1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Siwowłose ikony mody, czyli starość, która wychodzi z cienia

Siwowłose ikony mody, czyli starość, która wychodzi z cienia

Helena Norowicz, fot. Rafał Masłow
Helena Norowicz, fot. Rafał Masłow
Helena Norowicz w kampaniach BOHOBOCO, włoskie babcie w reklamach Dolce & Gabbana, Lauren Hutton na wybiegu Bottega Veneta. Na Instagramie siwowłose ikony mody w wieku 60, 70, a nawet 80 i 90 lat mają dziesiątki tysięcy obserwujących. Starość wychodzi z cienia, staje się modna. Skąd się wziął ten fenomen?

Helena Norowicz w kampaniach Bohoboco, włoskie babcie w reklamach Dolce & Gabbana, Lauren Hutton na wybiegu Bottega Veneta. Na Instagramie siwowłose ikony mody w wieku 60, 70, a nawet 80 i 90 lat mają dziesiątki tysięcy obserwujących. Starość wychodzi z cienia, staje się modna. Skąd się wziął ten fenomen?

Jesteśmy świadkami przemiany społecznej – mówi dr Karol Jachymek, kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS. – Dzieci rodzi się mniej, a siwych głów przybywa – dzięki postępowi medycyny żyjemy dłużej. W rezultacie zmienia się struktura demograficzna.

Eurostat przewiduje, że w 2060 roku niemal 30 proc. mieszkańców Unii Europejskiej będzie miało ponad 65 lat (w 2010 roku było to 17,4 proc.). Odsetek osób powyżej 80. roku życia wzrośnie do 12 proc. (w 2010 roku było to 4,6 proc.). W Polsce te procesy są jeszcze silniejsze.

– Dane danymi, ale „senior” to wciąż nieneutralne słowo – mówi dr Karol Jachymek. Zmienia się jednak jego wizerunek w mediach. Obraz, który mamy zakorzeniony – miła pani z siwymi włosami w bujanym fotelu – został stworzony w latach 60. I choć nie przystaje do rzeczywistości, to wciąż pokutuje w zbiorowej wyobraźni – tłumaczy dr Jachymek. Tymczasem emeryci stają się coraz bardziej aktywni. Bo nie tylko dłużej żyjemy, ale też mentalnie młodniejemy. O czterdziestce mówi się, że to nowa trzydziestka, o pięćdziesiątce – że nowa czterdziestka. Ludzie nie czują się starzy. Kobieta w okolicach pięćdziesiątki może być w dzisiejszych czasach zarówno babcią, jak i mamą pierwszoklasistki.

– Ci, którzy mieli 20 lat w latach 60. i 70. i byli świadkami popkulturowej rewolucji, dziś sami stają się seniorami. Są to siłą rzeczy seniorzy inni niż w poprzednich pokoleniach. Fani Rolling Stonesów starzeją się, ale rock and roll w ich sercu wciąż gra – dodaje dr Karol Jachymek. – Na Zachodzie ten trend stał się dużo silniejszy, mówi się już o silver lub grey tsunami. U nas silver influencerów dostrzega się dopiero od niedawna, tam już nikogo nie dziwią. W Polsce mamy jedną Helenę Norowicz, ale już niedługo, jestem tego pewien, zjawisko będzie się nasilało. A to dlatego, że starsi ludzie mają kapitał zwany na Zachodzie silver dollars. Coraz więcej usług i działań jest kierowanych do seniorów, zostali oni dostrzeżeni jako grupa marketingowa – dodaje kulturoznawca.

Duże znaczenie mają media społecznościowe. – Instagram często zakłamuje rzeczywistość, ale może też być narzędziem pozytywnej zmiany i tak właśnie się dzieje w przypadku postrzegania seniorów – wyjaśnia dr Jachymek. – Oczywiście, na Instagramie w oczy rzucają się seniorzy ekscentryczni. Ale już sam fakt, że pojawiają się w nowym kontekście, również reklamowym, jest cenny. Choć to projekty komercyjne, siłą rzeczy powodują jednak zmianę myślenia odbiorców kampanii. Postrzeganie starości zmienia się na naszych oczach. Stare kobiety stają się ikonami mody, imponują i projektantom, i konsumentom. Także tym młodym – podsumowuje.

Helena Norowicz, 84 lata

Najważniejsze, to mieć się do kogo uśmiechnąć. 

Helena Norowicz, for. Rafał Masłow Helena Norowicz, for. Rafał Masłow

Z teatru Studio odeszła na emeryturę w wieku 68 lat i, jak przyznaje, podcięło jej to skrzydła. Zaszyła się na działce. Po osiemdziesiątce debiutowała na nowo, tym razem jako fotomodelka odkryta przez duet Bohocobo. Pozowanie do kampanii reklamowych potraktowała jako wyzwanie aktorskie. I chwyciło. A popularność sprawiła, że wróciła na deski teatru. Twierdzi, że urodę i dobre zdrowie zawdzięcza genom i zamiłowaniu do wysiłku fizycznego. Całe życie, już od wczesnego dzieciństwa, uprawiała sport. Wzięła sobie do serca to, co kiedyś powiedział jej pewien lekarz: „Biegaj. Jeśli nie możesz biegać, spaceruj. Jeżeli nie możesz spacerować, czołgaj się. Ale się ruszaj”. I tak Helena codziennie się gimnastykuje, choć, jak przyznaje, systematyczności wcale nie ma w charakterze. Uważa, że siła zaczyna się w głowie, zależy od decyzji i pasji. I tym sposobem, mimo 
84 lat na karku, wciąż umie zrobić szpagat.

Iris Apfel, 98 lat

Ludzie mnie lubią, bo jestem inna. Nigdy zresztą nie byłam pięknością.

Zmarszczek się nie wstydzi, bo uważa je za oznakę odwagi. Z wykształcenia – historyk sztuki; przez większość życia zajmowała się dekorowaniem wnętrz. I to nie byle jakich, bo aranżowała wystrój Białego Domu dla dziewięciu prezydentów – od Trumana po Clintona, a firmę prowadziła z mężem aż do emerytury w 1992 roku. Nigdy nie przejmowała się konwenansami – na bankiet potrafiła przyjść w wyszukanej na targu staroci sukni czy kostiumie teatralnym. Była znana w środowisku, ale to dzięki wystawie w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku w 2005 r. świat zachwycił się jej kolekcją ekscentrycznych kreacji i biżuterii (nie wszyscy wierzyli, że naprawdę w tym chodziła). Iris stała się sensacją, okrzyknięto ją ikoną mody. Dzięki temu otworzyła drzwi do kariery innym seniorkom. Zapytana przez dziennikarkę „Guardiana”, jakie jest jej największe osiągnięcie, odparła: „To, że trwam tak długo”.

Carmen Dell’Orefice, 88 lat

Najcenniejsze, co mamy, to indywidualność.

W 1944 roku, jako 13-latka, została odkryta na Manhattanie w drodze na lekcję baletu. Już w wieku 16 lat trafiła na okładkę „Vogue’a”, ale lubi podkreślać, że w ciągu ostatnich 15 lat miała więcej okładek niż kiedykolwiek. Zdążyła być muzą Salvadora Dalego (który za pozowanie płacił jej 12 dolarów za godzinę), Horst porównywał ją do postaci z obrazów Botticellego. Była ulubioną modelką Richarda Avedona, a dziś pokazuje się na wielu pokazach i w kampaniach, chociażby Hermèsa, Rolexa, Gapa. Jest chodzącym dowodem na to, że piękno nie ma wieku (choć nie jest ono zupełnie naturalne, bo Carmen przyznaje się do pomagania urodzie silikonem). Poza tym nie pali, nie pije, dużo śpi. Zaczyna dzień od ćwiczeń rozciągających, które, jak wierzy, lepiej pobudzają krążenie krwi niż kawa. A pozytywne myślenie i dobry seks to jej sekret dobrego samopoczucia.

Daphne Selfe, 91 lat

Wiek to tylko cyfra.

– Nie wybieram się na emeryturę – powiedziała dziennikarce „The Telegraph” w dniu 90. urodzin. Mówi się o niej: „Najstarsza i najdłużej pracująca modelka świata”, a to dlatego, że jej kariera zaczęła się 69 lat temu. Śmieje się, że sesje z jej udziałem kończą się wcześniej, niż planowano – w końcu doświadczenia w pracy jej nie brakuje. Karierę zaczęła w 1944 r., potem zrobiła sobie długą przerwę na urodzenie i wychowanie trójki dzieci. Nie żałuje, bo, jak mówi, to nie ona, tylko Twiggy była wtedy w modzie. Niespodziewanie wróciła do modelingu po siedemdziesiątce w kampanii firmy Red or Dead, a chwilę później pojawiła się w celebrującym dojrzałość numerze „Vogue’a”. Zabrała też głos w kampanii #MeToo: – Straciłam wiele propozycji pracy, mówiąc „nie”. Na szczęście byłam na tyle silna, że umiałam to powiedzieć. A pytana o sekret wyglądu, odpowiada, że na twarzy widać po prostu to, co ma się w sercu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Moda 50+. Jak wyglądać stylowo po 50 roku życia?

Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline;
Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline; Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Dziś ikoną stylu możesz zostać w wieku 50 lat, a gwiazdą Instagrama – 60, pierwszą głośną książkę napisać w wieku 70 lat, a tatuaż zrobić sobie po osiemdziesiątce. Rozumieją to moda i popkultura, które przestają pokazywać i sprzedawać nam jedynie wycinek społeczeństwa.

Piękna, spełniona kobieta o siwych, delikatnie opadających na ramiona włosach w dużych okularach muchach i czarnym półgolfie. Joan Didion w kampanii z 2015 roku domu mody Céline nie jest jedynym przykładem tego, że od kilku lat moda wysoka nie opiera się już wyłącznie na nastolatkach. Zdjęcia 80-letniej wówczas ikony amerykańskiej i światowej literatury, autorki takich książek jak „Rok magicznego myślenia” czy „The White Album” momentalnie opanowały magazyny drukowane i Internet. Rok później polska marka Bohoboco zaprosiła do kampanii równolatkę Didion, aktorkę i modelkę Helenę Norowicz.

Po paru miesiącach gwiazdą kampanii bielizny Calvina Kleina i wybiegu Bottegi Venety została 73-letnia Lauren Hutton, a reklamy hiszpańskiej firmy Mango – 63-letnia profesor Uniwersytetu Nowego Jorku Lyn Slater, której profil na Instagramie @iconaccidental śledzi obecnie 750 tysięcy obserwujących.

I ten trend się utrzymuje! Kampanie, okładki i sesje zdjęciowe światowych magazynów otworzyły się szeroko na starsze modelki, aktorki czy wokalistki. Joni Mitchell wystąpiła w kampanii Saint Laurent, Iris Apfel – u Kate Spade (obydwie reklamy z 2015 roku), a Stevie Nicks, muza Alessandra Michelego z Gucci, podczas pokazu jego kolekcji cruise 2020. Z kolei w Polsce bohaterką najnowszej kampanii Big Star została 60-letnia Katarzyna Przewłocka, która potwierdza, że kojarzony z modą młodzieżową dżinsowy total look wygląda świetnie na osobach w każdym wieku. A w kampanii najnowszej kolekcji Eppram, marki założonej przez Julię Kuczyńską (Maffashion) i Lanę Nguyen, jedną z modelek została 61-letnia Lidia Popiel. I nie są to odosobnione przypadki.

Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe) Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe)

Hit za hitem

Także branża filmowa, do niedawna tak uparta w stawianiu na nowe i młodociane twarze, zaczyna rozumieć, że wiek jest jedynie liczbą. „25 lat? To już nie jest młodość w tym biznesie” – usłyszała podczas przesłuchania w późnych latach 50. w Hollywood Joan Collins. Dzisiaj coraz częściej czytamy, że pięćdziesiątka, sześćdziesiątka, a także osiemdziesiątka jest nową dwudziestką. „Dużo więcej uwagi poświęca się głębszym, poważniejszym tematom i starszym bohaterom” – mówi Lily Tomlin, gwiazda hitu Netflixa „Grace & Frankie”, w którym gra u boku Jane Fondy. Aktorka nie spodziewała się, że serial odniesie taki sukces. Obecnie (z przerwami spowodowanymi światową pandemią) nagrywany jest jego siódmy sezon.

Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu 'Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix) Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu "Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Dzięki takim platformom, jak Netflix, HBO Go czy Amazon Prime, produkuje się coraz więcej wieloodcinkowych programów o różnorodnych tematach, z czego korzystają aktorzy w każdym wieku. Choćby 71-letnia Jessica Lange, która wciąż jest na szczycie kariery. Od 2010 roku dostała trzy nagrody Emmy i wciąż otrzymuje role w najbardziej wyczekiwanych serialach, jak „American Horror Story”, „Konflikt: Bette i Joan” czy „Wybory Paytona Hobarta”. Podobne sukcesy odnoszą: Helen Mirren, Jane Fonda, Susan Sarandon, Jennifer Aniston czy Julianne Moore. Na rozdaniu nagród Emmy w 2017 roku aż 14 z 19 aktorek nominowanych za główne role miało powyżej 40 lat (więcej niż połowa z nich ponad 50), w tym gronie znalazły się Reese Witherspoon i Nicole Kidman za „Wielkie kłamstewka” – jeden z największych serialowych hitów ostatnich lat.

71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe) 71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe)

Prawda i naturalność

Można powiedzieć, że popkultura dorosła do tego, by poświęcać uwagę dojrzałym kobietom. Zrozumiała, że pokazywanie jedynie wycinka społeczeństwa wcale nie jest dobrą strategią. Zmarszczki na wielkim ekranie czy okładkach magazynów stały się nie tylko akceptowalne, ale i pożądane. Przeszkadzają nam za to sztucznie wygładzone twarze. Chcemy prawdy i naturalności. „Następnym krokiem byłoby w ogóle o tym nie mówić. Nie sądzę, żeby mężczyźni o tym rozmawiali. Starzenie się jest po prostu normalne! […] To żałosne, kiedy słyszę, że jakiś 55-letni aktor nie zagra u boku 42-letniej kobiety, ponieważ jest dla niego za stara. Ludzie już tego nie kupują” – mówi amerykańska aktorka Patricia Arquette, nawiązując do tego, że przez lata siwiejący mężczyźni z bruzdami na skórze uznawani byli za seksownych, a kobiety w podobnym wieku nie miały szans na dobre role.

Podobnie zmienia się podejście do różnicy wieku. Mężczyzna z o połowę młodszą partnerką? Żaden problem! Wystarczyłoby odwrócić sytuację, by brwi odbiorców uniosły się znacząco do góry, sugerując oburzenie i zdziwienie. Dzisiaj kibicujemy Heidi Klum (47), która w zeszłym roku wzięła ślub z Tomem Kaulitzem (31), Madonnie (62), która spotyka się z 20-letnimi mężczyznami, czy ikonie francuskiego stylu Brigitte Macron (67), żonie o 25 lat młodszego prezydenta Francji Emmanuela Macrona.

Wreszcie żyjemy w świecie, w którym przyjmowana do królewskiej rodziny księżniczka nie musi być nastoletnim niewiniątkiem, ale doświadczoną życiowo 37-latką (Meghan Markle), 72-latka może spełnić marzenia o zostaniu pisarką (Katherine Ashenburg, autorka książki „Sofie & Cecilia”), a bycie ikoną stylu nie wymaga odpowiedniej metryki.

Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe) Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe)

Styl nie zna wieku

„Mam 53 lata i po prostu chcę wyglądać zdrowo, stylowo i nowocześnie, a nie młodziej. I chcę mieć znaczenie, nawet z moimi zmarszczkami. Jesteśmy ważnymi wzorami do naśladowania dla młodych dziewczyn. […] Wreszcie niektóre marki zaczynają ze mną rozmawiać, ale zajęło im dużo czasu, zanim zrozumiały naszą siłę” – mówiła w 2017 roku redaktorka mody Alyson Walsh, autorka bloga That’s Not My Age (ang. to nie mój wiek).

W samej Wielkiej Brytanii osoby powyżej 65. roku życia wydają na ubrania 6,7 miliarda funtów rocznie. To zadziwiające, że do niedawna w ogóle nie były przez marki odzieżowe brane pod uwagę pod kątem reprezentacji w reklamach i przekazie wizualnym. Dopiero pięć lat temu Rebecca Valentine założyła agencję Grey Model Agency dla starszych modeli i modelek, reprezentującą obecnie setki nazwisk, coraz częściej wykorzystywanych w prestiżowych kampaniach międzynarodowych brandów. I dotyczy to wszystkich kolekcji.

Wspomniana Helena Norowicz wystąpiła ostatnio w kampanii sukni ślubnych polskiej marki Laurelle, a 89-letnia modelka Carmen Dell’Orefice, która pozuje od 15. roku życia, nie zamierza przejść na emeryturę. Chodzi po wybiegach, pozuje na okładkach. Jej najnowsza to ta z października 2020 roku dla meksykańskiego „Harper’s Bazaar”. Podobnie jej koleżanka po fachu, 55-letnia Yasmin Le Bon, która jedynie w 2020 roku wystąpiła w kampanii reklamowej Alberty Ferretti i Fendi oraz chodziła po wybiegach Tommy’ego Hilfigera, Jeana-Paula Gaultiera, Fendi czy Preen by Thornton Bregazzi.

Syndrom (nie)widzialnej kobiety

Moda bez wieku stała się już ruchem, który podkreśla, że data urodzenia nie wiąże się z nakazem noszenia pewnych ubrań i koniecznością rezygnacji z innych. Poza tym dzięki rozwijającej się medycynie, świadomości odpowiedniego odżywiania i powszechnej kulturze sportu jesteśmy coraz zdrowsi i dłużej żyjemy. Mamy też dużo więcej możliwości. Pod hashtagami #50fitandfabulous i #fitfab50 kryje się na Instagramie łącznie ponad sześć milionów publikacji, co świadczy o tym, że na przekór syndromowi niewidzialnej kobiety – zgodnie z którym kobiety po 40. roku życia zaczynają się wycofywać z życia publicznego – chcemy być widziane; i jesteśmy, bez względu na wiek. Potwierdza to też największa gwiazda stylu ulicznego ostatnich sezonów – Celine Dion. Piosenkarka, tuż przed pięćdziesiątką, coraz odważniej zaczęła eksperymentować ze swoim sposobem ubierania się, a jej każdą stylizację publikowano na stronach i w mediach społecznościowych najbardziej prestiżowych magazynów mody pod stworzonym przez „Vogue’a” hashtagiem #celinetakes­couture. Dion została prawdziwą it girl. Raper Drake już zapowiedział, że zamierza zrobić sobie tatuaż z jej wizerunkiem. A skoro jesteśmy przy tatuażach, aktorka Judi Dench zrobiła sobie pierwszy w wieku 81 lat. Na jej nadgarstku widnieje teraz napis: carpe diem.

Podczas gdy dla poprzednich pokoleń menopauza równoznaczna była z zamknięciem w domowym zaciszu z parą wygodnych kapci pod ręką, dzisiaj kobiety w każdym wieku, podobnie jak Dench, chwytają dzień.

73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE) 73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE)

Nie anti, ale slow lub smart

To nie koniec rewolucji. Amerykański magazyn „Allure” już dwa lata temu ogłosił, że nie będzie na swoich łamach używał określenia „anti-aging”, które znamy z reklam kremów przeciwzmarszczkowych, a które w swoim rdzeniu obok słowa „starzenie” zawiera człon „anty-”, sugerujący, że upływ czasu jest czymś negatywnym. Jak mówi redaktor naczelna magazynu Michelle Lee, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, termin ten wzmacnia przesłanie, że starzenie się jest stanem, z którym trzeba walczyć. Począwszy od lat 80. XX wieku, miał przekonywać do zakupu nowych kremów starsze klientki, niektórzy twierdzą jednak, że przybrało to formę zastraszenia. Nie będziesz atrakcyjna, póki nie będziesz stosować produktów anti-aging, które mają służyć wymazaniu wieku. Kolejnym absurdem było reklamowanie ich przez 20-letnie modelki; znów jakby nie wypadało pokazywać na ekranach kobiet, do których produkt jest autentycznie skierowany.

Taki absurd nie może mieć już miejsca w dzisiejszym świecie, w którym kobiety w każdym wieku podbijają wybiegi, kino i popkulturę, a sektor produktów dla dojrzałych kobiet nadal się rozwija. Wycenia się, że do 2021 roku wart będzie blisko 270 miliardów dolarów. Nie chcemy już walczyć ze starzeniem, a jedynie mądrze je spowalniać (stąd coraz popularniejsze określniki „slow” i „smart”).

Jeszcze parę lat temu jakiś hollywoodzki producent mógł powiedzieć, że kariera w tej branży kończy się po 25. roku życia i większość widzów, a nawet aktorek, przyznałaby mu rację. Współczesne kobiety i ikony stylu udowadniają, że dziś życie zaczyna się niekiedy dopiero po pięćdziesiątce.

  1. Styl Życia

Osobno, ale razem. Cohousing - dom wielopokoleniowy w praktyce

(Fot. Owsch)
(Fot. Owsch)
Samotność zwiększa śmiertelność tak samo jak palenie czy otyłość. Na szczęście jest na nią lekarstwo. Nazywa się cohousing. Rozwiązanie to testują w praktyce pewne brytyjskie starsze panie. Same zaprojektowały dom, w którym chcą spędzić (aktywnie!) ostatnie lata życia, ciesząc się niezależnością tak długo, jak to możliwe.

Samotność zwiększa śmiertelność tak samo jak palenie czy otyłość. Na szczęście jest na nią lekarstwo. Nazywa się cohousing. Rozwiązanie to testują w praktyce pewne brytyjskie starsze panie. Same zaprojektowały dom, w którym chcą spędzić (aktywnie!) ostatnie lata życia, ciesząc się niezależnością tak długo, jak to możliwe.

Heidi mieszka pod 15. Ma krótkie siwe włosy, miłą aparycję pani po siedemdziesiątce, ale w jej oczach czai się łobuzerski błysk. – Dom spokojnej starości – to brzmiało w moich uszach naprawdę okropnie. Wiedziałam jednak, że będąc sama, nie poradzę sobie tak dobrze, jak bym chciała, a nie mam zamiaru być obciążeniem dla moich dzieci. Postanowiłam więc, że poszukam innego rozwiązania, innego sposobu – opowiada. Jest jedną z 25 kobiet, które mieszkają w Older Woman’s Co-Housing (OWCH). To minikompleks mieszkaniowy usytuowany w High Barnet w Londynie, zaprojektowany, zarządzany i zamieszkiwany przez grupę starszych pań. Średnia wieku: 73 lata. Każda z nich ma swoje niezależne i w pełni funkcjonalne, choć niewielkie mieszkanie (część posiada je na własność, inne są wynajmowane). Do dyspozycji mają także przestrzenie wspólne – dodatkową dużą kuchnię, salę spotkań, pokoje gościnne dla odwiedzających, duży ogród. Raz w tygodniu panie przygotowują wspólnie kolację dla bliskich i przyjaciół, na co dzień razem malują, zajmują się ogrodem, ćwiczą jogę. Dbają o siebie, pomagają w zakupach, a gdy któraś zachoruje, przynoszą zupę i zabawiają rozmową.

– Kiedy się starzejesz, na ogół przestajesz czuć się bezpiecznie, ale tutaj jest inaczej – tłumaczy Heidi i przyznaje, że podoba jej się życie we wspólnocie z kobietami, które myślą podobnie jak ona. – Czuję się niezależna. Mogę spędzić dzień, nie robiąc nic ponadto, że powiem „cześć” sąsiadce. Innego dnia zrobię lunch dla kilku osób. I każda z tych opcji jest OK. Znalazłam sposób, by czuć się samodzielną i silną tak długo, jak to możliwe – tłumaczy.

Coś od siebie

OWCH to znakomity przykład cohousingu (czyli współmieszkania) – mieszkaniowego konceptu, który może być rozwiązaniem wielu problemów starzejącego się i coraz bardziej zatomizowanego społeczeństwa. To inicjatywa oddolna. Zaczyna się od zawiązania pewnej wspólnoty – może to być grupa przyjaciół, grono osób o podobnych zainteresowaniach, filozofii życiowej, stylu życia albo na przykład w podobnym wieku. Grupa ta razem buduje dla siebie miejsce do życia (może to być blok, kompleks mieszkań czy osiedle domków) dostosowane do ich potrzeb. W przeciwieństwie do komuny tutaj każdy z mieszkańców ma swoją własną, niezależną przestrzeń mieszkaniową, ale równocześnie powstają też obszary wspólne – ogród, świetlica czy otwarta kuchnia, z których mogą i powinni korzystać wszyscy. – W cohousingu mieszkać może każdy, ale nie każdy będzie chciał – śmieje się Agnieszka Labus, naukowczyni i architektka, która zawodowo zajmuje się alternatywnymi i innowacyjnymi sposobami zamieszkania dla starzejącego się społeczeństwa. – To koncept, który wymaga wejścia w interakcję, dawania czegoś od siebie, zaangażowania. To właśnie dzielenie się z innymi mieszkańcami wiedzą, umiejętnościami czy pracą wnosi nową jakość – tłumaczy. Idea nie jest nowa. Za pierwszy cohousing uważa się powstałe w Danii na przełomie lat 60. i 70. Sættedammen. Wspólnotowe osiedle kilkudziesięciu domków, których mieszkańcy dzielą wspólną przestrzeń i kolektywnie animują życie społeczności. Cohousingi powstają na całym świecie. Idea ta szczególnie popularna jest w krajach skandynawskich i Holandii, gdzie funkcjonuje ponad 300 tego typu społeczności, ale z równym powodzeniem powstają one na przykład w Stanach Zjednoczonych. Większość tego typu miejsc jest wielogeneracyjna – w jednej przestrzeni mieszkają osoby starsze, rodziny z dziećmi czy single. Są jednak i takie, jak chociażby OWCH, które zamieszkiwane są wyłącznie przez seniorów. – Cohousing może przybierać różne kształty. Dla mnie jako architektki bardzo ważny jest w tym zjawisku proces partycypacyjny. Przyszli mieszkańcy aktywnie uczestniczą w całym procesie planowania i projektowania swojej przestrzeni – są zaangażowani w wybór i kupowanie działki, pracę z architektem (który bardzo często jest jednym z członków społeczności) czy doglądanie postępów w budowie, a także dobieranie wyposażenia wnętrz. To proces, który łączy, pozwala się lepiej poznać, wyjaśnić ewentualne niejasności i stworzyć fundamenty zgodnej egzystencji – tłumaczy. Podczas stażu na Uniwersytecie w Westminster Agnieszka Labus towarzyszyła między innymi grupie OWCH na etapie ostatnich ustaleń przed przystąpieniem do realizowania inwestycji. – Panie uzgadniały każdą, nawet najmniejszą decyzję, taką jak chociażby to, czy zmywarka powinna być w każdym mieszkaniu, czy może lepiej będzie zdecydować się na jedną w przestrzeni wspólnej – śmieje się Labus.

Wspólnota OWSCH to projekt rewolucyjny, bo tylko dla kobiet. Zdecydowało o tym razem jej 26 członkiń w wieku od 50 do 87 lat. (Fot. OWSCH) Wspólnota OWSCH to projekt rewolucyjny, bo tylko dla kobiet. Zdecydowało o tym razem jej 26 członkiń w wieku od 50 do 87 lat. (Fot. OWSCH)

Sąsiad najlepszy z możliwych

Droga, która prowadziła Heidi i resztę lokatorek OWCH do momentu podjęcia decyzji w kwestii zmywarki, była wyboista. I bardzo długa. Historia zaczęła się w 1998 roku, kiedy to dwie wówczas sześćdziesięcioparolatki, Madeleine Levius i Shirley Meredeen, usłyszały po raz pierwszy o idei cohousingu podczas warsztatów prowadzonych przez Marię Brenton z University of Wales. Po wykładzie poszły do pubu i postanowiły, że wybudują dla siebie dom. Na pierwsze spotkanie w domu Meredeen przyszło osiem kobiet. Nie miały żadnego przygotowania, doświadczenia, kontaktów. Ale były zawzięte i przekonane, że cohousing to rewelacyjne rozwiązanie. Miejsce dające tyle wsparcia i tyle swobody, ile im potrzeba. Liczyły, że uda im się zrealizować ten projekt w ciągu pięciu lat. Od pomysłu do realizacji minęło jednak niemal 20. Przez ten czas projekt przechodził wzloty i upadki, pojawiały się różne propozycje lokalizacji, trwała walka o dofinansowanie i włączenie miasta w realizację projektu, kolejne potencjalne mieszkanki dołączały do grupy i z niej odchodziły. Levius umarła w 2005 roku. Z pierwotnej ekipy założycielskiej tylko Meredeen doczekała dnia, kiedy 26 kobiet w wieku od 50 do 87 lat wprowadziło się do nowiutkich mieszkań w londyńskim Barnet. – Grupa kobiet, które się znają, dzielą wspólne wartości, robią wspólnie różne rzeczy i dbają o siebie nawzajem. Czy można wymarzyć sobie lepszych sąsiadów? – zastanawia się Maria Brenton. Ta sama, której wykład ponad 20 lat temu zainspirował Madeleine i Shirley do działania. Od tamtego czasu towarzyszyła ekipie OWCH we wszystkich posunięciach. Chociaż sama nigdy nie stała się częścią wspólnoty, jest wielką orędowniczką idei senioralnego cohousingu. – To sposób na uczynienie życia starszych osób zdrowszym, szczęśliwszym, bardziej aktywnym i, co ważne, niewymagającym zewnętrznej bądź instytucjonalnej opieki. To inicjatywa, która wzmacnia kobiety, dając im poczucie sprawczości, oddaje im decyzyjność we wszystkich sprawach dotyczących wspólnej przestrzeni i wspólnego życia – tłumaczyła w jednym z wywiadów. Dla wielu kobiet przeprowadzka do High Barnet była jak początek nowego rozdziału w życiu. – Może to i późny początek, ale to jeden z najlepszych momentów mojego życia. W czasach rosnącej społecznej izolacji, samotności to wspaniałe być częścią takiej grupy – śmieje się 74-letnia Janet Wood, członkini OWCH. To projekt rewolucyjny na skalę światową głównie dlatego, że wymyślony został jako miejsce przeznaczone wyłącznie dla kobiet. Są wśród nich: lekarka, pielęgniarka, nauczycielka, projektantka, aktorka. Część z nich jest rozwiedziona, niektóre są wdowami, inne od zawsze były singielkami. Decyzja o tym, że mężczyźni nie mogą zostać członkami wspólnoty, była kolektywna. – To nie jest tak, że nienawidzimy mężczyzn. Chodzi o to, że to kobiety zazwyczaj pozostają osamotnione na starość i to one potrzebują wzajemnego wparcia – tłumaczy Shirley Meredeen.

Niezależność zaprojektowana

Dane i statystyki z ostatnich lat nie pozostawiają złudzeń. W Wielkiej Brytanii połowa osób po 75. roku życia mieszka sama. Powstało tu nawet ministerstwo ds. samotności. Dla większości z nich telewizja jest jedynym kontaktem ze światem. W Szwecji, w samym Sztokholmie, samotnie mieszka aż 58 proc. populacji. W Polsce wcale nie jest lepiej. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że co czwarte gospodarstwo domowe jest prowadzone przez jedną osobę. Według szacunków do roku 2035 odsetek takich gospodarstw ma wynieść 30 proc. Naukowcy nie mają wątpliwości, że samotność ma na nas wyniszczający wpływ. Julianne Holt-Lunstad, psycholożka z Uniwersytetu Brighama Younga, posiłkując się wynikami 70 badań naukowych, dowodzi, że samotność zwiększa śmiertelność w takim samym stopniu co otyłość czy wypalanie 15 papierosów dziennie. Nicole Valtorta z Uniwersytetu Newcastle ustaliła z kolei, że prawdopodobieństwo ataku serca u osób osamotnionych rośnie o 29 proc., a zagrożenie udarem – o 32 proc. – Starzejące się społeczeństwo to duże wyzwanie dla administracji i architektów – przyznaje Agnieszka Labus i dodaje, że na całym świecie odchodzi się od koncepcji domów starców, stawiając na zapewnienie możliwie wygodnej starości w miejscu zamieszkania. – Mieszkania i miejską przestrzeń trzeba planować tak, by dawały niezależność jak najdłużej. To poprawia samopoczucie i daje energię do działania. Nie obciąża też budżetu opieki społecznej, a więc wydatków państwa. Co­housing to wbrew pozorom rozwiązanie oszczędne – mieszkańcy dzielą się kosztami, mają na przykład jeden czy dwa samochody do dyspozycji, zrzucają się na obecną na stałe opiekunkę czy serwis sprzątający. W przypadku cohousingu senioralnego ważne jest, by przestrzeń była dostosowana do potrzeb osób starszych, ale nie przypominała instytucjonalnych ośrodków pomocy. Elementy „pomocowe” trzeba wprowadzać z wyczuciem. W OWCH wszystkie kontakty i gniazdka są w zasięgu ręki osoby poruszającej się na wózku, na korytarzach montowane są poręcze, mieszkania zaplanowane są tak, by można było je dowolnie dzielić – w sytuacji, gdyby któraś z kobiet musiała zamieszkać z opiekunem.

– Ważne było to, by mieszkania, w których osoby starsze spędzają więcej czasu, były jasne, z dobrym dostępem światła dziennego (przeciwdziała ono depresji pojawiającej się często w starszym wieku), by na przykład sala wspólna spełniała standardy akustyczne dostosowane dla osób gorzej słyszących – opowiada Agnieszka Labus. Dodaje też, że istotne jest też to, by mieszkania usytuować nie na przedmieściach, ale blisko miejskiej infrastruktury: przystanków komunikacji miejskiej, szpitala, przychodni, sklepów, parków czy kina. Lokalizacja jest także ważna ze względu na bycie częścią społeczności lokalnej. Takie założenia jak cohousing zwykle są otwarte w wybrane dni dla ludzi z zewnątrz, ich mieszkańcy wychodzą z inicjatywą organizacji różnych wydarzeń integracyjnych.

Powrót do przyszłości

W Polsce pojawiają się pierwsze, pilotażowe inicjatywy nawiązujące do idei cohousingu. Na razie nie dotyczą tylko seniorek i seniorów. W Łodzi powstał Dom Wielopokoleniowy w zaadaptowanej XIX-wiecznej wilii, we Wrocławiu powstało osiedle Nowe Żerniki, w Warszawie przy ulicy Stalowej 29 trwają prace przed otwarciem kamienicy wielopokoleniowej. – Na razie tego typu rzeczy dzieją się u nas punktowo, nie systemowo. Bardziej wykorzystują one elementy co­housingu, niż realizują tę koncepcję w czystej postaci, ale i tak warto je doceniać – zauważa Labus. Jej zdaniem pojawienie się oddolnego cohousingu senioralnego w Polsce to kwestia 10–20 lat. Dzielenie, wspólna pralnia czy świetlica starszemu pokoleniu wciąż nie kojarzy się najlepiej, przypomina raczej czasy komunizmu niż wymarzoną opcję na starość. – Młodszym pokoleniom, dla których grupa przyjaciół często staje się rodziną z wyboru, takie wspólnotowe myślenie jest bliższe. Kiedy więc zaczną się zastanawiać, jak spędzić starość, pomysł cohousingu może trafić na podatny grunt – uważa Labus. Jej zdaniem jednak, aby takie koncepty można było wprowadzać w życie, konieczne będą zmiany systemowe. – Wciąż brakuje myślenia o konieczności wprowadzania podobnych rozwiązań. Oczywiście, jeśli ktoś jest zdeterminowany, to sobie jakoś poradzi, ale żeby było to rozwiązanie stosowane częściej, muszą zostać wprowadzone mechanizmy prawne, finansowe, które będą takie działania wspierać i ułatwiać.

Cytaty z wypowiedzi mieszkanek OWCH pochodzą z filmu „Senior House. How to do it”. 

  1. Styl Życia

Kaia Gerber i Cindy Crawford - córka i matka o swojej relacji

Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. (Fot. Getty Images)
Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie każda córka jest wpatrzona w matkę. Nie każda matka chce uczyć się od córki. Ale relację Cindy Crawford i Kai Gerber tak właśnie można opisać. Obie są supermodelkami, obie odniosły sukces i ciężko na niego pracują. Choć świat lubi widzieć w Kai kopię słynnej matki, ona coraz dobitniej udowadnia, że wzięła z niej to, co najlepsze, ale tworzy już swoją własną historię. 

Piękne, szeroko rozstawione migdałowe oczy w kolorze głębokiego brązu, mocno zarysowane kości policzkowe i opadające na ramiona błyszczące, kasztanowo-miodowe włosy – Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. I rzeczywiście, patrząc na zestawienie starych zdjęć Cindy i stylizowanych na vintage fotografii Kai, łatwo się pomylić. Sama Kaia przyznała w jednym z wywiadów, że jako dziewczynka miała potrzebę podkreślania swojej indywidualności i odmienności, także w wyglądzie (raz nawet obcięła sobie sama grzywkę „na Audrey Hepburn”, na której punkcie miała wtedy obsesję) – jednak teraz im więcej znajduje w sobie cech i zainteresowań, które łączą ją z mamą, tym bardziej jest dumna. Bo od zawsze ją podziwiała. Zresztą nie tylko ona.

Diament znaleziony wśród pól kukurydzy

Od początku się wyróżniała. Wiedziała, czego chce, punktualnie zjawiała się na planie zdjęciowym, nie kaprysiła, stroniła od używek. Przez ponad 30 lat kariery nie był z nią związany żaden skandal, czego nie uniknęły jej słynne koleżanki, jak Kate Moss czy Naomi Campbell. Pozostała wierna nie tylko swojemu wizerunkowi (nigdy nie eksperymentowała z kolorem włosów ani stylem ubierania), ale też instytucji małżeństwa (od 22 lat jest związana z biznesmenem Randym Gerberem) czy markom, z którymi współpracuje (między innymi Omedze – od 25 lat). Dla wielu osób Cindy Crawford nadal jest ucieleśnieniem klasycznej, nieprzemijającej urody i wzorem zdrowego, sportowego wyglądu.

Cindy Crawford z mężem Randy Gerberem, córką Kaią i synem Presleyem. (Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh) Cindy Crawford z mężem Randy Gerberem, córką Kaią i synem Presleyem. (Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh)

Wychowana w niewielkim amerykańskim miasteczku w hrabstwie DeKalb w Illinois jako nastolatka dorabiała, pracując przy zbiorach na pobliskich polach kukurydzy. To właśnie tam miała zostać zauważona przez jednego z lokalnych fotografów, który zrobił jej zdjęcia do regionalnej gazety. Dzięki temu dostała pierwsze zlecenia w Chicago. Pozowała do katalogów, reklam pasków i butów. Drzwi do wielkiego świata uchylił przed nią fryzjer, z którym pracowała przy jednej z testowych sesji i który polecił ją prestiżowej agencji Elite. Na jej prośbę w 1986 roku przeprowadziła się do Nowego Jorku. Wielkie miasto, tak dalekie od tego, co dobrze znała w DeKalb, początkowo ją przytłaczało. – To wszystko było dla mnie nowe. Nie potrafiłam nawet zatrzymać taksówki – wspominała z rozbrajającą szczerością w jednym z wywiadów. A świat mody pokochał ją właśnie taką. W tym samym roku trafiła na sesję okładkową do amerykańskiego „Vogue’a”, przed obiektyw słynnego fotografa Richarda Avedona. Miała zaledwie 20 lat, ale w różowej, satynowej bluzce i z nonszalancko przewiązanym szalem wyglądała jak bogini. Nie przeszkadzał w tym nawet słynny pieprzyk, którego tak nie lubiła (między innymi przez wyśmiewające ją z jego powodu szkolne koleżanki) i który chciała usunąć. Ale skoro zaakceptowała go wielka moda, postanowiła go zostawić.

Rozsądna supermodelka

– Uwielbiałam w okładkach Avedona to, że skupiały się na twarzy. Jedną z rzeczy, których mnie nauczył i które przekazałam Kai, była następująca rada: „Za każdym razem, kiedy patrzysz w obiektyw aparatu, miej w głowie jakąś myśl. Nie muszę wiedzieć jaką, ale nie chcę pustego wyrazu twarzy” – wspomina Cindy. Przełomem w jej karierze była kultowa już okładka brytyjskiego „Vogue’a” ze stycznia 1990 roku. Odpowiedzialny za nią był Peter Lindbergh. Dostał zadanie – sfotografować modelkę, która miała zostać twarzą nowej dekady. Niemiecki fotograf nie mógł i nie chciał decydować się na jedną. Postanowił pokazać, że piękna nie można zamknąć w sztywne ramy. Wybór padł na pięć nazwisk, które zdaniem Lindbergha były wówczas najbardziej inspirujące – Christy Turlington, Linda Evangelista, Naomi Campbell, Tatjana Patitz i oczywiście Cindy Crawford. Efekt zachwycił. Okładka była zaprzeczeniem wszystkiego, z czego słynęły lata 80., symbolem nowego początku. Zamiast przestylizowanych kobiet z natapirowanymi włosami i kolorowym, mocnym makijażem czytelnicy zobaczyli pięć naturalnych młodych dziewczyn pozujących w minimalistycznych stylizacjach na ulicy Nowego Jorku. Z czarno-białej fotografii biły świeżość i spokój. O modelkach na niej pozujących momentalnie zrobiło się głośno. Niedługo po ukazaniu się numeru odezwał się do nich George Michael z propozycją, by wystąpiły w teledysku do jego najnowszego singla, „Freedom! ’90”. Na plan w Londynie leciały pierwszą klasą najnowszego samolotu typu Concorde. Crawford razem z koleżankami stały się popsensacją, znanymi na całym świecie osobistościami i pierwszymi prawdziwymi supermodelkami. W efekcie ich gaże poszybowały do nieznanych wcześniej kwot. „Mamy z Christy [Turlington] takie powiedzenie: nie wstajemy z łóżka za mniej niż 10 tysięcy dolarów dziennie” – mówiła Linda Evangelista. A jednak to właśnie Cindy Crawford w 1995 roku została ogłoszona przez magazyn „Forbes” najlepiej zarabiającą modelką świata z roczną pensją wynoszącą blisko 9 milionów dolarów. Obecnie, po prawie trzech dekadach, tytuł ten należy do Kendall Jenner, jednej z pięciu sióstr z klanu Kardashian. Tuż za nią plasują się siostry Hadid i Cara Delevingne. Kaia, która we wrześniu skończyła 18 lat, znalazła się na miejscu 14., z trzema milionami dolarów rocznie na koncie. Popularne są też Hailey Bieber (née Baldwin), Iris Law (córka Jude’a) czy Adwoa Aboah. Tym samym nastała nowa era modelek, które oprócz nienagannej sylwetki, ślicznej buzi i wyczucia stylu, często mogą pochwalić się wpływowymi rodzicami i rozpoznawalnym nazwiskiem.

Zmiana warty

Kaia miała zupełnie inny start w branży niż Cindy. Otrzymała złoty bilet na wybiegi topowych światowych projektantów – największe marki niczym w blokach startowych czekały, aż skończy 16 lat. Zaledwie cztery dni po osiągnięciu ustawowego wieku, który pozwala modelce uczestniczyć w pokazach, zadebiutowała na wybiegu kolekcji Calvina Kleina 205W39NYC Rafa Simonsa. W tym samym sezonie (wiosna–lato 2018) chodziła między innymi w pokazach: Marca Jacobsa, Burberry, Alexandra Wanga, Coach, Prady, Chanel (który otwierała), Fendi, Moschino, Saint Laurent i Alexandra McQueena. Dużym przeżyciem musiał też być ten dla Versace, który w hołdzie dla Gianniego zamykały supermodelki lat 90., w tym jej mama. – Myślę, że tym, co pociągało mnie w modelingu, był fakt, że skoro i tak moje zdjęcia pojawiały się w gazetach z racji tego, czyją córką byłam, chciałam mieć na to jakiś wpływ. Ale mama nigdy mnie w tę stronę nie popychała – mówiła w jednym z wywiadów. Świat mody upomniał się o nią, już kiedy była dziewczynką. Nie mogła chodzić po wybiegu, ale za zgodą rodziców mogła przecież występować przed obiektywem. I tak już w wieku dziesięciu lat została twarzą kampanii Versace linii junior. Pięć lat później pozowała do zdjęć reklamujących zapach Daisy Marca Jacobsa i zadebiutowała jako aktorka w filmie „Sister Cities”. Od 2017 roku wszystkie drzwi stały przed nią otworem. Rok później odebrała prestiżową nagrodę Fashion Awards w kategorii modelka roku (z mównicy podziękowała rodzicom), a także, wspólnie z Karlem Lagerfeldem, stworzyła kolekcję KarlxKaia. Nic dziwnego, że praktycznie całą szkołę średnią zaliczyła online… Kaia Gerber ma wszystko, co jest wymagane, by być modelką – jest naturalnie piękna, wysoka, niebanalnie prezentuje się na zdjęciach i doskonale chodzi po wybiegu. Nie ma wątpliwości, że cenne umiejętności wyssała z mlekiem matki. Ma też coś, co zawsze się przydaje – zna ten biznes od podszewki. – Dla mnie modeling nie był obcym światem. Czułam, że go rozumiem. Wiedziałam, w co się pakuję, więc było to dla mnie zdecydowanie mniej przerażające. Bardzo cenię kobiety, takie jak moja mama i inne dziewczyny, które wchodząc do branży, nie wiedzą o niej nic. Miałam wyjątkowe doświadczenie, ale nieważne, jak dobrze byłabym przygotowana, wielu rzeczy i tak musiałam się nauczyć sama – przekonywała niedawno. Jak podkreśla, nigdy nie chciała specjalnego traktowania, a jeśli je jej oferowano, odmawiała. Jest na tym punkcie wręcz przeczulona. – Zawsze, ale to zawsze stawiam się na planie punktualnie. Zapamiętuję nazwiska i imiona wszystkich osób, z którymi pracuję. Czasem aż wychodzę z siebie, żeby pomóc innym – mówi z siłą. Jej predyspozycje i profesjonalizm pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces. Tylko jej droga byłaby wówczas dłuższa i podobna do tej, którą musiała przejść jej matka. Świat, do którego wkroczyła Kaia, ma już niewiele wspólnego z tym, w którym zaczynała Cindy. Supermodelka lat 90. często podkreśla, że tak szalenie teraz ważnych mediów społecznościowych musiała się nauczyć od nastoletniej córki. Gdy ona stawiała pierwsze kroki w modelingu, na sesjach były wyłącznie aparaty analogowe. – Kiedy robisz zdjęcia na kliszy i nie ma monitora, cała uwaga skupiona jest na planie, na modelce. Wszyscy na ciebie patrzą, a ta uwaga sprawia, że starasz się jeszcze bardziej. Później wszyscy zaczęli gromadzić się wokół ekranu, a ja na planie zostawałam sama. To była dla mnie wielka zmiana – tłumaczy Cindy. Kaia w naturalny sposób rozumie technologiczne przemiany i łatwo się wśród nich odnajduje. Na Instagramie śledzi ją obecnie blisko sześć milionów osób. Jej mamę – o milion mniej.

Predyspozycje i profesjonalizm Kai Gerber pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces.(Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh) Predyspozycje i profesjonalizm Kai Gerber pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces.(Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh)

Modelowa rodzina

Pierwszą ich wspólną okładką był francuski „Vogue” z kwietnia 2016 roku. Chwilę potem pojawiły się w grudniowym numerze holenderskiego wydania. Tak samo w naturalny sposób rozpoczęła się współpraca Kai z prestiżową marką zegarków Omega, której Crawford jest ambasadorką. – Gdy miałam około sześciu lat, pojechaliśmy razem, rodzinnie, na igrzyska olimpijskie do Pekinu. Była to jedna z najlepszych wypraw z Omegą w życiu – wspominała Kaia w Paryżu, gdzie trzy lata temu firma ogłosiła współpracę z nastoletnią modelką. Na uroczystości wydawała się trochę wycofana, lekko przytłoczona, ale jednocześnie pewna siebie. Z nogami do nieba i rozświetloną blaskami fleszy twarzą robiła piorunujące wrażenie. Na miejscu odbyła się też premiera najnowszej kampanii Omegi, której twarzami została cała rodzina Gerber-Crawford (Cindy, Randy, Kaia i jej starszy brat Presley). By historia zatoczyła koło, fotografował ich nie kto inny jak Peter Lindbergh. Pytana, jak radzi sobie z sukcesem w tak młodym wieku i czy nie żałuje, że jej dzieciństwo było zbyt krótkie, uspokaja: – Od dziecka byłam najmłodszą osobą w pokoju, i to się nadal nie zmieniło. Mnóstwo czasu spędzałam z rodzicami i ich znajomymi. Można powiedzieć, że byłam dorosłą kobietą w ciele dziewczynki.  Już jako pięciolatka świetnie dogadywałam się z 50-latkami. Dorastając w sielskim i dostatnim Malibu, długo nie zdawała sobie sprawy z popularności matki. Cindy i Randy starali się wychować dzieci z dala od blasków fleszy. Pytany w szkole o zawód rodziców Presley twierdził, że mama nigdzie nie pracuje. Dopiero gdy supermodelka wystąpiła w jednym z odcinków popularnego serialu Disneya „Czarodzieje z Waverly Place” z Seleną Gomez, rodzeństwo uwierzyło, że mama jest sławna. Dla Cindy odpowiednie wykształcenie dzieci było priorytetem. Sama, uzyskawszy stypendium, zaczęła studia na Uniwersytecie Northwestern na kierunku technologia i inżynieria chemiczna, które zmuszona była jednak przerwać. Dzieci wysłała więc do dobrych szkół i zachęcała do czytania i samorozwoju. Kaia mówi biegle po francusku, jest prawdziwym molem książkowym, a w wypowiedziach czaruje elokwencją. W dodatku sprawia wrażenie skromnej i naturalnej. I choć znawcy trendów i ekonomiści wróżą jej nawet bardziej lukratywną karierę od matki, ona podchodzi do tego z dużą pokorą. Jak podkreśla, słowo „supermodelka” nie powinno być obecnie tak powszechnie używane. – Zdecydowanie uważam, że trzeba sobie na nie zasłużyć. Gdy ludzie tak o mnie mówią, myślę, że powinni dać mi jeszcze trochę czasu – tłumaczy. Przez długi czas konsekwentnie odmawiała wywiadów. – Co ma ciekawego do powiedzenia 16-latka?! – tłumaczyła. Dziś jest starsza i coraz bardziej otwiera się na swój temat, mówiąc na przykład, że… nie lubi uzewnętrzniać się przed innymi. W wywiadzie dla magazynu „i-D” wyznała, że taką niewidzialną barierę zbudowała też między sobą a mamą. Nie zwierzała jej się z problemów, nie dzwoniła, gdy była smutna. Kiedy jednak przełamała w sobie opór, okazało się, że mają nie tylko podobne przemyślenia, ale i doświadczenia. Od tego momentu bardzo się zbliżyły. – Mama jest otwarta na świat i ludzi. Ciągle chce się czegoś uczyć, zadaje mi mnóstwo pytań i nie jest w ogóle oceniająca. Potrafimy rozmawiać godzinami. Zrozumiałam, że nie musi być zawsze moją mamą, może być też przyjaciółką. Wspierać, a nie martwić się o mnie – mówi. Bo kiedy jesteś córką znanej osoby, masz łatwiej, ale i trudniej. Zderzasz się z cudzymi oczekiwaniami, z góry ukształtowanymi opiniami, a niekiedy i uprzedzeniami. – Czasem czuję, że najpierw muszę  ludzi rozczarować, by udowodnić, ile jestem warta – przyznaje Kaia. I udowadnia to z coraz lepszym skutkiem. – Nie dziękujcie mi za to, jak niesamowita jest moja córka – przekonywała Cindy, kiedy redaktorka „Vogue'a” pochwaliła profesjonalizm Kai. – Ona taka już się urodziła. To w ogóle nie jest moja zasługa. No, może odrobinę.

  1. Psychologia

Czterdziestka to nowa dwudziestka. Co oznacza życie w przesunięciu?

Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. (Fot. iStock)
Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. (Fot. iStock)
Czterdziestka jako nowa dwudziestka, pięćdziesiątka jako nowa trzydziestka, a zamiast starości – trzeci wiek. Macierzyństwo wiąże się z czasem dojrzałości, mamy po kilka karier i szanse na nowe otwarcia. Co dla kobiet oznacza życie w przesunięciu?

Na początek diagnoza. Rodzimy pierwsze dziecko średnio dekadę później niż pół wieku temu, żyjemy średnio dekadę dłużej. Lata 20. to (coraz dłuższy) czas poszukiwania partnera, przybiera na sile zjawisko singlizmu. Młodzi później się usamodzielniają – chyba że opuszczają rodzinną miejscowość i zaczynają karierę w większym mieście. Lata 20. to zatem także czas na zaistnienie na rynku, na bezkompromisowe podejście do pracy. Na lata 30. przypada epoka rodzicielstwa; lata 40., gdy dzieci są już trochę odchowane, to zatem okres przywróconych możliwości i nowego otwarcia. Pik kompetencji zawodowych przenosi się w konsekwencji na pięćdziesiątkę, zaś w szóstej dekadzie życia, gdy dzieci są już dorosłe, nadchodzi okres największych możliwości realizowania siebie. Spijanie śmietanki, celebrowanie dokonań życia, aktywność zawodowa na najwyższym szczeblu i miejsce na pasje.

Tak to przynajmniej wygląda w ocenie amerykańskiej politolożki, akademiczki i analityczki Anne-Marie Slaughter, która w ogóle porusza się po wysokich szczeblach. Swego czasu była jedną z kluczowych postaci w Białym Domu, a zrezygnowała z potrzeby zajęcia się nastoletnimi synami z konstatacją, że kobiety nie mogą mieć wszystkiego. Dlaczego nie mogą? Między innymi dlatego, że warunki życia nie nadążają za „przesunięciem”.

Choć wysokie rewiry życia pani Slaughter są dostępne nielicznym, przesunięcie staje się udziałem nas wszystkich. Co za tym idzie – coraz większy ułamek życia spędzamy poza okresem młodości.

– To banał, ale przeżycia i doświadczenia się gromadzi. Mało mówimy o kumulowaniu mądrości – mówi Elżbieta Schroeder, psychoterapeutka pracująca metodą psychologii procesu. – Tymczasem choć starzy ludzie mają więcej nagromadzonej mądrości życiowej, czasem odcinamy sobie do niej dostęp przez to, że kulturowo i społecznie nie za bardzo się szanuje starość – dodaje. Czy rzeczywiście?

Młodość jako stan ducha

Panie w telewizji nie mają zmarszczek, kosmetyki obiecują wieczną witalność. Czy kult młodości nie stoi w kontrze do przesunięcia?

Elżbieta Schroeder zamyśla się. – Zatrzymanie się, odchodzenie, myślenie o śmierci ma złą prasę. A w psychologii procesu strach przed śmiercią często oznacza wewnętrzną potrzebę pogłębiania kontaktu z czymś większym – mówi. – Na rzeczywistość można patrzeć z trzech poziomów. Jest rzeczywistość uzgodniona – ta, która nas otacza; rzeczywistość snu – marzeń sennych, uczuć i energii; ale jest też poziom esencji, gdzie jesteśmy blisko czegoś duchowego. W zależności od światopoglądu może to być kosmos, Bóg, energia ziemi. Coś zdecydowanie większego niż człowiek. Nie mamy ochoty konfrontować się z tym, że wszyscy umieramy – ale coś się kończy, a coś się nie kończy. A z tym, co się nie kończy, potrzebujemy kontaktu przez całe życie. I jeśli uciekamy od tego, to jednocześnie odsuwamy na bok starych ludzi. Oni są bliżej tego.

Schroeder dodaje, że atrybuty młodości są przy tym szalenie pociągające. – Entuzjazm, aktywność, poczucie, że wszystko jest otwarte i wszystko mogę. Nie wiem, czy nie skupiamy się tu za bardzo na ciele. Bo gdyby pomyśleć o świadomości, to w każdym wieku można po te atrybuty sięgnąć. Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. W psychologii procesu jest ćwiczenie, w którym przywołujemy ten stan. Można w nim sięgnąć po energię młodości. Proces to przepływ stanów, zmiana. Dokonuje się ona nieustannie, dopiero jeśli utkniemy w jakimś stanie, mamy kłopot. Nawet jak mówimy o polaryzacji starość – młodość, jedno i drugie ma swoje piękne strony i ma ograniczenia. Chodzi o to, jak przepływać między tymi stanami i jak z nich korzystać – dodaje.

Czy to się wyklucza? Schodzę na ziemię i rozmawiam z socjolożkami.

Pigułka młodości

Doktor Małgorzata Sikorska, socjolożka z Uniwersytetu Warszawskiego, przypomina, że przesunięcie dotyczy też mężczyzn. To dlatego, że jest mocno związane z wykształceniem i rynkiem pracy. PRL gwarantowało pewność zatrudnienia, a jednocześnie tylko siedem procent społeczeństwa miało dyplomy wyższej uczelni. Dziś wśród osób w wieku 30–34 to aż 40 procent.

– Młodzi ludzie w PRL-u szybciej wchodzili na rynek pracy, bo nie mieli co z sobą zrobić – mówi Sikorska. – Zaczynali po maturze czy szkole zawodowej, więc perspektywy też mieli ograniczone. Po samochodówce można zmieniać miejsca pracy, ale trudniej zmienić zawód. Po studiach wybór jest szerszy.

Absolwenci wyposażeni w szerokie kompetencje mogą więc dziś przebierać w ścieżkach kariery, a socjolożka dodaje, że wymusza to też rynek pracy. – Zrobił się płynny: kiedyś pracowało się w tym samym miejscu od początku do końca kariery. Dziś nie tylko byłoby trudno znaleźć taką posadę, ale też wątpię, czy pracownik mógłby na niej wytrzymać. W zawodach specjalistycznych dominują projekty, nie praca na etat.

Sikorska twierdzi, że dla pewnej grupy pracowników nie ma od tego odwrotu. Rynek pracy nie będzie oferował stabilności i długotrwałego zatrudnienia. To niepewność, ale też szansa. – W Danii powstał pomysł, który promuje Unia Europejska: flexicurity. Chodzi o to, żeby rynek pracy z jednej strony był elastyczny, a z drugiej – zapewniał bezpieczeństwo. Możesz często zmieniać pracę, ale jak jesteś na bezrobociu, dostajesz instrumenty typu szkolenia i świadczenia, które pomagają ci przygotować się do nowego zajęcia. Przy takim założeniu okres przejściowy między kolejnymi projektami nie jest niczym dziwnym. Staje się normą, którą trzeba wykorzystać na zmianę umiejętności, podniesienie kwalifikacji. W Polsce to jeszcze nie działa, ale kolejne „nowe otwarcia” w karierze to coraz częstsze zjawisko – dodaje.

Sikorska uważa, że tu leżą źródła kultu młodości. – Młodość kojarzy się z dynamiką, energią. Jeżeli nasze życie zawodowe wymusza na nas, żebyśmy byli dynamiczni, energiczni i przygotowani na zmianę, to promujemy młodość. Za tym idzie branża kosmetyczna, odzieżowa. Ale także moda na zdrowe odżywianie, na bieganie. To trend, w którym traktujesz swoje ciało jak coś plastycznego, z czym możesz zrobić wszystko.

W ten trend wpisuje się też boom na środki farmakologiczne, mające ulepszyć nasze ciała. Jeśli coś ma szwankować, weź pigułkę. – Znalazłam niedawno dane, jak często Polacy konsumują te środki i jak bardzo to lubią. W porównaniu z innymi krajami jesteśmy na pozycji lidera – mówi Sikorska.

To widać: na ulicach apteki wypierają sklepiki, punkty usługowe, kawiarnie i księgarnie, reklamy na środki farmakologiczne zdominowały wszystkie inne. Komunikują samą obecnością: skoro żyjemy w przesunięciu, utrzymajmy dobrą formę, nawet ze wspomaganiem. Pytanie: jak w tym wszystkim radzą sobie najstarsi?

Złoty trzeci wiek

Rozmawiamy o tym z doktor Łucją Krzyżanowską, która napisała pracę doktorską o powodach przechodzenia na emeryturę. Potwierdza, że obecnie zmienia się trajektoria życia. – Nie tylko żyjemy dłużej, ale też poprawia się nam stan zdrowia. A to zmienia sposób myślenia o emeryturze – mówi. – Bismarck ustalił wiek emerytalny na 60 lat z myślą o żołnierzach, których niedołężną starość trzeba było finansować. Po to powstał cały system emerytalny. Dziś chodzi nie o to, aby finansować niedołężną starość, ale jesień życia. Pojawia się koncepcja trzeciego wieku – okresu pomiędzy niedołężną starością a czasem, gdy jest się pracownikiem, rodzicem, kiedy ma się mnóstwo obowiązków, ale brakuje czasu na realizowanie siebie. Ludzie mnóstwo spraw odkładają na potem. Na emeryturę. Trzeci wiek byłby w tym kontekście „drugą młodością”.

Stąd też biorą się dyskusje o podnoszeniu wieku emerytalnego. Doktor Krzyżanowska: – Państwu zależy, aby ludzie pracowali dłużej, a oni sami mówią: „Hola, hola, ja chcę mieć czas, żeby odpocząć. Mogę się wtedy zajmować wnukami, jeśli chcę, ale mogę też uprawiać nordic walking, wyjeżdżać za granicę, iść na uniwersytet trzeciego wieku. Już się napracowałem”.

Badaczka wzdycha i dodaje, że wszystko byłoby fajnie, gdyby ludzie mieli na to pieniądze. – W Polsce obserwuję, że ludzie bardzo czekają na emeryturę, ale potem okazuje się, że ten „urlop” bardziej przypomina „zesłanie”. Oprócz finansów jest też inne ograniczenie. Mam taką teorię, że jakie życie, taka emerytura – mówi Krzyżanowska. – Jak się było aktywnym, uprawiało sport, czytało książki, chodziło do teatru, spotykało ze znajomymi – emerytura też będzie aktywna i fajna. Niezależnie od ograniczeń finansowych, bo ludzie potrafią sobie wszystko zorganizować. Natomiast jeśli ktoś koncentrował się na pracy i rodzinie, nie miał pasji, to trudno je w sobie rozbudzić na emeryturze.

I ląduje się przed telewizorem. Według badań nad gospodarowaniem budżetem czasu to właśnie najczęściej robią polscy emeryci.

Długi finisz

Pozostaje pytanie o polskie realia pracy po 55. roku życia. O skalę zjawiska ejdżyzmu, czyli dyskryminacji ze względu na wiek. Czy ostatnia dekada zawodowej aktywności to dociąganie do mety, czy kumulowanie sukcesów, jak to widziała Slaughter? – Bardzo zależy od zawodu – mówi Krzyżanowska. – Banalny przykład: starszy profesor jest szanowany, starsza nauczycielka uznana za zmęczoną i wypaloną.

Badani przez Łucję Krzyżanowską czuli się jednak nieszanowani i niedoceniani, ich kompetencje były niewykorzystane. – Starsi pracownicy nie są awansowani, nie inwestuje się w nich, bo pokutuje przekonanie, niezgodne z wszelkimi badaniami, że ci starsi już się nie uczą. Że szkolenie ich jest nieefektywne. Tymczasem to nieprawda. Bo okazuje się, że oni są dużo bardziej lojalnymi pracownikami. Młodzi skaczą, kombinują, a ci starsi znają się na tym, co robią, i mogliby uczyć kolejne pokolenia. Mogliby zostać mentorami, ale nie ma nawet takiego myślenia, że ciało się zmienia i trzeba jakoś do tego dostosować przestrzeń, stanowisko pracy. To wszystko sprawia, że są wypychani z rynku – kończy Krzyżanowska.

Zazwyczaj, aby do czegoś dojść, potrzeba czasu. Popatrzmy więc na przesunięcie jako na szansę – wtedy będzie łatwiej ją wykorzystać.

 

  1. Psychologia

Starość nie radość. O wykluczeniu ze społeczeństwa osób starszych

Starsi ludzie stracili swoją rolę społeczną, a nie znaleźli sobie nowej. Dlatego czują się niepotrzebni. (Fot. iStock)
Starsi ludzie stracili swoją rolę społeczną, a nie znaleźli sobie nowej. Dlatego czują się niepotrzebni. (Fot. iStock)
Czy w naszym społeczeństwie jest dziś miejsce na starość? Gdyby brać pod uwagę jedynie media, tego miejsca nie ma. To paradoks, zważywszy, że dzięki postępowi cywilizacyjnemu żyjemy coraz dłużej, starszych ludzi jest więc coraz więcej. Dlaczego wciąż czują się oni niepotrzebni? Jest szansa na zmianę? – zastanawiają się Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

Brałam niedawno udział w debacie na temat starości. Czyżby stosunek mediów do ludzi starszych miał się zmienić? K.M.: Cóż, starych ludzi przybywa i coraz trudniej ten fakt ignorować. Niechętnie jednak przyjmujemy go do wiadomości. Wypieramy starość jako zjawisko – w efekcie ludzie powyżej pewnego wieku zostają skazani na społeczny niebyt: nie istnieją w mediach, nie ma przeznaczonych dla nich gazet, usług, nikt ich nie zauważa na ulicy. Jedynie przemysł farmaceutyczny traktuje ich poważnie...

W.E.: Ludzie starzy są chodzącym memento, że nas wszystkich czeka starość – jeśli dożyjemy. A ponieważ nie chcemy tego zaakceptować, wolimy żyć tak, jakby starości nie było, i udawać wiecznie młodych. Tak udało się nam wypchnąć starość i to, co z nią się kojarzy, czyli niedołężność, chorobę, poza krąg zainteresowań popkultury. Udajemy, że te rzeczy nas nie dotyczą. A kiedy zaczynają dotyczyć, sami dobrowolnie i pokornie przechodzimy na stronę cienia i znikamy ze społecznego życia na długo przedtem, zanim naprawdę odejdziemy.

K.M.: Żyjemy w czasach odwrócenia hierarchii wartości – młodość, czyli początek życia, jest najbardziej pożądana, najbardziej wartościowa, uważana za pełnię życia. Sądzi się, że później następuje nieuchronna zniżka formy i stopniowe odchodzenie w cień. Nic dziwnego, że ludzie przedłużają młodość. To ma dobre i złe strony. Dobre, bo staramy się jak najdłużej zachować sprawność, być aktywni. Złe, bo robimy to z lęku. Strach przed śmiercią jest największym ludzkim strachem, a nasza kultura nie proponuje nic, co mogłoby nas oswoić z nieuchronnością śmierci.

Kiedyś oswoić starość i śmierć pomagały rytuały, które podkreślały cykliczność naszego życia i jego związek z przyrodą. Dziś ten naturalny związek zerwaliśmy... W.E.: To, o czym mówicie, jest najważniejsze, ale dziś coraz poważniejszym praktycznym problemem związanym ze starością jest to, że starsi ludzie zaczynają być wykluczeni technologicznie. Nie radzą sobie z obsługą komputerów, komórek...

K.M.: ...PIN-ami, kartami kredytowymi, nagraniem się na sekretarkę, SMS-ami, nie mówiąc o komunikacji internetowej...

W.E.: Przez to codzienność nastręcza im coraz więcej problemów, czują, że się mijają ze światem, który poleciał gdzieś do przodu, a oni zostali w tyle.

K.M.: Urządzenia są coraz bardziej skomplikowane i mogą budzić w starszych ludziach lęk. Po co te wszystkie funkcje, menu, guziki? Gdy bodźce nas przerastają, lęk zaczyna być większy od ciekawości. I przestajemy się starać, odstajemy coraz bardziej, w dodatku towarzyszy nam poczucie klęski i goryczy płynącej z bezradności. To się łatwo zamienia w agresję wobec owego niezrozumiałego świata i innych, którzy w nim funkcjonują normalnie. Dlatego tylu starszych ludzi jest agresywnych, szczególnie wobec młodych.

Kogo mamy dziś na myśli, mówiąc „starzy ludzie”? Kiedy zaczyna się starość? W.E.: To się też szybko zmienia. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu stary był człowiek pięćdziesięcioletni. Teraz nawet siedemdziesięciolatkowie potrafią nie czuć się starzy. Dziś starość jest równoznaczna nie tyle z wiekiem, co z wykluczeniem z normalnego życia. W Polsce starzy ludzie są inaczej ubrani, inaczej mówią, inaczej się zachowują, są jak gdyby przeniesieni z innej bajki i wrzuceni w pędzącą rzekę współczesnych zdarzeń i maszyn.

K.M.: Zawsze nowe pokolenie tworzyło nowy, inny świat.

W.E.: Ale nie na taką skalę. Współczesne tempo zmian w połączeniu z niedawną, radykalną zmianą ustrojową stworzyło ogromną przepaść między pokoleniami. Jeszcze 20–30 lat temu była zachowana jakaś ciągłość przekazu. Wartości następujących po sobie pokoleń  były podobne. Dziś niemal z dnia na dzień zmieniają się moralność, technologia, sposoby komunikacji, sposób życia, charakter wspólnoty, funkcjonowanie rodziny. Współczesne kulturowe i materialne otoczenie jest prawie całkowicie różne od tego, w którym dorastali dzisiejsi seniorzy.

Starsi ludzie byli kiedyś strażnikami tradycji, wartości, mieli doświadczenie, wiedzę. A dziś? W.E.: Stracili swoją rolę społeczną, a nie znaleźli sobie nowej. Dlatego czują się niepotrzebni.

K.M.: Ludzie starsi są dziś w coraz lepszej kondycji fizycznej, ale niekoniecznie psychicznej. Bo ci, którzy czują się wykluczeni, natychmiast zaczynają czuć się gorzej. Spada ich motywacja do życia i do zmian. Przychodzi rezygnacja, powolne wycofywanie się – to jest właśnie starość. I tak czuć się będzie niedługo ponad połowa społeczeństwa!

W.E.: Tym bardziej że ludzie starsi są przez polityków traktowani jak kłopotliwy balast, bo trzeba im wypłacać i rewaloryzować emerytury albo renty. To upokarzające dla ludzi, którzy całe życie uczciwie przepracowali.

To dodatkowy powód wykluczenia: czuć się obciążeniem dla państwa, dla młodych. W.E.: Rosnąca liczba ludzi starszych i ich wykluczenie społeczne to szczególnie ważna sprawa w kontekście politycznym. Mieliśmy tego przedsmak przy poprzednich wyborach. Można się śmiać z moherowych beretów, ale będzie ich coraz więcej, jeśli żadna inna siła polityczna nie potraktuje starych ludzi poważnie. A wykluczonych łatwo uwieść tanią populistyczną retoryką. To się może źle skończyć, gdy populiści o dyktatorskich zapędach zawrócą w głowie takiej masie ludzi.

K.M.: Wystarczy, że się ich zauważy. W świecie, gdzie nikt ich nie zauważa, ktoś zwraca się do nich, mówiąc: „jesteście dla mnie ważni” – za kimś takim można iść na śmierć.

 
Uciekając przed starością, trzymamy się pozorów młodości, nie potrafimy sobie poradzić z przemijaniem. Na siłę naciągamy się, operujemy, liftingujemy... Człowiek jest w stanie wiele poświęcić, wycierpieć i zapłacić za to, by się nie czuć lub choć nie wyglądać staro. K.M.: Tymczasem chodzi nie o to, lecz o konieczność poważnych zmian. Starszych ludzi jest coraz więcej, trzeba zacząć za nimi optować. Życzyć sobie ich obecności w prasie, telewizji, przywracać im autorytet, należyty status społeczny. Sami starsi ludzie też powinni się o to starać, jednak w tej kwestii panuje hipokryzja. Nie chcą być wykluczani ze względu na wiek, wygląd, ale jak się zdarzy osoba, która nie poddaje się tej swojej starości, tylko aktywnie żyje, do czegoś aspiruje, to jeszcze przypną jej łatkę, że taka stara, a się pcha. I nie zagłosują na nią w żadnym razie, wręcz przeciwnie. Potrafią zrobić wiele, by taką osobę zdołować. Żeby nie kłuła w oczy tym, że starość nie jest żadnym wytłumaczeniem bierności. Że zamiast utyskiwać, moglibyśmy coś zrobić, realnie wpłynąć na sytuację własną, a może nawet na sytuację innych.

Coraz więcej starszych ludzi nie poddaje się starości, robią rzeczy zarezerwowane dotąd dla młodych: uprawiają ekstremalne sporty, przeżywają drugą młodość... K.M.: Takie osoby reprezentują jedną z dwu postaw życiowych, które dość trudno rozróżnić, bo manifestują się podobnie. Jedna to bycie ciekawym świata i przeżywanie go tak, jak się na to ma ochotę, niezależnie od wieku. To postawa jak najbardziej godna propagowania, jest w tym dojrzałość i pogodzenie się z losem, radość z dnia codziennego. Druga to cieszenie się życiem „na siłę”, na pokaz niejako, żeby zagłuszyć w sobie ów lęk przed zbliżającym się końcem. A to z kolei postawa bardzo niedojrzała. Starsza pani w czapce pilotce może więc być w głębi duszy osobą spełnioną albo osobą nieszczęśliwą.

W.E.: Ważna jest wewnętrzna prawda, a nie życie na pokaz. A dzisiejszy świat jest niestety powierzchowny...

Widziałam reklamę, która świadczy o tym, że na Zachodzie stosunek do ludzi starszych zaczyna się zmieniać. Mężczyzna pod wpływem tego, że spróbował pewnego napoju, ucieka z domu starców, by pożyć i spróbować tego, czego jeszcze nie próbował. Przesłanie piękne, bo każdy dzień można smakować na nowo. Ale dalej przekaz staje się ekstremalny: ów pan zamienia się nagle w demona seksu – ma np. w łóżku dwie partnerki naraz... K.M.: Nadal chodzi o to, by starości zaprzeczyć. Zaprzeczyć temu, że ma ona na nas wpływ, że nas zmienia. Że człowiek starszy jednak się różni od młodego i że ta różnica nie musi wyjść na jego niekorzyść. Rynek zauważył istnienie osób starszych, ale namawia je do takiego właśnie ekstremalnego zaprzeczania sobie. A przecież cieszyć się życiem na starość można, nie tylko udając młodego, sypiając, z kim popadnie, czy rzucając się z mostu na bungee... Uważam za Jungiem, że życie jest po to, żeby z satysfakcją przeżyć starość, żeby do niej dojrzeć. Po to mamy pierwszą połowę życia, żeby nazbierać tego, co w drugiej połowie będzie owocowało, co się będzie oddawało innym. Tego żadna technologia cyfrowa nie zmienia.

Jakie to owoce? K.M.: Spokój wewnętrzny. Zrozumienie siebie i innych, mądrość. Stary człowiek staje się mistrzem. Nie musi się z nikim porównywać, nie musi nic nikomu udowadniać, ma dystans do siebie, świata i spraw, widzi innych takimi, jakimi są, i takich akceptuje. Wie, co jest ważne. Może wiele dać.

Taki człowiek nie będzie się czuł wykluczony? K.M.: Nie będzie, nawet jeśli nie nadąża za technologicznym światem. Człowiek może się przecież chcieć sam z niego oddalić i żyć w swojej enklawie. Ludzie teraz są dłużej dziadkami, są potrzebni choćby wnukom lub innym dzieciom, mogą im dać bezwarunkową miłość, jakiej rodzice często nie dają... Niejedno dziecko uratowało się emocjonalnie dzięki dziadkowi lub babci. Jest to właśnie rodzaj oddawania następnym pokoleniom tego, co się ma. To wartość ogromna w dzisiejszych czasach, bardzo niedoceniana.

W.E.: To wyidealizowana wizja. Wiele wskazuje na to, że sprawy biegną w innym kierunku. Nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Dziadkowie są w większości albo nadaktywni, albo depresyjni – w obu wypadkach mało dostępni dla wnuków. Sam się zaliczam do tych nadaktywnych. Całe szczęście, że od czasu do czasu coś piszę. Może przynajmniej w tej formie coś przekażę.

Czytałam, że pewna rodzina w Trójmieście postanowiła adoptować dziadków. K.M.: Jeśli się ich nie ma – cudny pomysł. W tym samym domu może mieszkać ktoś starszy, samotny, kto może stać się przyjacielem nie tylko dla dzieci – ugotować obiad, gdzieś razem pójść, tyle dać i dostać trochę poczucia, że jest potrzebny... To też podpowiedź – róbmy to, a nie dotknie nas samotność. Wyjdźmy komuś naprzeciw, nie czekajmy, aż nas znajdą.