1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Bianka Zalewska – reporterka wojenna o pracy tam, skąd wszyscy chcą uciec

Bianka Zalewska: reporterka pracująca dla TVN Discovery oraz współpracująca z ukraińską stacją Espreso TV. Autorka reportaży i filmów dokumentalnych z wielu zapalnych miejsc na świecie, między innymi z Donbasu, gdzie wracała na front ponad 50 razy, czy z Syrii i Iraku, gdzie przebywała z Kurdyjkami walczącymi z ISIS.(Fot. Adam Tuchliński)
Jedzie tam, skąd wszyscy uciekają lub marzą, żeby uciec. Była na wojnie kilkadziesiąt razy, ale nie uważa się za reporterkę wojenną. Bianka Zalewska podkreśla, że interesują ją ludzie, a najuważniej przygląda się kobietom, które z przypadku lub z wyboru znalazły się na linii frontu.

Ile masz wzrostu?
Metr sześćdziesiąt osiem. Rano, bo wieczorem metr sześćdziesiąt siedem. Przysięgam, sprawdzałam. Podobno to normalne, że człowiek kurczy się w ciągu dnia. (śmiech)

Pytam, bo wydajesz się wręcz filigranowa – zastanawiałam się, czy w kontekście twojej pracy to bardziej atut, czy utrudnienie.
Bardzo często to się jednak przydaje. Pamiętam, jak po raz pierwszy wchodziłam do czołgu z kamerą. Tam w środku w ogóle nie ma miejsca; nawet jak jedzie sama załoga, to i tak jest ciasno. Większy operator zwyczajnie by się nie zmieścił, a ja wciskałam się w kąt albo stawałam przy uchylonym włazie u góry, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Nie mówiąc już o tym, że w Donbasie, Syrii czy Iraku widziałam żołnierki dużo drobniejsze niż ja.

Zdarza ci się, że ludzie, o których masz kręcić reportaż, są zaskoczeni, że przyjeżdża do nich dziennikarka, nie dziennikarz?
Na wojnie nikogo nic nie dziwi. Bardziej niż o moją płeć chodzi o zaufanie. Jestem przyzwyczajona do tego, że gdziekolwiek na froncie pojawiam się pierwszy raz, traktuje się mnie bardzo nieufnie. Ale prędzej czy później zaczynają mnie traktować jak swoją. Miałam na żołnierzy taki sposób – chodziłam za nimi z kamerą non stop. Ktoś myje zęby w okopach, a ja stoję tuż za nim. Pytali mnie: „Po co to kręcisz?”, odpowiadałam: „Żeby ludzie widzieli, jak tu żyjecie na co dzień”. Nieważne, że kamera bez baterii, chodziło o to, żeby przestawali się usztywniać na jej widok.

Korespondentka czy reporterka wojenna?
Korespondenci donoszą z frontu na bieżąco. Tak więc reporterka. Po prostu, bo wojna to niejedyny, choć faktycznie główny temat, którym się zajmuję. Robię też dużo reportaży społecznych. A właściwie inaczej – one zawsze są społeczne, bo nawet jeśli trafiam w rejony walki, to i tak nie robię materiałów o wojnie. To są zawsze reportaże o ludziach.

Skąd bierze się odwagę, żeby – jak trafnie zauważasz w jednym ze swoich reportaży – „iść tam, skąd wszyscy właśnie uciekają”?
Nie mówiłabym tu o odwadze, bo z czasem boję się coraz bardziej. Może kiedyś, jak byłam młodsza, miałam w jakimś sensie poczucie, że jestem nieśmiertelna, tak jak to młodzi ludzie, którzy są zdrowi i wierzą, że przed nimi całe życie. Ale nie dlatego trafiłam na front. To nie była moja decyzja. Raczej potrzeba chwili, naturalny bieg wydarzeń. Nie znam dziennikarza, który od początku świadomie wybrałby sobie taki los.

Jest rok 2009. Ty, z wykształcenia prawniczka, zaczynasz pracę dla UEFA w związku z przygotowaniami do Euro 2012. Tak trafiasz na Ukrainę.
Trzeba było dostosować prawo, między innymi jeśli chodzi o zabezpieczenie imprez, żeby mistrzostwa w ogóle zorganizować. Kursowałam między Ukrainą, Polską, Szwajcarią i innym krajami, ale w Kijowie mieliśmy biuro. Śmiesznie, wcześniej Wschód nie bardzo mnie interesował, w szkole średniej wyobrażałam sobie, że jeśli gdzieś wyjadę pracować, to raczej do Stanów. Tymczasem w Kijowie poznałam fantastycznych ludzi, wielu po studiach za granicą: Harvard, Oksford.

Przyjechałam tam, znając angielski i rosyjski. Ten drugi tyle, co ze szkoły. Zresztą szef od razu zabronił nam mówić po rosyjsku. Nie to, że ktokolwiek myślał wtedy o wojnie – absolutnie nie – ale czuło się napięcie, ludzi wkurzało, że Janukowycz, prezydent ich kraju, nie umie się poprawnie wypowiedzieć w ich języku. Niby oficjalnie używaliśmy w biurze angielskiego, ale ludzie spontanicznie przestawiali się na ukraiński. Nie miałam wyjścia, musiałam się go nauczyć. No i się w nim zakochałam – pamiętam swoje pierwsze zaskoczenia i zauroczenia. Na przykład buď laska, czyli „proszę”, co przypomina nasze „bądź łaskaw/a”. Czy nie pięknie? Albo moje ulubione: nasolożujus, cieszę się czymś, czerpię z czegoś przyjemność, dosłownie „nasładzam się”.

Rok po Euro zaczynają się protesty na Majdanie Nezałeżnosti. A ty jesteś tam i filmujesz.
Po drodze wróciłam do Polski, pracowałam przy transmisjach meczów, tak zaczęłam współpracować z telewizją. A potem któregoś dnia jeden ze znajomych z Kijowa odezwał się do mnie na komunikatorze, że na Majdanie jest kocioł. Pracowałam w telewizji, działo się coś, na co skierowane były oczy całego świata, znałam język i ludzi na miejscu. Oczywiste było, że wyjeżdżam właśnie ja.

Pojechałaś i…
I zobaczyłam tych kolegów po Oksfordach z koktajlami Mołotowa w rękach. Tam od początku działy się rzeczy niewyobrażalne. Pamiętam, jak schyliłam się, żeby pomóc chłopakowi rannemu w nogę. Uklękłam na krzywej brukowanej ulicy, patrzę, a topniejący śnieg, który spływał z placu po bruku, jest czerwony od krwi.

Poznawałam kolejnych protestujących i kolejnych. Przychodzili na Majdan często tylko po to, żeby sprawdzić, co się dzieje, i już zostawali. A potem, jak zaczęła się wojna, jechali na front w Donbasie, zgłaszając się do batalionów ochotniczych, żeby bronić swojej ojczyzny. Wielu z nich stało się bohaterami moich reportaży. Dużo wspaniałych kobiet. Jak Alina: śliczna, długowłosa. Uczyła się od dzieciństwa polskiego, jej wielkim marzeniem było zostać w Polsce aktorką. Nie wiem jak, ale oszukała wszystkich, że jest pełnoletnia, i dostała się do batalionu. Walczyła dzielnie, ale nie zapomniała o swoim marzeniu; filmowałam ją, jak siedzi w okopie nad książkami i uczy się do egzaminów wstępnych na akademię teatralną. I wiesz co? W końcu się dostała. Z pierwszą lokatą. Ponad setka osób z całej Ukrainy zdawała, a ona miała najwięcej punktów. Widziałam niedawno jej zdjęcia ze spektaklu w Kijowie.

Albo Wiktoria, która przyszła na Majdan, bo z jej akademika słychać było protesty. Z Majdanu pojechała na front, była ranna. Dowódca, nie wiem, czy po to, żeby ją chronić przed walkami, czy za karę, kazał jej siedzieć w kostnicy i zajmować się ciałami kolegów. To ona wysłuchiwała krzyków matek, żon, sióstr, kiedy dowiadywały się, że ci chłopcy nie żyją. Dzisiaj Wiktoria jest oficerem, szkoli adeptów, działa prężnie w Ruchu Kobiet Weteranek.

(Fot. Adam Tuchliński)

Byłam na twoim wykładzie w ramach Uniwersytetu Otwartego. Mówiłaś o kobietach na froncie, podkreślając, że sytuacja kobiety w czasie konfliktu zbrojnego jest wyjątkowa z wielu powodów.
Jeśli zapytasz o tę różnicę, wojowniczki z YPJ [syryjskie Kurdyjki ze słynnego żeńskiego oddziału walczącego z ISIS – przyp. red.] potwierdzą ci, że islamista, ginąc z rąk mężczyzny, krzyczy: „Chwała Allah Akbar!”. Ale jeśli zabija go kobieta, kaja się: „Allahu, zmiłuj się”, obawiając się, że pójdzie do piekła. To może brzmieć anegdotycznie, ale nienawiść do żołnierek na wojnie z Państwem Islamskim jest niewyobrażalna.

Niezależnie od szerokości geograficznej nagminne jest to, że dziewczyny wzięte do niewoli stają się niewolnicami seksualnymi. Ale nawet w swoim batalionie czy brygadzie są w innej sytuacji niż koledzy. Właściwie nie mogą sobie pozwolić na słabość; chłopak może mieć gorszy dzień, a one zaraz usłyszą, że „baby nie nadają się do armii”. Cały czas coś muszą udowadniać, po cichu zaciskają zęby. Wyobraź sobie: dostajesz okresu „na zadaniu”, trwa ostrzał, a ty siedzisz kilka dni ściśnięta z kolegami w okopach.

Jest wreszcie kwestia prawna. W Donbasie dziewczyny ochotniczki walczyły tak samo jak koledzy. Dziś ukraińskie wojsko to jedna z lepiej wyszkolonych i bardziej doświadczonych armii świata, ale z początku to byli głównie ochotnicy, banda młodych ludzi w adidasach czy nawet klapkach. Dziewczyny walczyły ramię w ramię z kolegami, ale potem, kiedy wcielano weteranki do armii, dla nich nie było ani mundurów, ani butów, ani wojskowej bielizny. Dostawały wszystko za duże o kilka numerów, męskie kalesony. A przede wszystkim nie przewidziano kobiecych stanowisk bojowych. Na froncie żołnierka obsługiwała moździerz, a i tak miała w papierach: praczka, szwaczka albo łaźniowa. Ciekawe swoją drogą, gdzie ta łaźnia, bo zazwyczaj za prysznic służyła butelka wody.

Czy dzięki temu, że wy, dziennikarze, nagłośniliście tę sprawę, coś się w tej kwestii ruszyło?
To się zmienia przede wszystkim dzięki staraniom takich wspaniałych kobiet jak wspomniana Wiktoria. Albo Yana – to jest postać! O niej jest mój ostatni materiał. Yana ma nawet swoją lalkę Barbie. Bohaterka narodowa, dzisiaj posłanka, która przyczyniła się do zmian legislacyjnych w przepisach o wojsku. Ma 26 lat, kolorowe włosy, kolczyki na twarzy – stworzyła największy w Ukrainie ochotniczy oddział medyczny „hospitalierzy”. Jako sanitariuszka własnymi rękami wyciągnęła ponad 200 rannych żołnierzy spod ostrzału. Yana jeździ na wózku, miała na froncie wypadek samochodowy. I kiedy usłyszała, że powstanie inspirowana nią lalka Barbie, zgodziła się, pod warunkiem że to będzie lalka z niepełnosprawnością i w odpowiednich proporcjach – żadnych niebotycznie długich nóg i nie wiadomo jakiego wcięcia w pasie. Ma być na wózku, ze wszystkimi wojskowymi odznaczeniami. I faktycznie, taka jest jej Barbie.

Piękne przykłady. Jeśli dodasz do tego straszne rzeczy, które widziałaś na wojnie, jakie masz przemyślenia na temat natury człowieka?
W ekstremalnych warunkach spadają maski. Łatwiej dostrzec, co w nas siedzi. Ja w najgorszym piekle poznałam również tę naszą najlepszą stronę. Wzruszające, mocne więzi i relacje: przyjaźnie, miłości, oddanie, szacunek, poświęcenie.

Może chodzi o strategię przetrwania: wspieram drugiego z myślą, że i ja mogę liczyć na pomoc?
Jak w takim razie wytłumaczyć to, że żołnierze ratują na terenach wojennych zwierzaki? Filmowałam, jak piesek biega w kamizelce kuloodpornej i jak żołnierze innemu podają regularnie środki na uspokojenie, żeby się nie trząsł ze strachu. Albo kocica Mania z jednostki stacjonującej w obwodzie ługańskim. Chudzinka, która okociła się w okopach. Mania cieszyła się powszechnym szacunkiem, bo ostrzegała brygadę przed ostrzałem. Kiedy do jednostki docierała wiadomość, że Rosjanie szykują się do ataku, pierwsze co, to wszyscy patrzyli, gdzie jest Mania. Jeżeli leży i się spokojnie wylizuje, machali ręką. Ale jak nagle nastawiała uszu i nieruchomiała, po czym dawała dyla, wiadomo było, że faktycznie zaraz polecą pociski. Swoją drogą u nas w Polsce działają fundacje, które zajmują się frontowymi zwierzakami. Każdy może je wesprzeć, polecam, łatwo je znaleźć w Internecie. Widzisz – niby trafiasz do piekła, a spotykasz anioły.

A potem wracasz tutaj, do innej rzeczywistości. Trudno się przestawić?
Oczywiście. Masz nawet wrażenie, że to tam dzieją się rzeczy naprawdę ważne. Był taki czas, że patrzyłam na ludzi chodzących po galeriach handlowych i nie mogłam w to uwierzyć. Może nawet byłam w jakimś sensie na nich zła – oni tu sobie chodzą i robią selfie, a tam giną ludzie. Najtrudniej pogodzić w głowie te dwa światy. Ktoś pisze ci na Facebooku, że kolejny twój znajomy nie żyje, a zaraz potem dostajesz esemesa: „Zapraszamy na superimprezę w klubie La Playa”. Żałuję, że od początku nie trafiłam na psychologów wojskowych, którzy byli na wojnach i z którymi mogłam pogadać. Trochę czasu mi zajęło, żeby dojść do wniosku, że ten tutaj to także pełnoprawny świat. Może trochę przypudrowany, i oby taki został.

Mówisz o innych, a sama omal nie rozstałaś się z życiem. W 2014 roku samochód, którym jechałaś z lotniska w Ługańsku, został ostrzelany. Kilka miesięcy w szpitalu, rok rehabilitacji. Po drodze usłyszałaś, że nie będziesz chodzić.
I nie chodziłabym, gdyby nie małżeństwo państwa Baranowskich z Otwocka. Muszę wymienić ich z nazwiska, bo to moi aniołowie, którzy jako jedyni podjęli się tej operacji. Zresztą takich osób, dzięki którym wtedy przeżyłam i chodzę, jest o wiele, wiele więcej. Każdej z nich jestem wdzięczna i winna życie.

Wyobrażam sobie, że ja po takim doświadczeniu za żadne skarby nie wróciłabym już tam, gdzie lecą nad głowami pociski. Ty wracałaś i próbuję zrozumieć dlaczego. Jak się domyślam, raczej nie chodzi o przywileje, które daje praca dziennikarza?
Tak, wiem, że widzowie mają czasem wyobrażenie, że dostajemy pieniądze za to, że jedziemy na front. Nie, oczywiście, że nie. Większość dziennikarzy na wojnie to freelancerzy, którzy wynagrodzenie dostają za gotowe materiały. Jedziemy na własne ryzyko i bardzo często na swój rachunek. Jedyne, co nas chroni, to nasze doświadczenie, spryt, szczęście, bo dzisiaj kamizelka z napisem „press” nie chroni cię przez niczym. Przeciwnie, stała się celem, jest tylko podpowiedzią dla snajpera.

Czemu to robię? Chodzi o świadectwo, które w sytuacjach kryzysowych jest kluczowe. Nieważne, czy chodzi o działania zbrojne, czy o uchodźców z Afganistanu koczujących jak w pułapce między granicami dwóch państw. Wszyscy ci, którzy z kamerą czy aparatem pokazują nam, co się dzieje, są szansą, że nie dojdzie do eskalacji tam, gdzie emocje i tak sięgają zenitu. To bardzo niebezpieczne, kiedy władza eliminuje dziennikarzy, którzy patrzą jej na ręce.

Czemu to robię? Jak siedzę w szpitalu wojskowym i trzymam rannego chłopaka za rękę, to też dokładnie wiem czemu. Człowiek się czuje potrzebny. Albo kiedy słyszę od staruszki, której dom akurat znalazł się na linii frontu, że nie traci nadziei, bo wierzy, że świat to zobaczy i coś się zmieni. Świat jest, jaki jest, zawsze gdzieś będzie przebiegał front, ale my możemy sobie pomóc; tylko ludzie muszą wiedzieć, że jest taka potrzeba. Pamiętam, jak powiedziałam na antenie „Dzień dobry TVN”, że na Ukrainie najbardziej przydałaby się termobielizna. Co się działo! Tej termobielizny uzbierały się chyba ze dwa tiry. Szybko skontaktowałam się z jedną z fundacji: „Wy jedziecie, a ja z wami. Muszę to nagrać, widzowie muszą zobaczyć, że to dotarło, żeby poczuli sens pomagania”. Nie pracuję w pomocy humanitarnej, ale zawsze liczę, że może jakiś materiał wywoła szerszą dyskusję. A może chociaż dyskusję w pubie przy piwie, kiedy ktoś zobaczy jakąś moją relację z obozu dla uchodźców i powie: „Stary, faktycznie, to tacy sami ludzie jak my”. To już jest dużo.

Co twoi bliscy na to, że się narażasz?
Starałam się chronić rodziców, unikając opowiadania im szczegółów, ale to się nie sprawdziło. Teraz jako pierwsi wiedzą o moich planach. Z kolei mój mąż doskonale rozumie specyfikę mojej pracy, bo sam pracuje w służbach mundurowych, jeździł na misje zagraniczne, nierzadko w te same miejsca co ja. Mijaliśmy się, jeszcze się nie znając. Jeśli wyjeżdżam, mówię Marcinowi, kto jest dowódcą batalionu czy brygady, w której będę, mamy umówione swoje znaki, sygnały rano i wieczorem. Ale też od kiedy jesteśmy razem, narażam się nieporównanie mniej niż kiedyś. Jestem starsza, mądrzejsza, mam jego. I o wiele więcej wdzięczności: za to, że żyję, ruszam się, że mam do kogo wracać, że tu na ulicach do siebie nie strzelamy, choć zdaję sobie sprawę, jak kruchą sprawą jest pokój.

Mówiłam ci o czołgach, teraz zamiast jechać czołgiem w sam środek piekła, zostałabym w bazie, żeby filmować, jak odjeżdżają w dal, z odpowiednim komentarzem. To też jest świadectwo.

Właśnie wyszła książka „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki”. Jesteś jedną ze współautorek, powiesz o niej na koniec kilka słów?
Ważne, że cały dochód ze sprzedaży idzie na pomoc represjonowanym dziennikarzom z Białorusi. O której dziś słyszymy mało, co nie znaczy, że nic się tam nie dzieje. To znaczy, że ludzie, którzy mogliby nam pokazać prawdę, siedzą w więzieniu lub musieli uciekać za granicę. Ta książka wyszła u nas ponad podziałami, bo – zainspirowani pomysłem Arlety Bojke – stworzyli ją dziennikarze z różnych redakcji, od prawa do lewa, pro bono. Jestem współautorką, razem z Ewą Raczyńską z Onetu, rozdziału o Nadzi, dziewczynie nagrodzonej World Press Photo 2021 w kategorii spot news. Sfotografowała kobietę, która czeka pod więzienną bramą na męża.

Nadzia jest jedną z tych opozycjonistek, które powtarzały, że się ze swojej ojczyzny nie ruszą. No i teraz tak: trzy dni przed tym, jak nasza książka miała iść do druku, do redakcji Nadzi wpadają służby, gazeta zostaje zamknięta, naczelny i kilka innych osób aresztowani. W tym samym dniu dostaję od niej esemesa: „Bianka, nie pisz, nie dzwoń, nie wiem, kto przejmie mój telefon”. Do naszego rozdziału w książce zdążyłyśmy tylko dopisać, że Nadzia nie jest już w ojczyźnie bezpieczna. Są potwierdzone informacje, że jednak wyjechała z Białorusi, czekam, aż będziemy się mogły zobaczyć. Jeszcze nie wiem, kiedy ani w jakim kraju, ale spotkamy się na pewno i osobiście opowie mi, co się wydarzyło.

Bianka Zalewska: reporterka pracująca dla TVN Discovery oraz współpracująca z ukraińską stacją Espreso TV. Autorka reportaży i filmów dokumentalnych z wielu zapalnych miejsc na świecie, między innymi z Donbasu, gdzie wracała na front ponad 50 razy, czy z Syrii i Iraku, gdzie przebywała z Kurdyjkami walczącymi z ISIS. Odznaczona Orderem Księżnej Olgi III Klasy przez prezydenta Ukrainy Petra Poroszenkę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze