1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Czy można narażać jedno życie, ratując wiele? Historie najgłośniejszych wypadków w Tatrach ostatnich lat

Czy można narażać jedno życie, ratując wiele? Historie najgłośniejszych wypadków w Tatrach ostatnich lat

Akcja ratowników TOPR po wypadku na Giewoncie latem 2019 roku. (Fot. Grzegorz Bargiel/materiały prasowe)
Czy jest ktoś, kto nie słyszał o wypadku na Giewoncie latem 2019 roku? Czy jest ktoś, kto nie śledził, nie komentował, nie angażował się emocjonalnie w walkę o życie grotołazów uwięzionych nieco wcześniej w Jaskini Wielkiej Śnieżnej? Oto poruszająca relacja z tych dwóch wydarzeń z perspektywy ratowników TOPR-u, świadków oraz ofiar wypadków i… kobiet – matek, żon, partnerek.

Fragment pochodzi z książki Beaty Sabały-Zielińskiej „TOPR 2. Nie każdy wróci”, wyd. Prószyński i S-ka.

Rodzice błagali, bym nadal ratował ich dziecko, ale na ratunek było już za późno. […]

To było straszne przeżycie. Będę je pamiętał do końca życia. To ja podjąłem decyzję o odstąpieniu od resuscytacji. Chwilę wcześniej ktoś przyniósł tlen, ale już wtedy zdawałem sobie sprawę, że zaraz będziemy kończyć, dlatego powiedziałem chłopakom, że my już go nie potrzebujemy, żeby zanieśli butle do kolegów reanimujących drugie dziecko, trzydzieści metrów wyżej. Wtedy matka chłopca zaczęła krzyczeć i płakać, pytając, dlaczego nie zostawiam tego dla jej syna. Zaraz potem piorun ponownie uderzył w krzyż i wyładowanie rozeszło się po łańcuchach. Poczuliśmy, jak ładunki przechodzą przez nas.

Mieli wbiec na Kasprowy Wierch, ale kolega namówił ich na Giewont. Zresztą nie musiał ich specjalnie namawiać – Giewont latem zawsze jest atrakcyjny, stąd co roku nieprzebrane tłumy zmierzające w kierunku szczytu. Tym razem nie było inaczej.

Rano Aneta z Rafałem sprawdzili pogodę – miało padać tak jak dzień i dwa dni wcześniej. Owszem, była mowa o burzach, ale dopiero po południu. W drodze nic ich nie zaniepokoiło. Nawet pan, który nieopodal szczytu w dość mrukliwej formie nakłaniał do odwrotu, „bo zaraz może być burza!”. E tam.

Potem było już za późno.

Błysk i uderzenie nastąpiły jednocześnie. Uderzenie było tak potężne, że wszyscy się przewrócili. W uszach gwizdało, a w oczach rozlewała się przerażająca biel. W ogóle nie przyszło mi do głowy, że to piorun. Myślałam, że to bomba, atak terrorystyczny. Takie było moje pierwsze skojarzenie, zwłaszcza że natychmiast pojawił się smród spalonych ciał i ubrań. Wokół zapadła totalna cisza. W głowie miałam tylko gwizd.

Byliśmy pewni, że nie przeżyjemy, bo pioruny cały czas waliły. […] Wtedy zadzwoniła córka i dotarło do nas, że być może już nigdy nie zobaczymy naszych dzieci. Byliśmy pewni, że nie przeżyjemy, bo wydawało się, że ta burza nigdy się nie skończy. Dlatego w pewnym momencie powiedziałam do męża: „Pomódlmy się, bo nic innego nam nie zostało”.

Jakby w odpowiedzi na to ze szczytu Giewontu słychać: „Ja na mocy udzielonej mi przez Stolicę Apostolską odpuszczam wam grzechy, w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” – to ksiądz daje zbiorowe rozgrzeszenie. Nie może stać, nie czuje nogi, jest porażony, ale krzyczy wniebogłosy, by Stwórca usłyszał błaganie.

Usłyszał. Nad Giewontem pojawił się toprowski Sokół.

Matko Boska, jaki to był cudowny widok! Tyle że nadlecieli, zrobili rundkę i… odlecieli! Nie mogliśmy w to uwierzyć. Dlaczego? Co się dzieje? Najpierw radość, nadzieja, że są, że lecą, że jesteśmy uratowani, a tu nagle śmigłowiec znika nam z oczu.

W górę tymczasem podniosły się setki rąk! Każdy potrzebował pomocy. Ratownicy nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieli. Ogrom tragedii był niewyobrażalny.

Wpadłam w rozpacz. Zaczęłam płakać. „Nikt nas nie uratuje. Nikt po nas nie przyleci…”.

Wiało grozą i poczuciem beznadziejności. Wkoło lament, jęki, zawodzenia. Setki imion wykrzykiwanych w rozpaczy. I ten smród spalonych ciał, spalonych ubrań, unoszący się nad powalonymi w postaci dymu. Obraz końca świata.

Przy schronisku leżały ciała zwiezione z Giewontu. Cztery pary noszy. Cztery czarne worki. I gdy wydawało się, że nic nas już nie zaskoczy, nagle, niespodziewanie… wyszło słońce. Opadła mgła. Tatry się odsłoniły. Zrobiło się obłędnie pięknie! Zjawiskowo. A nam wszystkim chciało się ryczeć.

Pomarańczowy volkswagen polo I albo II, nie wiem. Na pewno stary, z lat osiemdziesiątych. Mijam go codziennie, wyjeżdżając i wracając do domu. Samochód od dawna stoi na parkingu wojskowego ośrodka szkoleniowego pilotów przy Groniku w Kościelisku.

Rzuca się w oczy, bo jest pomarańczowy, zabytkowy i najwyraźniej porzucony. Przez chwilę sądziłam, że to samochód kogoś z pracowników ośrodka. Ale nie, jest tu rankiem, nocą, latem, zimą – zawsze w tym samym miejscu, tak samo ustawiony, z lekko skręconymi w lewo kołami. Teraz już prawie nie ma w nich powietrza.

– Wiesz, że to samochód tych grotołazów z Jaskini Wielkiej Śnieżnej? Tych, którzy zginęli? – oznajmiła mi któregoś dnia przyjaciółka.

Nie mam pojęcia, skąd o tym wie, i nie mam pewności, że to prawda, ale odtąd za każdym razem, gdy przejeżdżam obok tego polo, myślę o tych chłopakach.

– Siedziałem w samochodzie zapakowanym po dach. Żona umoszczona na przednim siedzeniu, dzieci z tyłu, zapięte w pasy. Pieniądze, dokumenty, klucze, ważne rzeczy – zabrane. Wakacje, jedziemy na wakacje. Już miałem ruszyć, kiedy zadzwonili z centrali z krótkim pytaniem: „Jesteś w stanie pójść na wyprawę do Śnieżnej? W Przemkowych Partiach woda odcięła dwóch grotołazów”. „Zaraz będę”, odpowiedziałem, gasząc silnik samochodu. To, co wtedy usłyszałem od żony, nie nadaje się do powtórzenia – śmieje się Sebastian Szadkowski, szef grupy jaskiniowej w TOPR-ze. – Ja ruszyłem do centrali, rodzina… zabrała się do wypakowywania samochodu. Nad morze pojechaliśmy miesiąc później.

Właściwie miało ich tu nie być. Mieli jechać do Abchazji, ale w ostatniej chwili dowiedzieli się, że są jakieś kłopoty. Polityczne. Że jak wjadą, to nie wyjadą, a właściwie to w ogóle nie wiadomo, czy wjadą, jakoś tak – grunt, że plany spaliły na panewce. A tu wzięte urlopy, wory spakowane i eksploracyjny napęd nakręcony na maksa. Więc co? Tatry?

Michał, Daniel, Józek, Ewelina i dwóch Piotrów z wrocławskiej sekcji grotołazów to starzy wyjadacze. Dobra, może Ewelina jest „świeżutka”, ale reszta to petardy, zwłaszcza dwudziestosiedmioletni Daniel i trzydziestoletni Józek. Szczuplutcy, malutcy, zwinni. Górale mówią na takich „przecinek”. „Doskonali” kwitują z kolei znawcy tematu. Jaskinię Wielką Śnieżną znają jak własną kieszeń. Przemkowe Partie to ich rejon. Krzysztof, starszy brat Daniela, wraz z kolegami odkrył te ciągi w latach dziewięćdziesiątych i nazwał je Przemkowymi w hołdzie i ku pamięci Przemka Rogowskiego, kolegi, który zginął w 1994 roku w tak zwanej Parszywej Siedemnastce, czyli jednej ze studni w Jaskini Wielkiej Śnieżnej.

Wrocławscy speleolodzy właściwie idą do siebie. To ich teren. Wśród grotołazów, ponoć od zawsze, istnieje niepisana zasada, że poszczególne kluby lub grupy mają „swoje” jaskinie, a w nich „swoje problemy”, w które sobie nie wchodzą. „Problem” w nomenklaturze wspinacza to coś do zdobycia, do odkrycia, do eksploracji.

Jaskinia Wielka Śnieżna „należy” do wrocławian.

Jest 15 sierpnia 2019 roku, czwartek. Daniel, Józek i jeden z Piotrów są pod ziemią już od poniedziałku. Poszli wcześniej do Jaskini Czarnej, ale w czwartek, zgodnie z ustaleniami, z resztą grupy weszli do Jaskini Wielkiej Śnieżnej. Bo tam jest „problem” na minus pięćset. Trzeba sprawdzić, czy da się zrobić skrót z Przemkowych Partii do Białej Wody, by eksplorując jaskinię, omijać najciaśniejsze jej korytarze, w tym słynną Magduchę.

Niewielu czytelników będzie wiedziało, o czym mowa, ba, nawet niewielu grotołazów. Raz – wiadomo, co „nasze”, nie „wasze”; dwa – te partie są jednymi z najciaśniejszych w jaskini, a zatem zna je zaledwie garstka tych, którym udało się tam wcisnąć.

„Problem” mają zbadać Daniel i Józek. Bo jak nie Daniel, to kto? Gość ma niezwykłe predyspozycje i równie mocną psyche. Reszta grupy zostaje po drugiej stronie. Daniel i Józek mają wejść do niewielkiej salki, za którą nic „nie puszcza”, a właśnie tamtędy, według wiedzy grotołazów, ma prowadzić ów skrót. „Problem” wrocławianom jest znany. Pięć lat wcześniej w rzeczonej salce był Michał Górski, jeden z członków wyprawy. Wtedy wszedł i wyszedł bez kłopotu, choć z nierozwiązanym „problemem”. „Za chińskiego boga nikt się tamtędy nie przeciśnie”, stwierdził. Chyba że… Daniel.

Dwóch eksploratorów wchodzi więc – również bez kłopotu, tyle że już nie wychodzą.

– Musieli przecisnąć się przez ciasny korytarzyk, szerokości pół metra na pół metra, na którego dnie był wchłon, miejsce, gdzie woda przesącza się w spągu, czyli w podłożu – tłumaczy Sebastian Szadkowski. – Wsuwając się, niechcący zaburzyli równowagę między dopływem a odpływem wody, co spowodowało błyskawiczny jej przybór. Korytarz został całkowicie zalany, odcinając chłopakom drogę powrotu. Nieświadomi, co się stało, poszli działać. Dziś już wiemy, że mieli ze sobą materiały wybuchowe, prawdopodobnie chcieli przestrzelić korytarz do Białej Wody. Kiedy przy pierwszej próbie wywiercenia otworu pod ładunek padła im wiertarka, próbowali wrócić do pozostawionych przed korytarzem rzeczy. Wtedy odkryli, że są odcięci. W części pionowej korytarza stał czterometrowy słup wody.

Grotołazi utknęli kilkanaście metrów od zalanego korytarza. Nie byli podtopieni, nie mieli też problemu z dostępem powietrza, ale wpadli w pułapkę. Zalany korytarz był nie do przejścia. Nie stracili jednak zimnej krwi. Przez szczeliny porozumieli się z grupą, która została po drugiej stronie ściany, informując, co się stało. Komunikacja między Danielem, Józkiem a kolegami była dobra, mogli swobodnie rozmawiać. Swobodnie jak na jaskinię, bo żeby usłyszeć uwięzionych, ktoś od strony Białej Wody musiał wczołgać się do ciasnej rury. Tak ciasnej, że dosłownie czopował ją własnym ciałem. Dzięki temu dźwięk nie uciekał i obie strony doskonale się słyszały.

„Spokojnie czekamy, aż woda opadnie”, krzyknął do kolegów Daniel, nie wykazując najmniejszych oznak paniki. Rozsądnie. A bo to pierwszy raz woda ich odcina w jaskini? Grupa zatem też specjalnie się nie niepokoi.

Kiedy pięć godzin później sytuacja się nie zmienia, pojawiają się pomysły typu: zamieszajcie odpływ. Nie pomaga. Woda jak stała, tak stoi. Trudno. „Jeszcze czekamy. Jeśli w ciągu kilku najbliższych godzin nie opadnie, wychodzimy wezwać pomoc” – podejmują decyzję koledzy Daniela i Józka. Też rozsądnie, tyle że uwięzieni nie mają ze sobą nic do ogrzania się. Nie wzięli kuchenki! Wszystko zostawili przed korytarzykiem, choć starsi koledzy uczulali: „Weźcie kuchenkę. Zrobicie sobie herbatę, zagrzejecie się”. Jasne, tyle że oni mieli tylko wejść i wyjść! Wciąż jednak nie tracą ducha: „Czekajcie na nas na Suchym Biwaku. Dojdziemy tam…”.

Nie doszli. Michał Górski wychodzi więc na powierzchnię wezwać TOPR. Jest sobota 17 sierpnia. Mija właśnie dwudziesta druga godzina od uwięzienia jego kolegów i piętnasta od ostatniego kontaktu głosowego z nimi.

– To był drugi dzień mojego dyżuru. Było tuż po siedemnastej, gdy przyjąłem zgłoszenie. Dwóch grotołazów utknęło w bardzo ciasnych partiach Jaskini Wielkiej Śnieżnej – mówi Piotr Konopka, ratownik TOPR-u. – Zorganizowaliśmy się bardzo sprawnie i szybko; od zgłoszenia do wylotu pierwszej grupy nie minęły dwie godziny, a przecież konieczne jest zwołanie ludzi i przygotowanie sprzętu. Na szczęście pogoda była lotna. Dokładnie o dziewiętnastej osiem ratownicy dotarli do otworu jaskini. Ledwo ruszyła pierwsza ekipa, zaczęliśmy organizować kolejnych ratowników, na zakładkę.

– Pełniłem funkcję jednego z koordynatorów – mówi Jan Krzysztof, naczelnik TOPR-u. – Koordynator to osoba, która na podstawie informacji spływających z miejsca zdarzenia podejmuje decyzję o kolejnych krokach. W przypadku akcji jaskiniowych jest zespół, który zajmuje się tylko tą akcją, a koordynator trzyma pieczę nad całością działań w jaskini. Oczywiście decyzje podejmowane są także pod ziemią. Tam również jest wyznaczony kierownik – niezwykle istotna funkcja, bo przecież z ratownikami działającymi w jaskini nie ma stałego kontaktu. Za to po każdym ich wyjściu zbiera się od nich informacje, po czym koordynator wraz z zespołem rozważa i ustala dalsze scenariusze działania. Rozmawiamy o tym, co można zrobić, jakie są zagrożenia, jakie szanse uratowania poszkodowanych, jakie ryzyko dla ratowników. Na tej podstawie planujemy następne kroki. Nie wybiegamy bardzo w przyszłość, bo nie wiemy, co powie kolejna zmiana ratowników wychodzących z jaskini.

W tym wypadku zgłoszenie właściwie nie było bardzo niepokojące – utknęło dwóch grotołazów, których odcięła woda, jest z nimi kontakt (jak się później okazało, był kilkanaście godzin wcześniej), ale może woda niebawem opadnie i wtedy trzeba będzie po prostu pomóc im wyjść. Co prawda przez bardzo ciasne fragmenty jaskini (zacisk Magducha), ale nie powinno to nastręczać dużych problemów.

– Bywa, że osoby chodzące po jaskiniach przekraczają tak zwaną godzinę alarmową, nie wracają po prostu o ustalonej porze. Wtedy ruszamy do akcji – mówi Andrzej Górka, ratownik medyczny i ratownik TOPR-u. – Często jest tak, że tych taterników jaskiniowych spotykamy albo w trakcie wychodzenia, albo w jakimś miejscu, gdzie mają przedłużony biwak. Wtedy trzeba ich tylko wspomóc posiłkiem, dobrym słowem i pomóc przy wychodzeniu. I tu trochę na to liczyliśmy. Wierzyliśmy, że uwięzieni grotołazi zdołali jakoś wyjść, być może znaleźli inną drogę. W jaskini wszystko jest możliwe. Czasami z punktu A do punktu B można przejść zupełnie nieoczywistymi ciągami.

– Nie znaliśmy partii, w których utknęli. To boczny ciąg jaskini, niezwykle rzadko chodzony, dlatego zgłaszający zdarzenie Michał Górski zgodził się doprowadzić nas do tego zalanego korytarza, byśmy znaleźli się tam jak najszybciej – mówi Sebastian Szadkowski. – Weszliśmy do jaskini z przekonaniem, że woda już opadła, więc sprawa będzie łatwa. Nikomu z nas nie przyszło do głowy, że na Daniela i Józka zapadł już wyrok, a nas czeka jedna z najtrudniejszych akcji w historii TOPR-u.

Polecamy: Beata Sabała-Zielińska „TOPR 2. Nie każdy wróci”, wyd. Prószyński i S-ka. (Fot. materiały prasowe)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze