1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Planeta Rosja oczami Barbary Włodarczyk

Planeta Rosja oczami Barbary Włodarczyk

Barbara Włodarczyk:
Barbara Włodarczyk: "Dzielę dziennikarzy na „salonowych” i „plebejskich”. Pierwsi bywają na salonach i zajmują się wielką polityką. Drudzy, do których zaliczam się ja, odwiedzają mieszkania i wiejskie chaty, rozmawiają z prostymi ludźmi".(Fot. archiwum prywatne)
Prawosławie, islam, szamanizm. Wielka bieda i obłędne bogactwo. Jedenaście stref czasowych, od Kaliningradu po Chiny. Nie znam drugiego tak różnorodnego kraju - mówi Barbara Włodarczyk, która od ponad 30 lat opowiada nam Rosję.

Właśnie wydała pani książkę „Szalona miłość. Chcę takiego jak Putin. Reportaże z Rosji”. Putin powinien ją przeczytać?
O Putinie powstało mnóstwo książek, a moja jest nie tyle o nim, ile o Rosjanach. Zwłaszcza o tych, którzy go popierają i stanowią większość. Zainspirował mnie dowcip, który usłyszałam kiedyś w Moskwie: „Francuz ma żonę i kochankę. Kocha kochankę. Żyd ma żonę i kochankę. Kocha mamę. Rosjanin ma żonę i kochankę. Kocha Putina”.
Chciałam zrozumieć, jak to jest z tą miłością. Na prowincji głównym źródłem informacji wciąż jest telewizja podporządkowana Kremlowi. To ona kształtuje obraz groźnego Zachodu, który chce zniszczyć Rosję. No i oczywiście obraz Putina jako cara ojczulka. Ale współczesna Rosja to nie Związek Radziecki odcięty od świata żelazną kurtyną. Dziś sprawnie działa tam Internet, jest opozycyjna prasa, jak „Nowaja Gazieta”. Moja książka pokazuje przede wszystkim ludzi, którzy mieszkają z dala od Moskwy czy Petersburga. Zawsze powtarzam, że spotkania z mieszkańcami tak zwanej głubinki dają więcej wiedzy o Rosji niż nawet nieoficjalne rozmowy z politykami i ekspertami.

Głubinka, czyli prowincja.
Staruszka w syberyjskiej wiosce powiedziała mi tak: „Do Putina już przywykliśmy, a jak przyjdzie ktoś inny, to zacznie wprowadzać nowe porządki”. Kobieta mieszka w starej chacie bez wody i gazu, ale jak mówi: „Najważniejsze, żeby nie było gorzej. I żadnych więcej rewolucji!”. Rosjanie przeżyli ich kilka i każda źle się kończyła. Bolszewicka – spustoszyła Rosję carską i doprowadziła do przelewu krwi. Gorbaczowowska – spowodowała upadek Związku Radzieckiego, który dla dużej części oznaczał zubożenie. Jelcynowska – przyniosła dziki kapitalizm i bandycką prywatyzację. Genialnie opisuje to noblistka Swiatłana Aleksijewicz. W „Czasach secondhand” opowiada traumatyczne historie z lat 90., kiedy panowała trzycyfrowa inflacja, a ludzie wysprzedawali, co tylko się dało, bo miesiącami nie dostawali pensji. Kiedy przyszedł Putin, zaczęła się koniunktura na ropę i gaz, a realne dochody Rosjan poszybowały w górę. W tych „złotych czasach” mieszkałam w Moskwie, byłam korespondentką TVP. Widziałam, jak w sklepach pojawiły się najlepsze towary, a na ulicach – najlepsze samochody. Widziałam też, jak wielu ludzi szybko przechodziło do porządku dziennego nad zabójstwem dziennikarki Anny Politkowskiej i obrońcy praw człowieka Borysa Niemcowa, którzy krytykowali Kreml. Wtedy padła słynna wypowiedź jednego z wysokich urzędników: „Jest Putin, jest Rosja. Nie ma Putina, nie ma Rosji”.

Spotkania z mieszkańcami głubinki, czyli prowincji, dają więcej wiedzy o Rosji niż rozmowy z ekspertami - wioska pod Petersburgiem. (Fot. materiały prasowe TVP)Spotkania z mieszkańcami głubinki, czyli prowincji, dają więcej wiedzy o Rosji niż rozmowy z ekspertami - wioska pod Petersburgiem. (Fot. materiały prasowe TVP)

A chór folklorystyczny Dziarskie Babcie śpiewa: „Wszystkie chcemy wyjść za mąż za Putina”?
Tak, Władimir Władimirowicz stał się przedmiotem westchnień milionów Rosjanek. Mieszkanka wioski na Syberii opowiadała mi z błyskiem w oku, jak to prezydent zanurzył się w lodowatej wodzie podczas styczniowego święta Chrztu Pańskiego. „Widziała pani, jaki on ma płaski brzuch?”. Rosyjska telewizja stale pokazuje niezwykłe umiejętności Putina. Jak śpiewa, nurkuje, prowadzi na motolotni sznur żurawi, jeździ konno, szusuje na nartach, gra w hokeja, powala czempionów dżudo. A na dodatek nie pije! Dla Rosjanek, zwłaszcza na wsi, to bardzo ważne, bo wokół siebie widzą głównie zgnuśniałych mużyków, którzy stale śmierdzą piwem albo gorzałką. A Putina nikt pijanego nie widział. „Chcę takiego jak Putin, pełnego sił. Chcę takiego jak Putin, żeby nie pił” – to z piosenki śpiewanej w Rosji od blisko 20 lat! Kiedy pytałam moje rozmówczynie, czy nie przeszkadza im, że prezydent się rozwiódł i według plotek związał z kobietą w wieku ich córek, odpowiadały: „No i co z tego? To przecież mężczyzna w sile wieku”. Putin ma już prawie 70 lat, ale wygląda coraz młodziej…

Rosjanie wybaczą wszystko wszechstronnemu macho?
To, co jest nie do przyjęcia w Europie Zachodniej, w Rosji nie wywołuje powszechnego oburzenia. Kiedy prezydenta Izraela Moszego Kacawa oskarżono o gwałt, Putin sobie z tego żartował. „Dziesięć kobiet zgwałcił. Wszyscy mu zazdrościmy!” – powiedział. Na Zachodzie zagrzmiało, tymczasem rosyjskie internautki pisały: „Putin, dzięki Bogu, nie jest mięczakiem”. Zachodnie standardy nie przystają ani do mentalności Rosjan, ani do systemu politycznego. W ogromnej Rosji dobro ogółu zawsze liczyło się bardziej niż dobro jednostki. Zwolennicy Putina chwalą go za stanowczość wobec Zachodu i za to, że ich dowartościowuje, mówiąc: „Mamy ropę, gaz i broń atomową. Nikt nas nie będzie pouczał!”. „Putin jest jak niedźwiedź. Srogi, silny, odważny i nikomu nie odda tajgi” – powiedział mi aktywista prokremlowskiej młodzieżówki.

Skąd przekonanie Zachodu, że Rosja może być „europejska”?
Zachód nie chce uwierzyć, że Putin wciąż ma poparcie większości. Jak powiedział mi socjolog z niezależnej od władz sondażowni Centrum Lewady, jest to zaklinanie rzeczywistości. Zachodnie media już nieraz ogłaszały, że dni Władimira Władimirowicza są policzone – po zabójstwie Niemcowa czy po tym, jak w 2011 i 2012 roku przez Rosję przetoczyła się fala protestów związanych z ujawnieniem fałszerstw podczas wyborów. Rychły koniec wróżono mu też po otruciu Aleksieja Nawalnego. Tymczasem badania Centrum Lewady przeprowadzone już po aresztowaniu opozycjonisty pokazały, że Putin cieszy się poparciem 64 proc. Rosjan. Że jest on, a potem długo, długo nikt. Nawalnego pozytywnie ocenia około 19 proc. Być może zmieni się to, kiedy w dorosłe życie wejdzie nowe pokolenie, czerpiące wiedzę z Internetu, a nie z telewizji podporządkowanej Kremlowi.

Nawalny kontra Putin?
Nawalny to bez wątpienia wróg numer jeden Putina. Symbolizuje rewolucyjne zmiany, które wśród starszego i średniego pokolenia budzą postrach. Może się natomiast podobać ludziom młodym. Bo jest odważny, wygadany i po mistrzowsku wykorzystuje Internet. Widziałam go z bliska na wiecach opozycji w 2012 roku. Górował nad innymi, ponieważ ma prawie 190 centymetrów wzrostu. Nawalny tak samo jak Putin dba o formę i tak samo jak on nie pije! W odróżnieniu od prezydenta ma jednak udaną rodzinę i publicznie hołubi żonę. Putin rzadko pokazywał się ze swoją małżonką.

Zastanawia się pani czasem, co dzieje się z Waśką, bohaterem pani moskiewskiego reportażu z 2000 roku? Był wtedy 12-letnim bezdomnym.
Wasieńka to mój najukochańszy bohater cyklu „Szerokie tory”. Nigdy go nie zapomnę. Dziś jest już dorosłym mężczyzną. Jeśli przeżył. Dyrektor moskiewskiego sierocińca powiedział mi, że bezdomne dzieci kończą zwykle tragicznie. Czeka je więzienie lub przedwczesna śmierć, na przykład z powodu przedawkowania narkotyków. W tym środowisku nie ma aniołów. Wasia klął jak szewc, palił i doskonale wiedział, jak szybko okraść kiosk. Mimo to był wrażliwy i honorowy. Nagrywaliśmy go późną jesienią. Kupiłam mu rękawiczki, bo zimno dawało w kość i nie mogłam patrzeć na jego gołe rączki. Nie założył ich jednak. „Mówiłaś, że chcesz pokazać, jak jest. Ja nie chodzę w rękawiczkach, bo ich nie mam”. Mimo że nie chodził do szkoły, rozmawialiśmy na bardzo poważne tematy – o demokracji, alkoholizmie, uczciwości. Wiedział, kim są Lenin, Gorbaczow i Putin. Tylko o Polsce nigdy nie słyszał. Przez Waśkę dręczą mnie wyrzuty sumienia. Bo kiedy się rozstawaliśmy, obiecałam mu, że jak kolejny raz przyjadę do Moskwy, to go odnajdę. Niestety, nie udało mi się. Przepadł jak kamień w wodę, a moja obietnica została niespełniona. W książce „Nie ma jednej Rosji” zakończyłam rozdział o nim słowami: „Przepraszam cię, Wasia”.

W jaki sposób zdobywa pani zaufanie takich bohaterów?
Nie ma jednej recepty. Jedni godzili się dlatego, że wreszcie mieli się komu wyżalić, a inni traktowali zdjęcia jak przygodę. W zdobywaniu zaufania bardzo pomagała mi formuła cyklu „Szerokie tory”. A to dlatego, że spędzałam z bohaterem dużo czasu i robiłam wszystko, co on. Z górnikiem zjeżdżałam do kopalni, ze zbieraczem bursztynów wspinałam się na niebezpieczne urwiska, a z dzielnicowym wchodziłam do melin. Wspólne przeżycia zbliżały nas do siebie i pod koniec zdjęć byliśmy już w pełnej komitywie.

Nawet z Tasakiem, bohaterem pani reportażu o rosyjskich neofaszystach?
Są pewne granice, których nie przekraczam. Tasak jest tego przykładem. Jego przezwisko wzięło się stąd, że zawsze nosił przy sobie nóż. Niedawno popełnił samobójstwo w więzieniu, dokąd trafił za pobicia imigrantów i podżeganie do nienawiści. To był jeden z moich najtrudniejszych reportaży, który miał uzmysłowić grozę zjawiska neofaszyzmu. Do dziś mam przed oczami ostatnią scenę, którą nagrywaliśmy w windzie. Na koniec zostawiłam pytanie: „Czy zabiłeś kiedyś człowieka?”. „Jestem tego prawie pewien” – odpowiedział z cynicznym uśmieszkiem. Bo jeśli przez kilka minut skacze się komuś po głowie, to chyba tego nie przeżyje…
Ale nie rozmawiajmy tylko o mrocznych sprawach, bo podejmowałam wiele tematów radosnych. Na przykład w filmie „Żyć nie umierać” o długowiecznych na Kaukazie, gdzie żyje blisko 40 proc. najstarszych ludzi świata, moi bohaterowie mają po sto kilka, a nawet po sto kilkanaście lat! Przeżyli rewolucję, wojny i deportacje, ale dużo się śmieją i bardzo dbają o swój wygląd. Stusiedmiolatka z Czeczenii wciąż używa perfum, a studziesięciolatek z Dagestanu ma całą szafę nowych koszul.
Jeden z moich bohaterów powiedział tak: „Na Zachodzie długowieczność to zasługa medycyny, a u nas – przyrody, zdrowego jedzenia i stosunku do starszych”. Na widok seniora wszyscy wstają, a młodzież nawet się nie odezwie bez jego zgody. W Czeczenii i Dagestanie do dziś działają rady starszyzny, które mają decydujący głos we wszystkich sporach rodzinnych i sąsiedzkich. Długowieczności na Kaukazie sprzyjają też wielopokoleniowe domy. Dzięki temu seniorzy nie czują się samotni, mają kontakt z młodszymi pokoleniami i nowinkami technicznymi. Moja stutrzyletnia bohaterka bez problemu łączy się z wnukiem przez Skype’a.

Nigdy nie chciała pani skręcić z tej Rosji?
Ależ skąd! To tematyczne eldorado. Prawosławie, islam, szamanizm. Wielka bieda i obłędne bogactwo. Jedenaście stref czasowych, terytorium od Kaliningradu do granicy z Chinami. Kontrasty kulturowe, materialne, społeczne. Nie znam drugiego tak różnorodnego kraju. Jako Polce na pewno jest mi łatwiej robić reportaże i filmy o Rosji niż kolegom z Zachodu. Chociażby dlatego, że mamy podobne doświadczenia ustrojowe z czasów, kiedy istniał obóz socjalistyczny. Ani w Polsce, ani w Rosji nie trzeba nikomu tłumaczyć, co to był deficyt towarów albo cenzura.

Dziennikarstwo wzięło się u pani z obserwowania ludzi w autobusie?
Skąd pan to wie? Rzeczywiście jako dziecko lubiłam jeździć „ogórkiem”, pamięta pan takie? Zawsze uważnie przyglądałam się pasażerom i wymyślałam ich historie. A to, że pani ze sztywnym od lakieru kokiem na pewno jedzie w gości, bo ma odświętną sukienkę i tort. A pan z pomarańczami w ażurowej siatce – jak nic ma znajomości w warzywniaku. Zawsze dostrzegałam więcej niż inni. W Moskwie mnóstwa ciekawych rzeczy można dowiedzieć się w metrze. O, choćby tego, jakie książki są na czasie, ponieważ Rosjanie wciąż dużo czytają. Albo jakie marki telefonów komórkowych uchodzą za najbardziej pożądane. Od razu zdradzę, że iPhone’y.

Rozmowa z żołnierzami w Donbasie. (Fot. materiały prasowe TVP)Rozmowa z żołnierzami w Donbasie. (Fot. materiały prasowe TVP)

Zaczynała pani studia na Uniwersytecie Warszawskim w specyficznym dla Polski momencie, był rok 1980. Wpadła pani w środek historii?
Najbardziej burzliwe były dwa pierwsze lata studiów. Czyli okres tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego i po nim. Miałam znajomych po jednej i po drugiej stronie, bo wśród studentów, tak jak w całym społeczeństwie, były różne poglądy. Ale zdecydowana większość z nas kibicowała przemianom. Historia rozgrywała się pod oknami mojego Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Krakowskim Przedmieściu. Tamtędy przechodziły demonstracje opozycji. Rozganiali je zomowcy. Pałkami, armatkami wodnymi i gazem łzawiącym. Niektórzy chronili się przed nimi w budynku naszego wydziału.

Kiedy kończyła pani studia, Rosjanie żegnali marzenia, śpiewając „Goodbye, America!” [właśc. „Ostatni list” – przyp. red.], hit grupy Nautilus Pompilius. „Żegnaj, Ameryko, gdzie nigdy nie byłem (…) Tak długo nas uczono kochać twoje zakazane owoce/Żegnaj, Ameryko, gdzie nigdy nie będę (…) Zagraj mi na pożegnanie”. Jakie pani miała marzenia?
Nie miałam wielkich marzeń. Na pewno chciałam swobodnie podróżować po świecie, który zawsze mnie ciekawił. Wtedy wyjazdy bez ograniczeń wydawały się mało realne. Zwłaszcza na Zachód, który był dla nas wciąż niedostępny, choć i tak bardziej osiągalny niż dla Rosjan. W ramach praktyk trafiłam do telewizji, do redakcji „programów o państwach socjalistycznych”. Tematy wschodnie spodobały mi się, choć w drugiej połowie lat 80. było jeszcze wiele tabu. Jeden z moich pierwszych materiałów dotyczył słynnego rosyjskiego barda Włodzimierza Wysockiego. Wielbicielem jego twórczości był Jacek Kaczmarski. On w tym czasie mieszkał w Monachium i pracował dla Radia Wolna Europa. Wszyscy znaliśmy słynną „Obławę”, którą napisał na kanwie piosenki Wysockiego. Wyciągnęłam ją więc z archiwum i zamieściłam w swoim materiale. Po montażu, późnym wieczorem w przeddzień emisji, wezwał mnie szef. „Baśka, co ty zrobiłaś? Tego nie przepuści cenzura! Nie wiesz, że nie gra się Kaczmarskiego?”.

Nie rozumiała pani?
Byłam naiwna. „Weźmiesz scenariusz i pobiegniesz na górę do cenzora” – wykrzyczał szef. „Jeżeli wrócisz bez stempla i przez to program jutro się nie ukaże, to więcej się nie pokazuj!”. Nie miałam wyjścia. Od razu powiedziałam cenzorowi, że mój los leży w jego rękach. Uważnie przeczytał scenariusz i ku mojemu zaskoczeniu postawił pieczątkę. Być może miał lepszy dzień. Ale bardzo dużo mówię. Zdecydowanie wolę słuchać innych.

W pani domu były tradycje dziennikarskie?
Nie, moi rodzice skończyli prawo. A mnie zawsze ciągnęło do podróży i poznawania świata. Na studiach zaczytywałam się w Ryszardzie Kapuścińskim. To mój guru. Staram się postępować zgodnie z jego dewizą, że reporter powinien być przede wszystkim dobrym człowiekiem. Bo tylko dobry człowiek usiłuje zrozumieć innych ludzi. Na swój użytek dzielę dziennikarzy na „salonowych” i „plebejskich”, nie oceniając, która z tych kategorii jest lepsza. Ci pierwsi bywają na salonach i zajmują się wielką polityką. Ci drudzy, do których zaliczam się ja, odwiedzają mieszkania i wiejskie chaty, rozmawiają z prostymi ludźmi. Przyglądanie się z bliska życiu innych ludzi to przywilej. 

Barbara Włodarczyk, reporterka, komentatorka. Zajmuje się tematem Wschodu od 1986 roku. W ramach telewizyjnego cyklu „Szerokie tory” zrealizowała ponad 100 reportaży o byłym Związku Radzieckim, nagrodzono go Grand Press i The International Chicago Television Award. W latach 2004–2009 była korespondentką TVP w Moskwie. Autorka filmów dokumentalnych i książek „Nie ma jednej Rosji” i „Szalona miłość. Chcę takiego jak Putin. Reportaże z Rosji”.(Fot. archiwum prywatne)Barbara Włodarczyk, reporterka, komentatorka. Zajmuje się tematem Wschodu od 1986 roku. W ramach telewizyjnego cyklu „Szerokie tory” zrealizowała ponad 100 reportaży o byłym Związku Radzieckim, nagrodzono go Grand Press i The International Chicago Television Award. W latach 2004–2009 była korespondentką TVP w Moskwie. Autorka filmów dokumentalnych i książek „Nie ma jednej Rosji” i „Szalona miłość. Chcę takiego jak Putin. Reportaże z Rosji”.(Fot. archiwum prywatne)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Tylko powoli – kilka słów o greckiej radości życia

Grecy charakteryzują się dosyć mocno rozwiniętą tożsamością narodową. Ale panują tu też silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. (Fot. iStock)
Grecy charakteryzują się dosyć mocno rozwiniętą tożsamością narodową. Ale panują tu też silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. (Fot. iStock)
Do czego się spieszyć? Zdążymy, dzień jest długi. Kryzys? Zaciskanie pasa? To tylko teoria. Bo są sprawy, z których Grek nie zrezygnuje. Jak na przykład biesiadowanie z rodziną i przyjaciółmi, picie wina, zabawa. Czym się przejmować, skoro świeci słońce, a ziemia rodzi najlepsze pomidory i oliwki?

Film Michalisa Kakojanisa z Anthonym Quinnem w roli tytułowej ma już prawie 60 lat. Opowiada o czasach sprzed wieku. A jednak powiedzenie: „Jaka piękna katastrofa!” znamy niemal wszyscy, weszło do naszego języka i sposobu myślenia. Czy te słowa ekranowego Greka Zorby, przez wielu traktowanego jako uosobienie greckości, mógłby wypowiedzieć i dzisiejszy mieszkaniec Aten albo Krety? Czy radość życia, specyficzne połączenia beztroski, niefrasobliwości i szaleństwa z odrobiną melancholii – to mieszanka typowo grecka?

Kostas Balamoshev, papirolog, Grek mieszkający od kilku lat w Polsce, mówi, że co prawda ani filmu Kakojanisa nie oglądał, ani powieści, na podstawie której powstał, nie czytał, ale zna parę osób, o których mógłby powiedzieć: tak, to Zorba.

Bo rzeczywiście Grecy szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. Gotowi są rzucić się w nią, nie zwracając uwagi na to, ile kosztuje. Postawić kolejkę całemu towarzystwu w tawernie – a nie zbiera się tam zwykle kilka osób, mowa raczej o kilkudziesięciu – choć w kieszeni pusto – to nic nadzwyczajnego. A kiedy się wali, podziwiać, jak pięknie się wali, zamiast rozpaczać, że się zawaliło. Oczywiście to generalizacje, coś w nich jednak jest. Słońce, kolory nieba i morza, smaki, zapachy – to wszystko sprawia, że życie jest łatwiejsze do zniesienia. Nie bierze się go tak tragicznie i na serio jak często robimy to my, z zimniejszych i ciemniejszych rejonów Europy.

Grecy nieustannie szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. (Fot. iStock)Grecy nieustannie szukają jasnych stron życia. I rzeczywiście uwielbiają zabawę. (Fot. iStock)

Sprawy niezbędne

Grecja nie jest krajem bogatym. Do czasu wejścia do Unii Europejskiej było tu wręcz biednie. Potem, dzięki Unii właśnie, zaczęło się wielkie wydawanie pieniędzy. Inwestycje, imprezy. – Punktem kulminacyjnym – mówi Kostas Balamoshev – była olimpiada w 2004 roku. Przeogromna radość w całym kraju, nikt nie zastanawiał się, ile co kosztuje, ile wydaliśmy, ile pieniędzy poszło na obiekty, które w końcu nie zostały wykorzystane i w efekcie szybko zaczęły niszczeć. W dodatku chwilę wcześniej wygraliśmy mistrzostwa Europy w piłkę nożną – wydawało nam się, że jesteśmy w raju. A potem się posypało. Zaczęły się problemy, parę lat temu wisiała nad Grecją groźba bankructwa. Trzeba było naprawdę zacisnąć pasa. I wtedy pojawiły się dwie grupy ludzi. Jedni mówili, że to ci źli z Unii się na nas uwzięli, a to oni przecież mają wobec nas zobowiązania. Druga grupa, trzeźwiej patrząca na rzeczywistość, przyznawała, że jednak sami trochę nabroiliśmy. Przez to chociażby, że to my sami wybraliśmy polityków, którzy doprowadzili nas na skraj przepaści…

Ale czy kryzys spowodował, że Grecy zaczęli oglądać każde euro trzy razy? Nie do końca. Bo, według nich, są rzeczy, z których nie da się zrezygnować. I to nie tylko rzeczy niezbędne. A może raczej katalog rzeczy niezbędnych jest u nich bardziej pojemny.

Parea, czyli towarzystwo

Niezbędne jest choćby biesiadowanie z rodziną i przyjaciółmi. Nie raz na jakiś czas, z okazji rocznicy, imienin czy urodzin. Do tawerny wychodzi się często. Absolutne minimum to raz w tygodniu, ale zwykle znacznie częściej. I nie we dwójkę czy trójkę. Wieczorami w knajpach odbywają się ogromne spotkania – najczęściej rodzinne, chociaż, jak twierdzi Kostas, przyjaciele to w Grecji też rodzina.

A sama rodzina wygląda inaczej niż u nas. To ogromne klany. Teoretycznie rządzi ojciec. On jest „głową”. – Widać takich panów, jak siedzą w kafenionach, dyskutują godzinami przy winie czy kawie, politykują, ale kiedy przychodzą do domu, to już tak głośno nie przemawiają. Bo w domu wszystkim rządzą kobiety – opowiada Jacek Fronczak, miłośnik Grecji, a w szczególności Krety, gdzie spędza każde wakacje od ponad 20 lat. I dodaje, że Grecy są zwariowani na punkcie dzieci. – Kiedyś na Krecie zniknął nam z oczu synek, moi greccy przyjaciele pierwszy raz zobaczyli mnie wtedy zdenerwowanego, pytają: co się stało? Mówię, że syna nie ma, może policja? Popatrzyli na mnie: „Chłopie, na Krecie jest 360 tysięcy osób, oni wszyscy pilnują twojego syna, nic złego nie mogło mu się stać”. I faktycznie zaraz go przyprowadzili, gdzieś tam latał z chłopakami.

Te wielopokoleniowe rodziny mieszkają razem. Nie do pomyślenia jest, żeby schorowaną babcię oddać do domu opieki, w ogóle takie miejsca to raczej nieznana w Grecji instytucja. – Starszymi opiekują się młodsi – mówi Jacek Fronczak – ale też ich słuchają. Ponieważ to są ci najmądrzejsi, ci z doświadczeniem. Choć oczywiście konflikty pokoleniowe są na porządku dziennym, bo starszy wie lepiej, a młodszy robi swoje. I nawet, jak mu te biznesy wychodzą, to i tak ojciec czy dziadek woleliby, żeby jednak hodował te owce i pielęgnował oliwki.

Wieczorami całe to wielkie towarzystwo zjawia się w tawernie. Wokół biegają dzieciaki, rozpuszczone do granic możliwości, nikomu nie przeszkadza, że jest późno, że powinny iść spać. Kiedy się zmęczą, to zasną na dwóch zestawionych krzesłach, a potem tak „na śpiąco” zostaną przetransportowane do domu. Ciepły klimat wymusza inny rytm dnia – zwłaszcza latem dopiero wieczorem zaczyna się swobodniej oddychać, szkoda marnować więc ten czas na spanie, lepiej przeznaczyć go na wspólne siedzenie, jedzenie, gadanie.

Grecka tawerna to nie forma, tylko treść. To nie wykrochmalone serwetki, świece, kieliszki. To stół nakryty papierowym obrusem, szklanki – bo wino pije się tylko ze szklanek, wielkie talerze z mnóstwem małych dań – po to, żeby można się było nimi dzielić. Biesiadowanie zwykle trwa do północy. Jak to wygląda? – Najpierw na stół wjeżdżają przystawki – słynne greckie mezedes – opisuje Jacek Fronczak. – Ale nie jest tak, że każdy zamawia swoje danie. Przystawki pojawiają się na wielu talerzykach na środku stołu, każdy na swój talerz nakłada, na co ma ochotę. To mnóstwo maleńkich dań. Są rozmaite pasty, jak melitzanosalata, czyli pasta z bakłażanów. Opieka się je na grillu, mają wtedy fantastyczny wędzony posmak, miesza z pastą tahini, oliwą i podaje na zimno. Dalej tzatziki – jogurt z ogórkiem i czosnkiem. Jest też pasta z fety z zielonymi papryczkami, lekko pikantna, i taramosalata, czyli pasta z ikry dorsza roztartej z jogurtem, oliwą i cytryną. Są oliwki, są sery. Feta, zawsze owczo-kozia lub owcza, manouri, delikatny owczy ser, na Krecie dodaje się go do sałatki greckiej zamiast fety. Jest mizithra, ich biały ser twarogowy, trochę podobna do naszego bundzu, tylko delikatniejsza. Jest dużo twardych żółtych serów, przypominających sycylijskie pecorino. Pośród mezedes muszą być dolmadakia, małe zawijaski z liści winogron, w środku ryż. Do tego jogurt, żeby w nim dolmadakia zanurzyć. Zresztą jogurt dodaje się do wszystkiego. Do ryb, past, mięsa (marynuje się je często w jogurcie), nawet do deserów, do słodkiej baklavy. Podstawowy przysmak dzieci (i nie tylko dzieci) to jogurt z miodem. Greckiego, gęstego jogurtu w Polsce się nie zrobi, bo musi w nim być bakteria, która nie przekracza linii Karpat. U nas umiera. Sprawdziłem.

Po przystawkach wjeżdżają dania główne – tu każdy zamawia swoje, ale tylko w teorii. Bo, tak jak mezedes, dania główne też lądują na środku stołu, są dla wszystkich, po co się ograniczać do jednego? Do tego wino w karafce i można siedzieć do późna.

Kostas pamięta, że kiedy pracował w tawernie, czasami o drugiej czy trzeciej w nocy trzeba było gościom mrugać światłami, żeby dać sygnał do końca imprezy. I dodaje, że wspólnego ucztowania nie zakończył czy nawet nie osłabił kryzys – tej dziedziny życia, tak ważnej, oszczędzanie w Grecji dotyczyć nie może.

Choć kryzys dotknął w jakimś stopniu każdego. – Na Krecie czy mniejszych wyspach w każdej niemal rodzinie był ktoś, kto pracował jako urzędnik państwowy. Ci urzędnicy pełnili rozmaite funkcje od ważnych do trochę mniej istotnych – jak choćby kontrola stanu trawników w danej miejscowości. Praca mało skomplikowana, do – góra – 13.30, za to pensja świetna, a rodzina dumna. I nagle się skończyło, pieniądze obcięto, dotknęło to wielu osób.

Ale druga, o wiele większa część społeczeństwa, to ludzie żyjący z oliwek i owiec. A tych nie braknie. Ani wspaniałych warzyw, w tym najlepszych na świecie słodkich soczystych pomidorów, ani owoców. Na wsiach i w małych miasteczkach kryzys niewiele zmienił. Jest słońce, nie ma się co napinać. Więc dalej można cieszyć się życiem, czerpać przyjemność z chwili. Byle powoli.

Siga-siga

Włosi powiedzą: „piano-piano”, Hiszpanie – „tranquillo-tranquillo”. Ale znaczy to mniej więcej to samo. Czyli: niespiesznie. Na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, nie ma co się spieszyć, zdążymy. A nawet jak nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. Punktualność, umawianie się na godzinę, nerwy z powodu spóźnienia dłuższego niż akademicki kwadrans? To nie w Grecji.

– Umawiamy się wieczorem – mówi Jacek Fronczak. – Przychodzimy do tawerny, przyjaciół nie ma. Siedzimy, czekamy, po półgodzinie zaczynamy się nerwowo kręcić, w końcu dzwonimy: gdzie jesteście? No jak to, w domu, niedługo będziemy się zbierać, a coś się stało? Przecież umówiliśmy się wieczorem. Co w praktyce oznacza jakoś tak między 20 a 22.

Kostas potwierdza: – Nie musisz się stresować ani spieszyć. Możesz się spóźnić i nic się nie stanie. Mam tak często ze znajomymi, umawiamy się na jedną godzinę, a spotykamy się godzinę później. Kilka razy dałem się nabrać, bo przyzwyczaiłem się do punktualności za granicą. No, może prawie.

W Grecji na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, śpieszyć się, zdążymy. A nawet jeśli nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. (Fot. iStock)W Grecji na wszystko jest czas. Nie ma co gonić, śpieszyć się, zdążymy. A nawet jeśli nie, to i tak nieszczęścia nie będzie. (Fot. iStock)

Spadkobiercy Peryklesa

Choć Grecja zyskała państwowość dopiero w XIX wieku, to przecież tu, w greckich miastach-państwach (poleis) narodziła się wspaniała architektura, literatura, sztuka, filozofia. To stąd bierze początek demokracja, którą może nie wszyscy kochamy, ale, jak stwierdził Churchill, na razie niczego od niej lepszego nie wymyślono. Czy i w jakim stopniu dzisiejsi Grecy czują się spadkobiercami tej spuścizny?

– Tak, są z niej dumni – potwierdza Kostas Balamoshev – ale… mało niestety o niej wiedzą. W szkołach uczy się ułamków historii. Oczywiście tego, kim byli Perykles, Sokrates, Platon czy Arystoteles, są wojny perskie, podboje Aleksandra Wielkiego, potem długa luka – i Justynian z bazyliką Hagia Sophia, wreszcie lament po upadku Konstantynopola. I takie fragmenty Grecy mają w głowach. Oczywiście są dumni z ateńskiego Akropolu, z teatru Dionizosa, z Epidauros, kreteńskiego Knossos, mają świadomość kontynuacji historycznej, ale ze znajomością tej wspaniałej historii są na bakier. Gdyby zapytać przeciętnego Greka o czasy hellenistyczne, toby pewnie nic nie wiedział.

Jest też z tym dziedzictwem problem, można powiedzieć, techniczny. – To przekleństwo starożytności – opowiada Jacek Fronczak. – Kiedy się coś buduje i zaczyna kopać ziemię, to często się jakąś starożytność wykopie. A to trzeba zgłaszać władzom. Jak się zgłosi, to koniec, zamykają teren, ruszają prace archeologiczne – i klops, 10–15 lat z głowy. Nie będzie nowych pensjonatów, apartamentów, basenów. Więc co robią Grecy? Jeśli wykopią, to zaraz zakopują. Większość przypadków jest niezgłaszanych.

W greckich miastach-państwach narodziła się wspaniała literatura, sztuka i filozofia. Grecy są dumni z tej spuścizny, choć... niewiele o niej wiedzą. (Fot. iStock)W greckich miastach-państwach narodziła się wspaniała literatura, sztuka i filozofia. Grecy są dumni z tej spuścizny, choć... niewiele o niej wiedzą. (Fot. iStock)

Tożsamość narodowa jest mocno u wszystkich Greków rozwinięta. Ale też panują silne topikismoi, czyli miłość do własnego miejsca urodzenia. Kostas przyznaje, że czasem między regionami są kłótnie – walczą między sobą dwa tesalskie miasta Wolos i Larissa, konkurują Ateny z Salonikami. – Saloniki nazwano nawet współstolicą, żeby saloniczan dowartościować. Ale ci i tak narzekają, że w Atenach mają lepiej. Jeśli chodzi o wyspy, to położenie geograficzne narzuca pewną izolację. Tak było już w starożytności – izolacja pewnych regionów wpłynęła na mentalność. Ale kiedy pojawia się wspólny wróg, Grecy się jednoczą. Na co dzień bywają kłótliwi, w drobnych kwestiach są awantury, lubią docinać jeden drugiemu, ale kiedy pojawia się ważna wspólna sprawa, są razem – wyjaśnia.

A poza tym to bardzo gościnny naród. Podchodzą do gościa z otwartym sercem. Na dowód Jacek Fronczak przytacza powiedzenie: – Kiedy widzisz kogoś pierwszy raz, to jesteś ksenos – gość (ale i obcy), drugi – to już filos, przyjaciel, a za trzecim razem to oikogeneia – rodzina.

A Kostas dodaje: – Ja zawsze, kiedy jestem w Grecji, odczuwam pewien rodzaj wolności.

  1. Styl Życia

Najpiękniejsze polskie skanseny: 10 muzeów na wolnym powietrzu, które warto odwiedzić 

Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)
Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)
W Muzeum Wsi Mazowieckiej kupimy warzywa i owoce pochodzące ze skansenowskich upraw, w Maurzycach nauczymy się robić łowickie wycinanki, w Kadzidle spróbujemy regionalnych kurpiowskich potraw, a w Dziekanowicach pomożemy gospodarzom przy młóceniu zboża. Skanseny to nie tylko miejsca, które otaczają opieką zabytki kultury materialnej i starają się przekazywać o nich wiedzę. To przede wszystkim instytucje, które pokazują świat, którego już nie ma. 

W minionym roku popularność mikropodróży oraz zainteresowanie regionalną turystyką były wypadkową szczególnych okoliczności. Odcięci od zagranicznych destynacji zaczęliśmy bardziej wnikliwie przyglądać się najbliższej okolicy, odkrywaliśmy niezwykłe miejsca, które przed pandemią nie wydawały się atrakcyjne. W te wakacje warto zaplanować wycieczki śladami najpiękniejszych polskich skansenów, których w Polsce jest kilkadziesiąt.

Wdzydze Kiszewskie: Kaszubski Park Etnograficzny

Naszą podróż rozpoczynamy na Kaszubach, w malowniczej wsi położonej nad jeziorem Gołuń, około 75 km na południowy-zachód od Gdańska. Skansen we Wdzydzach Kiszewskich to nie tylko jeden z największych obiektów tego typu w Polsce (zajmuje powierzchnię 22 hektarów), ale przede wszystkim pierwsze muzeum na wolnym powietrzu założone na ziemiach polskich. Historia skansenu sięga 1906 r., a jego twórcy, Teodora i Izydor Gulgowscy, urządzili je w osiemnastowiecznej chacie mieszkalnej (checzy gburskiej), odkupionej od miejscowego gospodarza. W jej wnętrzu zgromadzili sprzęty domowe i gospodarskie, typowe dla tego okresu, oraz cenną kolekcję haftowanych złotą nicią czepców, ceramiki i obrazów malowanych na szkle. Dziś na skansen we Wdzydzach składa się ponad 50 obiektów z Kaszub i Kociewia - chałup, dworu, karczmy, kuźni, szkoły, kościoła, warsztatów rzemieślniczych i budynków gospodarczych, których wnętrza odtworzono ze szczególnym pietyzmem. Oryginalne wyposażenie oraz urządzenia gospodarcze uzupełnia wystawa stała poświęcona twórcom skansenu, na której można obejrzeć bazujące na tradycyjnym wzornictwie wyroby rękodzieła i sztuki ludowej lokalnych twórców. Skansen organizuje również wydarzenia poświęcone zwyczajom i obrzędom nawiązującym np. do obchodów nocy świętojańskiej czy święta Matki Boskiej Zielnej, warsztaty dla dzieci z lepienia garnków, kręcenia powrozów czy nauki języka kaszubskiego. W drugiej połowie lipca odbywa się tutaj największy na Kaszubach jarmark sztuki ludowej i rękodzieła.

Dziekanowice: Wielkopolski Park Etnograficzny - Oddział Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy

Dziekanowice. Kościół  ze wsi Wartkowice (koło Uniejewa) z XVIII wieku, o konstrukcji zrębowej pokrytej szalunkiem. Dach dwuspadowy kryty gontem. (Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)Dziekanowice. Kościół ze wsi Wartkowice (koło Uniejewa) z XVIII wieku, o konstrukcji zrębowej pokrytej szalunkiem. Dach dwuspadowy kryty gontem. (Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)

Piętnaście kilometrów od Gniezna (do którego można podjechać, aby obejrzeć zbiory zgromadzone w Muzeum Początków Państwa Polskiego oraz zobaczyć najnowszą wystawę “Sztukosłowiańskość. Słowiańszczyzna w polskim malarstwie, rysunku i grafice od XIX w.”), we wsi Dziekanowice, funkcjonuje powołane w 1962 r. Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy, jedyny w Polsce skansen o charakterze archeologicznym, etnograficznym i przyrodniczym, w którym znajdują się pozostałości grodu Piastów oraz Wielkopolski Park Etnograficzny. Na terenie tzw. Dużego Skansenu znajduje się aż 49 oryginalnych obiektów nieruchomych - w tym najstarsza chałupa z 1602 r., karczma, spichlerze, dom podcieniowy, owczarnia, młyn wodny, kościół i kaplica oraz siedem wiatraków różnego typu. We wnętrzach chałup oraz pozostałych budynków oglądać można meble, bogate zbiory obrazów, wyrobów ceramicznych, narzędzia i maszyny z warsztatów rzemieślniczych oraz charakterystyczne dla Wielkopolski kobiece nakrycia głowy tzw. czepce. Najciekawszym wydarzeniem jest organizowana we wrześniu cykliczna impreza “Pożegnanie lata”, w trakcie której można podejrzeć jak wyglądała obróbka lnu albo młócenie żyta.

Dziekanowice. Widok ogólny na teren skansenu. Od lewej widać szulcową stodołę.(Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)Dziekanowice. Widok ogólny na teren skansenu. Od lewej widać szulcową stodołę.(Fot. Katarzyna Paszkiewicz/Skanseny.net)

Sierpc: Muzeum Wsi Mazowieckiej

Kierując się na Warszawę trafiamy do Sierpca, niespełna 20 tys. miasteczka położonego 40 km od Płocka. W powołanym w latach 70. XX w., z inicjatywy okolicznych rzeźbiarzy ludowych, Muzeum Wsi Mazowieckiej, znajduje się grupa 72 obiektów mieszkalnych, gospodarczych, przemysłowych i sakralnych, uzupełnionych o elementy tzw. małej architektury (kapliczki, studnie czy piwnice). We wnętrzach udało się zgromadzić ponad 15 tys. różnego rodzaju większych i mniejszych przedmiotów - mebli, tkanin, zabawek, narzędzi i maszyn rolniczych. Muzeum Wsi Mazowieckiej może pochwalić się również kolekcją ok.1000 rzeźb ludowych twórców z tzw. sierpeckiego ośrodka rzeźby. Na terenie skansenu odbywają się cykliczne wydarzenia, takie jak żniwa czy wykopki, w trakcie których można podejrzeć jak wyglądała praca wiejskich rzemieślników, wziąć udział w warsztatach i kupić ekologiczne warzywa pochodzące ze skansenowskich upraw.

Sierpc. Chałupa z Ligawka z 1905 r.(Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)Sierpc. Chałupa z Ligawka z 1905 r.(Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)

Sierpc. Wejście do chałupy ze wsi Ligowo. (Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)Sierpc. Wejście do chałupy ze wsi Ligowo. (Fot. P. Kierzniewski/Skanseny.net)

Maurzyce: Łowicki Park Etnograficzny

Maurzyce. Malowana ściana szczytowa chałupy z drugiej połowy XIX w. ozdobiona fiorami.(Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)Maurzyce. Malowana ściana szczytowa chałupy z drugiej połowy XIX w. ozdobiona fiorami.(Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)

Z Sierpca ruszamy na południe Polski w stronę Łowicza, miasta i regionu posiadającego najbardziej rozpoznawalny w Polsce i w Europie folklor, którego charakterystycznymi elementami są wycinanki, ludowe pająki tworzone ze słomy i papieru oraz oryginalny strój łowicki. W Maurzycach, wsi położonej niecałe 7 km od Łowicza, znajduje się skansen, który gromadzi zabytki architektury z terenu dawnego Księstwa Łowickiego. Na terenie muzeum znajduje się około 40 obiektów nieruchomych, które ukazują dwa historyczne układy wsi łowickiej. W obrębie tzw. starej wsi można zobaczyć m.in. chałupę i bogato dekorowane wnętrze z zaaranżowanym miejscem pracy słynnej wycinankarki, Justyny Grzegory, a w trakcie warsztatów organizowanych pod okiem artystek ludowych, nauczyć się robić łowickie wycinanki (tradycyjną metodą, czyli za pomocą ciężkich nożyc, które kiedyś służyły do strzyżenia owiec). Łowickie chałupy zachwycają nie tylko wnętrzami pełnymi ludowych zdobień (oprócz wycinanek, słynne kieraty, czyli ludowe pająki), ale również bogatymi ornamentami kwiatowymi przypominającymi wycinanki, które ozdabiają pomalowane w odcieniach ultramaryny, deski.

Maurzyce. Izba świąteczna, wyposażenie z przełomu XIX i XX w. zamieszkiwana przez sławną łowicką wycinarkę Justynę Grzegory. (Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)Maurzyce. Izba świąteczna, wyposażenie z przełomu XIX i XX w. zamieszkiwana przez sławną łowicką wycinarkę Justynę Grzegory. (Fot. A. Wiklak/Skanseny.net)

Łódź: Łódzki Park Kultury Miejskiej

Łódź Widok na budynki skansenu i Białą Fabrykę. (Fot. Marcin M. Mierzejewski/Skanseny.net)Łódź Widok na budynki skansenu i Białą Fabrykę. (Fot. Marcin M. Mierzejewski/Skanseny.net)

Choć większość polskich skansenów umiejscowiona została poza obrębem dużych aglomeracji, jednym z nielicznych wyjątków jest Łódzki Park Kultury Miejskiej (dawniej Skansen Łódzkiej Architektury Drewnianej), który znajduje się w samym centrum miasta, tuż obok Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Choć skansen jest dużo skromniejszy od wcześniej opisanych, a na jego terenie znajduje się zaledwie osiem historycznych obiektów, to są one typowe dla zabudowy Łodzi w XIX. i na początku XX w. Drewniane domy przeniesiono z kilku łódzkich ulic, a ich pieczołowicie odtworzone wnętrza opowiadają wielokulturową historię włókienniczego miasta z perspektywy codziennego życia jego mieszkańców. Wystawa “Łódzkie mikrohistorie. Ludzkie historie” przenosi zwiedzających do domów żyjących od końca XIX w. do lat 80 XX. w. - rodzin niemieckich przemysłowców, ubogich robotników, żydowskiej rodziny czy pracowników wielkich łódzkich fabryk. Na terenie skansenu znajdują się również przepiękna drewniana letnia willa oraz drewniany kościół.

Skansen w Łodzi. Mieszkanie Ganterów 20-lecie międzywojenne (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)Skansen w Łodzi. Mieszkanie Ganterów 20-lecie międzywojenne (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)

Skansen w Łodzi. Wnętrze izby rodziny żydowskiej (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)Skansen w Łodzi. Wnętrze izby rodziny żydowskiej (Fot. D. Łacny/Skanseny.net)

Kadzidło: Zagroda Kurpiowska

Jedno z najmniejszych muzeów na wolnym powietrzu w Polsce znajduje się w Kadzidle, niewielkiej wsi w powiecie ostrołęckim, która jest znaczącym ośrodkiem regionalnej sztuki na Kurpiach. Na obszarze niespełna 1,5 ha zgromadzono trzy chałupy, spichlerz, drewutnię, stodołę oraz warsztaty stolarskie. Na szczególną uwagę tego niewielkiego skansenu zasługuje tradycyjne kurpiowskie budownictwo z dekoracyjnymi zwieńczeniami belek dachowych, w kształcie rogów, toporów lub z chorągiewkami. We wnętrzach chałup, w których znajdują się kilimy i malowane skrzynie, podziwiać można charakterystyczne dla tego regionu kurpiowskie wycinanki i wyklejanki, którymi ozdabiano ściany izby. Odwiedzając skansen w Kadzidle warto spróbować regionalnych potraw, takich jak fafernuchy, rejbak wolkowski czy piwo jałowcowe.

Kadzidlo. Wnętrze chałupy kurpiowskiej ze wsi Golanka. Duża izba z widocznym świętym kątem, kurpiowską palmą wielkanocną i wycinkami na ścianach. (Fot. A Wolszczak/Skanseny.net)Kadzidlo. Wnętrze chałupy kurpiowskiej ze wsi Golanka. Duża izba z widocznym świętym kątem, kurpiowską palmą wielkanocną i wycinkami na ścianach. (Fot. A Wolszczak/Skanseny.net)

Kadzidlo. Chałupa kurpiowska ze wsi Tatary, zbudowana w 1948. (Fot. A. Wolszczak/Skanseny.net)Kadzidlo. Chałupa kurpiowska ze wsi Tatary, zbudowana w 1948. (Fot. A. Wolszczak/Skanseny.net)

Zalipie: Zagroda Felicji Curyłowej

Najsłynniejsza w Polsce “malowana wieś” Zalipie znajduje się województwie małopolskim, półtorej godziny jazdy samochodem na wschód od Krakowa. Zagroda słynnej zalipianki, artystki Felicji Curyłowej, od końca lat 70. działa jako oddział Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Curyłowa zajmowała się malowaniem ścian budynków, mebli oraz zdobieniem sufitów, tworzyła ozdoby z bibuły, barwne wycinanki czy pergaminowe zazdrostki. Ścienne malarstwo, które pod koniec XIX w. zaczęło “wychodzić” z chat, jest dziś najbardziej charakterystycznym zdobniczym elementem skansenu w Zalipiu. Dekoracyjne motywy zdobią dziś we wsi także budynki gospodarskie, stajnie, piwnice, studnie, a nawet budy dla psów. Do skansenu warto przyjechać w weekend po Bożym Ciele, kiedy odbywa się tutaj konkurs “Malowana Chata”.

Zalipie. Izba czarna w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)Zalipie. Izba czarna w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)

Zalipie.  Kuchnia z paleniskiem zamkniętym pod płytą i kapturem wspartym na pręcie w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)Zalipie. Kuchnia z paleniskiem zamkniętym pod płytą i kapturem wspartym na pręcie w chałupie Felicji Curyłowej. (Fot. Pola Rożek/Skanseny.net)

Tarnów: Skansen Taboru Cygańskiego

W położonym trzydzieści kilometrów od Zalipia Tarnowie znajduje się niezwykłe muzeum na wolnym powietrzu - Skansen Taboru Cygańskiego - będące częścią Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Od 1996 r. pod koniec sierpnia, na terenie skansenu organizowany jest “Międzynarodowy Tabor Pamięci Romów”, upamiętniający dwa tragiczne wydarzenia: Zagładę Romów, znaną pod nazwą “Porrajmos” (w trakcie II wojny światowej zamordowano od 200 tys. do 2 mln osób pochodzenia romskiego) oraz akcję “zatrzymania taborów” z 1964 r., kiedy Romowie zostali zmuszeni do porzucenia swojego koczowniczego trybu życia. Na dziedzińcu skansenu stoją pięknie zdobione, stare wozy cygańskie, które budowali i dekorowali także polscy rzemieślnicy. Raz w roku tabor wyrusza do Stadniny Koni Klikowa, a uroczysty przejazd kończy się ogniskiem, wokół którego ustawione są namioty.

Tarnów. Wóz cygański. (Fot. A. Czyżewska/Skanseny.net)Tarnów. Wóz cygański. (Fot. A. Czyżewska/Skanseny.net)

Sanok: Muzeum Budownictwa Ludowego

Z Tarnowa wyruszamy do malowniczego Sanoka, a konkretnie do pierwszego i największego pod względem liczby zgromadzonych tu obiektów, muzeum etnograficznego w Polsce. Muzeum Budownictwa Ludowego, które zajmuje obszar 38 hektarów, zostało założone po II wojnie światowej, prezentuje zabytki polsko-ruskiego pogranicza. Znajduje się tutaj ponad 150 obiektów budownictwa drewnianego, z okresu od XVII do XX w., rozmieszczonych w sektorach poświęconych odrębnym grupom etnograficznym: Doliniakom i Podgórzanom (Zachodnim i Wschodnim) oraz grupom etnicznym: Bojkom i Łemkom. Oprócz budynków mieszkalnych, gospodarczych, obiektom przemysłowym i warsztatów, na terenie skansenu szczególnie wyróżniają się obiekty sakralne - drewniana Cerkiew pw. św. Onufrego Pustelnika z 1750 r. oraz drewniana, orientowana i pokryta gontem Cerkiew pw. Narodzenia Bogurodzicy z Ropek z 1801 r. Kolejnym ważnym punktem muzeum jest Galicyjski Rynek, czyli dokładna rekonstrukcja zagospodarowania domów, wiernie oddająca wygląd i klimat typowego miasteczka tej części Polski, określanej od czasów zaborów mianem Galicji. W obiektach mieszczących się na terenie skansenu odbywają się wydarzenia dostosowane do świąt wypadających w ciągu roku: zabawy karnawałowe i ludowe obrzędy, którym towarzyszą lekcje garncarstwa czy nauka tworzenia bibułowych kwiatów.

Sanok. Grecko-katolicka cerkiew Narodzenia Bogurodzicy ze wsi Ropkowa z 1801 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)Sanok. Grecko-katolicka cerkiew Narodzenia Bogurodzicy ze wsi Ropkowa z 1801 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)

Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)Sanok. Zagroda jednobudynkowa ze wsi Posada Olchowska z ok. 1880 r. (Fot. M. Zatorska/Skanseny.net)

Zyndranowa: Muzeum Kultury Łemkowskiej

Ostatnim przystankiem śladami polskich skansenów jest wieś Zyndranowa, położona w samym sercu Beskidu Niskiego, na terenie Jaśliskiego Parku Krajobrazowego. Izba Pamiątek Kultury Łemkowskiej została powołana w 1968 r. z inicjatywy Teodora Gocza, który powrócił do rodzinnej wsi pod koniec lat 50. i postanowił gromadzić łemkowskie eksponaty. Wieś Zyndranowa, z której w latach 1945-1947 wysiedlono na tereny byłego ZSRR albo deportowano na ziemie zachodnie w ramach akcji “Wisła” ludność łemkowską, jest dziś miejscem, które prezentuje zabytki kultury materialnej Łemków oraz oryginalne meble, narzędzia gospodarskie, naczynia i stroje, które udało się odzyskać. W skład ekspozycji wchodzą: tradycyjna “chyża”, czyli łemkowska chałupa kurna, pod której dachem mieściły się pomieszczenia mieszkalne, gospodarskie i inwentarskie; koniusznia, kuźnia, karczma, mały wiatrak i charakterystyczna, typowo łemkowska, kaplica. W ostatni weekend czerwca w Zyndranowej odbywa się święto kultury łemkowskiej "Od Rusal do Jana", którego korzenie (święto Rusala) swoimi początkami sięga okresu sprzed Chrztu Rusi.

Zyndranowa. Łemkowska chyża z 1860 r. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)Zyndranowa. Łemkowska chyża z 1860 r. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)

Zyndranowa. Muzeum Kultury Łemskowiej. Widok na chelwik oraz rzeźby powstałe podczas jednego z plenerów. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)Zyndranowa. Muzeum Kultury Łemskowiej. Widok na chelwik oraz rzeźby powstałe podczas jednego z plenerów. (Fot. A. Chlebicka/Skanseny.net)

To oczywiście tylko niewielka część z listy kilkudziesięciu skansenów rozsianych na terenie całego kraju. Wszystkich lokalnych podróżników, krajoznawców i miłośnikom polskiej kultury ludowej, zainteresowanych poznaniem muzeów na wolnym powietrzu zachęcam do odwiedzenia serwisu www.skanseny.net, cyfrowego projektu Stowarzyszenia Pracownia Etnograficzna im. Witolda Dynowskiego (z którego pochodzą wykorzystane do zilustrowania publikacji zdjęcia).

  1. Materiał partnera

Rodzinne wakacje – jak się zabezpieczyć?

Zagraniczny wyjazd z dziećmi oznacza konieczność zaplanowania wszystkich detali. W tym tekście opowiemy Ci o tym, jak odpowiednio zabezpieczyć całą rodzinę na czas podróży oraz przeżyć wakacje w spokoju.

Najważniejsze jest ubezpieczenie

Jedynym skutecznym i zapewniającym kompleksową ochronę sposobem na zabezpieczenie całej rodziny jest wykupienie ubezpieczenia turystycznego. Nie chodzi jednak o pierwszą lepszą ofertę. Polisa powinna być dostosowana do potrzeb wszystkich uczestników wyjazdu. Najlepiej więc będzie, jeśli skorzystasz z Internetu i to właśnie tam poszukasz idealnego rozwiązania. Obecnie popularne są porównywarki oraz kalkulatory, które pomagają w wybraniu odpowiedniej oferty. Wystarczy tylko, że wpiszesz do formularza swoje dane oraz informacje dotyczące oczekiwań. Po chwili otrzymasz całą listę, pasujących do Ciebie i Twojej rodziny polis. Więcej informacji znajdziesz w tym kalkulatorze ubezpieczeń turystycznych: https://kalkulator.polisaturystyczna.pl/kalkulator/ubezpieczenia-turystyczne/.

Co powinno zawierać ubezpieczenie turystyczne dla rodziny?

Poniżej znajdziesz opis najważniejszych elementów, które muszą znaleźć się w polisie turystycznej dla rodziny.

  1. Koszty leczenia

Wyjazd z dziećmi to zawsze pewne ryzyko. Nagłe choroby oraz kontuzje mogą skutecznie popsuć wypoczynek. Właśnie dlatego bardzo ważne jest, by ubezpieczenie gwarantowało pokrycie kosztów leczenia poza granicami kraju. Pamiętaj, że w wielu kurortach nie ma publicznych przychodni, a turyści mają do dyspozycji wyłącznie prywatne kliniki, których ceny za usługi są bardzo wysokie. Jeśli jednak zaopatrzysz swoją rodzinę w ubezpieczenie, towarzystwo pokryje wszelkie koszty, wynikające z udzielenia pomocy Tobie lub Twoim dzieciom. Sprawdź, czy polisa działa przy zakażeniu koronawirusem.

  1. OC

Wypadki zdarzają się niemal każdemu. Jeśli więc podczas podróży lub pobytu spowodujesz niebezpieczne zdarzenie, w którym ucierpią osoby trzecie, ubezpieczyciel pomoże Ci uniknąć finansowych konsekwencji. Osoby poszkodowane otrzymają odszkodowania, a Ty nie zbankrutujesz.

  1. NNW

Jak już wspominaliśmy, nie zawsze wszystko da się przewidzieć. Niebezpieczne zdarzenia mogą spotkać Twoją rodzinę w każdym momencie. Istnieje jednak możliwość zabezpieczenia się przed konsekwencjami, płynącymi z tego typu sytuacji. Z ubezpieczeniem turystycznym otrzymasz pomoc finansową, jeśli Ty lub inne osoby objęte ochroną ulegną wypadkowi, a stan ich zdrowia się pogorszy. Środki finansowe wypłacone przez ubezpieczyciela będziesz mogła wykorzystać na leczenie lub rehabilitację. Sprawdź, dostępne sposoby ochrony przy wyjeździe do pracy tymczasowej: https://www.polisaturystyczna.pl/poradniki/ubezpieczenie-na-wyjazd-do-pracy-tymczasowej-za-granice

  1. Ochrona bagażu

Lotniska to miejsca, w których panuje chaos. Nie pomaga też konieczność upilnowania dzieci, ich walizek i cennych przedmiotów. Musisz wiedzieć, że złodzieje tylko czekają, by Twoja czujność spadła. Jeśli więc bagaż należący do osób ubezpieczonych zostanie skradziony lub zaginie, ubezpieczyciel zwróci koszty, które poniosłaś. Pamiętaj jednak, by zbierać dowody zakupów. W innym wypadku towarzystwo może odmówić pomocy.

  1. Rekompensata za odwołany lub opóźniony lot

Koronawirus sprawił, że wyjazdy w każdej chwili mogą zostać odwołane. Jeśli więc chcesz, by Twoja rodzina otrzymała rekompensatę za opóźniony lub odwołany lot i w rezultacie zepsute wakacje, zainwestuj w polisę turystyczną.

Podsumowanie

Rodzinny wyjazd to duże wyzwanie logistyczne, które trzeba zaplanować. Twoim priorytetem powinno być zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom, tak by mogli w pełni cieszyć się urokami letniego wypoczynku. Sprawdź też, co lepiej wybrać na wyjazd - ekuz czy ubezpieczenie (więcej na https://www.polisaturystyczna.pl/)

  1. Styl Życia

Pora na rower - 6 najciekawszych tras rowerowych w Polsce

Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Prezentujemy sześć najciekawszych, podpierając się opiniami znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Oto najciekawsze trasy rowerowe po Polsce według znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Sezon rowerowy w Polsce nie trwa zbyt długo. Z drugiej strony jednak nie mieszkamy też w mroźnej Skandynawii. Jeżeli więc przepadasz za rowerowymi wycieczkami, masz szansę zwiedzić większość najciekawszych zakątków kraju, bez potrzeby brania urlopu na okrągły miesiąc. Przedstawiamy więc listę 6 najbardziej interesujących i najbardziej urokliwych miejsc, do których warto zapuścić się na dwóch kółkach – w wersji górskiej i szosowej. Zostały dobrane tak, aby legitymowanie się licencją kolarską, czy dyplomem skauta nie było konieczne.

Góry Orlickie – Zieleniec

- Jeśli chodzi o moje wybory były one podyktowane kilkoma ważnymi czynnikami, takimi jak klimat, odległość od domu, wysokość nad poziomem morza i jakość dróg – przyznaje Bartosz Huzarski, wybitny były zawodowy kolarz szosowy, wielokrotny uczestnik Tour de France i Giro d'Italia oraz założyciel Huzar Bike Academy. - Jeśli decydowałem się na jakikolwiek wyjazd na zgrupowanie w Polsce, celowałem w jedno miejsce w Górach Orlickich – Zieleniec, czyli górską dzielnicę miejscowości Duszniki Zdrój. Ten opustoszały w lecie kurort narciarski dawał mi wszystkie z tych punktów. Po około 90 minutach jazdy autem byłem na wysokości około 900 m.n.p.m w ciszy i spokoju, doświadczając niemal alpejskiego klimatu. Z dobrą siatką dróg po polskiej oraz bardzo dobrą po czeskiej stronie. Dodatkowo świetna kuchnia i otwartość ludzi sprawiały, że wracałem tam regularnie przed najważniejszymi wyścigami sezonu – podkreśla.

Nadmorski Szlak Rowerowy EuroVelo 10

Zdecydowanie jednym z najlepszych pomysłów jest wybrać się na wycieczkę wzdłuż polskiego wybrzeża, przez większość czasu mając w zasięgu wzroku Bałtyk. Nadmorski Szlak Rowerowy R-10 (EuroVelo 10), biegnący od Świnoujścia do Półwyspu Hel, oferuje od eleganckiej asfaltowej ścieżki rowerowej, przez szuter i leśne dukty, aż po wydmy i dziki wertepy. Po drodze nie brakuje licznych miejsc do spania w domkach letniskowych albo polach namiotowych. Trasa wiedzie przez tak urokliwe miejsca jak parki narodowe – Słowiński i Woliński, dodatkowym argumentem niech będzie widok latarni morskich. Na osobną uwagę zasługuje odcinek, prowadzący przez samą Mierzeję Helską.

Transgraniczna ścieżka Komańcza-Medzilaborce

Na tej liście nie mogło zabraknąć „mitycznego” miejsca ucieczki wszystkich pracowników korporacji z wielkich miast. W Bieszczadach możesz liczyć na gęstą siatkę tras rowerowych, z których szczególnie warto polecić transgraniczną asfaltową ścieżkę Komańcza-Medzilaborce o całkowitej długości 160 km (w tym 60 km przebiega przez Słowację). Po drodze miniesz wiele kapliczek i cerkwi. Innym interesującą propozycją jest szlak rowerowy dziedzictwa historycznego R-64, zwany Śladami Dobrego Wojaka Szwejka. Wędrował nią podczas I wojny światowej słynny bohater powieści Jaroslava Haška w swojej podróży na front wschodni.

Warmia i Mazury – z Giżycka do Mikołajek

Ten region od dawna sławią wszyscy fani kolarstwa i trudno im się dziwić. Przekonuje do siebie pięknymi krajobrazami, zabytkami turystycznymi (sanktuaria i zamki) czy ogromną liczbą uroczysk oraz jezior przy których można rozbić biwak. Znajdziesz tu wiele zadbanych, dopieszczonych pod każdym względem szlaków rowerowych. Większość spokojnie pozwoli na zabranie na wycieczkę małych dzieci w przyczepkach. Grzechem byłoby nie wybrać się w podróż z Giżycka do Mikołajek i z tej drugiej miejscowości do Ełku oraz dookoła jeziora Selmęt Wielki.

Żywiec, Jezioro Żywieckie i okolice

To jedna z ulubionych tras Bartłomieja Wawaka, zawodnika drużyny Kross Racing Team i byłego mistrza Polski elity kolarstwa górskiego (z reguła zapuszcza się tam jednak na szosówce). - Jezioro położone jest w kotlinie górskiej, co dodaje mu wyjątkowego uroku. Możemy je objechać dookoła całe. Trasa widokowa wiedzie po małych pagórkach z którymi upora się każdy. Możemy również przejechać przez zaporę w Tresnej, na której warto się zatrzymać i podziwiać jej imponujący rozmiar. Po drodze znajdziemy wiele miejsc w których można się zatrzymać, np. na świeżutką rybę czy na szybki „coffee break” – mówi Wawak. - Bardziej ambitnych zachęcam do wybrania się także na górę Żar, która znajduje się w pobliżu Jeziora Żywieckiego. Rozpościera się z niej niesamowity widok na okoliczne góry i doliny. Na samym szczycie znajduje się również ogromny zbiornik wodny, który sam w sobie robi wrażenie. Podczas dobrej pogody z jej szczytu startują paralotniarze i szybowce – dodaje.

Wschodni Szlak Rowerowy (1987 km), Green Velo, odcinek podkarpacki

Jedna z turystycznych wizytówek tego województwa. Na przygranicznych, z reguły mało uczęszczanych drogach możesz natknąć się na takie atrakcje jak stare cmentarze z wyrytymi na nagrobkach cyrylicą napisami, drewniane cerkwie (np. św. Paraskewy w Radrużu), arboretum w Bolestraszycach czy pięć sosen wyrastających z jednego pnia przy Sanktuarium Maryjnym na tzw. Płomieniu. Znawcy tego regionu opisują w samych superlatywach swoje wrażenia z wycieczki wzdłuż Pogórza Przemyskiego i Pogórza Dynowskiego aż do Rzeszowa. Trasę da się wytyczyć tak, by ominąć niekomfortowe drogi szutrowe.

  1. Styl Życia

Nieodkryty Dolny Śląsk. Niezwykłe miejsca na weekendowy wypad, niezapomniane wakacje

(Fot. Paweł Zasada)
(Fot. Paweł Zasada)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Jeśli zastanawiacie się, dokąd wyruszyć tej wiosny, by na szlakach nie spotykać uciążliwych tłumów, uciec od miejskiego zgiełku i poznać wciąż nieodkryty na masową skalę region Polski, podpowiadamy – jedźcie na Dolny Śląsk.

Średniowieczne zamki, pałace jak z bajki, tajemnicze sztolnie, dawne kopalnie, jaskinie, ruiny, wygasłe wulkany i góry jak z opowieści fantasy. Rozległe wrzosowiska,  malownicze wodospady i setki kilometrów szlaków – narciarskich, rowerowych i pieszych. Dolny Śląsk to miejsce niezwykłe. Wszystko tutaj jest trochę inne. Architektura, jedzenie, ludzie, przyroda. Nie opuszczając granic kraju, można poczuć się jak na zagranicznej wycieczce.

Dla miłośników gór nie lada gratka, to właśnie tutaj, w województwie dolnośląskim, znajduje się aż 15 z 28 szczytów Korony Gór Polskich. To także w tych okolicach – w Kotlinie Kłodzkiej i położonych wokół niej górach – poprowadzono najbardziej rozbudowaną w Polsce sieć rowerowych tras typu singletrack, prowadzących pętlami różnej długości i pozwalających na zwiedzanie regionu z perspektywy dwóch kółek. Ale na tym oczywiście atrakcje tych okolic się nie kończą.

 

Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada) Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada)

Zainteresowanych odkrywaniem Dolnego Ślaska i poszukujących nieoczywistych i wyjątkowych noclegów w tej okolicy powinna zainteresować najnowsza książka z serii „Odetchnij od miasta”. Jej autorka, Sylwia Kawalerowicz, rozmawia z gospodarzami domów gościnnych, poznaje lokalne targi, słucha miejscowych opowieści i odkrywa niesamowite miejsca. Każdy znaleźć tu może miejsce dla siebie. Nic, tylko ruszać w drogę.

Chociaż na Dolnym Śląsku nie brakuje typowo turystycznych miejscówek chętnie odwiedzanych przez grupowe wycieczki, znaleźć tu można miejsca odludne, niezadeptane, a przy tym piękne, ciekawe i co ważne – gościnne. Prężnie rozwija się tutaj coś, co można określić mianem turystyki w stylu „slow”, w której liczy się doświadczenie, przeżycie, dobre jedzenie, spotkanie z wyjątkowymi ludźmi, nocleg w miejscu z historią, nieoczywistym, ciekawym. Zanocować można tu m.in. w salach wyremontowanego XVI-wiecznego pałacu, przytulnych pokojach stuletniego poniemieckiego domostwa z widokiem na wygasły przed kilku milionami lat wulkan, w nowoczesnej jurcie, prawdziwym ekologicznym gospodarstwie rolnym, starej kaszarni albo designerskim bungalowie pośrodku dzikiej łąki.

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada) Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada)

Vegan House (Fot. Paweł Zasada) Vegan House (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Oprócz propozycji noclegowych w książce czytelnik znajdzie też informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, dokąd wybrać się po lokalne specjały, jakie serowarnie, winiarnie czy gospodarstwa odwiedzić. Wyprawy na Dolny Śląsk były dla mnie wielką przygodą. Odkryłam świat fascynujący, nieoczywisty, czasami intrygująco szkaradny, a czasami obłędnie piękny. Pisząc tę książkę, poznałam ludzi, którzy pozwolili mi zrozumieć, czym są te krainy, odkryć ich trudną historię – często zapisaną w rodzinnych opowieściach, zaszytą w ścianach tutejszych domostw” pisze we wstępie autorka.

„Odetchnij od miasta” to bogaty w zdjęcia poradnik, w którym praktyczne wskazówki dotyczące podróżowania po Polsce przeplatają się z opisami niezwykłych domów gościnnych oraz inspirującymi opowieściami ich gospodarzy. Każde z polecanych noclegów został przez autorkę sprawdzony. Każde miejsce jest nietuzinkowe i przepełnione duchem regionu.

Sylwia Kawalerowicz „Odetchnij od miasta. Dolny Śląsk”, Wydawnictwo Buchmann