedy fantastyczny wędzony posmak, miesza z pastą tahini, oliwą i podaje na zimno. Dalej tzatziki – jogurt z ogórkiem i czosnkiem. Jest też pasta z fety z zielonymi papryczkami, lekko pikantna, i taramosalata, czyli pasta z ikry dorsza roztartej z jogurtem, oliwą i cytryną. Są oliwki, są sery. Feta, zawsze owczo-kozia lub owcza, manouri, delikatny owczy ser, na Krecie dodaje się go do sałatki greckiej zamiast fety. Jest mizithra, ich biały ser twarogowy, trochę podobna do naszego bundzu, tylko delikatniejsza. Jest dużo twardych żółtych serów, przypominających sycylijskie pecorino. Pośród mezedes muszą być dolmadakia, małe zawijaski z liści winogron, w środku ryż. Do tego jogurt, żeby w nim dolmadakia zanurzyć. Zresztą jogurt dodaje się do wszystkiego. Do ryb, past, mięsa (marynuje się je często w jogurcie), nawet do deserów, do słodkiej baklavy. Podstawowy przysmak dzieci (i nie tylko dzieci) to jogurt z miodem. Greckiego, gęstego jogurtu w Polsce się nie zrobi, bo musi w nim być bakteria, która nie przekracza linii Karpat. U nas umiera. Sprawdziłem.

Po przystawkach wjeżdżają dania główne – tu każdy zamawia swoje, ale tylko w teorii. Bo, tak jak mezedes, dania główne też lądują na środku stołu, są dla wszystkich, po co się ograniczać do jednego? Do tego wino w karafce i można siedzieć do późna.

Kostas pamięta, że kiedy pracował w tawernie, czasami o drugiej czy trzeciej w nocy trzeba było gościom mrugać światłami, żeby dać sygnał do końca imprezy. I dodaje, że wspólnego ucztowania nie zakończył czy nawet nie osłabił kryzys – tej dziedziny życia, tak ważnej, oszczędzanie w Grecji dotyczyć nie może.

Choć kryzys dotknął w jakimś stopniu każdego. – Na Krecie czy mniejszych wyspach w każdej niemal rodzinie był ktoś, kto pracował jako urzędnik państwowy. Ci urzędnicy pełnili rozmaite funkcje od ważnych do trochę mniej istotnych – jak choćby kontrola stanu trawników w danej miejscowości. Praca mało skomplikowana, do – góra – 13.30, za to pensja świetna, a rodzina dumna. I nagle się skończyło, pieniądze obcięto, dotknęło to wielu osób.

Ale druga, o wiele większa część społeczeństwa, to ludzie żyjący z oliwek i owiec. A tych nie braknie. Ani wspaniałych warzyw, w tym najlepszych na świecie słodkich soczystych pomidorów, ani owoców. Na wsiach i w małych miasteczkach kryzys niewiele zmienił. Jest słońce, nie ma się co napinać. Więc dalej można cieszyć się życiem, czerpać przyjemność z chwili. Byle powoli.

Siga-siga

Włosi powiedzą: „piano-piano”, Hiszpanie – „tranquillo-tranquillo”. Ale znaczy to mniej więcej to samo. Czyli: niespiesznie. Na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, nie ma co się spieszyć, zdążymy. A nawet jak nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. Punktualność, umawianie się na godzinę, nerwy z powodu spóźnienia dłuższego niż akademicki kwadrans? To nie w Grecji.

– Umawiamy się wieczorem – mówi Jacek Fronczak. – Przychodzimy do tawerny, przyjaciół nie ma. Siedzimy, czekamy, po półgodzinie zaczynamy się nerwowo kręcić, w końcu dzwonimy: gdzie jesteście? No jak to, w domu, niedługo będziemy się zbierać, a coś się stało? Przecież umówiliśmy się wieczorem. Co w praktyce oznacza jakoś tak między 20 a 22.

Kostas potwierdza: – Nie musisz się stresować ani spieszyć. Możesz się spóźnić i nic się nie stanie. Mam tak często ze znajomymi, umawiamy się na jedną godzinę, a spotykamy się godzinę później. Kilka razy dałem się nabrać, bo przyzwyczaiłem się do punktualności za granicą. No, może prawie.

W Grecji na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, śpieszyć się, zdążymy. A nawet jeśli nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. (Fot. iStock)W Grecji na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, śpieszyć się, zdążymy. A nawet jeśli nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. (Fot. iStock)

Spadkobiercy Peryklesa

Choć Grecja zyskała państwowość dopiero w XIX wieku, to przecież tu, w greckich miastach-państwach (poleis) narodziła się wspaniała architektura, literatura, sztuka, filozofia. To stąd bierze początek demokracja, którą może nie wszyscy kochamy, ale, jak stwierdził Churchill, na razie niczego od niej lepszego nie wymyślono. Czy i w jakim stopniu dzisiejsi Grecy czują się spadkobiercami tej spuścizny?

– Tak, są z niej dumni – potwierdza Kostas Balamoshev – ale… mało niestety o niej wiedzą. W szkołach uczy się ułamków historii. Oczywiście tego, kim byli Perykles, Sokrates, Platon czy Arystoteles, są wojny perskie, podboje Aleksandra Wielkiego, potem długa luka – i Justynian z bazyliką Hagia Sophia, wreszcie lament po upadku Konstantynopola. I takie fragmenty Grecy mają w głowach. Oczywiście są dumni z ateńskiego Akropolu, z teatru Dionizosa, z Epidauros, kreteńskiego Knossos, mają świadomość kontynuacji historycznej, ale ze znajomością tej wspaniałej historii są na bakier. Gdyby zapytać przeciętnego Greka o czasy hellenistyczne, toby pewnie nic nie wiedział.

Jest też z tym dziedzictwem problem, można powiedzieć, techniczny. – To przekleństwo starożytności – opowiada Jacek Fronczak. – Kiedy się coś buduje i zaczyna kopać ziemię, to często się jakąś starożytność wykopie. A to trzeba zgłaszać władzom. Jak się zgłosi, to koniec, zamykają teren, ruszają prace archeologiczne – i klops, 10–15 lat z głowy. Nie będzie nowych pensjonatów, apartamentów, basenów. Więc co robią Grecy? Jeśli wykopią, to zaraz zakopują. Większość przypadków jest niezgłaszanych.

W greckich miastach-państwach narodziła się wspaniała literatura, sztuka i filozofia. Grecy są dumni z tej spuścizny, choć... niewiele o niej wiedzą. (Fot. iStock)W greckich miastach-państwach narodziła się wspaniała literatura, sztuka i filozofia. Grecy są dumni z tej spuścizny, choć... niewiele o niej wiedzą. (Fot. iStock)

Tożsamość narodowa jest mocno u wszystkich Greków rozwinięta. Ale też panują silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. Kostas przyznaje, że czasem między regionami są kłótnie – walczą między sobą dwa tesalskie miasta Wolos i Larissa, konkurują Ateny z Salonikami. – Saloniki nazwano nawet współstolicą, żeby saloniczan dowartościować. Ale ci i tak narzekają, że w Atenach mają lepiej. Jeśli chodzi o wyspy, to położenie geograficzne narzuca pewną izolację. Tak było już w starożytności – izolacja pewnych regionów wpłynęła na mentalność. Ale kiedy pojawia się wspólny wróg, Grecy się jednoczą. Na co dzień bywają kłótliwi, w drobnych kwestiach są awantury, lubią docinać jeden drugiemu, ale kiedy pojawia się ważna wspólna sprawa, są razem – wyjaśnia.

A poza tym to bardzo gościnny naród. Podchodzą do gościa z otwartym sercem. Na dowód Jacek Fronczak przytacza powiedzenie: – Kiedy widzisz kogoś pierwszy raz, to jesteś ksenos – gość (ale i obcy), drugi – to już filos, przyjaciel, a za trzecim razem to oikogeneia – rodzina.

A Kostas dodaje: – Ja zawsze, kiedy jestem w Grecji, odczuwam pewien rodzaj wolności.

  1. Styl Życia

Kobiety kobietom – projektantka Maja Kotala i jej projekt "Szyjemy razem"

Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi
Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi "Sewing Together" – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznesu. (Fot. materiały prasowe)
Projektantka Maja Kotala zawsze szła za głosem intuicji. A ta kilka lat temu podpowiedziała jej, by udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi „Sewing Together” – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznes.

Byłaś modelką, projektantką, stylistką, reprezentowałaś marki modowe na światowym rynku. Podróżowałaś i często się przeprowadzałaś. Jednak zdecydowałaś się osiąść w Afryce i zająć się pomocą tamtejszym kobietom. Skąd pomysł na taką działalność?
Zawsze na swojej drodze spotykałam niesamowitych ludzi. Swego czasu bardzo pomógł mi Nicholas Huxley – dyrektor szkoły projektowania mody w Sydney. Dał mi szansę, bo zauważył we mnie talent. Dzięki niemu mogłam studiować w Australii. Zdałam sobie sprawę, ile miałam szczęścia w życiu, i odczułam potrzebę, żeby się tym szczęściem podzielić. Wiedziałam, że chcę działać w obszarze dobroczynności, ale też miałam świadomość swoich ograniczeń – domów raczej nie wybuduję, studni nie poszukam... Za to mam doświadczenie w branży modowej i tą wiedzą mogłam się podzielić. Tak powstał program „Sewing Together”, którego celem jest nauka projektowania, szycia i prowadzenia biznesu dla kobiet w Afryce Wschodniej. W 2018 roku wyjechałam do Ugandy, znalazłam odpowiednie miejsce, rok później byłam w Nairobi, ale to Mombasa skradła moje serce i tu z moim projektem zostałam.

Dlaczego wybrałaś Afrykę?
Bardzo ufam swojej intuicji. Czasami przez to wpadam w tarapaty, bo szybciej robię niż myślę, ale zwykle się sprawdza. Kiedy sobie wymarzyłam Australię, to po prostu zaraz po maturze tam wyjechałam. Poczułam, że to jest mi w tym momencie pisane. Do Afryki nie planowałam jechać jako turystka, chciałam czegoś silniejszego i bardziej prawdziwego. Znalazłam tu moje powołanie, czyli pracę charytatywną. W Kenii odnalazłam spełnienie i poczułam się prawdziwą sobą.

Jak działa „Sewing Together”?
Naszym celem jest pomoc kobietom przez naukę zawodu. Uczymy szycia, projektowania, tworzenia szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Dlatego kładziemy nacisk na media społecznościowe, fotografię. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi, pójść za głosem serca, a niekoniecznie odgrywać role narzucone im społecznie. Staram się zaszczepić w nich wiarę i nadzieję w to, że samemu można wiele zdziałać. Można być dobrą matką i żoną, ale też można pracować i się rozwijać.

Kim są twoje kursantki? To głównie młode dziewczyny?
Mają między 19 a 25 lat. Nie jesteśmy szkołą w formalnym tego słowa znaczeniu, ale pozwalamy im zdobyć zawód i nie pobieramy za to opłat. Trzeba zaznaczyć, że w Kenii edukacja jest płatna, więc nie jest dostępna dla wszystkich. Dlatego tak ważne są wszelkie wspierające nas inicjatywy, kooperacje, nasz internetowy sklep charytatywny.

Nawiązałaś też współpracę z polskimi markami. Na czym ona polega?
Współpracujemy z różnymi markami i na różne sposoby. Z eCarla wygląda to tak, że procent ze sprzedaży produktu jest przekazywany na rozwój naszej szkoły. Dla Many Mornings oprócz akcji sprzedażowej stworzyliśmy też kampanię wizerunkową ukazującą piękno kenijskich kobiet. Drugą formą współpracy są działania z Nago, KOKOworld i Pan tu nie stał. Te marki wspierają nas ścinkami ekologicznych materiałów, a my przez kilka godzin w tygodniu szyjemy podpaski wielorazowego użytku, które potem rozdajemy w szkołach. Dla nas istotna jest nie tylko nauka szycia, ale i tego, że warto się dzielić z innymi. Trzecia forma to bezpośrednia współpraca z ludźmi.

– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś usłyszałam, że pomagać mogą tylko bogaci, ale się z tym nie zgadzam, pomagać może każdy. Jakiś czas temu z Agnieszką Lisikiewicz zorganizowałyśmy inicjatywę „Oddaj piórnik”. Zaapelowałyśmy do polskich mam, żeby podzieliły się przyborami szkolnymi, których tutaj w wielu wioskach brakuje. Miało to bardzo duży i pozytywny oddźwięk w całej Polsce, aż ciężko było te wszystkie dary przetransportować do Kenii. Nawet mały gest ma znaczenie. Jest też druga twarz tych akcji. Poruszamy ważne kwestie społeczne – razem z Nago podjęłyśmy temat miesiączki, który nadal jest tabu, a dotyczy połowy ludzkości. Z kolei akcja z KOKOworld miała pokazać, że wszystkie jesteśmy piękne. Zrobiłyśmy zdjęcia różnym kobietom: Hinduskom, Kenijkom.

Kto może przystąpić do programu „Sewing Together”?
Każda dziewczyna z pasją. Mamy tu na miejscu trochę wybuchową mieszankę, bo w Kenii bardzo ważna jest przynależność plemienna, a nasze kursantki reprezentują różne plemiona. Mają różne temperamenty, różne dominujące cechy, ale uczymy się współpracować.

Była u nas Mariam, młoda matka, którą odrzuciła rodzina, bo zaszła w ciążę przed ślubem. Przyszła, by nauczyć się zawodu i zapewnić sobie i dziecku lepszą przyszłość. Albo Gladys – jej rodzice chcą, by skończyła studia hotelarskie, ale ona tak naprawdę chciałaby szyć, więc wróci, gdy tylko je skończy, na razie była z nami podczas wakacji. Saida – bardzo utalentowana uczennica wyznania muzułmańskiego. Rodzice zabronili jej wyższej edukacji, zatrzymała się na etapie naszego dawnego gimnazjum, więc teraz kształci się u nas. Mamy nadzieję, że niebawem będzie mogła zarabiać swoje pierwsze pieniądze.

Czy można już mówić o jakichś sukcesach?
Sukcesem są nie tylko powstałe kolekcje, ale też to, że udaje nam się działać razem mimo przeciwności. Plan był taki, że miałam na przełomie marca i kwietnia wracać do Polski i przywieźć naszą kolekcję, ale ze względu na pandemię stało się to niemożliwe, więc postanowiłyśmy działać lokalnie. Podjęłyśmy współpracę z miejscowymi restauracjami, w których zorganizowałyśmy tymczasowe punkty sprzedaży typu pop-up shop. To pierwszy krok, żeby zaistnieć na modowym kenijskim rynku i spełnić nasze marzenia. Tych marzeń mamy bardzo dużo, jednak doceniamy wszystko to, co już wspólnie wypracowałyśmy.

Czyli zmieniłyście plan, ale dalej działacie.
Afryka nauczyła mnie właśnie tego, żeby nie poddawać się negatywnym emocjom. W Polsce często się narzeka, właściwie na wszystko, tu w ogóle to zjawisko nie istnieje. Ludzie mają świadomość, że są w trudnej sytuacji, ale nawet w kryzysie, zamiast biadolić, od razu szuka się rozwiązań. Tu nie wybiega się za bardzo w przyszłość. Ten styl myślenia w połączeniu z moją kreatywnością i europejską organizacją powoduje, że bardzo szybko możemy zareagować na różne problemy. Co nie oznacza, że zawsze jest łatwo... Mimo to tutejsza energia sprawia, że chce mi się działać.

Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)

A jak my w Polsce możemy się włączyć w tę akcję? Czy możemy jakoś wspomóc tę ideę?
Zachęcamy do zakupów w naszym internetowym sklepie – mamy kolekcję damską, męską, dziecięcą, sporo lokalnych akcesoriów, biżuterii. Działamy w duchu zrównoważonego rozwoju. Nasze kolekcje powstają z ekologicznych materiałów, produkowanych lokalnie albo z recyklingu. Nowa letnia kolekcja powstała głównie z prześcieradeł, które dziewczyny same farbowały. Dajemy rzeczom drugie życie – tutaj w Kenii to bardzo popularna idea.

Wciąż używasz liczby mnogiej. W twoim projekcie najważniejsza jest chyba ta idea działania razem, czyli właśnie „together”?
Tak! To w grupie jest siła. Poza tym w grupie też jesteśmy w stanie się wiele od siebie nawzajem nauczyć. Nie wiem wszystkiego. Jestem otwarta, ja też wiele się od dziewczyn uczę.

Jakie macie plany na najbliższy czas? Choć oczywiście wiem, jak trudno teraz planować...
Chciałabym rozwijać naszą pracownię. Kupić trzy maszyny, żeby dziewczyny mogły przejść na wyższy poziom, bo na razie mamy tylko jedną maszynę podłączoną do prądu. W przyszłości planuję też pomóc Judy Gitonga – kobiecie, która jest dla mnie ogromnym wsparciem. Miała kiedyś swoją markę, ale z powodu pandemii musiała ją zamknąć. Wypożyczyła nam jednak sprzęt i dziś dziewczyny na nim się uczą. Naszym marzeniem jest, żeby w przyszłości Judy stworzyła miejsca pracy dla dziewczyn. Ja bym kontynuowała działalność dobroczynną, a Judy zajęłaby się stroną biznesową. Jesteśmy również otwarte na kolejne współprace, bo chcemy, żeby o projekcie usłyszało jak najwięcej osób. No i mamy nadzieję, że nasza kolekcja dobrze sprzeda się w Polsce.

Maja Kotala, ukończyła Fashion Design Studio, TAFE Ultimo w Sydney. W 2018 roku stworzyła program edukacyjny „Sewing Together”. W 2020 został otwarty jego pierwszy stacjonarny oddział w Mombasie, czyli Szkoła im. MKotala. Wykształciła już 8 dziewczyn, kolejne 6 jest w trakcie nauki. Ich kolekcje można kupić na stronie www.mkotala.com w zakładce Charity Shop.

  1. Styl Życia

„Otwórz się w lesie” – Kolonie dla Dorosłych powracają

Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Czy tamte czasy obozów i kolonii naprawdę minęły bezpowrotnie? Jeśli tęsknisz za atmosferą kolonijnych wyjazdów, potrzebujesz nowych relacji, brakuje ci interakcji z ludźmi – przemyśl wyjazd na kilkudniową Kolonię dla Dorosłych. Tutaj nie zaznasz dziecięcych rozterek. – To taki powrót do dzieciństwa. Jest jednak duży luz. Ludzie sami budują tę atmosferę i zasady funkcjonowania. Nic nie jest na sztywno – podkreśla Karolina Śmigiel ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Zaczęło się w 2019 roku... i tak się wszystkim spodobało, że czas na powtórkę. Po pandemicznej przerwie Kolonie dla Dorosłych znowu się odbędą.

- Jeśli jesteś w trakcie życiowych zmian, w kieszeni nosisz pytanie Jak żyć na tym świecie? albo po prostu poszukujesz chwili na refleksję i odpoczynek - zabierz swoje wewnętrzne dziecko i przyjedź do nas! – mówi Diana Gaik, jedna z organizatorek ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Projekt organizowany przez Stowarzyszenie Filmowe Dziki Bez to nie tylko czas na relaks na łonie natury, czy wymianę myśli. To również ciekawe warsztaty (z porozumienia opartego na empatii, z tworzenia bliskich relacji, czy… stolarskie warsztaty z troski o siebie), ćwiczenia, rozmowy o książkach, praca z ciałem (joga, Body Thinking) a także gry, dzięki którym można dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Kto prowadzi zajęcia? - Mamy sznyt filozoficzny (wykładowców, studentów), artystów, psycholożki, trenerów, choć dalecy jesteśmy od tradycyjnego treningu, czy coachingu. Bardziej chodzi o poszerzanie swoich horyzontów, zadawanie pytań – opowiada Karolina Śmigiel. – W tym roku warsztaty i ćwiczenia mają być połączeniem refleksji z pracami manualnymi (np. warsztaty z haftowania powiązane ze snuciem opowieści, mówieniem o sobie).

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Głównym akcentem Kolonii będą różnorodne relacje. I tak jak dwa lata temu hasłem przewodnim było „Zamknij się w lesie” to w tym roku przyszedł „czas na otwarcie”. Tym bardziej, że wyjazd jest okazją do zawarcia nowych, ciekawych przyjaźni i nie tylko… Jak zaznacza Diana Gaik: Wiemy, że relacje, które się tam zaczęły, trwają. W tym roku znów puścimy w ruch listy i liściki. Poczta Kolonijna to najważniejszy punkt programu!

Na czym polega jej urok? – Polega na tym, że ludzie piszą sobie liściki. Każdy dostaje na wstępie taką skrzynkę ze swoim zdjęciem i tam wrzuca się innym różne karteczki, zaproszenia. Każdy znajduje ciepłe, miłe słowa. Skrzynki wiszą w świetlicy na ścianie. – wyjaśnia Karolina Śmigiel – To zbudowało dwa lata temu wspaniałą atmosferę na tych koloniach. Potem poczta funkcjonowała dalej. Ludzie wysyłali sobie prawdziwe listy. Część z nich kontynuuje zawarte relacje: przyjacielskie, miłosne. Idea odręcznego pisania bardzo się sprawdziła.

Jakie ludzie mają wspomnienia z zeszłych wakacji? – Cudowne. Mamy wielu uczestników sprzed dwóch lat. Niektórzy jeździli kiedyś w to miejsce na obozy harcerskie – mówi Karolina.

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Letnicy i letniczki spędzą ten czas w Stanicy Harcerskiej Polewicz - 55 km od Warszawy, nad rzeką Wilgą (termin 19-22 sierpnia). Wyróżnikiem Kolonii jest prostota i minimalizm - nocować można niczym w harcerskim obozie - w drewnianych domkach lub pod namiotem. Kuchnia wegetariańska. Jak deklarują organizatorzy: „Dbamy o swoją ciekawość. Chętnie szukamy dziury w całym i rozmyślamy o fundamentalnych sprawach. Nawadniamy się z różnych źródełek: filozofii, psychologii, literatury. Trochę się potykamy. Przypominamy sobie, że nie musimy być doskonali. Wyciszamy szumy w swoich głowach. Wspólnie kontemplujemy samotność. Tulimy swoje zmartwienia. Minimalizujemy scrollowanie ekranów. Myślimy ciałem i słuchamy muzyki z sosnami. Pozwalamy sobie na robienie niepotrzebnych rzeczy.”

Idea kolonii dla dorosłych powoli rozkwita. Może nie w tak oryginalnym wydaniu, ale ogłoszenia już się pojawiają. – Zaczęliśmy dwa lata temu i wtedy byliśmy jedyni – wspomina Karolina. Niektórzy organizatorzy proponują dorosłym wspólne wyjazdy z dziećmi, z rodziną, jednak Stowarzyszenie ma inne podejście – Chcemy, żeby to była taka własna przestrzeń, czas tylko dla siebie. Warto pomyśleć o takim prezencie, sprawionym tylko sobie.