fbpx

Antoni Porowski – solidna dawka empatii

Antoni Porowski - solidna dawka empatii
Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że za uśmiech, który wysyłasz do innych, wraca do ciebie z ich strony kamień - mówi Antoni Porowski. (Fot. Getty Images)

To, że ktoś zwierza nam się ze swoich problemów, za każdym razem wywołuje u mnie wzruszenie i łzy – mówi gwiazda popularnego programu o metamorfozach „Porady różowej brygady” Antoni Porowski. Rozbrajająco szczery, wrażliwy, ale i waleczny. Obdarzony chłopięcym urokiem i talentem kulinarnym – potrafi równie skutecznie docierać do żołądków ludzi, jak i do ich serc.

Rozmawiamy po polsku czy po angielsku?
Mój ojciec nie wybaczyłby mi, gdybym w rozmowie z Polakiem nie zamienił chociaż kilku zdań w ojczystej mowie. Polski był moim pierwszym językiem, angielskiego nauczyłem się od kolegów na ulicy, a francuskiego – dopiero w podstawówce.

Kiedy skończyłem cztery lata, rozpocząłem naukę w polskiej szkole. Lekcje odbywały się w soboty po mszy, na której spotykały się wszystkie dzieci polskich imigrantów. Chodziłem tam przez osiem lat. Uczniów było naprawdę dużo. Lubiłem te nasze wspólne spotkania, na których jedliśmy chleb z polskiej piekarni i kiszkę – nigdy nie zapomnę jej smaku.

Jaka była ta polska społeczność? Asymilowali się w nowym kraju czy cały czas tęsknili za ojczyzną?
[Antoni przechodzi na angielski] Społeczność Polonii w Montrealu jest pełna sprzeczności. Z jednej strony konserwatywna, religijna, patriotyczna, pełna nostalgii i żyjąca wspomnieniami z kraju, który opuściła. Z drugiej – przejawiająca najlepsze cechy Kanadyjczyków: otwarta, ciepła, tolerancyjna i wyrozumiała w stosunku do innych. Nigdy nie określałem siebie jako hetero czy geja ani przed nimi, ani przed samym sobą, ale z racji tego, że spotykałem się z kobietami, otoczenie widziało we mnie heteryka. A jednak, kiedy związałem się z mężczyzną i przyprowadziłem go do domu na rodzinną kolację, nikt nie miał z tym problemu. Po prostu traktowali go jako kogoś, w kim jestem zakochany, płeć nie grała roli.

W „Poradach różowej brygady” pomagacie ludziom się zmienić. Lepiej żyć, wyglądać, mieszkać, jeść. Ale prawdziwą siłą tego programu jesteście wy, pięciu prowadzących. Z pozoru łączy was głównie to, że nie jesteście hetero. Ze swoimi talentami, doświadczeniem, wrażliwością i stylem bycia potraficie podbić serca nawet ultrakonserwatywnych Amerykanów, wyborców Trumpa, którzy na domach wywieszają flagi Konfederacji. I z którymi szczere rozmowy o homoseksualizmie czy o coming oucie są zwyczajnie niemożliwe.
Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem uprzywilejowany, bo dorastałem w mieście, w którym mieszkali obok siebie przedstawiciele różnych ras, religii, orientacji seksualnych i kolorów skóry. Nie doświadczyłem strachu przed tym, jak zostanie odebrane, że wezmę mojego partnera za rękę na zatłoczonej ulicy. Oczywiście, nie ma miejsc idealnych, każde ma swoje problemy i wyzwania, ale zdecydowanie mogę nazwać siebie szczęściarzem i dziękować za to, że przyszedłem na świat tam, gdzie przyszedłem.

Antoni Porowski - solidna dawka empatii
Prawdziwą siłą programu „Porady różowej brygady” są prowadzący. (Fot. materiały prasowe)

Znasz w ogóle uczucie bycia wykluczonym?
Kiedy miałem dziesięć lat, z rodziną przeprowadziliśmy się do Wirginii Zachodniej. Mój ojciec miał tam praktykę medyczną. Byłem tylko z rodzicami, bo moje siostry, które w odróżnieniu ode mnie urodziły się jeszcze w Polsce, zostały w Montrealu. Mam na imię Antoni, ale wszyscy mówią na mnie Antek i tak też byłem zapisany w dzienniku w tamtejszej szkole. Kiedy nauczycielka czytała listę obecności, nie mogła wymówić ani tego zdrobnienia, ani mojego nazwiska. Za każdym razem przy całej klasie dziwiła się, dlaczego mam takie dziwne imię. Kiedy dowiedziała się, że mówię w trzech językach, zapytała mnie, czy to prawda. Ucieszony, że jej zaimponuję, przytaknąłem i szybko dodałem, że moja mama, która urodziła się w Warszawie, jest jeszcze lepsza, bo mówi po polsku, rosyjsku, włosku, francusku i angielsku. Czekałem, aż mnie pochwali, a ona spojrzała na mnie krzywo i zapytała, po co mi to.

Jak zareagowałeś?
Dzisiaj rozumiem, że pochodziła z tej części świata, gdzie nieczęsto spotyka się imigrantów, wszyscy posługują się wyłącznie angielskim, w dodatku z rodzimym akcentem. W takich miejscach ludzie żyją z dziada pradziada w tym samym domu, w ten sam sposób, nie podróżują, nie migrują. Sam pomysł, że ktoś chciałby się stamtąd wyprowadzić, jest dla nich absurdalny. Wtedy jednak przeżyłem upokorzenie. Zacząłem się wstydzić swojego pochodzenia, bałem się mówić po angielsku, bo wiedziałem, że mój akcent mnie zdradza. Unikałem też mówienia po polsku, żeby moja wymowa nie nabrała naleciałości. Wcześniej na lunch do szkoły przynosiłem bigos, kiełbasę czy żurek [Antoni nazwy polskich potraw wymawia po polsku], których uczniowie ani nauczyciele nigdy nie widzieli na oczy, a ja je uwielbiałem, częstowałem ich nawet nimi. Po tej sytuacji prosiłem mamę, żeby przygotowywała mi to samo, co jedzą dzieciaki w Wirginii, chciałem się wtopić w tłum, nie wyróżniać się.

Jedzenie od zawsze było dla ciebie tak istotne?
W moim domu zawsze gotowało się dania z różnych kuchni. Uwielbiałem polskie przysmaki – najbardziej kabanosy, które nie są za oceanem w ogóle popularne. Moja mama łapała się za głowę, kiedy eksperymentowałem z nimi – nie mogła uwierzyć, że można jeść kabanosa z miodem. Dla mnie to idealne połączenie. Tak samo jak młode ziemniaki z bitą śmietaną. Mama mówiła mi, że w Polsce popularne były ziemniaki ze zsiadłym mlekiem [Antoni nazywa je zgniłym mlekiem], ale ani w USA, ani w Kanadzie się takiego mleka nie robi. Dziś do tych smaków wracam z rozkoszą, ale wtedy, w Wirginii, uciekałem przed nimi. Ten uraz został we mnie tak długo, że kiedy przeprowadziłem się do Nowego Jorku, gdzie zacząłem uczyć się aktorstwa, chciałem zmienić imię na Anthony.

A jednak go nie zmieniłeś…
Porozmawiałem z ojcem, który powiedział mi, że nasze imiona przypominają nam przede wszystkim, skąd jesteśmy, jakie są nasze korzenie, z czego wyrastamy, a dopiero potem przypominają o tym innym. Dzisiaj bardzo się cieszę, że podjąłem taką decyzję. Kiedy „Porady różowej brygady” zyskały międzynarodową popularność, widzowie z Polski od razu rozpoznali we mnie Polaka. Nie wyobrażasz sobie, ile dostaję prywatnych wiadomości od polskich fanów z podziękowaniami za to, że zostawiłem swoje polskie imię. Piszą do mnie nie tylko osoby LGBT+, ale też ludzie hetero. Rozpiera ich duma, że mają Polaka w hicie Netflixa. I są bardzo ciekawi, czy mówię po polsku.

Co im odpisujesz?
Teraz wiadomości jest zbyt wiele, żebym był w stanie odpowiedzieć na wszystkie, ale dawniej odsyłałem filmik, na którym odpowiadam im: „Tak, tak, mówię po polsku!” [śmiech]. Często też jestem proszony o poparcie różnych inicjatyw i działań, ale staram się trzymać z dala od polityki. Wyjątek zrobiłem po wydarzeniach w Białymstoku, kiedy pobito uczestników Marszu Równości. Usłyszałem o marszu, kiedy ktoś oznaczył mnie w filmiku, na którym uczestnicy stroili się na paradę. Ucieszyłem się, że taki marsz się w Polsce odbywa. A potem w serwisie Reutersa przeczytałem, że w mieście doszło wtedy do wielu aktów agresji. Zacząłem badać sprawę. I kiedy zobaczyłem, jak ci sami ludzie, którzy przed marszem malowali sobie tęczę na twarzy i zakładali kolorowe kwiaty, teraz pozbywają się ich w pośpiechu, bojąc się, że mogą zostać zaatakowani, zatkało mnie. Pokojowo nastawieni ludzie, rozśpiewani, cieszący się z tego, że jesteśmy razem – zostali tak brutalnie potraktowani. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że za uśmiech, który wysyłasz do innych, wraca do ciebie z ich strony kamień. Z początku nie chciałem się w sprawę angażować, nie wiedziałem, czy mam do tego prawo. Nie mieszkam w Polsce, nie znam tutejszych realiów na tyle dobrze, żeby komentować sprawy społeczno-polityczne. Szybko uświadomiłem sobie jednak, że jako osoba publiczna jestem odpowiedzialny za całe środowisko LGBT+, niezależnie od tego, gdzie dzieje się mu krzywda. Zanim „Porady…” trafiły na platformę Netflix, miałem na Instagramie 800 śledzących moje konto osób. Po premierze ta liczba zwiększyła się do prawie czterech milionów ludzi. Poczułem, że mam obowiązek do nich przemówić i zwrócić ich uwagę na horror, który rozegrał się w Polsce, niezależnie od tego, w jakim stopniu jestem i czuję się Polakiem.

Wasz program też ma podobny cel: odwiedzacie ludzi, którzy boją się ludzi niewpisujących się w ich model życia. Na początku podchodzą do was z dystansem, ale po tym, jak spędzą z wami trochę czasu, ściana pęka. To musi być bardzo satysfakcjonujące.
Jest, ale płacę za to wielką cenę. Mam kliniczny problem z nadmierną empatią. Kiedy zafunduję sobie styczność z negatywnymi informacjami ze świata, łapię doła, który silnie odbija się na moim samopoczuciu. Dlatego unikam serwisów informacyjnych, bo one skupiają się na negatywnym przekazie. W programie odwiedzamy ludzi, dla których stajemy się niemalże spowiednikami. To część naszej pracy. Zwierzają nam się ze swoich problemów, sytuacji ekonomicznej, rozterek miłosnych, pokazują swoją nieporadność, choćby w kuchni. To, że mogę nauczyć kogoś, kto do tej pory żywił się głównie rozgotowanym makaronem z serem, jak zrobić sos tzatziki i zachwycić się jego smakiem – przyprawia mnie o takie wzruszenie, że płyną łzy. Koledzy śmieją się ze mnie, że muszę chyba chować w ubraniu cebulę, bo potrafię płakać na zawołanie. Ale taki już jestem – nieszczęście innych i wychodzenie z niego uporem i ciężką pracą wywołują we mnie silne emocje. Myślę, że jest to też związane z moim pochodzeniem.

W jaki sposób?
Montrealska Polonia jest nasiąknięta ideałami Solidarności, o których tyle się nasłuchałem od ojca. Wiem, że ten ruch odegrał wielką rolę w drodze do uzyskania wolności. Drżę z oburzenia zawsze, kiedy spotykam się z zaprzeczeniem haseł Solidarności, z podziałami, ze szczuciem ludzi przeciwko ludziom. To, co w Białymstoku i na południu Stanów Zjednoczonych bolało mnie najbardziej, to występowanie swoich przeciwko swoim. Ale jestem optymistą. Wiem, że przez lata okupacji Polacy byli podburzani przeciwko sobie, ale nigdy nie zapomnieli, że w jedności jest siła. Jestem pewny, że przyszłość, która czeka kraj moich przodków, maluje się w pogodnych barwach.

Skąd masz tę pewność?
Wiem, że pogodzenie tych wszystkich wartości jest możliwe. Moja dalsza rodzina chodzi co niedzielę do kościoła, ale jest przy tym otwarta i nie uznaje wykluczania ze społeczności kogokolwiek, nie tylko mnie, osoby nieheteronormatywnej. Mam wielu przyjaciół, którzy identyfikują się jako LGBT+, a mimo to są witani z otwartymi ramionami na polskich wigiliach, Bożym Narodzeniu czy na Wielkanoc. Kocham Polskę i polską historię. Polacy są wojownikami, którzy zawsze zwyciężali przemoc i nienawiść. Wierzę, że w tym przypadku będzie tak samo. Zawsze zarzekałem się, że będę się trzymał z dala od polityki. Po tym, co się wydarzyło w Białymstoku, wiem, że ludzie tacy jak ja, którzy mają przestrzeń do publicznego wyrażania swoich opinii i poglądów, mają obowiązek wspierać tych, którym dzieje się krzywda. I wierzę, że nie jestem w tym odosobniony.

Czy po tym wszystkim masz jeszcze ochotę odwiedzić Polskę?
Nawet bardziej niż wcześniej. Nie żyję w Polsce, ale jestem dumny ze swojego pochodzenia. Kiedy byłem dzieckiem, każdego lata jeździliśmy do Polski na wakacje. Podczas jednej z takich wizyt – miałem wtedy pięć lat – prawie utonąłem. Ojciec w ostatniej chwili wyciągnął mnie z wody. Mimo to nie zniechęciłem się. Kiedy moja siostra studiowała w Krakowie, udało mi się ją dwa razy odwiedzić. Kilka lat temu byłem na weselu mojego kuzyna Jana i to, niestety, była moja ostatnia wizyta. Odkąd „Porady…” stały się tak popularne, nie mogę sobie pozwolić na wakacje ani wyjazdy. Ale kiedy skończy się pandemiczne szaleństwo, na pewno postaram się zawitać nad Wisłą!

Antoni Porowski, rocznik 1984. Kucharz, aktor, model, osobowość telewizyjna.
Rozgłos przyniósł mu reality show „Porady różowej brygady” [oryg. Queer Eye].
Najnowszy piąty sezon programu można oglądać na platformie Netflix.