1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Mieszkanie w kamperze – #vanlife w wersji polskiej

Mieszkanie w kamperze – #vanlife w wersji polskiej

Kasia i Robert Traczyk żyją w drodze razem ze swoimi dziećmi: Leonem (11 lat), Tymonem (9 lat) i Tytusem (5 lat). (Fot. Robert Traczyk)
Podróżowanie kamperem to świetny pomysł na weekend, urlop czy nawet całe wakacje. Odskocznia od codzienności, a nawet od pandemii. Nasi bohaterowie wybrali życie w kamperze na dłużej. Dzielą się nim w Internecie, ze wszystkimi jego blaskami i cieniami.

Przez dziesięć lat namawiałam Roberta na podróż dookoła świata, mieszkanie w kamperze, ale on wtedy skupiał się na pracy. Kiedy jednak zaczęła go spalać i dały znać o sobie problemy zdrowotne, powiedział, że może rzeczywiście powinniśmy zmienić nasze życie. Wtedy to ja zaczęłam się bać… – śmieje się Kasia Traczyk. – Początkowo, podobnie jak wielu ludziom, przyświecała mi myśl, że chciałbym zostawić dzieciom coś po sobie, dać im „na start” kawalerkę czy kawałek ziemi. Byłem przekonany, że majątek jest niezaprzeczalną wartością, i mierzyłem troskę w metrach kwadratowych, przez co bliskość często schodziła na dalszy plan – wyznaje Robert, mąż Kasi. – Gdy zrozumiałem, że poczucie spełnionego obowiązku może mieć finalnie słodko-gorzki smak, pojawiła się decyzja o zmianie. Przecież można być nieszczęśliwym we własnej kawalerce, a bardzo szczęśliwym, siedząc na publicznej plaży i jedząc mango, prawda? Dziś mogę śmiało powiedzieć, że wolę moim synom pokazać świat. Chcę, by wiedzieli, że los jest w ich rękach.

Traczykowie sprzedali więc zabytkowy dom (powierzchnia: 170 metrów kwadratowych), zorganizowali wyprzedaż garażową, aby sfinansować życie w podróży, wyściskali przyjaciół, wsiedli do kampera i… ruszyli w stronę słońca. Od lipca 2020 roku wraz z trójką synów – Leonem (11 lat), Tymonem (9 lat) i Tytusem (5 lat), którzy uczą się w systemie edukacji domowej – są w drodze. Zatrzymując się na dłużej w Słowenii, Chorwacji, Rumunii, Bułgarii oraz Turcji, gdzie spędzili aż osiem miesięcy, dotarli właśnie do Gruzji. Gdy poczują, że przyszła odpowiednia pora, ruszą dalej w świat. – W obieraniu kierunku podróży istotną rolę odgrywają pory roku – tłumaczą wspólnie. – Na rajd przez Rosję jest już za późno, bo zima przyjdzie prędko i istnieje ryzyko, że staniemy gdzieś w odległej Syberii bez możliwości przeprawienia się przez ocean. Z kolei wizja kolejnej wiosny w Azji Środkowej nie jest dla nas porywająca. Musimy wykonać jakąś woltę i rozważamy powrót do Europy, żeby wysłać auto do USA i z zimą spotkać się w Meksyku – planuje Robert. Kto wie, może już innym pojazdem, bo kamper, choć większy od busa, wygodny i od początku przystosowany do turystyki, jest też mniej wytrzymały i trudniej nim wjechać w dziksze miejsca. A im nie brakuje odwagi. – Na pewno trzeba mieć ją na początku wyprawy kamperem, żeby ruszyć przed siebie, ale w czasie podróży tylko jej przybywa – tłumaczy Kasia.

(Fot. Robert Traczyk)

(Fot. Robert Traczyk)

(Fot. Robert Traczyk)

Robert jest zdecydowanie bardziej pragmatyczny. – Kasia żyje dniem dzisiejszym, mnie jest trudniej odciąć się od myśli o przyszłości czy analiz minionych zdarzeń. Nie udało mi się jeszcze oswobodzić z utrwalonego pracą w korporacji długoterminowego planowania, chociaż pracuję nad tym – zastrzega. – Moim zadaniem nasze życie w kamperze to eliminowanie ryzyka i dbanie o to, żeby wszystko działało bez większych problemów. Czasem bywam hamulcowym – nie godzę się na każdą beztroskę. YOLO [ang. you only live once – żyje się tylko raz] zdecydowanie nie jest moim drugim imieniem – śmieje się.

Życie w kamperze – największe plusy? Wolność i nieprzewidywalność. – Będąc w drodze, codziennie wybieramy nasz widok z okna. Jeśli jakieś miejsce nam się spodoba, rozbijamy obóz i staje się ono na chwilę nasze – mówi Robert. Stanąć na postój można w różnych miejscach, zależnie od tego, na co pozwalają krajowe przepisy – na parkingach lub również na dziko, byle z dala od zabudowań, żeby nie przeszkadzać mieszkańcom. Samo „rozbijanie obozu” polega najczęściej na rozwinięciu markizy czy postawieniu namiotu, tak zwanej dostawki, i wystawieniu mebli turystycznych, a czasami też kuchenki, choć kampery i vany najczęściej mają kuchenkę wewnątrz pojazdu.

Z kolei największą wadą takiego tułaczego życia jest tęsknota. Zazwyczaj nie ma na nią czasu przy natłoku obowiązków, jednak czasami myśli o braku głębokich, niewirtualnych relacji z bliskimi z „ubiegłego życia” napawają nostalgią. A chociaż Kasia i Robert zakładali, że będą żyć w drodze przez dwa lata, na razie nie zanosi się na przerwanie wyprawy. Bliscy i fani mogą ją śledzić na Instagramie i Facebooku, gdzie funkcjonują jako The Big Five Family. Jak długo będą gonić słońce? Zgodnie mówią: – Minął już rok, odkąd jesteśmy w trasie, a my coraz śmielej mówimy o naszej drodze „open end”, bo nic nas nie goni i niczego nie musimy. Którejś zimy chcemy dotrzeć do Patagonii. Czekają na nas też Australia i Afryka. Nie widzimy na razie możliwości, żeby się zatrzymać.

Życie w kamperze to nie biwak

Kuba Tolak i Zosia Samsel (w sieci znani jako Lisy w Edenie, ig: @foxesineden) w dawnym, „stacjonarnym” życiu mieli etatową pracę, mieszkanie na kredyt, wąskie grono przyjaciół i pasje oraz podróże, stanowiące wentyl bezpieczeństwa w przewidywalnej codzienności. Podczas wyprawy samochodowej po Kalifornii postanowili jednak zmienić wszystko. Po powrocie rzucili pracę, wynajęli swoje mieszkanie i ruszyli w trasę po Europie. Od października 2019 roku ich mobilny dom stacjonował między innymi: w Austrii, we Włoszech, w Portugalii, Hiszpanii, Serbii, Czarnogórze czy Albanii. Nazwali się Foxes in Eden, czyli Lisy w Edenie, a ich relacje z drogi oraz praktyczne rady są dostępne na blogu, Facebooku, Instagramie oraz YouTubie. – Samego vana budowaliśmy przez osiem miesięcy, niemal wszystkie prace wykonując własnoręcznie. Dzięki temu udało się zmniejszyć koszty i stworzyć mobilny dom za około 50 tysięcy złotych, wliczając w to zakup pojazdu – wyjaśnia Kuba. Dostawczego busa przerobili na dom na kołach, samodzielnie instalując w nim: ocieplenie, instalacje elektryczne i wodne, podłogi i sufity, a także szafę, meble kuchenne i łóżko. Bardzo ważne było dla nich stworzenie na zaledwie siedmiu metrach kwadratowych optymalnej i wygodnej przestrzeni. – My nie pakowaliśmy się do kampera, my się po prostu przeprowadzaliśmy do busa. Zaprojektowaliśmy go więc tak, aby był komfortowy nie tylko podczas krótkich wyjazdów, ale przede wszystkim w codziennym życiu. Nie jesteśmy przecież na biwaku, gdzie na chwilę można zrezygnować z pewnych wygód. My „podróżujemy domem” – mówi Zosia.

Nie zabrakło więc łazienki z prysznicem i toaletą, sporej części kuchennej, obszernej szafy oraz… strefy relaksu z konsolą do gier. Choć to aż nie do uwierzenia, że to wszystko zmieściło się na tak małej przestrzeni. Pomyśleli też o tym, by część sypialną od kuchennej można było oddzielić zasłonką. – Gdy oboje potrzebujemy spokoju, skupienia się na swoich sprawach, siadamy w dwóch pokojach – śmieje się Zosia. Kuba dodaje: – Projektując wnętrze, wzięliśmy pod uwagę to, jak żyliśmy dotychczas i czego potrzebujemy. Van jest kompromisem między tym, co możemy mieć na takiej powierzchni, a tym, czego byśmy chcieli od stacjonarnego domu. Niektórzy nie przywiązują wagi do części kuchennej, ale my lubimy razem gotować. Dzięki niej van stał się naszym miejscem – to rekompensuje brak przestrzeni.

Jednak nie tęsknią za większym metrażem. – Oczywiście, gdy jest brzydka pogoda i jesteśmy zmuszeni siedzieć w małym wnętrzu vana, mieszkanie jawi się jako wybawienie. Stale gonimy jednak za dobrą pogodą, a wtedy do powiększenia przestrzeni życiowej wystarczy tylko otworzyć drzwi. Tym, za czym tęsknimy najbardziej, są „nasi” ludzie – wyjaśniają.

Przeważnie szukają ciekawego miejsca i tam stacjonują kilka, kilkanaście dni, zwiedzając okolicę. Ale nie są to po prostu wakacje. Ich życie w kamperze wypełniają standardowe czynności domowe, jak gotowanie, pranie, zakupy, ale też nietypowe, na przykład organizowanie wody (do pojemników w busie) czy usuwanie nieczystości (wywóz tak zwanych kaset). Kuba podczas rozmowy kilkakrotnie podkreśla, że nie chce gloryfikować stylu życia, jakim są wyprawy kamperem. – Radykalna zmiana zazwyczaj nie jest rozwiązaniem problemów, które mamy ze sobą czy związkiem. W drodze, wbrew pozorom, nie jesteśmy w stanie uciec od siebie – trudności, z którymi się zmagamy, jadą z nami. Czasami stają się lepiej widoczne, ponieważ mamy więcej czasu na bycie ze swoimi myślami czy z partnerem. To jest po prostu życie.

– Wcześniej też mieszkaliśmy razem, ale nie byliśmy tak często wystawiani na niespodziewane sytuacje i nieraz trudne emocje. Kiedy jesteś w podróży, szybciej zbierasz istotne dane o relacji, bo od razu wychodzą na światło dzienne wszelkie słabości związku. Dzięki temu można z większą świadomością zdecydować się – lub nie – na dalsze wspólne życie – dodaje Zosia. Oni się zdecydowali. To właśnie niedawno, w trasie, zaręczyli się, a po kolejnych miesiącach udali się vanem do urzędu stanu cywilnego.

Jak podkreślają, chociaż dobrze się dogadują, nie obywa się bez tarć. – Zdarzają się kłótnie. Oboje jednak umiemy dać sobie przestrzeń, gdy widzimy, że druga osoba potrzebuje spokoju. Wszystko przegadujemy, dzięki temu na takiej małej powierzchni możemy wspólnie żyć i mieć się dobrze. Nie jest to jednak pomysł dla każdego, zwłaszcza dla par o krótkim stażu. Świeży związek może nie przetrzymać prozy vanlife’u – mówi Zosia. A że nie ma nic bardziej przyziemnego niż pieniądze, aby się utrzymać, na początku najmowali się po drodze do prac sezonowych. Teraz korzystają z doświadczenia podróżniczego i zarabiają również na prowadzeniu kanału na YouTubie. Czy myślą o życiu w drodze na pełny etat? – Po ponad 20 miesiącach w trasie doszliśmy do wniosku, że najchętniej podzielilibyśmy rok na dwie części. Żeby być i w drodze, i w stacjonarnym domu. Żeby ładować baterie, poznając nowych ludzi, ale też wracać do bliskich. Kontakt online nie daje niestety spełnienia emocjonalnego – mówi Zosia.

Życie w kamperze zmienia też nawyki. Kuba: – Zawsze martwiłem się na zapas, bardziej skupiałem się na tym, co było, niż na tym, co jest. Nadal mam to w sobie, ale zmiana, której dokonaliśmy, oraz Zosia swoją postawą uczą mnie, żeby żyć tu i teraz. Działam wedle zasady: „Przeszłości już nie ma, przyszłość jeszcze nie nadeszła”. Daje mi to poczucie wolności i szczęścia, staram się jednak nie tracić z oczu tego, co nas czeka.

A czeka ich na przykład Skandynawia.

Kolekcjonerka doświadczeń

Są takie życiorysy, którymi można by obdzielić kilka osób. Jeden z nich należy do Alicji Drużkowskiej, 46-latki, która w młodości zdobywała na przemian tytuły nastoletnich miss oraz mistrzyń Polski w kick-boxingu oraz taekwondo; stawiała kroki na deskach teatralnych w Londynie i jednocześnie na wybiegach tamtejszego Fashion Week. Od dwóch dekad jest nauczycielką wychowania fizycznego w Anglii, a od zawsze podróżniczką, której niestraszne są samodzielne wyprawy z plecakiem do Ameryki Południowej czy własnoręczna budowa vana. – Odkąd pamiętam, dużo wyjeżdżałam – najpierw sama, potem z dziećmi. O przeprowadzce do mobilnego domu zdecydowałam po ostatnich czterech latach, podczas których kilkanaście razy byłam z dziećmi w trasie po Europie dłużej niż miesiąc. Sprzedałam naszego starego kampera i kupiłam busa, którego remontowałam sama przy ulicy o sporym nachyleniu, ponieważ nie miałam przy domu garażu – śmieje się Alicja. Swoimi poczynaniami chwaliła się w mediach społecznościowych, stamtąd też – od innych vanliferów – czerpała inspirację i wiedzę. – Majsterkowanie to moja pasja. Odziedziczyłam ją po ojcu, który był budowlańcem – wyjaśnia. Doświadczenia nabierała podczas remontów domów, które potem sprzedawała. Samodzielna praca nad przystosowaniem samochodu do zamieszkania znacznie obniżyła koszty, ale też dała jej dużo satysfakcji. – To, co zrobiłam, jest kompilacją wielu projektów osób, które relacjonowały swoje remonty na YouTubie – mówi.

Co innego jednak remont, a co innego mieszkanie w kamperze. – Bałam się, że czegoś mi zabraknie w trasie, więc wszystkiego wzięłam za dużo. Przed wyjazdem zważyłam vana i okazało się, że ma 200 kilogramów nadwagi. Zaczęłam czyścić szafki, wyrzucając kilka par butów na obcasie, które wcześniej uznałam za niezbędne – wspomina ze śmiechem. – Przechodzenie do minimalizmu jest trudne, ale warte wysiłku. Po zmianie czuję lekkość – zrobiło się w moim życiu miejsce na nowe doświadczenia zamiast na kolejne rzeczy – dodaje.

(Fot. Alicja Drużkowska)

(Fot. Alicja Drużkowska)

(Fot. Alicja Drużkowska)

Alicja mieszka w vanie z nastoletnią córką, ich dom jest wynajęty, co zapewnia środki na dalszą wyprawę. Jak sama mówi, bycie jedynym dorosłym podczas takiej wyprawy bywa obciążające. Z drugiej strony druga osoba zawsze dodaje otuchy. Nawet jeśli nie rozwiąże problemu, gdy ten się pojawia, sama świadomość, że jest obok, to duże wsparcie. – Często stajemy w miejscach, w których nie spotyka się ludzi przez kilka dni. Muszę przyznać, że nie potrafię się wtedy całkowicie uwolnić od lęku o nasze bezpieczeństwo. Dlatego uważam, że życie w kamperze jest dla osób, które lubią wyzwania i są gotowe na przygody, nie tylko te pozytywne – wyjaśnia. Wyzwaniem jest też oczywiście mały metraż. – Zauważyłam pewną regułę: gdy jedziemy, możemy cały czas rozmawiać i świetnie spędzać ze sobą czas. Gdy rozbijamy obóz i funkcjonujemy na małej przestrzeni, robi się trudniej. Obie się wtedy uczymy cierpliwości i szukamy sensownego sposobu na rozładowanie emocji – czasami się nie udaje i zdarzają się momenty milczenia lub kłótni, ale coraz częściej przepracowujemy je rozmową lub aktywnością fizyczną. Spacerem albo pływaniem – wyjaśnia.

Jako singielka i kobieta budująca mieszkalnego vana, Alicja stała się inspiracją dla kilku młodych kobiet. Do tej pory aż cztery dziewczyny, które obserwują jej profile w mediach społecznościowych (Alicja posługuje się nazwą Bluebirdvanlife), również zaczęły budowę własnych pojazdów. – Czuję się matką chrzestną ich projektów – mówi z dumą. Na razie podróżują z córką po Europie, aktualnie stacjonują w Grecji. O tym, co dalej, Alicja opowiada wyraźnie rozmarzona: – Przed dwudziestoma laty chciałam wyjechać do Australii, a nie do Anglii. Niestety, aż czterokrotnie nie przyznano mi wizy. Dlatego teraz nieśmiało układam plan podróży na antypody – z wysyłką vana statkiem z Indonezji. Oby się udało. Trzymajcie kciuki.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze