„Moją karmą jest leczyć innych” – reportaż o polskiej lekarce, która w Indiach leczy trąd

W Jeevodai trędowaci, wypędzenie ze swoich wiosek, odzyskują godność, prawa, które odebrano im tylko dlatego, że dotknęła ich choroba (Fot. Adam Rostkowski)
W Jeevodai trędowaci, wypędzenie ze swoich wiosek, odzyskują godność, prawa, które odebrano im tylko dlatego, że dotknęła ich choroba (Fot. Adam Rostkowski)

„Trędowaty” znaczyło „nieczysty”. Dziś choroba ta nie stanowi zagrożenia, ale budzący lęk związany z nią mit, funkcjonujący od tysięcy lat, to coś, co wyplenić najtrudniej. Helena Pyz, polska lekarka od 30 lat pracująca w Indiach, wie o tym doskonale. Walczy z uprzedzeniami, walczy z wykluczeniem. – Hinduizm uczy, że każdy ma w życiu jakieś zadanie do wypełnienia. To karma. Moją karmą jest leczyć innych – mówi.

Trzy lata temu Helena Pyz postanowiła zabrać młodzież ze swojej szkoły w Indiach do Polski. Wystąpiła o wizy i usłyszała w konsulacie, że ma „wydać zaświadczenie, iż nie stanowią oni zagrożenia dla zdrowia publicznego”.

– Wściekłam się – wspomina. – Od tylu lat walczę z wykluczeniem osób dotkniętych trądem, pochodzących z rodzin trędowatych. Leczę trąd, więc co nieco wiem, a urzędniczka, która nie ma pojęcia o tej chorobie, nie chce wydać wiz bez jakiegoś zaświadczenia. Takie żądanie to absurd, brak elementarnej wiedzy, a tej można wymagać od dyplomaty w Indiach, gdzie ludzie ciągle jeszcze chorują na trąd. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło „trąd dzisiaj”, by takich pytań nie zadawać. Człowieka z rodziny, gdzie było zapalenie płuc albo żółtaczka, nikt tak nie zapyta. Skąd mogę mieć pewność, że tamta pani nie zarażała mnie podczas rozmowy grypą lub katarem?

To efekt pokutującego od tysięcy lat mitu o trądzie. Ta choroba zawsze wzbudzała lęk i odrazę, zwłaszcza że oszpecała i nie było na nią lekarstwa. Wystarczy zajrzeć do Biblii, by przeczytać: „Trędowaty, dotknięty tą plagą, będzie miał rozerwane szaty, włosy nieuczesane, brodę zasłoniętą i będzie wołać: »Nieczysty, nieczysty!«. Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem” (Księga kapłańska 13,45–46).

– Dziś takie zachowanie to czysta głupota – upiera się Helena. – Nie można zarazić się chorobą od kogoś, kto jest z niej wyleczony – dodaje.

W 1986 roku Helena pracowała jako internistka w podwarszawskiej przychodni rejonowej. Nic nie wiedziała o trądzie, nigdy nie myślała o pracy z trędowatymi w odległym kraju.

Na jakimś spotkaniu usłyszała o księdzu Adamie Wiśniewskim, lekarzu. Zbudował w Indiach osadę, gdzie leczył trąd, założył szkołę dla dzieci z kolonii dla trędowatych. Niestety, zachorował na raka. Potrzebny więc był lekarz, który zastąpi księdza Wiśniewskiego.

– Powiedziałam, że jeśli nie mają nikogo lepszego, to mogę pojechać – wspomina Helena. – Wiele się nie zastanawiałam. To był impuls.

Nie dane jej było poznać księdza Adama. Zmarł, kiedy Helena czekała na urzędowe zaproszenie i wizę. Wyleciała z Warszawy 14 lutego 1989 roku, gdy w Polsce trwały obrady okrągłego stołu. Miała 41 lat.

– Bilet do Delhi kosztował tysiąc dolarów, kupiłam po państwowym kursie wymiany: 105 zł za dolar. Było mnie na to stać. Gdybym musiała nabyć dolary na czarnym rynku, nie dałabym rady.

Podróż trwała trzy doby. Do Delhi leciała z dwoma międzylądowaniami: w Moskwie i w Taszkiencie. W Taszkiencie tankowano samolot, więc pasażerowie musieli opuścić pokład.

– Wyszliśmy na śnieg i mróz – opowiada Helena. – A kilka godzin później, gdy wylądowaliśmy w Delhi, uderzył mnie żar. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego gorąca. Na lotnisku czekała na mnie siostra Barbara Birczyńska, współpracownica księdza Adama. Przespałyśmy noc w Delhi i rano udałyśmy się na dworzec kolejowy. A tam smród, brudno, tłok i nieprawdopodobny hałas. I język nieprzypominający niczego znajomego. Kupiłyśmy herbatę i to było kolejne zaskoczenie. Zemdliło mnie, nie wiedziałam, że można pić taki ulepek.

Po 32 godzinach podróży dotarły do Rajpuru, dziś dwumilionowego miasta w środkowo-wschodnich Indiach, ale wtedy jeszcze o rozmiarach większej wioski. Przesiadły się w samochód dostawczy, jakby ze ściętą maską. Silnik znajdował się w środku, w kabinie pasażera.

– Przez całą drogę miałam wrażenie, że wjedziemy w tłum i rozjedziemy ludzi. Za oknem wszystko było inne. Sucho, płasko, żadnej zieleni – wspomina Helena.

Na czerwonej ziemi Jeevodayi stanęła w południe. Otoczyła ją chmara ludzi, dorosłych, dzieci. Dźwięki niezrozumiałych słów tylko przepływały przez jej uszy, ale widziała radość, że przyjechał ktoś nowy.

Helena lubi powitanie "namaste", składanie rąk zamiast uścisku dłoni. Nie ma wtedy bariery i oporu przy podaniu ręki białemu czy kobiecie (Fot. Adam Rostkowski)
Helena lubi powitanie „namaste”, składanie rąk zamiast uścisku dłoni. Nie ma wtedy bariery i oporu przy podaniu ręki białemu czy kobiecie (Fot. Adam Rostkowski)

Na zdjęciach i filmach wioska przypomina piękny zielony park. Ale gdy w 1969 roku ksiądz Adam Wiśniewski postanowił stworzyć miejsce dla trędowatych, trafił na kawałek pustynnej ziemi. Nazwał go Jeevodaya, co znaczy w sanskrycie „świt życia”. Postawił trzy wojskowe namioty. W jednym mieszkał on z chłopcami, w drugim siostra Barbara z dziewczynkami, trzeci służył za kaplicę.

>> Czytaj także: Czego nauczył mnie Senegal, historia Joanny Wieczorek-Dieng

Zaczęli od wiercenia studni. Gdy znaleźli źródło czystej i zdrowej wody (w Jeevodayi, co w Indiach absolutnie unikalne, pije się wodę prosto z kranu), zrozumieli, że dobrze wybrali. Potem ksiądz Adam posadził drzewa, które dawały schronienie w upał, a także owoce, którymi można się pożywić. Zbudował domy. W Jeevodayi rosną bananowce, kilka odmian mango, warzywa, jest pole ryżowe; dzisiaj uprawy nie wystarczają, by wykarmić wszystkich mieszkańców.

– Kiedy przyjechałam, było tu 150 dzieci – mówi Helena. – W kolejnych latach ich przybywało, zrobiło się 400, a liczę tylko te, które mieszkają w internacie. Pochodzą z kolonii trędowatych. W większości są zdrowe. To ich rodzice i krewni byli dotknięci trądem.

Gdy okaleczony chorobą rodzic chce zapisać dziecko do publicznej szkoły, zatrzaskują się przed nim drzwi. Zdrowi ludzie przeganiają chorego, nie chcą, by ich córka lub syn dzielili ławkę z dzieciakiem z rodziny trędowatych, choć to niczym nie grozi.

– Przyjmujemy dzieci z kolonii trędowatych, bo inni ich nie chcą – tłumaczy. – Oraz z rodzin znajdujących się w wyjątkowo trudnej sytuacji, jak np. wdowa z pięciorgiem dzieci czy rodzice chorzy psychicznie. Nasza szkoła i przychodnia są za darmo. Utrzymujemy się z datków darczyńców, obecnie głównie z Polski.

Trądem można zarazić się drogą kropelkową. To choroba bakteryjna, prątki przypominają te gruźlicze. Dzisiaj jest całkowicie wyleczalna. Kuracja kosztuje maksymalnie około 100 dolarów. Po zdiagnozowaniu podaje się pacjentowi antybiotyk i sulfonamidy. Leczenie trwa od pół roku do roku, antybiotyk należy przyjmować raz w miesiącu. Ważne, by chorzy zgłaszali się regularnie na wizyty kontrolne.

Helena mieszka w Indiach 30 lat, a stale dowiaduje się o nich czegoś nowego (Fot. Adam Rostkowski)
Helena mieszka w Indiach 30 lat, a stale dowiaduje się o nich czegoś nowego. (Fot. Adam Rostkowski)

– Pierwsze objawy to odbarwione plamki widoczne na ciemniejszej skórze – opowiada doktor Helena. – Są charakterystyczne, bo miejsca dotknięte chorobą tracą unerwienie, nie pocą się, wypadają z nich włosy. Osoba, która traci czucie w stopach czy dłoniach, łatwo je rani, kaleczy, parzy. Nieunerwione palce się deformują, odpadają albo – spotkałam się i z takimi sytuacjami – odgryza je szczur. Wtedy łatwo o zakażenie, grzybicę, infekcję, bakterie. Czucie nigdy już nie wraca, rany trzeba opatrywać do końca życia. Widoczne zmiany stanowią stygmat. Ale od okaleczeń, nawet paskudnie wyglądających, nikt się nie zaraża.

W Indiach od wieków (ale nie pocieszajmy się zbytnio; tak było również w Europie) trędowatego wygania się ze społeczności, z wioski, z rodziny. Chory za życia ma status zmarłego. Trafia do kolonii, gdzie mieszkają inni trędowaci. Albo na ulicę. Żyje, jeśli coś użebrze.

Jeśli udaje się wykryć chorobę we wczesnym stadium, chory ma szansę, że nikt nie dowie się, że leczył się na trąd. Ale są zarażeni, którzy ukrywają się w domach, w zamknięciu. Nie pójdą do lekarza ze strachu przed odrzuceniem, a to wcześniej czy później i tak ich czeka.

Trudno mieć kontrolę nad ponad tysiącem uczniów; w Jeevodayi działa szkoła podstawowa i średnia. Dlatego każdego obowiązuje regulamin i określony co do minuty plan dnia.

– Mieszkam w tym samym domu co starsze dziewczynki – mówi Helena. – Słyszę, jak świergolą już od 5 rano. Żeby wszystkich zebrać w jednym miejscu, o 6.30 spotykamy się w kościele na mszy świętej. Tak łatwiej utrzymać porządek – podkreśla. – Potem dzieci sprzątają swoje pokoje i jedzą śniadanie. O 8.30 apel i rozchodzą się do klas. Około południa – obiad, później jeszcze jedna czy dwie lekcje i gry sportowe na boisku. O wpół do szóstej ponownie wszyscy gromadzą się na modlitwie w kościele. Później kolacja i czas na odrabianie lekcji. Młodsi gaszą światło o 22, starsi pół godziny później.

Udział w mszach nie oznacza, że w Jeevodayi dzieci są katolikami. Nikt tu nikogo do wiary nie zmusza.

Helenie udało się przekonać sąsiadów, że dzieci z rodzin trędowatych nie są „nieczyste”, nie roznoszą choroby, niczym nikomu nie grożą. Pracownicy mieszkający poza ośrodkiem – nauczyciele, rolnicy, księgowy – zdali sobie sprawę, że nikt z nich nie zaraził się trądem, a mieszkańcy osady są tacy jak oni, nawet można z nimi jeść posiłki. Zaczęli dopytywać, czy mogliby przysłać swoje dzieci na naukę. Opowiadali innym o tym wyjątkowym miejscu.

Szkoła Heleny ma w okolicy wielką renomę, poziom nauczania jest tu wyższy. Zajęcia trwają od rana do popołudnia, a nie trzy lekcje, jak w szkołach państwowych. Już w pierwszym roku po wybudowaniu nowej szkoły uczyło się tu dwa razy więcej dzieci dojeżdżających niż tych z internatu.

W szkole uczą się zarówno dzieci z rodzin trędowatych, jak i te zdrowe (Fot. Adam Rostkowski)
W szkole uczą się zarówno dzieci z rodzin trędowatych, jak i te zdrowe (Fot. Adam Rostkowski)

Razem się uczą, bawią. Dzieci z internatu, a więc te napiętnowane trądem, odwiedzają swoich kolegów i koleżanki w ich domach. To jest sukces Heleny.

W osadzie Jeevodaya najważniejsi są trędowaci. Choroba wprawdzie ustąpiła, ale zdecydowali się zostać albo po prostu nie mieli dokąd wracać. Pozakładali rodziny. Mieszkają tu i pracują. Jeden jest kierowcą, inny prowadzi aptekę, kolejny stróżuje, uprawia ryż.

Gdy podopiecznych było mniej niż dzisiaj, gotowały im trędowate kobiety. Na przygotowanie posiłku potrzeba jednak czasu. Gdy przybywało uczniów, było go coraz mniej. Kobiety z pozbawionymi czucia dłońmi nieraz niechcący oblewały się wrzątkiem, kaleczyły. Wprawdzie nie czuły bólu, lecz parzyły się i raniły.

Dlatego dzisiaj trędowate zajmują się przesiewaniem ryżu. Każdego dnia trzeba oczyścić od 70 do 100 kilogramów. Inne pracują w polu albo zostały krawcowymi.

Helena zajmuje się sprawami administracyjnymi. Dobija się do urzędów, by wywalczyć dopłatę do żywności albo zwolnienie z cła. Załatwia leki. Co roku musi składać podanie o przedłużenie wizy. Przez kilkadziesiąt lat nauczyła się funkcjonować w odmiennym od europejskiego systemie, choć nadal często się wkurza, bo jako kobiecie, niepełnosprawnej i obcej, jest jej bardzo trudno.

Miała dziesięć lat, gdy zachorowała na polio i przestała chodzić. Dzieciństwo spędziła w szpitalach. Chyba to zdecydowało, że postanowiła studiować medycynę. Po przyjeździe do Indii utykała, z czasem poruszała się za pomocą kul, a dziś głównie jeździ na wózku.

– Żyję tu już 30 lat. Nauczyłam się hindi, więc wszystko rozumiem, ale ciągle czuję się inna. Choć w Indiach oficjalnie został zniesiony system kastowy, to jednak nadal kasta, z której się pochodzi, określa miejsce w społeczeństwie. A ja jestem poza kastami. Biała, ale to wcale nie znaczy, że lepsza. Gdy idę do urzędu, słyszę, jaką wspaniałą wykonuję robotę, a potem ten sam pochlebca odprawia mnie z kwitkiem i każe przyjść po podpis następnego dnia. Przychodzę następnego i słyszę to samo. Poruszam się wolniej niż inni, a nikt mnie w tutejszym tłoku nie przepuści, nie pomoże, nie otworzy drzwi.

Choć w Indiach zniesiono system kastowy, kasta ciągle określa miejsce w społeczeństwie, a Helena czuje się poza kastami (Fot. Adam Rostkowski)
Choć w Indiach zniesiono system kastowy, kasta ciągle określa miejsce w społeczeństwie, a Helena czuje się poza kastami (Fot. Adam Rostkowski)

Sanitariusze i pielęgniarki, z którymi pracuje Helena, bardzo ją szanują. Ale już niekoniecznie tutejsi lekarze. Denerwuje ich, gdy wyraża głośno swoje zdanie. I nie dotyczy to tylko lekarzy mężczyzn w zmaskulinizowanym świecie hinduskiej medycyny.

Wiele lat temu została zaproszona do Sister Doctors Forum of India – katolickiej organizacji lekarek sióstr zakonnych. Jest ich około tysiąca. Są potrzebne, bo zgodnie z tutejszym obyczajem kobiety powinny leczyć się u kobiet, zwłaszcza ginekolożek i położnych. Helena nie jest zakonnicą, jednak już w 1980 roku na stałe związała się z Kościołem. Pod koniec studiów wstąpiła do Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, złożyła śluby wieczyste nakazujące życie w czystości, posłuszeństwie i ubóstwie, według rad ewangelicznych. Ale nie mieszka w klasztorze, tylko we własnym domu, nie podlega przełożonej zakonu. Siostry z Forum też traktują ją jak odszczepieńca – ale raczej nie dlatego, że jest osobą świecką, ale że pracuje z najbiedniejszymi, z trędowatymi, no i za darmo. Siostry zarabiają pieniądze dla swoich zakonów, ale nie stykają się z trędowatymi.

Na początku pobytu Helenę dziwiło, że nikt tu nie mówi: „dziękuję”. Gdy ktoś przyniósł jej posiłek do pokoju, spytała, jak jest w ich języku dziękuję. Dhanyavād było pierwszym słowem, którego się nauczyła. Potem dzieciaki biegały za nią i wołały: „Ta, co dziękuje”. – Już mnie to nie zaskakuje. Hinduizm uczy, że każdy ma w życiu jakieś zadanie do wypełnienia. To się nazywa karma. Moją karmą jest leczyć innych. Nie trzeba za to dziękować.

 

Ale sama uczy dzieci, jak być wdzięcznym. Jeśli mama gotuje im obiad, zasługuje na podziękowanie. – Chcę też, by dzieci pamiętały, skąd pochodzą. To ważne, by rozjeżdżały się do domów na wakacje, a umiejętności, które zdobywają w szkole, wykorzystywały w koloniach. Tak mogą choć odrobinę zmienić tamtejszy świat na lepszy. Gdy moi absolwenci pytają, czy mogą swoje dzieci przysłać do nas na naukę, odmawiam.

– Jak to? – nie rozumiem.

– Tłumaczę, że ich rodzice nie mieli wyboru – wyjaśnia Helena. – Oni nie są trędowaci, więc nikt ich nie wyklucza. Mogą zarabiać na życie, stać ich, by wspierać rodzinę, kształcić córki i synów w normalnych szkołach.

19 lat temu ktoś podrzucił do Jeevodayi wygłodzone niemowlę – Filipka. Prawie od razu umarł na rękach Heleny. Dziesięć dni później przyniesiono jej Patrycję. Miała cztery miesiące, ważyła 1800 gramów, kasłała, nie miała mięśni. Ale wydobrzała, mieszka dalej w Jeevodayi.

Parę lat po Patrycji pracownicy ośrodka znaleźli Snehę – dziewczynka nie miała zawiązanej pępowiny, jej główka była roztrzaskana. Ktoś próbował ją zabić. Przecież gdyby to był wypadek, rodzice sami poszukaliby pomocy.

Mała przeżyła. Trzy lata temu przeszła w Polsce operację, chirurdzy załatali dziurę w głowie specjalną protezą.

Sieroty stały się córkami Heleny. Zapewne jej karmą było zostać mami – matką-opiekunką dla kilku dziewczynek. Jest dla nich jedyną bliską osobą. Ale mami wołają do Heleny wszystkie dzieci w Jeevodayi.

– Wytknięto mi niedawno, że choć jestem w Indiach 30 lat, mało wiem o Hindusach. To prawda, ciągle coś mnie zaskakuje. Ale chyba wiem już wystarczająco dużo, żeby pomagać tym ludziom. Nie tylko jako lekarka, ale człowiek, doradca, ktoś bliski. Przecież wspólnie tworzymy rodzinę.

>> Czytaj także: Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć -reportaże z Ukrainy