1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Chcesz zmienić pracę? Najpierw posłuchaj wewnętrznego głosu

Chcesz zmienić pracę? Najpierw posłuchaj wewnętrznego głosu

123rf.com
123rf.com
Myślisz o zmianie zawodu albo swojej ścieżki kariery? Upewnij się, że twoje myśli są tym, czego naprawdę pragniesz.

Czy ma sens zmieniać zawód, skoro poświęciliśmy studia na nauczenie się profesji, z której teraz czerpiemy dochody? Czy, myśląc o zmianie zawodu lub drodze kariery powinniśmy kierować się marzeniami, czy postanowieniami z dzieciństwa?

Lubimy czytać o ludziach, którzy nagle postanowili zmienić swoje życie i zamiast pracy za biurkiem w korporacji, założyli firmy sprzedające zioła lub własną hodowlę owiec. Jak pisze Psychology Today, takie historie wywołują nostalgię za szczenięcymi latami, kiedy to wydawało nam się, że będziemy mieli wolny zawód i pasmo sukcesów, a skończyliśmy za biurkiem jako product managerowie. W pewnym momencie pojawia się myśl o zmianie zawodu lub o zmianie tempa czy ścieżki kariery. Co wtedy? Co wybrać? Czym się kierować?

Psychologia znalazła sposób, jak postępować w takich sytuacjach. Jeśli odziedziczyłeś pokaźny spadek lub wygrałeś w totka, żadne marzenie nie wydaje się zbyt niepoważne. Ale jeśli masz na głowie kredyt, trójkę małoletnich dzieci i w perspektywie rodziców na utrzymaniu, każda decyzja o zmianie stabilnej pracy - nawet jeśli ze wszech miar słuszna, bo zgodna z twoimi postanowieniami czy marzeniami, nieuchronnie wywoła niepokój i ciągłe zastanawianie się, czy na pewno dobrze zrobiłeś.

Co zatem? Psychologowie cytowani przez Psychology Today twierdzą, iż problem polega na tym, że nie jesteśmy jedynie zestawem cech, które znamy. W zależności od sytuacji często jesteśmy kimś innym. Introwertyczni w pracy, jesteśmy duszą towarzystwa wśród przyjaciół i melancholikiem o romantycznym usposobieniu w domu. I często przemawiają przez nas różne odcienie naszej złożonej osobowości. Często zależy to od środowiska, bo w każdym z miejsc, w których przebywamy, zwykle usiłujemy sprostać czyimś wymaganiom, rzadko własnym.

By podjąć decyzję o zmianie pracy, warto zastanowić się, kto tak naprawdę chce, żebyśmy dokonali volty w naszym życiu. Czy chwilowy buntownik, czy nasze wewnętrzne dziecko, które zawsze chciało latać samolotami, ale posłuchało się rodziców i poszło na prawo?

Dlatego warto poświęcić chwilę na przemyślenie, co nas popycha do zmiany zawodowej w życiu. Kiedy uświadomimy sobie prawdziwe pobudki oraz przypomnimy, dlaczego ileś lat temu wybraliśmy ten a nie inny zawód, wreszcie, jak czujemy się na myśl o poważnej zmianie w naszym życiu - wtedy odpowiedź przyjdzie sama. A może okazać się, że nie trzeba podejmować drastycznych środków, tylko zmodyfikować to, co już mamy. I to wystarczy by przywrócić nam równowagę i odzyskać spokój duszy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Jedzenie mięsa w dzisiejszych czasach – co mówi bioetyka?

Czy jedzenie mięsa jest w pełni etyczne? (fot. iStock)
Czy jedzenie mięsa jest w pełni etyczne? (fot. iStock)
Jak zachować w diecie mięso i czyste sumienie? – na to pytanie daje odpowiedź filozof i bioetyk Jan Hartman.

Niektórzy z nas nie lubią smaku mięsa. Są tacy, który lubią, ale uznali że mięso im „nie służy” i wyeliminowali je ze swojej diety. Jeszcze inni wyrzekli się mięsa w imię zasad – nie chcą nawet pośrednio przykładać ręki do zabijania zwierząt. To jak z rzucaniem papierka na ulicy – jeśli nikt nie rzuci, ulice będą czyste. Jeśli wszyscy przestaniemy jeść mięso, nikt nie będzie hodował świń w ciasnych chlewach, nie będzie ubojni ani krwawych jatek, zniknie zawód rzeźnika itd. By wytrwać tej mięsnej abstynencji, wegetarianie głoszą teorię, że jedzenie mięsa nie jest człowiekowi wcale potrzebne do życia i rozwoju. Doskonale można ten produkt zastąpić jakimś innym. No i zachować poczucie pewnej moralnej wyższości nad tymi, którzy folgując swoim apetytom, przykładają rękę do zabijania zwierząt. O ile zdania na temat tego, czy mięso da się w diecie człowieka zastąpić bez szkody dla zdrowia, są mocno podzielone wśród naukowców i lekarzy, o tyle aspekt moralny jedzenia mięsa wydaje się jednoznaczny. Kiedy do dyskusji przystąpią wegetarianie i mięsożercy, ci drudzy od razu są na przegranej pozycji. Wegetarianie występują jako obrońcy zwierząt, mięsożercy – jako krzywdziciele. Jak się przed tą etykietką bronić? Czy jest to w ogóle możliwe?

Profesor Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska proponuje, żeby zostać tak zwanym semiwegetarianinem. Tymczasem filozof-etyk, prof. Jan Hartman, daje zwolennikom mięsnej diety argumenty. Próbuje uwolnić ich od poczucia winy i redukuje poczucie wyższości u wegetarian. Człowiek, mówi prof. Hartman, należy do świata zwierzęcego, w którym wzajemne zabijanie się jest rzeczą zwyczajną. Przestańmy udawać, że nie jesteśmy zwierzętami mięsożernymi. Nie wolno stawiać ludziom wymagań, których nie są w stanie spełnić. Pojedyncze osoby mogą się wyrzec mięsa, ale jako ludzie, jako gatunek, niekoniecznie muszą dążyć do takiego ideału.

Domaganie się od mięsożerców, by zrezygnowali z mięsa w imię humanitaryzmu, to forma moralnego szantażu, a więc działanie nieetyczne. Etyczne działanie jest zawsze łagodne i dobre.

Jedząc mięso, przyczyniamy się do krzywdzenia zwierząt. Czy musimy stać się wegetarianami, jeśli chcemy być naprawdę ludzcy?

Prof. Jan Hartman:
Nie można stawiać ludziom wymagań, których nie są w stanie spełnić. Zabijanie się w świecie zwierzęcym, do którego sami należymy, jest czymś zwykłym i nie ma co udawać, że nie jesteśmy zwierzętami mięsożernymi. Człowiek, który je mięso, nie musi czuć się winny z tego powodu. Jednak powinniśmy dążyć do tego, aby – jeśli to tylko możliwe – jeść mięso pochodzące od zwierzęcia, które miało akceptowalne życie, a śmierć nie była dla niego cierpieniem. Możemy zrobić wysiłek, by życie tych miliardów zwierząt, które powołujemy do istnienia, karmimy, by je potem zabić i skonsumować, nie było tragiczne. Możemy też postarać się o to, by ich śmierć była natychmiastowa i nie poprzedzała jej trauma. Być może to wszystko kosztuje, ale mamy moralny obowiązek te koszty ponosić.

Ale czy to jest w ogóle etyczne, że powołujemy zwierzę do istnienia, by je zabić i zjeść?
To jest pytanie ryzykowne, bo jeśli powiem, że nie, to co z tego wynika? Nie można w dyskursie etycznym jedynie stawiać sobie przed oczy ideałów i odwracać się od rzeczywistości. Mogę przyznać: tak, ludzkość niejedząca mięsa i nieprodukująca broni byłaby lepsza. Ale jest, jaka jest.

W takim razie przyznaje pan, że wegetarianin ma nade mną moralną wyższość, bo ja jem mięso.
Wegetarianin jest idealistą. Kimś, kto robi coś więcej, niż nakazuje obowiązek. Robi coś na rzecz świata bez zabijania.

Powinien być dla nas wzorem?
Nie mamy obowiązku naśladowania osób heroicznych, lecz powinniśmy je doceniać i szanować. Niejedzenie mięsa z powodów etycznych jest takim małym heroizmem. Obowiązek, jaki spoczywa na każdym z nas, to dokładanie starań, by nie wspierać nieetycznej hodowli. A więc nie kupować najtańszego mięsa, z intensywnej hodowli, gdyż wiadomo, że tam zwierzęta miały bardzo złe życie. Już to jest trudne do spełnienia, tym bardziej że wciąż brakuje oznaczeń etycznej hodowli na produktach mięsnych. Ja na przykład, choć bardzo lubię kurczaki i ryby, często wybieram wołowinę. Uważam, że etyczniej jest jeść mięso pochodzące od dużego zwierzęcia. To oznacza bowiem, że jedna śmierć wystarczy do wykarmienia wielu osób. Wyobrażam też sobie, może naiwnie, że ta krowa chodziła po łąkach, a nie stała w oborze, miała więc lepsze życie niż kurczaki stłoczone w kurniku.

Starajmy się jeść mniej mięsa. Jedzmy mniejsze porcje, rezygnujmy z tego produktu w niektóre dni. Ograniczenie spożywania mięsa to znacznie mniej niż wegetarianizm, ale zawsze coś, i korzyść dla zdrowia. Jemy przecież za dużo.
Zwierzętom należy się sprawiedliwe traktowanie.

Nie ma sprzeczności między sprawiedliwym traktowaniem a wykorzystywaniem?
Nie. Inne stosunki moralne wiążą ludzi między sobą, a inne wiążą ludzi z otoczeniem przyrodniczym. Jestem przeciwny myśleniu o przyrodzie jako o zasobach, które są człowiekowi dane i które może sobie wykorzystywać zgodnie z religijnym przekonaniem, że ziemia została oddana nam we władanie. Uważam, że to jest fałszywe i nieetyczne przekonanie, z którym trzeba zerwać. To nie jest tak, że ktoś dał nam ziemię i zwierzęta, a my mamy sobie z tego korzystać. Jesteśmy częścią przyrody. Sami jesteśmy zwierzętami, zwierzęta się wzajemnie zabijają i my też jako zwierzęta zabijamy. Czas, by wreszcie na powrót odkryć własną zrepresjonowaną przez kulturę zwierzęcość. Jako zwierzęta zabijamy inne zwierzęta, ale jako istoty zdolne do empatii i delikatności powinniśmy wyrzec się okrucieństwa wobec innych istot, liczyć się z ich dobrostanem. Relacje moralne, jakie mamy ze zwierzętami, są uboższe niż te, które łączą nas z innymi ludźmi, dlatego że ludzie są wzajemnie dla siebie nie tylko źródłem obowiązków moralnych, ale też wyświadczają sobie świadomie dobro lub zło i wywołują w sobie wzajemnie obowiązek etycznego poszanowania wolności. W relacjach ze zwierzętami tej wzajemności brakuje. Mimo to zwierzę ma uprawnienia moralne jako istota czująca, autonomicznie żyjąca i dzieląca z nami przestrzeń w przyrodzie. Zwierzę, podobnie jak małe dziecko, nie uczestniczy autonomicznie w budowaniu relacji moralnej. Musimy wziąć to na siebie.

Szanujemy zwierzę, ale mamy prawo je zabić?
Tak, ale nie prawo bezwzględne. Tak jak to zwierzę ma „prawo” zabić inne zwierzę, tak i my mamy „prawo” zabijać. Nie to nas czyni złymi, że zabijamy, lecz niewrażliwość, okrucieństwo, bezmyślność. Każdy żyje wedle tego, kim jest i jaki jest. Nie potępiamy lwa za to, że zabija antylopę, bo uznajemy porządek świata, w którym są lwy i antylopy. Nie wtrącamy się w te relacje. My też jesteśmy w tych relacjach, choć one się zmieniły – kiedyś ludzie zabijali i byli zabijani przez zwierzęta, dziś rzadko jesteśmy zabijani.

A czy etyczne jest przeprowadzanie na nich eksperymentów medycznych, testowanie na nich kosmetyków?
Jeśli chodzi o doświadczenia, to z pewnością rozwój medycyny tego wymaga. Ale można te testy przeprowadzać w sposób sprawiający zwierzętom mniejsze lub większe cierpienie. Mówię oczywiście tylko o medycznych testach, bo to ratuje ludzkie życie i zdrowie, nie zaś o kosmetykach. Ważne, by przeprowadzać doświadczenia tylko wtedy, kiedy jest realna potrzeba poznawcza, a nie dla kariery. W Polsce istnieje ponad pięćdziesiąt ośrodków naukowych mających uprawnienia do prowadzenia doświadczeń na zwierzętach. Giną przy tym dziesiątki tysięcy stworzeń i jestem głęboko przekonany, że w bardzo wielu przypadkach doświadczenia te są zupełnie zbędne i przeprowadzane z innych powodów niż realna potrzeba poznawcza.

Jeśli stawia pan tak duży znak zapytania przy moralności naukowców, to czy możemy wymagać od rolnika, by zapewnił humanitarne warunki swojej świni?
Na pewno nie można rolników zostawić samych sobie. Upowszechnianie etycznej hodowli jest długim procesem. To również kosztuje. Nie wystarczą przepisy europejskie i krajowe, bo muszą być również dotacje, szkolenia, ośrodki referencyjne.

Czyli...
To jest taka instytucja, wzorcowa w danym kraju, w danej dziedzinie, która dostarcza wiedzy i pomocy organizacyjnej. W tym wypadku to powinno być gospodarstwo hodowlane połączone z instytutem badawczym, które będzie kształtować w warunkach naszego kraju wzorce jakości hodowli zwierząt, ich transportu i uboju.

Na razie humanitarna hodowla to u nas raczej fikcja, choć w kwestii transportu i uboju jest pewien postęp.
Owszem, ale jest coraz lepiej. Prawo europejskie dopiero się porządkuje, nie ma jednolitego kodeksu, brakuje całościowej wizji gospodarki etycznej, ona powstaje. Polska odstaje od państw Europy Północno-Zachodniej, bo jesteśmy krajem biedniejszym i mamy niższą kulturę rolną. Ale postęp jest. Jeszcze niedawno transport i ubój wolały o pomstę do nieba, dziś mamy coraz więcej specjalistycznych samochodów do transportu żywych zwierząt. Problemem jest masowa, przemysłowa hodowla nastawiona na minimalizację kosztów. Tam zwierzę jako jednostka się nie liczy w ogóle. Można to nazwać, przez analogię do dehumanizacji, „dezanimalizacją”. Właśnie do tych przedsiębiorców trzeba skierować ofertę – dotacje do inwestycji poprawiających warunki hodowli, certyfikaty etycznej hodowli pozwalające trochę podnieść ceny. Społeczeństwo zapewne to zaakceptuje.

Z tym społeczeństwem to jest tak, że pytane przez ankieterów deklaruje, że zapłaci więcej, a potem szuka w supermarkecie najtańszych produktów, najlepiej w promocji. Na jakiej właściwie podstawie twierdzi pan, że ludzie zmieniają swój stosunek do zwierząt?
Widzę, że społeczeństwo jest nieporównanie mniej przepojone agresją niż dawniej.

Dawniej, czyli kiedy?
Nawet w porównaniu z połową XX wieku. A już w stosunku do XIX wieku jest horrendalna różnica w zachowaniach ludzi. Brzydzimy się okrucieństwem i agresją. W połowie XX wieku mieliśmy obozy koncentracyjne, Holocaust, niewiarygodne okrucieństwo. Mówię o codziennych zachowaniach ludzi w czasie pokoju. Nie urządzamy publicznych egzekucji, nie zabawiamy się paleniem kotów.

Może to tylko strach przed prawem?
Nie tylko. Dawniej przemoc była o wiele bardziej akceptowalna społecznie, a ta wobec zwierząt w ogóle nie podlegała refleksji. Ta nasza delikatność, obrzydzenie do przemocy to zdobycz ostatnich dwustu lat.

Czy polowanie mieści się w etycznym zabijaniu?
Jestem wrogiem polowania. Kiedyś to było przedłużenie zwierzęcego sposobu życia. Ludzie polowali tak jak zwierzęta, ponosili przy tym pewne ryzyko, nie uważali się za lepszych, takich, którym wolno zabić, czasem wręcz czcili zwierzęta. Czuli się częścią przyrody. Później wyalienowaliśmy się z przyrody i dziś polowanie jest skrajnie asymetryczne i zbędne – zwierzę nie ma szans. Zabijamy dla przyjemności, a to uważam za kompletną degradację. Nie ma to żadnego związku z potrzebami żywieniowymi. Myśliwi często tłumaczą strzelanie do zwierząt koniecznością utrzymywania równowagi biologicznej w lesie, bo niektóre gatunki nagle ponad miarę się rozmnożyły i zagrażają innym. Owszem, w sytuacji kiedy lasy mają ograniczoną wielkość, pojawiają się zaburzenia równowagi biologicznej, bo np. jest bardzo dużo lisów. Ale to jest z winy człowieka, on tak to urządził. Rozumiem konieczność odstrzału, ale tymi sprawami powinna się zajmować odpowiednia służba publiczna. Nie powinno być tak jak obecnie, że jest sezon polowania na określony gatunek zwierzęcia i praktycznie każdy, kto chce, może sobie całkiem prywatnie polować. Zabijanie dla przyjemności jest w oczywisty sposób nieetyczne. To samo z łowieniem ryb. Ryby nie krzyczą, kiedy wyciągamy je z wody nabite na haczyk. Nie słyszymy ich cierpienia, lecz na to mamy rozum, by o nim wiedzieć. Wędkarz zniża się do poziomu bezmyślnego rekina. Kiedyś, w dawnych wiekach, ludzie nie byli świadomi, że zadają cierpienie zwierzęciu, i to ich usprawiedliwiało. Nie przychodziło im to do głowy, nikt im nie mówił, że to jest jakiś problem. Dziś przychodzi nam to do głowy i od tego momentu tracimy niewinność.

Chce pan pozbawić wędkarzy chwili relaksu nad wodą?
Relaks polegający na tym, że wbijam haczyk w przełyk cierpiącego małego zwierzęcia – nie!

A gdyby wędkarz wyłowił rybkę jakąś siatką, a potem ją zabił, to byłoby w porządku?
Może nieco lepiej, ale nie róbmy zabawy z zabijania. Ktoś, kto idzie na ryby, zabija dla zabawy. Można siedzieć nad wodą z książką zamiast wędki. Ale na to trzeba być istotą rozumną, a nie rekinem.

Powiedział pan kiedyś, że za 50 lat być może nie będziemy hodować zwierząt, by je potem zjeść, tylko mięso będzie pochodziło z hodowli tkanek.
Tak, te tkanki będą zupełnie pozbawione czucia, odrębności. Będziemy je jeść jak jakieś glony. To jest kwestia tylko i wyłącznie bariery kosztowej, bo technologia już jest. Pytanie, czy uda się tak obniżyć koszty, by to się opłacało.

Nie będzie wówczas dylematów moralnych związanych z jedzeniem mięsa?
Nie. Jeśli komórka na odpowiedniej pożywce wyrośnie na kotlet, to możemy go sobie zjeść z czystym sumieniem. Krzywdy mu nie zrobimy, bo nie ma komu.

Może dojdziemy – a przynajmniej niektórzy z nas dojdą do wniosku – że krojenie kotleta go boli, może ten kotlet też jest istotą?
W jabłku, które spadło z drzewa, też toczą się jakieś procesy życiowe. Nie przekraczajmy granicy szaleństwa, gdzieś trzeba się zatrzymać, bo inaczej niczego nie zjemy.

Prof. dr hab. Jan Hartman jest filozofem i bioetykiem. Kieruje Zakładem Filozofii i Bioetyki w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagielońskiego. Jest redaktorem czasopisma filozoficznego „UJ Principia”, a także sekretarzem Komitetu Nauk Filozoficznych PAN.

  1. Psychologia

Jak znaleźć pomysł na siebie? Radzi trenerka Iwona Firmanty

Kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie. (Fot. iStock)
Kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie. (Fot. iStock)
Czujesz, że dotychczasowe miejsce pracy już ci nie służy? Najwyższy czas rozejrzeć się za nowym pomysłem na siebie. Jak się do takiej zmiany odpowiednio przygotować, by nie podjąć decyzji zbyt pochopnie? I jak sprawdzić, czy nowe zajęcie, które sobie wymarzyłaś, rzeczywiście jest dla ciebie?

Powody chęci zmiany mogą być różne – kryzys w branży i wieści o kolejnych zwolnieniach kolegów po fachu, pogłoski w firmie o redukcjach lub zamknięciu naszego działu albo poczucie frustracji z powodu szklanego sufitu. Niezależnie od tego, jaki jest twój punkt wyjścia, jedno w takiej sytuacji jest pewne – że masz poczucie, że stare buty zaczęły cię uwierać i chcesz wymienić je na nowe. Tylko jak przekuć to doświadczenie w pozytywną sytuację – czyli zamiast szukać czegoś po omacku, znaleźć nowy pomysł na siebie, a może nawet „stworzyć” swoją pracę marzeń?

– Sytuacja pod tytułem „Chcę stworzyć plan B, ale nie mam pomysłu na nową siebie” to bardzo częsty problem, z którym zgłaszają się do mnie klienci. Szczególnie dotyczy to ludzi z pokolenia X, ponieważ w polskiej rzeczywistości jeszcze 15–20 lat temu nie uczono młodych tego, jakimi powodami kierować się przy wyborze określonego zawodu – mówi coach i trenerka umiejętności osobistych Iwona Firmanty. – W takich historiach często powtarza się pewien schemat, np. dziewczyna, która świetnie nadawałaby się do marketingu, bo ma wspaniały kontakt z ludźmi, trafia na ekonomię i potem ląduje w firmie, która ją zabija wewnętrznie. Szczególnie jeżeli otoczenie mówi jej: „Zostaw, nie zmieniaj, to dobra firma, dobra marka, dobre stanowisko”.

Strategia Sześciu kapeluszy de Bono

Nieznajomość siebie i własnych zasobów to pierwsza bariera hamująca na drodze do trafnego przedefiniowania siebie na nowo. Drugą często są emocje, które włączają się szczególnie w sytuacji nagłych zmian w otoczeniu i powodują, że zamiast na chłodno ocenić swoje kompetencje i opracować nowy scenariusz, nakręcamy się czarnymi wizjami i przez to osłabiamy samych siebie.

Iwona Firmanty wspomina szkolenie, podczas którego jej klienci dostali informację pocztą pantoflową, że w ich organizacji szykują się degradacje i zwolnienia na wyższych szczeblach. W chwili kiedy rozeszła się pogłoska o cięciach, wszystkich ogarnął strach – przed tym, co się dalej stanie i jak sobie poradzą. Nagle poczuli utratę bezpieczeństwa, choć do tej pory byli przekonani, że w ich branży nagłe zmiany nikomu nie grożą.

– Przeprowadziłam wtedy z grupą strategię sześciu kapeluszy de Bono. Ta metoda polega na spojrzeniu na problem z sześciu stron, w zależności od tego, jaki kapelusz założymy symbolicznie na głowę – opowiada coach.

I tak w sytuacji bardzo emocjonalnej zaczyna się od kapelusza czerwonego, który odpowiada za uczucia, impulsywność. Tutaj wylewamy wszystkie emocje: „Czuję się przerażona”, „Jestem frustrowana i przybita”. Jeżeli emocje są na tyle silne, że włącza się krytykowanie, oskarżanie innych, przechodzimy do kapelusza czarnego – odpowiadającego za negatywizm. Tu można z siebie wyrzucić myśli typu: „To niesprawiedliwe, jak oni mogli nas tak potraktować?!”, „No ładnie, teraz wyląduję bez pracy i z kredytem”. Następny jest kapelusz biały – czyli poziom neutralnych faktów typu: „Nie wiem, czy ta informacja jest prawdziwa, będę mogła ją zweryfikować dopiero w poniedziałek”. Później kapelusz żółty, czyli stacja optymizmu – a więc pozytywne nastawienie do nadchodzącej zmiany. I następnie kapelusz zielony, który odpowiada za nowe możliwości: „Co mi może dać ta sytuacja? Do czego mnie zmobilizuje?”. Ostatni jest kapelusz niebieski – czyli planowanie rozwiązania ze szwajcarską precyzją.

Iwona Firmanty opowiada, że na etapie zielonego kapelusza jednej z uczestniczek szkolenia wyklarował się pomysł na własny biznes – dziewczyna w chwilach stresu piekła wieczorami ciasta, które przynosiła potem do pracy, pod wpływem namowy kolegów postanowiła przekuć swoje hobby w działanie komercyjne – i założyć własny punkt ze zdrowymi domowymi wypiekami.

Uszyj sobie nowe buty: czas na przebranżowienie

Dobrze, tylko jak dotrzeć do swojego potencjału w sytuacji, gdy wiemy, że nie chcemy już robić tego, co do tej pory, ale zupełnie nie mamy nowego pomysłu na siebie?

Iwona Firmanty radzi, żeby zacząć od zebrania wszystkich swoich zawodowych złotych monet, czyli od zastanowienia się, jakie osiągnięcia mamy już na swoim koncie i o czym możemy powiedzieć, że jesteśmy w tym naprawdę dobrzy.

– Zazwyczaj w takiej sytuacji pracę z klientem zaczynam od matrycy kompetencji. Dana osoba ocenia swoje zasoby na dzień dzisiejszy. Wyłania się z tego obraz, w czym jest mocna, co do tej pory wypracowała. I to może być pierwsza wskazówka na temat tego, w którą stronę się kierować.

Jak radzi trenerka, następna rzecz, na której powinniśmy się skupić, to zastanowić się, co takiego potrafimy robić, co może przydać się ludziom. – W dzisiejszych zabieganych czasach zarabia się albo na odciążaniu innych czy też przeciwdziałaniu lenistwu, albo na sprzedawaniu przyjemności – dodaje Iwona Firmanty.

Chodzi o to, żeby spojrzeć na siebie trochę bardziej kreatywnie – masz lekkie pióro, umiejętności copywriterskie, a nie chcesz dłużej pracować na etacie w wydawnictwie? Twoje umiejętności mogą się przydać osobom, które mają wiedzę, odniosły sukces w swoim fachu i marzą o napisaniu książki, a nie mają czasu, żeby usiąść i spisać swoje przemyślenia. A może interesujesz się zdrowym stylem życia, czytasz specjalistyczne książki – pomyśl o założeniu bloga, który będzie motywował innych do wprowadzania zdrowych nawyków.

Druga opcja to sięgnięcie do dzieciństwa i próba odkurzenia swoich pasji – co lubiłam kiedyś robić? Co mi zawsze sprawiało przyjemność? Może np. zawsze chciałam pomagać innym, ale zamiast na wymarzoną psychologię za namową rodziny poszłam na rachunkowość? Warto na chwilę przyciszyć głos rozsądku i przypomnieć sobie, co nas tak naprawdę zawsze kręciło, przychodziło z lekkością i sprawiało radość. Albo skupić się na bieżących pasjach: – Jeżeli mamy osobę, która wykonuje swój zawód jako tako, żeby mieć tylko na rachunki, ale np. ma pasję rowerową, to może się okazać, że jeżdżąc hobbystycznie np. 200 km dziennie, może zdobyć sponsorów – mówi Iwona Firmanty. – Mając sponsorów, może z kolei zarabiać na testowaniu rowerów, koszulek itp. Jeżeli chcemy zarabiać na swojej pasji, to bosko, tylko zróbmy to w taki sposób, żeby nam ona nie obrzydła – przestrzega trenerka.

Personal branding: Wyciśnij cytrynę do cna

Fajny pomysł na siebie to już dużo, ale trzeba jeszcze zadbać o to, żeby nie rzucić się przedwcześnie na głęboką wodę. Iwona Firmanty radzi, żeby zanim odejdziemy ze starej firmy, wykorzystać ją jeszcze do zbudowania swojego wizerunku, czyli do personal brandingu. – Świadomi własnej wartości, będziemy lepiej rozdawać karty, nieważne, czy planujemy zmianę branży, firmy czy przejście na freelancing – mówi Iwona Firmanty. – Dlatego póki jesteśmy jeszcze w organizacji, zbierzmy wszystkie dowody społeczne na to, że byliśmy i jesteśmy świetni, przynieśliśmy określony zwrot z inwestycji, a zatem jesteśmy cennymi fachowcami.

A zatem spisujemy wszystkie dotychczasowe osiągnięcia, żeby stworzyć mapę swoich sukcesów. To mogą być dyplomy, pochwały czy nawet projekty, które niekoniecznie przełożyły się na pieniądze, ale pozwoliły zdobyć fajne doświadczenie. – Następnie robimy „instrukcję obsługi” osób, przy których powinniśmy się wykazać takimi kompetencjami, żeby stały się naszymi osobami referencyjnymi – mówi Iwona Firmanty.

Nic tak nie uwiarygodni naszej marki, jak lista osiągnięć i pozytywne opinie wystawione w dotychczasowym miejscu pracy – i to niezależnie od tego, czy będziemy chcieli później pokazać się od najlepszej strony przed HR-owcem podczas rekrutacji do innej firmy, czy będziemy promować w Internecie swoje usługi jako freelancer.

Dobrym pomysłem jest też wykorzystywanie obecnej firmy do zdobycia kompetencji potrzebnych w nowym miejscu. – Można pójść do szefa i zaproponować, że chcemy zrobić dla niego nieodpłatnie coś, co przyda nam się w nowej branży – np. marzymy o pracy w szkoleniach, nie mamy doświadczenia, ale proponujemy szkolenie dla naszych kolegów z pracy – mówi Iwona Firmanty. – To nic, że zrobimy je za darmo – potraktujmy to jak inwestycję, która zwróci się z nawiązką w przyszłości. Możliwość wystąpienia przed grupą, sprawdzenia siebie jest bezcenna.

Inny pomysł to pomoc kolegom z sąsiedniego działu, np. pracujemy w dziale finansów, a ciągnie nas do marketingu – pójdźmy i spytajmy, czy nie przyda się dodatkowa osoba do jakiegoś projektu. Dla nich to bonusowa siła robocza, a dla nas cenny wpis do CV.

Nie odpuszczaj na finiszu

Ostatni etap to przeniesienie pomysłu z fazy wizji do etapu realizacji. – Osobom, które chcą założyć własny biznes, rekomenduję rozwiązanie, że jestem w jednej firmie, a buduję kolejną – mówi Iwona Firmanty. – Ja ten model przeszłam i się sprawdził, bez żadnych kredytów czy finansowego wsparcia osób z zewnątrz – z ciężkiej pracy mojej i zespołu ludzi, którzy mi zaufali. Kiedy inni kończyli swój dzień pracy, u mnie zaczynał się drugi etat. I wtedy nie było opcji, że się nie chce. Była chęć działania i motywacja zadbania o coś swojego, co dzisiaj jest moim źródłem dochodu i pozwala zatrudniać zespół świetnych ludzi.

Jak podkreśla Iwona Firmanty, w momencie gdy szefostwo już wie, że mamy plan B, nie powinniśmy odpuszczać, tylko tym bardziej pokazać, że jesteśmy kompetentnymi i odpowiedzialnymi ludźmi: – Każdy, kto zarządza firmą, ma podstawowy cel – zwrot z inwestycji. I owszem, może kogoś lubić, ale jeżeli ten ktoś chce odejść, to szef chce mieć pewność, że nie będzie miał luki kadrowej.

Szycie nowych butów, czyli kreowanie zawodowego planu B, jeżeli tylko pozwolimy sobie na pewną dozę otwartości i spontaniczności, może się przerodzić w ciekawą podróż w głąb siebie – uruchamiając wewnętrznego wizjonera, czyli zaprzęgając wyobraźnię do stworzenia nowych celów, możemy odkryć całkiem nowe lądy, których zupełnie się po sobie nie spodziewaliśmy. I tylko od nas zależy, co zrobimy ze  swoim odkryciem dalej – przejdziemy do realizacji czy pozostaniemy na etapie snucia marzeń.

Iwona Firmanty, trenerka umiejętności osobistych, coach kadry menedżerskiej, psycholog, socjolog, ekspertka z zakresu umiejętności interpersonalnych, komunikacji, wystąpień publicznych i budowania relacji. 

  1. Psychologia

W jaki sposób połączyć pracę z przyjemnością?

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Po pierwsze, zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością! (Fot. iStock)
– Życie nie zaczyna się dopiero po pracy, żyjesz przez cały czas. Kiedy to zrozumiesz, w sposób naturalny zadbasz o sferę zawodową tak, żeby się nie skrzywdzić - twierdzi life coach Joanna Godecka.

 

Czy pracę i przyjemność można w ogóle połączyć? – spytasz. Można, a nawet trzeba – twierdzi Joanna Godecka. – Nie istnieje podział na życie prywatne i to zawodowe. Życie to życie, jest jedno - dodaje.

Jak sprawić, żeby czas, jaki spędzasz w pracy, był taką samą frajdą jak tzw. czas wolny? Zdefiniuj, co jest dla ciebie przyjemnością, co możesz robić bez przerwy i niemal bez wysiłku, i zadbaj o to, żeby twoja praca zawierała te elementy. Proste. Dajmy na to, lubisz siedzieć w kawiarni i patrzeć na ludzi. Co cię w tych ludziach najbardziej interesuje? Może to, jak są ubrani? Może zgadujesz, kim dla siebie są, jakie relacje tworzą? Może po prostu słuchasz, w jaki sposób i o czym mówią? Zatem twoim atutem jest obserwowanie ludzi. To może być twój punkt wyjścia. Bo wiele wskazuje na to, że potrafisz i – co ważniejsze – lubisz obserwować. Może dobrze wyłapujesz trendy i mogłabyś prowadzić modowego bloga albo zająć się projektowaniem ubrań? Obserwowanie ludzi, ich zachowań, ich życia przydaje się też w marketingu, PR, w dziennikarstwie oraz w pisaniu książek. A także w szeroko rozumianej psychologii. Wnioski wzrokowca to twarde dane, które można wykorzystać w wielu dziedzinach. W nich właśnie możesz się spełnić.

Kariera a czerpanie przyjemności z pracy

Dobrze jest wziąć też pod lupę swoje przekonania na temat tego, czy rzeczywiście jest w tobie zgoda na to, żeby dostawać wynagrodzenie za coś, co sprawia ci przyjemność. Może praca to dla ciebie jednak duży wysiłek, zmęczenie, stres oraz masa wyrzeczeń i dopiero gdy przejdziesz tę trudną drogę, dajesz sobie prawo do odpoczynku? Z takim przekonaniem zapewne nie oprzesz kariery na przyjemności.

– Z moich obserwacji wynika, że pokutują w nas trzy błędne przekonania na temat kariery – twierdzi Joanna Godecka. – Pierwsze z nich mówi o tym, że kariera jest uwarunkowana ciężką pracą. Mnóstwo osób podkreśla, że niemal nocują w swojej firmie, a na pewno harują od świtu do nocy. Drugi mit – żeby zrobić karierę, trzeba być wredną suką, kogoś wygryźć, iść po trupach. I wtedy albo tych trupów wypatrujemy, albo stwierdzamy, że nie jesteśmy kimś, kto w ten sposób będzie robił karierę, i w ogóle jej nie robimy. Trzeci mit zakłada, że trzeba mieć farta, po prostu w czepku się urodzić. Wiadomo, szczęściarzy jest wśród nas stosunkowo niewielki procent, więc wielka kariera jest nie dla nas.

Tego typu przekonania, często nie do końca nawet uświadamiane, są przyczyną albo braku kariery, albo kariery, która nas zupełnie nie satysfakcjonuje, nie mówiąc już o sprawianiu przyjemności. Dlatego dobrze, żebyś zastanowiła się także nad tym, co dla ciebie oznacza sukces.

Cena sukcesu

Ktoś może powiedzieć, że odniósł sukces, bo pracuje na prestiżowym stanowisku, ma dom za miastem oraz na wybrzeżu, sportowe samochody i co roku wakacje na końcu świata. Ktoś inny może być zdania, że odniósł sukces, bo wstaje rano z uśmiechem, czuje, że jest wolny, robi to, co kocha, i jest otoczony fajnymi ludźmi.

– Nasze rozumienie sukcesu jest spaczone i skazuje na wspinanie się na szczyty po zdobycze głównie materialne – mówi Joanna Godecka. – Osób, które mają władzę, prestiż, są opiniotwórcze, nikt nie pyta, jak się z tym czują, bo zakładamy, że to właśnie jest szczęście. Ale czy rzeczywiście?

Nazywanie sukcesem rezultatu działań zawodowo-finansowych jest jednowymiarowe. – Czym sukces jest dla mnie? – zastanawia się Joanna Godecka. – Jest robieniem tego, co naprawdę sprawia mi przyjemność. To również ustawienie prawidłowych proporcji między komercjalizacją tego, co robię, a czerpaniem z tego radości. Często zdarza się, że kiedy przyjemność zamieniamy na narzędzie do zarabiania pieniędzy, zaczynamy za bardzo kalkulować i frajda gdzieś nam się rozpływa. Czyli potrzebny jest kompromis między pasją a jej komercjalizacją. Sukcesem jest, jeżeli możemy się na krańcu naszego życia zatrzymać i powiedzieć, że mieliśmy fajne życie, że niczego nie żałujemy. Chyba nie ma człowieka na kuli ziemskiej, który na łożu śmierci powiedziałby: „szkoda, że nie zostawałem dłużej w pracy”.

Miej świadomość, że uważając materialno-prestiżowe wartości za najistotniejsze, często odcinasz się od całej reszty swoich potrzeb: emocjonalnych, intelektualnych, kontaktu z naturą, sztuką, innymi ludźmi. Cierpią wówczas głębsze potrzeby relacyjne, mające na względzie wymianę uczuć, a nie informacji: co zrobiłam, co kupiłam, co mam w swoich ambitnych planach.

– Czasem ludzie starają się godzić taki schematycznie postrzegany sukces z resztą życia, ale jeżeli bardzo go pożądają, równowaga zaczyna się niebezpiecznie chwiać, ponieważ czas niepoświęcony pracy zaczynają uważać za bezproduktywny i rezygnują z innych aktywności, gubiąc po drodze przyjemność z życia – tłumaczy life coach.

Niepotrzebna kalkulacja

Tak możemy skończyć, jeśli wybieramy swoją aktywność zawodową, kalkulując: „Lubię malować i mam do tego talent, ale jaki artysta teraz zarabia kasę, chyba lepiej pójdę na stomatologię, bo ludzie zawsze będą mieli dziury w zębach”. Jeśli decydując się na jakąś pracę, wychodziliśmy z tego poziomu, raczej jesteśmy skazani na brak przyjemności w życiu zawodowym.

– Znam ludzi, którzy zarabiają naprawdę duże pieniądze i nie znoszą tego, co robią. Obiecują sobie, że za jakiś czas rzucą to w diabły, ale ciągle ten moment odkładają, bo potrzeby materialne rosną – mówi Joanna Godecka.

Większą szansę na to, że praca przyniesie nam przyjemność, mamy wtedy, gdy zamiast na względy prestiżowe czy finansowe postawimy na preferowany styl życia. Są ludzie, którzy dobrze czują się w strukturach, instytucjach, ramach. Lubią rano elegancko się ubrać i wyjść do pracy. Uważają, że gdy siedzą w domu, życie im ucieka. Innych to głęboko unieszczęśliwia i lepiej jest dla nich, jak pracują na własną rękę, w wolnych zawodach. Dlatego tak ważna jest świadomość siebie, własnego rytmu.

– Wszyscy mamy unikatowe cechy – mówi Joanna Godecka. – Osoba, która jest elastyczna, nie będzie czerpać przyjemności z pracy, jeśli narzucone jej będą sztywne godziny i spora kontrola. Ktoś taki potrzebuje dywersyfikacji działań, płynnego zarządzania czasem. Natomiast ktoś, kto uwielbia planować, poczuje się jak ryba w wodzie, ustalając stałą formułę działania dla innych. Warto poznać swoje predyspozycje i jednocześnie potrzeby. Jeden człowiek w chaosie czuje się rozbity, a drugi go potrzebuje, bo mu się z tego chaosu co chwila coś wyłania.

Odwagi!

Mamy też prawo powiedzieć sobie, że dziedzina, którą się zajmowaliśmy, przestała nas już fascynować. Można stwierdzić, że pasja się wypaliła i nie myśleć o tym w kategoriach straty, bo zainwestowałam czas, pieniądze, zdobyłam cenne doświadczenia i teraz będę musiała zaczynać od początku. Dajmy sobie prawo do zmian. – Nie można być życiowym konformistą. Jeżeli chcesz mieć przyjemność z pracy, trzeba być odważnym, zaryzykować – podpowiada Joanna Godecka. – Bo są takie pasje, w których od razu nie odniesiemy sukcesu rozumianego jako mnóstwo pieniędzy. Ale jeśli naprawdę chcemy to robić i godzimy się, że będziemy przez jakiś czas żyć bez nadmiaru wszystkiego, to odważnie wchodzimy na tę drogę. Jeśli jesteśmy połączeni ze swoją głębią energetyczną, ze swoimi emocjami, ze swoimi potrzebami, to zawsze wybieramy swoją ścieżkę.

Nie oczekujmy jednak, że będziemy podobali się wszystkim. Są ludzie, którzy dla otoczenia są niezrozumiali, bo robią coś swojego, często niszowego. Inni pukają się w głowę, gdy to widzą, ale to ci odważni śmieją się ostatni, bo mają z pracy przyjemność.

Jeśli chcemy połączyć przyjemne z pożytecznym i pracę z zabawą, nasza motywacja nie może wynikać z lęku czy asekuracji. Działajmy z miejsca pozytywnego wyzwania. Myślmy tak: „Robię to, bo chcę spróbować”, „To sprawia mi frajdę”, „Mam odwagę to robić”. Nie nastawiajmy się na przetrwanie, w życiu nie chodzi o to, żeby nie dać się zniszczyć, pogrążyć, wyjść obronną ręką.

– Zapragnijmy przeżyć swoje życie jak najfajniej. Niech przygody, które nam się w nim zdarzają, będą twórcze i inspirujące – mówi Joanna Godecka.

  1. Styl Życia

Personal branding. Jak zaprezentować się pracodawcy?

Odpowiednie przygotowanie do rozmowy kwalifikacyjnej ułatwi zaprezentowanie swoich najmocniejszych stron (Fot. iStock)
Odpowiednie przygotowanie do rozmowy kwalifikacyjnej ułatwi zaprezentowanie swoich najmocniejszych stron (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Chcesz dostać pracę? Mów i myśl: jestem w tym dobra! Tym bardziej, że na rozmowie rekrutacyjnej masz mało czasu na odegranie ważnej roli, której efektem, jeśli dobrze pójdzie, będzie angaż. Jak się do takiej rozmowy przygotować i jakich błędów nie popełniać, pytamy Katarzynę Bąkowicz, ekspertkę od personal brandingu.

Powiedzmy, że od dłuższego czasu szukam pracy, ale wciąż bez efektu. O co powinnam zadbać, żeby ją wreszcie dostać?
Pierwszy etap to zdefiniowanie, czego ja chcę. A więc trzeba zacząć od rozmowy z samą sobą. Co wiem? Że nie chcę dłużej wykonywać obecnego zajęcia. Czego muszę się dowiedzieć? Co chcę robić dalej. Jakiej pracy szukam. Jakie mam kwalifikacje, żeby ją wykonywać. Czy to ma być coś, co już wcześniej robiłam. Czy coś zupełnie nowego. Czy chcę iść na etat. Czy chcę założyć własną firmę. Gdy już to wiem, przechodzę do kolejnego etapu, związanego już z personal brandingiem, czyli do tworzenia CV…

Zatrzymajmy się na chwilę przy pojęciu „personal branding”, które zyskuje ostatnio coraz większą popularność. Specjaliści podkreślają, że dotyczy każdego z nas. Na czym polega budowanie marki osobistej?
Zastępczo do personal branding używa się pojęcia „kreowanie wizerunku”. Tylko że kreowanie wizerunku ma zwykle negatywne konotacje i odnosimy je do osób publicznych – polityków, sportowców, dziennikarzy. Natomiast personal branding dotyczy każdego, kto chce wejść w jakąś zawodową przestrzeń. Pierwszym jego elementem jest CV – ono pokazuje pracodawcy, kim jesteś. Chodzi o to, aby dostarczyć informacji, które są niezbędne do wykonywania pracy, jaką on może ci zaoferować. Pokazać, że jesteś osobą, której szuka. Zatem to nie może być chaotyczny zbiór informacji o różnych pracach wakacyjnych, chyba że kilka razy byłaś kelnerką i teraz chcesz pracować w korporacji spożywczej, gdzie ten fakt może pomóc.

Przy czym zaznaczam, że nie jestem zwolenniczką stwierdzenia, że liczy się tylko pierwsze wrażenie.  Choć faktycznie w przypadku rozmowy o pracę jest ono bardzo ważne. Całą sobą – od stroju, przez zachowanie, postawę, sposób mówienia, treść i formę – komunikujesz: „jestem w tym dobra”.

Jak rozumiem chodzi o spójność - żeby nasz wizerunek nie był oderwany od tego, co chcemy zakomunikować rekruterowi. Tylko jak powinno wyglądać w praktyce przygotowanie do takiego spotkania?
Pierwsza rzecz - musimy wiedzieć, do jakiej firmy idziemy. Czym ta firma się zajmuje, ale też jaki styl ubioru, zachowania i komunikowania się tam obowiązuje. Nie będzie tego w informacji o firmie na stronie internetowej, ale odczytamy to ze zdjęć i grafiki. Dużo powie nam też sama branża - jest różnica pomiędzy agencją reklamową a ministerstwem. Dostosowujemy się do tego - jeżeli firma przestrzega określonego dress code'u, nie zakładamy jeansów i trampek. Natomiast jeżeli jest to agencja reklamowa, możemy pozwolić sobie na większą swobodę. Choć trzeba dodać, że delikatna elegancja zawsze i wszędzie jest stosowna.

Dobrze jest też się dowiedzieć, ile czasu dostaniemy na autoprezentację. Informacji można zasięgnąć od sekretarki, która nas umawia na spotkanie. Bo inaczej mówimy, gdy mamy pięć minut, a inaczej, gdy mamy godzinę. Z taką wiedzą lepiej się przygotujemy. Warto przed spotkaniem usystematyzować swoją wiedzę na temat samej siebie - odpowiedzieć sobie na pytanie: Dlaczego chcę tu pracować? Co mogę dać tej firmie? Co firma może dać mnie? Dlaczego to ma być opłacalne dla obu stron? Dlaczego ta firma ma mnie zatrudnić? Coraz częściej właściwą odpowiedzią na ostatnie pytanie jest: Dlatego, że mam wysoki poziom umiejętności miękkich. Przypuszczalnie w danej firmie podstawą jest kontakt z klientem, zatem nie moje doświadczenie będzie ważne, ale fakt, że szybko się uczę i dobrze się komunikuję z innymi.

No dobrze, powiedzmy, że odrobiłam pracę domową i zrobiłam już rozeznanie we własnych kwalifikacjach i oczekiwaniach, dowiedziałam się też sporo na temat firmy, do której aplikuję. O co powinnam zadbać podczas samej rozmowy?
Przede wszystkim nie bójmy się zadawać pytań i dawać sobie czasu na zastanowienie się nad odpowiedzią, kiedy to my jesteśmy o coś pytanie. Nie musimy odpowiadać natychmiast. Najpierw musimy zrozumieć, o co nas zapytano, wymyśleć odpowiedź i dopiero wtedy jej udzielić. Nikt za 30 sekund namysłu nie wyrzuci nas za drzwi. Możemy zapytać nawet: "Dlaczego zadaje mi pan takie pytanie?", "Jakie to ma znaczenie z pana perspektywy?" - oczywiście w atmosferze życzliwości. Bo celem rozmowy rekrutacyjnej jest wymiana informacji pomiędzy obiema stronami, sprawdzenie siebie nawzajem.

Na rozmowie wstępnej, tak jak podczas każdej komunikacji międzyludzkiej, podstawą jest uważność i świadomość, czyli słuchanie tego, co ktoś mówi, i udzielanie odpowiedzi na zadane pytania. Trzeba mieć również świadomość konsekwencji tego, co mówimy. Jeżeli powiem mojemu szefowi: "Nigdy się nie spóźniam", to nie mogę okazać się potem notorycznym spóźnialskim. Chcesz być słowna? Powiedz: "Ramowy wymiar pracy nie jest elementem, który świadczy o moich kompetencjach". Na pewno dużo lepiej są postrzegane osoby, które są przewidywalne - spokojne, ale kreatywne, osadzone w kategoriach powszechnie rozumianej normalności, ani nadmiernie ekspresyjne, ani flegmatyczne. Dlatego najlepiej sprawdza się też spokojny sposób komunikacji - słucham, mówię, słucham, mówię. Rozmawiam z innymi tak, jak sama chcę, żeby ze mną rozmawiano.

A postawa - czy ma znaczenie? Jak powinnam na przykład siedzieć?
Wiadomo - żeby nam się dobrze rozmawiało, musi nam się dobrze siedzieć. A żeby nam się dobrze siedziało, musimy mieć prosty kręgosłup. Niezależnie od tego, na czym siedzimy, trzymamy kości pośladków wbite w podłoże i nie opieramy pleców o oparcie. To gwarantuje w miarę prostą postawę. Dzięki temu wyglądamy na bardziej kompetentnych, a układ formacyjny działa sprawniej i swobodniej wydobywa się głos. Pomimo stresu nie dostaniemy zadyszki i nie będziemy się męczyć podczas rozmowy. A jeżeli nie czujemy się pewnie, możemy zaproponować spotkanie na neutralnym gruncie, np. w kawiarni na dole w biurowcu, dzięki czemu nie przychodzimy w roli gościa czy petenta. Spotykamy się na równej płaszczyźnie, a duża ilość bodźców dookoła i wspólne wypicie herbaty rozluźnia obie strony i ułatwia nawiązanie kontaktu. Warto sprawdzić, czy taka możliwość istnieje.

Czy to prawda, że komunikacja niewerbalna może mieć nawet większe znaczenie niż werbalna?
Komunikujemy się zawsze, z każdym i w każdy możliwy sposób. Dlatego ja nie rozdzielam komunikacji werbalnej od niewerbalnej. Spójrzmy na świat zwierząt - one komunikują się za pomocą dźwięków. Nie mówią, ale komunikują się. Na przykład miauczenie kota może wyrażać: smutek, ból, rozpacz, radość, zadowolenie... Poznajemy to po brzmieniu głosu. My, ludzie, działamy tak samo. Najpierw odbieramy parametry dotyczące głosu - jego wysokość, barwę, tempo, melodię i dopiero do tego dokładamy słowa i sprawdzamy, czy te słowa pokrywają się z tym, co wcześniej zinterpretowaliśmy. A to, jak brzmi nasz głos, zależy od tego, jak się zachowujemy. Gdy kot miauczy radośnie, nie ma nastroszonej sierści i podniesionego do góry ogona. A kiedy jest zły, nie leży rozwalony na plecach. My robimy tak samo. Gdy stoję wyprostowana i swobodna, mój głos brzmi pewnie. Jeżeli jestem zgarbiona i ściśnięta, głos jest niepewny. Jedyną rzeczą, która niszczy nasz wizerunek, jest jego niespójność. Bo jesteśmy całością. I w całości jesteśmy odbierani i interpretowani.

Załóżmy, że nadal czuję się niepewnie i przed rozmową kwalifikacyjną chciałabym jeszcze skorzystać z konsultacji u fachowca. Jak znaleźć dobrego specjalistę od personal brandingu?
Taki ktoś musi być trochę coachem, trochę psychologiem, także specjalistą od marketingu i komunikacji. Bo wizerunek to wnętrze człowieka przeniesione na zewnątrz. Budowanie go obejmuje oczywiście dobór koloru wizytówek, długości spódnicy i nowej fryzury, ale samymi tymi elementami niczego nie zbudujemy. Cechą podstawową wizerunku musi być jego spójność i naturalność. Pozostajemy tą samą osobą, ale zaczynamy pokazywać siebie w takim świetle, że wyglądamy lepiej. Personal branding jest pracą na poziomie wewnętrznym i zewnętrznym, bo z powodu swoich cech osobowości preferujemy pewien rodzaj stroju i zachowania. Dobry specjalista od personal brandingu przygotuje do wszystkich sytuacji, jakie mogą nas spotkać, i nauczy reagowania na nie. Cały proces jest oparty na stuprocentowej spójności i naturalności. Dzięki temu zmiana, jaka się dokonuje, jest wiarygodna dla otoczenia, i wygodna dla nas.

Katarzyna Bąkowicz:
coach, logopeda, specjalistka od komunikacji medialnej i biznesowej, ekspertka od personal brandingu, prowadzi szkolenia z komunikacji wewnętrznej, zewnętrznej oraz prezentacji, buduje wizerunek organizacji (PR, CSR), a także wspiera liderów indywidualnymi procesami rozwojowymi.

Rozgrzewka dla niepewnych siebie, czyli personal branding w kilku krokach

Spójrz w lustro. Zacznij od kontaktu z samą sobą. Przyjrzyj się sobie. Jak wyglądasz? Jak mówisz do osoby w lustrze? Czy kogoś przypominasz? Czy prosto stoisz? Czy nie za bardzo machasz rękami? A może trzymasz je zwieszone? Jak byś zobaczyła siebie w telewizji, to co byś o tej osobie pomyślała? Czy to jest fajna babka?

Popatrz na siebie krytycznie.
I wypisz na kartce listę swoich cech. Jeżeli znajdziesz tam słowo „pedantyzm”, które uważasz za zaletę, bo dzięki niej twoje mieszkanie wygląda jak galeria, a ty sama znasz na pamięć wszystkie terminy spotkań – zastanów się, czy to pasuje do twojego miejsca pracy. Jeżeli w danej firmie liczy się kreatywność i fantazja, to twoje poukładanie nie jest tam potrzebne. Więc pomyśl, gdzie i do czego możesz się przydać. Kto może potrzebować dobrze zorganizowanej kobiety?

Zbuduj siebie na nowo.
Zastanów się, kim chciałabyś być. Jak chcesz być postrzegana? Jaki ma być twój wizerunek? Kogo byś z siebie zbudowała? Czy np. rola bizneswoman to jest twoja rola? Czy może lepiej odnajdujesz się w wolnym zawodzie? Zastanów się, jakie masz cechy i do czego możesz ich użyć. W jakim obszarze zawodowym można je najlepiej wykorzystać?

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).