fbpx

Singapur okiem Karoliny Breguły – część I

Singapur okiem Karoliny Breguły - część I
Please Add Photos <br> to your Gallery
Zobacz galerię Zdjęć
Fot. Karolina Breguła


Warszawska artystka, Karolina Breguła, spędziła sześć tygodni w Singapurze. Jak postrzega to miasto-państwo i co tam robiła, opisuje w miniprzewodniku.

Za oknem w Warszawie trzaskał mróz, kiedy mój skype poinformował, że chce ze mną rozmawiać Charmaine, kuratorka pracująca w Centrum Fotografii i Filmu Objectifs w Singapurze.

Okazało się, że jestem zaproszona na sześciotygodniowy pobyt twórczy w maleńkim kraju, o którym wiem bardzo niewiele. Niedługo potem siedziałam już w samolocie i leciałam do Azji.

Po wielogodzinnej podróży spod chmur wyłoniła się wyspa najeżona wieżowcami. To był właśnie Singapur. Charmaine odebrała mnie z lotniska i – przepisowo prowadząc samochód lewą stroną ulicy – zabrała mnie w moją pierwszą podróż przez miasto. Podróż była niedaleka – jak zresztą każda tutaj, w kraju, którego najodleglejsze krańce dzielą zaledwie 42 km.

Pinnacle – ideał

Poznawanie miasta zaczęłam od okolic portu na obrzeżach centrum. Tutaj, w górującym nad wszystkimi wieżowcami w okolicy Pinnacle, miał przez najbliższe tygodnie być mój dom.

Jak się później dowiedziałam, posiadanie mieszkania w Pinnacle to marzenie każdego Singapurczyka. To nowoczesny wieloczęściowy budynek, którego poszczególne elementy połączone są tzw. wiszącymi ogrodami, co jest największym atutem budynku. Na dwudziestym piątym piętrze mają one zieloną przestrzeń z urządzeniami do ćwiczeń siłowych i ścieżkę do porannego joggingu, a na pięćdziesiątym – setki metrów trasy spacerowej i taras z pocztówkowym widokiem na wszystkie strony miasta. A jest na co patrzeć.

Oglądanie widoków w Singapurze może stać się nałogiem. Podobnie jak Pinnacle, sporo mieszkaniowych wieżowców w mieście to budynki komunalne. Do większości z nich można wejść, nie pytająć nikogo o zgodę. Jeśli więc chce się zobaczyć miasto z perspektywy ostatniego piętra, wystarczy rozejrzeć się, znaleźć jakiś dobrze usytuowany wieżowiec i wjechać windą na samą górę. Pinnacle to jeden z nielicznych, w którym, nie będąc mieszkańcem, za wstęp na taras widokowy trzeba zapłacić. Mimo wszystko niektórzy się na to decydują – zwłaszcza w pogodne dni, o zachodzie słońca.

Podwieszane ogrody i parki na dachach są tutaj w cenie nie tylko ze względu na wspaniałe widoki. Singapur to miasto, w którym jednym z nielicznych rzeczy deficytowych jest ziemia. Ponieważ nie ma miejsca na nowe parki i przestrzeń publiczną, budynki projektuje się tak, by miały kondygnacje ogrodowe oraz by zaczynały się na wysokości pierwszego piętra. Parter, zwany tutaj void deckiem, jest otwartą, pozbawioną ścian przestrzenią publiczną, którą ceni się głównie za to, że daje pożądany tu cień. Void decki budynków mieszkalnych to miejsce spotkań i imprez lokatorów. Bywa, że urządza się tu śluby i pogrzeby. Void decki w centrum miasta wypełniają kawiarnie i bary.

Różnorodność – gwarancją jakości

Pierwszego wieczoru w Pinnacle poznałam parę moich przesympatycznych gospodarzy: Yongmei i Dinesha. To młode małżeństwo jest kulturową wizytówką Singapuru – ona Chinka, on Hindus. Wielokulturowość, to jedna z tutejszych podstawowych wartości. Różnorodność rasowa i kulturowa jest nie tylko jakością i dumą Singapuru, ale również uważana jest za gwarancję spokoju, bezpieczeństwa i równowagi ekonomicznej. Dlatego pielęgnuje się ją tu z niezwykłą dbałością. Każdą przestrzeń w mieście dzieli się tak, by wypełniali ją ludzie różnych ras i kultur w ilości proporcjonalnej do ilości obywateli tego pochodzenia zamieszkujących Singapur. Wszędzie jest więc około 77% Chińczyków, 14 % Malezyjczyków, 8 % Hindusów i maleńki procent obywateli innego pochodzenia.

Każdy nowy komunalny dom dzielony jest sprawiedliwie pomiędzy rdzennych mieszkańców tych krajów. W tutejszym Chinatown musi być kilka indyjskich restauracji, a w indyjskiej dzielnicy Little India – parę sklepów z chińskimi medykamentami. Wszędzie jest dostęp do świątyń różnych wyznań, wszystkie publiczne komunikaty napisane nie tylko po angielsku, ale i w trzech głównych językach.

Teoretycznie każdy Singapurczyk zna angielski. Większość starszych ludzi posługuje się jednak wyłącznie rodzimymi językami, zaś ci mniej wyedukowani zupełnie nie znają angielskiego. Ponieważ kojarzone jest to z brakiem wykształcenia, większość młodych ludzi nie chce posługiwać się na co dzień własnym językiem. Chiński czy Hindi używane są więc tylko w kontaktach z dziadkami czy rodzicami, podczas gdy w szkole czy w pracy używany jest tutejszy angielski zwany singlish. Jest to fantastyczna odmiana znanego nam angielskiego z mnóstwem lokalnych partykuł, nieobecnych w innych odmianach języka skrótów i piękną azjatycką melodią.

Egzotyka w Singapurze

Pierwszego dnia odwiedziłam Objectifs – instytucję, która zaprosiła mnie do Singapuru. Objectifs mieści się w dzielnicy arabskiej pełnej sklepów z dywanami, barów mrożoną kawą i wspaniałym Meczetem Sułtana.

Tutejsze Arab Street i sąsiednia Busorah Street były przez 6 tygodni moją singapurską codziennością. Tutaj pracowałam w małym pomieszczeniu na pierwszym piętrze Objectifs – zawsze przy otwartym oknie, słuchając dobiegających z meczetu dźwięków modlitwy. Arab Street ma specyficzny klimat. Roznosi się tu słodki zapach tytoniu z wszechobecnych fajek wodnych, a myśli zagłusza głośny gwar dochodzący ze wszystkich okolicznych knajp, gdzie przesiaduje się do późnych godzin nocnych, jedząc mutrabak i sącząc sok z trzciny cukrowej.

Little India

Dzielnica arabska stała się moją bazą, z której wyruszałam w długie piesze wycieczki. Każdego dnia chodziłam w inny zakątek miasta. Zaczęłam od sąsiedniej Little India – może najbardziej autentycznej, bo najmniej nastawionej na turystów ze starych dzielnic Singapuru.

To dzielnica pełna pięknych dziewiętnastowiecznych domów, w których na parterach mieszczą się usługi i sklepy z najdziwniejszymi towarami. Każdy, kto przyjedzie do Singapuru, powinien, oprócz zaliczenia przewodnikowych atrakcji, udać się do Mustafa Centre. To czynne 24 godziny na dobę centrum handlowe mające w swojej ofercie wszystko, co człowiek może kiedykolwiek chcieć kupić – w dodatku w najatrakcyjniejszych cenach w mieście. Mustafa zawsze jest pełne ludzi. Polecam wizytę nawet tym, którzy nie mają ochoty na zakupy, bo można zaobserwować tu odrobinę najprawdziwszej singapurskiej rzeczywistości. Spotkać ludzi wszystkich maści i kultur, mówiących najróżniejszymi językami i ubranych w najdziwniejsze stroje: staruszków buszujących wśród półek ze wspaniale opakowanymi chińskimi lekarstwami, właścicieli restauracji z koszykami obładowanymi kurczakami i makaronem w dziesięciokilogramowych workach i nastolatki grzebiące w koszach pełnych najtańszych pod słońcem bransoletek.

Polecam również przyjście do Little India w niedzielne popołudnie, kiedy to dzielnica rzeczywiście staje się małymi Indiami. W Singapurze dużo jest hinduskich pracowników, którzy, zostawiwszy w Indiach najbliższych, przyjechali do bogatego kraju, by zarobić trochę grosza. W niedzielę, swój jedyny wolny dzień, przychodzą do Little India w poszukiwaniu rodaków. Ulice i skwery całej dzielnicy od południa stopniowo zapełniają się Hindusami. Około godz. 17.00 tłum jest już tak ogromny, że, jeśli chcemy się przemieścić, musimy włączyć się w leniwie posuwającą się falę ludzi i spokojnie pozwolić jej się nieść, wierząc, że zmierza ku czemuś interesującemu.

Na pierwszy niedzielny spacer do Little India zabrał mnie Ryan, mój przyjaciel z Objectifs.

Ryan – Singapurczyk pochodzenia chińskiego i ja – blond Europejka byliśmy tego popołudnia prawdopodobnie jedynymi nie-hindusami w dzielnicy. Ja natomiast bez wątpienia byłam tam jedyną kobietą.

Kolejna część podróży po Singapurze – w piątek