1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem. Rozmowa z nauczycielką jogi Yin Julitą Skórską

Odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem. Rozmowa z nauczycielką jogi Yin Julitą Skórską

Julita Skórska, nauczycielka medytacji, jogi typu Vinyasa Flow oraz Yin&Yang, m.in. w warszawskiej Kulturze Fizycznej, Instagram: @julita.skorska. (Fot. Kuba Bączkowski, materiały prasowe)
Julita Skórska, nauczycielka medytacji, jogi typu Vinyasa Flow oraz Yin&Yang, m.in. w warszawskiej Kulturze Fizycznej, Instagram: @julita.skorska. (Fot. Kuba Bączkowski, materiały prasowe)
Nie wszystko musi nam się kojarzyć z wysiłkiem, odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem – mówi nauczycielka jogi Yin Julita Skórska.

Yin i yang to w powszechnej świadomości energia żeńska i męska. Choć są inne, to każda z nich uzupełnia i równoważy drugą. Czy powinniśmy je utożsamiać z kobietą i mężczyzną? Czy chodzi tu raczej o pierwiastek męski i żeński, obecne w każdym z nas – Jungowskiego animusa i animę?
Koncepcja yin i yang pochodzi z filozofii chińskiej. Jung dla zachodniego odbiorcy stworzył koncepcję animy i animusa. Obie mówią o tym samym: o przeciwstawnych siłach, które nie są jednak w walce czy kontrze do siebie, tylko się uzupełniają, a jedna bez drugiej nie może istnieć. Tak jak cień, który, by istnieć, potrzebuje słońca, tak jak zimno, które do tego, byśmy je odczuli, potrzebuje ciepła. Energia yin kojarzy nam się z energią kobiecą, a yang – z męską, i słusznie, ale tu nie chodzi tylko o podział na płcie, lecz także o cechy przyrody czy charakteru, które się z tymi energiami łączą.

Yin to odpuszczanie, poddawanie się, bierność – podczas zajęć z jogi yin głównie leżymy w określonej pozycji i przyglądamy się temu, co się w nas dzieje. Yang to z kolei działanie, wychodzenie, przejmowanie inicjatywy – w czasie jogi yang mobilizujemy i rozgrzewamy mięśnie. Yin to noc, księżyc, woda, introwersja, ale też smutek, chłód. Yang to dzień, słońce, ziemia, radość i ciepło. W życiu chodzi o to, by te dwie energie równoważyć i do obu mieć dostęp. Wiedzieć, kiedy powinniśmy działać, a kiedy odpoczywać lub zrezygnować z walki. I pamiętać, że bez działania nie docenimy odpuszczenia, a bez bierności – nie docenimy działania. I tak samo jest w jodze Yin&Yang. Przełączamy się w niej z rozluźnienia w działanie, i z powrotem. Czyli doceniamy pracę mięśniową, w której stoimy i się rozgrzewamy, jak i pracę odpuszczającą, w której leżymy i nie zastanawiamy się, czy mamy coś poprawić albo zmienić.

Ale po co iść na jogę, na której leżysz i nic nie robisz?
Nie wszystko musi nam się kojarzyć z wysiłkiem, odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem. Tak w życiu, jak i w jodze osiągamy to poprzez pracę bardziej tkankową, powięziową. Nie używamy mięśni, więc ich nie blokujemy, nie są rozgrzane, a my możemy wejść głębiej – na poziom tkanek łącznych. Wtedy dochodzi do masowania organów wewnętrznych, do oczyszczenia na poziomie fizycznym, ale też mentalnym i emocjonalnym. Często obserwuję to na zajęciach – coś ustępuje i nagle pojawiają się łzy albo nowe rozwiązania problemów – właśnie dlatego, że podeszliśmy do nich w inny sposób. Zwykle myślimy, że coś zdziałamy, gdy będziemy przeć do przodu – tymczasem często coś może udać się właśnie dlatego, że nic nie zrobimy.

A czy my też jesteśmy bardziej yin abo yang?
Każdy z nas ma w sobie obie energie, ale jedna z nich jest bardziej charakterystyczna. Astrologia dzieli nawet znaki zodiaku na te bardziej yin i yang. Yin to: Byk, Rak, Panna, Skorpion, Koziorożec i Ryby. Yang: Baran, Bliźnięta, Lew, Waga, Strzelec i Wodnik. Ale też nie namawiam do określania się wyłącznie przez znak zodiaku. Lepiej poobserwować siebie – w życiu, ale i na macie. Jeśli mamy więcej energii do działania, takiej skierowanej na zewnątrz – to prawdopodobnie przeważa u nas energia męska. Jeśli jesteśmy skierowani raczej do wewnątrz, refleksyjni  – bliżej nam do energii żeńskiej. I to niekoniecznie musi się pokrywać z naszą płcią. Jeśli jesteśmy bardziej yin, przyda nam się od czasu do czasu trochę więcej energii yang – i odwrotnie.

A jeżeli pozycje odpuszczające, bardziej bierne, nas uwierają czy denerwują?
To znaczy, że mamy je częściej wykonywać, pod warunkiem że nie pojawia się ból. Trzy główne zasady praktyki Yin to: wejdź do pozycji do momentu, w którym ciało zaczyna stawiać opór; pozostań w bezruchu; wytrzymaj przez jakiś czas i obserwuj (zwykle 3–5 minut w zależności od pozycji). Na przykład ja jestem zdecydowanie yang, choć mój znak zodiaku wskazywałby na yin. Na początku miałam problemy z pozycjami yin, nie potrafiłam w nich wytrzymać bez ruchu ani odpuścić gonitwy myśli. Za każdym razem, gdy odpuszczałam, pojawiała się chęć, by jednak coś zmienić, poprawić. Mam tak też w życiu. Lubię działać, rozwiązywać problemy w sposób aktywny, próbować nowych rzeczy. Ale przecież nie można w kółko czegoś zmieniać. Dlatego joga Yin bardzo mi służy i już się z nią polubiłam. Jestem pewna, że dla wielu osób może to być bardzo ciekawe doświadczenie. W jodze Yin nie ma czegoś takiego jak doskonała pozycja, nie ma dociskania i poprawiania.

Energia yang mobilizuje ciało, ale może też tworzyć w nim blokady. Skoro mamy działać, to spinamy się, by przygotować się do tego działania.
Właśnie, a yin pomaga zobaczyć, co jest pod tym spięciem. Jakie emocje się pojawiają: irytacja, złość, a może smutek, tęsknota czy bezradność?

Nie lubimy bezradności.
Ale jeśli będziemy ciągle spięci, to nigdy się do niej nie dogrzebiemy. Oczywiście nie ma sensu zanurzać się w bezradności na długo. Kiedy rozpoznamy, skąd się bierze, będziemy mogli się jej pozbyć poprzez rozluźnienie w pozycji. I to jest właśnie działanie w niedziałaniu. To, która energia w nas dominuje, możemy nawet sprawdzić, przyglądając się swojemu ciału. Nasza prawa strona jest męska, a lewa – żeńska. Jeśli w jakiejś pozycji czujemy, że jedna ze stron jest słabsza, jest to dla nas wskazówką, że właśnie ta strona, ta energia wymaga przyjrzenia się jej.

Nie masz wrażenia, że do niedawna nasz świat był bardziej yang – goniący do przodu, aktywny, ciągle coś stwarzający? Pandemia zmusiła nas do wejścia w bycie yin: czekanie, odpuszczanie, wchodzenie w głąb siebie.
Może tak naprawdę pandemia jest początkiem ery yin, ery odpuszczania? No bo co możemy zrobić? Jesteśmy zamknięci w domach, oddzieleni od bliskich, czasem też bez pracy. Nasze plany stały się nieaktualne. Im większa irytacja się pojawia, tym bardziej trzeba sobie pozwolić na odpuszczenie.

Yin to też pierwiastek kobiecy – coraz częściej słyszymy, że wchodzimy w erę kobiet.
To zdecydowanie jest era żeńskiej energii. Kobiety przewodzą, ale to nie zawsze oznacza, że działają, czasem chodzi o przewagę kobiecego myślenia, wrażliwości czy też właśnie kobiecej energii. Yin to intuicja, yang to rozum. Wielu z nas odkrywa teraz większy dostęp do tej bardziej intuicyjnej, duchowej części siebie. Nam, kobietom, może się wydawać, że nie musimy zagłębiać się w energię kobiecą. Ale może właśnie jest ona przez nas zaniedbana, zdominowana przez nadmiar energii męskiej. Może zapominamy o odpoczynku, może nie słuchamy swojego wewnętrznego głosu?

A może nie widzimy w poddaniu się czy bierności siły?
To jest zupełnie inna siła, poddanie nie musi oznaczać przegranej. To raczej świadomość tego, kiedy trzeba się wycofać, by nie tracić energii na rzeczy niezależne od nas. A kiedy nie trwonimy energii, mamy jej więcej. Oczywiście nadmiar yin też nie jest wskazany. Kiedy zamykamy się w sobie, nie słuchamy i nie dostrzegamy innych – nie realizujemy się w pełni i nie jesteśmy w harmonii ze sobą i światem.

Nie mogę nie spytać o ważny element twoich zajęć, a mianowicie zapachy i dźwięki...
Jestem bardzo wrażliwa na zapachy, wprowadzam je na zajęcia w postaci olejków eterycznych, kadzideł, świec zapachowych. Z olejków najczęściej stosuję lawendę, eukaliptus i goździki, z kadzideł – głównie te o zapachu drzewa sandałowego. Z kolei dźwięk to już osobna historia. Jako dziecko śpiewałam w chórze i tańczyłam. Odkryłam tę pasję na nowo podczas jogi. Zajęciom, które prowadzę, zawsze towarzyszy odpowiednio dobrana muzyka, dodatkowo używam mis tybetańskich oraz dzwoneczków Koshi w tonacji odpowiadającej żywiołowi powietrza. Jego właściwości to rozwijanie kreatywności i koncentracji, rozbudzanie abstrakcyjnego myślenia. Te dzwoneczki zostały mi podarowane i dobrane do mojej osobowości, dlatego ze mną rezonują. Ale tonacje dzwoneczków przypisane są również do pozostałych żywiołów: wody –emocje, intuicja, harmonia, czułość i opiekuńczość, ziemi – stabilizacja, siła i wytrwałość, oraz ognia – miłość, energia życiowa i odwaga. Dźwięki dzwoneczków relaksują, ale mogą też poruszać różne emocje. Z kolei wibracja mis tybetańskich wchodzi głęboko w ciało, masuje, uwalnia od stresu, usuwa blokady energetyczne, wzmacnia układ odpornościowy oraz hormonalny. Każdy reaguje i przeżywa ich brzmienie inaczej – i to jest piękne. Oczywiście można prowadzić zajęcia jogi Yin bez tych dodatków. Traktuję je jako mój prezent dla uczestników.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Storytelling - słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne

Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. (Fot. iStock)
Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. (Fot. iStock)
Storytelling jest dziś ważnym trendem w edukacji i elementem marketingu, wykorzystywanym do budowania świadomości marki. Przede wszystkim jednak to doskonały sposób na powrót do korzeni, dobra metoda na stres, a nawet alternatywa dla psychoterapii. O tym, że słowa mają moc, z arteterapeutką Charlie Kesem rozmawia Julia Wollner.

Izrael jest przez wielu uważany za główne centrum storytellingu. W miejscowości Giwatajim pod Tel Awiwem każdej jesieni odbywa się głośny International Storytelling Festival, zaliczany do największych tego typu imprez na świecie; rozkwitają stacje radiowe, na antenie których przez całą dobę emitowane są tylko prawdziwe historie słuchaczy, a na małe i duże przyjęcia zaprasza się zawodowych opowiadaczy, którzy nie tylko dostarczą gościom rozrywki, ale też zainspirują i skłonią do refleksji. Izraelskie rodziny wynajmują pisarzy, którzy za opłatą spisują opowieści i wspomnienia najstarszych członków, a młodsze pokolenia tłumnie zapisują się na kursy zwane „retell your story”, mające – poprzez grupową pracę nad opowiadaniem swojej historii – pomóc spojrzeć na własną biografię z nowej perspektywy, docenić swoje mocne strony, a przeżyte trudności przekuć we wzbogacające doświadczenia. O moc prawdziwych historii pytam pochodzącą z Londynu, a mieszkającą w Tel Awiwie Charlie Kesem.

Etymologicznie rzecz biorąc, „storytelling” to po prostu opowiadanie historii. Kryje się w nim chyba jednak jakiś sekret, skoro przyciąga tak wielu ludzi, a niektórzy, jak ty, postanawiają zająć się nim zawodowo.
Zawsze uwielbiałam teatr, studiowałam arteterapię i szukałam sposobu na to, by połączyć działania kreatywne z pomaganiem ludziom. Nauka w szkole storytellingu oraz udział w licznych londyńskich wydarzeniach z nim związanych pokazały mi, że dzielenie się historią ma w sobie wielką moc, często pomaga w transformacji. Ważnym doświadczeniem było też dla mnie załamanie, które przeszłam – w takich momentach storytelling nierzadko daje podobne rezultaty jak sesja terapeutyczna, choć działa oczywiście na innej zasadzie. Sztuka opowiadania historii, jeszcze do niedawna trochę zapomniana, rozkwita na nowo, a powód wydaje mi się bardzo prosty: ludzie tego potrzebują.

Ale przecież rozmaite historie bombardują nas ze wszystkich stron. Słyszymy je w pracy, od znajomych, w mediach, w reklamach, czytamy je na Facebooku… Gdziekolwiek odwrócimy głowę, ktoś próbuje nam coś opowiedzieć, przekazać jakieś informacje o sobie…
Ja, mówiąc o storytellingu, nie mam na myśli marketingu ani mediów społecznościowych – odnoszę się do umiejętności słuchania i nawiązywania relacji. To ona jest tu kluczem. Za dowód niech posłużą nam badania, w których okazało się, że odtwarzanie nagrania, na którym ktoś opowiada swoją historię, nie daje tego samego rezultatu – właśnie dlatego, że w storytellingu najważniejsza jest bezpośrednia relacja, jaka tworzy się między dwoma osobami: słuchaczem i opowiadającym.

Wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu samotni i potrzebujemy zbliżyć się do innych. Jak mawiała jedna z moich nauczycielek, opowiadanie historii pozwala znaleźć plemiennych towarzyszy. To bardzo prawdziwe stwierdzenie: gdy podzielisz się swoją historią, ludzie chcą o niej z tobą rozmawiać, zadają pytania. To, co ci się przydarzyło, zostaje w pewnym sensie powitane, przyjęte, zaakceptowane, a ty nie jesteś z tym już sam. Być może jeszcze ważniejszy jest proces słuchania, bo podczas niego dokonuje się w nas jakiś rodzaj wewnętrznego poruszenia, które może prowadzić do zmiany.

Jako artystka i jako człowiek szukam możliwości nawiązania nici prawdziwego, szczerego porozumienia – takiego, które pozwala odkryć się przed drugim człowiekiem, pokazać, kim naprawdę jesteśmy. Ta nić bardzo pięknie przędzie się w storytellingu: zarówno w historiach prawdziwych, jak w tradycyjnych opowiadaniach takich jak podania i baśnie, które także są bardzo istotne w mojej pracy.

Ty, Angielka mieszkająca w Izraelu, podkreśliłaś, że mówiąc o storytellingu, nie odnosisz się do działań marketingowych, zaś ja, wpisawszy to hasło w polską wyszukiwarkę internetową, znajduję głównie rezultaty związane z brandingiem. Czy myślisz, że różne nacje są w różnym stopniu skłonne do dzielenia się swoimi przeżyciami i doświadczeniami?
Nie, nie sądzę, aby tak było. Kiedy uczyłam się w International School of Storytelling w Forest Row, na zajęcia uczęszczałam z ludźmi z całego świata, z różnych grup wiekowych. Każdy z nich postanowił poświęcić trzy miesiące życia, aby przyjechać do tego zakątka Anglii i ukończyć kurs. Musi być ku temu jakiś powód. Moim zdaniem jest nim fakt, że każdy z nas, bez względu na kulturę i pochodzenie, potrzebuje spotkania z drugim człowiekiem. Oczywiście, powodów izraelskiej popularności storytellingu można szukać w tradycji żydowskiej, w jej związku z cyklicznością natury, z bliskowschodnim ukochaniem wspólnoty. Analogicznie zrobić można z kulturą celtycką i faktem, jak bardzo storytelling pokochali Anglicy. Tak naprawdę jednak to, co leży u podstaw storytellingu, obecne jest w każdej kulturze i właściwe wszystkim ludziom bez wyjątku. Zanim powstała telewizja i Internet, w każdym zakątku globu siadaliśmy przy ogniu, aby rozmawiać i słuchać mędrców, którzy dzielili się swoją wiedzą. Dziś po prostu na nowo odkrywamy radość tego rytuału.

Nie widzisz różnic związanych z pochodzeniem, a jak jest z wiekiem? Czy młode pokolenie, które nie pamięta czasów sprzed telewizji i Internetu, ma do storytellingu inne podejście?
Odpowiedź znowu jest przecząca, bo, jak cały czas podkreślam, łączy nas wszystkich ta sama ludzka potrzeba. Ludzie starsi też bywają uzależnieni od technologii i im także bywa ciężko skoncentrować się i słuchać. Ten problem jest dziś niezależny od wieku.

A przecież w storytellingu podstawą jest właśnie słuchanie…
Jeden z moich nauczycieli mówił wręcz, że Bóg nie bez powodu dał nam jedną buzię, ale dwoje uszu!

Wieczory zwane True Stories Nights, które organizujesz, obejmują występy siedmiu osób – w tym zawodowców i ludzi zupełnie niezwiązanych ze storytellingiem – którzy przez siedem minut dzielą się swoją historią z publicznością. Za każdym razem inny jest temat przewodni spotkania, który służy za punkt wyjścia dla wszystkich opowieści.
Tak, i niezwykłe jest, że robią to z własnej, nieprzymuszonej woli. Nigdy nie musiałam nikogo namawiać do występu; informuję tylko o takiej możliwości. Jeśli poczują, że nadszedł dla nich właściwy moment, mogą przyjąć moje zaproszenie. Niektórych zresztą nawet nie zapraszałam – znaleźli mnie sami, z przekonaniem, że mają coś istotnego do wyjawienia światu. Wierzę, że każdy ma historię do opowiedzenia. Prostą lub zawiłą, smutną lub zabawną. Historie są w każdej komórce naszego ciała, w każdym wspomnieniu, w każdym kroku, który czynimy, w każdym mrugnięciu okiem.

Bez problemu wyobrażam sobie opowiedzenie jakiejś zabawnej anegdoty w siedem minut, ale nie jestem przekonana, czy w tak krótkim czasie można zrelacjonować załamanie nerwowe albo jakieś inne trudne lub przełomowe doświadczenie.
Zdziwiłabyś się, jak wiele powiedzieć można nawet w dwie minuty! Określenie ram czasowych opowieści jest ważne nie tylko ze względu na publiczność, szczególnie, jeśli jest to początek ich doświadczeń ze storytellingiem. Stanowi także bardzo ważne ćwiczenie dla opowiadającego. Ograniczenie czasowe, które sobie narzuca, pozwala skupić się na tym, co w historii było i jest najważniejsze; na tym, co chce się z niej pamiętać; na tym wreszcie, co dzięki nam mają z niej zapamiętać – i nauczyć się! – nasi słuchacze. Jest to przy tym bardzo twórczy proces, bo nad historią pracuje się jak nad dziełem sztuki, modelując ją i nadając jej formę.

Nie obawiasz się czasem, że praca z ludzkimi emocjami może być niebezpieczna? Nie jesteś przecież psychologiem ani psychiatrą, a podejrzewam, że ludzie niejednokrotnie przychodzą do ciebie z historiami pełnymi dramatów, bólu i łez.
Na pewno jest to dla mnie wyzwanie, jak również coś, co wymaga wielkiej wrażliwości i uważności. Bez wątpienia pomaga mi wiedza wyniesiona ze studiów arteterapeutycznych oraz doświadczenie pracy z grupami w ciągu wielu lat.

Jedną z umiejętności, którą staram się przekazać uczestnikom moich warsztatów, jest opowiadanie historii w sposób, który pozwala im nad nią zapanować. Nawet wówczas, gdy opowiadamy historię bardzo bolesną, nie musimy po raz kolejny przeżywać traumy. Pomocna jest świadomość, że znamy dokładnie zarówno początek tej historii, jak i zakończenie; mamy do dyspozycji wspomniane siedem minut, w ramach których możemy się wzruszać czy złościć, jednocześnie zdając sobie sprawę, że ograniczają nas pewne ramy. Dzięki temu możemy poczuć się panami naszej historii. Skupienie się na wyborze odpowiednich środków wyrazu także pomaga przenieść punkt ciężkości – z emocjonalnego zaangażowania w historię na jej aspekt artystyczny. Myślę też, że każdy opowiadający zawsze doskonale wie, czy jest gotowy do podzielenia się swoją historią. Trzeba tylko wsłuchać się w siebie i odnaleźć swój głos. Oczywiście istotne jest, by organizator spotkania, a więc w tym przypadku ja, klarownie wytyczył granice.

Taka jest właśnie twoja rola?
Zapraszając ludzi do udziału w moich wieczorach, zawsze dokładnie tłumaczę, jaką mają formę. Najpierw spotykamy się jeden na jeden, wysłuchuję ich historii w cztery oczy i podpowiadam, jak się nią podzielić z publicznością. Ostateczna decyzja leży po stronie opowiadającego. Daję jasno do zrozumienia, że nie jestem terapeutą, choć oczywiście, w razie konieczności staram się pomóc, jak tylko mogę. Jedna z moich koleżanek w Anglii, która organizuje podobne spotkania, rozdawała na zakończenie ulotki z numerami specjalistów mogących zaoferować pomoc. To jeden z przykładów drobnych gestów, które czasem robią wielką różnicę. Warto jednak podkreślić, że storytelling pozwala zetknąć się z historiami bardzo różnorodnymi, nie tylko smutnymi. Dotykamy całego wachlarza emocji. Bez względu na to, czy są one pozytywne, czy nie, zawsze, bez wyjątku, dziękuję opowiadającemu za podzielenie się historią. Nie jest to pusty frazes. Bardzo zależy mi na tym, żeby ludzie czuli się docenieni.

Czy masz jakieś sugestie dla polskich czytelników mających mniejszy dostęp do wydarzeń związanych ze storytellingiem, a pragnących przyjrzeć się bliżej temu procesowi?
Po prostu spotkajcie się w większym lub mniejszym gronie, usiądźcie i zacznijcie rozmawiać, utworzywszy krąg. Za jakiś czas powtórzcie to znów! Zwróćcie uwagę na to, jakie historie was poruszają, jaki przekaz jest dla was istotny, jaki rodzaj komunikacji sprawia wam najwięcej satysfakcji.

Storytelling daje radość, uzdrawia, bawi, pozytywnie wpływa na poczucie własnej wartości i na pewność siebie. Pozwala uczyć się od ludzi różnych od nas, ale jeszcze bardziej – pokazuje nam, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy tacy sami.

Kilka faktów i badań na temat storytellingu

Według badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Harvarda opowieści wykraczające poza suchą relację faktów powodują większe zaangażowanie słuchacza, ponieważ oddziałują na obie półkule mózgowe – lewą aktywujemy już poprzez samo omówienie wydarzeń, prawą dopiero poprzez wzbudzenie emocji. Dobrze opowiedziana historia zostaje przez odbiorcę lepiej zapamiętana. Ma to niebagatelne znaczenie w procesie nauczania – zarówno najmłodszych, którym opowiadamy bajki, by przekazać im podstawowe prawdy o życiu, jak i całkiem dorosłych – tzw. metoda narracyjna doskonale sprawdza się np. w nauce języków obcych. Z podobnych względów storytelling jest także doskonałym narzędziem marketingowym – specjaliści w tej dziedzinie doskonale wiedzą, że rozpoznawalność marki oraz prawdopodobieństwo utożsamienia się z nią przez klienta zależy właśnie od ciekawej historii, która za nią stoi.

W niektórych krajach, jak Wielka Brytania, USA oraz Izrael prężnie działają stacjonarne szkoły opowiadania historii; można znaleźć kursy o różnych stopniach intensywności i zaawansowania, zaś spotkania, podczas których słucha się nawzajem swoich opowieści, należą do najbardziej lubianych form spędzania czasu. Pozwalają pośmiać się i wzruszyć, porozmawiać i pomilczeć. W naszej obrazkowej cywilizacji stanowią prawdziwy powrót do kultury słowa – głównego narzędzia komunikacji, właściwego tylko i wyłącznie człowiekowi.

Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. Jak mawia jeden z czołowych specjalistów w dziedzinie, dr Gary Irwin-Kenyon, dzieje się tak dlatego, że każdy z nas jest jednocześnie narratorem, redaktorem, bohaterem i czytelnikiem swojej opowieści, a przy tym tylko jednym z autorów – na naszą opowieść wpływa przecież każde spotkanie, rozmowa, wymiana doświadczeń z innymi ludźmi, którzy tym samym współtworzą naszą historię. Dzięki interakcji z nimi poprawiamy zdolności komunikacyjne, a nasza kreatywność wzrasta. Wymiana historii pozwala nam budować tożsamość, stymuluje ciekawość i zapał do życia, poprawia pamięć, uspokaja. Pozwala doceniać to, co w życiu istotne i dobre, budząc tym samym wdzięczność oraz poczucie celu. Słuchając opowieści innych, przeżywamy zarówno ich bolączki, jak i radości, a więc poszerzamy wachlarz swoich życiowych doświadczeń, dzieląc się zaś swoją historią, rozliczamy się z przeszłością, wybieramy sposób myślenia o niej i robimy miejsce na nowe przeżycia. Czerpiemy z tego, co już było, otwierając się na to, co dopiero nadejdzie. Wybierając odpowiednie środki wyrazu, wpływamy na to, co już jest za nami, aby bardziej świadomie przeżyć przyszłość.

  1. Psychologia

Przyjrzyj się swojej samoocenie – 10 wskazówek

Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Gdy pracujemy nad samooceną, odpowiadamy sobie na pytania: „Kim jestem?”, „Jak się z tym czuję?”. Niska samoocena oznacza negatywną ocenę siebie i płynące z tego złe samopoczucie. Jak to zmienić?

Źle się oceniamy zazwyczaj wtedy, gdy zraniona została nasza wrażliwość. Ktoś nas skrytykował, obraził, zawstydził, przestraszył, obwinił. I teraz my, w sposób często podświadomy, cały czas źle się z tym czujemy, bo cudzą opinię, czyjeś emocje wzięliśmy za własne. Teraz działamy jak automat, odtwarzając dawne sytuacje, bo wyparte emocje domagają się uwolnienia. Jeśli tego nie podejmujemy, nie uzdrawiamy tych emocji, zachowujemy się autodestrukcyjnie. Praca nad stłumionymi emocjami wymaga ukierunkowanej pracy wewnętrznej i często potrzebna jest tutaj pomoc psychoterapeuty... Co można zrobić samemu? Jak wpłynąć na podniesienie swojej samooceny?

1. Bądź świadomy swoich emocji i nastrojów. Zidentyfikuj swoje lęki, smutki, gniew.

2. Opiekuj się sobą. Rób to, co dla ciebie dobre. Jeśli czujesz, że potrzebne jest ci na przykład towarzystwo ludzi, wyjdź do nich. Jeśli dokucza ci nadwaga, zajmij się swoją dietą i sportem. Jeśli boisz się czegoś, sprawdź dlaczego tak się dzieje i podejmij wyzwanie.

3. Zidentyfikuj wyzwalacze niskiej samooceny. Zastanów się kto i kiedy skrytykował cię i przypomnij sobie jak cię to zabolało. Następnie odpowiedź sobie na pytanie, jakie dzisiaj ponosisz tego konsekwencje. Czego nie robisz, czego się nie podejmujesz z tego powodu?

4. Zmień zachowania. Kiedy czujesz, że niska samoocena hamuje cię lub popycha do zachowań, które nie są dla ciebie dobre (na przykład unikanie ludzi bądź roszczenia w relacjach) – zatrzymaj się. Skorzystaj z technik relaksacji, medytacji, ćwiczeń oddechowych. One cię zdystansują do uczuć, które dzisiaj są już nieaktualne. Przestaniesz działać pod wpływem dawnych impulsów. To pozwoli ci podjąć nowe zachowania.

5. Rozwijaj nowe umiejętności. Jeśli na przykład bardzo lękasz się samotności, bo ktoś cię kiedyś opuścił, ćwicz rozkoszowanie się swoim towarzystwem, ćwicz bycie samej. To może boleć na początku, potem jednak pojawi się poczucie własnej mocy. Gdy się boisz ciemności, zgaś światło a zobaczysz, że wcale nie jest tak ciemno.

6. Wyrażaj uczucia. Lękasz się czegoś? - Powiedz o tym. Szczere, jasne wyznanie, np.: „Jestem nieśmiała” lub „Boję się, że mi się nie uda, bo to dla mnie nowe”, otworzy serca tych, którzy zechcą ci pomóc.

7. Myśl opcjonalnie. Przekonania typu - to już koniec, albo - albo, nie ma wyjścia - zwykle są bezpodstawne. Zawsze jest trzecie wyjście i często ono właśnie jest dla nas najkorzystniejsze. Ćwicz się w elastyczności, myśl w odcieniach szarości.

8. Powiedz „nie”. Tym, którzy cię ograniczają, tym, z którymi się nie zgadzasz. Powiedz „nie” fałszowi wokół ciebie, nadużyciom, temu, z czym chcesz się pożegnać.

9. Bądź w kontakcie ze swoim ciałem. Wszystkie emocje są w ciele. Poprzez praktykę uważności możesz je rozszyfrowywać i twórczo wykorzystywać. Złość popchnie cię do działania a smutek otworzy na radość.

10. Bądź otwarty. Otwórz zmysły na to, co do ciebie dociera. Słowa ludzi, zdania przeczytane w książkach. Badaj co w związku z nimi czujesz. To, co z tobą „rezonuje”, jest ważne.

  1. Styl Życia

Medytacja jest jak niedziela

Czy umysł lubi medytację, czy postrzega ją jako zagrożenie? (fot. iStock)
Czy umysł lubi medytację, czy postrzega ją jako zagrożenie? (fot. iStock)
Medytacja nie przychodzi tak lekko. Wymaga wielu ćwiczeń. Początki bywają trudne. Umysł stawia opór. Medytacja dla wielu osób jest wyzwaniem, którego umysł często nie chce podejmować. Jednak regularna praktyka przynosi duże efekty, pozwala spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy, a przede wszystkim jest świętem – świętujemy połączenie ze swoim duchowym wnętrzem – przekonuje Katarzyna Chustecka, instruktorka jogi.

Siedzę na poduszce. Nogi skrzyżowane. Obserwuję oddech. Wdech, wydech, wdech... Ciekawe, jak poszło w szkole córce... No nie, stop: wdech, wydech, wdech... A to świnia! Jak on tak mógł się do mnie odezwać?! A może to ja go sprowokowałam? Akurat. Oj. Zaraz... wdech, wydech, wdech... Rany, jak mi się nic nie chce... Wdech, wydech, wdech... Co ja w ogóle robię, mam za dużo czasu, czy co? Spokojnie...Wdech, wydech, wdech...

Jak umysł reaguje na medytację?

Medytacja skupiona na oddechu polega na obserwacji oddychania. Nie używa się tu żadnej werbalizacji, dźwięków ani mantr. Nie nadajesz nawet określeń - wdech, wydech - a jedynie zauważasz przepływ oddechu, śledzisz go uważnie na poziomie czucia.

Kiedy zaczynasz uczyć się medytacji, otwiera się istna puszka Pandory umysłu. Uchylasz drzwi, za którymi twój umysł wyprawia, co mu się żywnie podoba. Ponieważ zapewne nigdy przedtem tam nie zaglądałeś, będziesz w szoku! Umysł jak żywioł kompletnie puszczony samopas zalewa cię falami myśli o przeszłości bądź przyszłości. A więc albo analizuje, co się wydarzyło i przeżywasz to ponownie, zmieniasz wersje swoich wówczas zachowań, słowem nurzasz się w przeszłości lub też lawiruje w przyszłości - jak zrobisz to czy tamto, kiedy już przyjdzie czas i co powiesz Iksińskiej, jak ją wreszcie spotkasz, itd, itp. Uff. Ile zamieszania, a wszystko to kompletnie niepotrzebne. Przyszłość minęła bezpowrotnie i nic tego nie zmieni, przyszłość nigdy nie nadejdzie, bo taka jest jej natura, a jedyne co masz, to ta chwila, teraźniejszość. Ale na jej temat wiemy oczywiście bardzo mało, bo tak rzadko w niej bywamy. Trudno się jednak dziwić, skoro umysł bez końca przerabia przeszłość bądź tworzy miraże przyszłości.

Umysł jest jak jeden z wielu narządów czy części ciała. Wyobraź sobie, że jest to taka sama część ciebie jak powiedzmy mięsień czworogłowy uda. To bardzo ważny mięsień, dzięki któremu możliwych jest wiele ruchów, a bez którego niemożliwe byłoby chodzenie. Następnie wyobraź sobie, że mięsień ten postanowił całkowicie uniezależnić się od twojej woli, w związku z czym nie słucha cię, lecz po prostu prowadzi, dokąd sam chce. Co więcej, w tajemniczy sposób udało mu się ciebie przekonać, że on to ty! Koniec końców idziesz tam, dokąd zaprowadzą cię nogi, bez względu na to, czy ci to rzeczywiście służy czy nie, i jeszcze sądzisz że są to twoje własne wybory. Szaleństwo. Niewola. Ale tak właśnie stało się i dzieje się z umysłem. Ta część ciebie, która miała służyć ci wtedy, kiedy jej potrzebujesz, a następnie wypoczywać, cieszy się niesłychaną autonomią i jeszcze podszywa się pod właściciela. Bo ostatecznie właściciel zapomniał, kim naprawdę jest... Mało tego, to miotanie się umysłu i produkcja nawałnic myśli kosztuje cię sporo energii - wygenerowanie myśli to energia, a zajmowanie się nimi - kolejny koszt. Tak więc koniec końców biegasz całe dnie wewnątrz siebie za rozpuszczonym małym tyranem - swoim własnym umysłem. Nie ma innego wyjścia niż stanąć z nim oko w oko i przejąć ster.

Medytacja jest jak niedziela – świętujesz kontakt ze sobą

Wiedz, że nikt dobrowolnie nie rezygnuje z przywilejów, tak więc na początku czeka cię walka i to podjazdowa. Bądź pewien, że twój umysł zastosuje mnóstwo chwytów, aby odwieść cię od prób zdyscyplinowania go. Nie daj się nabrać, bądź nieprzejednany, ale życzliwy dla siebie i swoich usiłowań. Z czasem pojawi się dystans do pojawiających się myśli i coraz dłuższe okresy koncentracji na oddechu. Nie reagując na pojawiające się myśli, zrozumiesz, że myśli to nie ty, że możesz się bez nich obejść, a kiedy zaczną pojawiać się momenty pustki pomiędzy jedną myślą a drugą, zauważysz że istnieje zupełnie nieznany wymiar doświadczenia. Odzyskasz też wreszcie swoją pozycję właściciela domu, w którym mieszka twoja Dusza. Być może usłyszysz, co ma ci do powiedzenia.

Dzięki temu, że nauczysz się puszczać myśli, będziesz mógł wreszcie naprawdę zatrzymać się i odetchnąć. Możesz wtedy zauważyć, że ten świat całkiem nieźle radzi sobie bez ciebie, że przez te pół godziny czy więcej możesz odpuścić sprawowanie kontroli i odkryjesz, świat się nie zawalił. Popatrz - ty siedzisz i niby nic nie robisz, a świat kręci się nadal. To leczy z nadmiernej odpowiedzialności. Medytacja pozwala odsunąć się z wymiaru działania w wymiar bycia. To jest najważniejszy moment działania - niedziałanie. To jest czas, dzięki któremu działanie może istnieć. Gdyby było tylko działanie, nie moglibyśmy go docenić. Tak jak nie moglibyśmy docenić nocy bez istnienia dnia.

Dlatego właśnie medytacja jest jak niedziela. Jak święto - czas, w którym pozwalasz sobie zostawić to, co ziemskie, zamknięte w ziemskim wymiarze czasu i przestrzeni, i oddać się świętym sprawom swojego wnętrza.

Więc może ten świat nie jest tak beznadziejny, skoro trwa sam! A gdy już nie musisz się nim zajmować, twoja uwaga dotychczas skupiona na czynnościach, na wybranych częściach rzeczywistości, rozluźnia się obejmując i ogarniając wszystko - całość, której ty sam jesteś częścią. Ty jesteś całość, a całość to ty. Świat jest w porządku i ty też jesteś w porządku. Nie pozostaje nic innego, niż przeżyć to życie w radości i zgodzie ze sobą, skoro wreszcie złapałeś ze sobą kontakt. I spijać słodki smak tej prawdy, który sączy się z każdą chwilą medytacji.

A umysł? Spoczywa cicho jak węgielki tlące się w piecu, cały czas gotowe, by ich użyć, kiedy zajdzie potrzeba.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

"Wyluzuj wszystko, co się da" – radzi psycholożka Katarzyna Miller

– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
A co się da, ty sama dobrze wiesz. Jeśli coś jest dla ciebie ważne, nie odpuszczaj. Ale reszta? Po co ci toksyczne relacje, opinia tych, na których ci nie zależy, czy dowalanie sobie albo wstyd? Pyta psychoterapeutka Katarzyna Miller. Ale najpierw o tym, czym się różni praca nad sobą od umniejszania sobie.

Pomyślałam, że zacznę od wątku, który może się wydawać daleki od umniejszania sobie, ale moim zdaniem ma z nim wiele wspólnego. Chodzi mi o to, co dzieje się teraz na uczelniach artystycznych, w jaki sposób łamie się tam studentów, jak się nimi poniewiera, jak się im ubliża i ciągle przekracza ich granice. Bardzo to smutne, że nadal w wielu szkołach, ale i wielu domach uważa się, że tak trzeba hartować charaktery.
Nie powiedziałabym, że celem takiej pedagogiki czy wychowania jest nas złamać, tylko że to bezmyślne powtarzanie wzorów. Jeśli już, to powszechnym celem jest posłuszeństwo rodzicom czy wyższym celom, w tym wypadku, jak rozumiem, sztuce. Świadome łamanie bardziej jest związane ze sportem, wojskiem – czyli wszędzie tam, gdzie wymaga się żelaznej dyscypliny. Choć pamiętam jednego nauczyciela z czasów, kiedy uczyłam się psychoterapii, którego do dzisiaj szczerze nienawidzę – on właśnie tak nas traktował. Mieliśmy nie paść, być dzielni i znieść wszystko. Długo się potem z tego wyzwalałam. Kolejni pedagodzy mnie trochę „rozluźnili”, a już najbardziej zrobiło to spotkanie z Carlem Rogersem, który pokazał nam szkołę pracy z ludźmi opartą na empatii. Zrozumiałam, że najlepsze wyniki można osiągnąć, traktując ludzi po ludzku.

Przypomina mi się scena z serialu „The Crown”, w której książę Filip posyła delikatnego Karola do surowej szkoły w Szkocji. Uważa, że skoro zahartowała jego charakter, to samo zrobi z charakterem jego syna. Mimo że Karol błaga, protestuje i bardzo tam cierpi. Tak à propos bezmyślnie powtarzanych wzorców...
Kiedy się trochę poczyta o potomkach rodów królewskich czy wielkiej arystokracji, to naprawdę nie ma im czego zazdrościć. Przez swoje rodziny byli przeważnie traktowani w sposób nieludzki, od maleńkiego przystosowywano ich do pełnienia roli kogoś, kogo nic nie dotyka i kto jest ponad wszystko. A ponieważ żadne dziecko nie może być ponad wszystko, więc głównie musi sobie poradzić ze swoimi uczuciami, zacząć je tłamsić, ukrywać. Królowa Elżbieta II też jest wytworem takiego wychowania.

No ale czy to słuszne jest myśleć, że najbardziej uodporni nas na krytykę ciągłe bycie jej poddawanym?
Niektórzy stają się wtedy na nią odporni, a inni się łamią – tak się zawsze dzieje. Pewne aspekty treningu wytrwałości, dzielności czy odporności się przydają, ale jedynie wtedy, gdy mamy życzliwą wiedzę o możliwościach danej osoby, o jej wytrzymałości – psychicznej i fizycznej. Są ojcowie, którzy wrzucają swoje dzieci na głęboką wodę, nie patrząc na to, jaką mają wrażliwość, odporność na stres, jakie lęki...

Wrzucają nawet dosłownie, mam tu na myśli naukę pływania.
Tak, ja też mam to na myśli. Mnie tak zrobił kiedyś mój tatuś. Nie był głupim facetem i naprawdę dużo dobrego mu zawdzięczam, natomiast wepchnął mnie pod wodę w taki sposób, że mało się nie utopiłam i przeraziłam się strasznie. Ale też się wtedy zaparłam, że się nauczę pływać sama, i się nauczyłam. Nocami wyobrażałam sobie, że pływam i tak sobie to przyswoiłam. Serio, to jedno z moich większych osiągnięć. Choć mogłam się też nauczyć pływać bez tego. Ja dałam radę, ktoś inny może by się nie zaparł, tylko pozostał z lękiem przed wodą.

Wracając do szkół aktorskich, to pomyślałam sobie, że jeśli takie rzeczy dzieją się przed całą grupą, to ci pedagodzy robią coś jeszcze – uczą chamstwa, prostactwa, braku empatii, niehumanitarnych wartości. A przecież żadna szkoła, nie tylko artystyczna, nie tego powinna uczyć. Zobacz, co chwila docierają do nas ze świata informacje o tym, że ludzie pokazują swoją nieludzką twarz. I jeszcze mają dla swojego zachowania bardzo dużo uzasadnień i wyższych racji. Jestem za tym, by uczyć dzieci dawania sobie rady, ale nie w ten sposób, że podpala się im mieszkanie, żeby umiały uciec z pożaru.

Czasem już malutkim dzieciom mówi się, chcąc je zmotywować: „A ja myślę, że ci się nie uda, że nie dasz rady”. Jedno dziecko się zaprze i będzie chciało udowodnić, że jest inaczej, a inne uzna, że skoro mama, tata czy pani w przedszkolu uważają, że nie dam rady, to może mają rację.
Akurat jestem po weekendowej grupie terapeutycznej, gdzie wspólny mianownik wszystkich uczestniczek był następujący: „mama we mnie nie wierzyła i cały czas mnie sekowała”. Owszem, te dziewczyny pokazały, że potrafią – pokończyły studia, świetnie zarabiają i wyglądają, ale w środku są bardzo powichrowane. Nie połamane, bo przecież w końcu sobie radzą i umieją szukać pomocy, skoro na takie warsztaty przyjeżdżają, ale niewątpliwie cierpią. A przecież ta ich energia mogłaby się cudownie przydać przy innych rzeczach, niekoniecznie przy wychodzeniu z ciemnego dołka. Powinniśmy się opierać w życiu na czymś pozytywnym, nie negatywnym.

Mówiłam już kiedyś o pewnych warsztatach, w których brałam udział jako młoda dziewczyna. Prowadzący poprosił, żebyśmy dobrali się w pary i sprawdzili na sobie to, co chcemy, tylko oczywiście musimy to wcześniej między sobą ustalić, żeby dla wszystkich było to bezpieczne. I pamiętam, że wybrałam sobie taką drobniutką dziewczynkę i powiedziałam: „Pokaż mi, że się mnie boisz”. Po czym zaczęłam iść na nią jak jakiś potwór, i ona weszła pod stolik, zakryła sobie głowę. Przerwałam to i powiedziałam: „Wystarczy, dziękuję ci bardzo, wiem, że tego nie chcę”. Zrozumiałam, że ani mnie to bawi, ani cieszy, ani karmi, ani buduje poczucie wartości. Ale ważne było, że mogłam to zrobić i że to było umówione.

Bo ona tylko udawała.
Oczywiście. Obie strony były na to przygotowane. A ja bałam się mojej mamy i chciałam sprawdzić, czy może poczuję się lepiej, kiedy ktoś mnie będzie się bał. Działanie motywowane strachem nie jest dobre dla nikogo, dlatego rodzice mogliby swoim dzieciom, a zwłaszcza dziewczynkom, częściej wpajać pewność siebie, przekonanie, że mają się czym obronić i że mają prawo siebie bronić oraz wspierać innych. Tego też uczę na moich warsztatach – budowania swojej siły na przykład poprzez mówienie „nie”. Znajomym, partnerowi, szefom, rodzicom. Choćby takiemu nauczycielowi, który bez uprzedzenia daje mi w twarz, żeby pokazać, jak trzeba zagrać.

Podajemy te przykłady krytykujących i umniejszających nauczycieli i rodziców, by powiedzieć też o tym, że i my często ich uwewnętrzniamy i sami sobie dowalamy: „Znowu ci się nie udało”, „Nie nadajesz się do tego”.
W dodatku robimy to niezwykle celnie, bo najlepiej wiemy, w co uderzyć, by najbardziej bolało. Oczywiście nauczyli nas tego nasi wychowawcy czy opiekunowie, ale my to ciągniemy, co więcej – my to udoskonalamy, cyzelujemy. Jesteśmy w tym dobrzy, to nam wychodzi i ma to swój diabelski urok. Zobacz, ile ludzie sobie mówią nieprzyjemnych rzeczy, a ile dobrych. A nawet jest taki zwyczaj, że jeśli masz powiedzieć o sobie coś dobrego, to trzeba zastrzec, „Przepraszam, że to powiem, ale dlatego, że się na tym znam”, „Nie chcę wyjść na nieskromną, ale naprawdę mi to wychodzi”. Rzadko kto mówi: „Jestem w tym najlepszy, świetny; jestem genialna” i jeszcze się sobie w tym podoba.

Jako młoda dziewczyna często wyrzucałam sobie coś, co zrobiłam komuś kilka lat wcześniej i czego się bardzo wstydziłam.
O, to szalenie powszechne. Masami do mnie przychodzą ludzie ze wstydem dotyczącym czegoś, co kiedyś zrobili. Ludzie hołubią wstyd, podlewają go, pielęgnują, trudno im się z nim rozstać. Pytam czasem: „Taka jesteś do tego przywiązana, a co będzie, kiedy to stracisz?”. „No dobrze będzie”. „To skoro chcesz, by było dobrze, czemu tego nie puszczasz?”. Naprawdę czasem wystarczy puścić.

Ale jeśli zawstydzano cię w dzieciństwie, nic dziwnego, że nie wierzysz, że wolno. Jakby się przyjrzeć temu, co rodzice robią dzieciom w tej materii, to aż się włos na głowie jeży: obgadują ich, mówią tak, jakby ich nie było, wyśmiewają się z nich, krytykują, klepią po pupie albo chwalą tak, że dziecko nie wie, co z tym zrobić. W ogóle nie ma szacunku do dzieci jako do osób. Dziecko też trzeba spytać o to, czy mu to odpowiada i pasuje. A nie: przynieś, podaj, pozamiataj. Albo: jak ty wyglądasz?; nie podsłuchuj; chodź tu w tej chwili; a czego ty chcesz?; wyjdź stąd natychmiast, nie przeszkadzaj. Dzieci wiedzą, kiedy się mówi do nich jak do osoby, a kiedy się je lekceważy.

Krytykują ci, którzy byli krytykowani, a poniżają ci, których poniżano...
Ależ oczywiście, wyłącznie ci.

Powiedziałaś niedawno, że zrobiłaś sobie życiowy bilans i rozprawiłaś się z kilkoma rzeczami, które się tobie w sobie nie podobały, że było to trudne, ale ostatecznie dało ci oczyszczenie i nowy początek. Myślę, że to świetna sprawa, ale i ryzykowna. Jak nie przegiąć z takim bilansem czy rachunkiem sumienia?
Jest wielka różnica między świadomym rachunkiem sumienia a wyrzucaniem sobie czegoś i gnębieniem samego siebie. W ogóle uważam, że warto raz na jakiś czas zatrzymać się i zastanowić, czy jestem zadowolona z kierunku, w którym zmierza moje życie; czy moje relacje mi się podobają; czy to, co ostatnio osiągnęłam, jest tym, co chciałam osiągnąć. Z tym że nad czymś takim zastanawiają się tylko osoby z refleksją, bo dużo ludzi po prostu żyje z dnia na dzień. Niektórzy żyją z wielką prostotą, wręcz filozoficznie, ale większość żyje bezrefleksyjnie. Również jest tak, że wielu ludziom się wydaje, że spojrzenie na siebie warto mieć wyłącznie bardzo krytyczne. I że jeżeli mówisz o sobie, że jesteś fajna, to znaczy, żeś zepsuta albo kretynka.

Ja na przykład jednej dziewczynie z grupy warsztatowej powiedziałam: „Kochana, na razie to ty przestań pracować nad sobą, bo ty siebie nadwyrężasz. Masz spać, jeść, leżeć, siusiu robić, śmiać się i robić najprostsze rzeczy”. Bo trzeba powiedzieć, że są osoby, które tak się przepracowują na swój temat, że nie ma już tam wręcz powietrza. Ledwo żyją i ciągle nie są szczęśliwe ani spokojne. Nie mają w sobie takiej pogody, stanu pod tytułem „jest OK”.

Bo ciągle nie jest OK.
I to przykład, że tego rachunku jest za dużo i że idzie w złym kierunku. Głównie – perfekcjonizmu. Wiesz, co mi odpowiedziała ta dziewczyna? „Marzę, by być wreszcie zadowoloną z siebie”. Ale perfekcjonista nigdy nie jest z siebie zadowolony, dlatego trzeba rozstać się z perfekcjonizmem. Są oczywiście bardzo różne powody, dla których ludzie się katują. Z pozoru bardzo pozytywne, no bo przecież ja się rozwijam – kolejne książki czytam, na kolejną terapię poszłam, kolejny warsztat zaliczam... Ale co z tego? Uspokój się i usiądź na pupie, oddychaj. Tyle wystarczy.

Czasem myślę, że można podzielić ludzi na tych, co obwiniają o wszystko świat i innych, oraz na tych, którzy za wszystko obwiniają siebie.
A są jeszcze ci, którzy obwiniają i świat, i siebie. Nic im się nie podoba. Ale na pewno na próżno ich szukać na grupach terapeutycznych, już prędzej na wysokich stołkach (śmiech).

A dałoby się to ująć w proporcje: ile sobie mówić dobrych rzeczy, a ile tych sprowadzających do pionu?
Najfajniej oczywiście być adekwatnym, ale do tego potrzeba albo mądrego wychowania, albo dobrej pracy nad sobą, żeby się dopracować takiego poczucia, że po pierwsze, nie wszystko muszę, po drugie, to, co potrafię i dobrze robię, mam jak najczęściej robić i mam z tego czerpać satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – i mam ich za to szanować, podziwiać i dziękować im za to. Natomiast jest jakiś procent rzeczy, nad którymi warto popracować. W ogóle warto pracować nad sobą całe życie, żeby się nie zaśniedzieć, nie zmurszeć, nie zestarzeć w ten niedobry sposób – czyli kiedy myślisz, że wszystko się skończyło, a świat zszedł na psy. I nie chodzi o to, by mieć sobie coś za złe, ale by mieć przed sobą jakieś cele. Na przykład: jeszcze się nauczę tego, żeby wobec mojej rodziny zachowywać się w sposób uprzejmy, z klasą, ale też taki, który mnie nie kosztuje emocjonalnie. Albo: jeszcze się nauczę być asertywnym, najpierw wobec znajomych, potem wobec przyjaciół, a potem wobec męża.

Chodzi o cele, które dają nam więcej luzu w życiu?
I czynią je lepszym, a tym samym też czynią lepszym życie osób wokół nas. Bo na przykład uczę się być bardziej tolerancyjna, a jednocześnie nie mówić sobie w kółko: „Boże, jak on mógł mi to powiedzieć?!”. No skoro powiedział, to znaczy, że mógł. To jest tak proste, ale wpaść na to trudno, a przestać się tym przejmować – jeszcze trudniej. Albo to słynne: „A może ja robię błąd? I za parę lat będę żałowała?”. Kochana, a gdzie ty jesteś? W którym miejscu? I jaki błąd? Robisz coś, co w tej chwili wybierasz. Jeżeli ci się to nie spodoba, zmienisz to i już. Jeżeli weszłaś nie w tę uliczkę, to z niej wyjdź. Jak poszłaś na złe studia, to je zmień. Jak jesteś nie z tym facetem, to przestań z nim być. Czujesz, że terapia ci nie odpowiada, zmień terapeutę. Oczywiście nie w sekundę, trzeba to najpierw sprawdzić, przetestować, porozmawiać...

W jakich kwestiach warto jeszcze wrzucić sobie na luz?
Ja w ogóle mówię: wyluzuj wszystko, co się da. A co to znaczy? To, co się da. Ty już wiesz, co należy do tej kategorii. Jeśli coś jest dla ciebie cholernie ważne, to tego za nic nie puścisz. Natomiast zdecydowanie warto puścić toksyczne relacje. Najpierw zastanawiając się, czy to może ja nie jestem w nich toksyczna. Oraz warto odpuścić „co sobie ludzie pomyślą”. Oczywiście jeśli są to ważni dla mnie ludzie i mówią coś dla mnie cennego – to nie odpuszczać. To wszystko jest do sprawdzenia i wyważenia. Znów to powtórzę: mamy być adekwatni, czyli obecni w tym, co się dzieje, a jednocześnie umieć spojrzeć na to z boku.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Zdrowie

Joga tybetańska - wsparcie podczas leczenia raka

Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. (Fot. iStock)
Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. (Fot. iStock)
Lekarze koncentrują się na ogół na farmakoterapii, często zapominając o uczuciach pacjentów. Prawie połowa osób chorych na raka szuka więc wsparcia psychicznego w metodach niekonwencjonalnych. O korzyściach, jakie przynosi chorym metoda integracji ciała i umysłu za pomocą jogi, przekonuje dr Alejandro Chaoul.   

Czym można wytłumaczyć to, że ćwiczenia jogi tybetańskiej pomagają lepiej się poczuć osobom wyczerpanym rakiem i ubocznymi skutkami leczenia onkologicznego? Praktykowanie jogi powoduje wiele pozytywnych zmian w ciele: obniżenie ciśnienia krwi, zmniejszenie bólu, poprawę odporności. Pacjenci śpią lepiej i dłużej, nie muszą zażywać takiej ilości lekarstw nasennych jak wcześniej. Zmniejszają się efekty uboczne radioterapii i chemioterapii, przede wszystkim uczucie zmęczenia i mdłości. Wzrasta także uważność i sprawność umysłowa, ludzie pozbywają się obsesyjnych myśli. Kiedy wyciszamy umysł, mamy możliwość spojrzenia na swoje myśli „od wewnątrz”, to fantastyczne. Decydujemy, w którym momencie zatrzymać naszą uwagę.

Jeśli się uspokoimy i wyciszymy, zwolni się rozwój choroby? Niektórzy naukowcy przypuszczają, że stres emocjonalny przyczynia się do nasilenia raka. Stres to niedostrzegalny symptom towarzyszący chorobie nowotworowej. W szpitalu, w którym prowadzę zajęcia, lekarz podczas rozmowy z chorym i jego rodziną zawsze pyta, czy w życiu pacjenta zdarzyło się coś negatywnego. 60 proc. osób odpowiada, że tak. Z całą pewnością stres ma wpływ na rozwój raka u zwierząt, a zmniejszanie napięcia nerwowego hamuje chorobę, co potwierdziły badania. Czy w ten sposób można zwolnić rozwój nowotworu także u ludzi – to dopiero się okaże.

Chyba niełatwo jest przekonać i zmotywować ciężko chorych ludzi do rozpoczęcia ćwiczeń... Tak naprawdę to nic nie obiecuję. Nie mówię im, że wyleczą się z raka. Będą mogli za to z innej perspektywy spojrzeć na swoją chorobę, a dzięki praktykom jogi poprawi się jakość ich życia i zmniejszy stres. Niektórzy pacjenci mówią: „Nie czuję bólu, nie czuję się tak źle jak wcześniej, teraz czuję się lepiej, czuję się fantastycznie – co było wcześniej nawet nie do pomyślenia!”. I to jest bardzo istotne, bo jeśli w tym momencie czuję się dobrze, to dlaczego nie może tak być za minutę, za godzinę, za jakiś czas?

Jogę znam z ćwiczeń, po których jestem rozluźniona głównie fizycznie. Co szczególnego jest w praktykowaniu jogi tybetańskiej, że tak odmienia i czucie, i myślenie? Wszystkie praktyki medytacyjne biorą pod uwagę ciało i umysł. Niestety, na Zachodzie uważa się na ogół, że joga jest zbiorem fizycznych ćwiczeń. Nawet sami instruktorzy zwracają uwagę przede wszystkim na ciało. Tymczasem praktyka obejmuje trzy elementy: pozycje ciała, czyli asany, pranajamy, czyli oddechy, oraz część medytacyjną. Dlatego my jako instruktorzy jogi tybetańskiej zwracamy uwagę na te elementy „od drugiej strony”. Najpierw rozwijamy umysł, później rozwijamy oddech, w końcu dochodzimy do ciała. Na przykład w pierwszym tygodniu pacjent uczy się wyciszać i przekłada uwagę z gonitwy umysłu na własne ciało. W drugim tygodniu pracuje głównie z samym oddechem i emocjami, jakie można uwolnić poprzez oddychanie.

Wydychając powietrze w specjalny sposób, wyrzucamy z siebie złe emocje? Oczywiście, używamy nawet specjalnych wizualizacji. Wyobrażamy sobie dym, który symbolizuje wszystkie negatywne rzeczy, które nam szkodzą. Zaczynamy autentycznie doświadczać, że poprzez taki wydech czegoś się pozbywamy. Przy wdechu wyobrażamy sobie przyjemne światło. Trzeci tydzień ćwiczeń jest związany z przeniesieniem uwagi na ruch ciała. Umiejętność wyciszenia umysłu i pracy z oddechem wykorzystujemy w pracy z ciałem, a poprzez ruch obszar naszego doświadczenia staje się coraz szerszy. Na następnych sesjach rozwijamy coraz bardziej świadomość oczyszczającego procesu praktyki. Pacjenci uczą się, jak wykorzystywać ją w swoim codziennym życiu. Po zakończeniu praktyk każda osoba dostaje podręcznik i płytę DVD, żeby nadal wykonywać te ćwiczenia w domu.

Umysł z ciałem

Terapia raka oparta na psychologii buddyjskiej i jodze tybetańskiej w połączeniu z farmakologicznym postępowaniem medycyny akademickiej jest jednym z przykładów rozwijającej się dopiero dziedziny – medycyny integracyjnej, której założeniem jest ścisła współpraca dla dobra pacjenta lekarza specjalisty i przedstawiciela metody niekonwencjonalnej. Badania i terapia są wspierane grantem naukowym z Narodowego Instytutu Raka w USA.

Rozmowę tłumaczył instruktor jogi Wojciech Pluciński.