1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Pasja a kryzys na rynku pracy

Pasja a kryzys na rynku pracy

Czy dzisiaj, kiedy o pracę jest tak trudno, kiedy kryzys dotknął pracodawców, a w konsekwencji pracowników – szukanie pracy zgodnej z pasją i zainteresowaniami ma sens?

Wydawałoby się, że nie. Wszystkie znaki na rynku pracy mówią nam dzisiaj, że jeśli mamy pracę – to jej się trzymajmy. Kryzys w Polsce i na świecie, niepewność jutra, dług publiczny, brak pracy dla absolwentów – wszystko to nie rokuje zbyt dobrych perspektyw dla tych, którzy się po nim poruszają. Coraz więcej wokół opinii mówiących o tym, że skoro mamy już jakąś pracę, to nie wychylajmy się, nie zmieniajmy zbyt pochopnie, nie szukajmy dziury w całym. Cieszmy się z tego, co mamy. Bierzmy, co dają.

Czy to oznacza, że w kryzysie nie ma miejsca na pracę z pasją? Na pracę marzeń? Czy w ciężkich czasach gospodarczych nie powinniśmy rozważać zmiany pracy tylko dlatego, że obecna nie czyni nas szczęśliwymi i spełnionymi?

Przykład jednej z użytkowniczek portalu Zwierciadlo.pl pokazuje, że szukanie pracy, w której spełniamy się osobiście i zawodowo, jest ważne i możliwe bez względu na koniunkturę. Zdecydowała się ona na radykalną zmianę: zrezygnowała z monotonnej i rutynowej pracy biurowo – administracyjnej i stałej posady na rzecz dość ryzykownego ruchu – pracy w sektorze kultury, najchętniej w galerii malarstwa. Nie wiedziała, jak to zrobić, jak się do tego zabrać i od czego zacząć. Wiedziała jedynie, że chce, że to jej pasja, to jej zainteresowania i cel zawodowy na dziś. Przemyślała dokładnie otrzymaną na portalu poradę i podjęła konkretne działania. Po kilku miesiącach poszukiwań znalazła miesięczny staż w galerii. Choć bezpłatny, to zdecydowała się na niego bez wahania, bo był tym, czego szukała od dłuższego czasu i na co nigdy nie miała dość odwagi. Staż otworzył przed nią możliwość stałej, wymarzonej pracy.

Można zarzucić jej niefrasobliwość i brak zapobiegliwości. Można jej zarzucić rozrzutność finansową i nieodpowiedzialność. Ale czy możemy jej zarzucić brak odwagi? Czy jednak nie pozazdrościmy jej tego, że rzuciła wszystko na jedną szalę i wbrew koniunkturze, trendom i opiniom odważyła się znaleźć pracę zgodną z jej marzeniami i zainteresowaniami? Czy w długim okresie jednak nie jest podwójnie wygraną, choćby z powodu uniknięcia wielu kolejnych lat spędzonych w pracy, która nie przynosi jej minimum zadowolenia, spełnienia i satysfakcji, a głównie frustrację, zmęczenie i wypalenie?

Dla każdego z nas odpowiedzi na te pytania będą inne i będą miały inną wagę. Dla niektórych ważniejsze jest bezpieczeństwo finansowe i pewność zatrudnienia, a gadanie o pasji i zainteresowaniach to fanaberie. Dla innych z kolei ważniejsza będzie satysfakcja zawodowa i osobista, płynąca z faktu, że praca jest zgodna z naszym profilem osobowym. Będą też tacy, w których przypadku praca równoznaczna będzie z pasją, spełnieniem, i z satysfakcją finansową. I właśnie dlatego każdy z nas powinien sobie odpowiedzieć na nie samodzielnie.

Jeśli ktoś uzna, że chce i ma możliwość (bo z powodu różnych zależności i różnych ról, jakie pełnimy w życiu, nie zawsze taka możliwość istnieje) podjęcia pracy zgodnej z osobistym profilem i zainteresowaniami, to choćby na podstawie opisanego powyżej przykładu powinien wierzyć, że tak się może stać. I to bez względu na sytuację ekonomiczną i społeczną. Wtedy na pomoc przychodzi nie tylko wspomniana wyżej wiara, ale sama pasja, która motywuje nas do działania. Wiara i pasja jednak może nie wystarczyć w zmierzeniu się z wyzwaniami, dlatego też w takich przypadkach warto się posiłkować dodatkowo kreatywnością, znajomością branży, kontaktami, a nawet brawurą.

Kreatywność przyda się w poszukiwaniach źródeł i miejsc takiej pracy. Ogłoszenie w prasie czy Internecie już dawno bowiem przestało być jedyną drogą do znalezienia pracy. Obecnie przyda się niekonwencjonalne i nietypowe podejście do poszukiwania zatrudnienia. Przyda się też do tego znajomość branży – im lepiej poznamy mechanizmy rządzące daną branżą, tym lepiej będziemy wiedzieli, gdzie uderzyć, do kogo się zgłosić, w jaki sposób się zaprezentować. W przypadku naszej czytelniczki jednym z takich sposobów była prezentacja pomysłów i rozwiązań dla danej instytucji kultury. Bez znajomości zasad jej funkcjonowania, wyzwań, z jakimi się obecnie mierzy – sposobu tego nie dałoby się sprawnie i skutecznie przeprowadzić.

Kolejna pomoc to baza kontaktów – i nie musi to być osobista baza znajomych i przyjaciół. Tu skorzystać możemy przede wszystkim z bogactwa kontaktów i relacji, jakie daje nam każda sieć społecznościowa w Internecie. Wystarczy wyszukać osoby według odpowiednich słów kluczy i odpowiednio zaprezentować swoją ofertę lub zadać odpowiednie pytanie.

Wreszcie brawura w rozumieniu odwagi, niekonwencjonalności w podejściu, fantazji w sposobie prezentacji swojej oferty i osoby. Spece od marketingu potwierdzą żelazną zasadę „wyróżnij się albo zgiń”. Niestety, czy nam się to podoba, czy nie, zasada ta często funkcjonuje również na rynku pracy. Tym bardziej można postawić na brak schematu prezentując siebie wobec nowego pracodawcy.

To są elementy, które można uwzględnić i wykorzystać przy szukaniu pracy marzeń, pracy z pasją. Bez względu na kryzys i jego zakres – pracy takiej warto szukać. Może się bowiem okazać, że długofalowe koszty pracy bez pasji przewyższą krótkoterminowe koszty kryzysu.

Więcej informacji na temat rozwoju kariery na:

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Żeglarz, nasza miłość

Od lewej: Dagmara, Patrycja i Urszula. Trzy pokolenia kobiet, które mają wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Fot. Bartosz Bańka/ Agencja Gazeta)
Od lewej: Dagmara, Patrycja i Urszula. Trzy pokolenia kobiet, które mają wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Fot. Bartosz Bańka/ Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Babcia, mama i córka. Dawniej musiały się mierzyć z szaleństwem kaset wideo i multipleksów, dzisiaj stawiają czoła platformom streamingowym i pandemii. – Ja co roku chcę zamknąć kino, bo to się nie opłaca. To jest idiotyzm, fanaberia nasza. A na wiosnę i tak znowu je otwieramy – mówi Urszula „Babinex” Blindow, najstarsza z właścicielek kina Żeglarz. Jedynego, jakie zostało na Półwyspie Helskim.

Za ekranem kina przy ulicy Portowej znajduje się tajemne „przejście do Narnii”, czyli do małego mieszkanka właścicielek – babci „Babinex” Urszuli, mamy Dagmary i córki Patrycji. Kiedy rozmawiamy, towarzyszy nam ścieżka dźwiękowa filmu „Sokół z masłem orzechowym”, ponieważ za ścianą odbywa się akurat seans. Repertuar w kinie jest codziennie inaczej ustawiony: co godzinę można zobaczyć inny film. – Nie możemy wstawić jednego tytułu na wyłączność – mówi Dagmara. – Raz grałam cały weekend „Shreka” i widzowie do tej pory mi to wypominają. Ale to był wówczas warunek dystrybutora. Ci dystrybutorzy, którzy współpracują z nami od lat, znają specyfikę miejsca i wiedzą, że ludzie przyjeżdżają na kilka dni, czasem tylko na weekend i nie chcą codziennie oglądać tego samego.

W prezencie

Bogdan Blindow – bo od niego ta przygoda się zaczęła – w roku 1966 został kierownikiem Powiatowego Zespołu Kin w Wejherowie. A kiedy zlikwidowano powiaty, odpowiadał za kino Świt. – Jak Dagusia była dzieckiem, zajmowałam się tam wszystkim: sprzedawałam bilety, układałam razem z Bogdanem repertuar, sprzątałam, byłam bileterką, zajmowałam się papierologią – mówi „Babinex” Urszula. Dagmara, wychowana w Świcie, znała każdy jego odgłos. – Siadałam w ciągu dnia na pustej widowni i potrafiłam powiedzieć, kto, gdzie i co robi – wspomina. Latem rodzina Blindowów wyjeżdżała do zaprzyjaźnionych kin w kraju, przy których były pokoje gościnne dla pracowników. Tak po raz pierwszy trafili do Jastarni. Dagmara: – Jak przyjechaliśmy tu w 1986 roku, tak już zostaliśmy, bośmy się wszyscy w tym miejscu zakochali. W czasach małej prywatyzacji oddawano kina w ajencje i dzierżawy. W roku 1991 Bogdan Blindow, w tajemnicy przed rodziną, podpisał umowę na prowadzenie Żeglarza. Urszula: – Musiało mu być ciężko utrzymać to w tajemnicy, bo on był straszny gaduła, wszystko zawsze wygadał. A wtedy tylko zabrał mnie do samochodu i ani słowa. Skręcamy już na półwysep, pytam go: „Gdzie my jedziemy?”. A on: „Nie mogę ci jeszcze powiedzieć”. Ale jak już byliśmy blisko, nie wytrzymał: „Załatwiłem ci kino w Jastarni!”. To był taki prezent dla mnie. Bardzo się cieszyłam, skakałam w samochodzie, krzyczałam, klaskałam. Jechał z nami nasz kinooperator Henio, który był głuchoniemy. On już wiedział, więc jak się odwróciłam, cieszył się razem ze mną. Od tej pory cała rodzina prowadziła Świt w Wejherowie i sezonowo Żeglarza w Jastarni. Na Półwyspie Helskim działały wówczas jeszcze trzy inne kina: Wicher Hel, Albatros Władysławowo i Mewa Puck. Dziś z tej czwórki został tylko Żeglarz. Już po śmierci ojca Dagmara w roku 1997 przejęła dzierżawę, a chwilę później Żeglarza wykupiła. To kino prywatne, sezonowe, prowadzone przez trzy pasjonatki.

Patrycja: 'To jest nasze życie, skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i paliło, nie poddamy się'. (Fot. Bartosz Bańka/Agencja Gazeta) Patrycja: "To jest nasze życie, skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i paliło, nie poddamy się". (Fot. Bartosz Bańka/Agencja Gazeta)

Dagmara: Powitanie z Afryką

Niektóre filmy widziałam tak wiele razy, że znam je prawie na pamięć. Cytatami z „Seksmisji” przerzucaliśmy się z ojcem przy porannej jajecznicy. W filmie „Pluton”, po 22 projekcjach, jestem w stanie wyłapać wpadki, na przykład najpierw koszulka jest porwana, w następnym ujęciu cała. Pewnych wrażeń i scen filmowych nie da się przenieść z kina na mały ekran. Kadr z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, kiedy auto z rozświetlonymi reflektorami przejeżdża przez całą szerokość ekranu, nie robi już takiego wrażenia w telewizorze. Podobnie jest z moim ukochanym filmem „Pożegnanie z Afryką”. Oglądając go w kinie, za każdym razem czuję powiew gorącego afrykańskiego powietrza, które wprost wylewa się z ekranu. W telewizji tego nie ma, a lecące po niebie różowe flamingi są tylko jedną wielką plamą. Na moje 50. urodziny Patunia zorganizowała mi przyjęcie niespodziankę, a goście złożyli się na prezent: bilet do Kenii. Jak się wreszcie skończy pandemia, spełnię swoje największe filmowe marzenie i odwiedzę dom Karen Blixen.

Przesłuchanie za "Przesłuchanie"

Latem przez kino Żeglarz przewijają się ludzie z całego kraju oraz goście z zagranicy. Przychodzą nie tylko na filmy, lecz także na organizowane tu imprezy, koncerty i wernisaże. Nie brakuje znanych nazwisk. To, co wydaje się tak przyjemne i towarzysko atrakcyjne, nie przynosi jednak dochodów. Na turystów na tyłach kina czekają więc sezonowe domki i pokoje na wynajem, które dają finansową podporę właścicielkom. Przez lata, aby utrzymać kino, Dagmara jeździła do pracy do Holandii: – Pracowałam przy produkcji sałatek, przy kwiatach, mięsie, pakowałam PlayStation. Byłam w tylu miastach i robiłam tyle rzeczy, że nie zliczę, i wszystko, co zarobiłam, szło na edukację Patrycji i na rachunki w kinie. Walka o utrzymanie Żeglarza wydaje się w tej rodzinie priorytetem, bo utratę kina już znają i wspominają z bólem. Był początek XXI wieku, w Gdyni pojawiły się multipleksy, widzowie zaczęli odchodzić z małych kin. – To było najgorsze doświadczenie w moim życiu. Czułam się przez wiele lat, jakby ktoś mi złamał życie, kompletnie nie mogłam się odnaleźć – wspomina Dagmara. – W kinie Świt w Wejherowie zaczynaliśmy, spędziłam w nim całe życie, jego zamknięcie przypłaciłam depresją. Siadałam wtedy sama na sali i kazałam sobie puszczać filmy, wyłącznie po to, żeby ludzie przechodzący obok słyszeli, że kino żyje. I żeby nie oszaleć. – Od tamtej chwili minęło ze 20 lat, a ja nadal nie mogę chodzić po ulicy, na której stoi ten budynek i marnieje – dodaje Urszula. – Do tego stopnia jest to obciążające. O innym traumatycznym „filmowym” doświadczeniu swojej babci opowiada Patrycja Blindow, choć wydarzyło się ono na wiele lat przed jej narodzinami i zna je tylko z opowieści. – Babcia rzadko o tym mówi, bo nie cierpi tego wspominać. Dziadek był działaczem Solidarności, więc był pod większą obserwacją. Kiedyś znaleziono u niego w kinie taśmę VHS, czyli nawet nie taką do dystrybucji, z filmem „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. Został zatrzymany, były naloty w domu, babcia była przesłuchiwana. Jedyne, co pamięta, oprócz strachu, to lampę wycelowaną prosto w oczy.

Urszula: serce kina

Mam coś takiego, że nawet jeśli film nie jest wybitny, mądry czy chwytający za serce, to i tak go oglądam, żeby podziwiać kraj­obrazy lub podpatrywać zachowania ludzi, bo wiem, że w wielu miejscach na świecie nie będę. Dlatego nawet w najgorszym filmie potrafię sobie znaleźć coś, co mnie zaciekawi. Zawsze kochałam kino, jeszcze zanim poznałam Bogdana. Gdy studiowałam prawo, chodziłam do DKF-u. Lubiłam tę ciemność, to zapadanie się w fotelu, kiedy człowiek odcina się od wszystkiego i wchodzi w inny świat. W domu można oglądać film na kanapie nawet na największym telewizorze, ale to nie to samo: bo po herbatę się idzie do kuchni, bo ktoś zadzwoni, ktoś przyjdzie. A tu człowiek jest wyizolowany z realnego świata. Ostatnio taką magię poczułam na „Zimnej wojnie”. Wyszłyśmy z kina i nie rozmawiałyśmy ze sobą, tak byłyśmy zaczarowane. A ja w szczególności, bo poczułam wtedy to serce kina.

Babcie takich rzeczy nie robią

Codziennie o 21.15 przez 68 dni w czasie trwającego wiosną lockdownu w mediach społecznościowych pojawiało się zdjęcie zagadka. Był to zainscenizowany przez panie Blindow kadr z filmu, którego tytuł należało odgadnąć. Kalambury kinowe na czas #ZostańwDomu przyniosły kinu Żeglarz sławę i rzesze nowych fanów. Zagadki nie były łatwe, kadry – nieoczywiste. Wymyśliła je Patrycja jako formę promocji kina, choć nikt nie miał pewności, czy otworzy się ono latem. – Patrycja wybierała kadry z filmów i reżyserowała, ja byłam stroną techniczną: rekwizyty, makijaż, zestaw policjanta z kiosku Ruchu za dziesięć złotych albo maseczka z drogerii – opowiada Dagmara. – Długi czas nie zdawałyśmy sobie sprawy, jakim echem to się rozniesie. Pierwszy był „Ojciec chrzestny”, obśmiałyśmy się jak norki!
W czasie wiosennego lockdownu w mediach społecznościowych codziennie pojawiał się nowy kalambur. Internauci zgadywali, za bohaterów których słynnych filmów są wystylizowane Urszula, Dagmara i Patrycja.
 

Na większości zdjęć główną rolę gra Urszula Blindow: ucharakteryzowana na Śmierć z „Siódmej pieczęci” Bergmana, na E.T., American Psycho, Mistrza Yodę czy… Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. (Fot. archiwum kina Żeglarz) Na większości zdjęć główną rolę gra Urszula Blindow: ucharakteryzowana na Śmierć z „Siódmej pieczęci” Bergmana, na E.T., American Psycho, Mistrza Yodę czy… Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. (Fot. archiwum kina Żeglarz)

– Babinex wszystko dla mnie zrobi – mówi Patrycja – więc wiedziałam, że się zgodzi na kalambury, że to tylko kwestia czasu. Pod koniec doszłyśmy do takiej wprawy, że robiłyśmy zdjęcia w dziesięć minut, razem z przebiórką. Dagmara: – Mama czasami mówiła: „Ja już mam tego dosyć, jestem zmęczona”, a na drugi dzień wstawała i pytała: „No to co dzisiaj gram?”. Nasza główna gwiazda! Urszula: – No bo ja się tam najbardziej wygłupiałam! Normalne babcie takich rzeczy nie robią na pewno. Latem do kina Żeglarz przyjechał jeden z najbardziej aktywnych uczestników kalamburów z pretensjami, że to się tak z dnia na dzień skończyło, i z prezentem – muzyką z filmu „Łowca androidów” na winylu. Podobno do Jastarni przyjeżdża się i serce zostawia na zawsze albo nie wraca nigdy więcej. Wydaje się, że najbardziej zakochana w tym miejscu jest Patrycja, przy wymyślaniu kalamburów dopiero się rozgrzewała. Jej plany na rozwój i modernizację kina Żeglarz obejmują najbliższe dziesięć lat, a marzenia to budowa w Jastarni „imperium kultury”. Na pewno jest do tego merytorycznie przygotowana: skończyła prawo, dziennikarstwo i medioznawstwo oraz dwa kierunki podyplomowe – management kultury i prawo autorskie. – Patrycja po maturze miała trip po Europie – wspomina Urszula. – Dostałam od niej kartkę z Lizbony: „Babciu, Lizbona jest przepiękna, ale najpiękniejsza jest Jastarnia”. My jesteśmy zakochane w Jastarni, ale ona jest uzależniona od tego miejsca. Tutaj jest najlepiej, i nikt jej nie przekona, że jest inaczej.

Patrycja: rząd 1, miejsce 6

Pierwszy film, który pamiętam z kina, to był „Titanic”. Oglądałam go w warszawskiej Skarpie. Miałam może cztery lata, siedziałam u Dagusi na kolanach. Dziewczyny na zmianę czytały mi napisy, a bileterki robiły zakłady, że nie wytrzymam do końca seansu. Ale wytrzymałam. W Żeglarzu potrafiłam jako dziecko siedzieć w pierwszym rzędzie na szóstym miejscu nawet osiem godzin z rzędu, wychodząc tylko na picie i do łazienki. Dziewczyny pozwalały mi oglądać większość filmów, oprócz „Hannibala”. Mam tylko jedno traumatyczne wspomnienie z sali kinowej, film „Babe – świnka z klasą”. Byłam kilkuletnim dzieckiem i gdzieś w dwudziestej minucie seansu wpadłam między oparcie a siedzisko fotela. Stałam już tak do końca filmu, bo byłam nauczona, że jestem „z kina” i nie mogę przeszkadzać w trakcie projekcji. Jednym z najważniejszych filmów jest dla mnie „Za wszelką cenę” Eastwooda. Na takie filmy mówimy „ciężarówa”, bo nie jest to łatwa rzecz. Obejrzałam go, mając 11 lat, kiedy ostro trenowałam karate. Tak mnie ten film zdeterminował, że nie mogłam się doczekać kolejnego treningu. Jestem pokoleniem lat 90., więc na kreowanie mojego systemu wartości ogromny wpływ miały bajki. Niektóre cytaty, okraszone mądrościami wychowujących mnie dziewczyn, stanowią do tej pory podstawę moich zasad moralnych: „Ohana znaczy rodzina, a w rodzinie nikogo się nie odtrąca ani nie porzuca” z bajki „Lilo i Stich” albo „Miarą prawdziwego bohatera nie jest siła mięśni, ale siła serca” z „Herkulesa”.

Życie, skarb, pamiątka

W kinie Żeglarz panuje niepisany podział obowiązków oraz preferencji filmowych. Patrycja przegląda box office i wyłapuje dobre tytuły. Babinex lubi kino rosyjskie i koreańskie, ogólnie – niszowe, żeby nie powiedzieć „niszę niszy”. Dagmara jako wielbicielka kina hollywoodzkiego wybiera filmy, które są blisko tej estetyki. – W zeszłym roku bez zająknięcia powiedziałam: „Green Book” to jest to! – opowiada. – Ludzie przyjeżdżają, żeby odpocząć, i chcą też trochę lżejszego kina. – Tak wybrałaś i to był czarny koń w zeszłym roku – dodaje Urszula. Ich Fundacja Kina Żeglarz powstała dla pozyskiwania funduszy na trzy najważniejsze cele: zmodernizować, scyfryzować, działać przez cały rok. Kino nie ma ogrzewania, stąd unoszący się zapach wilgoci. Fotele są stare, a sprzęt do projekcji znacznie ogranicza możliwości repertuarowe. – Wielcy dystrybutorzy nie chcą z nami współpracować, bo nie mamy specjalnego sprzętu DCP – tłumaczy Urszula. – Jest on tak drogi, że pewnie jeszcze Patrycji wnuki musiałyby go spłacać.

– Wierzę w to, że sezon się rozciąga i nie trwa tylko od 1 lipca do 31 sierpnia – mówi Patrycja. – Ludzie zaczynają przyjeżdżać na weekendy nawet zimą, żeby przejść się pustą plażą. A nie ma nic lepszego niż po takim spacerze przyjść do kina na dobry film i pyszną kawę.

Trzy pokolenia kobiet, które, jak mówią, „mają bzika”, mają też wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Patrycji, która zajmuje się obecnie nie tylko strategią rozwoju, lecz także akceptacją ulotek, pieczątek, plakatowaniem i organizacją imprez, udało się przekonać mamę i babcię, że z wad trzeba robić zalety. – Przy pandemii Żeglarz może mimo wszystko wyjść na zero, co nie stawia nas już na szarym końcu w rankingu innych kin – tłumaczy. – Mówili: „Zamknijcie to, sprzedajcie, tutaj fotele skrzypią i podłoga się rusza, po co wam to?” – uśmiecha się Urszula Blindow. – Ale jak już przetrwałyśmy tyle, i te VHS-y, i te internety, Netflixy i pandemię, to już teraz chyba przetrwamy wszystko. Z czego żyjemy? Z miłości do kina i mojej emerytury. Patrycja: – Nie wyobrażam sobie zamknięcia kina. To jest nasze życie, nasz skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i trzeba było do kina tysiące dopłacać, a w sumie już jesteśmy po tym etapie, nie zamkniemy go. „Babinex”: – Patrycja jest teraz dyrekcją. Wczoraj napisała nam SMS-a: „Ale bez was nic nie znaczę, musicie dotrwać do 159 lat”. A ja się zastanawiam, czemu nie do 160?! 

  1. Styl Życia

Kobiety kobietom – projektantka Maja Kotala i jej projekt "Szyjemy razem"

Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi
Była modelka, projektantka i stylistka Maja Kotala kilka lat temu udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi "Sewing Together" – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznesu. (Fot. materiały prasowe)
Projektantka Maja Kotala zawsze szła za głosem intuicji. A ta kilka lat temu podpowiedziała jej, by udała się do Kenii. Dziś – dzięki programowi „Sewing Together” – pomaga tamtejszym dziewczynom w zdobyciu zawodu i założeniu własnego biznes.

Byłaś modelką, projektantką, stylistką, reprezentowałaś marki modowe na światowym rynku. Podróżowałaś i często się przeprowadzałaś. Jednak zdecydowałaś się osiąść w Afryce i zająć się pomocą tamtejszym kobietom. Skąd pomysł na taką działalność?
Zawsze na swojej drodze spotykałam niesamowitych ludzi. Swego czasu bardzo pomógł mi Nicholas Huxley – dyrektor szkoły projektowania mody w Sydney. Dał mi szansę, bo zauważył we mnie talent. Dzięki niemu mogłam studiować w Australii. Zdałam sobie sprawę, ile miałam szczęścia w życiu, i odczułam potrzebę, żeby się tym szczęściem podzielić. Wiedziałam, że chcę działać w obszarze dobroczynności, ale też miałam świadomość swoich ograniczeń – domów raczej nie wybuduję, studni nie poszukam... Za to mam doświadczenie w branży modowej i tą wiedzą mogłam się podzielić. Tak powstał program „Sewing Together”, którego celem jest nauka projektowania, szycia i prowadzenia biznesu dla kobiet w Afryce Wschodniej. W 2018 roku wyjechałam do Ugandy, znalazłam odpowiednie miejsce, rok później byłam w Nairobi, ale to Mombasa skradła moje serce i tu z moim projektem zostałam.

Dlaczego wybrałaś Afrykę?
Bardzo ufam swojej intuicji. Czasami przez to wpadam w tarapaty, bo szybciej robię niż myślę, ale zwykle się sprawdza. Kiedy sobie wymarzyłam Australię, to po prostu zaraz po maturze tam wyjechałam. Poczułam, że to jest mi w tym momencie pisane. Do Afryki nie planowałam jechać jako turystka, chciałam czegoś silniejszego i bardziej prawdziwego. Znalazłam tu moje powołanie, czyli pracę charytatywną. W Kenii odnalazłam spełnienie i poczułam się prawdziwą sobą.

Jak działa „Sewing Together”?
Naszym celem jest pomoc kobietom przez naukę zawodu. Uczymy szycia, projektowania, tworzenia szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Dlatego kładziemy nacisk na media społecznościowe, fotografię. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi, pójść za głosem serca, a niekoniecznie odgrywać role narzucone im społecznie. Staram się zaszczepić w nich wiarę i nadzieję w to, że samemu można wiele zdziałać. Można być dobrą matką i żoną, ale też można pracować i się rozwijać.

Kim są twoje kursantki? To głównie młode dziewczyny?
Mają między 19 a 25 lat. Nie jesteśmy szkołą w formalnym tego słowa znaczeniu, ale pozwalamy im zdobyć zawód i nie pobieramy za to opłat. Trzeba zaznaczyć, że w Kenii edukacja jest płatna, więc nie jest dostępna dla wszystkich. Dlatego tak ważne są wszelkie wspierające nas inicjatywy, kooperacje, nasz internetowy sklep charytatywny.

Nawiązałaś też współpracę z polskimi markami. Na czym ona polega?
Współpracujemy z różnymi markami i na różne sposoby. Z eCarla wygląda to tak, że procent ze sprzedaży produktu jest przekazywany na rozwój naszej szkoły. Dla Many Mornings oprócz akcji sprzedażowej stworzyliśmy też kampanię wizerunkową ukazującą piękno kenijskich kobiet. Drugą formą współpracy są działania z Nago, KOKOworld i Pan tu nie stał. Te marki wspierają nas ścinkami ekologicznych materiałów, a my przez kilka godzin w tygodniu szyjemy podpaski wielorazowego użytku, które potem rozdajemy w szkołach. Dla nas istotna jest nie tylko nauka szycia, ale i tego, że warto się dzielić z innymi. Trzecia forma to bezpośrednia współpraca z ludźmi.

– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)– Uczymy szycia, projektowania, szablonów krawieckich, ale też sprzedaży, podstaw biznesu, prezentowania produktów. Wszystko, co pozwoli dziewczynom być w przyszłości niezależnymi – mówi Maja Kotala. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś usłyszałam, że pomagać mogą tylko bogaci, ale się z tym nie zgadzam, pomagać może każdy. Jakiś czas temu z Agnieszką Lisikiewicz zorganizowałyśmy inicjatywę „Oddaj piórnik”. Zaapelowałyśmy do polskich mam, żeby podzieliły się przyborami szkolnymi, których tutaj w wielu wioskach brakuje. Miało to bardzo duży i pozytywny oddźwięk w całej Polsce, aż ciężko było te wszystkie dary przetransportować do Kenii. Nawet mały gest ma znaczenie. Jest też druga twarz tych akcji. Poruszamy ważne kwestie społeczne – razem z Nago podjęłyśmy temat miesiączki, który nadal jest tabu, a dotyczy połowy ludzkości. Z kolei akcja z KOKOworld miała pokazać, że wszystkie jesteśmy piękne. Zrobiłyśmy zdjęcia różnym kobietom: Hinduskom, Kenijkom.

Kto może przystąpić do programu „Sewing Together”?
Każda dziewczyna z pasją. Mamy tu na miejscu trochę wybuchową mieszankę, bo w Kenii bardzo ważna jest przynależność plemienna, a nasze kursantki reprezentują różne plemiona. Mają różne temperamenty, różne dominujące cechy, ale uczymy się współpracować.

Była u nas Mariam, młoda matka, którą odrzuciła rodzina, bo zaszła w ciążę przed ślubem. Przyszła, by nauczyć się zawodu i zapewnić sobie i dziecku lepszą przyszłość. Albo Gladys – jej rodzice chcą, by skończyła studia hotelarskie, ale ona tak naprawdę chciałaby szyć, więc wróci, gdy tylko je skończy, na razie była z nami podczas wakacji. Saida – bardzo utalentowana uczennica wyznania muzułmańskiego. Rodzice zabronili jej wyższej edukacji, zatrzymała się na etapie naszego dawnego gimnazjum, więc teraz kształci się u nas. Mamy nadzieję, że niebawem będzie mogła zarabiać swoje pierwsze pieniądze.

Czy można już mówić o jakichś sukcesach?
Sukcesem są nie tylko powstałe kolekcje, ale też to, że udaje nam się działać razem mimo przeciwności. Plan był taki, że miałam na przełomie marca i kwietnia wracać do Polski i przywieźć naszą kolekcję, ale ze względu na pandemię stało się to niemożliwe, więc postanowiłyśmy działać lokalnie. Podjęłyśmy współpracę z miejscowymi restauracjami, w których zorganizowałyśmy tymczasowe punkty sprzedaży typu pop-up shop. To pierwszy krok, żeby zaistnieć na modowym kenijskim rynku i spełnić nasze marzenia. Tych marzeń mamy bardzo dużo, jednak doceniamy wszystko to, co już wspólnie wypracowałyśmy.

Czyli zmieniłyście plan, ale dalej działacie.
Afryka nauczyła mnie właśnie tego, żeby nie poddawać się negatywnym emocjom. W Polsce często się narzeka, właściwie na wszystko, tu w ogóle to zjawisko nie istnieje. Ludzie mają świadomość, że są w trudnej sytuacji, ale nawet w kryzysie, zamiast biadolić, od razu szuka się rozwiązań. Tu nie wybiega się za bardzo w przyszłość. Ten styl myślenia w połączeniu z moją kreatywnością i europejską organizacją powoduje, że bardzo szybko możemy zareagować na różne problemy. Co nie oznacza, że zawsze jest łatwo... Mimo to tutejsza energia sprawia, że chce mi się działać.

Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)Kupując koszulkę na stronie www.mkotala.com, kupujesz tydzień nauki w szkole Sewing Together. (Fot. archiwum prywatne)

A jak my w Polsce możemy się włączyć w tę akcję? Czy możemy jakoś wspomóc tę ideę?
Zachęcamy do zakupów w naszym internetowym sklepie – mamy kolekcję damską, męską, dziecięcą, sporo lokalnych akcesoriów, biżuterii. Działamy w duchu zrównoważonego rozwoju. Nasze kolekcje powstają z ekologicznych materiałów, produkowanych lokalnie albo z recyklingu. Nowa letnia kolekcja powstała głównie z prześcieradeł, które dziewczyny same farbowały. Dajemy rzeczom drugie życie – tutaj w Kenii to bardzo popularna idea.

Wciąż używasz liczby mnogiej. W twoim projekcie najważniejsza jest chyba ta idea działania razem, czyli właśnie „together”?
Tak! To w grupie jest siła. Poza tym w grupie też jesteśmy w stanie się wiele od siebie nawzajem nauczyć. Nie wiem wszystkiego. Jestem otwarta, ja też wiele się od dziewczyn uczę.

Jakie macie plany na najbliższy czas? Choć oczywiście wiem, jak trudno teraz planować...
Chciałabym rozwijać naszą pracownię. Kupić trzy maszyny, żeby dziewczyny mogły przejść na wyższy poziom, bo na razie mamy tylko jedną maszynę podłączoną do prądu. W przyszłości planuję też pomóc Judy Gitonga – kobiecie, która jest dla mnie ogromnym wsparciem. Miała kiedyś swoją markę, ale z powodu pandemii musiała ją zamknąć. Wypożyczyła nam jednak sprzęt i dziś dziewczyny na nim się uczą. Naszym marzeniem jest, żeby w przyszłości Judy stworzyła miejsca pracy dla dziewczyn. Ja bym kontynuowała działalność dobroczynną, a Judy zajęłaby się stroną biznesową. Jesteśmy również otwarte na kolejne współprace, bo chcemy, żeby o projekcie usłyszało jak najwięcej osób. No i mamy nadzieję, że nasza kolekcja dobrze sprzeda się w Polsce.

Maja Kotala, ukończyła Fashion Design Studio, TAFE Ultimo w Sydney. W 2018 roku stworzyła program edukacyjny „Sewing Together”. W 2020 został otwarty jego pierwszy stacjonarny oddział w Mombasie, czyli Szkoła im. MKotala. Wykształciła już 8 dziewczyn, kolejne 6 jest w trakcie nauki. Ich kolekcje można kupić na stronie www.mkotala.com w zakładce Charity Shop.

  1. Styl Życia

„Otwórz się w lesie” – Kolonie dla Dorosłych powracają

Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez
Czy tamte czasy obozów i kolonii naprawdę minęły bezpowrotnie? Jeśli tęsknisz za atmosferą kolonijnych wyjazdów, potrzebujesz nowych relacji, brakuje ci interakcji z ludźmi – przemyśl wyjazd na kilkudniową Kolonię dla Dorosłych. Tutaj nie zaznasz dziecięcych rozterek. – To taki powrót do dzieciństwa. Jest jednak duży luz. Ludzie sami budują tę atmosferę i zasady funkcjonowania. Nic nie jest na sztywno – podkreśla Karolina Śmigiel ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Zaczęło się w 2019 roku... i tak się wszystkim spodobało, że czas na powtórkę. Po pandemicznej przerwie Kolonie dla Dorosłych znowu się odbędą.

- Jeśli jesteś w trakcie życiowych zmian, w kieszeni nosisz pytanie Jak żyć na tym świecie? albo po prostu poszukujesz chwili na refleksję i odpoczynek - zabierz swoje wewnętrzne dziecko i przyjedź do nas! – mówi Diana Gaik, jedna z organizatorek ze Stowarzyszenia Dziki Bez.

Projekt organizowany przez Stowarzyszenie Filmowe Dziki Bez to nie tylko czas na relaks na łonie natury, czy wymianę myśli. To również ciekawe warsztaty (z porozumienia opartego na empatii, z tworzenia bliskich relacji, czy… stolarskie warsztaty z troski o siebie), ćwiczenia, rozmowy o książkach, praca z ciałem (joga, Body Thinking) a także gry, dzięki którym można dowiedzieć się czegoś więcej o sobie. Kto prowadzi zajęcia? - Mamy sznyt filozoficzny (wykładowców, studentów), artystów, psycholożki, trenerów, choć dalecy jesteśmy od tradycyjnego treningu, czy coachingu. Bardziej chodzi o poszerzanie swoich horyzontów, zadawanie pytań – opowiada Karolina Śmigiel. – W tym roku warsztaty i ćwiczenia mają być połączeniem refleksji z pracami manualnymi (np. warsztaty z haftowania powiązane ze snuciem opowieści, mówieniem o sobie).

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Głównym akcentem Kolonii będą różnorodne relacje. I tak jak dwa lata temu hasłem przewodnim było „Zamknij się w lesie” to w tym roku przyszedł „czas na otwarcie”. Tym bardziej, że wyjazd jest okazją do zawarcia nowych, ciekawych przyjaźni i nie tylko… Jak zaznacza Diana Gaik: Wiemy, że relacje, które się tam zaczęły, trwają. W tym roku znów puścimy w ruch listy i liściki. Poczta Kolonijna to najważniejszy punkt programu!

Na czym polega jej urok? – Polega na tym, że ludzie piszą sobie liściki. Każdy dostaje na wstępie taką skrzynkę ze swoim zdjęciem i tam wrzuca się innym różne karteczki, zaproszenia. Każdy znajduje ciepłe, miłe słowa. Skrzynki wiszą w świetlicy na ścianie. – wyjaśnia Karolina Śmigiel – To zbudowało dwa lata temu wspaniałą atmosferę na tych koloniach. Potem poczta funkcjonowała dalej. Ludzie wysyłali sobie prawdziwe listy. Część z nich kontynuuje zawarte relacje: przyjacielskie, miłosne. Idea odręcznego pisania bardzo się sprawdziła.

Jakie ludzie mają wspomnienia z zeszłych wakacji? – Cudowne. Mamy wielu uczestników sprzed dwóch lat. Niektórzy jeździli kiedyś w to miejsce na obozy harcerskie – mówi Karolina.

Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)Kolonie dla Dorosłych w 2019 r. (fot. materiały prasowe Stowarzyszenia Dziki Bez)

Letnicy i letniczki spędzą ten czas w Stanicy Harcerskiej Polewicz - 55 km od Warszawy, nad rzeką Wilgą (termin 19-22 sierpnia). Wyróżnikiem Kolonii jest prostota i minimalizm - nocować można niczym w harcerskim obozie - w drewnianych domkach lub pod namiotem. Kuchnia wegetariańska. Jak deklarują organizatorzy: „Dbamy o swoją ciekawość. Chętnie szukamy dziury w całym i rozmyślamy o fundamentalnych sprawach. Nawadniamy się z różnych źródełek: filozofii, psychologii, literatury. Trochę się potykamy. Przypominamy sobie, że nie musimy być doskonali. Wyciszamy szumy w swoich głowach. Wspólnie kontemplujemy samotność. Tulimy swoje zmartwienia. Minimalizujemy scrollowanie ekranów. Myślimy ciałem i słuchamy muzyki z sosnami. Pozwalamy sobie na robienie niepotrzebnych rzeczy.”

Idea kolonii dla dorosłych powoli rozkwita. Może nie w tak oryginalnym wydaniu, ale ogłoszenia już się pojawiają. – Zaczęliśmy dwa lata temu i wtedy byliśmy jedyni – wspomina Karolina. Niektórzy organizatorzy proponują dorosłym wspólne wyjazdy z dziećmi, z rodziną, jednak Stowarzyszenie ma inne podejście – Chcemy, żeby to była taka własna przestrzeń, czas tylko dla siebie. Warto pomyśleć o takim prezencie, sprawionym tylko sobie.

  1. Styl Życia

Repair café, adopcja słoni i ekolektury – ekologiczne ciekawostki miesiąca

Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Co słychać na świecie pod kątem ekologii? Oto nasz wybór ekologicznych ciekawostek miesiąca.

E-mail od burmistrza

Jak przekonać ludzi, by zredukowali mięso w diecie? Pomysły są różne. Na przykład burmistrz Nowego Jorku wysłał do mieszkańców miasta e-maile. Można w nich przeczytać, że jedzenie mniejszej ilości mięsa jest lepsze i dla każdego z nas, i dla planety. Są też konkretne wskazówki – opracowane z kampanią World Animal Protection – pokazujące, jak to zrobić w praktyce. Skąd pomysł? To część strategii OneNYC. Chodzi o walkę z kryzysem klimatycznym, a także poprawę zdrowia mieszkańców.

Sąsiedzkie naprawianie

O holenderskich repair café pisałam kilka miesięcy temu. Bo pomysł narodził się w Amsterdamie w 2009 roku. W kawiarenkach naprawczych spotykają się ludzie, którzy mają zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego, sportowy czy inny (także ubrania) – z tymi, którzy kochają majsterkować i, po sąsiedzku i z pasji, naprawiają. Pomysł z Holandii rozszerzył się niemal na cały świat. W 2010 roku powstała międzynarodowa fundacja Repair Café, która pomaga tworzyć takie miejsca. W Polsce pierwsze powstały w Pile, Warszawie i Katowicach. Ale teraz jest już cała sieć. Są i „ogólnonaprawcze”, i specjalistyczne. Na przykład Rowerowe Love w Bielsku-Białej czy Szkutnia Veolia w Chorzowie. Jeśli chcecie znaleźć tę najbliższą was, zajrzyjcie na kawiarenkinaprawcze.pl.

Słonie zagrożone

Wyobrażacie sobie, że wasze praprawnuki słonie będą znać tylko z obrazków w książeczkach? To niestety możliwe. Słonie wymierają. Wszystkie gatunki słoni: afrykański sawannowy, afrykański leśny i indyjski, 25 marca zostały wpisane do czerwonej księgi Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), w której wylicza się gatunki zagrożone. Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. W najgorszej sytuacji są afrykańskie słonie leśne – w ciągu ostatnich 90 lat ich populacja zmniejszyła się aż o 80 proc. Afrykańskich sawannowych – o 60 proc.

Słonie zabijane są przez kłusowników dla kłów i dla skóry, która stanowi składnik pseudo-medykamentów. Zmniejsza się też naturalna przestrzeń, w której żyją te zwierzęta – lasy i sawanny. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! – zachęca WWF. „Adopcyjny rodzic” dostaje certyfikat z imieniem własnym i podopiecznego. Drobiazg? Nie. Realna pomoc.

Ekolektury

Jak się kochają

Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)

To jest opowieść o miłości. Wśród ptaków. Napisana przez człowieka, który na ptakach zna się jak w Polsce mało kto – to doktor Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo. Zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego samce są piękniejsze od samic, dowiadujemy się też, dlaczego ptaki śpiewają, a kolejne rozdziały to opis obyczajów godowych poszczególnych gatunków. Są swojskie kukułki, wróble i bociany, a także rajskie ptaki czy dzioborożce. „To tylko próba uchylenia zasłony skrywającej naprawdę wielkie tajemnice, które czekają na swoich odkrywców – pisze autor. – Każdy uważny obserwator może we własnym ogrodzie czy pobliskim parku obalić istniejące teorie i sformułować nowe. Wystarczy patrzeć i rozumieć, co się widzi”. W zrozumieniu książka doktora Kruszewicza na pewno nam pomoże.

Korzenie i nasiona

Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Joergen posadził kasztanowiec na farmie w Iowa. Każdego 21. dnia miesiąca robił mu zdjęcie. Potem ten dziwny obowiązek przejął jego syn. Potem syn syna. Ma, który do amerykańskiej ziemi obiecanej przyjechał z Szanghaju, na podwórku domu w Wheaton w Illinois zasadził morwę. Leonard każdemu ze swoich dzieci, jeszcze przed ich narodzinami, wybierał drzewo. A te rosły razem z jego synami i córkami. Są Ray i Dorothy, dla których drzewa, przynajmniej na początku, nie znaczą nic. Jest Douglas, któremu figowiec w Tajlandii ratuje życie. A on spłaca dług.

Opowieści jest dziewięć. Każda nieskończona. Niedopowiedziana. Każda z drzewem w tle. A może w roli głównej? Wreszcie wszystkie te historie się splatają. Tworzą opowieść o Ziemi. O nas. O przyszłości i o katastrofie. Poruszające. Świetnie napisane.

Dzikie życie

Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

Matka Markusa zachorowała. Stwardnienie rozsiane. Patrzył, jak gaśnie. Nie umiał poradzić sobie z własnym cierpieniem – aż odkrył bieganie. To dało mu i zapomnienie, i szczęście. Aż przyszła kontuzja. Żeby poradzić sobie z kolejną klęską i pustką, Markus wyprowadził się do lasu, dzikiego lasu w szwedzkim regionie Jämtland. Spędził tam samotnie cztery lata. Ten czas go uratował. Pozwolił usłyszeć własne myśli. Pogodzić się z tym, co nieuniknione. Teraz ma dwa życia. W jednym jest mężem i ojcem. W gospodarstwie – też na łonie natury, ale z pralką, lodówką i ciepłym prysznicem. Jego drugie życie to nadal las. Do którego ucieka, z którym zapoznaje swoje córki. I nas. Ta książka to prosty przewodnik po „dzikim życiu”. Jak przygotować legowisko z gałęzi świerku, jak się ubrać, żeby zimą nie marzły stopy, jak ugotować na ognisku owsiankę. Piękne zdjęcia do książki zrobiła żona Markusa Frida. Warto.

  1. Styl Życia

Czy zabraknie nam wody?

My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
Odkręcasz kran… i nic. Sucho. To na razie, przynajmniej w Polsce, nam nie grozi, ale istotne jest sformułowanie „na razie”. Bo klimat się ociepla, a ilość słodkiej wody na kuli ziemskiej zmniejsza. Co możemy zrobić, żeby nie dopuścić do katastrofy? Warto o tym pomyśleć. 17 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Rozmawiamy z dr Jarosławem Suchożebrskim z Katedry Geografii Fizycznej Uniwersytetu Warszawskiego.

Co jakiś czas namawiają nas, żebyśmy pomagali budować studnie w Sudanie. I wiele osób się w to angażuje, wpłaca jakąś sumę – w poczuciu komfortu. Ratujemy Sudan, ale przecież nasze studnie nigdy nie wyschną, a w kranie zawsze będzie woda. Nawet jeśli jest susza, to przyjdzie deszcz, rzeki wzbiorą i będzie dobrze. Czy rzeczywiście będzie dobrze?
W tym roku mieliśmy sytuację wyjątkową, a właściwie taką, która powinna być normą. Czyli po długim okresie suchych wiosen wreszcie wiosna była mokra, więc na chwilę zażegnało to groźbę suszy. Ale już znowu zaczęło się robić sucho, opada poziom wody, zaraz znowu będzie problem.

Na czym właściwie polega ten problem? Przecież w końcu przyjdzie deszcz, żyjemy w takim klimacie, że deszcze u nas padają, częściej niż w Sudanie.
Problem polega na tym, że w naszym kraju pomimo mniej więcej stałej sumy opadu w ciągu roku, zmienia się ich rozkład w czasie i przestrzeni. Coraz częściej zdarza się tak, że mamy miesiąc czy dwa prawie bez deszczu i pojawia się problem suszy, a potem w ciągu kilku dni spadnie tyle opadu, ile powinno pojawić się w sumie w danym miesiącu. I nagle po suszy pojawiają się powodzie. A jeżeli mamy gwałtowne opady deszczu, to woda – głównie na obszarach miejskich, gdzie jest gęsta zabudowa, a podłoże jest uszczelnione – bardzo szybko spływa. Szybko spływająca woda nie zdąży wsiąknąć i zasilić wód podziemnych, czyli nie podniesie ich poziomu. A głównie właśnie z wód podziemnych korzystamy, by zaspokajać nasze potrzeby komunalne, szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Czyli nawet jeśli są opady, ale gwałtowne, to poziom wód podziemnych może cały czas opadać. To jedna sprawa. A druga – z roku na rok powtarzają się bezśnieżne zimy. To, co w dużej mierze zasila wody podziemne, to woda z topniejącego śniegu. Roztopy odgrywają bardzo dużą rolę w zapewnieniu odpowiedniej ilości wody w glebie na wiosnę, dla roślinności. Jeśli mamy bezśnieżną i bezdeszczową zimę, to te zasoby ulegają uszczupleniu i pojawia się problem suszy w rolnictwie.

I ma to związek ze zmianami klimatu, o których w ostatnim czasie dużo i głośno mówimy?
Tak, do tego dochodzi coraz wyższa średnia temperatura w ciągu roku. Chłodna wiosna w tym roku może być dla niektórych argumentem, że nic się nie dzieje, że żadnych zmian klimatu nie ma. Tylko pamiętajmy o tym, że mieliśmy bardzo ciepłą zimę. W kolejnych miesiącach średnia temperatura była wyższa niż w ciągu wielu lat. Chłodna i dość mokra wiosna nas uspokoiła, myślimy, że nie ma problemu, ale on jest. Narasta od wielu lat. Nawet jak się zdarzy rok czy dwa lata „normalne”, to nie załatwia sprawy, bo w skali kuli ziemskiej, ale też i naszego kraju, średnia temperatura rośnie.

A gdyby zabawił się pan w proroka: co nas czeka w najbliższym czasie?
Zawsze najtrudniej jest być prorokiem i to jeszcze wieszczącym nie najlepiej. Ale to, co można powiedzieć z dużą pewnością, tu hydrolodzy i klimatolodzy są zgodni: czeka nas nasilenie zjawisk ekstremalnych. Czyli burze z gwałtownymi opadami powodującymi powodzie, a potem długie okresy z suszą. Na to musimy być przygotowani i w miastach, i na wsi.

Ale możemy chyba liczyć na to, że w końcu wielkie mocarstwa się dogadają i wdrożą energiczny program naprawczy, żeby przeciwdziałać ocieplaniu się klimatu skuteczniej niż do tej pory?
Powiem szczerze, że ja tu jestem sceptykiem. Ta kula śnieżna już nabrała tempa, już się toczy i naprawdę trudno będzie ją teraz zatrzymać. Musiałoby to być jakieś rzeczywiście radykalne działanie, żeby zahamować wzrost średniej temperatury na kuli ziemskiej. Spójrzmy na to, co dzieje się z pokrywą lodową na morzach i oceanach. Lody Arktyki czy Grenlandii topią się coraz szybciej. Znikają lodowce górskie. To proces, który nabiera tempa i chyba nie da się go już powstrzymać. Raczej musimy się przyzwyczajać i adaptować do zmian klimatu. Bo ich nie zatrzymamy. Możemy co najwyżej próbować je spowalniać.

A co możemy zrobić my, zwykli ludzie, żeby w codziennym życiu jakoś ratować sytuację? Nauczyliśmy się już, żeby zakręcać kran podczas mycia zębów. Robimy to i często do tego sprowadza się nasza „pro-hydrologiczna” działalność.
To jest najprostsze i bardzo skuteczne! Oszczędzamy w ten sposób wodę słodką, a to z nią jest problem. My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej.

Która jest nam niezbędna do życia.
Tak, to prawda. Oszczędzanie wody to jedno. Drugie to próba magazynowania tej wody, czyli jej retencjonowania. Najprostszy zaś sposób na jej magazynowanie, to pozwolić wodzie swobodnie wsiąkać. Zawsze mówię – ze smutkiem – że Polacy są fanami kostki bauma. Wszystko jest nią wykładane albo zalewane asfaltem. Sami niejako w ten sposób napędzamy problem, bo pozwalamy, żeby woda szybko odpływała z naszego otoczenia. Nie chcemy, żeby nas zalewało. Ale w ten sposób przesuwamy jedynie problem gdzie indziej. Czyli nas nie zaleje, woda odpłynie do kanalizacji i kłopot będzie gdzieś dalej, zaleje sąsiadów.

Z drugiej strony każdy chce dojść do domu suchą nogą, nie po błocie.
Zgadza się, ale są rozwiązania pośrednie. Nie musimy całej działki wykładać kostką bauma. Dla mnie kompletna zgroza to budowane teraz te osiedla, które nazywam kurnikami – betonowa kostka wszędzie i trzy metry kwadratowe wybiegu gdzieś za domami. A potem ludzie na tym betonie ustawiają rośliny w donicach i to ich jedyna zieleń. Woda, która spadnie podczas deszczu, nie ma gdzie wsiąkać, odpływa więc po powierzchni, zalewa garaże, powoduje powstanie powodzi miejskich.
Czyli kolejna rzecz to rozszczelnianie tych zabetonowanych powierzchni – dla miast to najlepszy sposób na radzenie sobie nie tylko z powodziami, ale i z suszami. Bo jeśli uda nam się skierować wodę do gleby, do wód podziemnych, to rośliny będą dłużej miały z czego czerpać i w ten sposób łagodzimy skutki suszy.
No i pieśń przyszłości – recykling wody, czyli wykorzystanie wody zużytej. Przykład: większość wody w naszym gospodarstwie domowym zużywana jest w toalecie, pod prysznicem, do mycia naczyń i prania. Ale woda z pralki czy zmywarki, szczególnie z procesów płukania, mogłaby być wykorzystywana do spłukiwania toalety. Do tego celu nie potrzebujemy przecież wody o jakości wody pitnej. Tak się gdzieniegdzie już dzieje.

Gdzie?
To na razie rozwiązania drogie, więc stosunkowo rzadko stosowane.

Rozumiem, że to jest kierunek, którym będziemy iść w przyszłości?
Tak. Kolejny i dużo łatwiejszy sposób to gromadzenie i wykorzystywanie deszczówki. Ona też może być używana nie tylko do podlewania ogródków, ale też np. do spłukiwania toalet. Powinniśmy dążyć do tego, żeby tego typu rozwiązania stały się powszechne.

Woda jest nam niezbędna do życia. Teoretycznie wszyscy to wiemy. Nikt nie wyobraża sobie, żeby mogło jej zabraknąć – a to przecież całkiem realne. Nie chcę nikogo straszyć, ale warto mieć tego świadomość. Troszczmy się więc o wodę!