1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ewa Pajor - drobna, ale waleczna

Ewa Pajor - drobna, ale waleczna

Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy
 w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot.Paula Duda/PZPN)
Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy  w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot.Paula Duda/PZPN)
Jest jedną z najbardziej cenionych piłkarek na świecie. Gra w ataku i na boisku potrafi zdziałać cuda. Ale też poza nim, bo historia 24-letniej dziś Ewy Pajor to świetny przykład na to, jak niemożliwe staje się możliwe. 

Pod koniec kwietnia, w czasie izolacji, doszło do historycznego wydarzenia. Media donosiły, że Ewa Pajor, od kilku lat grająca w kobiecej Bundeslidze, przedłuża kontrakt z klubem VfL Wolfsburg na warunkach, których nie zaproponowano dotąd żadnej innej zawodniczce na świecie. W kontrakt wpisano klauzulę odstępnego w wysokości miliona euro. Gdyby Ewę chciał odkupić inny klub, właśnie tyle musiałby za nią zapłacić. To najwyższy transfer w historii kobiecej piłki nożnej. Przed Polką rekordzistką była Francuzka Kadidiatou Diani ze… 150 tys. euro odstępnego. Ktoś mógłby zaoponować, że milion euro to i tak śmieszna kwota w porównaniu z transferami gwiazd męskiego futbolu, gdzie już parę lat temu przekroczono trudną do wyobrażenia granicę 200 mln. Tak, historia sukcesu Ewy to po części opowieść o tym, jak bardzo różni się sytuacja zawodowych piłkarek i piłkarzy, o przepaści trudnej do przeskoczenia. Ale to jednocześnie opowieść dająca sporo nadziei, symbol zmian, których właśnie jesteśmy świadkami. A w oderwaniu od potężnej napędzanej przez astronomiczne zyski machiny, jaką jest dziś piłka nożna, po ludzku dowód na to, ile zdziałać mogą marzenia w połączeniu z talentem i ciężką pracą.

Siła sióstr

Za bramkę służyły im albo kołki wbite w ziemię, albo ramka zbita z deszczułek oparta o ścianę obory u kolegi Patryka, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, więc to od niego zależało, kiedy będą grać. Czasu wolnego nie było zresztą bardzo dużo, przy tak dużym gospodarstwie, jakie prowadzili rodzice Ewy. Trzeba było pomagać przy krowach i na polu. Ich rodzinna miejscowość Pęgów, między Łodzią a Koninem, to w sumie kilkanaście gospodarstw. Wokoło łąki, pola: mnóstwo miejsca na uprawianie sportów. Zimą urządzali sobie z dzieciakami mecze hokeja na zamarzniętym stawie (kije wycięli sami z kawałków drewna, do dzisiaj zostały w domu na pamiątkę), ale piłka nożna była szczególnie ważna. W ich rodzinie najbardziej wkręcone były w futbol dziewczyny, ona i trzy siostry, jedynego z piątki rodzeństwa brata bardziej interesowało gospodarstwo. A one nie przepuszczały w telewizji żadnego ważnego meczu. Oglądały wyłącznie męskie drużyny, bo zwyczajnie innych w telewizji nie pokazywano. Grać lubiły wszystkie, ale złożyło się tak, że to Ewa straciła dla piłki głowę. Można jej było powtarzać: „Wracaj ze szkoły pierwszym autobusem do domu!”, a i tak, kiedy biegała po boisku, zapominała o wszystkim innym. O kurtce, czapce. Pamięta, że spodnie praktycznie zawsze miała brudne na kolanach. Już wtedy było widać, jaka jest szybka. Dziś różni ludzie, którzy pamiętają ją z tamtego okresu, wspominają, że niektóre jej akcje na boisku wyglądały wręcz komicznie. Że kiedy dorywała się do piłki, zostawiała wszystkich w tyle.

Ewa jest w trzeciej, może nawet drugiej klasie podstawówki. Grają akurat przeciwko szóstoklasistom, wielu z nich jest od niej – dosłownie – dwa razy większych. W pewnym momencie piłka z całą siłą uderza ją prosto w twarz. Trener zerka z niepokojem, podchodzi: „W porządku? Jesteś cała? Schodzisz?”. Decyzja zajmuje jej tylko chwilę. Ewa wyciera twarz: „Nie, gram dalej”.

– Drobna, ale waleczna – śmieje się dzisiaj. – Nigdy nie odpuszczałam.

I podkreśla, jak wiele zawdzięcza trenerowi Piotrowi Kozłowskiemu. Człowiekowi, dzięki któremu dzieciaki ze szkoły w maleńkim Wieleninie nie tylko lubiły lekcje WF-u, ale i wygrywały – w różnych dziedzinach – w turniejach na poziomie wojewódzkim, a nawet ogólnokrajowym. I który słowem się nie zająknął, kiedy drobna dziewczynka oznajmiła, że chce grać w nogę z samymi chłopakami. Po prostu dał jej szansę, a potem, kiedy dziesięcioletnią Ewą zainteresował się Medyk Konin, jeden z najmocniejszych i najsłynniejszych kobiecych klubów w naszym kraju, woził ją cierpliwie do Konina na treningi, mecze, zgrupowania. Drugą z osób, które miały na Ewę ogromny wpływ, jest Nina Patalon. Znana postać kobiecego futbolu. Trenerka Medyka, selekcjonerka reprezentacji Polski, jedyna kobieta w naszym kraju z licencją UEFA Pro, Koordynatorka Szkolenia Piłki Nożnej Kobiet PZPN. Walcząca o polskie piłkarki jak lwica.

Relacja Ewy z nią jest wyjątkowa, bo też Nina Patalon jest świetna nie tylko w wyłuskiwaniu i szlifowaniu talentów. Wiele z jej podopiecznych, żeby grać w klubie, musi opuścić rodzinne strony, a słynna trenerka je wychowuje i się nimi opiekuje.

Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com) Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)

Skok w dorosłość

Przepłakały całą drogę do Konina. 12-letnia Ewa razem ze starszą o rok siostrą Pauliną umówiły się, że przeprowadzają się i zamieszkają w bursie we dwie, tak będzie raźniej. Paulina specjalnie dla Ewy zmieniła szkołę. Kolejne lata spędzone w Medyku Konin to także sporo łez, ale i spektakularne sukcesy. Pajor – znowu rekord – miała 15 lat i 133 dni, kiedy zadebiutowała w ekstralidze. Strzelała bramki, będąc w jednej drużynie z trzydziestoparoletnimi, doświadczonymi zawodniczkami. Po dwóch mistrzostwach i trzech pucharach Polski dostała z Niemiec propozycję, żeby przejść do Bundesligi. Szansa nie tylko na granie z największymi gwiazdami kobiecego futbolu, ale też w warunkach, na jakie piłkarki w Polsce nie mogą liczyć. Kilkukrotnie większy zespół trenerów, fizjoterapeutów, obsługi technicznej, opieka lekarska, cała infrastruktura. Nie mówiąc już o tym, że w naszym kraju zawodniczki w zdecydowanej większości klubów nie mają szans, żeby utrzymać się z grania.

Ewa wiedziała, że takim klubom jak Wolfsburg się nie odmawia, ale też miesiącami zbierała się do decyzji o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej od bliskich. Wyjechała, mając 18 lat, w środku lata. Z Pauliną. Umówiły się tak samo, jak wtedy, kiedy jechały do bursy. Że się wspierają, razem będzie łatwiej. Ewa mówi, że dzięki Paulinie zdołała w ogóle przetrwać ten początkowy czas.

Poziom był niesamowicie wysoki, na boisku wciąż słyszała, że ma grać mocniej. Tymczasem dopadł ją kryzys zdrowotny. Badania wykazały, że ma poważną anemię. To ten moment, kiedy postanowiła zrewolucjonizować dietę, przekonała się, jaki ma wpływ na formę. I jeszcze oczy – sama się dziwi, najwyraźniej grała „na pamięć”, bo widziała naprawdę słabo, nie pomagały już żadne soczewki. Klub skierował ją do specjalistów, okazało się, że ma poważne problemy ze stożkiem rogówki, do tej pory przeszła dwie operacje. Po drodze, mimo tych przeszkód, z zawodniczki, która adaptowała się do nowych warunków, Pajor wyrosła na bohaterkę. W ubiegłym sezonie zdobyła 24 bramki w 19 meczach. Od pięciu lat mieszka w żyjącym piłką i motoryzacją (ze względu na fabrykę Volkswagena) Wolfsburgu, ale jest też gwiazdą polskiego futbolu. Gra w reprezentacji kraju, ich cel to awansować do najbliższych mistrzostw Europy.

Jak najszybciej

Przyznaje, że kiedy trafiła do Niemiec, marzyła tylko o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Koleżanki w dobrej wierze dopytywały, jak się ma, a ona robiła wszystko, żeby jak najpóźniej wejść do szatni i jak najszybciej się z niej potem ulotnić. Nie miała odwagi się odezwać. Dzisiaj potrafi z tego żartować. Do Pęgowa tęsknić będzie zawsze („Cała nasza rodzina jest bardzo emocjonalna. Do tej pory, jak wyjeżdżam od rodziców, jest płacz, tacie jeszcze trudniej się powstrzymać od łez niż mamie”), ale też życie weszło na odpowiednie tory. Jej siostra w Niemczech ułożyła sobie życie, nadal lubią ze sobą spędzać wolny czas. Ewa podziwia słynne piłkarki, kibicuje im w walce o lepsze warunki w kobiecym futbolu. To wspaniale, że wykrzykują głośno, co myślą. Ona sama, zgodnie ze swoją naturą, mówi niewiele, ale uważa, że walka na boisku robi swoje. Bywało, że jeszcze w Polsce za plecami słyszała: „Babochłopy z Medyka!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. Wierzy, że mentalność da się zmienić nawet z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się mecze ekstraklasy. Na kobiecym mundialu to, jak Brazylijki grały z reprezentacją Francji w samej Brazylii, oglądało ponad 35 mln kibiców. Ludzie chcą po prostu oglądać dobry sport.

Ewa: – Mężczyźni mają więcej siły, ale tak naprawdę niczym innym się ich piłka nie różni. My też potrafimy świetnie grać technicznie, strzelić piękną bramkę. Trzeba nas tylko zacząć oglądać.

Wie doskonale, jak potężna jest siła przykładu. W pierwszej klasie podstawówki była w szkole jedyną piłkarką. To było ważne doświadczenie, bo w mieszanych składach dziewczynki dobrze się rozwijają, mniej więcej do 15. roku życia mogą konkurować z kolegami. Ale kiedy Pajor podstawówkę kończyła, uzbierała się cała drużyna dziewczyn. Jej szkolny trener Piotr Kozłowski dzisiaj szkoli również piłkarki.

Ostatnio odezwała się do niej na Instagramie pięciolatka. Pytała, co robić, żeby być taka jak Ewa.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Ten dzień to prezent

Historie bohaterek są tak różne, że wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. (Fot. Kamila Bannach)
Historie bohaterek są tak różne, że wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. (Fot. Kamila Bannach)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Panien młodych jest 11. I ani jednego pana młodego. Bo tym dziewczynom do ślubu nie po drodze. Ale jednocześnie każda chciałaby założyć piękną suknię. Chciałaby, żeby ktoś ją pięknie uczesał, zrobił makijaż, żeby o nią zadbał. Każda chce poczuć się najpiękniejsza. Dziś tak właśnie będzie.

Panien młodych jest 11. I ani jednego pana młodego. Bo tym dziewczynom do ślubu nie po drodze. Ale jednocześnie każda chciałaby założyć piękną suknię. Chciałaby, żeby ktoś ją pięknie uczesał, zrobił makijaż, żeby o nią zadbał. Każda chce poczuć się najpiękniejsza. Dziś tak właśnie będzie.

Ania Żukowska w swojej Stodole Czereśniowy Sad od lat organizuje przyjęcia weselne. Marta Trojanowska projektuje suknie ślubne. Siedziały przy ognisku, wieczorem, po zakończeniu poprzedniego szalonego projektu. Pandemia postawiła znak STOP, ale Ania nie jest osobą, która potrafi wrzucić na luz. Musi działać. Wymyśliły więc, że może by zrobić pokaz sukien ślubnych Marty. Okej, ale sam pokaz to za mało, powiedzmy przy okazji coś jeszcze kobietom. I tak narodziło się #doslubuminiepodrodze.

Fot. Agnieszka Sopel Fot. Agnieszka Sopel

„Marta ze swoim Kubą nie ma ślubu, ja z Grześkiem też długo nie miałam, a wesela nie zrobiliśmy do tej pory – mówi Ania. – Jest wiele kobiet, które ślubu nie biorą. Niektóre nie mogą, inne nie chcą. Są i takie, które z powodu choroby mogą ślubu nie doczekać… Bywają powody prawne, a bywają i emocjonalne. Wynikające z przekonań czy trudnych doświadczeń. Może znajdziemy dziewczyny, które zechcą się swoimi historiami podzielić? Kiedy wrzuciłyśmy temat na Instagrama, zostałyśmy zasypane zgłoszeniami. Historie naszych bohaterek są tak różne, że, mamy nadzieję, wiele kobiet się w nich odnajdzie. Ale jedno jest w nich wspólne – wszystkie są optymistkami. Dużo się mówi o sile kobiet, my chciałyśmy nie gadać, ale coś zrobić. Dać naszym bohaterkom ich czas, zadbać o nie, dać im miejsce, żeby powiedziały coś, co może pomóc innym. Bo to wszystko są silne dziewczyny. I chcą się tą swoją siłą dzielić, wzmacniać nawzajem. Nie mają na co dzień łatwo, więc postanowiłyśmy zrobić coś specjalnie dla nich. Dlatego zaprosiłyśmy je wcześniej, były masaże, makijaże, dobieranie sukienek, leżenie w hamaczkach, na leżaczkach, opowieści, dzielenie się, śmiech, wsparcie. Kobiece. Niech się odnajdą w takiej wspólnocie”.

Fot. Hania Komasińska Fot. Hania Komasińska

Robię to dla siebie!

Bogusia kiedyś myślała, że celem jej życia jest znaleźć chłopaka. Że musi mieć narzeczonego, wziąć ślub, bo tylko wtedy będzie szczęśliwa. Że w pełni można żyć jedynie w parze. „Teraz wiem, że nic podobnego. Jestem sama. I jestem szczęśliwa. Dbam o siebie. Zaczęłam się zmieniać. Od paru lat trenuję pole dance, nabrałam świadomości ciała, umiem się poruszać, jestem też bardziej pewna siebie”. A jeśli kiedyś weźmie ślub, będzie to tylko jej własna decyzja, na pewno nie ulegnie presji innych, że wszyscy tak robią, że ważne jest mieć tę obrączkę i być żoną. „Chcę żyć w zgodzie ze sobą, nie myśleć, że każdego dnia musisz zrealizować jakiś plan. Szczęśliwie”.

Fot. Hania Komasińska Fot. Hania Komasińska

Kasia już kiedyś miała ślub. „A po ślubie mój mąż zabrał nasze pieniądze i uciekł z dziewczyną mojego brata. Nic, zupełnie nic wcześniej nie zauważyłam. A trwało to rok. Tyle czasu byłam ślepa. Wiele lat byliśmy razem, prowadziliśmy wspólnie firmę. Oddałam temu całą siebie...”. Kasia miała poczucie, że jej życie się skończyło. „Czarna dziura. Nie umiałam się pozbierać”. Uciekła w stany depresyjne, potem w imprezowanie. „Pięć lat trwało, zanim z tego wyszłam. Podniosłam się w końcu, poznałam chłopaka, muzyka, jesteśmy razem. Myślałam, że już nikomu nie zaufam, a już na pewno nie artyście, nie człowiekowi, który całe weekendy spędza poza domem. Ale nagle się okazało, że ufam. On dał mi dużo siły. Wspierał mnie. Mamy córeczkę, zaraz będzie druga. Ślub? Nie pojawił się ten temat. Mnie to nie jest potrzebne. Uzyskałam co prawda kościelne stwierdzenie nieważności małżeństwa, ale nie dlatego, że planuję kolejny ślub. Zrobiłam to dla siebie”. Mówi jednak, że fajnie będzie założyć suknię ślubną, poczuć się piękną, choć jest w zaawansowanej ciąży. „Z reguły to ja wszystko organizuję, to ja się wszystkim zajmuję. A dziś jest inaczej. I jak fajnie!”.

Fot. Agnieszka Sopel Fot. Agnieszka Sopel

Kamilla ma 32 lata i od siedmiu jest wdową. Mąż zginął, kiedy starszy syn miał sześć lat, młodszy – pięć miesięcy. Mówi, że czas co prawda nie leczy ran, ale jednak koi ból. „Nie poddałam się. Postanowiłam zbudować dom. To był mój cel. Stworzyć swoje miejsce na Ziemi, nie pomnik czy wyraz hołdu dla zmarłego męża. Nie było łatwo, ale to zrobiłam. Skończyłam też studia, teraz wybieram się na pielęgniarstwo. Lubię pracę z ludźmi, chcę pomagać. Jeśli kogoś w życiu spotkam, będzie dobrze. Ale nie szukam. Mam siłę, żeby być sama. Szczęśliwa. A nawet jeśli kogoś spotkam, nie będę chciała ślubu. Miałam jeden, niezwykły, cudowny. To mi wystarczy”.

Fot. Charlottesse Lowres Fot. Charlottesse Lowres

Dzisiejszy dzień jest dla niej ważny. „Chciałabym powiedzieć innym dziewczynom, że mają siłę. Wszystkie mamy, czasem nawet nie wiemy, jak wielką. Zdarzają się tragedie, trudne doświadczenia, ale da się iść do przodu. Chcę się ubrać w piękną suknię, chcę się śmiać i cieszyć. Synkowie mi kibicują, starszy czeka na zdjęcia, obiecałam, że będę mu wysyłać. Fajnie mieć taki czas dla siebie. Kiedy można z innymi kobietami pobyć, wygadać się. I pośmiać”.

Fot. Charlottesse Lowres Fot. Charlottesse Lowres

Wykorzystać swój czas

Karolina ma 24 lata. Dwa lata temu dowiedziała się, że choruje. Neuroendokrynny nowotwór trzustki z przerzutami. Chemia nie działa, teraz Karolina bierze udział w badaniu klinicznym. „Nie wiem, kiedy umrę, ale w sumie tego nikt nie wie. Nie chcę mówić ani myśleć o śmierci, ale o życiu. O tym, że trzeba je cenić. Nowotwór nauczył mnie radości. Wcześniej były nerwy, stres, porównywanie się z innymi. Kiedy zachorowałam, studiowałam fizjoterapię, ale nie byłam przekonana, czy to jest to, co chcę robić. Teraz mam przerwę. I dowiedziałam się, czego chcę. Chcę pomagać chorym onkologicznie. Skoro mam mało czasu, to muszę go wykorzystać. I nauczyć się być szczęśliwą, także sama ze sobą. Powiedziałam sobie: słuchaj, Karolina, musisz żyć normalnie, nie będę tracić czasu na smutek, płacz, stres. Dużo czytam, odpoczywam. Zwolniłam. Ale walczę”.

Fot. Kamila Bannach Fot. Kamila Bannach

Przyjaciele namawiali ją od dawna, żeby opowiedziała swoją historię. Mówili jej: „Jesteś taką fighterką, musisz się tym podzielić”. Dlatego kiedy zobaczyła zapowiedź projektu „ślubnego”, pomyślała: „Może to coś dla mnie?”. Chce przekazać, że warto walczyć o siebie, doceniać to, co się ma, wykorzystać każdy dzień. Celebrować go. „Nie od nas zależy, czy dostaniemy od losu raka, ale od nas zależy, co zrobimy z tym czasem, który jest nam dany. Czy będzie to coś wspaniałego, magicznego, czy zużyjemy go na nerwy i smutek. Myślę, że w mojej chorobie dorosłam”.

Fot. Kamila Bannach Fot. Kamila Bannach

Był pokaz sukien ślubnych, było przyjęcie, była siła kobiecego wsparcia. Zostały zdjęcia i grupa na Instagramie, ciągle gadają ze sobą, piszą: „Jakie my jesteśmy piękne, wszystkie, po prostu wcześniej tego nie widziałyśmy”. Bogusia: „Jestem tak szczęśliwa, że was poznałam. Spotkanie z wami otworzyło mi oczy na wiele spraw. Nie sądziłam, że historie takie jak wasze mogą się komukolwiek przydarzyć. Myślałam, że to raczej inspiracje na scenariusz filmowy, które w prawdziwym życiu się po prostu nie zdarzają. Teraz już wiem, że się myliłam i życie potrafi pisać najlepsze, najbardziej nieprawdopodobne scenariusze. Dziękuję wam bardzo”. „Gdybym miała te dziewczyny narysować – mówi Ania Żukowska – to na rysunku one wszystkie trzymałyby się mocno za ręce”.

  1. Styl Życia

Prawdziwe piękno tkwi w naszej kobiecości i różnorodności. Wyjątkowa kampania marki L'Oréal Paris

Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii
Grażyna Torbicka i Marieta Żukowska w kampanii "KobieTY w roli głównej". (Fot. materiały prasowe)
Coraz więcej mówi się o kobiecej sile, wyjątkowości i potencjale, który w nas drzemie. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest, by każda z nas prawdziwie poczuła to głęboko wewnątrz siebie. Pomóc w tym ma najnowsza kampania marki L'Oréal Paris. 

"Dziś największą siłą jest siła kobiet" - mówi z przekonaniem Grażyna Torbicka w spocie promującym kampanię "KobieTY w roli głównej". I jakoś ciężko jest nie uwierzyć w te słowa. Tym bardziej, że wtóruje jej osiem wyjątkowych kobiet, znanych nam ze świata kultury, telewizji i Internetu.

https://youtu.be/nloEJUdaiqE

Kampania L'Oréal Paris "KobieTY w roli głównej" powstała, by docenić siłę kobiecości - dodawać kobietom pewności siebie i odwagi do odnajdowania własnej definicji kobiecości. Jej bohaterkami jest dziewięć wyjątkowych kobiet, które poprzez swoją różnorodność, pasje i historie, mają zaszczepić w nas siłę do inicjowania zmian. Marieta Żukowska, Ola Żebrowska, Magda Bereda, Karolina Gilon, Alicja Szemplińska, Anna Markowska, Olga Kleczkowska, Radzka oraz Grażyna Torbicka opowiadają nam swoje historie po to, byśmy w każdej z nich odnalazły cząstkę siebie i wyciągnęły z nich odpowiednie wnioski.

Z jednej strony Grażyna Torbicka – niezwykła osobowość, prawdziwa ikona kina, telewizji, dziennikarstwa - która niejednokrotnie musiała udowadniać swoją siłę. Z drugiej reprezentantki młodego pokolenia – piosenkarki, youtuberki, modelki, których głos trafia szczególnie do tak ważnej grupy dorastających dziewczyn. Alicja Szemplińska, Magda Bereda, Ania Markowska czy Olga Kleczkowska to kobiety, które pasją i aktywną postawą udowadniają, że wiara w swoją wartość jest prawdziwą potęgą. Z kolei Marieta Żukowska, aktorka znana z niesamowitej energii, uśmiechu i wyjątkowego uroku, przekonuje, że sekretem kobiecej siły jest miłość do samej siebie. Radzka, czyli Magdalena Kanoniak, dodaje, by pamiętać o samoakceptacji i pod żadnym pozorem nie ulegać presji otoczenia. Natomiast Karolina Gilon to symbol podążania własną drogą, którą sama sobie wyznaczyła: „To ja decyduję o tym, kim jestem”.

To, że nasza siła płynie ze wzajemnego wsparcia, potwierdza Ola Żebrowska, której nie zobaczymy w spocie marki, ale odnajdziemy w szeregach kobiet kampanii. Podczas, gdy pozostałe dziewczyny dzieliły się swoimi doświadczeniami na planie zdjęciowym, Ola pisała swój własny scenariusz historii KobieTy w roli głównej” – została po raz kolejny mamą. Ola kobiecą solidarność miała okazję odkrywać od najmłodszych lat – wychowała się w końcu wśród ośmiu sióstr!

Kampania "KobieTY w roli głównej" i manifesty jej głównych bohaterek mają przypominać o sile naszej kobiecości, którą możemy odnaleźć również w naszej różnorodności. Każda z nas ma za sobą inne doświadczenia, a mimo tego niektóre prawdy o nas i naszych potrzebach są niezwykle uniwersalne. Przez najbliższe miesiące bohaterki kampanii będą wspierać i promować kobiecą współpracę, a owoce tego będzie można odnaleźć na ich profilach instagramowych. Kampania L'Oréal Paris to wielowątkowy i wielowymiarowy kobiecy dialog, wzajemne dzielenie się własnymi historiami i doświadczeniami. My się do niego przyłączamy!

  1. Moda i uroda

Pielęgnacja wyczynowa - kosmetyki dla aktywnych

Przy cerze skłonnej do pękania naczynek warto stosować odpowiednią pielęgnację zmniejszającą zaczerwienienia i działającą wzmacniająco na skórę. (Fot. materiały prasowe)
Przy cerze skłonnej do pękania naczynek warto stosować odpowiednią pielęgnację zmniejszającą zaczerwienienia i działającą wzmacniająco na skórę. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Sport, choć zbawienny dla zdrowia i samopoczucia,  nie zawsze jest dobry dla skóry. Jak o nią zadbać, by wynagrodzić jej wymagający trening?

Podstawowa zasada jest oczywista – to higiena. Pozwoli uchronić się przed problemami ze skórą związanymi z intensywnym wysiłkiem fizycznym. W wypadku cery trądzikowej warto po umyciu twarzy zastosować tonik z kwasem salicylowym lub glikolowym. Zadziała antybakteryjnie i dodatkowo usunie nadmiar sebum i potu, które zgromadziły się na twarzy, a także na szyi i dekolcie, pod wpływem wysiłku”, mówi dr n. med. Joanna Kuschill-Dziurda, specjalista alergolog, lekarz medycyny estetycznej i propagatorka aktywnego stylu życia. W czasie treningu zwykle nawet nieświadomie dotykamy twarzy, ocieramy pot, odsuwamy włosy, a to sprzyja przenoszeniu bakterii, tworzeniu się podrażnień i wyprysków. Dobrze jest przed ćwiczeniami związać włosy i starać się jak najrzadziej dotykać twarzy.

1. Antyperspirant Deocare Extreme IWOSTIN  50 ml/35 zł. 2.  Żel pod prysznic Fit for Life Joanna 100 ml/4 zł. 3. Woda kokosowa z młodego kokosa 100%  Coconaut 250 ml/5,19 zł. 4. Nawilżająca mgiełka Floslek  95 ml/12,49 zł. 5.  Suchy szampon Fresh Hair KEVIN MURPHY 57 ml/55,90 zł (hair2go.pl).   Mascara wodoodporna Yoga Eyeko  8 ml/9 zł (Zalando.pl). 1. Antyperspirant Deocare Extreme IWOSTIN  50 ml/35 zł. 2.  Żel pod prysznic Fit for Life Joanna 100 ml/4 zł. 3. Woda kokosowa z młodego kokosa 100%  Coconaut 250 ml/5,19 zł. 4. Nawilżająca mgiełka Floslek  95 ml/12,49 zł. 5.  Suchy szampon Fresh Hair KEVIN MURPHY 57 ml/55,90 zł (hair2go.pl).   Mascara wodoodporna Yoga Eyeko  8 ml/9 zł (Zalando.pl).

Przy cerze skłonnej do pękania naczynek warto stosować odpowiednią pielęgnację zmniejszającą zaczerwienienia i działającą wzmacniająco na skórę. Serum z witaminą C, arniką czy krem z wyciągiem z kasztanowca będą dobrym wyborem. I oczywiście nawilżanie – od środka i od zewnątrz. Spryskanie twarzy wodą termalną czy mgiełką nawilżającą daje przyjemne uczucie odświeżenia.  „Nie maluję się przed treningiem. Warstwa podkładu tworzy na skórze okluzję, pod którą powstaje idealne środowisko do namnażania się drobnoustrojów i bakterii. Zawsze jednak używam kremu z wysokim filtrem przeciwsłonecznym SPF 50+”, mówi lekarka.

1. Mascara wodoodporna Yoga Eyeko  8 ml/9 zł (Zalando.pl). 2. My Coach!, żel antycellulitowy,  ELANCYL 200 ml/128 zł. 3. Kredka do brwi Tokyo Edition Artistry studio  121 zł (amway.pl). 4.  Chusteczki do demakijażu Post-workout Cleansing Wipes E.L.F. ACTIVE 20 szt./26,50 zł  (Douglas).  5. Opaska fitness Charge 4  fitbit 669 zł. 1. Mascara wodoodporna Yoga Eyeko  8 ml/9 zł (Zalando.pl). 2. My Coach!, żel antycellulitowy,  ELANCYL 200 ml/128 zł. 3. Kredka do brwi Tokyo Edition Artistry studio  121 zł (amway.pl). 4.  Chusteczki do demakijażu Post-workout Cleansing Wipes E.L.F. ACTIVE 20 szt./26,50 zł  (Douglas).  5. Opaska fitness Charge 4  fitbit 669 zł.

  1. Styl Życia

Kettlebells - wzmocnij mięśnie całego ciała

Kettlebell, czyli odważnik kulowy służący do ćwiczeń, wymyślony został przez Rosjan w XVIII wieku. (Fot. iStock)
Kettlebell, czyli odważnik kulowy służący do ćwiczeń, wymyślony został przez Rosjan w XVIII wieku. (Fot. iStock)
Kettlebells ważą kilka, kilkanaście kilogramów. I dają ze sobą zrobić wszystko. Można nimi machać, podnosić oburącz, robić przysiady z kettlem w ręku. Po co właściwie? By zwiększyć moc mięśni, ale też wzmocnić kręgosłup… i pewność siebie. A tej nigdy za wiele.

Po raz pierwszy zobaczyłam je kilka lat temu. Na obozie sportowym instruktorzy proponowali specjalne zajęcia z czymś, co mnie przypomina trochę odważnik od oldschoolowej wagi w wersji maxi, a Monice Kastelik, trenerce personalnej, – kulę armatnią z rączką. Podobno regularne trzymanie za tę rączkę potrafi zdziałać cuda – pisze o tym Timothy Ferris, autor „Czterogodzinnego ciała”, mówią instruktorzy kettli oraz dziewczyny, które ćwiczą z ciężarkami.

Skąd pomysł?

– Kettlebell, czyli odważnik kulowy służący do ćwiczeń, wymyślony został przez Rosjan w XVIII wieku – wyjaśnia Monika. – W armii Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich kettle były używane do treningów siłowych, a także wytrzymałościowych. Są w tym bardzo skuteczne. Umożliwiają wzmocnienie mięśni całego ciała, a wykonując konkretne ćwiczenia, łatwo zrobić trening wyszczególnionych grup – tłumaczy Monika.

Wspomniany już Timothy Ferris uważa, że są najlepsze, jeśli chodzi o tył ciała, ale tak naprawdę są multifunkcjonalne. – Rozwijasz zarówno aparat mięśniowy, jak i sercowo-naczyniowy, uruchamiasz najgłębiej ułożone struktury mięśni, a także stawy – mówi Monika.

Możesz ćwiczyć sama w domu (gdy trener już objaśni, co i jak), możesz też w grupie w klubie fitness, na zajęciach, które nazywają się po prostu Kettlebells. Kettli używa się też w treningu funkcjonalnym czy modnym ostatnio i również wywodzącym się z armii, dla odmiany amerykańskiej, treningu crossfit.

Unieś ten ciężar!

– To, co się dzieje z kobietą po kilku miesiącach, a nawet tygodniach dobrze prowadzonego treningu, jest niesamowitym zjawiskiem – mówi Paulina Brzózka, trenerka. – Te zmiany są w moim odczuciu niezależne od formy treningowej, ale na pewno chodzi tu o trening, który wzmacnia, ujędrnia, daje przynależność do pewnej grupy, zwiększa siłę i ogólną sprawność fizyczną, co zdecydowanie możemy powiedzieć o treningu kettlebells. Kobieta staje się silniejsza, a co za tym idzie, czynności dnia codziennego idą jej łatwiej.

Kiedy ćwiczysz z kettlami, zdecydowanie możesz unieść więcej. Bez problemu wniesiesz rower po schodach, wrzucisz walizkę na półkę w pociągu, poprzestawiasz meble, gdy najdzie cię natchnienie, by zmienić wystrój mieszkania, ale też siatki z zakupami i dziecko jednocześnie. – Zmiana fizyczności niesie ze sobą ciekawe konsekwencje psychiczne – kontynuuje Paulina. – Panie „odbudowują” swój gorset mięśniowy, dzięki czemu odciążają kręgosłup, prostują sylwetkę, wysmuklają się, co powoduje, że w pracy lepiej im idzie, bo plecy przestają boleć. Na dodatek stają się pewniejsze siebie, bo ich sylwetka jest wyprostowana i smuklejsza i, co ciekawe, inni zaczynają inaczej na nie patrzeć, bo poruszają się energicznym, sprężystym krokiem. I  częściej się uśmiechają, bo trening wyzwala pozytywne emocje.

Sposób, w jaki chodzisz, stoisz, siedzisz, ma bowiem wpływ na to, jak się czujesz. I na to, jak odbierają cię inni. A wszystko dzięki tej jednej niewielkiej kuli z rączką.

  1. Psychologia

Po co nam siła? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasze babcie musiały być silne. Wiadomo: wojna, potem PRL, było ciężko. A czy my też musimy takie być w czasach korporacji, konsumpcji, rywalizacji? Czym dziś jest siła kobiet? A mężczyzn? Bezwzględnością, asertywnością, elastycznością? A może spokojem – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Nasze babcie musiały być silne. Wiadomo: wojna, potem PRL, było ciężko. A czy my też musimy takie być w czasach korporacji, konsumpcji, rywalizacji? Czym dziś jest siła kobiet? A mężczyzn? Bezwzględnością, asertywnością, elastycznością? A może spokojem – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Czy siła jest kobietom potrzebna? Skąd mają ją brać? Kobiety mają daną im od natury, wrodzoną, biologiczną siłę i zdolność przetrwania, niezbędną, by rodzić i troszczyć się o nowe życie. Mają większe jej rezerwy niż mężczyźni, co widać także w tym, że żyją prawie dziesięć lat dłużej i sześć razy rzadziej popełniają samobójstwa. Może także dlatego, że poczucie sensu istnienia i życiowej misji dostają w pakiecie z rolą matki rodzicielki.

Bezdzietne kobiety mogą być słabsze? Biologiczna siła dawczyni życia jest dostępna kobietom niezależnie od tego, czy stają się matkami, czy nie. Ale to prawda, że większości kobiet, które zostają mamami, włącza się dodatkowe zasilanie wpływające pozytywnie także na samoocenę i poczucie sensu. Kobiety z wyboru lub konieczności bezdzietne muszą tego sensu i misji życiowej szukać świadomie. Upodobniają się w tym do mężczyzn, dla których ojcostwo rzadko bywa ukojeniem egzystencjalnych niepokojów. Na szczęście coraz więcej kobiet matek szuka pozamacierzyńskiego sensu życia, co sprzyja ich poczuciu autonomii w relacjach z mężczyznami i uniknięciu niebezpiecznego uzależnienia od roli matki.

Reshma Saujani, autorka książki „Odwagi! Nie musisz być doskonała!”, twierdzi, że poczuła siłę i zaczęła żyć tak, jak tego pragnęła, dopiero kiedy odważyła się wyjść ze strefy komfortu. Przestać realizować życie, jakie uznawało się w jej rodzinie za wartościowe i dające prestiż. Czy kobiety potrzebują odwagi, aby poczuć siłę? Czy to nie siła dodaje odwagi?

Kobiety potrzebują często wielkiej odwagi – a w ich subiektywnym odczuwaniu wręcz odwagi straceńczej – by po swoją wewnętrzną, przyrodzoną siłę sięgnąć, budować poczucie godności i autonomii. Są bowiem nadal konsekwentnie ograniczane przez stereotypy płci, uporczywie obecne w wychowaniu, edukacji i religii. Większość dziewczynek ciągle podlega ogromnej kulturowej i wychowawczej presji stereotypu kobiety miłej, uległej, poświęcającej się i spragnionej męskiej aprobaty. Wykonawczyniami tej patriarchalnej obróbki dziewczęcych charakterów są zazwyczaj – wychowane w tym samym kulturowym klimacie – ich matki, babcie i nauczycielki. Kiedy więc dziewczynki stają się kobietami, nie potrafią korzystać ze swojej siły, bo są od niej odcięte. Aby więc powiedzieć sobie i światu: „Wykorzystam swój potencjał i będę żyć po swojemu!”, muszą skonfrontować się z zapisanym w ich podświadomości odwiecznym lękiem przed wykluczeniem ze społeczności. Dlatego tak niewiele z nich zajmuje się nowatorskimi, ryzykownymi czy wymagającymi uporu i siły woli przedsięwzięciami. Kobiety rzadko domagają się wprost tego, na czym im zależy. Większość ciągle nie żyje w zgodzie z prawdziwymi potrzebami. Dzieje się tak nie dlatego, że brak im siły czy innych zalet, ale odwagi i determinacji do bezpośredniej walki. Od pokoleń przywykły bowiem do zabiegania o przychylność i akceptację mężczyzn.

W książce „Jak kobiety podejmują decyzje” Therese Huston przeczytałam, że w latach 40. XX wieku to kobiety były programistkami, a mężczyźni konstruktorami komputerów. A to dlatego, że to zajęcie nie było jeszcze prestiżowe. To Grace Hopper, matematyczka i oficer marynarki, pracująca na Harvardzie, stworzyła pierwszy program komputerowy używający słów zamiast cyfr. Takie informacje dodają siły. Ale rzadko mamy okazje je dostawać, bo zazwyczaj jesteśmy bombardowane wizerunkami „nagiej kobiecej mocy”. Jeśli masz na myśli kobiece ciała reklamujące wszystko, co się da, włącznie z blachą falistą, to jest to zdecydowanie szkodliwe z punktu widzenia odzyskiwania przez kobiety siły i godności. To uprzedmiotowienie i zredukowanie do roli seksualnego obiektu. A męskiego erotycznego zainteresowania, podniecenia, a nawet zachwytu lepiej nie mylić z wyrazami szacunku i miłości. Ważnym i koniecznym początkiem procesu odzyskiwania przez kobiety ich ukrytej siły jest odzyskanie prawdziwie kobiecej seksualności, którą patriarchat represjonował, a potem ukształtował w umysłach kobiet na modłę męskich fantazji. Batalia kobiet o odzyskanie samostanowienia w sprawie ciała, seksualności i rozrodczości trwa od początków feministycznej rewolucji, napotykając coraz większy opór męskiej konserwy. Widać to na przykładzie batalii o edukację seksualną w szkołach. Konserwatywne organizacje dobrze wiedzą, że edukacja seksualna najbardziej potrzebna jest dorastającym kobietom, bo wzmacnia ich samostanowienie, bezpieczeństwo i wolność w sprawach ciała, rozrodczości i seksu, a tego patriarchat boi się najbardziej.

Dlaczego autentyczna kobieca seksualność budzi taki lęk? Bo energia seksualna, zwana libido, jest sama w sobie energią życia, jego siłą napędową. Libido nie zasila wyłącznie zachowań seksualnych, zasila wszelkie przejawy naszego istnienia. Tę właściwość ludzkiego libido nazywa się zdolnością do sublimacji i to właśnie wysublimowane libido generuje zdolność do walki i obrony. Odwagę i nieustraszoność. Sprawność fizyczną i zdolność przetrwania. Niezależność. Głębokie odczuwanie ciała i życia. Równowagę emocjonalną. Zdolność do miłości. Sprawne i kreatywne myślenie. Tworzenie, a także wyzwalającą i nieegzaltowaną duchowość. Skoro tak wiele od libido zależy, to łatwo sobie wyobrazić, jakie zagrożenie dla męskich rządów nad światem i kobiecymi duszami stanowić mogą kobiety z uwolnionym wysublimowanym libido. Jest się czego bać!

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

A męska siła – czy różni się czymś od kobiecej? Męskie libido jest bardzo oględnie represjonowane przez patriarchalną obyczajowość. Męskie roznegliżowane ciało jest pod ochroną i nie pokazuje się go w przestrzeni publicznej. Najwyraźniej mężczyźni nie chcą być upokarzani rolą obiektów seksualnych. Te i inne przejawy systemowej troski o męskie poczucie godności (i niemalże sakralizowanie męskiej potencji seksualnej) sprawiają, że mężczyźni mają łatwiejszy dostęp do swojej siły, odwagi i determinacji. Od natury dane są im także większa siła mięśni i wydolność organizmu. Łatwiej im walczyć, ratować, zdobywać i, niestety, wykorzystywać fizyczną przewagę w aktach przemocy wobec kobiet. Siła i sprawność kochanka, rozpłodowca, wojownika, budowniczego czy rolnika stanowią dla wielu mężczyzn ratunek przed utratą poczucia sensu i przydatności.

Czy męska siła nie bywa często bezwzględnością? Nie ma odwrotnej zależności między siłą a zdolnością do czułości, empatii czy troski. Zazwyczaj idą one nawet w parze. Mężczyźni obdarzeni z natury siłą i wzrostem są na ogół spokojni, wspierający i troskliwi. Natomiast ci, którzy zbudowali mięśnie na siłowniach i sterydach, bywają bezwzględni i okrutni. A wynika to stąd, że masą ciała usiłowali ukoić poczucie upokorzenia, zagrożenia i umożliwić sobie wynikającą z nich chęć odwetu. W niektórych rodzinach przez pokolenia reprodukuje się w wychowaniu dzieci, a zwłaszcza chłopców, brak ciepła, troski, bliskości, dotyku, wsparcia. A więc nie daje się im nawet elementarnego poczucia bezpieczeństwa, nie mówiąc już o miłości. Siła i bezwzględność stają się najlepszym sposobem na przeżycie w świecie, który oceniany jest jako wrogi, zimny i niebezpieczny.

Istnieje uniwersalna, ponadpłciowa siła? Jaką rolę ogrywa? Tak, to prawdziwa siła, zwana siłą ducha. Bierze się z odkrywania przyrodzonego wszystkim poczucia wartości i godności. Ze świadomości, że świat, życie i ludzie o otwartych sercach nas wspierają. Przejawia się w zrównoważeniu, w pewności siebie. W spokoju. W optymistycznym usposobieniu. Taka siła umożliwia działanie w zgodzie z okolicznościami, a nie z wyobrażeniami o tym, co zgodne z rolą kobiety czy mężczyzny. W robieniu tego, co jest do zrobienia, z uwagą, z zaangażowaniem. Siła nie wyraża się w przemocy, w manipulacji, we władzy czy kontroli nad drugim człowiekiem. Wyraża się w obdarzaniu innych wolnością, szacunkiem, uznaniem i troską. Nie boi się uczuć. Pozwala im się wyrażać, w miarę jak przychodzą i odchodzą. Gdy trzeba, nie boi się płakać, gdy czas na to, nie powstrzymuje radości.

Uczucia nas nie osłabiają? „Nie czuć” to dla wielu „być silnym”. To pozorna siła. Wyrzekanie się uczuć jest raczej symptomem lęku, wyrazem strategii obronnej. Ci, którzy tej strategii nie zweryfikują, prędzej czy później odkryją, że sami siebie zamknęli w pancernej skorupie oddzielającej ich od życia i od ludzi. A taka izolacja stopniowo zabiera siłę i wolność. Poza tym świadomość uczuć – pod warunkiem że nie są one nawykowe i neurotyczne – pomaga lepiej kierować życiem, czyli dążyć do tego, czego naprawdę potrzebujemy, i unikać tego, co nam szkodzi.

A co z bezsilnością? Jesteśmy bezsilni wobec zdarzeń losowych. Kiedy ktoś bliski umiera, trudno nie czuć bezsilności… To nie jest bezsilność, to pokora uznać, że nie wszystko jest w naszej mocy, a każde życie kiedyś się kończy. Prawdziwa siła nie robi dramatu ze śmierci, jednocześnie pozwalając sobie na wyrażanie związanych z nią żalu i straty. Nie ma za to nic dobrego w bezsilności, która nie jest dowodem pokory, ale cechą charakteru. Tej trzeba się jak najprędzej pozbyć, by odzyskać przyrodzoną siłę, która zapewne została stłumiona przez wychowanie, toksyczne relacje z ludźmi.

Słychać opinie, że bezradność emocjonalna staje się przyczyną chorób somatycznych. Czy to możliwe? Tak, bo kiedy nie stajemy w swojej obronie, gdy czujemy się bezsilni, nasz układ immunologiczny zachowuje się analogicznie. Nie broni nas. Bezradność psychiczna pociąga za sobą bezradność immunologiczną. Chorujemy, bo nasz układ odporności nie broni nas, kiedy sami siebie nie bronimy w relacjach społecznych czy politycznych. Człowiek jest całością. Psychika i ciało działają jednocześnie i spójnie. Dlatego pracując nad poczuciem wewnętrznej siły, pracujemy jednocześnie nad wzmocnieniem odporności fizycznej. Nasza uwolniona wrodzona siła jest nie tylko lekarstwem dla psychiki, ale także dla ciała.

Przyznam się na koniec: boję się tego, co nazywamy siłą kobiet. Zapewne to wynik doświadczeń jeszcze z dzieciństwa, które każą mi kojarzyć ją z ukrytą, ale okrutną rywalizacją z innymi kobietami oraz lekceważeniem mężczyzn… Myślę, że większość polskich kobiet wykształciła szczególną siłę, wywodzącą się z pokoleniowych doświadczeń ich babć, prababć i praprababć, które nauczyły się tego, że nie można liczyć na mężczyzn. Bo ci ginęli w wojnach, w powstaniach, w pojedynkach albo topili żal i upokorzenia w alkoholu. Kobiety musiały obudzić w sobie męski aspekt, który pozwalał im radzić sobie z tym, co było obowiązkiem mężczyzn. Musiały same zarządzać domem i zarabiać, zdobywać jedzenie dla dzieci. Tworzyły więc kobiece grupy i dawały sobie wsparcie. Lecz gdy w zasięgu wzroku pojawiał się jakiś wolny, zdolny do pracy i miłości mężczyzna, stawały do bezwzględnej walki o jego względy. W Polsce gros kobiet ma w systemie rodzinnym takie doświadczenie, a więc czuje to, co ich praprababki. Ale w czasach pokoju owocuje to m.in. brakiem wsparcia dla innych kobiet, nawet własnych córek. I lekceważeniem mężczyzn. Takie nastawienie często doprowadza do rozpadu związków. Zwłaszcza że polscy mężczyźni są szczególnie wrażliwi na punkcie swojej godności.