1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Kulturowy powrót wiedźm. Kim są tybetańskie dakinie? Rozmowa z Manuelą Gretkowską

Manuela Gretkowska (Fot. Filip Cwik/Forum)
Manuela Gretkowska (Fot. Filip Cwik/Forum)
Wiedzące, szepczące w ciemnościach, tańczące na niebie. Wymykające się władzy patriarchatu, żyjące na granicy życia i śmierci, nie z tego świata. Budzące grozę w średniowiecznych podaniach, córy Kory, Demeter i Hekate, tybetańskie dakinie. Ikony feminizmu i prekursorki. Wyklinane, prześladowane i palone na stosach. Wiedźmy i czarownice wróciły. I wszystkich nas nie spalicie. Zofia Krawiec – krytyczka sztuki i artystka – w swojej najnowszej książce „Szepczące w ciemnościach” zastanawia się nad kulturowym powrotem wiedźm. Pytając o archetyp, przygląda się jego współczesnym realizacjom. Publikujemy fragment jej rozmowy z Manuelą Gretkowską o tybetańskich dakiniach.

Fragment książki „Szepczące w ciemnościach” Zofii Krawiec, Wydawnictwo Znak Horyzont

Tropię twoje ślady na mapie mistycznych szlaków. Żeby lepiej zrozumieć twoją duchową drogę, szukam w książkach wskazówek o praktykowanym przez ciebie buddyzmie tybetańskim. Znalazłam w nich przykłady dowodzące, że zachodnie i wschodnie duchowości mają swoje lustrzane odpowiedniki. Można wskazać na wewnętrzny związek między czarownicą a dakinią. Obie odnoszą się do starszego, uniwersalnego żeńskiego archetypu. Dakini ukazuje się pod postacią kuszącej młodej piękności albo bezzębnej staruchy z pieprzykami na twarzy. Prawą nogę podrywa wysoko, jakby połową ciała medytowała zawieszona na chmurze. Lewą, opuszczoną, stoi na ziemi. Z choreografii jej ciała można wyczytać, że jest emisariuszką świata pomiędzy. Między niebem a ziemią. Między nieświadomością a świadomością. Snem a jawą. Nocą a dniem. Śmiercią a życiem. I co więcej, dakini zna sekrety magii i swoim blaskiem rozświetla drogę spowitą ciemnościami. Jest przewodniczką w sytuacjach, w których łatwo się pogubić, trudnych i granicznych.
Czarownice kojarzone były z miejscami nieczystymi, zasiedlanymi przez demony. Albo z miejscami sakralnej trwogi, czyli z cmentarzami. Cmentarze budzą respekt lub grozę, w efekcie czego są omijane. To ułatwiało przeprowadzanie obrzędów. Cmentarzyska, po których włóczą się tybetańskie boginki zwane khandro – podniebne tancerki – czyli po indyjsku dakinie, są ważnymi miejscami nie tyle makabry, ile nauki.

Po jaką lekcję idzie się tam, gdzie można natknąć się przede wszystkim na kości, trupy i dakinie?
U nas pamiętanie o śmierci sprowadzało się do memento mori czy malowania kościotrupów, do symboliki. W buddyzmie tybetańskim pamiętanie o śmierci urealnia się w konkrecie. Spania przy trupach, robienia z kości pucharów, instrumentów muzycznych, ozdób nie traktuje się jak makabry, to rytualna technika. W naszej judeochrześcijańskiej kulturze to bezczeszczenie zwłok. I potworność, zupełnie jak zszyty z trupów Frankenstein. Albo zbrodniczy horror produkowany przez nazistów: lampy z ludzkiej skóry, mydła. Masakra i złamanie tabu. W religiach o ewidentnie szamańskich korzeniach ciało jest wehikułem ducha, nie workiem nieczystości, jak z lubością określali je ojcowie Kościoła. Ludzkie szczątki w Tybecie wykorzystuje się do praktyk magicznych albo uświadamiających potencjał śmierci, to etap wyjścia z nietrwałości. Z jednej strony to niesamowicie abstrakcyjny system pojęć, przy którym zachodnia filozofia była gaworzeniem o bycie, z drugiej cielesny konkret. Brak dualizmu odrzucającego „nieczyste”, skalane i grzeszne. Na tym polega tantra, na przekształcaniu, „przeprowadzaniu na drugą stronę” tego samego bytu, czyli łączeniu przeciwieństw, których nie ma.

Problemem wczesnego buddyzmu była nie pedofilia, jak w upadającym Kościele katolickim, ale nekrofilia. Młodzi mnisi medytujący przy zwłokach nad nietrwałością ciała, żeby odczulić się na materialny świat, ulegali pokusie przy trupach młodych kobiet.

Dakini przechadza się wśród kości, robi sobie z nich biżuterię, a w lewej ręce trzyma czaszkę. Lęk przed śmiercią jest jej ozdobą.
Uczestniczyłam kiedyś w aukcji sztuki, siedziałam akurat pod pewnym obrazem, spojrzałam na niego i poczułam się tak, jakby uderzyła we mnie błyskawica. Pomyślałam, że ten obraz mógłby być dwadzieścia lat temu plakatem filmu „Szamanka”. Była na nim półnaga laska, z rozwaloną czaszką w ręku, z której wyżerała mózg i krew. Dakini. Nie miałam chyba pojęcia o tym duchowo szamańskim wzorcu, pisząc „Szamankę”. Byłam naiwnie młoda, przed trzydziestką, kiedy poznałam Żuławskiego. Jego obsesja dręczenia kobiet w życiu i na ekranie była gnostyczna. Przyznawał się do swoich gnostycznych fascynacji. Jako gnostyk chciał dorwać kobietę-boginię, największe zagrożenie patriarchatu, i ją zniszczyć. Miał obsesję dziwki-bogini, kapłanki świątynnej prostytucji sprzed Jehowy. Dwuznaczność hebrajskiego słowa kadosha to jego „Nocnik”, w którym nurzał swoją miłość do hollywoodzkiej Bestii Babilonu, czczonej przez niego bogini kurwy. Pisząc „Szamankę”, jeszcze tego nie wiedziałam. Przez podświadomość odwołałam się do archetypu z kultury Dalekiego Wschodu. Postaci młodej, seksownej kobiety, wyżerającej mózg profana-kochanka, żeby dokonać jego przemiany. Dlaczego nieświadomie odtworzyłam symbol dakini? „Szamanka”, jak i moja późniejsza, opowiadająca o realizacji tego filmu powieść „Trans” były pisane jako proces przerobienia pewnej relacji, myślę, że archetypowej, bo wiele kobiet wiąże się…

…z drapieżnikami. Mogą to być na przykład starsi mężczyźni, którzy mają pozycję mistrzów.
Tak, to niemal archetypowe w naszej kulturze kobiety usługujące cieleśnie, duchowo mistrzowi. Świetnie to pokazuje rozdwojenie sióstr podążających za Chrystusem: Marta sprząta i gotuje, Maria Magdalena się łajdaczy i słucha Mistrza. Ale ze współczesnego punktu widzenia to ta sama kobieta, uwikłana w trującą relację. Spętana swoją rolą kobieta i podtrzymujący to niedojrzały mężczyzna, wymarzony duet zachodniej kultury, zwany miłością romantyczną. Natomiast partnerzy – bogini i jej „rogaty” bóg – archetypalna para z pierwotnych, szamańskich wierzeń powtarza się w obrazie czarownicy i diabła. Żeby nam do głowy nie przyszło, że można być prawdziwymi partnerami, ontologicznie, seksualnie, życiowo. Dakini i jej ucztujący na „sabacie” wyznawcy, tantrycy, symbolicznie odtwarzają seksualną orgię. Czarownica z diabłem to chrześcijańska parodia kobiecej płodności i męskiej potencji. Diabeł jest karykaturalnym cieniem mężczyzny wydłużonym o rogi i z penisem w wiecznej erekcji. Purytanie w Ameryce byli nie gorsi od Inkwizycji. Walt Disney, purytanin, utrwalił obraz wróżki – czarodziejki, czarownicy i wiedźmy. Trzy etapy życia kobiety, od niewinności po stos. Patriarchat razem z chrześcijaństwem ujarzmiły kobiecą naturę zabierając jej wielowymiarowość człowieczeństwa. Nie znalazłszy we własnej kulturze pozytywnego obrazu gniewnej kobiety, podświadomie odwołałam się do dakini. Nie byłam dziewicą intelektualną. Spędziłam kilka lat na wykładach profesora Wiercińskiego. Nie analizował roli khandro/dakini, ale na pewno to się przewinęło.

Najbardziej charakterystycznym symbolem dakini jest półokrągły, księżycowaty nóż, który trzyma w prawej dłoni. Atrybut jej mocy, interpretowany jako emblemat żeńskiej mądrości. Ta mądrość przejawia się w zrywaniu z tendencją do nadmiernego przywiązywania się i oddawania siebie samej związkom, które raczej należałoby zakończyć. Mały księżycowaty tasak służy odcinaniu tego, co już nie służy. Nic dziwnego, że ten archetyp przyszedł do ciebie z podświadomości, kiedy potrzebowałaś rozliczyć się z wyniszczającą relacją.
Możesz powiedzieć, że to odcinanie kobiet od współuzależnienia – jasne. Ale ten nóż służy nawet głębszym cięciom. Jego ostrze jest metafizyczne. Tnie granice między tym, co nazywamy wymiarami rzeczywistości.

Więc dakini niszczy, żeby dawać nowy początek? Czy to jest właśnie potencjał śmierci? Destrukcja jest początkiem narodzin?
W „Szamance”, kiedy chcieliśmy pokazać „wyżeranie” mózgu, musieliśmy zrobić to dosłownie. Szamanka (Iwona Petry) swojego kochanka (Bogusława Lindę) rozwala, rozwala mechanizmy zniewolenia, patriarchalnego i metafizycznego. Symbolicznie musisz rozwalić sobie głowę i w przenośni nażreć się własnego mózgu, czyli zmienić swoje schematy, sposób patrzenia, myślenia. Po to jest czaszka w ręce dakini-szamanki. Pożerając mózg, symbolicznie pożerasz uwarunkowania włożone ci do głowy. Te, którymi kształtuje cię otoczenie, które można porównać do zasłon na oczach, społeczne, duchowe. Przez nie nie widzisz, kim jesteś, dlaczego tu jesteś. Więc na początku filmu jest mała śmierć orgazmu, na koniec prawdziwa śmierć – wyzwolenie.

Więc istnieć to znaczy nieustannie doświadczać śmierci i nowych narodzin? Umierania i odradzania siebie samej i świata dookoła?
Bardo, tybetańska księga umarłych, opowiada o przejściu między życiem a śmiercią. Ale w buddyzmie wszystko jest bardo, zasypiając i budząc się doświadczamy bardo snu. Kiedy doroślejemy, to też jest bardo, pożegnanie z dzieciństwem. Bardo nie jest tylko przejściem do fizycznej śmierci. Życie jest nieustającą zmianą, to cała samsara, czyli koło wcieleń. Chrześcijaństwo traktuje życie jak jednorazówkę zwieńczoną ostatecznym końcem i w rezultacie Sądem Ostatecznym. W buddyzmie finałem jest wyzwolenie z koła wcieleń i cierpienia. „Cnotą” nie jest cierpienie, ale wyzwolenie się z niego. Chrześcijaństwo zatrzymuje się na ciele, robiąc z cielesnej śmierci Jezusa swój kultowy symbol. Buddyzm przekracza cielesność. Buddyści „wracają z bardo pomagać cierpiącym, a nie osądzać ich na Sądzie Ostatecznym. To, co widzimy na cmentarzach, co leży w grobach, to są klocki lego samsara.

Buddyzm jest rodzajem przeprogramowania.
Tak, samodzielnego. To nie łaska czy Bóg doprowadzają do wyzwolenia.

Gdyby powiedzieć psychoterapeucie, że musi zdać się na łaskę, przypadek i wiarę, toby cię wyśmiał. Istnieją określone procedury, które prowadzą do konkretnych efektów zdrowienia. I „podobne” procedury istnieją w buddyzmie tybetańskim. Niektórzy stosują „newage’owe praktyki” na poprawienie nastroju i pewnie to działa. Pomachają rękami, tak jak robi się to w tai chi, a z feng shui wezmą sobie kryształek, dorzucą trochę mindfulness na uspokojenie. Razem jest im bliżej do oświecenia.

To postmetafizyczna, postkolonialna infantylizacja Wschodu przez Zachód. Skoro nie można złożyć komputera z kartonu, szczotki, muszelki i kilku podzespołów, to nie można w ten sam sposób skonstruować newage’owej kaszany, udając, że wynajdujesz komputer kwantowy, bo wszechświat jest kwantowy i gdziekolwiek naciśniesz, połączysz się z serwerem spełniającym życzenia. Nasza rozmowa o buddyzmie tybetańskim jest uproszczona, trudno mówić zrozumiale, zagłębiając się w niuanse bardzo bogatej, dość skomplikowanej tradycji duchowej.

Grymas twarzy dakini wyraża gniew, który jest przeciwieństwem naiwności i pasywności. Wyrażanie gniewu jest niezbędną kompetencją do przeciwstawiania się drapieżnikom, dlatego musimy się go nauczyć. Ale dlaczego jej gniew łączy się ze współczuciem?
Spróbuj sobie wyobrazić inny rodzaj gniewu. Gniew dakini porównywany jest do tego, co czuje matka, na oczach której dziecko biegnie do krawędzi skały i może osunąć się w przepaść. Matka krzyczy „Stój!”. Rozpęd gniewnej dakini to nie wybuch złości, ale energia, żeby wstrząsnąć nim i je powstrzymać. To nie jest gniew terroru, pogromczyni demonów i sił zła. Kali pożera swoje dzieci w symbolicznym cyklu egzystencji, a nie w akcie ludożerstwa. To nie jest gniew starotestamentowego Boga albo Archanioła Michała, który jebnie cię po łbie ognistym mieczem za złe zachowanie. Gniew dakini jest energią troski, która ma tobą wstrząsnąć i wyrwać cię ze złudzeń. Mnisi tybetańscy rozstrzeliwani przez chińskich żołnierzy przenosili wcześniej swoją świadomość poza ciało, żeby nie obciążać swoją śmiercią Chińczyków. Buddyzm jest religią dobroci, również pośmiertnej. Nie rewanżu i kultu cierpienia.

Dakini lata po niebie. Ułożenie jej ciała przypomina taniec, przez to nazywana jest „Podniebną Tancerką”.
Kwintesencji imienia „Tańcząca na Niebie” można też doświadczyć po psychodelikach, kiedy wyrywa cię ze znanego wymiaru. Miałam takie doświadczenie: nie ty poruszasz się w nieskończoności – co trudno sobie wyobrazić – tylko przestrzeń ściąga się jak dywan pod twoimi stopami. Do tego dochodzi wrażenie prędkości. Chcesz być w jakimś miejscu i jesteś, można nazwać to tańcem, bo jest w tym lekkość i ruch.

W duchowościach uwzględniających żeński pierwiastek seks nie jest grzechem, ale świętością. Ezoteryka łączy się z erotyką.
W buddyzmie ciało jest narzędziem, wehikułem wyzwolenia, a nie „workiem nieczystości” i obsesją grzechu do spalenia na stosie. Na Zachodzie się je odrzuca, pości, nakłada celibat, dyscyplinuje, pali na stosie.

Ciało jest rakietą kosmiczną. Daje ci schronienie, ale też może zawieść cię do pozaziemskich doświadczeń.
Przez ciało, które jest pojazdem dla twojej duszy, nawiążesz kontakt ze świadomością. U nas to jest poćwiartowane. Ciało traktowane jak worek na gówno, zwłaszcza kobiece, że zacytuję jednego z pierwszych chrześcijańskich myślicieli Klemensa z Aleksandrii. „Obejmować kobietę to jak obejmować worek gnoju” – napisał. Potem przyszła nowoczesność zapoczątkowana przez kartezjański dualizm duszy i ciała. Twoje ciało to jest twój dom, a nie kłopotliwy odpad. Nie wierzę, że w krajach muzułmańskich, w których musisz zasłaniać ciało i włosy, bo jesteś traktowana jako chodząca pokusa, można żyć szczęśliwie. Statystyki zaburzeń u Marokanek są powalające.

W dwudzieste piąte urodziny wybrałam się w podróż do Maroka. Dorosłe kobiety, poza turystkami, chodzą tam w burkach, widać im tylko oczy. Surrealizm kobiet duchów przemieszczających się ulicami Marrakeszu przeżywałam tym mocniej, że sama chodziłam w letnich sukienkach, przez co ciągle zaczepiali mnie mężczyźni. Niektóre odzywki były już nie tylko nieprzyjemne, ale też groźne. W noc urodzinową miałam sen, po którym długo nie mogłam się otrząsnąć. Śniło mi się, że przyglądam się sobie popełniającej samobójstwo na wiele różnych sposobów. Jak w nowofalowym filmie francuskim, który pokazuje jedno wydarzenie w kilku różnych ujęciach, śniło mi się, że przyglądam się sobie, jak raz po raz, z innych perspektyw wieszam się na sznurku zawieszonym na belce sufitowej. Utknięcie w pętli powtarzających się końców.
Pewnie odebrałaś energię, która kumulowała się wokół. Miewam sny, o których wiem, że są wizjami. W buddyzmie tybetańskim sny są tak samo ważne jak rzeczywistość. Kiedy śni ci się mistrz, nie jest to majak senny, tylko realność.

Wiele legend buddyzmu tantrycznego zaczyna się od spotkania mnicha z kobietą, która wyciąga go z murów świątyni i z kontemplacji. Poprzez kontakt z cielesnością uczy go mądrości. I to może być opowieść o spotkaniu dwóch osób. Ale może być to też opowieść o połączeniu się męskich i żeńskich elementów psychiki jednej osoby. Na przykład dakini w lewym ręku trzyma też kij, który symbolizuje jej wewnętrznego mężczyznę. Miotła czarownicy też jest jej fallicznym atrybutem obnażającym to, że podziały płciowe są pewnego rodzaju pozorem. Sztywne podziały płciowe są jedną z zasłon na naszych oczach.
W buddyzmie występuje polaryzacja mądrości i sposobów. Kobieta jest mądrością, a mężczyzna sposobem. W tybetańskim funkcjonuje nazywa „sprytne sposoby” na wyrwanie się z nieświadomości. Kobieta jest wiedzą i mądrością. Jest partnerką. Nie można jej tłamsić, nie wolno jej zniszczyć. To nie jest chodząca pokusa, ale komplementarna, równoprawna energia, bez której nie ma jedności i wyzwolenia. Współtworzy świat. Nie jest prześladowana jak ciemna siła, Lilith, kusicielka albo czarownica. Jest niezbędna jako Sofia, mądrość. Mężczyzna to umiejętność jej realizacji. Jedno bez drugiego byłoby „nieużyteczne”. Facet jest sposobikiem. Dlatego te pierwiastki muszą być ze sobą połączone.

Demony są dobre?
Upiory, zabawa na cmentarzyskach… Kiedy w buddyzmie tybetańskim przychodzi inna świadomość, czyli duch, demon, to zamiast się bać i łapać za kołek osikowy albo uciekać, trzeba zapytać takiego przybysza „czego chcesz?”. Żeby zaspokoić jego potrzebę. Bo tak naprawdę wszystko jest jednością, a buddyzm uprzejmością, tak mówi Dalajlama. I te demony to też jesteśmy my, w wersji deficytu, niezaspokojonej potrzeby, która nie zniknie sama z siebie, tylko będzie uporczywie powracać i domagać się zaspokojenia, póki nie zostanie „zaspokojona”, czyli wyzwolona. Nie ma krwiożerczych demonów mogących nas zjeść. Nie ma w ogóle świata odrębnego od nas, świata demonów, które cię kuszą czy straszą. Sama się kusisz lub straszysz. Żyjąc w zagrodzie świata patriarchalnego, boisz się świata zewnętrznego. W otwartej świadomości twoimi sprzymierzeńcami są i natura, i cała świadomość duchów czy demonów wskazujących ci drogę do twoich niedoborów. Między nimi jesteś u siebie, w swoim świecie. O tym jest rewelacyjna książka amerykańskiej joginki Tsultrim Allione „Nakarmić swoje demony”.

Jaką wiedzę niesie ze sobą dakini?
Często pojawia się jako stara, brzydka, pomarszczona kobieta pokazująca otwór na piersi. To otwór nieskończoności. Wskazuje na niego, żeby przypomnieć praktykującym, mającym jeszcze zasłonę na oczach, że wszystko jest pozorem. I starość, i śmierć, i trupy. To etapy, które każdy musi przejść. Jesteśmy uwarunkowani, a buddyzm jest szkołą świadomości pomagającą wykasować zawirusowane oprogramowanie i dojść do czystej świadomości. Na trzeźwo, bez psychodelików.

Manuela Gretkowska, pochodząca z Łodzi absolwentka filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim i antropologii średniowiecza na paryskiej Wyższej Szkole Nauk Społecznych. Autorka trzydziestu książek.

Polecamy: „Szepczące w ciemnościach” Zofia Krawiec, Wydawnictwo Znak Horyzont. (Fot. materiały prasowe) Polecamy: „Szepczące w ciemnościach” Zofia Krawiec, Wydawnictwo Znak Horyzont. (Fot. materiały prasowe)
Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze