Przepis na udane dzieciństwo. Najpopularniejsze trendy wychowawcze

fot. iStock

Poradniki, blogi rodzicielskie i pomysły mniej lub bardziej sprawdzonych ekspertów mają za zadanie pomóc rodzicom w ich trudzie (choć czasem osiągają efekt przeciwny). Do tego grona dołączyły niedawno bestsellery chwalące metody wychowawcze poszczególnych krajów. Na ile warto się nimi zainspirować? I jak mają się one do polskich wzorców?

Moja znajoma ostatecznie dość szybko zrezygnowała z francuskich metod wychowawczych, stawiając na nurt rodzicielstwa bliskości. Nadal jednak dla wielu zmęczonych matek pociągająca jest myśl, żeby do polskiego modelu wychowania przeszczepić trochę zachodnich metod. Tym bardziej że książki chwalące chińskie, holenderskie czy fińskie podejście, wyskakują jak grzyby po deszczu.Kilka miesięcy temu moja znajoma, będąc jeszcze w ciąży, zaczytywała się wydanym w 2013 roku bestsellerem „W Paryżu dzieci nie grymaszą”. Uznała, że taki model wychowawczy chce przyjąć, a kilka przedstawionych w książce zasad zacznie wdrażać od samego początku. Jak tę, by nie biec na każdy płacz dziecka, tylko dać mu kilka minut, żeby sprawdzić, czy to coś poważnego, czy może obudziło się na chwilkę i zaraz samo zaśnie. Francuscy pediatrzy twierdzą, że dzięki temu dzieci szybciej zasypiają i uczą się przesypiać noce. Inna metoda znad Sekwany to nauka cierpliwości i odraczania przyjemności. „Owszem, kochanie, dostaniesz ciasto, ale najpierw trzeba je upiec, no i poczekać na porę podwieczorku”. W efekcie francuskie maluchy w restauracjach są spokojne, zamiast walić sztućcami w stół i krzyczeć: „Gdzie mój kotlet i frytki!?”. Nic dziwnego, że Amerykanka Pamela Druckerman, wychowująca w Paryżu swoją żywiołową córkę, postanowiła nauczyć ją i siebie trochę francuskiej ogłady. Niezapomniany dla mnie pozostanie opis wizyty w restauracji, z której autorka musi się szybko ewakuować wraz z zażenowanym mężem z powodu głośno wyrażającej swoje niezadowolenie córki. Wybiegając, tęsknie spogląda na grzecznie czekające na obiad francuskie berbecie.

Bezproblemowe życie Francuzów

Według zafascynowanej francuskim modelem wychowawczym Pameli Druckerman powściągliwość tamtejszych rodziców i ich dzieci jest bardzo pożądana wobec amerykańskiego bezstresowego wzorca, który z jednej strony stawia na niekaranie dzieci, a z drugiej – przeładowuje je nadmierną ilością zajęć, byle tylko się nie nudziły i szybko zaczęły osiągać sukcesy. Autorka zwraca uwagę na to, że rodzice zza oceanu pozwalają na wiele swoim dzieciom z poczucia winy, że bardzo szybko zostawiają je z nianiami, by wrócić do pracy. Amerykański system nie przewiduje płatnych urlopów macierzyńskich (o ojcowskich nie wspominając), a bezpłatne najczęściej kończą się po 12 tygodniach. Dlatego młodzi rodzice mają do wyboru – żyć z jednej pensji lub szukać pomocy do dziecka. We Francji przeciwnie – matki mogą być po prostu dłużej matkami, a państwo wspiera je, płacąc – jak u nas – za urlopy macierzyńskie i oferując bezpłatne żłobki już dla półrocznych niemowląt. Druckerman wyraźnie podkreśla różnice: amerykańskie rozpuszczone dzieciaki versus poukładane francuskie; wpędzane w poczucie winy zagonione matki kontra te spokojne, szczupłe i wyspane. Podczas gdy amerykański model, przynajmniej w szeroko rozumianej klasie średniej, zakłada, że rodzice nie dają dzieciom odpocząć po szkole, ale wożą je na tysiące lekcji i treningów od gry na pianinie po ceramikę, chiński i piłkę nożną, to model francuski przyjmuje, że dodatkowe zajęcia pojawiają się wtedy, gdy są konieczne albo wiążą się z pasją dzieci. Bo najważniejsze jest, by dzieci mogły się do woli bawić, ale też nudzić.

Holandia stawia na tradycję

Z kolei z holenderskiego punktu widzenia autorek „Najszczęśliwszych dzieci”, Amerykanki Rine Mae Acosta i Brytyjki Michele Hutchison, najważniejsza jest spontaniczna radość i chęć do zabawy. Dlatego też holenderskie dzieci od małego biegają całymi bandami po podwórkach, ulicach i chodnikach. Szybko uczą się jazdy na rowerze, którym potem poruszają się wszędzie – do przedszkola, parku, szkoły i do pracy. Oczywistością jest spędzanie czasu wolnego, weekendów, wakacji na łonie natury, często w ogródku na własnej działce. Po szkole czy przedszkolu mali Holendrzy nie biegną na zajęcia dodatkowe, tylko spędzają popołudnia na zabawie z rówieśnikami. Posiłki to rzecz święta, zwykle spożywane są wspólnie z rodzicami, którzy czas po pracy przeznaczają przede wszystkim dla rodziny, a nie dla znajomych. No i wszystkie najważniejsze i najmilsze rzeczy dzieją się w domu – od narodzin potomstwa, poprzez wspólne celebrowanie posiłków i życia rodzinnego, aż po odpoczynek. Holenderskie dzieci od małego dużo śpią i jedzą świeże i zdrowe rzeczy. Brzmi być może konserwatywnie, ale jako społeczeństwo Holendrzy są bardzo liberalni i nowocześni. W szkołach dzieci mają zajęcia z edukacji seksualnej, rodzice otwarcie rozmawiają z nimi o ich problemach, a każdy nastolatek dzierży w dłoni smartfon i korzysta z mediów społecznościowych.

Może to właśnie liberalne podejście plus bliskość i wsparcie rodziców, z którymi dzieciaki spędzają wiele czasu, sprawiły, że według raportu UNICEF ogłoszonego w 2013 roku najszczęśliwsze na świecie są holenderskie dzieci. Amerykańskie znalazły się na 26. pozycji. Z kolei Światowa Organizacja Zdrowia już w 2007 roku uznała Holandię za kraj, gdzie dzieciom żyje się najlepiej. Wielka Brytania i USA zajęły wtedy dwie ostatnie pozycje.

Jaka może być więc recepta na sukces? Na pewno przyjazne dziecku podejście od pierwszych dni życia. Holendrzy wierzą, że dzieci same potrafią znaleźć swój rytm spania i jedzenia, wystarczy im w tym towarzyszyć. Rodzice zawsze są blisko dzieci i spędzają z nimi dużo czasu. Także na świeżym powietrzu. No i holenderskim społeczeństwem nie rządzi duch rywalizacji, konkurencji, walki o bycie pierwszym. Dzieci są przypisywane do szkół, nie muszą walczyć o miejsce w najlepszym przedszkolu, podstawówce czy liceum, nie ma tu egzaminów, tylko testy kompetencji dla danego wieku. Holenderskiej edukacji przyświeca zasada „nie wychodź przed szereg, nie bądź taki do przodu”. Ważna jest współpraca, a nie współzawodnictwo, dobre samopoczucie, a nie kariera i kredyt na drogie auto.

Finowie wiedzą lepiej

Holenderskie podejście do życia podobne jest do fińskiego. Tak przynajmniej wynika z książki Timothy’ego D. Walkera, sfrustrowanego nowojorskiego nauczyciela, który w Finlandii mieszkał przez dwa lata i – jak każdy neofita – postanowił podzielić się swoim oświeceniem z wypalonymi zawodowo kolegami po fachu. Jego „Fińskie dzieci uczą się najlepiej” to w dużej mierze poradnik dla nauczycieli, pokazujący, że fińskie podejście do życia, nauki i pracy skutkuje najlepszymi wynikami szkolnymi w światowych rankingach. Niektóre uwagi i spostrzeżenia mogą bawić, jak odkrycie, że dzieciom trudno jest usiedzieć w ławce przez 45 minut. I że warto co jakiś czas zrobić krótką gimnastykę, pochodzić po sali, zmienić układ stolików, żeby uczniowie mogli się trochę ożywić. Że przerwy w szkole są po to, by dzieciaki odpoczęły od nauki i wybiegały się na dworze. W Stanach Zjednoczonych przerwy są dla nauczycieli i dzieci często spędzają je w sali lekcyjnej, a prosta prawda, że salę przed zajęciami dobrze jest wietrzyć, nie należy do oczywistych. Walker zauważa, że prace domowe nie pomagają w edukacji, a czas po szkole nie ma służyć zakuwaniu przez kolejne godziny, tylko zabawie na świeżym powietrzu. Po lekturze jego spostrzeżeń czytelnik ma wrażenie, że Stany Zjednoczone to ponure miejsce, gdzie dzieciństwo szybko się kończy, a podstawówka to początek mentalnego więzienia każdego Amerykanina, które zmienia tylko formy na szkołę średnią i college, a potem pracę w korporacji i jeśli wcześniej nie doprowadzi do zawału czy samobójstwa, to kończy się emeryturą, na której nie wiadomo co robić, bo do tej pory to praca i telewizja organizowały nam życie. Brzmi znajomo?

Smutek polskiego wychowania

No właśnie, jak na tle miłych i nieco lepiej od nas uposażonych społeczeństw plasuje się Polska? Psychoterapeuta Wojciech Eichelberger, autor kultowej już książki „Jak wychować szczęśliwe dzieci”, nie pozostawia złudzeń. Na moje pytanie o pozytywy polskich metod wychowawczych stwierdza, że jego stosunek jest jedynie krytyczny.
– W wychowywaniu polskich dzieci obserwuję silny deficyt ojców, i to od wielu pokoleń. Mamy etos ojca nieobecnego, zaangażowanego w sprawy inne niż rodzinne, co skutkuje nadmierną obecnością matki i w efekcie wpływa na życie dzieci. Matki przeceniają synów, mają tendencje do ich rozpieszczania, za to córki traktują jak pomoce domowe. W rezultacie Polska to kraj kobiet, które czują się niekochane oraz maczystowskich mężczyzn – stwierdza. Zwraca też uwagę na to, że w polskim wychowaniu wciąż silnie podkreśla się różnice płci. – Wychowujemy coraz bardziej konserwatywnie, co utrwala szkodliwe dla obu płci stereotypy. A ponieważ ojców nie ma, matki są zapracowane, to dzieci cierpią na brak kontaktu z rodzicami, zwłaszcza tego kontaktu bliskiego, wysokiej jakości, przez co rodzi się w nich niskie poczucie własnej wartości, co potem młodzi ludzie rekompensują sobie narcyzmem skierowanym w stronę nadmiernej konsumpcji strojów, gadżetów, obecności w mediach społecznościowych – tłumaczy Wojciech Eichelberger.

Gdy pytam o słynną miłość okazywaną przez jedzenie, zżyma się. – Kiedy matki mają mało czasu i uwagi dla dzieci, jedzenie staje się jedynym dostępnym dla nich kanałem przekazu troski i miłości, ale też kanałem kontroli – wyjaśnia. – To u dzieci często kończy się zaburzeniami odżywiania, bo ta nadopiekuńczość polskich matek jest agresywna, pełna lęku, co skutkuje brakiem zaufania do własnych dzieci – dodaje. Psychoterapeuta nie zostawia też suchej nitki na systemie edukacji. – Polska szkoła uczy dzieci postaw konformistycznych, rywalizacyjnych, asekuranckich. Chodzi o to, by jakoś przebrnąć przez szkołę, nie ponosząc porażki. To powoduje intelektualną bierność. W dodatku nasze szkoły państwowe są zideologizowane politycznie i religijnie, mają tendencję do wychowania homogenicznego, niewyróżniającego się obywatela. Wychowanie seksualne nie jest dla dzieci i młodzieży, młodzieży pokazuje się, że nie jest godna zaufania – zauważa. – Polskie szkolnictwo jest karykaturalnym odzwierciedleniem tego, jak traktuje się dzieci w rodzinie i społeczeństwie – dodaje.

Co mamy w zamian? Część osób decyduje się na edukację domową. To pozwala wyłączyć dzieci z systemu, a jednocześnie spędzać z nimi więcej czasu. Nie ukrywam, że i mnie przeszło to przez głowę. Jest jeszcze inna alternatywa, choć dostępna głównie w dużych miastach, czyli kiełkujący u nas Ruch Szkół Demokratycznych, prowadzony przez idealistów, zarówno po stronie nauczycieli, jak i rodziców, którzy próbują wybrnąć z impasu, w jakim znalazło się polskie szkolnictwo. – Cudownie, jeśli wyniknie z tego gruntowna reforma systemu i myślenia o młodych ludziach, bo teraz szkoła nie docenia ich chęci i kompetencji, pozostając instytucją przymusu, która równa w dół i uczy tylko odpowiadać na pytania testowe – kwituje Wojciech Eichelberger.

W impasie zdaje się być nie tylko polska szkoła, ale i podejście do dzieci. Rodzice, jeśli nie mogą skorzystać z tzw. instytucji babci, dość wcześnie oddają dzieci do żłobków czy przedszkoli. Badania pokazują, że maluchy coraz mniej czasu spędzają na dworze i świeżym powietrzu (raz że świeżego powietrza w Polsce jak na lekarstwo, dwa że rodzice wolą trzymać dzieci w domu, by mieć na nie oko). Skończyły się czasy swobodnego biegania po podwórku, zastąpiło je siedzenie z wzrokiem utkwionym w smartfonie i logowanie się na mediach społecznościowych. Rodziny w wersji klasy średniej spędzają często czas w samochodzie, wożąc – wzorcem amerykańskim – potomków na dodatkowe zajęcia, w ten sposób rekompensując im i sobie nieumiejętność spędzenia wspólnie wartościowo czasu.

We wspomnianej książce „Jak wychować szczęśliwe dzieci”, Wojciech Eichelberger mówi to słynne zdanie, że aby wychować szczęśliwe dzieci, trzeba samemu być szczęśliwym. Proste i trudne. Wzorce holenderskie i francuskie, a także fińskie pokazują, że można.