1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Decyzja Trybunału wywołała w Polakach gniew - cytaty z wypowiedzi autorytetów

Decyzja Trybunału wywołała w Polakach gniew - cytaty z wypowiedzi autorytetów

Symbolem protestu stał się czerwony piorun. (Fot. Rafał Milach/Forum)
Symbolem protestu stał się czerwony piorun. (Fot. Rafał Milach/Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
"Nienawiść rodzi nienawiść, agresja rodzi agresję". Te słowa Siostry Małgorzaty Chmielewskiej zapadają głęboko w serce, są jak czerwona błyskawica, która stała się symbolem tysięcy protestujących Polek i Polaków po ogłoszeniu wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji.

Zamęt, który widać na ulicach panuje również w naszych sercach i umysłach, dlatego postanowiliśmy przyjrzeć się temu, co o bieżącej sytuacji mówią i piszą nasze autorytety, osoby których zdanie jest ważne dla wielu Polek i Polaków.

Siostra Małgorzata Chmielewska

„Walkę o życie trzeba zacząć od wsparcia tych, którzy ciężar takiego trudnego życia mają nieść. Wtedy wybór życia będzie łatwiejszy. Los osób niepełnosprawnych i rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi jest większości społeczeństwa i rządzącym obojętny” - napisała siostra Małgorzata Chmielewska.

Żródło: Facebook Chleb Życia - Siostra Małgorzata Chmielewska Żródło: Facebook Chleb Życia - Siostra Małgorzata Chmielewska

Z bloga Siostry Małgorzaty Chmielewskiej: "Proszę Was, ja stara kobieta. Nie używajcie przemocy w walce o cokolwiek, co uważacie za słuszne. Nie dajcie się sprowokować do przemocy. Nie dajcie się złu. Jeśli uważasz, że to, o co walczysz jest dobrem, nie używaj zła do osiągnięcia celu. Dość pogardy, obrzucania się błotem, nienawiści. Proszę, nie zadawajcie bólu, nawet jeśli czujecie się skrzywdzeni. Nie depczcie tego, co dla innych jest święte lub po prostu ważne. Tak nie wygrywa Prawda i Dobro. Nienawiść rodzi nienawiść, agresja rodzi agresję".

Olga Tokarczuk

"Religijny fundamentalizm zawsze niósł tylko cierpienie, tortury i śmierć. Znamy to już z historii. Pamiętacie próbę wody? Podejrzaną o czary kobietę wiązano i wrzucano do wody. Jeżeli uratowała się, sąd uznawał ją za winną. Kiedy zaś tonęła, była niewinna i odzyskiwała szacunek. Podobnie dziś - bez winy i godne szacunku mają być te kobiety, które zostaną skazane na urodzenie zdeformowanego i/lub niezdolnego do życia dziecka.

Rządzący uwikłali polskie państwo w inkwizycyjne prawo. To kolejna odsłona wojny prowadzonej od wieków przez patriarchat przeciwko kobietom, tym razem pod pretekstem ochrony życia. Obsesyjna nienawiść do kobiet, do ich ciała, kompulsywna potrzeba kontroli seksualności i rozrodczości, bierze się z przeczuwanej własnej słabości. Patriarchat to kolos na glinianych nogach.

Nie oszukujmy się - ten system cynicznie będzie wykorzystywał każdy moment kryzysu, wojny, epidemii, żeby cofnąć kobiety do kuchni, kościoła i kołyski. Prawa kobiet nie są dane raz na zawsze. Musimy ich strzec, jak każdej innej zdobyczy poszerzającej zakres swobód obywatelskich i ludzkiej godności. Od dziś wszyscy jesteśmy wojowniczkami."

Facebook Olgi Tokarczuk

Fot. Facebook Olgi Tokarczuk Fot. Facebook Olgi Tokarczuk

Martyna Wojciechowska

"Wstydzę się przed kobietami, którym tyle opowiadałam, że się da, że mogą wszystko, że muszą walczyć o swoje prawa. Wstyd mi przed całym światem, że żyję w kraju, w którym nie przestrzega się praw człowieka. I jestem przerażona tym, jaki los szykujemy dla córek. M. (z felietonu dla "Wysokich Obcasów")

Małgorzata Kożuchowska

- Ludzie, którzy kierują się dekalogiem i wierzą w to, co niesie ze sobą wiara w Boga, wiedzą, jaki powinien być wybór i dla nich on jest prosty. Natomiast nie możemy zapominać, że w Polsce i na świecie żyją nie tylko tacy ludzie jak my, oni mają inne zdanie, wyznają inne wartości, nie wierzą. Oni również mają prawo do szacunku – stwierdziła Małgorzata Kożuchowska w programie „Wydarzenia” na antenie stacji Polsat.

Jerzy Owsiak

"Do Jarosława Kaczyńskiego. Czy uważa Pan, że tysiące policjantów rozwiąże problem, który Pan stworzył w Polsce? Czy uważa Pan, że potraktowanie gazem łzawiącym głównie kobiet, które demonstrowały przed Pana domem, jest skuteczną na to odpowiedzią? Że tylko siłowa i coraz bardziej bezwzględna akcja policji da Panu poczucie, że problemu nie ma? Historia Polski jest naszpikowana podobnymi zdarzeniami i zawsze jest to kwestia czasu - takie działania kończą się klęską. Proszę o powstrzymanie tej eskalacji zła i nienawiści z pańskiej strony! Proszę ustąpić i wycofać się z polityki - przeprosić Polki i Polaków i zrobić wszystko, aby zakopać ten topór wojenny!"

Maciej Stuhr

— Te sześć godzin znów obudziło we mnie wiarę i nadzieję. Zobaczyłem przechodzącą obok mnie siłę, entuzjazm i potworną wściekłość. Autentyczną wściekłość tysięcy młodych ludzi — mówił w rozmowie z "Vivą" aktor, pytany o to, co czuł, kiedy utknął w samochodzie wśród tłumu protestujących.

                                     

Stuhr ocenił, że u młodych ludzi "jest wiara, potężna siła", a szczególnie u kobiet rozbudziło się coś, czego szczególnie brakowało opozycji przez pięć lat. — Czekaliśmy na coś takiego, co nas zmobilizuje, zjednoczy i da swój bardzo konkretny, ostry, mocny i autentyczny, podkreślam to słowo, głos i wymiar — powiedział.

Prof. Ewa Łętowska

"W czasie zarazy fundujemy sobie coś, co skłóci część społeczeństwa. Sędzia orzekając zawsze powinien mieć na względzie skutki, jakie ma jego orzeczenie. Mam wrażenie, że tych skutków chyba w odpowiednio dalekowzroczny sposób nie wzięto pod uwagę - mówiła w "Faktach po Faktach" w TVN24 profesor Ewa Łętowska, pierwsza Rzecznik Praw Obywatelskich i sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, odnosząc się do orzeczenia TK w sprawie aborcji.

- Nie chcę tu teraz wchodzić w nierozstrzygalną kwestię - wybór czy "pro life". Ale chcę powiedzieć co innego - że sędzia orzekając zawsze powinien mieć na względzie skutki, jakie ma jego orzeczenie - dodała.

Ks. Adam Boniecki

„Wyrok TK wywołał gwałtowny sprzeciw. Tysiące protestujących wyszło – mimo pandemii – na ulice. Pytacie, przeciw czemu protestują? Przecież nie przeciw dopuszczaniu do urodzenia dzieci niepełnosprawnych.”

Szczepan Twardoch

"(...) Szansę na powodzenie ma protest radykalny w swojej retoryce, ale też radykalnie pokojowy. Białoruś, nie BLM. "Wypierdalać" tak, bo to hasło proste, nośne i treściwe, "to jest wojna" - już niekoniecznie, przynajmniej z tej prowincjonalnej perspektywy (...)".

Zbigniew Hołdys

"Gdy my, mężczyźni, mówimy "kobieta", każdy widzi w swojej głowie kogoś innego. Każdy ma jakiś utajniony ideał, często spowity snem, marzeniem, wyobrażeniem - nie konkretem. Kiedy dziś protestują, mówimy "dzielne", "piękne", "wspaniałe", "odważne", "najważniejsze". Ja też tak mówię, codziennie, o swojej żonie. Ale jednocześnie nic o ich świecie nie wiemy.

Przeczytałem wywiad Angeliki Swobody z Remigiuszem Grzelą o jego książce "Z kim tak ci będzie źle, jak ze mną" o związku niezwykłej aktorki Kaliny Jędrusik z pisarzem Stanisławem Dygatem, a w nim taki fragment:

"Kiedy urodziła dziecko, które nie przeżyło, zabrał je ze szpitala i pochował. Nigdy nie powiedział Kalinie, gdzie to zrobił, bo uważał, że nie powinna tego wiedzieć. Nie pozwolił jej też pożegnać się z dzieckiem i przeżyć żałoby. Właśnie dzisiaj brzmi to donośnie: facet decydujący o prawie kobiety, jej głosie, nawet o jej prawie do żałoby. Beznadziejnie okrutne. Kilka osób mówiło mi, że Kalina wracała do tego, podobno mówiła o córeczce "Ewa". I że żałuje, że nawet nie może pójść na jej grób."

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Momenty zwrotne w naszym życiu - koniec początkiem nowego

Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. (Fot. iStock)
Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. (Fot. iStock)
Śmierć rodziców, choroba dziecka, cierpienie partnera, wypadek – to bolesne punkty zwrotne w naszej podróży przez życie. Nieoczekiwane, nieplanowane, ale nieuniknione. Nawet jednak te zaplanowane, jak narodziny dziecka, mogą wywrócić nasz świat do góry nogami. Jak odnaleźć się po drugiej stronie życiowej zwrotnicy?

Magdalena, 34 lata, z wykształcenia inżynier budownictwa, z pasji – nauczycielka. Po przejściach. Trzy lata temu rozstała się z mężem, zmieniła zawód, wyjechała z Warszawy. – Żyłam intensywnie, szybko, dość wygodnie. Kiedyś znajomi poprosili mnie o korepetycje z matematyki dla swoich córek i tak mnie to wkręciło, że zaczęłam studia psychologiczne. Im bardziej się w nie zagłębiałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że praca z dziećmi to moje powołanie. Nie miałam jednak odwagi niczego zmieniać. Bo firma męża, dom, wyjazdy. I pewnie byłoby tak do dzisiaj, gdyby pewnego dnia mąż nie oznajmił, że wyprowadza się do innej kobiety i nie chce, abym dalej z nim pracowała. To był dla mnie niewyobrażalny cios. A także – przerażenie, lęk, co będzie dalej, jak sobie poradzę. Zaraz potem zdiagnozowano alzheimera u mojej mamy. Jakby tego było mało – kilka miesięcy potem dowiedziałam się, że mam raka piersi. To wszystko powinno było mnie zabić, ale mnie uleczyło.

Na skrzyżowaniu dróg

Często po to właśnie są momenty zwrotne. Już samo określenie „zwrotne” oznacza, że coś się zmienia bezpowrotnie, że nie można wrócić do tego, co było. Na ogół jesteśmy skłonni do łatwych ocen: to dla nas pozytywne, to negatywne. I dopiero po czasie możemy odkryć, że to, co uznawaliśmy za złe, przyniosło dużo dobrego. Najczęściej negatywne okazuje się nie tyle samo zdarzenie (nawet jeżeli jest bardzo bolesne), ile sposób poradzenia sobie z nim. W chwilach przełomowych stoimy w rozkroku na skrzyżowaniu i nie wiemy, dokąd iść. Z jednej strony, mnóstwo naszej energii idzie na utrzymywanie utraconej pozycji. Magdalena na przykład odwlekała moment odejścia z firmy i wniesienia sprawy o rozwód. Może to tylko zły sen? Może jutro mąż się ocknie i wszystko będzie, jak było? Odrętwienie emocji, myśli, zupełny zastój. Z drugiej – zero nadziei na dostrzeżenie horyzontu spoza ciemnych chmur. Brak pomysłu na życie. Zamknięcie się na pomoc z zewnątrz, a tym samym odcięcie się od możliwości robienia kroku do przodu.

Dużo ludzi w takim stanie ucieka w alkohol, narkotyki, seks, hedonistyczne życie przypominające bal na Titanicu – wszystko zmierza do katastrofy, a oni udają, że im dobrze.

Inni budują twardą powłokę zewnętrzną: stają się opryskliwi, niemili. Wszyscy znamy nieprzyjemnych urzędników, którzy pod twardym, pełnym złości i agresji obliczem ukrywają niepewność i słabość. Tak naprawdę bardzo łatwo ich zranić. To zresztą dziwny psychologiczny paradoks – takie osoby poprzez swoje zachowanie wystawiają się na krytykę, ale strasznie z tego powodu cierpią, więc żeby to cierpienie zagłuszyć, atakują, a to z kolei napędza negatywne oceny. Jeszcze inni pod płaszczykiem uległości skrywają słabości – kogoś do rany przyłóż – manipulatora, który wykorzystuje innych, żeby budować swój wizerunek.

Na ogół reagujemy na takie osoby oskarżeniami, złością. A można na moment się zatrzymać, nie odpowiadać krzykiem na krzyk, pomyśleć, co takiego wydarzyło się w życiu tego człowieka, że tak reaguje. Gdy zaprzestaniemy słownego ping-ponga, może naprawdę dużo zmienić się w jego zachowaniu.

Mój cichy policjant

Dlaczego w przełomowych chwilach reagujemy agresją, ucieczką w nałogi, manipulacją? Ponieważ nie umiemy inaczej. Trudności traktujemy jak koniec świata. Czujemy, że wszystko się wtedy wali: dom, relacje, praca. Wypadamy z rutyny. Tamto życie, nawet jeśli nas nie satysfakcjonowało, było znane, bezpieczne i niewymagające pracy. Nowe jest nieznane, nieprzewidywalne i zmusza do zmierzenia się z samym sobą. Wymaga konieczności wyjścia z komfortowego miejsca, spojrzenia na nie z dystansu. A analiza swojego życia z dystansu nie zawsze jest przyjemna. Czasem wynika z niej, że tu i ówdzie czegoś nam brakowało, tam czegoś innego mieliśmy za dużo. Słowem – że trzeba coś z tym fantem zrobić. Moment zwrotny oznacza chaos, bo starego już nie ma, a nowe jeszcze nie nadeszło. Żyjemy, ale jakbyśmy nie żyli, tylko wegetowali.

Niektóre osoby w momentach zwrotnych natychmiast biorą jakiś kurs, nieważne jaki. Jak Katarzyna, menedżerka w firmie konsultingowej, która trzy miesiące po rozwodzie wyszła ponownie za mąż.

– Nie znoszę być sama, rozpamiętywać tego, co było. Szybko się rozwiodłam i szybko po raz kolejny zakochałam. Łukasz wydawał mi się świetnym partnerem i opiekunem dla moich dzieci. No cóż, pomyliłam się. Potem po raz kolejny. Ale nie rwę włosów z głowy z tego powodu. Będę szukać dopóty, dopóki znajdę właściwego mężczyznę.

Katarzyna nie daje sobie prawa do zatrzymania się. Nie wyciąga wniosków, tylko pakuje się w nowy związek. A w nim nie jest świadoma tego, co się dzieje, nie odczytuje sygnałów zbliżającego się kryzysu. A często można poznać, że oto zmierzamy do momentu zwrotnego, nawet jeżeli jeszcze nic się nie wydarzyło. Po czym? Po tym, że wzrasta nasza arogancja, że jesteśmy zbyt pewni, zbyt zachłanni na branie, na sukces. I już nie wystarczają nam starania partnera, chcemy więcej. Aż partner nie wytrzymuje ciśnienia. W sporcie nie zadowalamy się wygraną od czasu do czasu, chcemy wygrywać za każdym razem. Więc się napinamy, zaciskamy zęby. I co? Kontuzja, upadek. Czasem zdradza nas potrzeba nieustannego kontrolowania każdej sfery życia. Ale nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego. Więc coś – w naszym mniemaniu – się wali.

Psychologowie zgodnie podkreślają: gdy spotykają nas trudne wydarzenia – jak  rozwód, utrata pracy, choroba, śmierć, ciężka kontuzja – dajmy sobie prawo do smutku, żałoby. To pierwszy krok ku przyszłości. W takich momentach, gdy się zatrzymujemy, gdy zawieszamy działanie, możemy usłyszeć swoje prawdziwe emocje i uczucia.

Magdalena: – Pozwoliłam sobie na moment zatrzymania dwa lata temu, po tym jak dowiedziałam się o chorobie. I ten moment ciszy cały czas jest obecny w moim życiu, nazywam go cichym policjantem. Zawsze, ilekroć się rozpędzę, mój cichy policjant przywołuje mnie do porządku. Czyli zatrzymuje, każe wziąć parę głębszych oddechów i zastanowić się, co robić.

Budujmy na mocnych podstawach

Magdalena, teraz już absolwentka psychologii, wie, że w momentach zatrzymania uzyskuje dostęp do swoich zasobów, czyli wewnętrznych sił, mocy, talentów. Otwiera kolejne drzwi i zaczyna od nowa. Powoli, małymi krokami. Ten proces nazywa metaforycznie wypiętrzaniem góry. Twierdzi, że owa góra, aby mogła przetrwać kolejne kataklizmy, musi mieć solidne podstawy. Dlatego nie wystarczy uzdrowić jednego aspektu życia, na przykład relacji z ludźmi. Dobrze jest spojrzeć na siebie całościowo, holistycznie. Magda sprawdza, gdzie coś w jej życiu nie zadziałało – przygląda się temu, jak pracowała, wypoczywała, jak się odżywiała. I okazuje się, że wydarzenia, które wcześniej ją spotkały, mają o wiele głębsze korzenie, niż myślała. Przy okazji walki z chorobą zainteresowała się dietą, ruchem, pielęgnowaniem dobrych relacji. Ćwiczy swoje kompetencje, dba o siebie. Jej góra wypiętrza się powoli, ale na bardzo szerokiej płaszczyźnie.

– Jeszcze niedawno nie widziałam horyzontu, był całkowicie zachmurzony. A teraz moja góra przebiła chmury. Już widzę słońce! Ale z niczym się nie śpieszę. Zauważyłam, że kiedyś, kiedy moja góra wypiętrzała się szybko, szybko też się chwiała w posadach.

Katarzyna po trzecim nieudanym związku poszła na terapię. Terapeuta porównał jej budowanie relacji z mężczyznami do układania jengi z klocków (wieży, która ma mnóstwo pustych elementów, dlatego w każdej chwili może się zawalić).

Katarzyna: – Teraz wiem, że budowałam za szybko i na kruchych podstawach. Muszę pracować nad cierpliwością. Jeden związek się nie udał, wchodziłam w drugi, a potem szybko w trzeci. Te same błędy, jedna kalka. Kolejna jenga się przewróciła. Wcześniej żyłam w lęku, że czas ucieka, że mam 25 lat, więc muszę mieć męża i dzieci. Więc zrobiłam wszystko, żeby mieć. Potem dałam sobie wmówić, że muszę mieć faceta. Już więcej razy nie pozwolę zawładnąć się stereotypom, społecznym nakazom. A wszystko dzięki temu, że wreszcie wyciągnęłam wnioski z tego, co mi się przytrafiało, a raczej – co sama sobie fundowałam.

Katarzyna odkryła także – dzięki psychoterapii – przyczynę swoich zawodowych trudności. Zawsze gdy zabierała głos w większym gronie, zżerała ją trema. Mimo że bardzo dobrze przygotowywała się do wystąpień, wszystko miała w jednym palcu. Aż przed którymś posiedzeniem zarządu, na którym miała referować ważne badania, zrobiła tak, jak poradził jej terapeuta – wzięła głębszy oddech i powiedziała sobie: „Trudno, najwyżej nie dam rady”. Ale dała radę jak nigdy dotąd.

– Stało się coś niesamowitego: założyłam porażkę, a osiągnęłam sukces. Cały zarząd był totalnie zaskoczony. A wszystko dlatego, że przygotowałam się do tego wystąpienia, ale jednocześnie sobie odpuściłam, wyluzowałam się i dałam sobie prawo do porażki.

Wielkie otwarcie

Punktem zwrotnym naszego życia, do którego mało kto się przygotowuje, jest śmierć. Biologicznie jesteśmy zaprogramowani, żeby umrzeć, ale psychicznie kompletnie ten fakt wypieramy. Często dopiero choroba, odejście kogoś bliskiego sprawiają, że uświadamiamy sobie kruchość naszego życia.

Magdalena: – Mogę powiedzieć, że sens mojemu życiu nadała śmierć. Zrozumiałam, że mam określony czas i muszę zdecydować, jak chcę go spędzić. Dotarło do mnie, że życie ma początek i koniec. Wcześniej w ogóle o tym nie myślałam.

I zadałam sobie pytanie: o co mi chodzi? Czy o to, żeby coś po sobie zostawić? Nie za bardzo. Raczej żeby zmienić świat na lepsze. I wcale nie chodzi o wielkie czyny. Można zrobić coś małego dla drugiej osoby, coś bezinteresownego. Zaczęłam działać charytatywnie w hospicjum dla dzieci. Od roku uczę matematyki w szkole społecznej. Szkolę się na terapeutkę. Piszę książkę o swoich doświadczeniach. Zatrzymałam się. Wszystko dzięki śmierci. Na ogół jesteśmy wobec niej bezradni, więc szukamy sposobów na nieśmiertelność.

I znajdujemy. W religiach, które dają nadzieję na życie po życiu. W biologii, która udowadnia, że możemy przedłużyć siebie, dając geny potomstwu. Także historia i kultura kuszą, że jeżeli uczynimy coś wyjątkowego, możemy się zapisać na ich kartach. A ja sobie myślę: „No tak, tylko to wszystko odnosi się do przyszłości, a co teraz?”. Dla mnie tak naprawdę najważniejsze jest to, co możemy zrobić dla innych w tej chwili. W języku polskim istnieje piękne słowo „przeżyć”, ja je rozumiem jako przechodzenie przez życie, z akcentem na przechodzenie. A my na ogół nie skupiamy się na teraźniejszości, tylko projektujemy przyszłość.

Dla Magdaleny perspektywa śmierci okazała się początkiem, wielkim otwarciem na życie. Wyrwała ją z toksycznego związku, z pracy, która nie dawała satysfakcji. Pozwoliła odnaleźć spokój i radość. Po to właśnie są trudne zdarzenia – zwrotnice. Żeby ustrzec nas przed degeneracją. Poruszyć do głębi, wyrwać i dać kopa. A my możemy wtedy salwować się ucieczką albo stawić im czoła. Wybór należy do nas.

Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. Bo one są częścią naszego losu.

  1. Psychologia

Jak nauczyć dziecko reagować na przemoc ze strony rówieśników?

Rówieśnicy są dziecku niezbędni do prawidłowego rozwoju. Dlatego, gdy w jego środowisku pojawia się problem przemocy, bardzo ważne jest właściwe podejście i rozwiązanie problemu. (fot. iStock)
Rówieśnicy są dziecku niezbędni do prawidłowego rozwoju. Dlatego, gdy w jego środowisku pojawia się problem przemocy, bardzo ważne jest właściwe podejście i rozwiązanie problemu. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dziecko samo z siebie nie wie, jak się prawidłowo reagować na przemoc. Nauczy się tego po reakcji rodziców. To wy wysyłacie informację, co trzeba robić, a co ważniejsze - co trzeba o sobie myśleć.

Dziecko, które doświadcza przemocy, rodzice instynktownie chronią. Przepełnione miłością i troską działania często przybierają formę spędzania z dzieckiem niemal całego dnia; jest ono odprowadzane do szkoły, zabierane zaraz po ostatniej lekcji, organizuje mu się różne atrakcje i tym samym jeszcze bardziej alienuje ze środowiska rówieśniczego. Nadopiekuńczość nie ma dobrych stron w żadnej sytuacji. Jeśli rodzice mają silną potrzebę ochrony dziecka, lepiej się wyprowadzić (nawet jeśli to naraża rodzinę na spore koszty i zamieszanie), ale nigdy nie zastępować sobą świata kolegów — niezbędnego do prawidłowego rozwoju.

Wszystko zależy od ciebie

Poniżej wskazówki, które warto mieć na względzie, mierząc się z problemem przemocy:
  • Nie zmienisz zachowania innych dzieci w klasie twojego dziecka, nie zapobiegniesz agresji. Jedyne, co możesz pokazać dziecku, to jak na nią reagować i wytłumaczyć skąd się bierze.
  • Zapytaj, co się stało i spokojnie wysłuchaj. Nie wierz we wszystko. Pamiętaj, o czym dziecko starsze już wie: nie warto od razu przyznawać się, że to była sprzeczka, a nie jednostronne pobicie.
  • Nie przesłuchuj dziecka („O której to było? Kto to widział? A gdzie była pani? Pokaż mi, jak on cię kopnął”). Pozwól mu spokojnie opowiedzieć to powoli, swoimi słowami, z uwzględnieniem tylko tych rzeczy, które dla niego były ważne.
  • Nie podsuwaj dziecku gotowego scenariusza: „Ty tylko stałeś, a on zaczął bez żadnego powodu, tak?”. Dziecko, zdając relację z takiego zdarzenia, jest wytrącone z równowagi. Żeby sprawę szybciej zamknąć, potwierdzi wszystko, co tylko ty chcesz usłyszeć!
  • Zapytaj, co chce teraz zrobić. Być może dziecko wzruszy ramionami i powie: „Nic, przecież bez przerwy ktoś się z kimś bije”. Nie pochwalaj tego, zrób pogadankę na temat szkodliwości wszelkich form agresji, ale zrozum, że jeden incydent nie zrobi dziecku krzywdy.
  • Jeśli dziecko doświadczyło poważnej szkody (jest na przykład ranne) idź do szkoły, ale nigdy w charakterze prokuratora. Zgłoś problem, a nie żądaj najwyższej możliwej kary. Uważaj na swoją postawę. Dość często okazuje się, że twoje dziecko nie było takie całkiem niewinne, a w połowie wypadków to ono wszczęło bójkę, sprzeczkę i jego zachowanie też pozostawia wiele do życzenia.
  • Jeśli rozbierasz włos na czworo, masz do dziecka pretensje, obarczysz je winą, że niepotrzebnie podeszło, powinno zareagować inaczej itd. — twoja agresywna reakcja wyrządzi więcej emocjonalnej szkody niż samo zajście, bo dziecko poczuje, że nie jesteś po jego stronie, że masz pretensje o coś, na co ono nie miało wpływu. Zrozumie, że nie sposób cię zadowolić.
  • Oskarżanie dziecka, ostra interwencja w szkole, pretensje wobec agresora i jego rodziców, a nawet samodzielne ukaranie sprawcy jest typowym zachowaniem człowieka wzburzonego. Gdy buzują w nas emocje, mamy silną potrzebę działania. Chcemy coś zrobić, mieć poczucie, że walczymy o dziecko, że go bronimy. Wielu rodziców idzie do szkoły z pretensjami, bo uważa, że jeśli tego nie zrobi, zyska sobie opinię niezainteresowanego, patologicznego, nieczułego rodzica.
  • Pamiętaj, żeby twoja reakcja nie obciążyła nadmiernie dziecka. Nie przynieś mu wstydu i nie skonfliktuj go z kolegami na dobre. Pamiętaj, że gdy ty — zadowolony, że „nie dasz swojemu dziecku zrobić krzywdy” — po ostrej interwencji wyjdziesz ze szkoły, ono będzie musiało nadal egzystować w swojej klasie.
  • Zawsze gdy chcesz pilnie interweniować w sprawie dziecka (zwłaszcza dziecka powyżej dziesiątego roku życia), pomyśl co by było, gdyby do ciebie do pracy przyszła twoja siostra i zrobiła koleżance awanturę, że jest dla ciebie niemiła albo popchnęła cię, biegnąc do bufetu.

Przemoc długoterminowa

Jeśli dziecko jest w szkole szykanowane i doświadcza przemocy długoterminowo, należy dać mu możliwie najsilniejsze wsparcie:
  • Miej dla dziecka czas, bądź do jego dyspozycji, zapewnij mu w domu obszar całkowitego bezpieczeństwa
  • Rozmawiaj o tym z dzieckiem, ale nie oskarżaj, że dopiero teraz ci mówi. Ono się bało ujawnić prawdę, ponieważ było zastraszone; agresor zawsze grozi, że najważniejsze to nikomu nic nie mówić. Ofiara, zwłaszcza małe dziecko, wierzy we wszystkie groźby, bardzo się nimi przejmuje i żyje w obawie, że jeśli się poskarży, to tylko pogorszy jego sytuację. Dlatego zamiast mówić:„Czemu mi nie powiedziałeś?”, daj dziecku nagrodę: „To bardzo mądrze, że mi o tym powiedziałeś”.
  • Zaproponuj jakieś możliwe do realizacji rozwiązanie, na przykład, żeby mijało agresora, żeby starało się nie przebywać samo.

Technika pozbawiania mocy

  • Małoletnia ofiara przemocy jest przekonana, że agresor jest znacznie silniejszy niż jest w rzeczywistości. Warto pokazać, że się myli, że agresor to takie samo dziecko jak wszystkie inne.
  • Mów o agresorze jego zwyczajnym imieniem. Wszyscy w rodzinie wymyślcie, co można zrobić, żeby nie traktować go jak kogoś niezwykłego.
  • Poproś dziecko, żeby stanęło przed lustrem i powiedziało: „Nie boję się nikogo”. Stań koło niego i postawą dawajcie do zrozumienia, że się nikogo nie boicie. Pokaż dziecku, że za pomocą odpowiedniego trzymania brody i odpowiedniej postawy ciała może się wydawać znacznie większe niż jest w rzeczywistości. Nawet siedmiolatek zobaczy różnicę w wyglądzie kogoś, kto się boi i tego, kto się nie boi.
  • Namów dziecko, żeby w razie kłopotów krzyczało wniebogłosy. Razem naróbcie sporego wrzasku i poćwiczcie okrzyki: „Odejdź! Puść mnie!”.
  • Możecie też subtelnie ponaśmiewać się z agresora: „Ale zbyt ładny to on nie jest”. Nie jest to zachowanie wychowawcze, ale przy takim problemie bardzo ofierze potrzebne.
  • Naucz dziecko nie odwracać wzroku. Patrzenie ludziom w oczy odbiera im część odwagi i jest najlepszym sposobem okazywania odwagi własnej. Proś dziecko, żeby patrzyło w oczy wszystkim osobom, z którymi ma kontakt. Nie nabędzie tego nawyku od razu, ale niech zacznie od dwóch osób dziennie, a z czasem patrzenie w oczy podświadomie przekuje się w pewność siebie.
  • Pokaż dziecku moc słów: „Nie zgadzam się! Puść mnie! Odejdź! Daj mi przejść! Mam na imię Michał!”.
  • Koniecznie zadbaj, aby dziecko miało jakiś inny punkt oceny samego siebie w postaci kolegów, które je lubią. Gdy jesteś nielubiany tylko w jednym środowisku, to jeszcze nie dramat. Dramat zaczyna się, gdy to twoje jedyne środowisko rówieśnicze. Dbaj więc, by dziecko w każdym wieku miało kolegów spoza szkoły: sąsiadów, kuzynów, dzieci waszych znajomych, kolegów z poprzedniej szkoły. To bardzo cenna odskocznia od trudnych szkolnych relacji.
  • Na pewno nie jest błędem zabranie dziecka z obszaru oddziaływania agresora. Jest to często znacznie lepszy pomysł niż zmuszanie osłabionego psychicznie doświadczaną przemocą człowieka, aby koniecznie „postawił się” agresorowi. Najważniejsze jest, żeby dziecko odzyskało poczucie bezpieczeństwa.

Dziecko może być zamieszane w przemoc w trzech rolach: agresora, ofiary i świadka przemocy. Każda z nich niesie za sobą możliwość obciążenia emocjonalnego i chociaż z punktu widzenia rodzica najbardziej martwimy się, gdy dzieci są ofiarami przemocy, warto zdawać sobie sprawę, że obciążenia wynikające z tego, że widziało się zło, a nic się nie zrobiło, mogą odbić się na przyszłym życiu dziecka nawet bardziej niekorzystnie niż bycie ofiarą.

  1. Psychologia

Odzyskana solidarność - prawa kobiet to prawa człowieka

Wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. (Fot. iStock)
Wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. (Fot. iStock)
Kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To ważne, że wyszły razem, ale też wielopokoleniowo, i że się podczas tych protestów wspierały – mówi psycholog Zofia Milska-Wrzosińska.

Jest pani jedną z sygnatariuszek petycji polskich psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów w sprawie niedawnego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Przestrzegają państwo przed konsekwencjami, jakie może ono mieć dla życia „indywidualnego, rodzinnego i społecznego”. Porozmawiajmy zatem o tych konsekwencjach i o tym, co wydarzyło się pod koniec października.
Oczywiście, konsekwencje będą się różnić w zależności od tego, o jakiej grupie mówimy, a mam tu na myśli różnice pod względem wieku, płci, miejsca zamieszkania czy życiowego doświadczenia. Ale jeśli miałabym uogólniać, powiedziałabym, że to orzeczenie było dla wielu bardzo głęboką, wręcz wstrząsającą ingerencją w prywatność. Okazało się, że tu właśnie przebiega granica, której przekroczenie wywołuje u nich natychmiastowy i silny sprzeciw. Przecież w ciągu ostatnich kilku lat demonstracje w Polsce były na porządku dziennym – w obronie wolnych sądów, gimnazjów czy instytucji kulturalnych – a jednak nie było widać, żeby tak wielu ludzi, zwłaszcza młodych, gromadnie uznało to za swoją sprawę. A tę uznali. Nie sądzę, by ktokolwiek wcześniej to przewidział, również rządzący.

W powszechnym przekonaniu, zwłaszcza wśród starszych pokoleń, młodych przecież niewiele obchodzi.
Złośliwie mówiono, że oni wyszliby na ulice tylko wtedy, gdyby im zabrano dostęp do Internetu. Tymczasem wyszli w obronie swojej prywatności. Okazało się, że mamy aktywną, twórczą młodzież, która jak już się zaangażuje, gdy uzna jakąś sprawę za swoją – jest gotowa mocno i wyraźnie wyrażać swoje stanowisko. A przy okazji oni są inteligentni, dowcipni, odważni, z dystansem do siebie i świata.

Zgadzam się, październikowe protesty po raz pierwszy to, co prywatne, uczyniły publicznym. Widać to było w treści transparentów, ale też w internetowych postach znanych kobiet. Wiele z nich właśnie teraz publicznie opowiedziało o historii swoich poronień czy traumatycznych porodów.
Skoro strefa publiczna wkroczyła tak bezceremonialnie w najintymniejsze sprawy obywateli, to prywatność przestała być prywatnością. Gdy ktoś mówi kobiecie, że na przykład nie powinna stosować antykoncepcji, która na razie nie jest zakazana, albo że jak jest w ciąży, to musi urodzić, z wyjątkiem dwóch przypadków, które realnie rzadko kiedy były przesłankami do terminacji ciąży, czyli gwałtu i bezpośredniego zagrożenia życia matki – to w jakimś sensie ją obnaża, wdziera się w istotę jej kobiecości. I niektóre kobiety odpowiedziały: „Skoro chcecie zaglądać nam do brzuchów, to dobrze, my wam opowiemy, co tam jeszcze może się zdarzać”. Nie jestem szczególną zwolenniczką odsłaniania prywatności, przeciwnie, uważam, że warunkiem równowagi psychicznej jest zachowanie dla siebie i najbliższych strefy intymności. Ale kiedy ta intymność jest atakowana, to nasza prywatność staje się publiczna. Można mieć tylko nadzieję, że w pewnym momencie nastąpi proces korekcji, czyli życie seksualne i kwestie prokreacyjne przestaną być argumentem politycznym, będą prywatnym doświadczeniem pary.

No właśnie, mówi pani „pary”. Czy to był tylko bunt kobiet? Na początku jak najbardziej tak, ale potem?
Oczywiście na początku dotyczyło to kobiet, które uznały, że władza im chce odebrać coś podstawowego. One mocniej zareagowały, bo poczuły obmierzłe totalitarne łapy w swoim wnętrzu. Ale trzeba pamiętać, że prokreacja, rodzicielstwo to obszar, w którym role genderowe bardzo się w ciągu ostatnich 50 lat zmieniły. Kiedyś, jak to bardzo ciekawie opisuje profesor Bogusław Pawłowski, mężczyzna był zaprogramowany psycho­biologicznie, żeby spłodzić jak najwięcej dzieci – bo wtedy są większe szanse, że któreś przeżyje, a on przekaże dalej swój materiał genetyczny. Z punktu widzenia kobiety było na odwrót, bo koszt biologiczny ciąży i urodzenia dziecka, a potem zajmowania się nim jest wysoki, więc biologicznie korzystniej było rodzić tych dzieci mniej, móc się nimi jak najlepiej i najdłużej opiekować w bezpiecznym gnieździe. Wtedy matka mogła dbać o potomstwo tak, by jej materiał genetyczny przetrwał. Historia zna wiele przykładów wybitnych mężczyzn, którzy nie byli zainteresowani swoimi legalnymi dziećmi, o nieślubnych już nie mówiąc. Z emocjonalnym przywiązaniem mężczyzny do potomstwa bywało różnie, niektóre przypadki z dzisiejszej perspektywy mogą szokować.

W ciągu ostatnich 50 lat dziecko również dla mężczyzny stało się czymś cennym. Ta rewolucja wydarzała się stopniowo, i to w dużej mierze dzięki kobietom, które dokonały procesu reedukacji mężczyzn. Kluczowe znaczenie miała antykoncepcja. Przestało być tak, że mężczyzna zapładnia, a kobieta, chcąc nie chcąc, zachodzi w ciążę. Od czasu kiedy kobiety zyskały kontrolę nad swoją płodnością, to również one decydują, z kim i kiedy mają dzieci. A decydują wtedy, kiedy uznają, że ich inwestycja w ten związek i tego mężczyznę jest sensowna. Dlatego też partner, który chce przekazywać swoje geny dalej, musi brać w tej kwestii pod uwagę także wolę i decyzję partnerki. Jest duże prawdopodobieństwo, że nie będzie chciała mieć tych dzieci piętnaścioro i wybierze kogoś, kto wesprze ją w urodzeniu i bezpiecznym wychowaniu dwójki lub trójki potomstwa. Wracając do strajków, kiedy mężczyźni dowiedzieli się, że ich kobieta, z którą są teraz lub będą w przyszłości, może być zmuszona do donoszenia ciąży z bardzo uszkodzonym płodem, kalekim czy niemającym szansy na godne życie, od razu zrozumieli, że ich to też dotyczy – nie tylko w akcie współczucia, ale że to jest też w ich interesie, by kobiety chciały uprawiać z nimi seks, zachodzić w ciążę i mieć kolejne dzieci. Dostrzegli, że ta zmiana ustawowa jest też przeciwko nim, nie tylko przeciwko kobietom. Dlatego tak dużo młodych chłopaków pojawiło się na demonstracjach w całej Polsce.

Ilustracja Patrycja Lewandowska/ Intocollage.pl Ilustracja Patrycja Lewandowska/ Intocollage.pl

Na ulice wyszła nowa kobieta, ucieleśniona – z macicą, biodrami i waginą. Ale też kobieta wkurzona, niemówiąca językiem salonów. Zastanowiło mnie, jak wielkie oburzenie wzbudziła zwłaszcza kobieca agresja i wulgaryzmy. Czy można powiedzieć, że obudziła się dzika kobieta?
Nie wiem, czy się obudziła, czy tylko się ukazała. I nie sądzę, by tu chodziło o dzikość, bardziej pewnie o siłę. Oczywiście dzikość może być czasem wprzęgnięta w siłę – wtedy kiedy chce się coś pokazać w sposób ostry, bezkompromisowy. Na pewno okazało się jedno – że wyobrażenia o kobiecości jako o postawie wobec świata ugrzecznionej i pokornej nie dotyczą już najmłodszego pokolenia. A co do wulgarności, to aby ją lepiej zrozumieć, trzeba przywołać drugi aspekt orzeczenia Przyłębskiej. Pierwszy dotyczył głębokiego naruszenia prywatności, bo jednak życie intymne to jest sprawa najbardziej osobista, jaka może być. Drugi można opisać w kategoriach przemocy. Bo sam sposób wprowadzenia zmiany w system legislacyjny był zrobiony w sposób przemocowy, zresztą nie pierwszy raz. Od kilku lat władza wręcz demonstracyjnie nie liczy się z wolą sporej części społeczeństwa. A jeżeli lekceważy się ludzi w taki sposób, i to jeszcze z intencją upokorzenia i pokazania, kto może więcej – jest to przemocowe. Nie było debaty społecznej ani dyskusji parlamentarnej, tylko po prostu w jakimś momencie odmrożono zapytanie do Trybunału Konstytucyjnego, które tam leżało i pewnie mogło sobie jeszcze leżeć, jak wiele innych wniosków.

W moim odczuciu wulgarność i to, co się działo w trakcie demonstracji, to była reakcja na przemoc. Schowaną pod płaszczykiem hipokryzji i podawaną jako coś, co się robi, bo ma się do tego prawo, albo rzekomo dla czyjegoś dobra.
Reakcją na przemoc były furia, złość i bunt. Bo jeśli jedna strona odmawia rozmowy, to drugiej pozostaje jedynie krzyknąć: „wypierdalać” – bo na to ludzie reagują, słyszą to i się temu dziwują. Przecież były tysiące grzecznych, racjonalnych petycji przeciwko rozmaitym zmianom, jakie wprowadzał rząd, i co? One były pomijane, nawet niebrane pod uwagę. Nie było żadnej rozmowy z protestującymi.

Stąd pojawiające się hasła: „Grzeczne już byłyśmy”.
Połowa społeczeństwa mogłaby powiedzieć: „Grzeczni już byliśmy – robiliśmy demostracje, żeby wspomnieć protest czarnych parasolek, pisaliśmy petycje, próbowaliśmy, pokazywaliśmy”. Ile było opracowań na temat tego, jak złe jest to, co dzieje się w Polsce z sądami! I nic. Przeciwnie, parę skompromitowanych posłów wpakowano do trybunału. U kobiet doszedł jeszcze czynnik sprawstwa: „Zaskoczę was. Pokażę wam, że nie da się mną rządzić tak, jak wam się podoba”. A skoro nas nie szanujecie, to jesteśmy gotowe do wojny. Stąd mocno rezonujące hasło z demonstracji: „To jest wojna”. Czyli: „Wy wypowiedzieliście nam wojnę, a my przyjmujemy wyzwanie”.

„Bo my też mamy siłę”.
Oczywiście! Bardzo dużo mówiło się niedawno, i to z niepokojem, o tym, że dziewczynki z gimnazjów czy liceów są coraz bardziej agresywne i „używają słów”. Sama czasem podsłuchiwałam na ulicy dyskusje między dziewczynkami w wieku 12–13 lat wracającymi ze szkoły: „I, kurwa, ten chuj mi powiedział, żebym wypierdalała”. Mowa była skądinąd o nauczycielu, który wyprosił dziewczynkę z lekcji. One się nie obrażały, nie kłóciły, one miały po prostu taki styl narracyjny. Już wtedy myślałam, że coś się zmienia, że to naprawdę jest inne pokolenie. Bo tak, jak prawie zawsze przy zmianie, wahadło odchyla się daleko, a potem stopniowo wraca bliżej środka. Młode dziewczyny patrzą na to, co się dzieje, i myślą: „Jak to jest, że im wolno, a nam nie? Jak to jest, że pijany ojciec może wyzywać matkę od kurew, a ona ani ja nie możemy odpowiedzieć, nazwać go chujem złamanym?”. Mam wrażenie, jakby to nowe pokolenie dziewczyn ćwiczyło, jak to się robi.

Czyli w tym buncie chodziło o pewne wyrównanie w prawach?
Proszę zauważyć, że przekaz rządzących był zbudowany w klimacie napominania małych dzieci przez mądrych rodziców: „To jest dla waszego dobra, tylko wy tego na razie nie rozumiecie”. I na przykład wykorzystywał do tego powstałą w kręgach kościelnych ideę „syndromu poaborcyjnego”, czyli arbitralne twierdzenie, że każda kobieta po dokonaniu aborcji przeżywa zespół chorobowy. Nie, że jest smutna czy żałuje, ale że ma zaburzenie psychiczne i trzeba ją z tego wyleczyć. To tak, jakby powiedzieć kobiecie: „Dziecko drogie, ty nie widzisz tej boskiej woli w swojej macicy, bo niewiele ogarniasz swoim malutkim rozumkiem, ale zapewniam cię, że to, o czym myślisz, to morderstwo, potem bardzo byś cierpiała, dlatego dla twojego dobra zakazuję ci tego robić, jeżeli nie chcesz być ukarana”. Poza tym stanowisko władz zakłada, że kobieta podejmuje decyzję o aborcji w emocjach, w panice, bo zobaczyła na USG uszkodzony płód, a dorosły mężczyzna o mentalności, powiedzmy sobie otwarcie, dziadersa, ma wiedzę, zrozumienie i mądrość, dlatego on będzie decydował. Jak ten dobry ojciec podejmie za nią decyzję. I to właśnie doprowadziło kobiety do furii.

Może dlatego, że od wieków mężczyźni za nas podejmują decyzje. Ojcowie, bracia, mężowie...
No więc teraz jest nad nami taki ojciec zbiorowy, który mówi, że to nie jest przeciwko nam, tylko dla nas, z troską o naszą psychikę i ciało. Myślę, że ten wyższościowy paternalistyczny ton, nieznośnie rodzicielski, to jest coś, czego kobiety biorące udział w protestach najbardziej nie akceptują w tym wszystkim. Można czasem założyć, że rodzic wie lepiej, ale to musi być rodzic, który ma autorytet. A dzisiejsza władza w Polsce dla wielu osób nie spełnia kryteriów mądrego rodzica czy ojca – autorytetu.

W moim odczuciu to był też bunt przeciwko patriarchatowi.
Ja bym powiedziała, że to był bunt dorosłych dzieci przeciwko ojcom, którzy są niezbyt mądrzy, niezbyt dobrzy, których trudno uznać za autorytet, bo się wielokrotnie skompromitowali, i trudno kochać, bo są okropnie niesympatyczni. Przy tym trzeba pamiętać, że niektórzy z tych ojców to niestety matki. I tacy rodzice traktują swoje dorosłe dzieci jak głupie i nieumiejące podejmować własnych decyzji. Próbują im narzucić wizję świata, nie mając do tego podstaw, bo nie są z nimi w dobrej relacji i nie mogą się powołać na mądrość inną niż taka: bo ja tak chcę i uważam. Czyli nie sam patriarchat jako przewaga mężczyzn był tu wrogiem – od tego odchodzimy już coraz bardziej. Byli nim fałszywi ojcowie, dziadersi (i dziaderki), którzy nie widzą, że dzieci wiedzą więcej i myślą inaczej. Nie słuchają ich, a wtedy one zaczynają mówić tak, by je usłyszano.

Myślę, że te protesty pokazały też, że siła kobiet jest w grupie. Nawet jeśli w tej grupie nie do końca mamy to samo zdanie.
Zgadzam się i uważam, że to bardzo ważne, że kobiety nie tylko wyszły razem, ale też wyszły wielo­pokoleniowo i że się podczas tych protestów wspierały – było tam wiele podnoszących na duchu obrazków, ukazujących kobiecą solidarność. Kiedy zobaczyłam, jak ogromne liczebnie były te demonstracje, pomyślałam o czymś jeszcze. Przypomniały mi się zdjęcia z pierwszej pielgrzymki do Polski postaci przez lata bardzo idealizowanej, czyli papieża Jana Pawła II tuż po jego wyborze. Aby go powitać, na ulice wyszły tłumy Polaków, a władza komunistyczna patrzyła na to z pewnym wahaniem, wstrzymując się jednak od reakcji. Wtedy użyto określenia, że Polacy się policzyli. Czyli zobaczyli, ilu ich naprawdę jest, ilu z nich wyszło na ulice w tej samej sprawie. Teraz można powiedzieć, że protestujące kobiety się policzyły. Zobaczyły, jak wiele z nich jest gotowych iść na demonstrację, pomimo pandemii, pomimo tego, że w domu dzieci i praca. To było ważne zwłaszcza w małych miasteczkach, gdzie nie można być anonimowym w tłumie, bo wszyscy się znają. Obyśmy tej odnalezionej solidarności nie straciły. 

Zofia Milska-Wrzosińska, psycholog, psychoterapeutka, współzałożycielka Laboratorium Psychoedukacji, w którym pracuje od jego powstania. Prowadzi psychoterapię w nurcie psychodynamicznym.

 

 

  1. Styl Życia

Logistyka pomocy

Afganistan. Grupowe szczepienie dzieci przeciw polio. (Fot. Getty Images)
Afganistan. Grupowe szczepienie dzieci przeciw polio. (Fot. Getty Images)
Niezbędne są: laptop, wiara w to, co się robi, i twarde dane, które trzeba zanalizować. Zza biurka też można zmieniać świat, przyczynić się do poprawy warunków życia mieszkańców takich krajów, jak: Peru, Pakistan, Czad, Kongo i wielu innych. Tym właśnie zajmuje się na co dzień Amelia Rubiś.

O co walczysz w swojej pracy?
O podstawowe prawa każdego człowieka do opieki zdrowotnej i edukacji. Nam w Polsce trudno to sobie wyobrazić, ale choćby w Pakistanie dla większości mieszkańców najbliższy szpital porodowy znajduje się kilkaset kilometrów od miejsca zamieszkania. Do tego dochodzi jeszcze ukształtowanie terenu, nierzadko mówimy o rejonie górskim, gdzie ambulanse mają utrudniony dojazd. Zadaniem Acasusa, dla którego pracuję, jest diagnozowanie problemu w danym kraju, uwzględnienie jego specyfiki i zaproponowanie odpowiedniego rozwiązania.

Na jakich zasadach działacie?
Jesteśmy firmą konsultingową, założoną siedem lat temu przez Fentona Whelana. Pracujemy z różnymi organizacjami pozarządowymi oraz przede wszystkim z rządami krajów rozwijających się nad ulepszeniem ich reform zdrowia albo edukacji. Skupiamy się między innymi na zwiększeniu poziomu szczepień podstawowych. Jako że one odbywają się w ściśle określonym terminie po narodzinach dziecka, musimy opracować plan, jak w regionach czy prowincjach, w których działamy, je zapewnić. Każde miejsce ma inny problem.

Podasz jakiś konkretny przykład?
Wspomniany już Pakistan, gdzie duża liczba ludności zamieszkuje tereny górskie i wiejskie. Tu podstawowym problemem jest to, jak do tych ludzi dotrzeć. Weźmy prowincję Pendżab, najgęściej zaludnioną część kraju, region skomplikowany politycznie ze względu na konflikt w Kaszmirze i wyjątkowo nieprzystępny przez górzyste ukształtowanie terenu. Pakistańskiemu rządowi zależało na zapewnieniu dostępu do szczepień wszystkim mieszkańcom. Nawiązał więc współpracę między innymi z GAVI, fundacją Billa i Melindy Gatesów. Na zamówienie krajów rozwijających się GAVI skupuje od firm farmaceutycznych szczepionki, zbijając ich cenę rynkową bardzo mocno, bo kupują je w gigantycznych ilościach poprzez sumowanie zamówień ze wszystkich krajów, z którymi współpracują, a następnie rozdysponowują zapasy pomiędzy uczestników programu. Tak więc GAVI kupiła potrzebną liczbę szczepionek, ale problemem było, jak zapewnić do nich dostęp mieszkańcom Pendżabu. Zainwestowano potężne pieniądze, a skutków nie było. Wtedy GAVI i rząd Pakistanu nawiązały współpracę z nami.

Znaleźliście rozwiązanie?
Zrobiliśmy bardzo prostą aplikację na telefon, w którą zaopatrzyliśmy grupę kierowców motorów lub tuk-tuków. Musieli się do niej zalogować, żeby GPS śledził, w jakich lokalizacjach się poruszają, i za każdym razem, gdy dojechali do dziecka, które zaszczepili, klikali w odpowiednie okienko i potwierdzali szczepienie.

To szczepień nie wykonują lekarze?!
Nie. Kierowcy to wyspecjalizowani pracownicy służby zdrowia, którzy przechodzą odpowiednie szkolenie. Dostają pieniądze za swoją pracę, a także talony, które wydają na paliwo. Oczywiście mają też w pakiecie smartfon, który umożliwia zainstalowanie niezbędnej aplikacji.

Nie zdarzały się wyłudzenia, kradzieże, pomyłki?
Mieliśmy kierowców, którzy przeszli kurs, wzięli zadatek na benzynę i smartfona, a potem nigdy nie zalogowali się do aplikacji, co oznaczało stracony sprzęt i środki, ale były też przypadki, że kierowca logował się do aplikacji, ale na mapach widzieliśmy, że w pewnym momencie zatrzymuje się i już nie jedzie dalej. Te przypadki dziwiły nas najbardziej, nie potrafiliśmy zrozumieć, co się dzieje. Dopiero kiedy wysłaliśmy na miejsce zespół, który przeprowadzał ewaluację, zrozumieliśmy nasz błąd: wszyscy kierowcy dostali taką samą liczbę talonów, więc niektórym z nich w pewnym momencie zabrakło pieniędzy na benzynę i utknęli w różnych miejscach, bo nie było ich stać, żeby zatankować za swoje. Wiedzieliśmy już, że musimy zmienić finansowanie. Tak samo było z dystrybucją szczepionek – szybko zorientowaliśmy się, że różne tereny są różnie zaludnione, że trzeba dopasować liczbę szczepionek, które wiozą kierowcy, właśnie do gęstości zaludnienia na danym terenie.

Ty mówisz o problemach technicznych, a mnie zaskakuje, że rodzice pozwalali szczepić dzieci obcemu mężczyźnie na motorze.
Pamiętaj, że kierowcy pochodzą z regionu, nie są wysłannikami z odległych miast. Ludzie się znają, więc wiedzą, kim jest osoba na motorze, że przeszła szkolenie, że jest przygotowana do swojej roli. Podam ci inny przykład, z Afryki Środkowej. W Czadzie wysłaliśmy do społeczności nomadów zespół składający się wyłącznie z ludzi cieszących się zaufaniem społeczności. Dzięki temu chętniej rozmawiali z nimi przywódcy plemion, a to oni dyrygują życiem grupy. Kiedy mieliśmy ich po swojej stronie, wiedzieliśmy, że będą przekazywali innym napotkanym plemionom, że szczepionki są dobre. A wręcz że będą chcieli docierać do innych nomadów i chwalić się im, że odkąd w ich plemieniu wprowadzono szczepienia, spadła im śmiertelność noworodków. To było dla nas bardzo ważne odkrycie.

Brzmi to trochę tak, jakbyście rozwiązywali łamigłówki. Równanie z kilkoma niewiadomymi.
Kluczowa jest analiza danych. W zeszłym roku mieliśmy zebranie grupowe w Stambule. W ramach ćwiczeń dostaliśmy do analizy tabelkę z danymi na temat liczby wykonywanych szczepień w jednym z krajów afrykańskich. Pojawiały się tam dane, z których jasno wynikało, że pierwszych szczepień wykonuje się bardzo dużo, liczba drugich utrzymuje się na średnim poziomie, a trzecich robi się naprawdę mało. Nikt nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak jest, bo przecież nie mogło chodzić ani o dostęp, ani o strach, bo te wykluczałyby także pierwsze szczepienia. Dopiero wspólnym wysiłkiem ustaliliśmy, że matki nie mają kalendarzy i przegapiają kolejne terminy. Wpadliśmy na to właśnie dzięki analizie danych, z wykazów szczepień w rodzinach wielodzietnych wynikało, że im więcej dzieci jest w rodzinie, tym więcej przeprowadzonych szczepień drugich i trzecich. Domyśliliśmy się, że matki z każdym kolejnym potomkiem lepiej radzą sobie z obliczaniem, ile czasu musi minąć, by udać się na kolejne szczepienie. Z taką wiedzą mogliśmy ruszyć z propozycjami reform. Nie mogę jeszcze zdradzić, o jaki kraj chodzi, ale muszę ci opowiedzieć, jak poinformowaliśmy prezydenta tego kraju o naszym odkryciu, bo jestem z tego dumna.

Zamieniam się w słuch.
Prezydent był bardzo zajęty, nie mogliśmy się umówić na spotkanie, więc nasz pracownik wbiegł za nim do windy i przez trzy minuty wspólnej jazdy streścił mu, co wywnioskowaliśmy. Prezydent najpierw zaniemówił z wrażenia, po czym natychmiast dał nam zielone światło do działania. W tej pracy nierzadko trzeba być naprawdę odważnym i kreatywnym, żeby dotrzeć do osób podejmujących decyzje.

Jak zbieracie dane?
Wszystko zależy od problemu i lokalizacji. Na przykład Peru i tamtejszy problem z systemem placówek oświatowych. Jeszcze niedawno wystarczyło się zgłosić do rządu z propozycją budowy i prowadzenia takiego ośrodka. Rząd pieniądze dawał, ale w ewaluację projektu nie wierzył; mówimy o kraju, gdzie korupcja to bardzo poważny problem. W końcu zgłoszono się do nas. Mieliśmy zbadać, ile takich ośrodków rzeczywiście powstało i jak działają. Tylko jak uniknąć sytuacji, w której my przeprowadzamy kontrolę, a na miejscu są podstawieni ludzie albo zatrudnieni przez nas ankieterzy kłamią?

Jak?
Zwerbowaliśmy ambitnych studentów z całego kraju i zaproponowaliśmy im coś na kształt wyjazdu stypendialnego. Wyposażyliśmy ich w telefony z aplikacją na modłę Instagrama. Ich zadanie polegało na znalezieniu ośrodka, sfotografowaniu go, a także jego wyposażenia: tablicy, podręczników, pomocy naukowych. Mieli też porozmawiać z uczniami i nauczycielami. Plan był banalnie prosty, ale i skuteczny, bo załatwił ewaluację w rzeczywistej formie: na miejscu nie spodziewano się, że studenci pełnią funkcję urzędników, nie było więc propozycji korupcyjnych ani zastraszania. Z kolei kiedy pracowaliśmy nad porodówkami polowymi w Pakistanie, najpierw musieliśmy się dowiedzieć, jaka jest aktualna kondycja służby zdrowia w regionie. Z danych rządowych wynikało, że takie szpitale są, dostęp do nich nie jest specjalnie skomplikowany. Dlaczego więc kobiety nie rodzą w nich dzieci? Wysłaliśmy zbieraczy danych, którzy musieli sprawdzić, w jakich godzinach działają placówki, czy mają generatory prądu, czy jest w nich lodówka itp. Analiza danych pokazała, że porodówki to zazwyczaj budy zbite z desek, czynne od 8 do 18, jeśli więc kobieta zaczynała rodzić na przykład o 22, to i tak musiała radzić sobie sama. Pracownicy rządowi czy organizacje pozarządowe w Pakistanie o tym nie wiedziały? Pewnie wiedziały, problem w tym, że kiedy pracujesz w określonym miejscu, nabierasz mentalności, która tam panuje. Pewne rzeczy stają się dla ciebie normalne zgodnie z zasadą „tu zawsze tak było i tak już będzie”. Dlatego tak ważne jest dla nas to, żeby w naszym zespole pojawiali się tylko ludzie nieobciążeni takim myśleniem.

Czy ich praca jest niebezpieczna?
Nigdy nie wysyłamy nikogo do stref aktywnych konfliktów, natomiast pamiętam, jak kiedyś w Demokratycznej Republice Konga podczas szkolenia pracowników służby zdrowia doszło do zamieszek w Kinszasie. Szkolenie odbywało się w klasie w miejscowej szkole, bo my nie śpimy w pięciogwiazdkowych hotelach ani nie wynajmujemy luksusowych sal konferencyjnych. Druga godzina spotkania i nagle z ulicy wbiegają ludzie, do których strzelano, szukając schronienia. Tak to czasami wygląda.

Trzeba naprawdę kochać swoją pracę, żeby po takim doświadczeniu nie zdezerterować.
Kochamy, bo widzimy jej efekty. I to od razu. Skupiamy się na projektach, które w krótkim czasie zmienią życie jak największej liczby osób. Takich, które dadzą maksymalne rezultaty przy minimalnych kosztach i nakładach pracy. Nas nie interesuje diagnozowanie problemów i wytykanie błędów rządom państw czy organizacjom pozarządowym. Jesteśmy nastawieni na efekt. Kiedy znajdziemy problem, nasi specjaliści od razu szukają sposobów na jego najpełniejsze rozwiązanie. Na Netflixie można obejrzeć dokument o życiu Billa Gatesa. Opowiada w nim o swojej organizacji i zdradza się z marzeniem o zlikwidowaniu polio na całym świecie. Pracując z nim nad podobnymi projektami, trudno nie czuć satysfakcji. To wspaniałe uczucie, kiedy jedna z najbardziej wpływowych osób na świecie rozumie twoje wysiłki. Trudno też nie angażować się w akcję, widząc, jak duży wpływ masz na świat. Dzięki nam wskaźnik szczepień w Pendżabie wzrósł z 49 do prawie 90 proc. w ciągu dwóch lat. Naprawdę chcesz się dla takich działań poświęcać.

Co poświęciłaś ty?
Gdybyś dziesięć lat temu powiedział mi, że mając mieszkanie w Warszawie i będąc w szczęśliwym związku, zdecyduję się na wyjazd najpierw na Cypr, a potem do włoskiej części Szwajcarii, bo w obu tych miejscach pracujemy nad projektami, w których jestem najbardziej potrzebna, wyśmiałabym cię. Tymczasem tak się właśnie stało. Na początku mój chłopak odwiedzał mnie na Cyprze, a ja jego w Warszawie, teraz od roku żyjemy pomiędzy Polską a Szwajcarią. I nie żałuję. Podobnie gdybyś jeszcze niedawno powiedział mi, że będę szukała ludzi do współpracy w zespole, nie mogąc im zdradzić, w jakim kraju będą pracowali ani nad czym, pomyślałabym, że naoglądałeś się filmów o Bondzie. A dziś tak wygląda moja praca. Nie wspominając już o tym, ile się dzięki temu wszystkiemu uczę.

Jak trafiłaś do Acasusa?
Od najmłodszych lat kochałam książki przygodowo-podróżnicze Alfreda Szklarskiego o Tomku Wilmowskim. Marzyłam, żeby jeździć po Kenii, Ugandzie i Himalajach, ocalać tych, którzy wpadli w kłopoty, ratować zagrożone rośliny i zwierzęta. Kiedy w poprzedniej firmie kolega zapytał mnie, czy nie chciałabym zająć się wyszukiwaniem konsultantów w takim miejscu jak Acasus, pomyślałam: „Muszę tam być!”. Wygrałam rekrutację i zaczęłam działać. Pracuję z ludźmi z całego świata i wiem, że najlepszych współpracowników można znaleźć wszędzie – nie tylko na Sorbonie czy Harvardzie. Co tylko potwierdza to, co zakładałam od najmłodszych lat, że to właśnie poza głównym nurtem kryją się najciekawsi ludzie, miejsca i możliwości. Tylko że kiedy byłam dzieckiem, to nie było popularne myślenie. W latach 90., kiedy dorastałam na podhalańskiej wsi, wszyscy byli zachłyśnięci Zachodem. Każdy patrzył w stronę Stanów Zjednoczonych.

Ciebie to nie interesowało?
Rodzice od najmłodszych lat wysyłali mnie i siostry na lekcje angielskiego, które odbywały się w piwnicy przedszkola. Dzięki temu nauczyłam się języka, mogłam wyśledzić i wyszperać więcej niż rówieśnicy, a i tak ciągnęło mnie na Wschód. Zamiłowanie mojego taty do komiksów w ogóle zamieniło się w moje zamiłowanie do mangi i anime. Kręciły mnie kraje, kultury i wątki inne niż te, które kręciły moich kolegów. Po studiach wyjechałam do Indii i dopiero tam na miejscu przekonałam się, jak różni się życie przeciętnego mieszkańca Indii od mojego życia. Cieszę się, że dzięki pracy dla Acasusa mogę pracować na to, żeby te różnice nie były aż tak drastyczne.

Rodzice się o ciebie nie bali?
Rodzice uczyli nas przede wszystkim empatii i szacunku. Moją starszą siostrę popchnęli do realizowania pasji operowej, młodszą wspierali, kiedy farbowała włosy na zielono, różowo i niebiesko, a mnie powtarzali, że zawsze mogę być tym, kim chcę, że nic mnie nie ogranicza. Ani moja płeć, ani to, że wychowałam się w malutkiej wsi Raba Wyżna. Kupowali mi „Świat Wiedzy”, z którego wyczytywałam kolejne nowinki i ciekawostki. Kiedy powiedziałam im, że jadę na praktyki do Indii, zamiast chwycić się za głowę, doradzali mi i wspierali finansowo, choć pogodzenie się z tym, że opuszczam ich na rok, nie było dla nich łatwe, bo jesteśmy z rodziną bardzo zżyci i często się widujemy. Tak, dziś wiem, że bali się bardziej ode mnie, jak ich córka poradzi sobie w tak odmiennej kulturze od swojej. Ale nigdy nie dali mi tego odczuć. Wiem, że kiedy wyjechałam, nie przespali wielu nocy.

Amelia Rubiś walczy o podstawowe prawa każdego człowieka do opieki zdrowotnej i edukacji. (Fot. archiwum prywatne) Amelia Rubiś walczy o podstawowe prawa każdego człowieka do opieki zdrowotnej i edukacji. (Fot. archiwum prywatne)

Twój narzeczony też nie śpi po nocach?
Zdawał sobie sprawę, że jeśli zdecyduje się na związek ze mną, nie będzie mowy o klasycznym modelu: parę lat chodzenia, potem zaręczyny, ślub i dzieci. My przeżywamy przygodę, którą ludzie przeżywają na studiach, a nie jak są dojrzali i poważni. Kiedy sobie pomyślę, że moi rodzice, mając tyle lat, ile ja mam teraz, wysyłali już swoje córki do komunii, zastanawiam się, czy na pewno podjęliśmy dobre decyzje. Ale potem przypominam sobie, że wybierając taki tryb życia, przesuwam pewne wydarzenia w czasie, a nie z nich rezygnuję. Oboje z Maćkiem tak do sprawy podchodzimy i trwamy razem od lat.

Jak w praktyce wygląda twoja codzienna praca?
Przeprowadzam rekrutację wśród osób z całego globu. Nasza marka jest rozpoznawalna na największych uczelniach świata. Najwybitniejsi studenci mają szansę znaleźć u nas zatrudnienie, ale, jak już mówiłam, nie ma dla mnie znaczenia, czy ktoś jest absolwentem Harvardu, czy uczelni w Pakistanie. Liczą się otwarta głowa, ambicja, chęć do działania, gotowość na szaleństwo. Mam do obsadzenia stanowiska w Ameryce Południowej, Afryce oraz Azji. Nie jest łatwo znaleźć odpowiednich specjalistów w krajach, które dopiero się rozwijają lub podnoszą po wojnie. W Afganistanie projekt wisiał na włosku, żeby w ogóle go rozpocząć, potrzebowaliśmy lokalnego project managera, który będzie współpracował z rządem na miejscu. Po tygodniach poszukiwań odezwałam się do świeżo upieczonego absolwenta stypendium w Stanach. Dzięki stypendium mógł mieszkać, studiować i zdobywać doświadczenie zawodowe w USA. Wcześ­niej, zanim wyjechał do Stanów, nie miał nawet komputera na własność. Był bystry, pełen pasji i przede wszystkim znał oba światy, także afgańską mentalność. Wiedziałam, że muszę go zwerbować, bo to skarb. Do dziś prowadzi projekt praktycznie w pojedynkę, współpracując z urzędnikami państwowymi, którzy często są dwa razy od niego starsi. Na Cyprze zatrudniłam dziewczynę, która jest uchodźczynią z Palestyny. Zna cztery języki, jest zaradna, pracowita, a mimo to znalezienie pracy było dla niej wyzwaniem. Noszenie hidżabu dyskwalifikowało ją w oczach wielu pracodawców. A dla nas ta różnorodność jest czymś wspaniałym, ja to, że ona zasłania włosy, potraktowałam jako atut. I nie pomyliłam się. Przyjęła ofertę pracy, mimo że nie mogłam zdradzić szczegółów, a jedynie opowiedzieć o ogólnej wizji projektu.

Skąd biorą się te tajemnice?
Niektóre rządy nie chcą zdradzać, że współpracują z organizacjami jak nasza na tak zaawansowanym poziomie, bo w ten sposób obniżałyby zaufanie do siebie. W wielu krajach logo naszej firmy nie występuje. Chodzi o to, żeby uniknąć ryzyka, że współpraca z nami mogłaby jakiegoś polityka, przywódcę czy rząd zdyskredytować. Działamy po cichu, ale mamy na tyle dobrą opinię, że dostajemy cały czas nowe zadania czy raczej, jak mówimy my sami, „misje”. Bo my nie idziemy do pracy. My idziemy na misję zmiany świata.

  1. Styl Życia

Świat kobiet - rozmowa o wyjątkowym dokumencie "Woman"

Wspinające się cholity to grupa kobiet z plemienia Aymara w Boliwii. Zdobywają szczyty w tradycyjnych strojach. To ich pasja, ale chcą także w ten sposób zwrócić uwagę na kwestię równouprawnienia. (Fot. materiały prasowe Against Gravity)
Wspinające się cholity to grupa kobiet z plemienia Aymara w Boliwii. Zdobywają szczyty w tradycyjnych strojach. To ich pasja, ale chcą także w ten sposób zwrócić uwagę na kwestię równouprawnienia. (Fot. materiały prasowe Against Gravity)
Zobacz galerię 20 Zdjęć
Na czym polega istota kobiecości? W projekcie „Woman”, który Anastasia Mikova zrealizowała ze znanym fotografem i filmowcem Yannem Arthusem-Bertrandem, próbuje na to pytanie odpowiedzieć dwa tysiące kobiet z 50 krajów od USA po Chiny.

W projekcie "Woman, na który składają się dokument, album i przygotowywana jeszcze wystawa, wzięło udział dwa tysiące kobiet. W galerii zdjęć niewielki ułamek tej grupy.

Pracujesz z Yannem Arthusem-Bertrandem od 12 lat, ale po raz pierwszy współreżyserowałaś z nim film. Było trudno?
Pracujemy razem rzeczywiście bardzo długo, znamy się prywatnie, poznaliśmy też swoje rodziny. Yann ma na koncie wiele sukcesów i jest powszechnie podziwiany. Zdecydował się na współreżyserowanie po raz pierwszy w życiu, i to w wieku 74 lat. Ale szczerze mówiąc, moja praca wyglądała podobnie jak wcześniej. Kiedy robiliśmy poprzedni dokument, „Human”, razem układaliśmy pytania do wywiadów, wybieraliśmy kraje, gdzie je przeprowadzaliśmy, także tematy rozmów. Jednak wtedy o ostatecznym wyborze materiału do filmu decydował Yann, to była jego autorska wizja. Kiedy zaczynaliśmy pracę nad „Woman”, spodziewał się, że będzie tak samo. Ale kiedy doszło do pierwszej sytuacji trudnego wyboru, powiedziałam: „Nie, tym razem będziemy decydowali wspólnie”. Zdziwił się, to było dla niego coś nowego [śmiech].

Przy tym projekcie to kobieca wrażliwość była kluczowa?
Zgadza się, krok po kroku Yann zaczął zdawać sobie sprawę, że potrzebuje mojego punktu widzenia. Jest aktywistą, więc kiedy zaczynaliśmy, chciał się koncentrować na dyskryminacji i niesprawiedliwości społecznej. Powiedziałam mu wtedy: „Jeśli nazwiemy ten film »Woman«, musi być także osobisty i intymny. Tak jak rozmowa na temat miesiączkowania”. Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby chciał powiedzieć: „Co może być ciekawego w takim temacie?!”. Zamiast wyjaśniać, przeprowadziłam kilka pierwszych wywiadów. Kiedy ich wysłuchał, nie zadawał już zbędnych pytań. W pewnych kwestiach byliśmy zgodni, w innych wybieraliśmy jego punkt widzenia, w jeszcze innych mój. Omawialiśmy wszystko wspólnie, ale bardziej osobiste, intymne tematy wychodziły ode mnie, Yann był skupiony na tych społecznych. Jako fotograf bardziej koncentrował się też na obrazie, efektach wizualnych. W filmie oprócz wywiadów z kobietami z całego świata widzimy piękne wizualne sekwencje.

Jest jakiś główny przekaz waszego filmu?
Że kobiety są silne i wytrzymałe. Tego właśnie nauczyłam się podczas jego kręcenia. Wiedziałam, że jesteśmy silne, ale nie spodziewałam się, że aż tak. Mam nadzieję, że oglądając ten film, kobiety zdadzą sobie sprawę z tego swojego potencjału. Bo podczas pracy bardzo często przekonywałam się, jak bardzo brakuje im pewności siebie. Na ogół dziwiły się, że chcę zrobić z nimi wywiad. Mówiły: „Dlaczego wybrałaś mnie? Moja sąsiadka jest o wiele bardziej interesująca”. Mam nadzieję, że poczują się nim uhonorowane, a inne kobiety, które go zobaczą, zrozumieją, że jesteśmy zdolne do tego, by zmienić świat.

Jak praca nad „Woman” zmieniła twoje życie?
Kiedy robisz wywiady z dwoma tysiącami kobiet z 50 krajów z całego świata i wiele z nich dzieli się z tobą historią, której nie opowiadały nikomu innemu – to nie jest coś, nad czym można przejść do porządku dziennego. To kształtuje sposób, w jaki patrzysz na swoją pracę i na siebie jako kobietę. Zawsze byłam dumna z tego, że jestem kobietą, ale teraz to poczucie zostało zmultiplikowane. Teraz zawsze kiedy pytają mnie o to, w jakich barwach widzę przyszłość ludzkości, jestem o nią spokojna. Widziałam, ile mogą osiągnąć kobiety, mając niewiele przestrzeni i możliwości. Ograniczenia na naszych oczach stopniowo znikają, więc kiedy ta przestrzeń działania się zwiększy, będziemy mogły dokonać, czego tylko zapragniemy.

Norma pochodzi z Meksyku - to jej historia otwiera film 'Woman'. Fot. materiały prasowe Against Gravity. Norma pochodzi z Meksyku - to jej historia otwiera film "Woman". Fot. materiały prasowe Against Gravity.

Czy któryś z przeprowadzonych przez ciebie wywiadów był dla ciebie szczególnie ważny?
Z Normą Bastidas, to dlatego jej opowieść otwiera film. Rozmawialiśmy z nią na samym początku, kiedy wciąż zastanawiałam się nad tym, co będzie naszym głównym przesłaniem. W filmie znalazła się tylko niewielka część jej historii, ale i tak robi piorunujące wrażenie. Kiedy Norma była dziewczynką, opiekowała się dziadkiem, bo tracił wzrok i ktoś musiał przy nim stale być. On jednak wykorzystywał ją seksualnie, właściwie przez całe jej dzieciństwo. Była piękną nastolatką, zaoferowano jej więc kontrakt modelki w Japonii. Normie wydawało się, że w ten sposób ucieknie od swojego życia. Zamiast tego trafiła do przestępczej organizacji handlującej ludźmi. Zabrano jej paszport i musiała pracować jako prostytutka, wyrwała się stamtąd dopiero po latach. Poznała kogoś, przeprowadziła się do Kanady, założyła rodzinę. Kiedy urodziła syna, okazało się, że cierpi na tę samą chorobę co jej dziadek i stanie się niewidomy. Gdybym zrobiła film tylko o niej, ludzie nie uwierzyliby mi, że to wszystko mogło spotkać jedną osobę.

To ona pobiła potem światowy rekord Guinnessa w triatlonie.
Tak, Norma jest niezwyciężona! Ale wcześniej przeżyła załamanie nerwowe, to było dla niej za dużo. Pewnej nocy, kiedy miała jak zwykle szukać pocieszenia w alkoholu, dotarło do niej, że nie jest już sama, że ponosi odpowiedzialność za swoje dziecko. Zamiast pić, założyła adidasy i poszła pobiegać. W efekcie stała się jedną z najlepszych triatlonistek na świecie. Najmocniej uderzyły mnie jej słowa, że najgorsze wcale nie były trudności, które musiała pokonać: wykorzystywanie przez dziadka, zmuszanie do prostytucji itp. Najtrudniej było publicznie przyznać się do bycia ofiarą seksualnej przemocy i handlu ludźmi, gdy była już uznaną atletką. Bo kiedy raz powie się to głośno, to nie ma już powrotu. Trzeba z tym żyć, wszystko zmienia się na zawsze. To wtedy właśnie powiedziała: „Mówicie, że ofiary nie mają głosu. Mają, tylko nikt nie chce go słuchać”. To było ogromnie inspirujące, bo przecież mówi się, że głos kobiet nie ma znaczenia, że kobiety nie mają głosu. Ale to nieprawda, trzeba go tylko usłyszeć i zrozumieć.

Jakie były reakcje bohaterek filmu, gdy zobaczyły się na ekranie?
Bardzo emocjonalne, trzy z nich oglądały z nami film podczas jego premiery na festiwalu w Wenecji. Pierwsza to Norma Bastidas, o której przed chwilą rozmawialiśmy. Druga to Josina Machel. Straciła oko w wyniku pobicia przez partnera. Josina jest córką pierwszego prezydenta Mozambiku. Kiedy była jeszcze dzieckiem, jej matka poślubiła Nelsona Mandelę. Wyrosła na niezależną kobietę, ale to nie uchroniło jej przed związkiem, w którym pojawiła się przemoc. Jest świetnym przykładem na to, że przemocowa relacja może się przytrafić każdej kobiecie. Trzecia to Virginie, która po śmierci swojego męża odkryła, że to dzięki jego miłości i akceptacji mogła żyć. Sama nie potrafiła kochać siebie, bo dotąd widziała w sobie piękno dzięki jego spojrzeniu. Rozmawiałam z nimi wszystkimi po projekcji, pytałam, czy nie jest im trudno stanąć twarzą w twarz z tysiącami widzów. Odparły: „Nie, bo to był nasz wybór”. Wreszcie poczuły, że zostały usłyszane. Nie było łatwo powiedzieć to wszystko publicznie, bo wspomnienia przeniosły je znów do trudnych momentów ich życia. Jednak reakcja widzów, owacja na stojąco, była czymś wzmacniającym i wspaniałym. Dzięki niej mogły się przekonać, jak ważne były ich świadectwa.

Josina, córką pierwszego prezydenta Mozambiku, doświadczyła przemocy w związku. (Fot. materiały prasowe Against Gravity) Josina, córką pierwszego prezydenta Mozambiku, doświadczyła przemocy w związku. (Fot. materiały prasowe Against Gravity)

Jak udało ci się nakłonić bohaterki filmu do takiej szczerości?
Nie byłam sama, pracowałam w grupie pięciu wspaniałych dziennikarek i one też miały swój wkład w końcowy efekt. Jeśli chodzi o szczerość, do sukcesu w tej kwestii potrzeba dwóch rzeczy. Pierwsza to zaufanie, a druga to czas. I obie są ze sobą powiązane. Żeby zdobyć czyjeś zaufanie, potrzeba czasu, ale nikt go tobie nie poświęci, jeśli nie będzie ci ufał. Każdy wywiad przygotowywałyśmy przez długie miesiące, żeby zrozumieć specyfikę danego kraju oraz sytuację, w jakiej znajdują się jego mieszkanki. Pomagały nam lokalne dziennikarki. Wyszukiwały dla nas potencjalne bohaterki i wyjaśniały im cały projekt. Podczas pracy nad filmem nie przestrzegaliśmy parytetu – 80 proc.ekipy stanowiły kobiety. Zaufanie to proces, nie można po pięciu minutach rozmowy zapytać kogoś o pierwszy orgazm. Staraliśmy się, żeby przed nagraniem zaistniała między nami płaszczyzna porozumienia. Było to możliwe dzięki kobietom pracującym na miejscu w terenie. Bardzo często to one były potem naszymi tłumaczkami. Poza tym każdy wywiad trwał od dwóch do trzech godzin. Zaczynałyśmy zawsze od prostych kwestii, by stopniowo docierać do najbardziej osobistych spraw. Często nasza rozmowa przypominała raczej sesję terapeutyczną niż wywiad. Dlatego chcieliśmy stworzyć komfortowe warunki rozmowy, w oderwaniu od codziennych problemów. Pomagało też to, w jaki sposób filmowaliśmy nasze bohaterki. To był pomysł Bertranda – żadnej scenografii, tylko one na ciemnym tle, dzięki temu łatwiej im było skoncentrować się na tym, co mają do przekazania.

Virginie po śmierci męża odkryła, że to dzięki jego miłości i akceptacji mogła żyć. Sama nie potrafiła kochać siebie, bo dotąd widziała w sobie piękno dzięki jego spojrzeniu. (Fot. materiały prasowe Against Gravity) Virginie po śmierci męża odkryła, że to dzięki jego miłości i akceptacji mogła żyć. Sama nie potrafiła kochać siebie, bo dotąd widziała w sobie piękno dzięki jego spojrzeniu. (Fot. materiały prasowe Against Gravity)

Czy było trudno zdecydować, który wywiad i jaka jego część znajdzie się w filmie?
To była najtrudniejsza część pracy, mieć dwa tysiące wspaniałych, szczerych rozmów i zrobić z nich film, który trwa niespełna dwie godziny. Pracowały z nami uzdolnione montażystki, a mimo to wciąż zmienialiśmy tworzony materiał. Nie było łatwo, pierwsza wersja trwała siedem godzin. Yann był bardzo zadowolony, bo zawierała wszystko, co chcieliśmy przekazać. No ale nikt nie obejrzałby w kinie tak długiego filmu. Trzeba było zabrać się do skracania. A to był horror, bo podobały nam się wszystkie historie. Montaż zajął nam prawie rok, to bardzo dużo jak na dokument. Chcieliśmy, żeby każda z kobiet, z którymi robiliśmy wywiady, zaistniała w jakiś sposób w naszym projekcie. Dlatego w kilku krajach wydaliśmy także album [ukazał się m.in. we Francji, w Niemczech, USA – przyp. red.], a teraz pracujemy nad objazdową wystawą. Myślę, że będzie gotowa w przyszłym roku. Będzie się bardzo różnić od filmu.

„Woman” to film szczególny także dlatego, że nie powstał dla zysku.
Mieliśmy szczęście, bo projekt udało się sfinansować całkowicie ze środków przekazanych przez sponsorów. W czasie produkcji doszliśmy do wniosku, że film dający głos kobietom z całego świata nie wystarczy. Stąd pomysł stowarzyszenia WOMAN(s). Chcemy mu przekazać wszystkie dochody z dystrybucji na całym świecie. Na razie nie ma ich dużo z powodu pandemii, ale liczymy na to, że to się zmieni. Stowarzyszenie będzie oferować kobietom szkolenia, dzięki którym będą mogły nauczyć się pracy w mediach. Będą mogły zostać dziennikarkami prasowymi czy radiowymi, redaktorkami, reżyserkami, montażystkami. Tak, żeby ich głos mógł być szeroko słyszany.

Anastasia Mikova dziennikarka i reżyserka filmowa ukraińskiego pochodzenia. Specjalizuje się w tematach społecznych. (Fot. materiały prasowe Against Gravity) Anastasia Mikova dziennikarka i reżyserka filmowa ukraińskiego pochodzenia. Specjalizuje się w tematach społecznych. (Fot. materiały prasowe Against Gravity)

Film „Woman” miał swoją polską premierę podczas 17. edycji festiwalu Millennium Docs Against Gravity, który w tym roku odbył się w formie hybrydowej.