1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Rynek sztuki

Rynek sztuki

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zdarza Ci się zatrzymać przed witryną galerii, żeby popatrzeć na obraz, marzysz o powieszeniu na ścianie dzieła ulubionego artysty, zarabiasz trochę więcej niż wydajesz? - świetnie, jesteś znakomitą kandydatką na inwestora na rynku sztuki.

Kupowanie dzieł sztuki różni się tym od pozostałych inwestycji, że do zakupów mamy stosunek emocjonalny. Ale są też przesłanki racjonalne – rynek sztuki w znacznym stopniu opiera się kryzysowi, a wzrost dostępu do informacji i nowe kanały wymiany dzieł otwierają przed inwestorami bardzo dobre perspektywy. Według raportu KPMG rynek w Polsce jest w tej chwili warty 200-300 mln zł i ma ogromny potencjał. Oprócz bezpośredniego nabywania dzieł sztuki, inwestor może zdecydować się na fundusze inwestycyjne. Na całym świecie istnieje ponad 40 funduszy związanych z rynkiem sztuki, a w Polsce takim funduszem jest FIZ AN Abbey Art Fund.

Do banku po obraz

Koniunkturę znakomicie wyczuwają instytucje oferujące usługi Art Bankingu. Jeśli zdecydujemy się z nich skorzystać, to doradca udzieli nam fachowej pomocy, sprawdzi, co możemy kupić za kwotę, którą dysponujemy, zatroszczy się o bezpieczeństwo kolekcji i odpowiednie certyfikaty.

Gdy zakupów dokonujemy sami, to pamiętajmy, że obraz powinien mieć sygnaturę. Jeśli naszą działalność na rynku sztuki chcemy traktować bardziej profesjonalnie, możemy za ok. 500 zł kupić „Listę sygnatur polskich malarzy”. Dużą zachętą do rozpoczęcia przygody ze sztuką mogą być niskie ceny dzieł wystawianych w internetowych galeriach – dobrą grafikę można tam dostać już za 150 zł. Za obraz na jedwabiu zapłacimy od 300 zł, a za jedwabny parawan między 3000 – 4000 zł.

Godne zainteresowania są również antyki – np. biedermeierowskie meble z I połowy XIX w są w Polsce stosunkowo tanie, a to znaczy, że możemy liczyć na zyski.

Najlepsze to, co się podoba

Eksperci podkreślają, że niezależnie od wiedzy ogromne znaczenie ma w tym przypadku gust  – wybierajmy zatem te dzieła, które rzeczywiście nam się podobają, a nie, te, na które jest akurat moda. Trzeba również pamiętać, że wchodząc na rynek sztuki inwestujemy długoterminowo – na minimum 5-7 lat, a to znaczy, że warto szukać twórców oryginalnych, wyróżniających się wśród setek innych. Kiedy zatem najpopularniejsza jest francuska secesja, lepiej jest zdecydować się na przedmiot z tego okresu, ale pochodzący z innego kraju. Po upragnione dzieło dobrze jest zajrzeć na internetowe aukcje młodej sztuki organizowane kilka razy w roku przez domy aukcyjne.

Gdzie zatem skierować pierwsze kroki? - Takie mamy czasy, że sztuka coraz bardziej oddala się od wartości estetycznych. Na szczęście amatorów „zwyczajnego" piękna, są jeszcze miejsca, gdzie można kupić obraz, rzeźbę, czy ceramikę, które będą cieszyły oczy. Na początek warto poszukać w galeriach autorskich w sieci. Można trafić na doskonałe obrazy i ciekawe przedmioty użytkowe zupełnie nieznanych twórców, po dość przystępnych cenach. Przestrzegam tylko przed „okazjami” typu Kossak za 300 zł. Można też szukać na stronach domów aukcyjnych i w galeriach stacjonarnych, gdzie transakcje są bezpieczniejsze, ale trzeba za to więcej zapłacić - mówi Bożena Kwiatkowska, artystka malarka, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi.

   

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobieta ma takie samo prawo jak mężczyzna do bycia wojownikiem

W mężczyznach zawsze widzimy zwycięzców, wojowników, mistrzów. Zapominamy, że kobiety również mogą być wojowniczkami, osiągać cele i odnosić sukcesy. (Fot. iStock)
W mężczyznach zawsze widzimy zwycięzców, wojowników, mistrzów. Zapominamy, że kobiety również mogą być wojowniczkami, osiągać cele i odnosić sukcesy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
W procesie socjalizacji kobiety są przygotowywane do pełnienia określonych ról społecznych – żony, matki, opiekunki. – Czasem jednak zapominamy, że dziewczynka ma takie samo prawo jak chłopiec do bycia wojownikiem – mówi psycholog Ewa Jarczewska-Gerc.

Czym jest kobiecość? Nie istnieje jeden wzorzec kobiecości. Oczywiście jest jedna rola, wspólna kobietom, niezależnie od tego, gdzie żyją, w jakich czasach – czyli ta, która wiąże się z funkcją prokreacyjną. Tylko kobieta jest w stanie urodzić dziecko, to jest jej biologiczna rola, mająca na celu podtrzymanie ludzkiego gatunku. To jest ten wspólny mianownik, który łączy kobiety z różnych czasów i różnych kultur. Życie kobiety jednak nie składa się wyłącznie z jej biologicznej predestynacji do urodzenia dziecka, te role się zmieniają i są bardzo różne, w zależności od czasów, w jakich żyjemy i w zależności od kultury. Są kultury patriarchalne, które mocno ograniczają rolę kobiety, sprowadzając ją z jednej strony do obiektu seksualnego, z drugiej do bycia matką, urodzenia dzieci itd., odbierając jej prawo do pełnej realizacji siebie jako człowieka. Mężczyzna traktowany jest wtedy jako ten, który rządzi, wyznacza prawa, a kobieta jako ta, która musi ich przestrzegać i je zaakceptować.

Czy kobiecość budzi się w nas w jednym, konkretnym momencie, czy następuje to etapami? Nasza kobiecość zmienia się z wiekiem, ale ona jest w nas od samego początku – inna jest kobiecość trzylatki, a inna dorosłej kobiety. Na pewno można wyszczególnić ważne momenty w odkrywaniu nowych rejonów kobiecości, czyli np. inicjacja seksualna, która wiąże się z rozbudzeniem energii erotycznej, bez wątpienia również urodzenie dziecka budzi nowe aspekty kobiecości, związane z instynktami macierzyńskimi. Kolejnym ważnym momentem jest menopauza, kiedy to za sprawą zmian hormonalnych kobiecość wkracza w inny wymiar. Przez całe życie wchodzimy w nowe etapy własnej kobiecości.

Ale chyba są też takie momenty, kiedy zatracamy swoją kobiecość, niezależnie od tego, czy doświadczyłyśmy macierzyństwa, czy nie. Czasem po prostu tracimy kontakt z kobietą w sobie. Ja bym raczej powiedziała, że my nie tyle tę kobiecość tracimy, ile przechodzimy w inne jej formy. Bo nie ma przecież jednego wzorca kobiecości, którego zawsze będziemy się trzymać. To, że np. nie mamy ochoty na jakimś etapie życia na seks, który jest formą wyrażania kobiecości, albo rezygnujemy z dbania o wygląd zewnętrzny, nie musi oznaczać, że tracimy własną kobiecość. Możemy też w pracy spychać na bok cechy utożsamiane z kobiecymi na rzecz cech stereotypowo postrzeganych jako męskie, czyli bycia silną, zdecydowaną. Ale to może po prostu wynikać z tego, że te cechy w danym zawodzie się lepiej sprawdzają. Są kobiety, które nigdy nie założą rodziny, które wolą np. podróżować po świecie, rozwijać się wewnętrznie albo realizować zawodowo, i one są tak samo kobiece jak te, które spełniają się na łonie rodziny. Po prostu inaczej wyrażają swoją kobiecość.

Jaką rolę w kształtowaniu kobiecości pełnią ważne kobiety w naszym życiu, czyli matka, babcia, ciocia? Bardzo ważną, i warto zwrócić uwagę na to, że jest nie tylko matka. Na pewno babcie mają ogromny wpływ, także ciocie czy kobiety z najbliższego środowiska – to może być nauczycielka w szkole, to są te ważne osoby, które wpływają na postrzeganie kobiecości. Bez wątpienia jest tak, że my w sposób absolutnie naturalny, na skutek modelowania przyjmujemy wzorzec, który reprezentuje nasza mama. Jest dla nas najbliższą kobietą, obserwujemy, jak się zachowuje, dziewczynki często naśladują mamę, chcą robić te same rzeczy związane z kobiecością co ona. Oczywiście w pewnym momencie przychodzi kryzys, zaprzeczenie, kiedy odchodzimy na chwilę lub na zawsze od modelu reprezentowanego przez matkę.

Dziewczynki są wychowywane do pełnienia w przyszłości określonych ról społecznych, do bycia żoną, matką, opiekunką. Czy nie jesteśmy trochę programowane? Tak, i to programowanie, które działa jak imprinting, czyli wdrukowanie, zaczyna się już w momencie, kiedy podczas USG rodzice dostają informację, czy na świat przyjdzie dziewczynka, czy chłopiec. Czasem nawet jeszcze wcześniej – kiedy planujemy ciążę lub na jej początku. To programowanie jest z jednej strony naturalne, bo różnice między płciami są niezaprzeczalne. Jednak z drugiej strony przez to już na etapie życia płodowego dziecka tworzymy pewne oczekiwania, planujemy mu życie. W przypadku chłopców od razu programujemy zwycięzców, wojowników, mistrzów, a o dziewczynkach myślimy sobie: „wspaniale, będę miała pomoc”, „nauczę ją gotować”. Nie wolno jednak zapominać o tym, że dziewczynka ma takie samo prawo jak chłopiec do bycia wojowniczką, do osiągania celów, sukcesów. Dlaczego kobiety wciąż mniej zarabiają niż mężczyźni? Bo same uważają za absurdalne, że mogłyby zarabiać tyle samo co oni. A to wszystko właśnie przez programowanie, które sprawia, że pewnych rzeczy nawet nie oczekujemy po sobie.

Z jednej strony programowanie ma swoje plusy, bo większości dziewczynek przydają się umiejętności przekazywane przez kobiety w rodzinie, ale chyba równie często dotyczy ono emocjonalności? Tak, zgadza się. Inaczej kształtujemy emocjonalność u chłopców i inaczej u dziewczynek. Wciąż np. jest duże przyzwolenie na to, żeby dziewczynki mogły sobie popłakiwać, okazywać słabość, a u chłopców nie ma takiego przyzwolenia. Oni więc z kolei mają problem z okazywaniem emocji.

Niedawno byłam recenzentką pracy magisterskiej na temat związku między inteligencją emocjonalną i syndromem Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA). Z badań autorki wynika, że mężczyźni, którzy wychowywali się w rodzinach alkoholowych, mają wyższy poziom inteligencji emocjonalnej niż ci, którzy wychowywali się w rodzinach, gdzie problem alkoholowy nie występował. Natomiast wśród kobiet nie stwierdzono większych różnic. Skąd taki wynik? Otóż chodzi o to, że z racji tego, że ci mężczyźni dorastali w specyficznych warunkach, wykształcili w sobie lepszą zdolność do radzenia sobie z emocjami i do ich rozumienia. I zauważmy, że w tych rodzinach nie było programowania na macho, tam w ogóle niewiele się pewnie zajmowano tymi chłopcami, oni musieli sami nauczyć się rozumieć emocje własne i innych, aby zaadaptować się do trudnych warunków. Dlatego ja bym uzupełniła oba programy – u dziewczynek oprócz przyuczania do bycia matką, kobietą, dodałabym też element samorealizacji, wygrywania, osiągania sukcesu poza życiem rodzinnym. A program chłopców do bycia zwycięzcą warto wzbogacić o bycie dobrym człowiekiem, partnerem, w przyszłości kochającym ojcem.

A jak to jest z wyrażaniem złości u dziewczynek i chłopców? Bo chyba w przypadku chłopców jest większe przyzwolenie na to, by okazywali ją w sposób jawny, a od dziewczynek wymaga się raczej jej tłumienia. To są właśnie te obszary, gdzie bardzo niekorzystne jest rozróżnianie płci. Bo czy to chłopiec, czy dziewczynka, od początku warto uczyć konstruktywnych form rozładowywania złości. Taka kobieta będzie tłumić całe życie swoją złość, a potem trafi jej się mąż alkoholik i po którejś awanturze weźmie nóż i wbije mu w plecy. Bo po tylu latach tłumienia złości po prostu nie będzie w stanie nad sobą zapanować. Chłopcy mają większe przyzwolenie na wyrażanie złości, nawet poprzez agresję, bo to są chłopcy, „chłopcy tak mają”. A to nieprawda. Nie możemy na to przyzwalać. Zresztą w tej chwili dziewczynki w wieku gimnazjalnym są często bardziej agresywne niż chłopcy. Na szczęście powstaje coraz więcej inicjatyw uczenia dzieci rozumienia swoich emocji i rozładowywania ich w sposób niezagrażający sobie i innym.

Aczkolwiek chyba zdrowsze jest pójście w takie fizyczne rozładowanie złości niż w tłumienie? Tłumienie nie jest dobrą strategią, chociaż na temat rozładowywania złości są sprzeczne teorie. Zgodnie z klasyczną teorią „hydrauliczną” Freuda, gdy złość się kumuluje, to potem musi eksplodować, tak jak hydrant, który gdzieś się przypchał, a potem wybucha fontanną wody. Ale są też badania pokazujące, że im bardziej agresywnie rozładowujemy złość, tym bardziej ona narasta. Czyli jeżeli jest to forma aktywna, typu bójka czy uderzanie w coś, to tym bardziej potem narasta w nas tendencja do złości i do tego, żeby ją w ten sposób rozładowywać. Ale nie jest też dobre kierowanie złości do środka, kumulowanie jej – badania prowadzone od lat, choćby przez zespół Jamesa Pennebakera, dowodzą, że jak kumulujemy złość w środku, to zaczynamy chorować, także fizycznie. Taką formą nierobiącą nikomu krzywdy jest mówienie, pisanie albo narysowanie tej złości. To może się wydawać śmieszne, ale weźmy kartkę, narysujmy tę złość, powiedzmy komuś o niej, a zauważymy, że emocje zaczną opadać.

Jako kobiety często słyszymy, że np. do trzydziestki powinnyśmy wyjść za mąż albo do 35. roku urodzić dziecko. Jak odróżnić własne potrzeby od tego, co nam narzuca otoczenie? Teraz kobiety coraz częściej słyszą też, że w ogóle nie powinny mieć dzieci albo że dobrze mieć je później. I to też jest forma programowania. Tak więc te narracje są dwie, ta bardziej tradycyjna, patriarchalna, że trzeba wyjść za mąż i mieć dzieci, ale coraz częściej też pojawia się narracja typu: „nie myśl teraz o rodzinie, myśl o sobie, realizuj się w pracy, na studiach, a urodzenie dziecka zostaw sobie na później”. Jako psycholog motywacyjny mogę powiedzieć, że odróżnienie tego, czy robimy coś dlatego, że tego chcemy, czy dlatego, że oczekują tego od nas inni, jest bardzo trudne. I nie dotyczy to tylko roli, jaką mamy pełnić jako kobiety, ale większości celów, jakie sobie stawiamy. Posłużę się przykładem dziecka, które jest zmuszane do gry na pianinie – na początku samo mówi: „Mamusiu, tak bym chciał grać na pianinie”, więc matka kupuje pianino i zapisuje je do szkoły muzycznej. Później okazuje się, że to granie wymaga godzin ćwiczeń, powoduje ból palców itp. I nagle staje się zewnętrznym celem – dziecko już nie chce tego robić, ale matka je zmusza. Mija parę lat, dziecko wraca do domu, przeżyło jakiś stres w szkole. Siada do pianina, zaczyna grać i nagle odkrywa, że granie go relaksuje i że dzięki niemu może rozładować swoje emocje. I znowu gra na pianinie staje się celem wewnętrznym. Granica między tym, czy coś jest zewnętrznym celem, czy wewnętrznym, jest bardzo cienka. Myślę, że akurat w przypadku decyzji o macierzyństwie kobiety rzadko ulegają wpływom otoczenia i że są mało podatne na to, żeby słuchać, co mówią im inni.

Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog SWPS, zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi.

  1. Psychologia

Ty jako dzieło sztuki. Jak zmieniały się kanony piękna?

Rzymski fresk ukazujący Wenus w muszli. Malowidło znajduje się na ścianie w “Domu Wenus w Muszli”. Budynek znajduje się w Pompejach i powstał w I wieku p.n.e. (Fot. Getty Images)
Rzymski fresk ukazujący Wenus w muszli. Malowidło znajduje się na ścianie w “Domu Wenus w Muszli”. Budynek znajduje się w Pompejach i powstał w I wieku p.n.e. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Czy ciało wyłamujące się z obowiązującego dziś kanonu piękna też może być piękne? Wystarczy spojrzeć na Wenus z Willendorfu i Wenus Botticellego… – W odróżnieniu od mody sztuka uwalnia nas od dążenia do ideału, bo udowadnia, że nie ma czegoś takiego jak ustandaryzowany wygląd i rozmiar – twierdzi historyczka sztuki Katarzyna Wąs.

Mam w domu reprodukcję „Damy z łasiczką” Leonarda da Vinci. Kiedy przyjrzałam się jej wczoraj, doszłam do wniosku, że choć jest pełna elegancji, to zważywszy na dzisiejsze standardy, ma zdecydowanie za wąskie usta i zbyt płaską klatkę piersiową. Potem przyjrzałam się „Narodzinom Wenus” Botticellego – jego Wenus jest proporcjonalna, ale też nie jest idealna. A mimo to obie są piękne. Czy piękno musi być idealne? Jest w nas głęboko zakorzenione pragnienie, by być idealnymi. To pragnienie podsyca współczesny świat mediów, propagując komputerowo obrobione zdjęcia i dyktując jeden obowiązujący rozmiar dla atrakcyjnej kobiety. W tym wszystkim nie ma miejsca na różnorodność. A przecież ustandaryzowane ciała nie istnieją – ktoś ma trochę więcej w biodrach, ktoś inny w talii, ktoś jest wysoki, ale grubokościsty, a ktoś inny niższy, ale bardzo drobny. Dla mnie rozmiar ciała nie ma wpływu na to, czy uważam kogoś za pięknego, ważne, by to ciało było zadbane i estetyczne. Świat mody, któremu w tej kwestii mam najwięcej do zarzucenia, jest jeszcze daleki od takiego myślenia.

Sztuka pełniła chyba kiedyś podobną rolę do tej, jaką dziś pełni moda – wyznaczała obowiązujący kanon kobiecej urody. Sztuka była czymś bardzo elitarnym, docierała więc do wąskiego grona odbiorców, które mogłoby ją traktować jako wzorzec. Wszechobecność zalewających nas z każdej strony wzorców w codziennym życiu jest dzisiaj dużo bardziej opresyjna. Media, a zwłaszcza telewizja oraz kolorowe magazyny pełne reklam, spowodowały, że zwłaszcza kobiece ciało postrzegane jest według kilku ustandaryzowanych kanonów. Jeśli nie mieścisz się w którymś z nich, to już się nie kwalifikujesz.

Celem sztuki było również pokazywanie ideału piękna, ale ten ideał był fasadą, za którą kryło się wiele znaczeń. Piękno symbolizowało piękno duszy, porządek, zwycięstwo harmonii nad chaosem. Kanon tego piękna zmieniał się w zależności od uwarunkowań historycznych.

Od czego zależał kanon? Od tego, jaką rolę miało pełnić ciało kobiety. Sięgając bardzo głęboko w historię sztuki, trafimy na Wenus z Willendorfu, pochodzącą z czasów prehistorycznych. Malutką kamienną rzeźbę, przedstawiającą kobietę, która nie wpisuje się w żaden znany nam kanon współczesny: ma krótkie nóżki, bardzo szerokie uda, jeszcze szersze biodra, wydatny brzuch i biust. Ta rzeźba pokazuje jednak to, co było najważniejsze dla ludzi w tamtych czasach – kobietę jako matkę, dającą początek życiu, czyli płodną, mogącą wykarmić swoje potomstwo. Zupełnie inny kanon prezentowały przedstawienia greckie i rzymskie – na przykład Wenus z Milo. Według ówczesnego kanonu ciało piękne było gładkie i wysportowane, co ciekawe, znacznie więcej uwagi poświęcano ciału męskiemu. Silne, nagie, atletyczne i proporcjonalne – było ideałem. Ciało prawie boskie, wyrażające doskonałość człowieka, wynikającą z pracy nad przymiotami ciała i duszy.

Było to ciało uwielbione i niczym nieskrępowane. Ale chyba nie na długo? Wraz z rozprzestrzenianiem się religii chrześcijańskiej w średniowieczu w Europie starożytny kult ciała odszedł na dalszy plan. Ciało stało się niechcianą, zbędną materią symbolizującą ułomność człowieka, więzienie duszy. Z czasem bardzo silnie rozwinął się kult maryjny, podkreślający czystość jej duszy. Przedstawiana była jako piękna, młoda i eteryczna, ale piękno jej ciała wynika z nieskalanego grzechem ducha. Najlepszym tego przykładem są tzw. Piękne Madonny, rzeźby z ok. 1400 roku ukazujące Matkę Boską jako niezwykle urodziwą kobietę w nienaturalnym wygięciu, ubraną w fantazyjnie upięte szaty. Trzeba przyznać, że sztuka średniowieczna tworzona w obrębie kultury dworskiej we Francji czy państwach niemieckich to był silnie narzucony ideał. Kobiety miały być szczupłe, o wysokich czołach i gładkiej, bladej skórze. W uzyskaniu takiego efektu – jeśli natura chciała inaczej – miały pomóc dziwaczne zabiegi, polegające na wyrywaniu sobie włosów nad czołem, żeby było wyższe, i wyskubywaniu brwi – niektóre te elementy zaskakująco przypominają dzisiejsze praktyki. Bardzo ciekawym zjawiskiem w chrześcijańskiej kulturze średniowiecza były praktyki ascetyczne polegające na umartwianiu ciała – ubieranie włosienicy, noszenie opasek z kolcami, biczowanie oraz praktyki tzw. świętej anoreksji, czyli doprowadzania postu do skrajności, np. odżywiania się jedynie eucharystią. Drastyczny post pozwalał nie tylko na odrzucenie ciała jako ziemskiego balastu, ale też wprowadzał w stan ekstaz i wizji. Eteryczność i delikatność miały świadczyć o wysokim uduchowieniu, ale też o słabości i bezbronności kobiety, w kontraście do męskiej siły.

Późniejsza sztuka na szczęście uwolniła nas od dążenia do anorektycznego ideału. Elementy wyglądu, których dziś się wstydzimy – jak cellulit, podwójny podbródek czy fałdki na brzuchu – zostały podniesione do rangi piękna. Pierwszym okresem uwolnienia kobiecego ciała w sztuce nowożytnej był barok. Kształty kobiet stały się pełne, a nawet rozbuchane, na co przykładem są ikoniczne już dzieła malarza Petera Rubensa. Sztuka odeszła od modelu szczuplutkiej, rachitycznej kobiety. Dużo skromniejsze są portrety z kręgu protestanckiego, w których podkreślano skromność i prostotę. W świeckiej sztuce obfitość oznaczała bogactwo, radość i zmysłowość.

Wiek XVIII drastycznie kończy francuska rewolucja przynosząca rozluźnienie, również widoczne w ubiorze. Początek XIX wieku i okres napoleoński to kobiecość romantyczna, zwiewna, delikatna. Sztuka sięga do antycznych wzorców greckich bogiń i rzymskich westalek. Natomiast kończy się obrazem kobiety wciśniętej w turniurę, wielki kapelusz i gorset zasad i obowiązków. Był to niewątpliwie wiek skrajności – początek walki o prawa kobiet, ale jednocześnie zamykania ich masowo w zakładach psychiatrycznych z powodu skłonności histerycznych.

W belle époque, czyli okresie przełomu wieków, sztuka poszukuje w kobiecie tajemnicy i łączności z naturą. Widać pierwsze zapowiedzi uwalniania się kobiecego ciała z opresji kostiumu i męskiej dominacji. Zmiana przyszła wraz z rozwojem mediów po II wojnie światowej. Chyba każdy z nas ma wryty w głowę portret idealnej żony z obrazka z lat 50., czekającej na męża z kolacją. Dziś w przedstawianiu ideału piękna sztukę zastąpiły reklamy i moda. Zwłaszcza ta ostatnia tworzy współczesny kanon piękna, często prowadzący do zaburzeń zdrowego trybu życia.

Na szczęście w dzisiejszych czasach oprócz reklam kosmetyków czy pokazów mody możemy oglądać też dzieła sztuki z ubiegłych epok i coraz bardziej odważną sztukę współczesną. Co dobrego robi ona dla kobiecego ciała? Po II wojnie światowej sztuka przestała być uniwersalnym i zdystansowanym komentarzem tego, co nas otacza, a stała się w wielu przypadkach bardzo zaangażowana i zyskała realny wpływ na rzeczywistość. Performens spowodował, że ciało artystów i artystek stało się żywym obiektem sztuki, rodzajem płótna, rzeźbą. Kobiety wreszcie przestały być jedynie „patrzone”, zaczęły być też tym, kto patrzy, czyli kto tworzy sztukę. Okazało się, że kobiece ciało w sztuce uprawianej przez mężczyzn jest znacznie bardziej wyidealizowane. Kobiety nie skupiają się na tym, jak ono ma wyglądać, ale co czuje i co mówi. A te, które skupiają się na wyglądzie, robią to w określonym celu.

Jedna z najsłynniejszych performerek, Marina Abramović przez wiele lat ze swoim partnerem Ulayem robiła projekty poruszające temat tożsamości, różnic płciowych, granic cielesności. Jednym z ciekawszych ich projektów był „Imponderabilia” z 1977 roku, podczas którego stali nago w wejściu do galerii, przodem do siebie. Między nimi było ok. 30 cm przestrzeni, a każda osoba, która wchodziła, musiała przecisnąć się między nimi, wybierając, do którego z nich ustawi się przodem. Okazało się, że kobietom łatwiej jest ustawić się przodem do mężczyzny, a mężczyznom do kobiety – tak jakby widok nagiego ciała osoby tej samej płci ich krępował.

Ekstremum eksperymentowania z własnym ciałem osiągnęła Orlan, artystka, która z własnego ciała uczyniła żywą rzeźbę poprzez serię operacji plastycznych, którym się regularnie poddaje, chcąc pokazać, pod jaką presją żyją dziś kobiety. Najświeższą ciekawostką jest też nurt selfie feminizmu, w Polsce reprezentuje go m.in. Zosia Krawiec, krytyczka sztuki. Dziewczyny, robiąc sobie zdjęcia, decydują o tym, jak reprezentowana jest ich erotyczność, na ile chcą się obnażyć nie tylko cieleśnie, ale przede wszystkim emocjonalnie. W ten sposób chcą podkreślić, że są świadome swojej seksualności i swojego ciała, a nie tylko postrzegane jako seksualne obiekty przez mężczyzn. Niezależnie od kontekstu są to jednak rozerotyzowane akty, ich działania spotykają się więc często z falą krytyki.

Innym przykładem jest para performerek: Eva & Adele. Wyglądają praktycznie tak samo, ubierają się identycznie, przy czym bajecznie kolorowo, i podróżują po całym świecie jako żywe dzieło sztuki. Jedna z nich, Eva, była wcześniej mężczyzną, dlatego w swoim performansie podkreślają, że tworzą sztukę ponad podziałami na płeć. To tylko kilka przykładów artystek, które swoim ciałem i pracą starają się walczyć ze stereotypem kobiety skromnej i uległej.

Sztuka współczesna nie zna i nie stosuje żadnych kanonów, jest bardzo bogata w swojej różnorodności. Dlatego osoby, które czują, że nie pasują do pewnych środowisk, często zyskują akceptację i odnajdują siebie właśnie w środowisku artystycznym, bo jest otwarte i tolerancyjne.

Sądzisz, że to dobry pomysł, by brać przykład z Evy i Adele i traktować siebie jako dzieło sztuki? Pewnie. Tylko czy te wszystkie dziewczyny, które poświęcają półtorej godziny dziennie na makijaż i stylizację, nie traktują siebie właśnie jak dzieło sztuki, obiekt, nad którym się pracuje? Ale podoba mi się myśl, by – jeśli uważasz, że twoje ciało jest nieidealne, niepasujące do jakiegoś wymyślonego wzorca atrakcyjności – sięgnąć do bogatych zbiorów sztuki. Gwarantuję, że każdy i każda odnajdzie w nich swoje ciało. Zarówno to szczupłe, jak i bardziej obfite, z nadwagą i pomarszczoną skórą, i to z ostrymi rysami twarzy czy jakimiś anomaliami. I zobaczy, że każde może być piękne, każde może być sztuką.

Katarzyna Wąs historyczka sztuki, kuratorka, prezeska Fundacji Zwierciadło, pełni opiekę kuratorską nad Jankilevitsch Collection

  1. Kultura

Obraz "Tak" Agaty Bogackiej - najdrożej sprzedana praca artystki

"Tak", obraz Agaty Bogackiej. ( Fot. Desa Unicum / Paweł Bobrowski)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Słynny obraz Agaty Bogackiej został sprzedany na aukcji Desy "Sztuka Współczesna. Nowe Pokolenie po 1989" za 100 000 zł. To najdrożej sprzedana praca tej artystki.

Obraz Agaty Bogackiej nosi tytuł "Tak", przedstawia ni mniej ni więcej siusiającą kobietę. Sportretowanie tak intymnej sytuacji wzbudzało od lat wiele kontrowersji. Praca bowiem nie jest nowa, pochodzi z 2003 roku i była po raz pierwszy pokazana na wystawie "Ja krwawię" w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie.

Obraz został wystawiony na aukcji "Sztuka Współczesna. Nowe Pokolenie po 1989" obok prac takich artystów jak Piotr Uklański, Norman Leto, Radek Szlaga, Marcin Maciejowski, czy Maurycy Gomulicki. Wobec jednak licznych kontrowersji wobec pracy Bogackiej, które można było czytać choćby w komentarzach na Instagramie pod postem Desy Unicum zapowiadającym aukcję, to ona miała być hitem. I tak też się stało. Obraz "Tak" został wylicytowany za kwotę ponad 100 000 złotych, czyli dwukrotnie większą niż przewidywano.

Agata Bogacka to jedna z najbardziej znanych polskich artystek. Ma bardzo charakterystyczny, rozpoznawalny na pierwszy rzut oka, styl. Jak czytamy w katalogu aukcyjnym Desy Unicum "kompozycje Bogackiej zbudowane są przy pomocy wyraźnego konturu oraz płaskiej plamy barwnej. Artystka redukuje wszelkie detale, postać czyni schematyczną, jakby wyciętą z szablonu, umieszczając ją w pustych przestrzeniach". Znawcy sztuki określają twórczość Agaty Bogackiej jako rodzaju egzystencjonalnego autoportretu, zapisu intymnych stanów samotności.

Agata Bogacka brała udział w wielu wystawach indywidualnych i grupowych w Polsce i zagranicą. Jej prace znajdują się w wielu kolekcjach prywatnych oraz państwowych instytucji, takich jak CSW Zamek Ujazdowski, Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki, Fundacja Sztuki Polskiej ING, Bank Austria Creditanstalt. Mieszka i pracuje w Warszawie.

  1. Kultura

Warsaw Gallery Weekend - zobacz, jak wygląda nowa polska sztuka

Late Night Music, Jan Porczyński, 2020, gwasz. Warsaw Gallery Weekend. (Fot. materiały prasowe)
Late Night Music, Jan Porczyński, 2020, gwasz. Warsaw Gallery Weekend. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
To już dziesiąty Warsaw Gallery Weekend. Jubileuszowa edycja przeglądu nowej sztuki odbędzie się w dniach 1-4 października. Weźmie w nim udział 29 galerii z Warszawy, Łodzi, Poznania, Gliwic i Katowic.

To już dziesiąty Warsaw Gallery Weekend. Jubileuszowa edycja przeglądu nowej sztuki odbędzie się w dniach 1-4 października. Weźmie w nim udział 29 galerii z Warszawy, Łodzi, Poznania, Gliwic i Katowic.

Jak co roku galerie specjalizujące się w sztuce współczesnej zapraszają na weekend wernisaży. Tegoroczna edycja Warsaw Gallery Weekend potrwa aż cztery dni, tak aby - w związku z ograniczeniami wynikającymi z pandemii koronawirusa - zapewnić większy komfort i bezpieczeństwo zwiedzania.

W tym roku w Warsaw Gallery Weekend weźmie udział 29 galerii: Biuro Wystaw, BWA Warszawa, Dawid Radziszewski, ESTA, Fundacja Galerii Foksal, Fundacja Profile, Galeria m², HOS gallery, Instytut Fotografii Fort, Jednostka, Le Guern, LETO, lokal_30, Monopol, Naga, Olszewski Gallery, Piktogram, Pola Magnetyczne, Polana Institute, Propaganda, Raster, Rodriguez, Serce Człowieka, Stereo, Szara, Szydłowski, WY, Wizytująca, Wschód.

Program tegorocznej edycji powinien ucieszyć miłośników fotografii - wiele prac, które będzie można oglądać w galeriach bazuje na tym medium.

Katarzyna Górna Chłopies #1, 2019-2020, fotografia analogowa, montaż cyfrowy, dzięki uprzejmości artystki i Biura Wystaw / Fundacji Polskiej Sztuki Nowoczesnej Katarzyna Górna Chłopies #1, 2019-2020, fotografia analogowa, montaż cyfrowy, dzięki uprzejmości artystki i Biura Wystaw / Fundacji Polskiej Sztuki Nowoczesnej

Jednym z ciekawszych punktów programu jest wystawa prac wiodących polskich fotografek: Weroniki Gęsickiej - laureatki wielu nagród, w tym Paszportu Polityki za rok 2019 w kategorii Sztuki Wizualne, i Magdy Hueckel - artystki wizualnej, fotografki teatralnej, scenografki i podróżniczki. Ich najnowsze dokonania będzie można oglądać w Galerii Jednostka na warszawskim Muranowie. „Cliffhanger” to prace z najnowszych projektów Weroniki Gęsickiej – „Holiday”, „Cocoon” i „Smash”. Powstają na bazie archiwalnych fotografii z banków zdjęć. Są próbą uchwycenia napięć i lęków, z którymi musimy się obecnie zmierzyć. Doniesienia o kolejnych zagrożeniach dotyczących przyszłości powodują, że zaczynamy przeczuwać koniec rzeczywistości, jaką znamy. Na sielankowych obrazach, które budują znaczną część naszego uprzywilejowanego świata, zaczynają pojawiać się rysy.

Weronika Gęsicka, Smash. (Fot. materiały prasowe) Weronika Gęsicka, Smash. (Fot. materiały prasowe)

Z kolei Magda Hueckel zaprezentuje cykl, który powstał na kanwie książki “Żenszczina” (transkrypcja rosyjskiego słowa ‘kobieta’), którą Magda Hueckel znalazła na targu staroci w Tbilisi. Autorem oryginału „Das Weib in der Natur- und Völkerkunde” wydanego w 1885 był Hermann Heinrich Ploss – antropolog i ginekolog, twórca współczesnej pediatrii i ginekologii. Ta książka to swoiste kompendium wiedzy, ukazujące kobiety z całego świata. Analizie poddane są różne aspekty; począwszy od anatomii, poprzez fizjologię, seksualność, pozycję społeczną, a skończywszy na roli kulturowej i obowiązujących tradycjach. Książka została dwunastokrotnie przedrukowana w różnych językach i uzupełniona o liczne ilustracje. Mimo, iż opracowanie ma charakter naukowy i swojego czasu było uznane za postępowe, dziś jego dziewiętnastowieczna narracja budzi niepokój. Rola kobiety sprowadzona jest przede wszystkim do funkcji prokreacyjnych. Analiza kobiecej cielesności przeplata się z wątkami o charakterze społeczno-kulturowym, omawiającymi tradycje, zabobony, zwyczaje. Książka przesycona jest brutalnymi ilustracjami m.in. praktyk medycznych, patologii oraz przemocowych zwyczajów (palenie na stosie, stygmatyzacja wdów, obrzezanie, skaryfikacja, obcinanie piersi i palców). Najbardziej dotkliwy jest jednak fakt, iż wiele z opisanych zwyczajów i stereotypów przetrwało do dzisiaj.

Magda Hueckel, zafascynowana archiwalnymi obrazami, dokonuje ich dekonstrukcji. Puste strony książki zapełnia obrazami poddanymi manipulacjom. Tworzy własną – trzynastą – groteskową edycję publikacji.

Magda Hueckel, praca z cyklu 'Żenszczina'. (Fot. materiały prasowe) Magda Hueckel, praca z cyklu \"Żenszczina\". (Fot. materiały prasowe)

Oprócz uroczystych wernisaży i możliwości zwiedzania wystaw, będzie można wziąć udział w spotkaniach z artystami. Szczegóły wydarzeń znajdziecie na stronie www.warsawgalleryweekend.pl

  1. Psychologia

Kochać żonatego

Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Nie można się przytulić w miejscach publicznych. Czasem wręcz nie można się przyznać do znajomości. Nie można do niego zadzwonić, gdy ma się stłuczkę, bo on i tak nie przyjedzie na pomoc.

Są kobiety, które nie chcą się angażować w bliskie relacje i twierdzą, że bycie kochanką jest dla nich rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują pragnienie posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn już będących mężami innych kobiet. Czy mają szansę na powodzenie – odpowiada psychoterapeuta Tomasz Srebnicki.

Kobieta poznaje mężczyznę, chciałaby sobie ułożyć życie, ale okazuje się, że on jest żonaty. I co ona ma zrobić? Zostawić żonatego i poszukać takiego, który jest wolny. Oczywiście, każda kobieta (jak i każdy mężczyzna) ma w sobie potencjał do zostania kochanką (kochankiem), takie przypadki się zdarzają: w delegacji, na imprezie, po alkoholu, z kolegą ze szkoły… Ale jeśli się zdarzyło, to rozumiem, że nie trwa długo. Owszem, poniosły mnie emocje, ale teraz widzę, co się dzieje, i kończę tę relację. Zrównoważony pod względem samooceny, wyborów moralnych, odpowiedzialności za siebie i za drugą osobę człowiek nie wszedłby w relację długotrwałego, przynoszącego cierpienie wielu stronom romansu. A relacja z żonatym mężczyzną taka będzie.

Przeczytałam na jednym z forów: „Ja tylko walczę o swoje szczęście, gdyby żona spełniała wszystkie jego potrzeby, to on nie musiałby szukać gdzie indziej”. To, o czym pani czyta na forach, jest próbą radzenia sobie z łamaniem tabu. Ponieważ w naszej kulturze bez względu na to, jak nowocześni jesteśmy, posiadanie kochanki czy kochanka jest tabu. Osoba, która wchodzi w trójkąt, zagraża istnieniu rodziny. Najłatwiejszym sposobem poradzenia sobie z tym dyskomfortem jest przekierowanie odpowiedzialności za całą sytuację na drugą kobietę, żonę. Dla niektórych kobiet kochanek źródłem satysfakcji i przyjemności może być również to, że w konkurencji o samca one są ważniejsze.

Potrzebują usprawiedliwienia, żeby nie czuć się złą osobą? Jeśli komuś zależy przede wszystkim na byciu dobrym, to nie wchodzi w bycie kochanką!

Bo kochanka zawsze nosi piętno? Bo narusza równowagę społeczną. Jeśli żyjemy w kulturze, która wprawdzie dopuszcza posiadanie kochanki, ale nie wynegocjowała wzorca, że można ją posiadać, to na to piętno bycia kochanką kobieta się sama skazuje.

Wydaje się, że wiele kobiet nie ma poczucia sprawczości. Często słyszę: „Tak wyszło”. Jakby zostały wrzucone w tę sytuację. Ja bym to wiązał z kulturowym wzorcem uwodzenia: to mężczyzna uwodzi, a kobieta się poddaje. On inicjuje grę, której ona ulega. To oznacza, że kobieta jest mało odpowiedzialna za to, że wchodzi w relację. Jest uwodzona i w sposób bezwolny się w coś angażuje. Ten sam mechanizm jest widoczny w nawiązywaniu romansów, z wyjątkiem pań cynicznych, które z góry zakładają romans jako wygodną dla siebie strategię. Ta bezradność rodzi potem kolejne problemy.

Jakiego rodzaju? Właśnie takie, że kochanki żyją z piętnem albo tkwią w poczuciu bezradności, czują się jak w klinczu, nie wiedzą, co mają dalej zrobić. Warto wiedzieć, że mężczyzna nie bierze sobie kochanki po to, żeby z nią być. A to oznacza, że ona naraża się na życie w długotrwałej sytuacji niejasności, niedopowiedzeń, różnych skomplikowanych gier podjazdowych, które z reguły do niczego poza rozpaczą nie prowadzą.

Mówi pan, że mężczyzna nie bierze kochanki po to, żeby z nią być. To po co bierze? Po pierwsze, żeby się dowartościować. Po drugie, bo ma przekonanie: „Moje potrzeby są najważniejsze, inni służą tylko do realizacji tego planu”. Biorę sobie kochankę, twierdząc, że to najbezpieczniejszy sposób na seks, szczególnie jeśli kochanka jest w małżeństwie, bo będzie uważać, dochowa tajemnicy, będzie też łatwiej się rozstać, gdy już nie będzie potrzebna. Trzecia przyczyna wiąże się z unikaniem bliskości. Na przykład mężczyzna uważa, że jego żona jest zbyt wymagająca, a nie potrafi się temu przeciwstawić, więc znajduje kochankę, która będzie służyła rozładowaniu napięcia między nim a żoną. Kochankę, która niczego od niego nie oczekuje albo tylko sprawia takie wrażenie. I dzięki temu on nie będzie musiał swojego problemu w małżeństwie rozwiązywać. Żona wprawdzie dalej wymaga, ale dzięki temu, że kochanka niczego nie chce, on nie musi konfrontować się z faktem, że ma kłopot w małżeństwie. Będzie się złościł na żonę, skarżył kochance, ale dalej nie tknie problemu. I to są często kochanki (i kochankowie) współpracujący. Czyli jakby zaangażowani w relację małżeńską, rozmawiają o tych problemach, są przyjacielscy, wspierający, co, oczywiście, do niczego nie prowadzi. Czwartym powodem jest chęć rozstania się z aktualną partnerką/żoną. Nie umiem inaczej – biorę sobie kochankę. Co ciekawe – po tym można poznać tę strategię, w jakiś dziwny sposób żona nagle dowiaduje się jakoś o kochance i…  musi dojść do rozwiązania. No i ostatni powód posiadania kochanków, który znam z pracy z pacjentami, to potrzeba większych wrażeń. Są tzw. szczęśliwe pary, które długo funkcjonują z zaangażowaniem, intymnością, natomiast z prostym problemem seksualnym, np. niezgraniem seksualnym lub większymi potrzebami jednej ze stron. I wtedy te kochanki służą dostarczaniu sobie różnego poziomu satysfakcji, często tylko seksualnej.

W tym wypadku mielibyśmy raczej do czynienia z przygodami, a nie długotrwałymi romansami? W dodatku z jasno zwerbalizowanym kontraktem, że tak powiem, na seks. I tu pewnie większego kłopotu by nie było. Najgorzej mają te kochanki, gdzie jest albo problem z bliskością, albo potrzeba wyjścia z relacji poprzez kochankę.

Dlaczego one mają najgorzej? Bo jeżeli się w to angażują, to najprawdopodobniej mają jakiś swój poważniejszy deficyt. I będą doświadczały cierpienia.

Czy przybywa kochanek? Nie znam badań, natomiast intuicja mi mówi, że rzeczywiście jest więcej relacji pozamałżeńskich. To nie wynika z kryzysów małżeństwa, rodziny, tylko z większego przyzwolenia na strategię radzenia sobie z problemami pt. „nie rozwiązuję, tylko szukam uników”. Jest jeszcze problem promowania braku jakichkolwiek ograniczeń.

Nie przekonuje nas zasada: Nie da się zbudować szczęścia na cudzym nieszczęściu? Ja generalnie nie wierzę w to powiedzenie, bo się z nim głęboko nie zgadzam. Raczej powiedziałbym, że nie da się zbudować szczęścia na swoim nieszczęściu. Bo zostawanie kochanką to jest własne nieszczęście i na tym faktycznie z reguły się nie da zbudować szczęścia.

A na czym polega to „własne nieszczęście”? Bez względu na to, jak bardzo ta kochanka czuje się adorowana przez cudzego męża, warto się zastanowić, jak bardzo już na wstępie naraża się na unieważniające doświadczenia: nie spędzi z nim wigilii ani świąt; po 18 on musi być z żoną, bo ona się wścieka, gdy go nie ma; pół godziny po seksie on wstaje, bo musi wracać do domu.

Dokładnie – jakie są zaczątki tego związku? To unieszczęśliwianie siebie.

Jakie jeszcze koszty ponosi kochanka? Kosztem generalnym jest nieszczęście wszystkich. I kochanka, i kochanki, żony czy męża, dzieci. Kosztem jest zdrowie psychiczne, a jeśli u kobiety istnieje podatność, to problemy z nastrojem, depresją, z odżywianiem itd. Nie wprost, ale jako efekt zupełnie niepotrzebnego wystawiania się na działanie różnych stresorów. Dalej – banalne narażanie się na odkrycie tej zdrady, co podobno powinno niektórych podniecać, ale z reguły nie podnieca. No i wreszcie ogromna samotność.

Kiedyś dochodziłoby jeszcze niebezpieczeństwo powicia bękarta. Teraz już chyba ta figura nie funkcjonuje, ale w ogóle urodzenie dziecka z mężczyzną, który ma inną rodzinę, to jest narażanie tego dziecka na samotność i odrzucenie. Z tym łączy się łamanie tabu: żeby nie następował rozpad społeczeństwa, będzie ono dążyło do przywrócenia równowagi. Dobrze, że zaczęliśmy tolerować dzieci pochodzące z nieprawego łoża, bo to jest jednak zjawisko teraz dość częste, natomiast rodzi się pytanie: Po co się na to narażać? Choć to pytanie powinno być czynnikiem poprzedzającym wejście w całą historię: „Czy warto?”.

Chyba na początku nie myśli się o konsekwencjach. Może wszystko przesłaniają jakieś nadzieje? Na co może liczyć singielka, wchodząc w relację z zajętym mężczyzną? Pewnie różnie kobiety by odpowiedziały, ale na przykład podświadomie na to, że tego związku nie będzie. Coś w rodzaju samospełniającej się przepowiedni: „I tak mnie nikt nie pokocha, mnie nie może się udać”. Taka relacja miałaby służyć do potwierdzenia takiego sposobu myślenia.

Czy bycie kochanką zawsze źle się kończy? Niektóre badania mówią, że raptem 3 proc. mężczyzn zostawia swoje żony i wiąże się z kochankami. Czyli za dobre zakończenie przyjmujemy, że kochankowie zostają małżeństwem?

Znam kilka historii, które właśnie tak się skończyły. Ja bym tego końcem nie nazwał. Może być tak, że kochanek i kochanka, czyli nowa para, która powstała na skutek rozwodu, są dojrzałymi, rozsądnymi ludźmi i potrafią sobie wytłumaczyć, dlaczego w taki sposób weszli w relację i mogą na zrozumieniu tego budować związek. Może tak być, choć to wymaga cholernie dużo pracy.

Czyli nie mogli się inaczej rozstać z pierwszymi partnerami? Są też prostsze motywacje: mąż nie chce dziecka, a kobieta tak, znajduje więc kochanka, który też chce mieć dziecko, a z kolei jego żona nie ma takich planów. I znowu mamy tu trudny początek, ale to jest do przepracowania. Najważniejsze, że nie ma włączania się w trójkąty. To etap wychodzenia ze starej relacji i wchodzenia w nową.

Mam wrażenie, że takich rozwiązań historii z kochankami jest mniej niż nieszczęśliwych romansów, bolesnego tkwienia w nierozwiązywanej latami sytuacji niedopowiedzenia. Cudzołóstwo zawsze było grzechem. I nie chodzi o religię i o grzech moralny, tylko że człowiek potem ponosi dramatyczne konsekwencje tego typu zachowań.

Co można by podpowiedzieć kobiecie, która weszła – z różnych względów – w relację z żonatym mężczyzną? Może wierzyła w jego obietnice, może sama sobie zbudowała iluzję, że ten cudzy mąż stanie się kiedyś własnym, ale on się nie staje, sytuacja się przeciąga, cierpienie się pogłębia… Żeby wyszła z tej relacji.

A jeśli nie ma siły? Nie wierzy, że to możliwe, cierpi i nie umie tego przerwać. Powiedziałbym tak: „Rozumiem, że cierpienie, którego doświadczasz teraz, jest cierpieniem mniej zagrażającym niż to, którego myślisz, że doznałabyś, rozstając się z tą osobą”. I tu jest już kwestia podjęcia decyzji. Czy chcesz dalej cierpieć, czy chcesz coś zrobić ze swoim życiem?

Czy mogą pomóc rozmowy z koleżankami albo psychoterapeutą? Rozmowy z koleżankami z reguły pokazują, jakie koleżanki mają fantazje albo jak by chciały sobie poradzić ze swoimi mężami. Lepiej zwrócić się do mądrych, dojrzałych kobiet, pozytywnie nastawionych do tej naszej kochanki. Babcia może się okazać lepsza niż koleżanki. Natomiast terapeuta może pomóc w określeniu, dlaczego kobieta znalazła się w takiej relacji, czego się boi w wyjściu z niej. I zdecydować, czy mam dosyć, czy chcę w tym być. Bo kobieta może mieć potrzebę tkwienia w chorym, niszczącym ją układzie. Chce tylko zminimalizować cierpienie z tym związane, na przykład lepiej sobie radzić, gdy kochanek wyjeżdża z żoną na narty. Teraz to strasznie przeżywa, a chciałaby, żeby ją to mniej ruszało.

I może się okazać, że wcale nie chcę niczego zmieniać? Że pasuje mi rola tej drugiej, że ja właśnie chcę dostawać jakieś emocjonalne resztki? Tak. Co więcej, może się okazać, że to, że mówię, że jestem nieszczęśliwa, bardzo cierpię, jest też pewnym sposobem na życie. I jest to sposób dość wygodny.

Tomasz Srebnicki, doktor nauk medycznych, psycholog, psychoterapeuta, asystent na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej.