fbpx

Flamenco ma się we krwi

Flamenco ma się we krwi
Emila chętnie tańczy z mantonem, dużą haftowaną chustą. Ta odmiana flamenco wymaga elegancji i gracji. (Fot. Julia Zabrodzka)

Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Przyjechała do Sewilli uczyć się flamenco najbardziej hiszpańskiego z tańców, podobnie jak Polka Emilia, Greczynka Georgia i dziesiątki innych cudzoziemek. Czy udało im się spełnić marzenia?

Z fotografii spogląda starsza pani o wyrazistych rysach i dobrotliwym uśmiechu. To René, w połowie Peruwianka, w połowie hiszpańska Cyganka. Jej ojciec pochodził z Kadyksu, dzieciństwo spędziła w Andaluzji. Kiedy miała prawie 18 lat, poznała Peruwiańczyka, z którym wyjechała do Ameryki Południowej. Rodzina nigdy nie przebolała straty córki, a René – tego, że bliscy nie zaakceptowali jej wyboru. Odcięła się od wszystkiego, co zostawiła w andaluzyjskim domu. Z jednym wyjątkiem – zabrała ze sobą muzykę.

Zdjęcie pokazuje mi jej wnuczka Tatiana. – Babcia miała ogromny dom i swoje przyzwyczajenia. Od rana słuchała flamenco. Jadłyśmy śniadanie, a ona włączała na cały regulator Paco de Lucíę. Czasem śpiewała – wspomina, gdy spotykamy się w peruwiańskiej restauracji w Sewilli. – Miała dziesięcioro wnucząt i lubiła pokazywać nam swój świat. Czasami zabierała nas do teatru. Na przedstawieniach wszyscy zasypiali, tylko ja oglądałam z otwartą buzią. Po spektaklu brała mnie za rękę i szłyśmy we dwie za kulisy przywitać się z jej znajomymi śpiewaczkami. Tak zaczęła się moja miłość do tańca i spektaklu – opowiada nad koktajlem pisco sour.

Flamenco ma się we krwi
(Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Fot. Julia Zabrodzka)

Być może to babcia sprawiła, że jako 18-latka Tatiana miała jedno marzenie: podróż do Andaluzji. Rodzice spełnili je w ramach urodzinowego prezentu. – Pamiętam, że wysłałam mamie zdjęcie z Sewilli, z ulicy Rocío w Trianie. „Popatrz, twoja ulica” – żartowałam, bo nazywa się Rocío. Napisałam też, że czuję, jakbym wróciła w miejsce, które dobrze znam – dodaje całkiem poważnie. Był rok 1993. – Znajomy, trochę mistyk, powiedział mi potem, że w poprzednim życiu mieszkałam w Sewilli i nie dziwi go, że chcę tam wrócić.

Flamenco ma się we krwi
(Miłość do flamenco rozbudziła w Tatianie babcia. Fot. Julia Zabrodzka)

Nie stało się to jednak od razu. Tatiana na dobre przyjechała tu dopiero w 2011 r., już jako dojrzała bailaora, ale także jako poobijana życiem kobieta. – Byłam w trakcie rozwodu. Taniec stał się formą ucieczki, terapii – wspomina. Tak dołączyła do zastępów cudzoziemek, które w stolicy Andaluzji szukają swojego miejsca w życiu i na scenie flamenco.

Do źródeł flamenco

Emilię Hiszpania wzywała drobnymi znakami. Pierwszy łatwo było przeoczyć. Kaseta wideo z tancerką w czerwonej sukni (komunijny prezent), piękny Hiszpan na obozie tanecznym, wreszcie lekcje flamenco, które dziwnie wciągały. Potem były studia na iberystyce, pierwsza podróż autostopem do Andaluzji, zwiedzanie La Manchy, droga do Santiago de Compostela, wreszcie stypendium w Grenadzie. Wszystko zdawało się ciążyć ku Hiszpanii, ale Emilia wybrała rodzinny Wrocław. Dziesięć lat temu wydawało się, że ma ułożone życie: wykładała na filologii hiszpańskiej, nieźle zarabiała, uczyła tańczyć, występowała. Mogła pozwolić sobie na regularne wyjazdy. Ale to nie wystarczyło. – Ciągnęło mnie strasznie. Pewnego dnia – pamiętam, że była ósma rano, stałam na światłach w drodze na zjazd studentów zaocznych – podjęłam decyzję: w przyszłym roku wyjeżdżam. Wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, zawsze będę żałować. Tego samego dnia poszłam do szefa. W 2011 r. przyjechałam do Sewilli.

Flamenco ma się we krwi
Aby kroki flamenco wybrzmiały we właściwym rytmie, potrzeba wielu godzin ćwiczeń przed lustrem i z metronomem. Fot. Julia Zabrodzka

Georgia zaczęła najpóźniej, miała 21 lat. Nic nie wskazywało, że flamenco wywróci jej życie do góry nogami. – Interesowało mnie raczej malarstwo, grafika. Ale chciałam coś zrobić z ciałem i poszłam do akademii tańca w dzielnicy – wzrusza ramionami. – Zawsze myślałam, że aby naprawdę tańczyć, trzeba zacząć w wieku trzech lat. Zapisałam się na zajęcia i nagle odkryłam, że we flamenco jest inaczej. Zobaczyłam różne kobiety: grube i chude, starsze i młodsze.

Zakochiwała się powoli, ale po trzech latach miała już pewność. W 2010 r. wylądowała w Hiszpanii. – Pierwszy raz wyprowadziłam się z domu, od mamy. Miałam rozwinąć skrzydła, ale nie znałam języka ani ludzi. Było bardzo ciężko. Koledzy i koleżanki ze szkoły tańca, niemal sami obcokrajowcy, byli lepsi niż moja nauczycielka z Aten. Po trzech miesiącach napisałam jej, że nie mam siły, jestem wyczerpana – wspomina. Nie pomogła zmiana szkoły i miasta ani związek, który okazał się porażką. – Po roku wróciłam do Grecji z depresją. Poniosłam totalną klęskę: w tańcu, w miłości. Myślę, że wszyscy cudzoziemcy przez to przechodzą. Próbujemy zaistnieć w czymś, co nie przynależy do naszej kultury – wyjaśnia. Po trzech latach Georgia podjęła kolejną próbę. W 2015 r. trafiła do Sewilli. – Przyjechałam i zostałam na dłużej. Bo to jest źródło.

Flamenco ma się we krwi
(Georgia od dwóch lat zarabia, tańcząc flamenco na ulicach Sewilli. Fot. Julia Zabrodzka)

Ja tańczę flamenco!

Sewilla przyciąga przede wszystkim najlepszymi szkołami tańca. W najsłynniejszej, Fundacji Cristiny Heeren, zajęcia trwają cały dzień. Rano kilka godzin tańca, wieczorem teoria. – Przez pierwsze dwa tygodnie tak dostawałam w kość, że po zajęciach byłam w stanie tylko spać – wspomina Emilia. Do tego dochodzą ćwiczenia w studiu. – Ludziom trudno zrozumieć, że można zamknąć się w czterech ścianach, włączyć metronom i godzinami ćwiczyć. Ale ponoć te samotne godziny spędzone z lustrem i miarowymi uderzeniami mechanizmu są najważniejsze. Trzeba „oczyścić stopy”, jak mówi Georgia, by tupanie wybrzmiało we właściwym rytmie i czasie. Trzeba przyswoić poznany na lekcjach materiał, wybrać to, co ci odpowiada, znaleźć swój styl.

Momentem próby jest pierwszy występ na scenie. Georgia dostała swoją szansę dość szybko, po trzech miesiącach – w jednym z lokali, w których obcokrajowcy tańczą, by się sprawdzić. W Sewilli jest ich kilka, co jakiś czas jedne się zamykają, wkrótce powstają nowe. Spektakle to część nauki. – Nie masz jak dostać informacji zwrotnej, jeśli nie pokażesz się publiczności – tłumaczy Tatiana. – Ten pierwszy występ to zawsze walka ze wstydem, niepewnością, brakiem wiary w siebie. Doświadczenie, którego wszyscy potrzebujemy. A ponieważ miejscowi zdają sobie z tego sprawę, wiele osób to wykorzystuje – wyjaśnia. Bo, jak dodaje, na takich występach artyści zwykle niemal nic nie zarabiają.

Flamenco ma się we krwi
(Georgia długo występowała tylko z gitarzystą. Dziś zwykle tańczy także z akompaniamentem cajonu (skrzyni perkusyjnej) i śpiewaka, często na zmianę z inną tancerką. To już prawdziwy uliczny spektakl całego zespołu. Fot. Julia Zabrodzka)

Emilia też szybko dostała propozycję pracy w jednym z tych efemerycznych barów. – Pamiętam, że za pierwszym razem pijany facet wlazł mi na scenę. Ale miałam już za sobą dziesięć lat tańczenia na bankietach w Polsce, więc byłam otrzaskana – wspomina, a ja nie mam wątpliwości, że Emilii nic nie może przestraszyć. – Byłam taka dumna: tańczę w Sewilli! Medal powinnam dostać, nikt mnie nie wygwizdał, przeżyłam – śmieje się, chociaż sytuacja nie była wcale zabawna. Gaża tancerki często zależała od sprzedaży biletów, a ta od liczby rozwieszonych przez nią plakatów. – Ileż razy oplakatowałam całą Trianę i Santa Cruz! Z setkę plakatów trzeba było wydrukować i rozkleić przed koncertem – opowiada. A plakaty to nie koniec. Tancerka opłacała studio, w którym odbywają się próby, a także muzyków. Czasem brali po 30 euro, a w kasie z biletów było ledwie 50. Po całej operacji z plakatami i promocją jako tancerka była stratna. Ale to jej najbardziej zależało na występie, więc przełykała gorzką pigułkę.

Milion wspaniałych tancerek flamenco

Większość tancerek przed przyjazdem do Sewilli długo oszczędza. Przy intensywnej nauce i darmowych występach nie mają czasu ani siły na poważną pracę. Budżet lepiej łatać, ucząc tańca na wakacyjnych kursach u siebie w kraju albo łapiąc się drobnych fuch. Emilia spędziła tak pierwsze dwa lata, dodatkowo pisząc jeszcze doktorat o historii flamenco. Rano taniec, po południu biblioteka. Ciągle cieszyła się z każdego występu, ale z czasem entuzjazm opadł. Nauka wysysała z niej energię. – Codziennie ktoś cię ocenia, codziennie mówi: „źle”. To było frustrujące. Zrealizowałam swoje marzenia i ciągle słyszałam: „Źle, nie nadajesz się” – wspomina. – A ja poświęciłam pracę i dotychczasowe życie, żeby tu być. Kupiłabym sobie małe mieszkanko we Wrocławiu za pieniądze, które przetańczyłam w Sewilli.

Po czwartym roku dopadły ją wątpliwości. – Zaczęłam myśleć, że skończę czterdziestkę i dalej będę chodzić do brzydkiego studia w dresie, dzielić mieszkanie z obcymi ludźmi i występować za grosze – opowiada. – Zastanawiałam się, po co tu jestem. W Sewilli jest przecież milion wspaniałych tancerek. Kilka prowadzi swoje szkoły, większość jakieś zajęcia, godzinkę tu, godzinkę tam, ale mam wrażenie, że cienko przędą. Chciałam być artystką niezależną, a wiedziałam, że nigdy taką nie będę, tańcząc w barach za 20 euro – opowiada. Buty odwiesiła na kołek.

Flamenco ma się we krwi
(Fot. Julia Zabrodzka)

Georgii też kończyły się oszczędności. Postanowiła, że będzie utrzymywać się z tańca – a skoro nie może w barach, to spróbuje na ulicy. – Zarabiam tak od ponad dwóch lat. Ile osób przyjdzie na mój występ w tablao? Pięcioro znajomych i kilku turystów? A przez dwie godziny występu na ulicy przewija się niezły tłum – przekonuje. Ma to jednak swoją cenę. Gdy obserwuję Georgię tańczącą na Plaza de España, co chwila ktoś wyciąga telefon, robi zdjęcie, nagrywa filmik. – Cóż, nie bardzo mi się to podoba – przyznaje tancerka. – Tańcząc, staram się coś wyrazić, a nagle widzę telefon. Nie oczy, które patrzą, które coś czują, tylko telefon. To zrywa porozumienie między tancerką a odbiorcą. Na scenie jest inaczej, tam ludzie przychodzą, by cię zobaczyć. Tu są przypadkowi przechodnie, hałas, nie ma porządnej podłogi. Ale to dobre ćwiczenie – kończy. Podobną drogę mniej lub bardziej świadomie wybiera wielu przyjezdnych. W Sewilli powstało nawet nieformalne stowarzyszenie ulicznych tancerzy. Choć występy są nielegalne, mają swój grafik, wewnętrzne zasady i godziny pracy. To rozwiązane tymczasowe, ale jednak ciągle flamenco.

Flamenco ma się we krwi
(We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Fot. Julia Zabrodzka)

We flamenco trzeba mieć coś do powiedzenia

Dziś flamenco nie ma już stricte hiszpańskiego charakteru. Do Sewilli przyjeżdżają muzycy i tancerze z całego świata. – W szkole, do której chodziłam, byli prawie sami cudzoziemcy. Mnóstwo Japończyków, którzy mają obsesję na punkcie flamenco. A Hiszpanów garstka – wspomina Georgia. – Ale turyści w tablaos chcą oglądać Hiszpanów. Latynosom jest łatwiej z ich hiszpańskobrzmiącymi nazwiskami. A mojego nikt nie jest w stanie wymówić – wzdycha. Głębszy problem leży jednak według niej gdzie indziej. – Różnica między Cyganami a nie-Cyganami, flamencos puros a cudzoziemcami, istnieje. We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Gdy widzisz tańczącą Cygankę, wiesz, że duma jest prawdziwa, ona ma do niej prawo. Bo to jej taniec, kultura. Myślę, że my czasem mylimy dumę z próżnością, to ona przez nas przemawia. Chcę wyglądać jak flamenca, ale nią nie jestem. Widziałam to w sobie: wychodzę z podniesioną głową, ale w głębi duszy się boję.

Flamenco ma się we krwi
(Fot. Julia Zabrodzka)

– Dla niektórych ludzi flamenco to forma wyrazu, która nie przynależy do konkretnej grupy czy regionu – twierdzi Emilia. – Ale zdarza się, że nauczyciele są służbowo uśmiechnięci, bo obcokrajowcy im płacą, a potem celowo źle uczą, by uczeń nie przerósł mistrza. Bywa różnie, ale na koniec dnia wszyscy jesteśmy dla nich güiris, obcy.

– Niektórzy twierdzą, że jak nie jesteś Cyganem, nie możesz tańczyć flamenco. Moim zdaniem to myślenie zaściankowe – oburza się Tatiana. – To obcokrajowcy utrzymują tę sztukę przy życiu, dają jej energię. Flamenco jest jak język, dla mnie – język obcy. Jeśli się go nauczysz, możesz mówić, co ci się podoba. Jasne, masz akcent i nigdy się go nie pozbędziesz. Ale to nie sprawia, że ludzie nie mogą cię zrozumieć. Ważne, byś miała coś do powiedzenia – przekonuje. Sama nadal wypowiada się za pomocą tańca, choć już nie w Sewilli. Nie była w stanie utrzymać się tu na własnych warunkach. Po trzech latach wyjechała do Francji. Prowadzi szkołę tańca, występuje na festiwalach, pracuje jako terapeutka. I wraca, kiedy tylko może. – Oczywiście, że tęsknię. Lata w Sewilli to był najszczęśliwszy czas w moim życiu – wyznaje.

Flamenco ma się we krwi
Gitarzysta Oscar Guzmán akompaniuje Tatianie podczas próby przed spektaklem w wynajętym na kilka godzin. (Fot. Julia Zabrodzka)

Emilia nie chciała wyjeżdżać i tęsknić. – Postanowiłam zdobyć porządną pracę. Zostać nauczycielką – opowiada. Łatwo powiedzieć! W Hiszpanii to posada, o którą biją się wszyscy: dobrze płatna, stabilna, pozostawiająca dużo czasu wolnego. By ją zdobyć, trzeba zdać państwowe egzaminy. Emilia usiadła do książek i siedziała nad nimi kilkanaście miesięcy. Ale dopięła swego. Od ponad roku uczy hiszpańskiego – Hiszpanów, w sewilskiej szkole. Ostatnio nawet wróciła do tańca. Znów chce jej się występować, ćwiczyć w studio. Wygląda na to, że do flamenco trzeba oczyścić nie tylko stopy, ale i głowę.

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze