1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. "Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu?
A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie...
Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś?
Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie.
Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam!
Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś?
Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych...
W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu...
Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą...
Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie?
Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią.
I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich.
Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane.
Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem?
Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie…
„Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem...
Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią?
Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia?
Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda...
A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment?
„Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się?
Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać!
Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką.
Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było!
No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną?
Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś?
Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie.
W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności...
Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką...
A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne?
Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”?
No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz?
Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą?
Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Balagan – mieszanka europejskiej elegancji i nonszalancji rodem z Tel Awiwu

Zdjęcia z kampanii kolekcji Balagan wiosna–lato 2021. (Fot. materiały prasowe)
Zdjęcia z kampanii kolekcji Balagan wiosna–lato 2021. (Fot. materiały prasowe)
Hanna Ferenc-Hilsden i Agata Matlak-Lutyk tworzą jedną z najciekawszych polskich marek akcesoriów. Buty i torebki Balagan to smaczna mieszanka europejskiej elegancji i nonszalancji rodem z ulic Tel Awiwu. Teraz także w wydaniu wegańskim.

Poznały się na kursach przygotowawczych na wymarzone studia – wydział wzornictwa warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W 2015 roku, zaraz po studiach i doszkalaniach pod kątem projektowania obuwia i torebek, postanowiły założyć własną markę. Nazwa jest przewrotna – projekty duetu czerpią raczej z prostych, klasycznych i ponadczasowych form, bawiąc się przy tym odcieniami czy fakturami. Także prywatnie projektantki lepiej odnajdują się w zorganizowanej i uporządkowanej przestrzeni. Balagan nie jest zatem stanem ich umysłu, ale po prostu po hebrajsku znaczy dokładnie to, co po polsku, dzięki czemu symbolicznie oddaje więź między Warszawą, gdzie znajduje się siedziba marki, a Tel Awiwem, z którym związana jest Hanna.

Projektantki marki – Agata Matlak-Lutyk i Hanna Ferenc-Hilsden. (Fot. materiały prasowe)Projektantki marki – Agata Matlak-Lutyk i Hanna Ferenc-Hilsden. (Fot. materiały prasowe)

Estetyka marki oscyluje więc między stylem dwóch kultur i nawiązuje do modernistycznej architektury Bauhausu. „Inspirują nas ulice Tel Awiwu, jego architektura i styl. Mieszkanki Białego Miasta, jak bywa nazywane, mają w sobie niesamowitą nonszalancję i doskonale rozumieją casualowy szyk. Z kolei Europa jest zdecydowanie bardziej ułożona. To połączenie wydaje nam się atrakcyjne”, mówi Hanna Ferenc-Hilsden. Efektem są buty i torebki eleganckie, ale z odpowiednią dozą luzu, które sprawiają, że można je nosić od rana do wieczora.

Wygląd na równi z wygodą

„Zanim założyłyśmy markę, często rozmawiałyśmy z Hanią o tym, że najbardziej podobają nam się torebki naszych mam albo babć, które pięknie się starzeją. Te retromodele wydawały nam się dużo ciekawsze niż to, co było dostępne wtedy w sklepach”, tłumaczy Agata Matlak-Lutyk. Projektantki wplotły do swoich kolekcji elementy estetyki vintage, doskonale wyczuwalne w takich modelach, jak przypominająca portmonetkę torba Hug czy kopertówka z zapięciem Rofe, a także w czółenkach typu Mary Jane o nazwie Dora, mokasynach Tefer czy popularnych wiązanych botkach Rocky. Absolutnymi bestsellerami są baletki Opera. „To nasz flagowy model, którego sprzedaż kontynuujemy od samego początku. Na forach dziewczyny określają ten model »balaganami« albo mówią o butach w stylu »balaganowym«. Wtedy wiadomo, że chodzi o opery”, mówi Agata. Oprócz designu liczy się też wygoda. „Nasze klientki śmieją się, że nasze buty są wygodne jak kapcie. Taki był cel”, dodaje.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Wszystkie buty sprawdzają na sobie i poprawiają do czasu, aż będą komfortowe w noszeniu od pierwszego założenia. Nawet szpilki, które są nowością marki. Ciągle szukają też nowych rozwiązań. „Zobacz”, mówi Hanna, zginając nowy model buta Ali tak, by złożył się wpół. „To nasze nowe skórzane buty sportowe na wiosnę, które są niezwykle miękkie i elastyczne. Zostały uszyte w taki sposób, w jaki tradycyjnie robi się mokasyny. Przez to wzdłuż podeszwy tworzy się linia, rant skóry, dzięki czemu można buty złożyć wpół”.

Lokalność, transparentność, ekologia

„Od samego początku wiedziałyśmy, że chcemy prowadzić biznes lokalnie i transparentnie. Jesteśmy w nieformalnym kolektywie z koleżeńską marką odzieżową Elementy. Chciałyśmy zrobić taką małą rewolucję i dokładnie informować klienta, co ile kosztuje i skąd bierze się cena końcowa”, tłumaczy Agata. Dlatego na stronie internetowej Balaganu przy każdym projekcie znajduje się zakładka, w której można poznać dokładne koszty produkcji. A ta odbywa się lokalnie, pod Warszawą. Poza tym minimum 2 proc. marży od każdego zakupionego na oficjalnej stronie marki produktu przeznaczane jest na rzecz działań prospołecznych. „Proponujemy trzy różne, do wyboru. Zależy nam, by kupujący zaangażował się emocjonalnie i sam wskazał, z którą inicjatywą się identyfikuje”, mówi Agata.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Klasyczne akcesoria Balagan szyte są z wysokiej jakości skóry, ale projektantki od dłuższego czasu pracują nad kolekcją wegańską, która niedawno miała swoją premierę. „Długo szukałyśmy odpowiednich materiałów. Nie chciałyśmy szyć z tak zwanej ekoskóry, czyli wykonanej z tworzywa sztucznego, które rozkłada się w środowisku setki lat. Nie ma w niej nic ekologicznego. W poszukiwaniu nowoczesnych materiałów roślinnych często odbijałyśmy się od ściany. Na przykład skóra z ananasa czy winogron okazywała się zbudowana z warstw, w których głównym nośnikiem (w 60 proc.) był plastik. Chciałyśmy zrobić coś, co faktycznie będzie biodegradowalne. Doszłyśmy do wniosku, że zrobimy buty z organicznej bawełny, a podeszwy – z naturalnego kauczuku. Jego produkcja nie wymaga ścinania drzew, bo wytwarzany jest jak syrop klonowy, spływa z drzew. W środku będzie wygodna wkładka z korka i kokosa. Naszym celem było to, by buty można było wrzucić do kompostownika i by się całkowicie rozłożyły, a przy okazji by były wegańskie”, tłumaczy Hanna. W wegańskiej kolekcji znajdziemy zupełnie nowe modele, ale i odtworzone bestsellery marki – to ukłon w kierunku świadomych ekologicznie klientek.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Hanna i Agata, choć bez wątpienia stworzyły prawdziwe obiekty pożądania, mówią, że są dopiero na początku drogi. Wciąż myślą o rozwoju i otwarciu się na kolejne rynki. Ich produkty made in Poland świetnie sprzedają się już w Niemczech (teraz także przez platformę Zalando), Austrii czy Anglii. A jakie są ich marzenia? „Chcemy robić kolekcje męskie, dla dzieci, ale też wrócić do korzeni i może kiedyś wykorzystać nasze wykształcenie z wzornictwa i wprowadzić linię home”, wyznaje Agata. Bo nawet w domu przyda się odrobinę Balaganu.

  1. Kultura

Natalia Kukulska: "Nie muszę się wszystkim podobać"

W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
Na scenie i w życiu lubi poddać się nastrojowi chwili, emocjom, brzmieniu... Coraz łatwiej odpuszcza kontrolę, przestała wymagać od siebie coraz więcej i więcej. – Już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy. To są naczynia połączone – mówi Natalia Kukulska.

Na płycie „Czułe struny”, zawierającej aranżacje utworów Fryderyka Chopina, śpiewasz: poddawaj się, wybaczaj, odpuszczaj. A nie: bądź silna, walcz...
To jest taka dobrotliwa autorefleksja. Często brakuje nam czasu na przyjrzenie się sobie, zrozumienie siebie i zaopiekowanie się sobą, na okazanie sobie czułości. To, że coś dotyka naszych czułych strun, znaczy, że wchodzi w nas jakby głębiej. Bo do pokładów czułości wcale nie jest tak łatwo się dostać. Trzeba poświęcić na to trochę czasu i uwagi, okazać sobie prawdziwe zainteresowanie. Po co to robić? Bo może właśnie wtedy, w tym momencie, dotykamy naszej istoty, czyli naszej duszy, która gdzieś tam w środku się o to upomina.

Myślę, że czułość siedzi pomiędzy emocjami i trudno ją słowami opisać. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A już najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło i poczujemy się lepiej. Jest wiele badań potwierdzających, że to właśnie muzyka klasyczna łagodzi nasze nerwy i daje poczucie ładu i harmonii.

Wydany w ubiegłym roku album 'Czułe struny' zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)Wydany w ubiegłym roku album "Czułe struny" zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)

Muzyka klasyczna ma określoną częstotliwość dźwięków, która pozwala organizmowi się uspokoić, skupić i osiągnąć zdolność do samoregulacji.
A do tego Chopin to romantyk, którego klasyczne rozwiązania nasycone były melancholią i rozbuchane emocjami. Pamiętam, jak usiedliśmy z Pawłem Tomaszewskim do wyboru utworów na płytę i powiedziałam: „Na pewno nie bierzemy się za polonezy, bo o czym ja bym miała śpiewać w takim patosie?”. Polonez daje nam to niezwykłe uczucie wzniosłości – kto dzisiaj robi utwory przepełnione dumą? Trochę z przekory podjęliśmy próbę i napisałam tekst o odwadze, przeznaczeniu, spełnieniu… Paweł wykonał piękną aranżację symfoniczną, zabrzmiała Sinfonia Varsovia i przyznaję, że odnalazłam w sobie tę zagubioną wzniosłość. Lubię też refleksyjny smutek, który odczuwam w wielu utworach. Jakiś rodzaj mądrości ponadczasowej, która ciągle dotyka właśnie naszych czułych strun.

Nie miałaś tremy przed spotkaniem z mistrzem?
Człowiek myśli, że musi być w galowym stroju. No bo jak to – ja i Chopin? Ale prawdziwy kontakt ze sztuką to nie jest stanie na baczność. Bo to też nie jest pomnik, jego muzyka cały czas żyje i wzbudza w nas emocje. Na płycie „Czułe struny” mężczyźni: Krzysztof Herdzin, Nikola Kołodziejczyk, Jan Smoczyński, Adam Sztaba i wspomniany Paweł Tomaszewski stworzyli niesamowite aranżacje symfoniczne. A kobiety: Kayah, Mela Koteluk, Gaba Kulka, Natalia Grosiak, Bovska i ja – opracowałyśmy warstwę liryczną albumu. Zależało mi na stworzeniu tekstów współczesnych i osobistych, które pokazują, o czym według nas jest ta muzyka. Każdy ma przecież jakieś wyobrażenie. My je nazwałyśmy. Okazało się, że tej tytułowej czułości w tekstach jest wiele. Ona po prostu ukrywa się w nutach. A niektóre tematy są niezwykle uniwersalne. Myślę, że również dlatego muzyka Chopina ciągle tak mocno działa.

Kontaktujesz się ze swoją czułą stroną właśnie poprzez muzykę?
Tak, bo uważam, że w sztuce łatwiej jest ją namierzyć, poczuć i zrozumieć. To także niesamowity pomost pomiędzy artystą a słuchaczem. Dlatego najmocniejszy odbiór jest zawsze wtedy, gdy muzykę gra się na żywo. Pandemia chwilowo odebrała mi możliwość weryfikacji tej tezy z publicznością, ale przyszły rok zacznę od koncertów „Czułe struny” w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie i Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, których już nie mogę się doczekać.

Czułość odnajduję jednak nie tylko w muzyce, ale też w poezji czy malarstwie. Dzisiaj żyjemy w tempie, które bardzo rzadko pozwala nam na czułość. A ona pojawia się w momencie zatrzymania. Pomiędzy punktami, dźwiękami, słowami… Nie będę zatem próbowała jej definiować w pośpiechu… Zwłaszcza że tyle niezwykłych odkryć wokół tego pojęcia dokonała Olga Tokarczuk w „Czułym Narratorze”.

'Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Muzyka działa terapeutycznie również na dzieci. Z badań firmy Gerber wynika, że powinno się śpiewać kołysanki wcześniakom – to właśnie one mocniej odpowiadały na stymulację dźwiękową, dzięki temu uzyskiwano u nich lepszą saturację, uspokojenie i przyrost wagi ciała. To niesamowite!
To prawda. Temat tych kruchych istot zawsze mnie porusza. Wiem, jaki trudny to czas dla rodziców i dla maleństw, które ze swojego naturalnego środowiska, jakie najlepiej sprzyja bezpiecznemu rozwojowi, muszą przejść w inny, nowy, nie zawsze tak bezpieczny świat. Wspólnie z Joanną Kulig i Igorem Herbutem na zaproszenie marki Pampers Polska nagraliśmy nawet „Kołysankę dla wcześniaków”, która – mam nadzieję – okazuje się kojąca dla maluszków i ich rodziców. W ogóle sen jest kluczowy dla odpowiedniego rozwoju i dobrego samopoczucia każdego maleństwa, a w szczególności tego, które przedwcześnie przyszło na świat.

Muzyka może być dla nas terapią przede wszystkim dlatego, że działa na naszą podświadomość, na nasze emocje i nastrój. Ja na przykład totalnie się temu poddaję, mam taki rodzaj wewnętrznego guzika czy przełącznika, że kiedy tylko usłyszę dźwięki, które lubię, nagle po prostu odpływam, nie ma mnie. A może właśnie dopiero wtedy jestem? Znam niewielu ludzi, którzy nie lubią muzyki. Chyba każdy z nas ma jakiś rodzaj wspomnień i własnych przeżyć związanych z muzyką, które gdzieś czy kiedyś nam pomogły. Oczywiście teksty też są ważne, jednak większość muzyków, z którymi pracuję, a na pewno mój mąż, słowa stawia na dalszym planie. Bo muzyka to język… swoisty.

Dla mnie też ważniejszy jest rytm i sama muzyka, dlatego że dają mi więcej przestrzeni do wypełnienia jej swoimi emocjami.
To jesteś w absolutnej mniejszości. Większość ludzi w Polsce kupuje płyty dla tekstów. Dla nich ważne jest to, o czym opowiada dany utwór, jaki jest przekaz i interpretacja. Jako wokalistka zwracam dużą uwagę na wokal, ale wiem również, że on bardzo determinuje, to znaczy wpływa na kształt utworu i tego, jak go odbieramy. Sama słucham dużo muzyki instrumentalnej, ilustracyjnej i filmowej. Tam oddziałuje na nas głównie harmonia i brzmienie.

Mój mąż, tak jak i ty, słucha muzyki dziwnej, wykręconej brzmieniowo, z cyklu „radyjko się zepsuło”. I mnie interesują oryginalne połączenia, które przemycam w swojej muzyce, ale nie dla formy. Ta treść jest ważna… Mam w sobie ostatnio potrzebę uzyskiwania i odczuwania lepszego świata w muzyce, może stąd moja fascynacja klasykiem. Nie wiem, czy byłaś kiedyś w Disneylandzie. Wchodzisz tam i od razu słyszysz muzykę filmową. John Williams, Hanz Zimmer... i już jesteś w innym, piękniejszym świecie. Muzyka nadaje życiu kolory.

Dlatego z gitarzystą i kompozytorem jazzowym Markiem Napiórkowskim nagraliśmy płytę z kołysankami „Szukaj w snach”. Na koncerty w Teatrze Starym w Lublinie przychodziły całe rodziny – rodzice z dziećmi, bobasami, niemowlętami nawet. Wszyscy razem, siedząc na wielkich poduszkach, wybieraliśmy się do krainy łagodności. To było piękne... Widziałam, jak kilkuletnie dziewczynki w tych swoich zwiewnych sukienkach zamykały oczy i nagle zaczynały tańczyć. Odpuszczały totalnie kontrolę, dawały sobie przyzwolenie na bycie sobą. Nikt im nie mówił: „Cicho! Usiądź! Co ty wyprawiasz? Nie wolno rozrabiać!”.

Jesteś czułą matką? Czy twoje podejście do macierzyństwa zmieniało się wraz z kolejnymi dziećmi?
Ostatnio analizuję teorię psychoterapeuty Berta Hellingera, który twierdził, że matka zawsze jest wystarczająco dobra przez sam fakt, że urodziła i dała życie. W ten sposób wypełniła już swoją rolę. Choć łatwo to zrozumieć opacznie. Dla mnie ważne jest to, żeby w swoim macierzyństwie być w pełni obecną, ale też nie dać się zwariować. Być w zgodzie ze sobą. Bo dzisiaj żyjemy w czasach, kiedy cały czas mamy wrażenie, a zwłaszcza my, kobiety, że coś musimy. Tymczasem podstawą w macierzyństwie wydaje się miłość. Pozostałe zasady każdy wypracowuje sam, we własnym domu. Nie istnieje ideał rodzica ani ideał relacji z dzieckiem. Ważna jest autentyczność, bycie w prawdzie. Resztę można sobie odpuścić.

Sama wyluzowałam dopiero wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że przed swoim dzieckiem nie trzeba, a nawet nie można ciągle udawać, że wszystko jest w porządku. Ono ma prawo doświadczyć wszystkich emocji, również złości i smutku. Nie musimy chronić swoich dzieci przed widokiem naszych łez, bo z tym i tak będą musiały się zmierzyć. Bezwarunkowa miłość powinna dać im poczucie bezpieczeństwa.

Dla mnie najtrudniejsze w macierzyństwie było to, żeby nauczyć się, jak radzić sobie ze złością, frustracją czy smutkiem dziecka. Psychologowie nazywają to „akomodacją”, czyli robieniem miejsca w sobie na trudne emocje dziecka. I teraz myślę nawet, że to jest najważniejsze zadanie matki – nauczyć dziecko rozumienia swoich emocji i poznawania siebie, tego, kim jest.
Dziecko jest genialnym obserwatorem. Poprzez to zdobywa wiedzę o świecie i o sobie. W krótkim czasie, zaledwie kilku pierwszych lat, uczy się od nas wszystkiego – począwszy od języka czy chodzenia, poprzez sprawność fizyczną czy jedzenie sztućcami. Dziecko jest niezwykle chłonne. Wystarczy, że patrzy na to, w jaki sposób się zachowujemy. Czy sami potrafimy dotykać naszych emocji, nazywać je i radzić sobie z nimi. Dziecko naturalnie to powtarza. Doświadczenie matki trojga dzieci pokazało mi, że to właśnie naturalność czy szczerość, otwartość prowadzą do zrozumienia i bliskości.

Relacja z dzieckiem zmienia się też w czasie. Najtrudniej bywa, gdy przychodzi konieczny proces odcinania pępowiny. Jak ty sobie z tym radziłaś?
Ten proces odpępowiania nigdy nie jest łatwy, dla mnie też nie był. Mój syn Jasio w czerwcu skończy dwadzieścia jeden lat. Był taki czas, że kompletnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że on jest już odrębną jednostką, dorosłym mężczyzną. A to się stało, po prostu, ot tak. Poczułam się oszukana, myślałam: „to nie fair, jego dzieciństwo miało trwać dłużej!”. Popłakiwałam sobie tak do środeczka, no może nie lałam łez, ale długi czas nie mogłam się z tym pogodzić. Teraz sądzę, że bardziej opłakiwałam wtedy siebie i własną stratę niż jego. Jestem już gotowa wypuścić go z gniazda, ale to musiało we mnie dojrzeć.

Często mówi się nam, kobietom, że da się połączyć wszystkie obszary: być dobrą matką, zaangażowaną partnerką i jednocześnie realizować się zawodowo, ale przecież nie można być w każdym z nich na sto procent. Zawsze coś znajdzie się na wyższej półce...
Na samej górze trzeba położyć swoje zdrowie psychiczne. Bo w jakiejkolwiek opiece: nad dzieckiem, rodziną czy nad starszymi osobami, nie można nigdy zatracić siebie.

Szczęśliwa mama to kobieta spełniona, to mogę powiedzieć na sto procent, dlatego w układaniu codzienności warto być dobrym strategiem. Inwestować w pełen uwagi, wartościowy wspólny czas, który nazywamy modnie „quality time”, a nie wzajemne obijanie się o siebie w domu. Oczywiście niektóre kobiety nie mogą sobie pozwolić na opiekunki czy pomoc w wychowaniu dziecka, i właśnie szczególnie wtedy warto pamiętać o sobie i swoim dobrostanie psychicznym. Ja już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy – to są naczynia połączone. Harmonia.

Nie masz wrażenia, że czułość łatwiej jest właśnie okazać dziecku niż sobie?
To zależy od tego, co rozumiemy pod określeniem „być czułą dla siebie”. Dla mnie to znaczy właśnie to, od czego zaczęłyśmy: odpuszczać, dawać sobie przyzwolenie na bycie swoją gorszą wersją, nie mieć do siebie żalu i nie stawiać sobie ciągłych wymagań. Ambicje obciążają.

'Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Zawsze o tym wiedziałaś czy musiałaś to dopiero wypracować? Gdzie i jak szukałaś siebie? Terapia, grzybki halucynogenne, warsztaty rozwojowe…? Wspominałaś o Hellingerze...
Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie. Wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię. To nie musi być droga na całe życie, a sposób na to, żeby pobyć bliżej siebie, wyciszyć się czy ukoić. Sama, żeby stanąć mocno na własnych nogach, musiałam wykonać sporo pracy u podstaw – mam na myśli pracę nad wartościami, wiarą w siebie, wewnętrzną harmonią. Dzisiaj już wiem, że nie muszę się wszystkim podobać, a tak właśnie byłam wychowana. Stąd pewnie moje rozdmuchane ambicje, bo zawsze miałam poczucie, że muszę zrobić więcej, żeby ktoś mnie docenił i zrozumiał.

Dzisiaj uciekam od życia w takiej ciągłej niezgodzie na siebie. I bardzo nie lubię, gdy ktoś coś udaje – od razu to rozpoznaję. Może właśnie w byciu sobą pomogła czułość do siebie? Pasja daje mi skrzydła. Bo mogę być zagrzebana po łokcie w codzienności, ale wiem, że zaraz wyskoczę na scenę, zanurzę się w dźwięki i nastąpi ta nieziemska wymiana energii z drugim człowiekiem. W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę.

Natalia Kukulska, rocznik '76. Jedna z najbardziej znanych polskich wokalistek. Autorka tekstów i współautorka muzyki. Jej wydane rok temu „Czułe struny” zyskały status platynowej płyty. Prywatnie żona muzyka Michała Dąbrówki, mama Jana, Anny i Laury.

  1. Spotkania

Jessie Ware: "Pandemia sprawiła, że miałam czas spojrzeć na swoje życie i stwierdzić, że je lubię"

Jessie Ware zadebiutowała w 2011 roku i od tego czasu wydała cztery studyjne albumy. Ostatni „What’s Your Pleasure?” 11 czerwca ukazał się w wersji deluxe, wzbogacony o nowe utwory. (Fot. materiały prasowe)
Jessie Ware zadebiutowała w 2011 roku i od tego czasu wydała cztery studyjne albumy. Ostatni „What’s Your Pleasure?” 11 czerwca ukazał się w wersji deluxe, wzbogacony o nowe utwory. (Fot. materiały prasowe)
W zeszłym roku wydała czwartą studyjną płytę, założyła z mamą popularny podcast o gotowaniu i stylu życia, opublikowała kolejną książkę kucharską, a na koniec wiosny zapowiedziała wersję deluxe swojego ostatniego albumu. Jessie Ware zdaje się najbardziej zapracowaną kobietą w czasie pandemii, choć ona sama z rozbrajającym uśmiechem deklaruje, że zwolniła tempo.

Wersja deluxe – brzmi dumnie.
Wiem, to jak lukrowanie pajdy chleba [śmiech].

Chleb wypiekany w domu smakuje najlepiej, a z tego, co zdążyłam usłyszeć, bonusowe utwory, które pojawią się na albumie, są właśnie jak domowe wypieki: o niepowtarzalnej recepturze, płynące z serca. Pod ich wpływem zapragnęłam wyjść do ludzi, być blisko drugiego człowieka.
Cieszę się, że to mówisz. Czuję podobnie, takie miałam intencje, podejmując decyzję o tej płycie. Z mojej strony album w wersji deluxe na pewno nie jest chwytem marketingowym. Przyczyna jego wydania była rozbrajająco prozaiczna: napisaliśmy mnóstwo utworów z myślą o poprzedniej płycie „What’s Your Pleasure?”. Z oczywistych względów wszystkich nie mogliśmy umieścić na albumie. Odłożyłam te piosenki gdzieś na bok, ale cały czas o nich myślałam, zastanawiając się, czy uda mi się ten materiał gdzieś wykorzystać.

Tymczasem zaczęłaś już pracę nad kolejnym albumem.
Tak, i kiedy wróciłam do tych starych utworów z myślą o ich wykorzystaniu na nowej płycie, ze smutkiem odkryłam, że to się nie uda – zupełnie nie pasują do tego krążka. Są w innym klimacie, mają inne przesłanie, opowiadają o zupełne odrębnym wyimku mojego życia.

Aż tyle się zmieniło?
Użyję mało wyszukanej metafory: to jak próba włożenia rozdziału z odważnej książki erotycznej do subtelnego tomiku poezji. Pomyślałam jednak, że szkoda byłoby, żeby te utwory poszły w zapomnienie, tym bardziej że cały czas jestem z nich bardzo zadowolona. I tak wpadliśmy na pomysł wydania wersji deluxe albumu z 2020 roku. Przyjęcie płyty, zarówno przez fanów, jak i przez krytyków, było niezwykle pozytywne. Odebrałam mnóstwo gratulacji i słów uznania.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Postanowiłaś więc wydłużyć czas komplementów.
Zgadza się, my, artyści, jesteśmy pod tym względem nienasyceni! Wiadomo, że chcę więcej, to jest moje paliwo.

Będą też remiksy?
Nie interesowało mnie przerabianie czy nadawanie nowego życia starym utworom. One z powodu pandemii wciąż nie dostały należytej szansy, czuję, że ich czas nie przeminął. W związku z obostrzeniami nie mogłam koncertować, więc nie zagrałam tej płyty na żywo, czego bardzo żałuję. Wzbogacona wersja z pewnością przedłuża żywot tego albumu i marzę o tym, żeby zaprezentować ją w wydaniu koncertowym! Tak więc wracając do pytania – nie miałam potrzeby odkurzania starych utworów; prawdę mówiąc, to ja generalnie nie cierpię odkurzać!

A co lubisz robić?
Jeśli pytasz o mało wdzięczne domowe czynności, to zdecydowanie wolę wkładanie brudnych naczyń do zmywarki.

Rozumiem, że wyjmowanie czystych naczyń...
To już działka mojego faceta. Nie kręci mnie to w ogóle.

No dobrze, to co robisz w wolnym czasie? Co naprawdę lubisz robić, kiedy nic nie musisz?
Przy dwójce małych dzieci i trzecim w drodze tego czasu dla siebie mam naprawdę niewiele. Ale na pewno spełniam się, gotując i jedząc. Moje życie – rodzinne, towarzyskie, zawodowe – mogłoby się toczyć w kuchni. Tylko ktoś musiałby wyjmować te czyste naczynia ze zmywarki! Ale kuchnia to rzeczywiście moja przestrzeń. Duży rodzinny stół jest miejscem nie tylko posiłków, ale przede wszystkim rozmów, bycia ze sobą.

Nagrywając „What’s Your Pleasure?”, zdałam sobie sprawę, jak tęsknię za kontaktami z innymi. Za wypadami do restauracji, za spotkaniami z bliskimi, rozmowami do rana... Ale też za imprezami, za byciem w tłumie, za tańcem na parkiecie. Album „What’s Your Pleasure?” powstawał z myślą o klubach, przepełniony jest rytmami, które mają porywać do pląsu, do tego, by tańczyć blisko nieznajomej osoby, czuć jej zapach, dotyk, puls. To bardzo sensualna płyta. Niestety, pandemia sprawiła, że musieliśmy zaniechać mnóstwa akcji promocyjnych czy koncertów na żywo w małych, kameralnych lokalach, w których miałam wielką ochotę wystąpić – w takich miejscach publiczność ma jeden głos, jeden oddech. Lubię duszność tych klubów, tam muzyka naprawdę łączy, publiczność i wykonawcy są jak jeden żywy organizm. Oczywiście w czasie pandemii było to niemożliwe.

Ale płyta i tak przetarła sobie drogę.
To wspaniałe uczucie móc obronić się tylko poprzez swoją twórczość, bez tego całego promocyjnego pozłotka. Tak było i w tym przypadku.

Uważam, że kolejna wydana w czasie pandemii płyta traktująca o samotności i izolacji byłaby czymś oczywistym. Pewnie potrzebnym, ale dość wtórnym. My nagraliśmy album, który mobilizuje do walki o siebie, o bliskość. Są w tej płycie ryzyko, szczerość, brak wyrachowania. Słuchacze wyjęli z tego to, co było im najbardziej potrzebne. Mam poczucie, że „What’s Your Pleasure?” wypełnia nasze współczesne deficyty. Mówi o błahych pragnieniach – na przykład o potrzebie niezobowiązującego flirtu – ale takie pragnienia są w końcu częścią naszego życia.

Życia, które w tych wyjątkowych czasach wydaje się bardzo odległe...
To prawda. Dla wielu naszych pragnień, bardzo podstawowych, ludzkich, nie ma już przestrzeni w życiu publicznym. „What’s Your Pleasure?” nie jest więc być może płytą wzniosłą, mówiącą o ważnych aspektach człowieczeństwa, ale za to przypomina czas, kiedy celebrowaliśmy trywialne rozrywki i zwykłe gesty: uśmiech nieznajomej osoby, pocałunek na przywitanie, czułe objęcie.

Nie ma nic złego w tęsknocie za tym. Ja, przyznaję, tęsknię. Marzy mi się takie proste bycie z innymi, bez lęku, bez ograniczeń. Bez masek. Albo wolność podróżowania – lubiłam pod wpływem impulsu podejmować decyzję o wyjeździe, ruszać przed siebie, nawet bez rezerwowania hotelu. Dziś nie mogę wyjechać bez testu na COVID-19. To oczywiście tylko wycinek moich refleksji na temat pandemii, w tle są bardzo konkretne, jednostkowe przypadki, ludzie, którzy ucierpieli z powodu koronawirusa najmocniej, bo stracili bliskich. Nie wiem, czy sztuka, w tym muzyka, ma moc niesienia ukojenia, ale mam nadzieję, że tak.

A co tobie niesie ukojenie? Co jest dla ciebie, nawet w najtrudniejszych chwilach, budujące? Co daje ci siłę do pokonywania trudności?
Moja mama sama wychowała trójkę dzieci. To, w co nas zdołała duchowo i emocjonalnie wyposażyć, jest dla mnie niezwykle cennym i ważnym odnośnikiem.

W jakim domu się wychowałaś?
W takim, w którym słuchało się soulu. Moje dzieciństwo to Aretha Franklin, Stevie Wonder, Barbra Streisand. Płyta, a w zasadzie kaseta, ze ścieżką dźwiękową z filmu „Grease” towarzyszyła nam w każdej podróży. Była zdarta, skrzypiąco-skrzecząca, a słuchaliśmy jej i tak. Podobnie było z albumami Whitney Houston – znaliśmy każdy utwór na pamięć. Ale naprawdę przełomowa okazała się moja wyprawa do supermarketu, kiedy miałam pięć lat. Wybrałam wtedy dwie nowe kasety do słuchania na czas zbliżającej się rodzinnej, wakacyjnej podróży autem.

Przyznasz się które?
Soundtracki z filmów „Dirty Dancing” i „Top Gun”. Świat nie był już taki sam. Wróciłam z tej podróży inna! [śmiech]

A kuchnia twojej mamy? Wiem, że różne smaki i zapachy mocno kojarzysz z dzieciństwem i poczuciem bezpieczeństwa.
Oczywiście! Mama wiecznie coś gotowała, doprawiała, mieszała, wekowała, kroiła... To były czary. Wracało się ze szkoły do domu i od progu już było wiadomo, co jest na obiad. Podczas naszej nieobecności mama, zamiast zajmować się sobą, przyrządzała nam wspaniałe obiady. Pracowała w dość wymagającym sektorze, bo w opiece społecznej, ale nie było kupowania gotowego jedzenia. Często łączyła pracę z prowadzeniem domu. Nastawiała obiad, na przykład sos do spaghetti bolognese w wolnowarze, i zajmowała się swoimi obowiązkami zawodowymi. Musisz wiedzieć, że wolne gotowanie wymaga dodania większej ilości przypraw, kiedy więc przychodziliśmy do domu po szkole, od razu czuliśmy cudowne aromaty, którymi wypełniony był cały dom.

Moje dzieciństwo to także podróże do babci, na północ kraju, do Manchesteru. Uwielbiałam ją bezgranicznie i bezkrytycznie. Kuchnia babci, która z pochodzenia była Żydówką, miała właściwości kojące. Jej jedzenie było niczym wyznanie miłości, zapewnienie, że my, dzieci, jesteśmy kochane, bezpieczne i bezwarunkowo akceptowane. Babcia zawsze na nasz przyjazd szykowała karpia po żydowsku. W moim rodzinnym domu raczej się nie piekło niczego na słodko, królowały przygotowane przez mamę potrawy w wydaniu wytrwanym, więc ryba na słodko przyrządzana przez babcię wydawała mi się najwyższej klasy rarytasem.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Dzisiaj pracujesz z mamą, przygotowujecie razem podcast, wydałyście wspólnie książkę.
W sumie cały czas przebywamy razem. Bardzo dużo rozmawiamy i wspominamy. Jest w tym posmak melancholii.

Takie rodzinne projekty nie zawsze są łatwe, trzeba być ze sobą naprawdę blisko, żeby razem coś tworzyć. Do tego niezbędne są przecież kompromisy, dobra komunikacja.
Myślę, że na naszych obecnych relacjach zaważył fakt, iż sama zostałam rodzicem. Odkryłam też, że moje dzieciństwo, wspomnienia są dla mnie bardzo ważnym i wciąż aktualnym elementem codziennego życia. W sumie nie patrzę na przeszłość jak na czas dokonany, ona jest częścią mojej teraźniejszości, nakłada się na moje tu i teraz. Nie oddzielam tych dwóch czasoprzestrzeni pewnie dlatego, że mama wciąż jest tak bardzo obecna w moim życiu.

I wspierająca.
To na pewno. Mama mnie ukształtowała. Nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem, bez jej wsparcia, bez tego, jak pokierowała moim życiem na początku, jak zachowała się po rozstaniu z tatą. Dzisiaj staram się nie lekceważyć jej potrzeb, pragnień, daję jej prawo do sekretów. Uznaję to, że poza naszym wspólnym życiem mama ma także własne. Oczywiście to nie zawsze jest proste, łatwe i przyjemne. W każdym razie staram się pamiętać, że jej czynne uczestnictwo w moim życiu prywatnym i zawodowym nie jest jej powinnością czy obowiązkiem, tylko wyborem.

Co cementuje wasz układ?
Poczucie humoru. Lubimy się razem śmiać. I często to robimy. Dla równowagi powiem, że często też narzekamy, a to podobnie spajające doświadczenie. Uważam, że jeśli z kimś siadasz przy stole, żeby pośmiać się i ponarzekać, to znaczy, że ta osoba jest twoim przyjacielem. Ostatecznie chodzi o to, by śmiać się z podobnych rzeczy i nieść sobie nawzajem otuchę.

Czy wychowując dzieci, myślisz o świecie, w jakim przyjdzie im żyć za kilka lat?
Oczywiście, dlatego wiję gniazdo. Aktualnie, jak widać, pracuję nad stadem, które będzie się chronić i wzajemnie wspierać. Nic lepszego nie przyszło mi do głowy. A tak na poważnie, to bardzo często o tym myślę. Boję się, choć wierzę w mądrość natury i w mądrość ludzi. Chcę wierzyć.

Pamiętam, jak do Londynu przyjechał Donald Trump. Byłam zaskoczona, że tylu młodych ludzi wiwatowało z okazji jego wizyty na Wyspach. Myślałam po cichu: „To są moi słuchacze?! Ludzie, do których mam trafić ze swoją wrażliwością?!”. Kto wie, może nikt w tym tłumie nie przesłuchał ani razu żadnej z moich płyt, ale może było inaczej? Człowiek jest zagadką. Myślę o tym za każdym razem, kiedy wychodzę na scenę. Nie próbuję nawet zgadywać, czego oczekuje ode mnie kłębiący się pod sceną tłum, podobnie jak nie sposób określić, czego dokładnie chce od Trumpa skandująca jego imię gromada. Być może chcą od nas tego samego – jakiejś wersji prawdy, naszej prawdy. A każdy ma przecież swoją.

Jak byś podsumowała ten ostatni pandemiczny rok?
Bardzo doceniam czas spędzony wspólnie z bliskimi. W pewnym sensie to czas bonusowy, odzyskany. Cieszę się, że mam dzieci w domu, widzę, jak się zmieniają każdego dnia, i doceniam tę szansę. Pandemia sprawiła, że zwolniłam, miałam czas, by spojrzeć na swoje życie i stwierdzić, że je lubię. Według mnie to całkiem spore osiągnięcie. I choć tęsknię za koncertami, jestem ogromnie wdzięczna za to, co mam.

Polecamy: Jessie Ware, 'What’s Your Pleasure? (The Platinum Pleasure Edition)'. (Fot. materiały prasowe)Polecamy: Jessie Ware, "What’s Your Pleasure? (The Platinum Pleasure Edition)". (Fot. materiały prasowe)

Jessie Ware rocznik 1984. Piosenkarka i autorka tekstów. Inspiruje się między innymi soulem, R&B, trip-hopem. Zadebiutowała w 2011 roku i od tego czasu wydała cztery studyjne albumy. Ostatni „What’s Your Pleasure?” 11 czerwca ukazał się w wersji deluxe, wzbogacony o nowe utwory. Z mamą Lennie prowadzi podcast „Table Manners”, wspólnie z nią wydała też książkę „Table Manners: The Cookbook”, a niebawem ukaże się jej kolejna publikacja „Omelette: Food, Love, Chaos and Other Conversations”.

  1. Psychologia

Wypalenie życiowe – jak sobie z nim radzić? Rozmowa z Katarzyną Miller

Wypalenie pojawia się, gdy człowiek nie umie stosować płodozmianu. Więc kiedy nic mi się nie chce, to nawet się o to nie obwiniam. Bo to naturalny skutek tego, że się nadużyłam. (Fot. iStock)
Wypalenie pojawia się, gdy człowiek nie umie stosować płodozmianu. Więc kiedy nic mi się nie chce, to nawet się o to nie obwiniam. Bo to naturalny skutek tego, że się nadużyłam. (Fot. iStock)
Po pracy i po każdym wysiłku, także stresie, niezbędna jest regeneracja. Nie da się ciągle tylko dawać siebie innym i światu. Dlatego, jak mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller, ważne jest, by mieć takie momenty w ciągu dnia, gdy świadomie i z całkowitym przyzwoleniem możesz powiedzieć: „a od tej chwili już mnie nikt nie obchodzi”.

Tym razem chciałam porozmawiać o wypaleniu, ale w szerszym ujęciu niż dziś je rozumiemy. Czyli nie tylko zawodowym, ale też o wypaleniu w związku, wypaleniu w roli matki, wypaleniu życiowym. Oraz o wypaleniu pandemicznym, które ostatnio zaobserwowałam u siebie...
O, sądzę, że to ostatnie jest o wiele bardziej powszechne niż nam się wydaje. Ja też je silnie czuję. Mam nawet czysto biologiczne objawy: nie pamiętam, co przed chwilą czytałam, co ktoś do mnie mówił; zapominam nazwiska ludzi, o których właśnie mówię; nie wiem, co miałam za chwilę zrobić... Spadnie mi długopis na podłogę, to płakać mi się chce: „Jeszcze i to?!” – myślę z wyrzutem właściwie nie wiadomo do kogo.

Mam już po kokardę tej pandemii. Jestem wkurzona, ale i zmęczona, zrezygnowana. Nic mi się nie chce. Najchętniej bym leżała i... właściwie nie wiem co. Bo spać też mi się nie chce. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że moja sytuacja jest poniekąd luksusowa, bo siedzę sobie wygodnie w moim ukochanym mieszkaniu i w każdej chwili mogę pojechać też na wieś, ale i tego mi się nie chce. Jedyne, co jeszcze mi się chce, to czytać książki i oglądać filmy. W czasie lockdownu rzuciłam się na kryminały Lee Childa. I kiedy czytałam o przygodach Jacka Reachera, to przez chwilę miałam poczucie niezwykle intensywnego życia. Ale gdy odkładałam książkę, to było takie plum... jak do głębokiej studzienki. Ta niemożność zrobienia niczego, ta bezradność wręcz uwłaczają człowiekowi.

Zaczęłam nawet lubić wizyty u lekarza, bo przynajmniej wychodziłam z domu, wsiadam do samochodu, ruszam się. Czasem myślę, że ci, którzy siedzą w domu z dziećmi, ze zdalną pracą i nauczaniem, mają lepiej, bo chociaż coś się dzieje; a czasem myślę, że mają gorzej – bo przecież za tyle osób więcej muszą odpowiadać. I liczyć się nie tylko z własnym poirytowaniem.

Wszyscy mamy dość. Tej niepewności i bezradności, tego wiecznego napięcia pod tytułem: „Kiedy to się wreszcie skończy?”. Nie mówiąc już o ludziach, których spotkały reperkusje finansowe czy którzy kogoś stracili...

Od ponad roku słyszymy dzienne statystyki zachorowań i zgonów. A przecież bywają dni, kiedy nie wywołują w nas reakcji. Z czego bierze się to zobojętnienie?
Pewne rzeczy są od nas niezależne, także niektóre procesy zachodzące w naszym organizmie. Jeśli człowiek sobie uświadomi, że ma sobie pomóc w tej chwili, w dodatku jeszcze znajdzie resztkę energii, to to zrobi, ale jeśli sobie nie uświadomi – to się w siebie zapada. Najgorsze w stresie jest to, kiedy jest długotrwały i pozbawia cię poczucia wpływu. Wtedy jesteś załatwiona.

Mnie pomaga trochę, że wyszło słońce, że pojawiła się zieleń.
Oj, mnie też. Nakupiłam sobie bratków, namiętnie też ustawiam w wazonach kwiaty. Zieleń, owszem, trochę mnie cieszy. Ale przecież ludzi, którzy są w głębokiej depresji lub są naprawdę wykończeni, nawet to nie rusza. My akurat mówimy nie o depresji czy wykończeniu, a o stanie przedłużonego zmęczenia, znużenia i wypalenia. Tu można coś jeszcze zdziałać. No bo w sumie o co chodzi? Przecież nie przesiedlają nas ze wschodu na zachód z jedną kozą i pierzyną pod pachą. Tak jak mówię, mamy luksus prowadzenia w miarę normalnego życia. Choć smutnego.

No i jak to brzmi: mam dosyć seriali. Mam dosyć książek. Mam dosyć chodzenia do tego samego parku. Ale przecież można mieć tego wszystkiego dosyć.
Człowiek ma problemy, na jakimkolwiek by był poziomie życia. A ponieważ teraz wszyscy mamy ten sam problem i wszyscy go podobnie przeżywamy, trochę to pomaga. Mnie pomaga. A tobie?

Mnie pomaga wspólne narzekanie. Choć zawsze ostrzegamy, by nie weszło nam w nawyk.
Czym innym jest jednak powiedzieć komuś, że i ty masz dość, że i ty zapominasz, co miałaś przed chwilą zrobić. To przynosi ulgę. Tobie i tej drugiej osobie.

W końcu od roku jesteśmy wszyscy w stanie permanentnego napięcia i podminowania. Może na jakiś tydzień lub dwa udało się nam wyjechać i zapomnieć, ale potem znów wróciło.
Od roku pracuję z pacjentami głównie online lub przez telefon. Telefon daje jeszcze jaką taką intymność, ale okienka czatów i szare buzie rozmówców są już dla mnie nie do zniesienia. Chciałabym ich przytulić, uścisnąć, pogłaskać. I bardzo bym chciała, żebyśmy to potem nadrobili. Tylko trochę się boję, czy już nie odwykliśmy.

To też był trudny czas dla bliskich relacji. Czasem więc na to wypalenie pandemiczne nakłada się jeszcze wypalenie w związku.
Wybuchła pandemia i wszyscy zaczęli mówić, ile to będzie potem rozwodów. Ale też ile dzieci się urodzi. Jak zawsze są plusy dodatnie i plusy ujemne. Wielu osobom ten czas pokazał też, że bardzo fajnie jest im z tą drugą osobą, którą sobie wybrali na życie. Zawsze dobrze jest się dowiedzieć, ilu fajnych ludzi mamy wokół siebie, a nawet w domu. Pomocnych, cierpliwych i z poczuciem humoru. Bez poczucia humoru to ciężko w życiu, a zwłaszcza w pandemii.

Bywa, że do tego wszystkiego dokłada się jeszcze przemęczenie w pracy. Pamiętam irytację mojej znajomej, kiedy czytała rady na temat tego, co zrobić z nadmiarem wolnego czasu; podczas gdy dla takich jak ona, pracujących na portalu, to był i jest nadal najbardziej gorący okres.
Wiele osób od początku pandemii po prostu haruje albo w ogóle nie umie korzystać z wolnego czasu, bo się wtedy martwi. Nie uczą nas tego, by wykorzystywać moment. Jak robi mój ulubiony bohater Childa – Jack Reacher, o którym już wspomniałam. Jego myślenie jest takie: jesteś w barze, nie wiadomo, kiedy będziesz mógł zjeść – więc najedz się teraz. Masz gdzie się położyć i przespać, nie wiadomo, kiedy znowu będziesz miał – więc lepiej się połóż. Czyli korzystaj z tego, co masz. Ja też powtarzałam to moim pacjentom: nie musisz dojeżdżać do pracy, to zrób w tym czasie coś, na co miałeś ochotę wtedy, kiedy dojeżdżałeś do pracy. Na przykład na mnie najbardziej działa, kiedy mogę włączyć muzykę, którą lubię. Mam takie rytmy, które ruszają moje ciałko, a kiedy ciałko się rusza, to już wiem, że jest dobrze. Mądra młodzież to robi nagminnie.

Można też zgasić światła, zapalić świeczki, założyć dresy i przykryć się kocem. Ja to bardzo lubię.
W domu zawsze trzeba przebywać w miękkich, serdecznych rzeczach. W ogóle powinniśmy częściej chodzić w ubraniach, które lubimy, a nie w „sztywniakach”.

A wypalenie życiowe – z czym jest zwykle związane? Z wiekiem?
Każde wypalenie pojawia się wtedy, gdy człowiek nie umie się reaktywować, regenerować i stosować płodozmianu. Pilnować tego, żeby co jakiś czas zrobić coś tylko dla siebie. Niedawno miałam spotkanie z kobietami, które opiekują się dziećmi i partnerami z hemofilią. One cały czas są nastawione na zadania, na opiekę, na pomoc. Przejmują bardzo dużo obowiązków za chorych. I strasznie się przy tym wyczerpują. Bo nie ma komu przejąć ich obowiązków. Do tego nie pozwalają sobie na żadne chwile zwątpienia, złości czy niezadowolenia. Bo one muszą dawać radę. W ogóle nie ma w naszej kulturze przyzwolenia na „nie daję rady”. Kiedy ktoś mówi: „Mam już wszystkiego dosyć”, to zaraz ktoś mu odpowiada: „Aż tak ci źle?! Zobacz, jak inni mają”. Jak tak można?".

A nie masz wrażenia, że częściej dopada nas wypalenie, bo zagubiliśmy nasze naturalne rytmy? Nie mam na myśli już nawet rytmu pór roku, ale choćby rytm dzienny, tygodniowy czy miesięczny. Ilu z nas pracuje nocami, zamiast spać? Albo w weekendy, zamiast odpoczywać?
No ja na przykład w weekendy mam warsztaty, ale dbam o to, by „odebrać sobie” dwa dni w środku tygodnia. Kiedyś rzeczywiście żyło się prościej, wolniej i bardziej cyklicznie. Na przykład w piątki nigdy nie jadło się mięsa, był więc od niego odpoczynek. A dziś często zapominamy, że to już piątek. Przecież dopiero co był poniedziałek. Nie na darmo przed świętami zwykle były posty. Pewne rzeczy, których nie lubię robić, bo są „kościółkowe”, miały i mają głęboki sens, bo są rodzajem zdrowego przygotowania do kolejnego etapu. Oczywiście to już wcześniej było w pogaństwie, chrześcijaństwo tylko dodało swoją nakładkę i na przykład był przednówek, a teraz jest Wielki Post.

Ja nie mogę i nie chcę zrezygnować z moich weekendowych warsztatów albo z wieczornego spotkania online, ale staram się przynajmniej pilnować, by robić sobie przerwy, nie spieszyć się lub potem sobie to „odrabiać”. Ale wiesz, co mnie najbardziej wypala? Prośby typu: „Pani Kasiu, pani nas podeprze na duchu”. Ja podpieram, nawet ochoczo, tylko kto potem podeprze mnie? Bo kiedy człowiek zbiera w sobie energię, serdeczność i życzliwość po to, by się nimi podzielić, to poziom tego wszystkiego u niego drastycznie spada. I trzeba się zregenerować. Nie dziwię się już temu, że siedzę parę godzin i nic mi się nie chce, i nawet się o to nie obwiniam. Bo to jest naturalny skutek tego, że się nadużyłam.

Nie można ciągle tylko dawać i dawać siebie innym lub światu.
Trzeba też coś z tego świata i od innych brać. Kobiety jednak o tym często zapominają, zwłaszcza w związkach. Dostosowują się do tego, czego chce ich partner. Bo kobiety są empatyczne, czyli wyczulone na cudze stany emocjonalne, nastroje, potrzeby. Zobacz, jak fajnie jest być z kobietą. Najprostszy przykład – dzwoni przyjaciółka i pyta: „Czy mogę zająć ci teraz chwilę? Odpowiadam: „Ale bardzo szybciutko, bo zaraz mam drugi telefon”. I ona się nie obraża, tylko się streszcza. Mój chłop dzwoni. „Nie mogę teraz” – mówię. „Znowu nie możesz? To kiedy będziesz w końcu mogła?”. Żadna kobieta by się tak nie zachowała. A mężczyźni tak mają, i już. Dlatego kiedy wchodzą do związku ze swoimi potrzebami, a czasem i oczekiwaniami, kobiety po prostu na to odpowiadają, reagują – albo żeby się nie obraził, albo żeby nie zrobiło mu się przykro, albo żeby dobrze o niej pomyślał. I już kupa energii idzie na to, by łagodzić konflikt, do którego jeszcze nawet nie doszło.

No właśnie, czasem tylko odpowiadamy. Odbijamy piłeczkę. A te piłeczki się nie kończą, lecą w naszym kierunku z regularnością tych wypuszczanych przez maszynę na kortach tenisowych.
I jeszcze się rozglądamy, by zobaczyć, czy jakiejś nie przegapiłyśmy. Ja się już nauczyłam i czasem nie reaguję w ogóle. Wtedy on się wkurza: „Czy ty mnie w ogóle słyszysz?”. „No tak, słyszę” – odpowiadam spokojnie. I nic nie robię. Oszczędzam swoją cenną energię.

Tak sobie myślę, że teraz, podczas pandemii, wszyscy trochę staliśmy się terapeutami – siebie i innych. Podnosimy na duchu, łagodzimy konflikty, wysłuchujemy. Nie da się tego robić bez regeneracji. Jak zatem ty, jako terapeutka, się regenerujesz?
No to już mówiłam: dzielę sobie czas na kawałki, które są tylko dla mnie. To jest niezwykle ważne, by świadomie i z całkowitym przyzwoleniem powiedzieć sobie: „A od tej chwili już mnie nikt nie obchodzi”. I wtedy sobie sprawdzam, na co mam ochotę. Na przykład poprzesuwałam różne rzeczy po to, by rano móc poczytać w łóżku, nie spieszyć się i mieć dobry początek dnia.

Czyli mówisz: wyłączaj się na świat...
Daj sobie prawo mieć swoje godziny. I bardzo pilnuj, by własnego, osobistego czasu nie oddawać ludziom jamochłonom. A jeśli już musisz, bo masz tego jamochłona blisko, to przynajmniej pilnuj widełek czasowych. „No dobrze, to zadzwoń potem” – mówi mój osobisty jamochłon. „Oddzwonię, kiedy będę mogła” – odpowiadam mu spokojnie. Jeśli ktoś jest bardzo namolny, to polecam nawet skłamać. Powiedzieć, że jesteś umówiona, że masz za pięć minut spotkanie albo telefon. Albo po prostu rzucić: „Przepraszam, ale muszę kończyć. Przykro mi, nie mam już czasu”. I pamiętajmy: nie musimy się z niczego tłumaczyć.

Dokładają nam kolejne obowiązki w pracy – co odpowiadać?
Można zapytać: „Która z tych spraw jest najważniejsza? Bo jeśli zależy ci na tej rzeczy najbardziej, to nią się zajmę. A że chcę ją dobrze zrobić, nie będę już mogła się zająć resztą”. Albo kiedy szef co chwila wydłuża ci listę rzeczy do załatwienia, spytaj: „Oczywiście, zaraz się tym zajmę, powiedz mi tylko, z której rzeczy mam zrezygnować. Bo chcę się skupić na tym, co jest najlepsze dla firmy”.

A jak wyjaśnić to dziecku, które ciągle domaga się naszej uwagi?
Z dziećmi jest taka prosta tajemnica, niektórzy ją znają, a inni odnoszą się do niej z wielką niechęcią. Otóż trzeba poświęcić im w ciągu dnia pewną porcję uwagi całkowicie, ale w taki sposób, żeby się z nimi bawić. Wtedy człowiek się nie męczy, a dziecko jest zachwycone. Można w coś zagrać, poganiać się, pobawić w chowanego lub zapasy, pogiglać się nawzajem. Ale jeśli rodzice mają dla dzieci głównie polecenia, to wiszą nad tymi dziećmi, a jednocześnie nad sobą, żeby ich z tych poleceń rozliczyć, a w domu jest ciągłe napięcie. Ja tak miałam z mamą na okrągło, za to z tatą się wygłupialiśmy. Tajemnica, o której mówiłam na początku, polega na tym, że jeśli poświęcimy dziecku taki pełen zabawy czas, to ono potem nas już nie będzie potrzebować. Nie będzie tego „mamo, mamo, mamo”, bo dziecko będzie naszą obecnością „nakarmione”. Niestety, bardzo dużo dorosłych nie umie się bawić, nie umie puścić wolno swojego wewnętrznego dziecka.

Czy powiedziałabyś, że jedną z oznak tego, że dopada nas wypalenie, jest to, że nie mamy już z życia przyjemności, zabawy?
Absolutnie tak. Jeżeli czujesz w życiu głównie przymus i niechęć, czyli te wszystkie „powinnam”, „muszę”, to jest to jedna z tych oznak. Bo oczywiście trochę obowiązków warto mieć i umieć je wypełniać, ale poza tym… bawmy się i dawajmy się innym bawić. A wtedy nigdy się nie wypalimy.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Spotkania

Jodie Foster: "Kiedyś bałam się dojrzałego wieku, teraz nie mogę się doczekać, co będzie dalej"

Jodie Foster ma 58 lat, urodziła się i dorastała w Los Angeles jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Grała w reklamach od trzeciego roku życia, później w telewizyjnych programach dla dzieci i filmach dla nastolatków. Za rolę nieletniej prostytutki w „Taksówkarzu”, którą zagrała w wieku 13 lat, dostała pierwszą nominację do Oscara. (Fot. Monica Almeida/Forum)
Jodie Foster ma 58 lat, urodziła się i dorastała w Los Angeles jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Grała w reklamach od trzeciego roku życia, później w telewizyjnych programach dla dzieci i filmach dla nastolatków. Za rolę nieletniej prostytutki w „Taksówkarzu”, którą zagrała w wieku 13 lat, dostała pierwszą nominację do Oscara. (Fot. Monica Almeida/Forum)
Pierwszy raz stanęła przed kamerą, gdy miała trzy lata. Kiedy skończyła 50, była gotowa pożegnać się z planem filmowym. Dziś Jodie Foster z kolejnym Złotym Globem na półce, tym razem za rolę w „Mauretańczyku”, nie może się doczekać nowych wyzwań. Twierdzi, że dojrzały wiek to dla pracującej aktorki najlepsze lata: role są ciekawe, praca nie jest centrum życia. A plotkarskiej prasy nie obchodzi już, z kim jesz kolację i śniadanie.

Złoty Glob za najlepszą żeńską rolę drugoplanową wędruje do... sypialni Jodie Foster! Widzowie gali rozdania tych prestiżowych nagród nie mieli w tym roku okazji podziwiać parady gwiazd po czerwonym dywanie, bo większość nominowanych siedziała we własnych domach przed laptopami. Dzięki temu, że wszyscy połączyli się na czas imprezy na Zoomie, fani mieli jednak szansę zobaczyć, jak jedna z największych gwiazd światowego kina, ubrana w jedwabną piżamę, podskakuje na swoim łóżku jak mała dziewczynka. – Ale numer! Nigdy się nie spodziewałam, że jeszcze kiedykolwiek wezmę udział w tej imprezie, a to najlepsza gala ze wszystkich dotychczasowych! – śmiała się Foster. Towarzyszyli jej żona, również w piżamie, i zaspany pies Ziggy, który po tym wieczorze stał się gwiazdą Internetu. – Nie ma nic lepszego niż odebrać światowej rangi nagrodę za pracę, nie ruszając się z domu i nie zakładając butów na obcasach – żartowała Jodie w wywiadach po ceremonii. – Może po pandemii powinniśmy zostać przy tym zwyczaju?

Dziewczynka pracująca

Ta mała na szczęście nie sprawiała kłopotów. Nauczyła się czytać, mając trzy lata, więc matka wciskała jej książki przy każdej okazji. Dzięki temu Evelyn „Brandy” Foster mogła zabierać ze sobą Jodie na castingi do reklam, w których występował starszy brat dziewczynki, Buddy.

Brandy, z zawodu agentka prasowa producenta filmowego, zarabiała nieźle, ale jako rozwódka z czwórką dzieci liczyła każdego dolara. Z ojcem Jodie rozstała się, zanim ta przyszła na świat. Lucius Fisher Foster III zniknął z życia jej i ich dzieci, jakby go nigdy nie było, ale zostawił po sobie rachunki do płacenia i cztery buzie do wyżywienia. To, co Buddy zarobił w reklamach, szło głównie na utrzymanie rodziny.

– A ten maluch już umie mówić? – dyrektor castingu reklamy kremu do opalania Coppertone, do której startował Buddy, zainteresował się bladą, zaczytaną dziewuszką w ogrodniczkach po bracie, czekającą z matką na korytarzu. „Maluch” nie tylko umiał mówić, ale na planie zachował się zupełnie bezproblemowo. Zanim Jodie na dobre zorientowała się, co się dzieje, zarobiła na kilka domowych rachunków. Resztę jej matka odłożyła na specjalne konto. Pewnego dnia jej córka będzie miała przynajmniej trochę pieniędzy na start w życiu.

Konto pęczniało, rodzeństwo zarabiało coraz lepiej, a ich matka zrezygnowała z pracy, żeby zająć się ich karierą. Warunki były dwa: oboje muszą się dobrze uczyć i praca nie może ich męczyć. Dopóki ich to bawi – mogą grać. Evelyn wystarczająco długo pracowała w Hollywood, żeby napatrzeć się na eksploatowane dzieci, których rodzice zrobili z nich maszynki do zarabiania pieniędzy. Tragedia zaczynała się wtedy, kiedy maluchy traciły dziecięcy urok, dorastały, role w reklamach i programach dziecięcych znikały, a na polu bitwy zostawały zniszczone psychicznie nastolatki, ledwo z podstawowym wykształceniem.

Jodie nie była typowym słodkim cherubinkiem. Nie cierpiała sukienek, wolała mieć krótkie włosy, najchętniej ubierała się jak jej starszy brat. Umiała za to słuchać i zadawać inteligentne pytania. Nie było roli, której nie była w stanie w mig nauczyć się na pamięć. W ciągu kilku lat wyrobiła sobie markę w branży jako aktorka dziecięca, na której można zawsze polegać i z którą świetnie się pracuje. Miła, uprzejma, zabawna iskierka. W ciągu następnych dziesięciu lat wystąpiła w prawie 50 programach telewizyjnych, kilku sitcomach i pełnometrażowych filmach, głównie Disneya. W międzyczasie skończyła z najlepszymi wynikami prywatną francuskojęzyczną szkołę.

– Szlag mnie trafia, kiedy słyszę, jak niektórzy aktorzy narzekają na pracę w reklamach. Biją się w piersi, że nigdy się już nie zniżą do tej roboty – mówiła w wywiadzie dla „Sun Sentinela”. – Serio? Bardzo mnie cieszy, że ktoś miał ładną buzię i nie musiał reklamować szczotek. Ja nie miałam, grałam w reklamach przez 20 lat i nigdzie indziej się tak dużo nie nauczyłam.

Pomna pułapki, która nieuchronnie czeka na dziecięcych aktorów, jej matka zaczęła ubiegać się o role dla córki w filmach dla dorosłej publiczności. Udany występ Jodie w filmie Martina Scorsesego „Alicja już tu nie mieszka” zwrócił na nią uwagę reżyserów obsady z pierwszej hollywoodzkiej ligi. – Zdaje sobie pani sprawę, jaki wpływ rola małoletniej prostytutki może mieć na psychikę 13-letniej dziewczynki? – pytał ją pracownik opieki społecznej, gdy Jodie wygrała casting do „Taksówkarza”. – Oczywiście, panna Foster musi przejść testy psychologiczne, a do niektórych scen potrzebna będzie dublerka. – Nie zna pan mojej córki – odpaliła Evelyn Foster. – A dublerkę mamy w pogotowiu – będzie nią jej starsza siostra.

– Choć całe dzieciństwo spędziłam przed kamerami, dopiero podczas pracy przy „Taksówkarzu” zdałam sobie sprawę, że aktorstwo to coś więcej niż zabawa i bycie sobą. Że to praca, która wymaga zmierzenia się z wyzwaniami, że potrzeba do niej arsenału instrumentów pomagających przedstawić postać, która jest zupełnie różna ode mnie – mówiła wiele lat później w wywiadzie dla „New York Timesa”. – Ten film zmienił moje życie, ale czułam się jak ryba wyjęta z wody. Na szczęście był z nami Bob.

Bob to Robert De Niro, który wziął Jodie pod swoje skrzydła. Spędzał z nią mnóstwo czasu na planie, otoczył opieką, cierpliwie tłumaczył stawiane przed nią wyzwania, podsuwał rozwiązania. „Taksówkarz” został nagrodzony Złotą Palmą w Cannes, gdzie mówiąca płynnie po francusku Jodie z entuzjazmem objęła funkcję tłumaczki na konferencji prasowej. Francuska prasa oszalała na jej punkcie. Fakt, że „la jolie Jodie” – śliczna Jodie – wystąpiła w tym samym roku w musicalu „Bugsy Malone”, również nominowanym wtedy do Złotej Palmy, zrobił z niej gwiazdę festiwalu. Krytycy po obu stronach oceanu rozpływali się w zachwytach, a BAFTA i nominacja do Oscara sprawiły, że panna Foster stała się najbardziej rozchwytywaną nastolatką w Hollywood.

Co cię nie zabije

– Kiedy ludzie rozpoznają cię na ulicy, zanim straciłaś mleczne zęby, prasa chce wiedzieć, jakie masz zabawki, jakie masz stopnie w szkole i czy masz kontakt z ojcem... Nie jest chyba szczególnie dziwne, że wcześnie uczysz się doceniać coś takiego jak prywatność? – pytała retorycznie Foster w wywiadzie dla brytyjskiego „Guardiana”.

Po medialnym szaleństwie, które wybuchło po „Taksówkarzu”, Los Angeles nagle stało się za ciasne. Jodie nie chciała narażać ani siebie, ani swojego rodzeństwa na opędzanie się od dziennikarzy, więc ustaliły z matką, że następne dziewięć miesięcy spędzi w szkole we Francji. Między zajęciami z literatury i matematyki w języku Moliera zdążyła jednak zagrać w trzech filmach: francuskim, włoskim i brytyjskim „Candleshoe”, do którego zdjęcia kręcono w Londynie. Gdy przyszła pora na powrót do Kalifornii, medialna histeria już dawno przycichła. Jodie wróciła do liceum, zwolniła tempo pracy i dostała się na studia na Yale. Aktorstwo – doszła do wniosku – to zajęcie mało intelektualne. Pora na serio zainwestować we własny mózg.

'Taksówkarz' (1976), w którym zagrała, nie mając jeszcze 14 lat, przyniósł jej pierwszą oscarową
nominację. (Fot. FilmStills.net/Film Stills/Forum)"Taksówkarz" (1976), w którym zagrała, nie mając jeszcze 14 lat, przyniósł jej pierwszą oscarową nominację. (Fot. FilmStills.net/Film Stills/Forum)

Studenckie życie wyrwało ją z showbiznesowego bąbla i pochłonęło bez reszty. Szkoda tylko, że przez pierwsze miesiące jej telefon dzwonił bez przerwy. W dzień. W środku nocy. Przed zajęciami i po nich. Nie były to telefony od agentów ani z prasy. W słuchawce najczęściej była cisza, czasem Jodie słyszała ciężki oddech. Potem zaczęły przychodzić listy. Ich nadawca, John W. Hinckley Jr., zawsze prosił o spotkanie. Fan, który miał na jej punkcie obsesję od czasu „Taksówkarza”, przeprowadził się nawet w okolice Yale, żeby móc się z nią spotkać. Albo ją śledzić i podglądać. Foster twardo go ignorowała. Aby jej zaimponować i wreszcie zwrócić na siebie uwagę, kilka miesięcy później Hinckley postanowił zabić ówczesnego prezydenta USA Ronalda Reagana. Reagan i trzy inne osoby zostali ranni.

– Szczerze mówiąc, nie wiem, jak to przetrwałam – wspominała po latach Foster. – Jestem po prostu silna psychicznie. Zawsze byłam twarda i mam dużą odporność na stres. Gdyby było inaczej, tamte wydarzenia złamałyby mnie na wiele lat.

Przez pozostałe cztery lata studiów w kampusie towarzyszyli jej ochroniarze, bo Hinckley nie był jej jedynym stalkerem. Inny mężczyzna, w porę ujęty przez policję, przyznał, że chciał zabić Foster, ale zmienił zdanie po tym, jak zobaczył ją w studenckiej sztuce. Ochrona jeździła też z nią latem na plany filmowe, bo do Jodie szybko dotarło, że jej opinia o aktorstwie miała swoje źródło w niedojrzałości i arogancji. Przy okazji roli w romansie „Stealing Home”, który był spektakularną klapą, wyciągnęła też lekcję na wszystkie następne lata kariery: jej ekranowa siła to nie umieranie z miłości. Jodie Foster powinna grać bohaterki, które mają coś do powiedzenia albo chcą zmienić świat. Takie, jak walcząca o sprawiedliwość ofiara gwałtu w „Oskarżonych”. I jak agentka Clarice Starling w „Milczeniu owiec”. Sukces tych dwóch filmów i dwa przyznane za nie Oscary zrobiły z Foster jedną z największych gwiazd lat 90. Nie byłaby więc sobą, gdyby zaraz po odebraniu drugiej złotej statuetki nie zrobiła sobie urlopu od aktorstwa.

Po drugiej stronie

Reżyserki i producentki w Hollywood początku lat 90. były okazami rzadkimi, ale w przeciwieństwie do rajskich ptaków – niechronionymi. Wręcz przeciwnie, męski świat szefów studiów traktował je jak wybryk natury i finansowe ryzyko. Chyba że same umiały zdobyć fundusze albo – o zgrozo – zainwestować własne. Dlatego powierzenie Foster jako debiutu reżyserowania filmu „Little Man Tate” o dziecięcym geniuszu, którego talent oddziela go murem od jego rówieśników, było ogromnym kredytem zaufania. Film cieszył się umiarkowanym powodzeniem i nawet coś zarobił, więc Jodie założyła własną firmę producencką Egg Pictures. W jej znajomość branży nie wątpił nikt. – Ta mała zadaje tak wnikliwe pytania na temat tego, jak powstaje film, że gdybym dziś wpadł pod autobus, byłaby chyba jedyną osobą, która mogłaby zastąpić mnie na planie – mówił o niej reżyser Alan Parker, gdy miała zaledwie 13 lat. Przez dziesięć lat trwania Egg Pictures Foster wyreżyserowała i wyprodukowała kilka filmów, ale żaden nie był kasowym hitem. – Produkcja filmowa to okropna praca, za którą nikt ci nigdy nie dziękuje – mówiła, zamykając ją. Gra w cudzych filmach była o wiele łatwiejsza, miała też już przecież wyrobioną markę reżyserki. – Dobrze było dojść do punktu, w którym udowodniłam sobie, że potrafię to robić. Że jestem w tym niezła – wspominała. – I że już nie muszę popisywać się sama przed sobą.

Stała się twarzą thrillerów, dramatów kryminalnych i psychologicznych. Grała naukowczynie, pisarki, kobiety z misją zemsty. „Kiedy na ekranie pojawia się jej szczupła, trójkątna twarz z zaciśniętymi ustami, a kino wypełnia jej intensywna energia, wiadomo, że widzów czekają dwie godziny napięcia i siedzenia na krawędzi fotela” – pisał o jej roli w „Azylu” krytyk „Timesa”. – No cóż, chyba pora przyznać, że nigdy nie byłam dobra w rolach potulnych narzeczonych, dziewczyn i żon – przyznała niedawno w jednym z wywiadów. Przez całą dorosłą, aktorską karierę nie wystąpiła też na ekranie w bikini ani w skąpym, seksownym stroju. Nie musiała. I wytrwale chroniła przed mediami swoje życie prywatne. Z jednym wyjątkiem.

– Mam nagłą potrzebę powiedzenia czegoś, czego nigdy nie mówiłam publicznie – powiedziała, odbierając osiem lat temu Złoty Glob za całokształt twórczości. – I trochę się denerwuję, ale pewnie nie tak, jak moja agentka. Nazwijmy to swego rodzaju deklaracją. Otóż... jestem singielką.

Zebrane gwiazdy, wiedzące, że Foster pije do plotek dotyczących jej orientacji seksualnej, wybuchnęły śmiechem. Jej dwaj synowie również, choć młodszy schował się na chwilę pod stół. – Mam nadzieję, że nie będziecie rozczarowani, że nie usłyszycie teraz długiego przemówienia na temat mojego coming outu. Ja „wyszłam z szafy” tysiąc lat temu, w epoce kamienia łupanego, przed rodziną, przyjaciółmi i ludźmi, z którymi pracowałam. Ale teraz słyszę, że każda osoba publiczna powinna urządzić konferencję prasową na temat swojego życia prywatnego – powiedziała. I znów przypomniała, że życie nauczyło ją otaczać tę sferę wyjątkową ochroną.

Foster podziękowała publicznie swojej ówczesnej partnerce Cydney Bernard za wsparcie i miłość i zeszła ze sceny przy aplauzie, który niemal zerwał dach z sali. Jej przyjaciel Mel Gibson miał łzy w oczach. Kilka aktorek poprawiało rozmazany wzruszeniem makijaż. A następnego dnia w prasie rozpętała się burza.

Nie brakło komentatorów wytykających Foster uprzywilejowaną pozycję, pieniądze i sławę, które ich zdaniem nakładają na nią obowiązek mówienia o jej homoseksualizmie – jeśli tak się definiuje – przy każdej okazji. Tak jakby ktoś jej tę pozycję i majątek podał na talerzu. Dowodzili, że każda osoba publiczna ma misję normalizowania tego po to, aby innym, którzy zmagają się z ostracyzmem w swoim środowisku, było łatwiej. Aktorka nigdy więcej nie odniosła się do tych opinii, ale swoje życie prywatne nadal trzyma za zamkniętymi drzwiami.

– Co jest najlepszego w tym, że jesteśmy coraz starsi? To, że po czterdziestce przestajemy się tak strasznie przejmować. Nie ścigamy się już sami z sobą – mówiła niedawno w wywiadzie dla portalu dla seniorów AARP. – Potem jest tylko lepiej! Wiek 50+ to dla aktorki nie najlepszy czas, ale kino się zmienia i dziś jest za to pełno świetnych ról dla kobiet po sześćdziesiątce. Nie mogę się doczekać, aż tam dotrę. A po osiemdziesiątce będę tą energiczną staruszką zgarniającą najlepsze epizody. Kiedyś bałam się dojrzałego wieku, bo była to nieznana przyszłość. Teraz już jestem w tej przyszłości i nie mogę się doczekać, co będzie dalej.

Jodie Foster ma 58 lat, urodziła się i dorastała w Los Angeles jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Grała w reklamach od trzeciego roku życia, później w telewizyjnych programach dla dzieci i filmach dla nastolatków. Za rolę nieletniej prostytutki w „Taksówkarzu”, którą zagrała w wieku 13 lat, dostała pierwszą nominację do Oscara. W tym samym roku wystąpiła w musicalu „Bugsy Malone” i hitowej komedii „Zakręcony piątek”. Skończyła studia z literatury amerykańskiej na Yale z tytułem magistra, po czym wróciła do aktorstwa. Najsłynniejsze filmy z jej udziałem to: „Milczenie owiec”, „Oskarżeni”, „Kontakt”, „Nell”, „Azyl” czy „Elysium”. Jest uznaną reżyserką, także odcinków seriali, takich jak „Black Mirror” i „Orange Is the New Black”. Od 2014 roku jest żoną fotografki Alexandry Hedison. Z poprzedniego małżeństwa, z producentką Cydney Bernard, ma dwóch synów. Mieszka w rodzinnym Los Angeles.