1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Trzy rodzaje lenistwa – co o naszym „niechceniu” mówi buddyjska mniszka Pema Chödrön?

Trzy rodzaje lenistwa – co o naszym „niechceniu” mówi buddyjska mniszka Pema Chödrön?

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Lenistwo jest cechą typową dla ludzi. Niestety, blokuje energię czuwania i podważa pewność siebie oraz siłę. Są trzy rodzaje lenistwa  – nastawienie na wygodę, utrata nadziei i „nic mnie to nie obchodzi”. Wszystkie trzy przyczyniają się do utknięcia w wyniszczających nawykowych schematach postępowania. Jednakże analizowanie ich z wnikliwością niweluje ich moc.

W ogrodzie łagodnej czystości. Niech cię bombardują orzechy kokosowe przebudzenia. Chögyam Trungpa Rinpocze
Pierwszy rodzaj lenistwa – nastawienie na komfort – wynika z dążenia do unikania wszelkich niedogodności. Chcemy odpocząć i mieć święty spokój. Ale ciągłe uspokajanie się, lulanie staje się nawykiem, a my popadamy w znużenie i zniechęcenie. Jeśli pada deszcz, jedziemy pół przecznicy, byle tylko nie zmoknąć. Gdy zaczynają się upały, od razu włączamy klimatyzację. Gdy boimy się przeziębienia, od razu włączamy ogrzewanie. W ten sposób tracimy kontakt z esencją życia.

Zawierzamy szybkim zmianom na lepsze i uzależniamy się od natychmiastowych efektów.

Ten szczególny rodzaj lenistwa sprawia, że stajemy się agresywni. Każda niedogodność wywołuje w nas oburzenie. Wybuchamy, kiedy zepsuje się samochód, kiedy nie ma wody lub prądu, kiedy musimy siedzieć na twardym. Nastawienie na wygodę tłumi naszą wrażliwość na zapachy, widoki i dźwięki. Sprawia też, że ciągle jesteśmy niezadowoleni. Jednak z jakiegoś powodu w głębi serca od zawsze wiemy, że same przyjemności nie są drogą do trwałego szczęścia.

Drugim rodzajem lenistwa jest utrata nadziei. Ogarnia nas poczucie beznadziei, pojawia się myśl: „o, ja biedny”. Czujemy się tacy poszkodowani, że do niczego się nie nadajemy. Siedzimy przed telewizorem, jemy, pijemy i palimy, bezmyślnie oglądając kolejne programy. Nie możemy zmusić się do zrobienia niczego, co pozwoli przyjrzeć się, dlaczego straciliśmy ducha. Nawet jeśli zdołamy podnieść się i otworzymy okno, robimy to bez przekonania. Wykonujemy zewnętrzny gest przebicia się przez lenistwo, ale pozostaje w nas poczucie beznadziei. Te gesty podkręcenia lub przebijania się są jednak przejawem utraty nadziei. Wciąż mówimy do siebie: „Jestem do niczego. Nie ma dla mnie żadnej nadziei. Nigdy mi się to nie uda”. Więc tak naprawdę nie odpuszczamy. Zapo­mnieliśmy, jak sobie pomóc. Brakuje nam wiedzy na temat tego, co przyniesie nam prawdziwą ulgę.

Trzeci rodzaj lenistwa, „nic mnie to nie obchodzi”, jest charakterystyczny dla poczucia żalu. Pokazujemy światu środkowy palec. Ten stan jest podobny do utraty nadziei, ale znacznie trudniejszy. Utrata nadziei ma w sobie pewien rodzaj miękkości i wrażliwości, natomiast „nic mnie to nie obchodzi” jest agresywne i prowokujące. „Świat jest popieprzony. Nie daje mi tego, na co zasługuję, więc po co się przejmować?” Idziemy do baru i pijemy cały dzień, a jeśli ktoś odezwie się do nas, reagujemy z agresją. Albo zasuwamy zasłony, kładziemy się do łóżka i naciągamy koc na głowę. Jeśli ktoś próbuje nas rozweselić, niech Bóg ma go w swojej opiece! Grzęźniemy w poczuciu niedocenienia i się poddajemy. Nie szukamy drogi wyjścia. Chcemy tylko siedzieć i pogrążać się w mroku. Używamy lenistwa jako sposobu na zemstę. Taki rodzaj lenistwa może łatwo przekształcić się w obezwładniającą depresję.

W takich przypadkach korzystamy z trzech nawykowych metod. Nazywam je trzema jałowymi strategiami – atakowania, pobłażania i ignorowania.

Szczególną popularnością cieszy się jałowa strategia atakowania. Kiedy uświadomimy sobie własne lenistwo, zaczynamy siebie potępiać. Krytykujemy i zawstydzamy siebie za to, że się pocieszamy, że użalamy się nad sobą czy nie wstajemy z łóżka. Pogrążamy się w poczuciu niegodziwości i winy.

Równie powszechna jest jałowa strategia pobłażania. Usprawiedliwiamy swoje lenistwo, a nawet pochwalamy je. „Taki po prostu jestem. Nie zasługuję na dyskomfort i niedogodności. Mam mnóstwo powodów, żeby się denerwować albo spać całą dobę”. Mogą nas nękać poczucie zwątpienia w siebie i wrażenie nieadekwatności, ale przekonujemy samych siebie do tego, żeby zaakceptować nasze zachowanie.

Strategia ignorowania jest dość skuteczna, przynajmniej przez jakiś czas. Dezintegrujemy się, odlatujemy, popadamy w odrętwienie. Robimy wszystko, co możliwe, aby zdystansować się od nagiej prawdy o naszych przyzwyczajeniach. Działamy na automatycznym pilocie i po prostu unikamy zbyt uważnego przyjrzenia się temu, co robimy.

Praktyki treningu umysłu wojownika to czwarta opcja oświeconej strategii. Jest to metoda polegająca na doświadczaniu w pełni tego, czemu się opieramy – bez wchodzenia w żadną z trzech jałowych strategii. Zaczynamy wnikliwie przyglądać się każdemu z trzech rodzajów lenistwa. Dzięki treningowi bodhiczitty uczymy się nie tłumić oporu poprzez kontakt z fundamentalną miękkością i bezzasadnością naszego istnienia, zanim stwardnieje. Robimy to z wyraźną intencją, żeby nasze lgnięcie do ego zmniejszało się, a nasza mądrość i współczucie wzrastały.

Ważne jest, aby zdawać sobie sprawę, że zazwyczaj nie chcemy zajmować się lenistwem ani żadnym innym nawykiem. Chcemy pobłażać, ignorować lub potępiać. Chcemy dalej korzystać z trzech jałowych strategii, ponieważ kojarzą się nam z poczuciem ulgi. Chcemy nadal uciekać w pocieszanie się, w opowiadanie sobie bez końca, że straciliśmy nadzieję, lub w rozmyślanie nad fatalizmem postawy „nic mnie to nie obchodzi”.

W pewnym momencie możemy jednakże poczuć zainteresowanie i zacząć zadawać pytania typu: „Dlaczego cierpię? Dlaczego nie ma żadnej poprawy? Dlaczego moje niezadowolenie i nuda narastają z roku na rok?”.

Właśnie wtedy możemy przypomnieć sobie nasze szkolenie. Właśnie wtedy możemy poczuć, że jesteśmy gotowi do eksperymentowania ze współczującą postawą wojownika. Właśnie wtedy zaczyna mieć sens wskazówka, żeby pozostać z miękkością i nie twardnieć.

Dlatego zaczynamy przyglądać się naszemu lenistwu i bezpośrednio doświadczać jego istoty. Poznajemy nasz strach przed dyskomfortem, nasz wstyd, nasze pretensje, naszą nudę i zaczynamy rozumieć, że inni czują to samo. Zwracamy uwagę na historie, które sobie opowiadamy, i zauważamy, że powodują napięcie w naszym ciele. Kontynuując praktykę, zaczynamy rozumieć, że już nie musimy wierzyć w te historie. Praktykujemy tonglen, medytacje w pozycji siedzącej oraz inne praktyki bodhiczitty, żeby otworzyć się na niewinność energii emocjonalnej. Zaczynamy odczuwać pewien rodzaj czułości, zdając sobie sprawę z tego, że każdy daje się złapać tak jak my i że każdy z nas może być wolny.

Lenistwo nie jest ani szczególnie przerażające, ani wspaniałe. Ale ma tę podstawową cechę życia, która zasługuje na to, by doświadczyć jej taką, jaka jest. Być może w lenistwie znajdziemy pewną irytującą, wibrującą właściwość. Możemy odczuwać ją jako nudną i przytłaczającą lub wrażliwą i otwartą. Cokolwiek odkryjemy, zgłębiając to dalej, nie znajdziemy nic, czego moglibyśmy się trzymać, nic solidnego… tylko bezzasadną energię czuwania.

Proces doświadczania lenistwa bezpośrednio i pozawerbalnie jest transformujący. Uwalnia ogromną energię, która na ogół jest blokowana przez nawyk uciekania. Kiedy bowiem przestajemy opierać się lenistwu, nasza tożsamość osoby leniwej zaczyna się całkowicie rozpadać. Bez nakładanych przez ego klapek na oczach nabieramy nowej perspektywy, poszerzamy pole widzenia. W  ten sposób lenistwo  – lub jakikolwiek inny demon  – wprowadza nas w życie pełne współczucia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

„Wychodź poza schematy myślowe” – radzi buddyjska mniszka Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Za każdym razem, gdy ktoś pytał pewnego mistrza zen, jak się ma, ten zawsze odpowiadał: „Dobrze”. W końcu jeden z jego uczniów powiedział: „Roshi, jak to możliwe, że zawsze dobrze się czujesz? Czy ty nigdy nie masz złego dnia?”. Mistrz zen odpowiedział: „Pewnie, że mam. W złe dni czuję się dobrze. W dobre dni też czuję się dobrze”. Na tym polega równowaga.

Praktykując maitri (miłującą życzliwość), współczucie i radość, szkolimy się w wychodzeniu poza schematy myślowe, w otwieraniu się całym sercem na siebie, na naszych przyjaciół, a nawet na ludzi, których nie lubimy. Rozwijamy obiektywny stan równowagi. Bez tej czwartej niezmierzoności pozostałe trzy są ograniczone przez nawykowe lubienie i nielubienie, akceptowanie i odrzucanie.

Praktykuj bez uprzedzeń we wszystkich obszarach. Ważne jest, aby zawsze robić to dogłębnie i z oddaniem. - Wskazanie treningu umysłu Atiszy
Tradycyjnym wyobrażeniem równowagi jest bankiet, na który zaproszeni są wszyscy. To znaczy, że wszyscy i wszystko bez wyjątku jest na liście gości. Pomyśl o twoim najgorszym wrogu. Pomyśl o kimś, kto mógłby cię skrzywdzić. Pomyśl o Pol Pocie i Hitlerze oraz dilerach narkotykowych zaczepiających młodych ludzi. Wyobraź sobie, że zapraszasz ich na tę ucztę.

Trening równowagi to nauka otwierania drzwi wszystkim, przyjmowania z radością wszystkich istot, zapraszania życia w odwiedziny. Oczywiście będziemy odczuwać strach i niechęć w stosunku do niektórych gości. Na początek pozwalamy sobie tylko na uchylenie drzwi, jeśli to wszystko, co możemy obecnie zrobić, i pozwalamy sobie na zamykanie drzwi, gdy jest to konieczne. Rozwijanie równowagi jest pracą w toku. Dążymy do tego, aby spędzić nasze życie, ćwicząc się w miłości i odwadze, które są potrzebne, żeby przyjąć wszystko, co przychodzi – chorobę, zdrowie, ubóstwo, bogactwo, smutek i radość. Z radością przyjmujemy i poznajemy wszystko.

Równowaga obejmuje coś więcej niż naszą zwykłą ograniczoną perspektywę. Mamy nadzieję, że dostaniemy to, co chcemy, i boimy się stracić to, co mamy – to opisuje nasze trudne jak zawsze położenie. Nauki buddyjskie wskazują na osiem odmian skłonności do odczuwania nadziei i strachu jednocześnie: przyjemność i ból, pochwała i potępienie, zysk i strata, sława i hańba. Dopóki dajemy się wkręcać w którekolwiek z tych skrajnych uczuć, dopóty potencjał drugiego zawsze istnieje. Te skrajności cały czas podążają jedna za drugą. Żaden rodzaj trwałego szczęścia nie jest możliwy do osiągnięcia, gdy tkwimy w  tym cyklu pragnienia i niechęci. Życia nam nie starczy, żeby po ­ zbyć się wszystkiego, co wywołuje w nas lęk, i na koniec zostać tylko z tym, co dobre. Dlatego bodhisattwa pielęgnuje równowagę, szeroki umysł, który nie zawęża rzeczywistości do za i przeciw, lubienia i nie ­ lubienia.

W celu rozwijania równowagi uczymy się, jak uchwycić moment, w  którym zaczynamy czuć pragnienie lub niechęć, zanim zamienią się odpowiednio w zaborczość lub negację. Uczymy się pozostawać w miękkim miejscu i wykorzystujemy nasze uprzedzenia jako pomosty łączące nas z  zamętem, którego doświadczają inni. Silne emocje są pod tym względem bardzo przydatne. Cokolwiek się pojawi – bez względu na to, jak przykre jest to uczucie – może być wykorzystane do zwiększenia poczucia pokrewieństwa łączącego nas z innymi, którzy cierpią z powodu tego samego rodzaju agresji lub pragnienia, którzy tak jak my wpadają w sidła nadziei i strachu. Właśnie w ten sposób dociera do nas, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Wszyscy mamy dramatyczną potrzebę rozpoznania, co prowadzi do szczęścia, a co do cierpienia.

Ostatnio odwiedziłam przyjaciółkę w ośrodku medytacyjnym. Każdego dnia wiele osób narzekało, że moja przyjaciółka ciągle się spóźnia. Byli z tego powodu niezadowoleni i poirytowani. Za każdym razem używała argumentów, które jej zdaniem usprawiedliwiały spóźnienie. Jej egoizm dawał się wszystkim we znaki. Pewnego dnia podeszłam do niej, kiedy siedziała na ławce. Miała czerwoną twarz i trzęsła się z wściekłości. Była z kimś umówiona i czekała już piętnaście minut, a ta osoba się nie pojawiła. Z trudem powstrzymałam się od komentarza, że jej reakcja jest co najmniej zabawna. Czekałam jednak, by sprawdzić, czy potrafi dostrzec, że role właśnie się odwróciły, że przez wiele lat to ona stawiała innych w takiej sytuacji. Ale nie było żadnej refleksji. Jeszcze nie potrafiła postawić się na ich miejscu. Zamiast tego trwała w gniewie i potęgowała swoją złość, robiąc przesycone wściekłością notatki. Nie była jeszcze gotowa, by poczuć więź z tymi wszystkimi ludźmi, którym kazała na siebie czekać. Tak jak większość z nas nieświadomie zintensyfikowała własne cierpienie. Zamiast pozwolić, by to doświadczenie ją zmiękczyło, wykorzystała je do wzmocnienia swojej zatwardziałości i obojętności.

Trwanie w gniewie i oburzeniu przychodzi z łatwością nawet po latach praktyki. Jeśli jednak uda nam się skontaktować z bezbronnością i bezradnością żalu czy wściekłości lub jeszcze innego uczucia, może pojawić się szersza perspektywa. W momencie, gdy zdecydujemy trzymać się tej energii, zamiast ją odrzucić lub stłumić, ćwiczymy się w równowadze, w myśleniu wykraczającym poza dobro i zło. W ten sposób wszystkie cztery niezmierzoności ewoluują z ograniczonych do bezgranicznych: ćwiczymy się w wychwytywaniu momentów, kiedy nasze myśli zmieniają się w twarde przekonania, i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby je zmiękczyć. Bariery znikają dzięki zmiękczaniu.

Praktykowanie równowagi

Praktykowanie równowagi na miejscu polega na chodzeniu ulicami z intencją pozostania jak najbardziej świadomym wobec każdego, kogo spotykamy. Jest to szkolenie się w emocjonalnej uczciwości wobec siebie i stawaniu się bardziej przystępnym dla innych. Kiedy mijamy ludzi, skupiamy uwagę na tym, czy się otwieramy, czy zamykamy. Zauważamy, czy czujemy zainteresowanie, niechęć, czy obojętność, bez dodawania niczego więcej, bez oceniania.

Możemy współczuć komuś, kto wygląda na przygnębionego, lub radować się z kimś, kto uśmiecha się do siebie. Możemy odczuwać strach i niechęć do drugiej osoby, nawet nie wiedząc dlaczego. Zauważanie, gdzie się otwieramy i gdzie zamykamy – bez pochwał i obwiniania – jest podstawą naszej praktyki. Ten sposób praktykowania, choćby w czasie krótkiego spaceru, otworzy nam oczy na wiele spraw. Możemy w  tej praktyce pójść jeszcze dalej, wykorzystując to, co się pojawia, jako podstawę do odczuwania empatii i zrozumienia. Zamknięte uczucia, takie jak strach czy wstręt, pozwalają zrozumieć, że inni również dają się w ten sposób złapać. Otwarte stany, takie jak życzliwość i radość, również pozwalają na bardzo osobisty kontakt z ludźmi, których mijamy na ulicach. Tak czy inaczej, rozszerzamy nasze serca.

Podobnie jak w przypadku pozostałych niezmierzoności, formalna praktyka równowagi składa się z siedmiu etapów. Równowaga pojawia się wtedy, kiedy mamy poczucie przestronności i swobody, które nie tkwi w pułapce preferencji lub uprzedzeń. Możemy życzyć sobie i tym, których kochamy, abyśmy przebywali w tym poczuciu wolności. Następnie rozszerzamy tę aspirację na naszego przyjaciela, na osoby neutralne i na naszego wroga. Wtedy naszą aspiracją jest, abyśmy my i pozostali mogli żyć w równowadze. W końcu możemy rozszerzyć tę aspirację na wszystkie istoty w czasie i  przestrzeni. „Oby wszystkie istoty żyły w wielkiej równowadze, wolne od namiętności, agresji i uprzedzeń”.

Możemy również praktykować równowagę przed rozpoczęciem praktyki miłującej życzliwości czy współczucia. Po prostu zastanawiamy się, ile cierpienia wynika z pragnień i z niechęci, ile jest wynikiem strachu przed utratą szczęścia, a ile jest wyrazem przekonania, że niektórzy ludzie nie są godni naszego współczucia czy miłości. Potem możemy wyrazić życzenie, aby mieć siłę i odwagę, żeby odczuwać nieograniczone maitri i nieograniczone współczucie dla wszystkich istot bez wyjątku – łącznie z tymi, których nie lubimy i których się boimy. Z taką intencją rozpoczynamy siedmioetapową praktykę.

Jak mówi Sutra maitri: „Nieograniczony umysł pozwala otoczyć opieką wszystkie żywe istoty, promieniując życzliwością na cały świat, powyżej, poniżej i dookoła, bez żadnych ograniczeń”. Praktykując równowagę, ćwiczymy się w poszerzaniu naszego kręgu zrozumienia i współczucia na tyle, żeby objąć dobro i zło, piękno i brzydotę. Jednakże bezgraniczna równowaga, wolna od jakichkolwiek uprzedzeń, nie jest tym samym, co ostateczna harmonia, gdzie wszystko w końcu się zrówna. Jest to bardziej kwestia bycia w pełni zaangażowanym we wszystko, co nas spotyka. Możemy nazwać to życiem w pełni.

Ćwiczenie się w równowadze wymaga zostawienia za sobą pewnego bagażu: na przykład komfortu odrzucania jakiejś części naszego doświadczenia oraz negowania bezpieczeństwa wynikającego z przyjmowania tylko tego, co przyjemne. Odwaga niezbędna do kontynuowania tego rozwijającego się procesu wynika ze współczucia dla siebie i z dania sobie tyle czasu, ile potrzeba. Jeśli będziemy praktykować w ten sposób przez kolejne miesiące i lata, poczujemy, że nasze serca i umysły się powiększają. Kiedy ludzie pytają mnie, jak długo to trwa, mówię: „Co najmniej tak długo, jak długo będziesz żył”.

  1. Styl Życia

Zmiana jest podstawą naszego życia – tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön

Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Budda nauczał, że istnieją trzy główne cechy ludzkiej egzystencji: nietrwałość, bezinteresowność oraz cierpienie lub niezadowolenie. Według Buddy życie wszystkich istot jest naznaczone przez te trzy cechy. Uznanie ich za prawdziwe poprzez własne doświadczenia pomaga nam odnaleźć spokój w tym, co jest – pisze Pema Chödrön w najnowszej książce „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

Kiedy po raz pierwszy wysłuchałam tego nauczania, wydało mi się akademickie i odległe. Gdy jednak zachęcono mnie do skupienia uwagi – do zaciekawienia się tym, co dzieje się z  moim ciałem i  moim umysłem – coś się zmieniło. Na podstawie własnego doświadczenia mogłam zaobserwować, że nic nie jest statyczne. Moje nastroje zmieniają się nieustannie jak pogoda. Zdecydowanie nie mam kontroli nad tym, jakie myśli lub emocje pojawiają się, ani nie mogę powstrzymać ich przepływu. Po bezruchu następuje ruch, a  ruch wraca do bezruchu. Nawet najbardziej uporczywy ból fizyczny zmienia się, jak przypływy i odpływy, gdy skupiam na nim uwagę.

Nowe nastawienie pojawia się wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać, że wczoraj było wczoraj, a teraz już go nie ma; dziś jest dziś i teraz jest nowe. Tak jest – każda godzina, każda minuta się zmienia. Jeśli przestajemy obserwować zmiany, to przestajemy postrzegać wszystko jak nowe. Dzigar Kongtrul Rinpocze
Czuję wdzięczność dla Buddy za wskazanie, że to, z czym zmagamy się przez całe życie, można traktować jako zwykłe doświadczenie. Życie nieustannie przynosi wzloty i upadki. Ludzie są nieprzewidywalni, podobnie jak sytuacje i jak wszystko inne. Święci, grzesznicy, zwycięzcy, przegrani – wszyscy znamy ten ból, gdy przytrafia nam się to, czego nie chcemy. Czuję wdzięczność za to, że ktoś zobaczył prawdę i wykazał, że nie odczuwamy bólu z powodu naszej osobistej niemożności naprawienia sytuacji.

Pierwszą oznaką istnienia jest to, że nic nie jest statyczne i  niezmienne, że wszystko jest ulotne i  nietrwałe. Wszystko jest w toku. Wszystko – każde drzewo, każde źdźbło trawy, wszystkie zwierzęta, owady, ludzie, budynki, to, co żywe i nieożywione, cały czas się zmienia, z minuty na minutę. Nie musimy być ani mistykami, ani fizykami, żeby to wiedzieć. Jednak na poziomie osobistego doświadczenia nie przyjmujemy do wiadomości tego podstawowego faktu. Oznacza to, że życie nie zawsze toczy się po naszej myśli. Oznacza to, że jest strata, ale jest i zysk. Ale nam się to nie podoba.

Kiedyś zmieniałam pracę i dom w tym samym czasie. Odczuwałam niepewność, niepokój, bezzasadność. Pożaliłam się Trungpie Rinpocze, że mam problem ze zmianami, w  nadziei, że powie coś, co pomoże mi w  pracy nad tym. Popatrzył na mnie jakby pustym wzrokiem i powiedział: „Zawsze jesteśmy w procesie zmiany”. A potem dodał: „Jeśli możesz się z tym zwyczajnie pogodzić, nie będziesz miała żadnych problemów”.

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe) Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)

Wiemy, że wszystko jest nietrwałe, wiemy, że wszystko się kończy. Chociaż tę prawdę jesteśmy w  stanie zaakceptować na poziomie intelektualnym, to jednak w sferze emocjonalnej odczuwamy głęboko zakorzenioną niechęć. Chcemy stabilności, oczekujemy jej. W  naturalny sposób poszukujemy bezpieczeństwa. Wierzymy, że możemy je znaleźć. Doświadczanie nietrwałości w życiu codziennym jest źródłem frustracji.

Każdego dnia wykorzystujemy naszą aktywność jak tarczę chroniącą nas przed fundamentalną niejednoznacznością sytuacji, w  jakiej się znajdujemy. Zużywamy ogromną ilość energii, próbując uchronić się przed nietrwałością i śmiercią. Nie podoba nam się, że nasze ciała zmieniają się z  upływem czasu. Nie podoba nam się, że się starzejemy. Boimy się zmarszczek i zwiotczałej skóry. Używamy kosmetyków pielęgnacyjnych tak, jakbyśmy naprawdę wierzyli, że nasza skóra, włosy, oczy i zęby mogą w jakiś cudowny sposób uciec od prawdy o nietrwałości.

Nauki buddyjskie mają na celu uwolnienie nas od tego ograniczonego sposobu odnoszenia się do rzeczywistości. Zachęcają nas, żeby stopniowo i w pełni zanurzyć się w zwyczajną i oczywistą prawdę o zmianie. Uznanie tej prawdy nie oznacza, że widzimy tylko to, co ponure. Oznacza, że zaczynamy rozumieć, że nie tylko my przestajemy się z tym wszystkim wyrabiać. Już nie wierzymy, że są ludzie, którym udało się uniknąć niepewności.

Inną oznaką istnienia jest brak niezmiennego ja. Jako istoty ludzkie przemijamy tak samo jak wszystko inne. Każda komórka naszego ciała podlega ciągłym zmianom. Myśli i  emocje nieustannie pojawiają się i znikają. Na czym opieramy przekonanie, że jesteśmy kompetentni lub że jesteśmy beznadziejni? Na tej ulotnej chwili? Na wczorajszym sukcesie czy porażce? Trzymamy się utrwalonego przekonania o tym, kim jesteśmy, i to nas paraliżuje. Tymczasem nic i nikt nie jest niezmienne. To, czy zmiany są dla nas źródłem wolności, czy też źródłem straszliwego niepokoju, robi istotną różnicę. Czy mijające dni przynoszą coraz więcej cierpienia, czy też zwiększają naszą zdolność do odczuwania radości? To jest ważne pytanie.

Czasami brak niezmiennego ja nazywany jest brakiem duszy. Te słowa mogą wprowadzać w błąd. Budda nie sugerował, że znikamy albo że możemy wymazać naszą osobowość. Pewien uczeń zapytał kiedyś: „Czy doświadczanie braku niezmiennego ja nie sprawia, że życie traci blask?”. To nie jest tak. Budda zwracał uwagę na to, że twarde przekonania, jakie mamy na swój temat, mianowicie, że jesteśmy niezmienni i oddzieleni od innych, są boleśnie ograniczające. Możemy przez to występować na scenie naszego życia, nie wierząc aż tak gorliwie w  postać, którą gramy.

Kłopot polega na tym, że traktujemy siebie tak poważnie, że nadajemy sobie aż tak absurdalne poczucie ważności. Uważamy, że mamy prawo irytować się na wszystko, poniżać siebie lub myśleć, że jesteśmy mądrzejsi od innych. Poczucie własnej ważności wyrządza nam krzywdę, zamyka w ciasnym świecie naszych upodobań i niechęci. W końcu znudzimy się na śmierć sobą i naszym światem. W końcu nigdy nie znajdziemy zadowolenia.

Mamy dwie możliwości do wyboru: albo zakwestionujemy nasze przekonania, albo nie. Albo zaakceptujemy nasze dotychczasowe wersje rzeczywistości, albo zaczniemy je odrzucać. W  opinii Buddy ćwiczenie się w otwartości i ciekawości, a także w rezygnacji z założeń i przekonań to najlepszy sposób, w jaki możemy przeżyć nasze życie.

Mówiąc wprost, brak niezmiennego ja oznacza elastyczną tożsamość, która przejawia się w dociekliwości, zdolności do adaptacji, poczuciu humoru, chęci do zabawy. To nasza umiejętność odnalezienia spokoju bez wiedzy o wszystkim, bez rozgrywania wszystkiego, bez żadnej pewności co do tego, kim jesteśmy ani kim są inni. (…)

Jak mamy zamiar przeżyć to krótkie życie? Czy będziemy doprowadzać do perfekcji umiejętność walki z niepewnością, czy też będziemy doskonalić się w odpuszczaniu? Czy będziemy uparcie trzymać się przekonania „Ja jestem taki, a ty taki”? Czy też mamy zamiar wyjść poza ten ograniczony sposób myślenia? Czy możemy rozpocząć trening wojownika, aspirując do ponownego połączenia się z  naturalną elastycznością naszego bytu i pomagając innym robić to samo? Jeśli zaczniemy iść w tym kierunku, otworzą się przed nami nieograniczone możliwości.

Nauczanie o  braku niezmiennego ja podkreśla znaczenie naszej dynamicznej, zmieniającej się natury. To ciało nigdy nie czuło się dokładnie tak samo jak teraz. Ten umysł kreuje myśl, która, chociaż może wydawać się powtarzalna, nigdy więcej się nie pojawi. Mogę powiedzieć: „Czyż to nie wspaniałe?”. Ale zazwyczaj nie doświadczamy tego jako czegoś wspaniałego, lecz raczej jako coś denerwującego, co sprawia, że walczymy o swoje. Budda w swej szczodrości pokazał nam alternatywę. Nie jesteśmy uwięzieni w tożsamości sukcesu lub porażki ani w żadnej innej tożsamości, ani w tym, jak widzą nas inni, ani w tym, jak widzimy siebie sami. Każda chwila jest wyjątkowa, nieznana, zupełnie nowa. Dla praktykującego wojownika brak niezmiennego ja jest powodem do radości, a nie strachu.

  1. Psychologia

Doświadczaj chwili obecnej - nauki Pemy Chodron

Pema Chödrön, Amerykanka, buddyjska mniszka, autorka wielu książek. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, Amerykanka, buddyjska mniszka, autorka wielu książek. (Fot. materiały prasowe)
Zawsze, gdy jesteśmy gdzieś pomiędzy tu i tam, gdy coś się właśnie skończyło i czekamy, aż coś się rozpocznie, gdy kusi nas, by odwrócić uwagę lub poszukać drogi ucieczki, możemy zamiast tego pozwolić sobie na otwartość, ciekawość, niepewność, bezbronność. - pisze w książce "Twoje wspaniałe życie" Pema Chodron, buddyjska mniszka.

Kiedy nauczam o pustce lub otwartej świadomości i chcę, żeby uczestnicy od razu weszli w pewien rodzaj bezpośredniego doświadczenia, proszę wszystkich, aby wstali razem ze mną. Wszyscy jednocześnie robimy wdech i podnosimy ręce nad głowę. Następnie wszyscy razem robimy wydech, opuszczamy ręce i klepiemy się w uda. Robiłam to już z sześciuset osobami jednocześnie. Było bardzo głośno. Ćwiczenie to stwarza okazję do przeżycia chwili otwartości, wolnej od etykiet i znaczeń. Po klepnięciu po prostu rozluźniamy umysł na tyle, na ile możemy. Cokolwiek stanie się potem, jest w porządku. Niektórzy ludzie doświadczają pustki w szeroko otwartej przestrzeni. Niektórzy zaczynają mówić do siebie. Niektórzy stają się smutni, poirytowani lub senni. Niektórzy myślą: „Nie rozumiem tego”. Ale cokolwiek się stanie, nie ma problemu. Nie musi to być jakieś szczególne przeżycie. Najważniejsze jest, aby ludzie byli otwarci, mieli swobodne nastawienie pozwalające na to, żeby wydarzyło się cokolwiek, bez odrzucania czy wartościowania. Głośne uderzenie stwarza okazję do powstania luki w naszym procesie koncepcyjnym, ale jeśli nie doświadczymy tej luki, nie ma się czym martwić. Głębia praktyki polega na tym, aby pozwolić, by rzeczy się działy.

Doświadcz pustki

Jeśli postrzegasz pustkę jako coś, co warto rozwijać – lub w czym nawet warto się zakochać – zawsze możesz znaleźć sposób, aby połączyć się z nią w życiu codziennym. Jednym z prostych sposobów na praktykowanie pustki, jest po prostu zatrzymanie się. Możesz to zrobić, kiedy tylko zechcesz. Jest to bardzo proste. Zwolnij i od razu się zatrzymaj. Rozejrzyj się i skontaktuj się z obecną chwilą. W ten sposób przerwiesz strumień pomysłów i mentalnej paplaniny, które nakładają się na twoje doświadczenie. Pozwala to dotknąć ponadczasowości chwili obecnej – tego, co Trungpa Rinpocze tak umiejętnie nazwał „teraźniejszością”. Gdy jesteśmy zapracowani i każde kolejne opóźnienie jest niebywale irytujące, możemy wykorzystać takie sytuacje na praktykowanie zatrzymywania się. Na przykład, musisz iść na pocztę w przerwie na lunch. Stoisz w długiej kolejce, która w ogóle nie przesuwa się do przodu. Zamiast po prostu stać tam i kipieć z gniewu, możesz zrezygnować z tej mentalnej paplaniny, zrelaksować się i wejść w obecną chwilę. Wtedy poczta i obecni tam ludzie mogą stać się fascynującym doświadczeniem. Możesz naprawdę zobaczyć to, co jest przed twoimi oczami i usłyszeć to, co wpada do twoich uszu. To tak, jakby drzwi percepcji zostały dokładnie oczyszczone.
Przed chwilą dałeś się złapać, dygocząc z nerwów albo umierając z nudów, a teraz twoje doświadczenie przekształca się w coś barwnego i niespodziewanie cudownego. Jesteś wolny od konceptów takich, jak „biedny ja” czy „nie mam na to czasu” i zamiast tego, cieszysz się chwilą obecną. Słyszałam, że w przeszłości w Tybecie jedynym sposobem, w jaki kobiety mogły osiągnąć oświecenie, było praktykowanie w przerwach między licznymi obowiązkami. Były one jednak tak oddane przebudzeniu, że nauczyły się rozpoznawać i doceniać możliwości, które pojawiały się na ich drodze. Każda chwila „pomiędzy” – czekanie na kogoś, przechodzenie z jednego miejsca do drugiego, dojenie krowy – stawała się bezcenną okazją. Zamiast myśleć o tym, co się właśnie wydarzyło lub planować to, co wydarzy się później, cieszyły się przestrzenią, w której mogły zatrzymać wypełniony pojęciami umysł i nawiązać kontakt z teraźniejszością.

Pustka w codziennym życiu

Mamy wiele podobnych okazji w naszym własnym życiu. Zawsze, gdy jesteśmy gdzieś pomiędzy tu i tam, gdy coś się właśnie skończyło i czekamy, aż coś się rozpocznie, gdy kusi nas, by odwrócić uwagę lub poszukać drogi ucieczki, możemy zamiast tego pozwolić sobie na otwartość, ciekawość, niepewność, bezbronność. Można połączyć się z chwilą obecną, gdy tracimy orientację, gdy czujemy się wytrąceni z równowagi. Są to sytuacje, kiedy nie wiadomo, co robić i jakie będą skutki naszych działań. Często zdarza się to wtedy, gdy masz problemy z podjęciem ważnej decyzji. Nie wiesz, czy przyjąć ofertę pracy, gdzie się przeprowadzić, z którego lekarza porady skorzystać. Chcesz pomóc komuś w potrzebie, ale nie wiesz jak. Nie jesteś pewien, czy nadszedł czas, aby zaryzykować, czy masz grać ostrożnie. A może jest to tylko nieistotna wątpliwość, typu jak się ubrać lub jakie danie wybrać z menu. W tych wszystkich przypadkach chciałbyś dojść do konkretnego wniosku, ale nie ma sposobu na dotarcie do czegoś określonego. W związku z tym czujesz się bezbronny i bezzasadny. Ale jeśli skupisz się i pozostaniesz obecny w tych sytuacjach, możesz znaleźć sposobność, by zetknąć się z mądrością chwili obecnej – z otwartą, nieprzewidywalną właściwością tego, czym rzeczy zawsze są.
Kiedyś byłam na wykładzie Khenchena Thrangu Rinpocze, opata Gampo Abbey. Kiedy skończył mówić, jeden z mnichów uderzył w gong dając sygnał, że wykład się zakończył. Chociaż taki jest zwyczaj w Gampo Abbey, Thrangu Rinpocze uważał, że gong oznacza początek sesji medytacyjnej. Przez następne półtorej godziny siedział więc na swojej poduszce, całkowicie rozluźniony, od czasu do czasu poruszając się lekko. My, słuchacze, nie byliśmy do końca pewni, co się dzieje, więc też siedzieliśmy tam cały czas, w stanie niewiedzy. Czy czekał, aż skończymy, czy też my czekaliśmy na niego? Każdy z nas musiał mieć własny sposób znalezienia się w tej sytuacji – od odprężenia się w bezzasadności do chęci wykrzykiwania – ale obserwowanie swobody Thrangu Rinpoczego dało mi poczucie głębokiej wdzięczności za to, jaki spokój można poczuć w kontakcie z chwilą obecną – z pustką w codziennym życiu.

Pytania bez odpowiedzi

W tradycji zen nauczyciele wykorzystują koany, czyli pytania, na które nie ma odpowiedzi – w każdym razie odpowiedzi nie są możliwe w przypadku utrwalonego umysłu i dualistycznego myślenia. Być może najbardziej znanym koanem zen jest: „Jak brzmi klaskanie jedną ręką?”. Może to wyglądać na wysoce ezoteryczną praktykę, ale jeśli jesteśmy w harmonii z tym, jakie w rzeczywistości są sprawy tego świata – wolne od nadanych znaczeń i niemożliwe do sprecyzowania – zauważymy, że życie nieustannie podsuwa nam koany. Dla większości z nas takie niejednoznaczne sytuacje należą do zjawisk negatywnych i mamy tendencję do uciekania od nich. Ale dla duchowych praktyków koany mogą stanowić sposób, dzięki któremu budzimy się i uświadamiamy sobie pełny potencjał naszych serc i umysłów. Zamiast od razu próbować odpowiedzieć na otwarte pytania, jakie stawia przed nami życie, możemy, choćby na chwilę, poeksperymentować z odnalezieniem spokoju w uczuciu ambiwalencji. Ale nawet wtedy, gdy życie nie daje nam możliwości doświadczenia bezzasadności i bezbronności, wciąż możemy znaleźć sposoby na nawiązanie kontaktu z codzienną pustką – nawiązanie kontaktu z chwilą obecną.

Kadry nowych znaczeń

Jedną z praktyk, którą szczególnie lubię, jest robienie mentalnych zdjęć. Możesz zacząć od zamknięcia oczu. Następnie obróć głowę w dowolnym kierunku – w górę, w dół, na boki. Nie ma znaczenia, w którą stronę. Chodzi o to, żebyś nie miał pewności co zobaczysz, gdy otworzysz oczy. Następnie szybko otwórz oczy i zobacz, co jest przed tobą. Prawie natychmiast powrócisz do etykietowania wszystkiego, ale postaraj się obserwować ten moment, zanim zaczniesz etykietować. Spokojnie i z otwartością spróbuj zrobić mentalne zdjęcie momentu, który nie ma przypisanego znaczenia. Możesz to robić przez cały dzień, gdziekolwiek jesteś. Niekoniecznie musisz najpierw zamykać oczy, ale to może pomóc ci w opanowaniu tej praktyki. Jeśli jesteś fotografem lub artystą w innej dziedzinie sztuki, ten rodzaj aktywności może wydawać się naturalny, ale spróbuj wykorzystać to jako praktykowanie pustki – sposób na połączenie się z chwilą obecną. Możesz również wykonywać tę praktykę, posługując się innymi zmysłami. Na przykład, nagle uświadomisz sobie dźwięki, które słyszysz i spróbujesz zauważyć ten moment, zanim je zidentyfikujesz i zdecydujesz, czy ci się podobają, czy nie. Praktyka robienia zdjęć daje nam wgląd w umysł osoby medytującej, która zdobyła doświadczenie w widzeniu rzeczy takich, jakie są. Taka osoba doświadcza uczucia ciągłego zaskoczenia. Jesteś zaskoczony, że rzeczy nie są takie, jak myślałeś, że są – albo, że są takie, jak myślałeś, że są. To jest świeże, niekonwencjonalne spojrzenie artysty, który medytuje. Trungpa Rinpocze, który nauczył nas praktyki robienia zdjęć, był pasjonatem sztuki. Fotografie jego autorstwa są bardzo interesujące. Na jednym z nich widać ostatnie dwie litery wielkiego napisu na stacji benzynowej. Potem jest ogromna przestrzeń, a w przeciwległym rogu zdjęcia znajdują się dwie pierwsze litery innego szyldu. To wszystko stanowi piękny, ponadczasowy moment.

Świeżość chwili

Wszystkie sposoby praktykowania codziennej pustki polegają na połączeniu się ze świeżością każdej chwili. Dla małych dzieci ta świeżość jest znacznie bardziej dostępna. Ale jest ona dostępna również dla dorosłych. Czasami ta świeżość jest nam narzucana, jak przy nagłym szoku. Innym razem musimy ją celowo uaktywniać. Ale niezależnie od tego, jak się tam dostaniemy, chodzi o to, aby doceniać te chwile jako przebłyski większej prawdy, która kryje się za naszym nawykowym etykietowaniem. Jeśli nadal będziemy szukać i korzystać z tych możliwości, nasz układ nerwowy zwiększy swoją zdolność do utrzymywania niepewności, niejednoznaczności i braku bezpieczeństwa. Jeśli nadal będziemy wychodzić z naszej strefy komfortu i zwiększać naszą tolerancję dla takich uczuć, nasze życie ulegnie zmianie. Zamiast czuć się tak, jakbyśmy musieli nosić zbroję aby nas chroniła w codziennym życiu, będziemy się czuć, jakbyśmy oglądali film. Jednym z ważnych efektów takiej praktyki jest to, że czujemy się tak, jakbyśmy nie mieli nic do stracenia.

Fragment książki Pemy Chodron "Twoje wspaniałe życie", którą kupicie w naszym sklepie internetowym. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

  1. Psychologia

Kot wie lepiej – manifest bezproduktywności

Kot prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. (Fot. iStock)
Kot prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. (Fot. iStock)
W dzisiejszych czasach dominuje przekonanie, że coś jest z nami nie tak, jeśli zatrzymujemy się, nie gonimy i nie produkujemy. Tymczasem, jak twierdzi dr Joanna Heidtman, bezczynność i odpoczynek są równie istotne jak praca. A nawet istotniejsze!

Współczesna kultura programuje człowieka tak, aby wciąż coś robił, działał, produkował. Jeśli się zatrzymasz, świat cię „wypluje”…
I to dość szybko. To model, który przyszedł do nas ze Stanów Zjednoczonych. Self-made man, ekstremalny kowal własnego losu, czyli wytwór protestanckiego ducha, na którym wyrosła amerykańska kultura – „Kto jest produktywny, ten jest błogosławiony przez Pana” czy „Bezczynne ręce są narzędziem szatana”. Według socjologów tak się narodził kapitalizm, to właśnie protestantyzm leży u jego źródła – ludzie wytwarzali, nie korzystali z tego, co wytworzyli, i znowu inwestowali w ciąg dalszy wytwarzania. Oczywiście dziś jesteśmy już daleko od tych korzeni.

Ale coś nam zostało…
Zostało globalnie rozpowszechnione i „lokalnie”, w większości z nas, zinternalizowane przekonanie, że coś jest z nami nie tak, jeśli zatrzymujemy się, nie poprawiamy, nie zmieniamy, nie gonimy i nie produkujemy.

Doskonalimy nie tylko „produkt”, ale i samego siebie, bo przecież ciągle słyszymy: „Bądź lepszą wersją siebie”.
No właśnie, te wszystkie trendy rozwojowe, dobre w swojej intencji, zakorzenione z kolei w psychologii humanistycznej, skończyły się tym, że wciąż siebie poganiamy z batem, bo za mało celów jeszcze osiągnęliśmy. Nie można siebie polubić, zaakceptować, po prostu ze sobą być.

Choć z drugiej strony słyszymy też, że mamy siebie akceptować, co prawda raczej warunkowo.
I wychodzi na to, że nawet coś takiego jak akceptacja siebie jest… długofalowym projektem! Aż w końcu działanie staje się naszym uzależnieniem. Ostatnio – zresztą nie robiłam nic szczególnego, a tylko luksusowo czekałam na pociąg – mój wzrok przyciągnął tytuł artykułu z wystawy kiosku: „Zaprojektuj swoje życie, bądź jego architektem”. Zrobiło mi się słabo na samą myśl, że miałabym podjąć się takiego zadania, od razu poczułam się zmęczona. Model produktywności objął niemal każdą sferę naszego życia.

Wspomniała pani o uzależnieniu od działania. Czy jego symptomem jest na przykład sytuacja, kiedy wieczorem mamy wyrzuty sumienia, bo zdarzył nam się dzień, kiedy nie zrobiliśmy niczego, co dałoby się: wziąć do ręki, policzyć, wymienić po przecinku czy użyć? Czujemy się winni i mówimy, że „dzień przeleciał nam przez palce”.
Powiem tak: nie opisała pani jeszcze scenariusza beznadziejnego! Mam klientów, którzy przyznają, że kiedy tylko przystaną w biegu choćby na moment, w głowie natychmiast mają galop myśli, włącza się wewnętrzny krytyk poganiacz, mobilizujący bez względu na to, jakie są potrzeby. Pojawia się niepokój. Takie osoby nie mają szansy poczuć wyrzutów sumienia, o których pani powiedziała, bo do nich nie dopuszczą. I to jest już uzależnienie.

Rozumiem, że wyrzuty sumienia po dniu nicnierobienia są zapowiedzią nałogu?
Bez wątpienia ich pojawienie się powinno zapalić czerwoną lampkę, uruchomić alarm. Natomiast jeśli przystanek w pędzie wywołuje niepokój, oznacza to, że nasz system nerwowy już uzależnił się od napięcia, od bycia w ciągłej mobilizacji, pozostaje pod stałym wpływem układu przywspółczulnego. Jeżeli człowiek przez dłuższy czas – miesiące czy lata – nie przełącza się z systemu mobilizacji na system regeneracji, organizm się w końcu do tego adaptuje i normą staje się dla niego bycie w napięciu.

A koszty są ogromne!
Organizm w trybie mobilizacji to organizm niedotleniony, niedożywiony rozmaitymi substancjami, które krew powinna rozprowadzać, podtruty hormonami stresu. A w konsekwencji pojawiają się fizyczne dolegliwości: stany zapalne, bóle itd. Tak wygląda mobilizacja bez regeneracji. I wbrew pozorom wcale nie tak trudno jest osiągnąć ten stan. Nie pilnujemy siebie, w pewnym momencie przestajemy słuchać swoich potrzeb, bo bezustannie stymulujemy się a to kofeiną, a to tauryną, generalnie wciąż ma być „więcej, dalej, szybciej, jeszcze”.

Czy to oznacza, że produktywność ma sens tylko wtedy, kiedy idzie w parze z naszymi rzeczywistymi potrzebami?
Powiem więcej – tylko wtedy w ogóle będzie produktywnością! Jest bowiem taka prawidłowość: wyobraźmy sobie, że ktoś próbuje osiągnąć jakiś cel, wydatkuje przy tym dużo energii fizycznej i psychicznej, w pewnym momencie pojawia się zmęczenie, jednak cel każe mu je ignorować tak długo, aż sięgnie ono zenitu. Wtedy produktywność – co zrozumiałe – spada. A człowiek wciąż nastawiony na cel jeszcze mocniej dokręca śrubę, czyli pobiera jeszcze więcej z już wyczerpanego organizmu. Łatwo się domyślić – idzie mu coraz gorzej.

Błędne koło.
Produktywność albo bardzo spada, albo kończy się zupełnie. Przypomina mi się teraz „metoda kota”, o której mówił Wojtek Eichelberger. Jak działa kot? Prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. To wszystko wydaje się banalne, wiadomo, samochód nie pojedzie bez benzyny. Każdy to wie, tylko to „nietankowanie” jest realnym problemem wielu ludzi. Każdy z nas ma nad sobą szefów, dyrektorów, nauczycieli. Ten, który nie traci czasu na wizyty na stacji benzynowej, przez długi czas jest doskonałym żołnierzem! Idealnym, to prawda. Widzę to w naszym pokoleniu, pokoleniu 40-, 50-latków. Zasada była i wciąż jest taka: żyje się po to, żeby pracować. „Kupiliśmy” ten schemat, uwielbialiśmy być poganiani, chcieliśmy przeć do przodu, osiągać sukcesy. Byliśmy pierwszym pokoleniem, które zaczęło pracować w nowym systemie społecznym, po transformacji.

Uchylono bramę…
A my weszliśmy, a nawet wbiegliśmy radośnie w ten kolorowy świat, gotowi na wszystko, ku uciesze kiełkujących korporacji. Na szczęście w tym młodym pokoleniu dostrzegam coraz częściej hołdowanie odwrotnej zasadzie – oni pracują, żeby żyć. Nie zamierzają być armią, która idzie na stracenie. To jest lekcja, jaką część młodych odebrała, obserwując pokolenie swoich rodziców, którzy się rozwodzą, wpadają w uzależnienia, wypalają się zawodowo…

Tylko się cieszyć.
W naszym pokoleniu wahadło zdecydowanie za mocno wychyliło się w jedną stronę. Teraz wraca. Na szczęście. Bo konsekwencje uwielbienia produktywności są potężne. Wypalenie obejmuje dziś coraz szersze grupy, kiedyś było charakterystyczne dla tak zwanych zawodów pomocowych. Równie źle sytuacja wygląda, jeśli chodzi o statystyki dotyczące depresji, ona oczywiście ma wiele innych źródeł, ale to jest z pewnością jedna z jej znaczących składowych.

Co możemy zrobić, by nie dopadło nas uzależnienie od działania?
Utrzymanie energetycznego balansu wymaga dyscypliny. Jak już wiemy, mamy tendencję do tego, aby nadużywać swojej energii, żeby ignorować potrzebę odpoczynku, więc – nie ma wyjścia – trzeba narzucić sobie reżim relaksu. Mówię zupełnie poważnie. Już wiele lat temu pisano o „korporacyjnym atlecie”. Naukowcy porównali osoby pracujące w korporacjach do wyczynowych sportowców. Otóż, zawodowy sportowiec ma bardzo rygorystyczną dyscyplinę, jeśli chodzi o trening, i dokładnie tak samo rygorystyczną, jeśli chodzi o regenerację. Jeśli więc chcemy być naprawdę produktywni, musimy regularnie zmuszać się do odpoczynku.

A jak to miałoby wyglądać w praktyce?
Na przykład tak, że wpisuje sobie pani odpoczynek w kalendarz – dokładnie tak samo, jak wpisuje pani: spotkania, zebrania, wolne weekendy, urlopy, aktywność fizyczną itd. I tak jak spotkanie jest sprawą świętą – idzie pani na nie, nawet jak „nic się nie składa”, nie spóźnia się pani z szacunku do osoby, z którą jest umówiona, tak samo wychodzi pani na spacer, gdy „nic się nie składa”, o konkretnej porze, z szacunku dla osoby, z którą się pani umówiła, czyli z szacunku dla samej siebie, a także w trosce o swoje cenne zasoby energii oraz o swoją produktywność. To jedna ścieżka ratunku.

Czyli jest jeszcze jakaś?
Mam na myśli pewien rodzaj wglądu w siebie. Bywa tak, że „produkujemy” na potęgę, bo jeśli tego nie robimy, czujemy się bezużyteczni. Czyli czujemy, że nie jesteśmy warci miłości, akceptacji, pochwały, uwagi. Nie możemy po prostu tylko i aż być. Tutaj źródeł trzeba oczywiście szukać w przeszłości, w sposobie wychowania. Jeśli więc złapiemy siebie na takim ciągłym poczuciu winy i konieczności zasłużenia na miłość, szacunek itd. – warto spróbować zadać sobie kilka pytań: „Dlaczego mam poczucie winy?”, „Kto mi mówi, że muszę działać, bo inaczej mnie nie ma?”. Taką autodiagnozę czasem da się wykonać w domowym zaciszu. A czasem trzeba zwrócić się do psychoterapeuty.

Pomyślałam teraz o tym kocie, który „nic nie robi”, zastanawiam się, co ma tu do powiedzenia czysta biologia. Czy człowiek z natury stworzony jest do działania, czy do regeneracji? Nasz przodek, owszem, polował na mamuta, ale tylko po to, żeby przetrwać. Jeśli nie musiał, raczej specjalnie się nie przemęczał...
Na pewno jesteśmy istotami ciekawskimi, więc dążenie do wrażeń, doznań, które przynosi działanie, jest dla nas ważne. Ale z drugiej strony, na przykład z myśleniem, które jest bardzo energochłonne, nie przesadzamy. Kiedy nie musimy – mkniemy przez życie na automatyzmach. Nasza przodkini używała żaren tylko dlatego, żeby zmielić mąkę. I tyle. Potem je odkładała. Z tego wynikałoby, że zaprogramowani jesteśmy jednak bardziej w stronę tego kota. A to dopiero kultura umieściła nas w blokach startowych. Kultura potrafi być silniejsza niż biologia – „Zrób jeszcze jeden obrót tymi żarnami, żeby do ciebie złe myśli nie przychodziły, człowieku”. I wielu z nas dało się jej przekonać, uwieść.

  1. Psychologia

Tajniki ludzkiego umysłu – co o jego naturze mówi buddyzm?

Wiedza na temat natury umysłu i praktyka medytacji przekładają się na jakość życia i poczucie szczęścia. (Fot. iStock)
Wiedza na temat natury umysłu i praktyka medytacji przekładają się na jakość życia i poczucie szczęścia. (Fot. iStock)
Buddyzm nie jest religią. Nie jest też filozofią ani psychologią. Najtrafniej byłoby go nazwać nauką o umyśle. Dlatego jeśli chcesz zgłębić wiedzę o buddyzmie, powinnaś zacząć od zgłębienia natury ludzkiego umysłu.

Według Karola Ślęczka, filozofa i czołowego polskiego nauczyciela Buddyzmu Diamentowej Drogi, nasz umysł jest pusty, wolny od wszystkiego, co mogłoby go ograniczać. A jednak ma pewną słabość. – Działa jak ludzkie oko, widzi na zewnątrz, ale nie widzi samego siebie – tłumaczy nauczycielka medytacji Kasia Biała. – Dlatego tworzy dualizm ja–ty. Coś nam się podoba – odczuwamy pożądanie. Coś inne nie – pojawia się awersja, gniew, nienawiść... Chcielibyśmy wyłożyć świat piękną skórą, żeby zawsze było miękko, bezpiecznie. Nie da się. Ale możemy sprawić sobie skórzane buty, które będą się sprawdzać w różnych warunkach. Zyskać niezależność od warunków zewnętrznych, które przecież nieustannie się zmieniają. Nieoświecony umysł pogrążony jest w niewiedzy, trzeba oszlifować go, dokopać się do jego właściwości.

Celem buddyzmu jest rozpoznanie przeżywającego – tego, który patrzy przez nasze oczy, słyszy przez nasze uszy. Przestajemy koncentrować się na falach, które przychodzą i odchodzą, stajemy się świadomi głębi oceanu. Kiedy to się stanie, doświadczamy radości w każdej chwili – mówi nauczycielka buddyjska Paulina Czaja.

Karma

Umysł jest jak doskonała gleba – mówi Karol Ślęczek. – Jeśli zasiejemy w niej kwiaty – wyrosną kwiaty, jeśli chwasty – chwasty. To my decydujemy, jakie nasiona tam wkładamy. Wytwarzając pozytywne przyczyny, uzyskujemy pozytywne skutki. To najprostszy sposób na wolność. Gdyby nie istniało prawo karmy, praca z umysłem nie miałaby sensu.

Ślęczek podkreśla, że prawo przyczyny i skutku działa zawsze, niezależnie od tego, czy w nie wierzymy, czy nie. Po prostu czasem odległość między zdarzeniami jest tak duża, że nie dostrzegamy tych zależności. Lama Ole Nydahl, Duńczyk, który w znacznym stopniu przyczynił się do przeniesienia buddyzmu na Zachód, zauważa, że nauczyciele lubią objaśniać karmę na przykładzie innych. Mówią „przydarzyło ci się to, bo...”, ale kiedy sami mają podobne doświadczenia, uznają to za zwykły wypadek... Bogaci i piękni chętnie zgadzają się z naukami Buddy; biedni, brzydcy i chorzy – niekoniecznie. Kiedy skarżyli się Buddzie, zwykł odpowiadać: „Nie każde lekarstwo może być słodkie”.

Paulina Czaja tłumaczy obrazowo, czym różni się dobra karma od złej. W pierwszym przypadku idziemy przez pole diamentów i cieszymy nimi oczy. W drugim – idziemy przez pole diamentów i nie widzimy ich, nie doceniamy sytuacji, w jakiej jesteśmy. – Pamiętam, jak lama Ole spytał kiedyś kobietę, która przeżyła dwie wojny światowe, jak to możliwe, że po tak trudnych doświadczeniach udało jej się zachować radość i otwartość na to, co przynosi życie. Odpowiedziała, że cokolwiek jej się przydarzało, myślała, że dokładnie tego sobie życzyła – opowiada.

Iluzja

„Budda” oznacza doskonały stan umysłu – całkowicie rozwinięty i oczyszczony – z tzw. przeszkadzających uczuć i fałszywych koncepcji. Jedną z nich jest wiara, że „ja” jest prawdziwe. – Dziesięć lat temu mieliśmy inne ciała. Inaczej czuliśmy, inaczej myśleliśmy – zauważa Paulina Czaja. – Wszystko powstaje i przemija w umyśle. Nie ma sensu zajmować się „ja”. Dużo ważniejsze jest przyjrzeć się oceanowi, temu, kto tego doświadcza. Drugą fałszywą koncepcją jest to, że świat zewnętrzny jest prawdziwy. – Świat zewnętrzny to rodzaj snu – twierdzi Karol Ślęczek. – Wszyscy śnimy zbiorowy sen, mówimy „to jest świat”, a on za chwilę się zmienia. Nie jest czymś stałym, jest procesem – to od nas zależy, jak będziemy go przeżywać. Jesteśmy wolni, w każdej chwili możemy dokonać nowego wyboru. Jedyną przyczyną naszego cierpienia jest iluzja, że „ja” i świat istnieją naprawdę.

Z tej iluzji, dualizmu wynikają inne ograniczenia: pożądanie i niechęć (chcemy albo nie chcemy czegoś na zewnątrz), zazdrość i duma (czujemy się gorsi albo lepsi od innych). Kiedy postrzegamy świat przez pryzmat tych emocji, trudno nam być szczęśliwymi. Dlatego tak ważne jest, żeby odkryć prawdziwą naturę umysłu.

To daje totalną wolność – rozumiemy, że sami decydujemy o naszym życiu – zapewnia Paulina Czaja. Jednocześnie zachęca, by nie wierzyć ślepo w żadne nauki. Wszystko sprawdzić. Bo cały rozwój oparty jest na trzech filarach: informacja, medytacja i działanie.

Medytacja to podstawowe narzędzie treningu umysłu. Daje wgląd, doświadczenie. Pozwala zweryfikować każdy pogląd. Przeszkadzające uczucia zostają przekształcone. Rozwijamy naturalne właściwości umysłu: nieustraszoną mądrość, spontaniczną radość, aktywne współczucie. A kiedy przestajemy wszystko przeżywać osobiście, zaczynamy działać z innego poziomu. Chcemy być pomocni. – Lama Ole mówi, że kiedy myślisz o sobie, masz same problemy, kiedy o innych – ciekawą pracę do zrobienia – podsumowuje Paulina Czaja.

Cytowani nauczyciele reprezentują Buddyzm Diamentowej Drogi. Ich wypowiedzi pochodzą ze spotkań, które odbyły się w ramach Festiwalu Kultury Buddyjskiej „Przestrzeń Umysłu” (2014). Medytację buddyjską można praktykować w ośrodkach Buddyzmu Diamentowej Drogi, działających w większości polskich miast.

Karol Ślęczek, absolwent Wydziału Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jest uczniem Lamy Ole Nydahla. Z buddyzmem Diamentowej Drogi związany od 1978 roku. Od 1988 roku wykłada filozofię buddyjską na uniwersytetach oraz ośrodkach buddyjskich na całym świecie.

Paulina Czaja jest absolwentką E-Commerce Development w Londynie. Jest uczennicą Lamy Ole Nydahla. Z Buddyzmem Diamentowej Drogi związana od 1993 roku. Od 2005 roku wykłada podstawy buddyzmu. Brała aktywny udział w rozwoju ośrodków w Londynie, Buenos Aires i Gdańsku.