fbpx

Pływające miasta Belga

Pływające miasta Belga
Źródło: Vincent Callebaut Architecte

Vincenta Callebaut, belgijskiego architekta, większość uważa jeszcze za fantastę. Bo jak to? Miasta mają przenieść się na rzeki, morza i oceany i pływać po nich, nie emitując dwutlenku węgla, egzystując zdrowo i samowystarczalnie? Tak, to jest możliwe – mówi ów fantasta.

Ba, jak twierdzi, to się stanie, i to w najbliższym stuleciu, ponieważ ludzkości grozi masowa zagłada z powodu topniejących w szybkim tempie lodowców. Z powodu dziury ozonowej i ocieplającego się nieustająco klimatu. Z powodu rabunkowej gospodarki… człowieka, który wreszcie będzie musiał się puknąć w czoło i wrócić na wodę, z której wyszedł – jako rezultat ziemskiej ewolucji – wiele milionów lat temu.

To fantasmagoria szalonego uczonego? Nie, to jest rozwiązanie, które może okazać się dla ludzkości optymalne, choć pewnie nie jedyne.

Physalie nas uratują?

Callebaut twierdzi, że tak. Będą pływać najpierw w sposób nieskrępowany po rzekach świata, a w Europie zacznie się ten boom. Zobaczy je Sekwana, Ren, Wołga, a także Wisła i San. San ma zresztą według niego ogromne możliwości energotwórcze. Bo pływające  miasta Callebaut to takie Physalie (od greckiego phusalis – kropla wody), które unosząc się na powierzchni wód wszelkich wytwarzać będą energię wystarczającą do ich obsługi, a także zdolne będą do jej eksportowania na ląd stały. Zapewnią to rozmieszczone gdzie się tylko da baterie słoneczne i podwodne turbiny, które energię rzecznych prądów zamienią w energię elektryczną. A to warunek najważniejszy samowystarczalności. Bo jeśli jest energia, jest życie. Wszelkie. Ludzkie, zwierzęce, roślinne.  

Cała konstrukcja Physalii ma kształt grzybieni wodnych, czyli zwykłych lilii lub nenufarów, jak się je potocznie nazywa. To oczywiście rodzaj statków o konstrukcji ze stali, ale wyposażonych w takie urządzenia hydrauliczne, które umożliwiają przede wszystkim pobór i oczyszczanie wody z rzek i mórz w sposób biologiczny, aby je następnie wykorzystać zgodnie z codziennymi przyzwyczajeniami człowieka. Statki-miasta to jednocześnie wielkie ogrody, kwitnące na każdym pokładzie. Znajdujące się tam rośliny wchłaniać będą substancje chemiczne, którymi rzeki są zanieczyszczane przez tradycyjne statki. A wydzielany przez nie tlen stworzy aurę przychylną zachowaniu zdrowia i urody. I przedłużać będzie – rzecz jasna – życie mieszkańców.

 

Życiowa bajka?

Niekoniecznie. Projekty Callebauta są już poważnie rozpatrywane przez deweloperów pracujących dla najbogatszych ludzi na Ziemi. W ich pracowniach projekty Belga nabierają realnych kształtów, zresztą z jego udziałem. Jak sam mówi, tylko najbogatsi obywatele świata są w stanie w tej chwili sfinansować którykolwiek z projektów. Ale potem, zwłaszcza gdy zbliżać się będzie ekologiczna katastrofa, a deweloperzy nabędą doświadczenia i skala inwestycji zacznie się powiększać, pływające miasta staną się tańsze, zaś na ich tworzenie przeznaczać się będzie również środki budżetowe. Całe gminy mogą w ten sposób przenosić się sukcesywnie na wodę. Na przykład warszawska Białołęka… Wyobrażacie to sobie?

Callebaut to sobie wyobraża i w cichości swego gabinetu projektuje też miasteczko wodne dla swego dystryktu, w którym żyje. Jest ono skonstruowane tak jak wszystkie jego projekty. Na każdym z nich są cztery poziomy ludzkiej egzystencji, ale wszystkie w powodzi kwiatów, drzew i roślin. Czyli poziom pracy, rozrywki, handlu i wypoczynku. Będzie też poziom piąty: wielka szklana kapsuła zanurzona pod powierzchnią wody, skąd będzie można podglądać dziejące się tam życie. Kłania się kapitan Nemo z powieści Juliusa Verne’a.

Realne czy nie?

Tak. Emirowie z Dubaju próbują uwieść Callebauta, choć on się broni. Ich projekty na morzu już pokazują do czego są zdolni. Być może, w dzisiejszych czasach tylko oni są w stanie sfinansować pierwsze pomysły Belga. Ale on obawia się, że zamiast ambitnego projektu pływającego miasta, gdzie nie tylko będzie się mieszkać, ale też prowadzić poważne prace badawcze nad ekosystemami, zużyciem wody, poziomem wód gruntowych, wykorzystaniem odpadów oraz recyklingiem ścieków, powstanie kolejne wydanie superluksusowych hoteli, dostępnych dla ludzi o odpowiednio grubych portfelach. Tylko czy Belg się nie złamie? Sam przecież mówi: – Chciałoby się zobaczyć swoją wizję w realu, a nie tylko w Internecie…

Callebaut jest fantastą. Ale jego architektoniczno-ekologiczne fantazje trafiają na podatny grunt. Zwłaszcza Europa zmęczona jest ubocznymi skutkami cywilizacji, i to tutaj – jak za starożytnego Rzymu – narasta poczucie potrzeby zmiany. Belg mami więc nas pięknymi ogrodami, skąd będzie można podziwiać przesuwające się krajobrazy, amfiteatrami do spotkań w atmosferze iście antycznej i pogodą ducha, której ulegać będą mieszkańcy Physalii, bo życie będzie zdrowe i… dotlenione!

Możliwe to czy nie? Jeśli ma nastąpić potop, możliwe jest wszystko. Zwłaszcza zbudowanie Arki. I to nie jednej.