fbpx

Windą na trawnik, czyli „zielony” remiks z przeszłości

Marta Madigan / Ujęty w metalową konstrukcję szeroki pas żywopłotu, rosnący w Millennium Park, odzwierciedla jeden z wizerunków Chicago, które nosi przydomek "miasta o barczystych ramionach".

W Muzeum Historycznym Hrabstwa Mills w stanie Iowa zrekonstruowano ziemiankę z epoki neolitu. Gdyby nie umocnione drewnianymi palami wejście, nie przyszłoby mi do głowy, że porośnięte trawą małe wybrzuszenie terenu mogło być kiedyś czyimś domem.

Pokryty darnią tytułowy „Domek na prerii” z powieści Laury Ingalls Wilder, opisującej podróż przez XIX-wieczny Midwest, to kolejny prekursor modnego obecnie w całych Stanach „żywego dachu”. Dlaczego właśnie dziś wraca się w architekturze do zielonych motywów z przeszłości i to na tak wielką skalę jak w Chicago?

Powodów jest kilka. Po pierwsze dlatego, że można. Dopiero niedawno wymyślone technologie pozwalają na przykrycie budynków kwitnącą czapką. Wycięcie kawałka ziemi wraz z porastającą ją roślinnością i położenie go zamiast bitumicznej papy nie załatwia sprawy. Żeby zainstalować zielony dach, trzeba zacząć od specjalnej, wodoszczelnej membrany (odpornej również na przerost korzeni) położonej bezpośrednio na konstrukcji dachu. Dopiero na niej umieszcza się kolejne warstwy: izolację termiczną, geowłókninę chroniącą zarówno izolację termiczną jak i wodną przed zanieczyszczeniami, żwir zwiększający powierzchnię parowania wody oraz odpowiednie podłoże uprawowe z roślinami gromadzącymi wodę. Czyli odwrotnie niż w przypadku dachu tradycyjnego, gdzie najpierw kładziona jest izolacja termiczna a na koniec wodoszczelna.

Co to daje? Jak się łatwo domyśleć, taki odwrócony dach zatrzymuje wodę. Jest to szczególnie istotne podczas ulewnych deszczy w dużych miastach, gdzie coraz więcej betonu, a zarazem coraz mniej zielonej powierzchni, uniemożliwia naturalny proces wchłonięcia wody. Jej nadmiar przepełnia kanały ściekowe, a stąd już tylko krok do zanieczyszczenia źródła wody pitnej. Zielony dach nie tylko odciąża system kanalizacji, spowalniając tempo spływania deszczówki, ale również ją filtruje i zwraca miastu oczyszczoną. – Nasz ogród na dachu prezentuje się dosyć skromnie w porównaniu z chicagowskim ratuszem, za to w czasie deszczu równie dobrze się spisuje – przekonuje mnie Bryan Glosik z Chicago Center for Green Technology– centrum prowadzącego działalność edukacyjną i jednocześnie będącego przykładem budownictwa przyjaznego dla środowiska. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś była tu siedziba firmy utylizującej odpady budowlane, otoczona górami betonowych śmieci. Dziś zieleni się wokół trawa, a budynek po dogłębnym liftingu może poszczycić się platynowym certyfikatem LEED.

Tego typu inicjatywy Chicago zawdzięcza proekologicznej polityce swoich władz. To właśnie Richard M. Daley, pełniący funkcję burmistrza miasta od 1989 r., zapoczątkował projekt „green roof” (zielony dach), polegający na stworzeniu podniebnych ogrodów. Zaledwie rok po przejęciu sterów, Daley zasadził na dachu 11-piętrowego budynku ratusza pierwszą z 20 tys. roślin. Oprócz porastających okoliczne prerie rodzimych gatunków traw, projektanci ogrodu urozmaicili zieloną przestrzeń biurowca dekoracyjnymi krzewami, winoroślą, drzewami i…ulami. – W tym mieście pszczoły mają pełne ręce roboty – śmieje się Larry Merritt, rzecznik chicagowskiego Departamentu ds. Środowiska. – W Chicago, nad naszym głowami, kwitnie ponad 600 ogrodów – dodaje po chwili. „Dachowy” miód można kupić w Chicago’s Downtown Farmstand – supermarkecie promującym lokalną żywność.

A skoro da się wycisnąć z czubków budynków miód, to czemu nie spróbować wyhodować tam np. warzyw? Do tego wniosku doszedł Rick Bayless, słynny chicagowski kucharz – celebryta, który na dachu swojej restauracji Frontera Grill posadził pomidory i papryczki chili. Z tych właśnie składników powstaje doskonała świeża „rooftop” salsa, która w sezonie króluje w karcie dań tej meksykańskiej knajpy. Warzywa rosną w specjalnych donicach połączonych ze sobą systemem irygacji. Od momentu ich zerwania z krzaka, do przyniesienia do stolika gotowej potrawy, upływa zaledwie parę minut. Tak przynajmniej utrzymuje kelnerka…

 

Na mini ogród warzywny na dachu natrafiłam też w Muzeum Nauki i Przemysłu. Parę lat temu na muzealnym dziedzińcu stanął „Smart Home” – inteligentny dom przyszłości, którym steruje komputer. Energię czerpie z wiatru (turbina wiatrowa) i słońca (panele słoneczne), a wodę do spłukiwania toalet – z deszczu (beczki na wodę deszczową). Płaski dach domu jest oczywiście „zielony” i chociaż jego koszt nie należy do najtańszych, jak przekonuje Michelle Kaufmann, architekt projektu, taka inwestycja z pewnością się opłaci. Żywy dach mniej się latem nagrzewa, z kolei zimą doskonale izoluje wnętrze przed utratą ciepła. Poza tym, tłumi hałas i pochłania kurz. Eko-dachy mają też dłuższą żywotność i, co tu dużo mówić, są po prostu ładne.

Niezwykle urodziwy, i ponoć największy na świecie, ogród na dachu znajduje się w samym centrum Chicago. Nie każdy odwiedzający Millennium Park zdaje sobie sprawę, że ta miejska oaza o powierzchni prawie 10 ha powstała na dachu podziemnego parkingu, z którego na zieloną trawkę wjeżdża się windą. Przechadzając się alejkami parku, Don Jerich, lokalny przewodnik i wolontariusz programu Chicago Greeter, opowiada mi o historii, symbolice i kompleksowości przedsięwzięcia. – To najważniejszy projekt Chicago od czasów Kolumbijskiej Wystawy Światowej z 1893 r. Kosztował niemal 500 mln dolarów! – mówi przejętym głosem Don. Prawie połowa pieniędzy pochodzi od prywatnych dawców, na których ślady natrafiamy czytając wykute w kamieniu nazwy „Boeing Gallery”, „Chase Promenade” czy „AT&T Plaza”. McDonald’s zasponsorował wypożyczalnię rowerów, a chicagowska dziedziczka fortuny Ann Lurie – zmyślnie wkomponowany w całość parkowej przestrzeni, ultranowoczesny Lurie Garden. Biegnący po ukosie drewniany deptak z małym strumykiem, symbolizującym płynącą przez miasto rzekę Chicago, dzieli ogród na dwie części: jasną i ciemną – odpowiednie gatunki roślin podkreślają założenia architektów krajobrazu. Szerokie ramię żywopłotu odgradza Lurie Garden od interaktywnej fontanny, gdzie latem plują wodą wideo-twarze mieszkańców Chicago oraz od wyszukanej w formie, outdoorowej sali koncertowej projektu Franka Gehry’ego. Nieopodal, jak magnes przyciąga do siebie tłumy największa atrakcja parku i miasta – Cloud Gate (Wrota Chmur). Gigantyczna rzeźba Anisha Kapoora, w kształcie perfekcyjnie wypolerowanej stalowej fasoli, zjawiskowo wręcz obija pobliskie drapacze chmur, drzewa i pląsających wkoło turystów. Na chwilę przenosi mnie do świata marzeń. Co by było, gdyby wszystkie dachy były zielone? Pewnie uniknęlibyśmy zjawiska miejskiej wyspy ciepła, oszczędzilibyśmy kurczące się zasoby energii, a życie toczyłoby się nam zgodnie z naturą, jak nie przymierzając bohaterom „Domku na prerii”.