fbpx

Matki i singielki w jednej pracy

Matki i singielki w jednej pracy
fot.123rf

Z jednej strony: „Dlaczego to znów ja mam zostać po godzinach, a ona może wyrwać się o 16 do domu?”. Z drugiej: „Jak mam być bardziej wydajna w pracy z chorym dzieckiem?”. Pytanie: kto jest tu ofiarą, a kto agresorem?
Zaczynasz pracę w nowej firmie i angażujesz się w nią bez reszty, chcesz wywrzeć na współpracownikach dobre wrażenie i przekonać do siebie szefa. Często zostajesz po godzinach, kiedy wszyscy inni poszli już do domu. Z czasem każdy przyzwyczaja się, że zawsze pracujesz dłużej niż inni. Przecież jesteś singielką i nikt wieczorami nie czeka na ciebie z kolacją, ty też dla nikogo nie musisz gotować. Koledzy i koleżanki spieszą po pracy do swoich rodzin, dzieci, partnerów, proszą więc o pomoc ciebie. W końcu ty nie masz obowiązków i możesz dokończyć zadanie za nich – to fragment artykułu z portalu e-darling. Bardzo trafnie pokazuje pewien mechanizm, którego staramy się nie widzieć, kiedy stajemy po jednej albo drugiej stronie barykady.

Dużo mówi się o problemie dotyczącym delegowania przez współpracowników osób samotnych do pełnienia dyżurów, zastępstw czy wyjazdów służbowych w niewygodnych terminach. Według obiegowej opinii matki mają wygrywać w tym starciu z singielkami, wytaczając argument opieki nad dziećmi jako niepodważalny. Nie znam badań na ten temat, ale podejrzewam, że gdyby ktoś je przeprowadził, wyniki wcale nie byłyby tak jednoznaczne, jak sugeruje obiegowa opinia. Myślę, że jest wiele (a nawet pokuszę się o twierdzenie, że większość) matek, które zdecydowawszy się na łączenie pracy zawodowej i macierzyństwa, godzą jedno z drugim bez konieczności obciążania współpracowników. Bycie matką lub bycie singielką jako argument w dyskusji to przykrywka umożliwiająca toczenie rozgrywki polegającej na wkręcaniu i dawaniu się wkręcać, czyli bardziej naukowo mówiąc: na uczestniczeniu w manipulacyjnej grze.

Układ: prześladowca–ofiara–wybawca

Mamy zadziwiającą skłonność do rozgrywania wielu problemów metodą wchodzenia w układ: prześladowca–ofiara–wybawca. Ten trójkąt dramatyczny ma taką właściwość, że ludzie początkowo przyjmują jakieś role, by później – w wyniku rozwoju akcji – zamieniać się nimi nieraz w nieskończoność, co pozwala trwać dramatowi. Najczęściej obsadzamy się w jednej z ról, ale wyeksploatowawszy możliwości, jakie ona daje bez osiągnięcia pożądanej zmiany, popadamy w drugą skrajność: z ofiary stajemy się agresorem, agresor obejmuje pozycję ofiary – gra się toczy, wszyscy są coraz bardziej wykończeni, a rozwiązania nie ma. Skarżenie się bliskim i znajomym na taki stan rzeczy jest dalszym etapem polegającym na poszukiwaniu wybawcy, który przyjdzie i rozsądzi – obroni ofiarę i ukarze agresora. Jednak jak tego dokonać, gdy ofiara i prześladowca co chwilę zamieniają się rolami?

I tak, jeżeli zaczniemy od obsadzenia w roli ofiary singli, usłyszymy, że są oni bardziej wykorzystywani w pracy, bo nie mogą zasłaniać się rodziną i dziećmi, że są stawiani pod ścianą zwłaszcza w kwestii konieczności pracy po godzinach, w weekendy i święta, no bo jaki kontrargument przedstawić na wiadomość, że świetlice, przedszkola i żłobki pracują najdłużej do 17, a w weekendy i święta – wcale?

Kiedy z kolei damy możliwość matkom wyżalić się z pozycji osoby pokrzywdzonej, usłyszymy, że one nie mogą pozwolić sobie na zabieganie o przychylność szefa poprzez branie większej ilości pracy i poświęcanie jej tyle czasu, co single. Dzieci nie informują z wyprzedzeniem, kiedy zachorują, obsługa czynności domowych to drugi etat, a do tego matki w pracy traktowane są jak zło konieczne i przegrywają w przedbiegach z mającymi na wszystko czas – w tym dbanie o siebie, swój wygląd i rozwój – singielkami.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Osobiście znam matki siedzące do nocy w pracy i singielki, które za pięć szesnasta w ubraniach wierzchnich, z torebkami w dłoni popychają wzrokiem wskazówkę minutową zegarka, jeśli akurat w ich pracy zwraca się uwagę na porę przyjścia i wyjścia co do minuty. Nie chodzi tu więc o to, czy jest się singielką, czy matką, tylko raczej na ile posiada się taką konstrukcję psychiczną, która radzi sobie z asertywnością lub nie.

Bez owijania w bawełnę

Osoba asertywna w znaczeniu: zrównoważona, rzeczowa, otwarta na współpracę, działa wprost, nie owija w bawełnę, nie „sprawia wrażenia”, nie „skłania” nikogo do robienia tego, co ona chce, ale też nie poddaje się „skłanianiu” i wszelkim sugestiom wyrażanym nie wprost. Etymologicznie pojęcie assertio (łac.) oznacza wyzwolenie, zwłaszcza wyzwolenie niewolnika. Człowiek asertywny to ktoś, kto zdołał uwolnić się zarówno od nadmiernej zależności od innych, jak i od własnego lęku, niepewności i agresji w kontaktach międzyludzkich. Natomiast ktoś, komu się to jeszcze nie udało – będzie starał się zabiegać o zaspokojenie swoich potrzeb poprzez budowanie relacji uzależnieniowych, jak w cytowanym na wstępie tekście: chcesz wywrzeć na współpracownikach dobre wrażenie i przekonać do siebie szefa. Czyli: działasz z poziomu manipulacyjnego zawoalowania, wywierania wrażenia, zabiegania o względy, co wcześniej czy później kończy się nieprzyjemnie. Nie zawsze udaje ci się zachować asertywnie, bo nie do końca uwolniłaś się od swojego lęku i niepewności, więc starasz się ugłaskać sytuację, żeby zapobiegać niekorzystnemu dla ciebie obrotowi spraw. Jednak zazwyczaj tak się nie dzieje. To, co się dzieje – to proces wysyłania informacji: „ze mną tak można, ja sobie na to pozwolę”. Ta historia jest tak powtarzalna, że zdarza się w różnych środowiskach, w różnych relacjach i okolicznościach. Jednak zazwyczaj wpadamy w pułapkę myślenia, że nasza sytuacja jest specyficzna i dotyczy właśnie tych dwóch obozów, np. „matki” kontra „singielki” w pracy.

Bądźmy profesjonalistami

Myślę, że nie warto tak na to patrzeć i w ten sposób komentować, bo to nadweręża i tak kruchą dość w naszym kraju solidarność kobiet pracujących zawodowo. Na sprawy zawodowe spójrzmy profesjonalnie – pod kątem umów o pracę, zakresu obowiązków i zasad np. udzielania urlopów, jakie są praktykowane w firmie. Najprostszy sposób radzenia sobie z takimi sytuacjami w pracy to pamiętać, kto za co dostaje pieniądze. Bo praca to nic innego, jak oferowanie swoich umiejętności i czasu w zamian za gratyfikację finansową. Dlatego jeżeli mamy wrażenie, że pojawia się konflikt interesów, w którym monetą przetargową jest konieczność odebrania dziecka z przedszkola czy spędzenia świątecznego dnia z rodziną, nie zatrzymujmy się na tym poziomie konfliktu, nie rozgrywajmy go z pozycji ofiara kontra agresor, bo zazwyczaj niewiele z tego wyniknie. Zastanówmy się, co nie działa z punktu widzenia pracy i jej wartości. To na tym poziomie rozgrywa się batalia, którą możemy przeprowadzić na drodze negocjacji, zamiast wykrwawiać się w walce. Wobec przytoczonej na wstępie sytuacji, kiedy to: koledzy i koleżanki spieszą po pracy do swoich rodzin, dzieci, partnerów, proszą więc o pomoc ciebie. W końcu ty nie masz obowiązków i możesz dokończyć zadanie za nich – rodzi się proste pytanie: kto otrzyma pieniądze za to, co ja mam zrobić?

Kiedy więc ktoś proponuje ci, żebyś zrobiła coś za niego, bo on musi odebrać dzieci z przedszkola, zapytaj, czy proponuje ci płatne zastępstwo, czy wolontariat? Musisz to wiedzieć, zanim podejmiesz decyzję. Bo na tym polega bycie asertywną wobec samej siebie – na dbaniu o to, by nie decydować pod wpływem lęku, niepewności czy bezradnej złości. Odpowiadasz za troszczenie się o swoje ważne potrzeby. Pamiętaj też, że osoba, która usiłuje cię wkręcić w robienie czegoś za siebie, postępuje tak nie dlatego, że jest matką, tylko dlatego, że ma taki styl bycia. Gdyby nie miała dzieci, znalazłaby inną wymówkę.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>