1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda i uroda
  4. >
  5. Biurowa elegancja

Biurowa elegancja

Wśród remontów, kurzu, piachu i półnagich robotników, w Alei Jana Pawła II wyłoniła się postać o zgoła odmiennej prezencji. Wzór biurowej elegancji. Chociaż sama stwierdza, że to nie jest elegancja, lecz niemal pedantyczne ubieranie się z nastawieniem – „nic z przypadku, wszystko musi do siebie pasować”.

Tą zasadą zdaje się kierować Grażyna także podczas zakupów, gdyż jak mi zdradziła, żakiet, który ma na sobie na zdjęciu, został „dokupiony” do beretu – mają identyczne kolory i aplikację. Grażyna jest menadżerem, więc z jednej strony musi, z drugiej sama chce czuć się szykownie.

Co innego w weekend. Grażyna jeździ na rowerze szosowym, więc cykle chic  (przeświadczenie, że na rowerze miejskim można jeździć niemal we wszystkim, od szpilek po długie spódnice – więcej na temat tu ) nie wchodzi w rachubę. Styl musi być sportowy.

Wolne dni dla Grażyny to też okazja do odejścia od „zapięcia na ostatni guzik” i od nudnej i przewidywalnej elegancji w stronę ekstrawagancji.

Od poniedziałku do piątku wytworna pani menadżer. W weekend fanka ekstremalnej jazdy. To się chyba nazywa dualizm! Grażyna nazywa to po prostu balansowaniem przeciwnościami albo potrzebą przełamania. Wydaje mi się, że dzięki takim umiejętnościom, Grażyna dla swoich bliskich nigdy nie będzie nudną i przewidywalną osobą.

I tak trzymać!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Damski rower damka - czy warto?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Rower damka wydaje się być prawdziwym strzałem w dziesiątkę dla kobiet, które cenią sobie połączenie atrakcyjnego wzornictwa oraz świetnych parametrów użytkowych. W dzisiejszych czasach mamy do dyspozycji jednoślady w nowoczesnym wydaniu, a więc znalezienie czegoś odpowiedniego dla siebie, to tylko kwestia czasu. Pierwszym krokiem jest oczywiście określenie osobistych preferencji oraz oczekiwań. Należy zastanowić się, jakie trasy najczęściej pokonujemy. Poniżej przedstawiono najważniejsze zalety omawianego typu pojazdu.

Wysokiej jakości damki znajdziesz na stronie Antymateria.

Prosta konstrukcja

Rower damka wyróżnia się prostą konstrukcją, co można uznać za ogromną zaletę. Ograniczona ilość komponentów sprawia, że jednoślad jest lekki i wygodny w prowadzeniu. Wykonywanie manewrów podczas przemierzania ciasnych uliczek nie będzie stanowić żadnego wyzwania. Oczywiście wiele zależy od producenta dwóch kółek. W tym temacie lepiej nie ryzykować! Postawmy na zaufaną markę, która cieszy się pozytywną opinią klientów. Tylko wtedy będziemy mieć pewność, że rozsądnie zainwestowaliśmy gotówkę. Czasami lepiej zapłacić nieco więcej, jeśli zależy nam na inwestycji na długie lata.

Niska waga

Rower miejski nie może być ciężki. Dużą uwagę zwróćmy na materiał ramy, ponieważ to on decyduje o masie całkowitej.  Damka z aluminiową ramą to często spotykane rozwiązanie. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jest to materiał lekki, a jednocześnie trwały. Przetrwa nawet najbardziej intensywne użytkowanie, co zmniejsza ryzyko pojawienia się problematycznych usterek. Nie oznacza to jednak tego, że z góry powinniśmy odrzucić ramę stalową. Jej najważniejszą zaletą jest nieprzeciętna stabilność. Ponadto, jest ona sporo tańsza, co wpływa na cenę pojazdu. Wiele zależy od tego, jak zbudowana jest rama. Może okazać się, że konstrukcja stalowa posiada porównywalny ciężar, co aluminiowa.

Wygoda użytkowania

Rower damski damka zapewnia ponadprzeciętną wygodę użytkowania. Atutem jest możliwość jazdy w ergonomicznej pozycji. Cyklista nie musi pochylać się nad kierownicą. Oczywiście jej położenie można lekko modyfikować, tak aby dopasować posiadane dwa kółka do indywidualnych preferencji. Model dla kobiet powinien także posiadać właściwie wyprofilowane siodełko. Najczęściej jest ono nieco szersze, niż w przypadku siodełka męskiego. Nie może być jednak zbyt szerokie, gdyż będzie wywoływać liczne obtarcia oraz odparzenia. Dużą rolę odgrywa również jakość tworzywa, z którego zostało ono wykonane. Powinno być trwałe i niepodatne na negatywne oddziaływanie czynników zewnętrznych. Powierzchnia nie może pękać np. pod wpływem ciężaru użytkownika lub warunków otoczenia. Nie każdy wie, że istnieje coś takiego, jak siodełka testowe. Ułatwiają one bezbłędny dobór pasującego modelu.

  1. Moda i uroda

Seriale, które miały największy wpływ na świat mody i na styl ulicy

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Srebrny ekran ma wielką siłę. Potrafi otworzyć drzwi do sukcesu aktorom, scenarzystom, a także projektantom.

Elegancka mała czarna od Givenchy, w której Audrey Hepburn spaceruje przy świetle wschodzącego nad Manhattanem słońca, z zachwytem patrząc na mieniące się za witryną jubilerskiego sklepu Tiffany błyskotki. Trzepocząca na wietrze biała sukienka od Williama Travilli, która odsłania znaczną część zgrabnych nóg Marilyn Monroe w „Słomianym wdowcu”. Albo klasyczna, geometryczna torba od Marka Crossa, która stała się ikoną amerykańskiej mody za sprawą Grace Kelly i „Okna na podwórze”.

Kino ma to do siebie, że potrafi wykreować gwiazdę – i nie zawsze mowa tu o aktorze. Potrafi też napędzić sprzedaż pojawiających się w kadrze produktów, a czasem kompletnie spisać je na straty. Wystarczy drobiazg, jak wtedy, gdy w filmie „Bezdroża” jeden z głównych bohaterów, winiarz Miles, w pijackim uniesieniu mówi: „Fuck Merlot!” (z ang. Chrzanić merlota!), co, ku rozpaczy producentów tego szczepu wina, spowodowało znaczny spadek jego sprzedaży. Zjawisko, od oryginalnej nazwy filmu, nazwano Sideways effect (z ang. efekt uboczny).

Nie inaczej jest z projektantami i ich kreacjami. Niektórzy z nich światową sławę zawdzięczają właśnie filmowym produkcjom czy (obecnie coraz częściej) popularnym serialom. Ruchomy obraz przemawia do nas wielokrotnie bardziej niż ten stateczny, powodując, że łatwiej przywiązujemy się do rzeczy, które na nim widzimy. Antropolodzy, Herbert Blumer i Philip Hauser, twierdzą, że mocno działające na nasze odczucia filmy wywołują stan opętania emocjonalnego. –Główne cechy opętania emocjonalnego są następujące: pobudzenie impulsów, narastanie danej emocji, rozluźnienie kontroli, a więc zwiększona gotowość ulegania zachciankom. Te stany ducha i uczuć pojawiają się zwykle w wyniku zatracenia się w obrazie lub też głębokiego zaangażowania się w akcję – twierdzą. I choć w tym przypadku próbują dowieść, że filmy mogą prowadzić do zwiększenia przestępczości, równie dobrze możemy wykorzystać tę teorię, by wyjaśnić, dlaczego pokazywana na ekranie moda może się stać powodem międzynarodowej histerii. Skoro jesteśmy w stanie się tak silnie zaangażować w trwający około dwóch godzin film, tym bardziej przywiązujemy się do postaci serialowych, z którymi nierzadko obcujemy przez parę sezonów, czyli parę lat. Silny bodziec plus rozluźnienie kontroli sprawiają, że po prostu – tak czujemy – musimy mieć te buty, w których przed chwilą Carrie Bradshaw biegała po brukowanych ulicach Paryża.

„Seks w wielkim mieście” i Carrie Bradshaw, która upodobała sobie obuwie Manola Blahnika. (fot. Getty Images)) „Seks w wielkim mieście” i Carrie Bradshaw, która upodobała sobie obuwie Manola Blahnika. (fot. Getty Images))

 

To nie jest zwykła torebka!

Nie ma wątpliwości, że serialem, który miał największy wpływ na świat mody, był „Seks w wielkim mieście”. Produkcja przełomu lat 90. i 2000. w sześciu sezonach ukazywała barwne życie czterech przyjaciółek mieszkających w Nowym Jorku – każda miała odmienny charakter, styl życia i sposób ubierania się. Moda, grająca w nim pierwsze skrzypce, była ważnym czynnikiem je rozróżniającym. W efekcie słynna kostiumografka Patricia Field sprawiła, że kobiety na cały świecie marzyły o różowej tiulowej spódnicy, najpiękniejszych torebkach i butach noszonych na co dzień, choćby w drodze po poranną kawę. Ileż tam było ciekawych stylizacji! Główna bohaterka Carrie Bradshaw uważała przecież, że magazyny o modzie potrafią nasycić ją bardziej niż jedzenie. Szczególnie upodobała sobie obuwie Manola Blahnika, na które była w stanie wydać więcej, niż pozwalał jej na to stan konta. Blahnik był już wtedy rozpoznawalnym projektantem, ale tego, co wydarzyło się po „Seksie w wielkim mieście”, zupełnie się nie spodziewał. – Kiedy mój biznes nabrał rozpędu w latach 90., wiedziałem, że tworzymy coś popularnego, ale nigdy nie myślałem o byciu sławnym. Nawet w najbardziej szalonych fantazjach nie sądziłem, że coś takiego może się wydarzyć – komentuje projektant. Dzięki serialowi do roku 2000 w samym Neiman Marcus sprzedawano rocznie 30 tysięcy blahników. Do dziś najpopularniejszy model to ten w głębokim, elektryzującym odcieniu niebieskiego z klamrą wykonaną ręcznie z najwyższej jakości kryształów. To zresztą nim Mr. Big oświadcza się Carrie. Od tego czasu słynny model został wyprodukowany w ponad stu różnych materiałach i kolorach, a także w siedmiu wysokościach obcasa.

Ten model blahników popularność zawdzięcza serialowi 'Seks w wielkim mieście'. (fot. Ten model blahników popularność zawdzięcza serialowi "Seks w wielkim mieście". (fot.

„Oddaj mi swoje blahniki!” – krzyczy napadający Carrie w jednym z odcinków złodziej. Na nic zdają się tłumaczenia, jak ważne są dla niej te buty. Gdy w tym samym momencie złodziej prosi o torebkę, bohaterka (jakby chciała powiedzieć, że to nie jest zwykła torba) mówi: „To jest Baguette!”, tym samym popularyzując model torby Fendi, który w ciągu 20 lat sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy. Baguette ma nawet swoją stronę na Wikipedii (gdzie zaznaczono, że swoją popularność zawdzięcza serialowi) i poświęconą jej książkę.

Podobnie było ze słynną torbą Birkin od Hermèsa – jedną z najdroższych toreb świata, słynącą z najdłuższych list oczekujących na jej zakup. Choć zadebiutowała w latach 80., prawdziwą It bag stała się w połowie 90., a jej tytuł utwierdził wyemitowany w 2001 roku odcinek „Seksu...”, w którym inna bohaterka, Samantha, korzystając ze wszystkich jej dostępnych nowojorskich kontaktów, próbuje zdobyć jedną dla siebie. Po emisji lista oczekujących na Birkin stała się trzykrotnie dłuższa.

Projektanci przed telewizorem

Seriale elektryzują widzów, ale i projektantów, którzy coraz częściej czerpią z nich inspirację. Tak było na przykład z szalenie popularnym „The Crown”, opowiadającym historię królowej Elżbiety II. W 2017 roku amerykański „Harper’s Bazaar” nazwał styl królewski najgorętszym trendem roku. Elementy stylu brytyjskiej monarchii można było odnaleźć między innymi w inspirowanej monarchinią kolekcji Balenciagi czy w Off-White Virgila Abloha, która z kolei miała odzwierciedlać styl księżnej Diany.

Kolekcja Off--White Virgila Abloha miała z kolei odzwierciedlać styl księżnej Diany. (Fot. IMAXTREE, Getty Images) Kolekcja Off--White Virgila Abloha miała z kolei odzwierciedlać styl księżnej Diany. (Fot. IMAXTREE, Getty Images)

Nieobojętny światowym kreatorom był też, opowiadający historię gangu z Birmingham, serial „Peaky Blinders”, którego międzywojenny styl (tuż po premierze w 2013 roku) dostrzec można było w kolekcjach Margaret Howell, Dolce & Gabbana czy Alexandra McQueena. Jak donoszą All Saints i Topman, w tym samym roku znacząco wzrosła sprzedaż angielskich garniturów, kamizelek i kaszkietów, a na Asos.com podwoiła się sprzedaż męskich wiązanych, lakierowanych botków.

„Peaky Blinders” – to oni dwie dekady później wyznaczali trendy w męskiej modzie. (Fot. BEW) „Peaky Blinders” – to oni dwie dekady później wyznaczali trendy w męskiej modzie. (Fot. BEW)

Podobnie na męską wyobraźnię zadziałał siedmiosezonowy serial „Mad Men” o nowojorskiej agencji reklamowej lat 60. Odpowiedzialna za kostiumy Janie Bryant twierdzi, że ukazana w nim moda wpłynęła na sposób, w jaki ubierała się ulica, a zwłaszcza jej męska część. – Ten serial popchnął mężczyzn do tego, by eksperymentować z modą i świadomie dobierać ubrania – mówi. Sklepowe półki zapełniły się garniturami typu slim fit, wąskimi krawatami i poszetkami, a marka Banana Republic wydała specjalną kolekcję inspirowaną „Mad Men” – zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. Na podobny ruch zdecydowały się także Levi’s, dedykując kolekcję w stylu lat 80. serialowi „Stranger Things”, czy Pull & Bear, tworząc linię w stylu hiszpańskiego hitu Netflixa „Dom z papieru”, opowiadającego historię prowadzonej przez tajemniczego profesora grupy przestępczej napadającej na mennicę, a później (w kolejnych sezonach) na bank. Charakterystyczne dla nich czerwone kombinezony były jednym z projektów z kolekcji Pull & Bear, które – oprócz T-shirtów i bluz z hasłem „Bella Ciao!” (tytuł powtarzającej się w serialu piosenki) – wyprzedały się na pniu.

Marka Pull & Bear stworzyła linię w stylu hiszpańskiego hitu Netflixa, „Dom z papieru”, która wyprzedała się na pniu. (Fot. materiały prasowe) Marka Pull & Bear stworzyła linię w stylu hiszpańskiego hitu Netflixa, „Dom z papieru”, która wyprzedała się na pniu. (Fot. materiały prasowe)

Ze srebrnego ekranu na ulice

Najciekawiej się jednak robi, gdy moda z ekranu trafia prosto na ulice, bez katalizatora w postaci nowej kolekcji. Tak było między innymi z mającym premierę w 1966 roku serialem „That Girl”, którego główna bohaterka, aspirująca aktorka Ann Marie (Marlo Thomas), by szukać szczęścia, przeprowadza się do Nowego Jorku. Mówi się, że oryginalne i pełne wyobraźni kostiumy projektu Marilyn Lewis stworzyły styl It girls lat 70. (którym dzisiaj inspirują się projektanci pokroju Alessandra Michelego z Gucci, Pierpaola Picciolego z Valentino czy Marca Jacobsa), a także zmieniły ulice wielkich miast. 24 lata później premierę miał serial, który znowu miał wpłynąć na to, jak ubierali się młodzi ludzie – „Beverly Hills 90210”. Który z młodych chłopaków lat 90. nie chciał wyglądać jak Dylan McKay w jego świetnie skrojonych kurtkach z grubego denimu? Która z dziewczyn nie pragnęła pożyczyć ubrań z szaf Brendy Walsh i Kelly Taylor? Emitowany dziesięć lat serial zachęcił młodych odbiorców do eksperymentowania z modą. Do dzisiaj jest kopalnią inspiracji dla twórców natchnionych stylem lat 90.

Beverly Hills 90210”. Który z młodych chłopaków lat 90. nie chciał wyglądać jak Dylan McKay? (Fot. materiały prasowe) Beverly Hills 90210”. Który z młodych chłopaków lat 90. nie chciał wyglądać jak Dylan McKay? (Fot. materiały prasowe)

Podobny wpływ na młodzież miała „Plotkara”, w samych Stanach Zjednoczonych oglądana co tydzień przez blisko trzy miliony osób. Młodzi odbiorcy zachwycali się zarówno historią bogatych nastolatków Nowego Jorku, jak i wizualną częścią serialu: eleganckimi apartamentami, limuzynami oraz ekstrawaganckimi szafami głównych postaci, będącymi zderzeniem mundurków z najlepszych amerykańskich szkół z kreacjami od topowych projektantów. W 2008 roku sprzedawcy, projektanci i analitycy trendów byli zgodni – „Plotkara” ma największy wpływ na wydatki młodych kobiet. Fanki serialu przychodziły do butików z czasopismami, w których widniały zdjęcia członków obsady. Sprzedaż marynarek, krótkich spódniczek, kolorowych rajstop i opasek znacząco wzrosła. – Serial wywarł ogromny wpływ na handel – podsumowała Stephanie Solomon, dyrektor mody Bloomingdale’s, twierdząc, że ubrania w tym stylu kupowały nie tylko nastolatki, lecz także kobiety po 20. roku życia.

Duża, balonowa sukienka

Dokładnie taki opis znalazł się w scenariuszu napisanym przez Phoebe Waller-Bridge – „duża, balonowa sukienka”. – Podejrzewam, że miała na myśli coś bardziej klasycznego, ale stwierdziłam, że ta od Molly Goddard będzie do tego idealna – mówi kostiumografka serialu „Obsesja Eve” Phoebe de Gaye. Główna jego bohaterka, seryjna morderczyni Villanelle, kocha modę, szczególnie tę ekscentryczną, głośną i ciekawą. Te upodobania kłócą się z jej profesją, co nadaje historii oryginalnego i ciekawego wydźwięku. Różowa balonowa sukienka od Molly Goddard była wprost idealna w scenie, w której grana przez Jodie Comer Villanelle idzie na wizytę do psychoanalityka. W tej samej kreacji pozuje do jednego z plakatów. Dla brytyjskiej projektantki były to drzwi do międzynarodowego sukcesu. – To niesamowite, ale dla mnie właśnie wtedy wszystko nabrało rozpędu. Ludzie zaczęli rozpoznawać mój styl – mówi słynąca z „napompowanych” sukienek Goddard.

Villanelle z „Obsesji Eve” kocha modę, szczególnie tę ekscentryczną, głośną i ciekawą.  (Fot. IMAXTREE, BEW) Villanelle z „Obsesji Eve” kocha modę, szczególnie tę ekscentryczną, głośną i ciekawą.  (Fot. IMAXTREE, BEW)

Każdy odcinek pełen jest niebanalnych stylizacji Comer, jednak w poszczególnych sezonach jedna zawsze szczególnie się wybija. W ostatnim, trzecim, była to granatowa sukienka w czerwone kwiaty z pięknie zarysowanymi ramionami od The Vampire’s Wife, nazwana na cześć serialu – Villanelle. Po premierze odcinka została momentalnie wykupiona.

„Obsesja Eve”. (Fot. IMAXTREE, BEW) „Obsesja Eve”. (Fot. IMAXTREE, BEW)

Jak przekonali się Molly Goddard, Manolo Blahnik czy Fendi – srebrny ekran ma siłę. Potrafi otworzyć drzwi do globalnego sukcesu, a czasem cisnąć nimi, by zatrzasnęły się prosto przed nosem. Kto wie, może gdyby nie Villanelle, nie marzyłybyśmy o sukience Molly Goddard, a gdyby nie Carrie Bradshaw, blahniki nie byłyby (zgodnie z danymi Whowhatwear.com z 2018 roku) najlepiej sprzedającymi się butami świata? 

  1. Styl Życia

Europejczycy na rowerach - pieniądze dla rowerzystów we Włoszech i Anglii

W zatłoczonych miastach jazda rowerem może być najlepszym rozwiązaniem. (fot. iStock)
W zatłoczonych miastach jazda rowerem może być najlepszym rozwiązaniem. (fot. iStock)
Jazda na rowerze sprzyja odchudzaniu, poprawia kondycję, a przede wszystkim przyczynia się do poprawy jakości powietrza. Nic więc dziwnego, że rządy niektórych państw chcą wesprzeć ten rodzaj transportu. W ostatnich miesiącach nowe rozwiązania wprowadzają Włosi, Anglicy i Francuzi. Politycy podkreślają, że propagowanie zdrowego stylu życia ma też pośrednio pomóc w walce z koronawirusem.

Z miłości do jednośladów słynie przede wszystkim Holandia. W państwie, gdzie propagowany jest ekologiczny sposób przemieszczania się, wiele firm wypłaca zatrudnionym osobom dodatek (fietsenvergoeding) za dojazd do pracy rowerem. Profitem dla pracodawców są nie tylko wydajniejsi pracownicy (zdrowsi i bardziej dotlenieni), ale również zniżki podatkowe za wypłacany dodatek.

Nie trzeba jednak aspirować do bycia rowerowym eldorado. Najważniejsza jest odpowiednia infrastruktura, przystępne ceny rowerów i dobre chęci mieszkańców, aby zmienić sposób poruszania się po mieście. Z tym ostatnim nie jest najgorzej. Coraz więcej Europejczyków, w tym też Polaków, przesiada się na rower. Sprzedaż rowerów wzrosła w ostatnich miesiącach w Kanadzie, w Australii, w Stanach Zjednoczonych i w wielu krajach Europy. Jazda rowerem pomaga uniknąć przemieszczania się zatłoczonymi autobusami i tramwajami.

Włosi na rowerach

Najwięcej rowerzystów przybywa we Włoszech. Po zakończonym lockdown Włosi kupują więcej rowerów i coraz chętniej z nich korzystają. Jak podaje ANCMA, związek zawodowy producentów rowerów i motocykli, w maju różnica z poprzednim rokiem wynosiła 60 % - o tyle zwiększyła się sprzedaż rowerów.

Trudno się zresztą dziwić. Jazda na rowerze to dla Włochów nie tylko sposób na odreagowanie trzymiesięcznej izolacji i braku możliwości uprawiania sportów na świeżym powietrzu, ale również oszczędność czasu i pieniędzy. Znalezienie miejsca parkingowego w nadmorskich miejscowościach lub z centrach miast graniczy z cudem. Nieraz na szukanie miejsca trzeba poświęcić do godziny czasu. Poza tym w wielu miejscach płaci się za parking także wieczorem oraz w weekendy.

Włoski rząd zapowiedział, że dofinansuje obywatelom zakup rowerów i hulajnóg. Projekt ma ruszyć we wrześniu. Dofinansowanie ma wynieść do 500 euro na osobę. O dofinansowanie będą mogły ubiegać się osoby zameldowane w dużych miastach (powyżej 50 tys. mieszkańców) lub w miastach powiatowych. Kolejne włoskie inicjatywy to utworzenie nowych ścieżek rowerowych. Prezydent Rzymu obiecał utworzenie 150 km nowych ścieżek. Z kolei w Mediolanie planuje się utworzenie 60 km nowych ścieżek rowerowych. Ponadto Mediolan ma być „miastem 30”, czyli aglomeracją miejską, w której obowiązywać będzie ograniczenie prędkości do 30 km/h zamiast 50. Ograniczenie ma dotyczyć 60% całej sieci dróg miejskich.

Zdrowsi Anglicy

W Wielkiej Brytanii jest jeden z najwyższych odsetków ludzi otyłych (około 28% społeczeństwa). Dlatego też brytyjski rząd chce zachęcić Anglików do zdrowszego stylu życia i tym samym do korzystania z rowerów. Na ten cel planuje wydać dwa miliardy funtów. Planowana jest m.in. rozbudowa sieci ścieżek rowerowych, lekcje jazdy na rowerze, dopłaty do napraw rowerów do kwoty 50 funtów, zwiększenie liczby parkingów ulicznych. Program zapowiedziany przez Borisa Johnsona ma przede wszystkim wspomóc odchudzanie Anglików.

W Londynie badają też możliwość realizowania „bike tube”, czyli sieci ścieżek rowerowych przebiegających dokładnie nad liniami metra.

Projekt dotowania napraw rowerów powstał również we Francji. Naprawy muszą być wykonywane w zarejestrowanych zakładach, aby można było ubiegać się o dofinansowanie w wysokości 50 euro. Prezydent Paryża Anna Hidalgo proponowała też, żeby do roku 2024 Paryż stał się miastem rowerowym w 100%.

Ciekawostką może być fakt, że poprzednia „rewolucja” w transporcie odbyła się również na fali kryzysu globalnego: kryzys energetyczny w 1973 r. zmienił właśnie takie kraje jak Holandia, która wówczas zainwestowała w ścieżki rowerowe. Dzięki temu dzisiaj 30% przemieszczeń w Holandii wykonuje się na rowerach.

  1. Styl Życia

Maja Włoszczowska: na sto procent

Maja Włoszczowska od lat utrzymuje się w czołówce najlepszych kolarek górskich na świecie (Fot. Maria Eriksson)
Maja Włoszczowska od lat utrzymuje się w czołówce najlepszych kolarek górskich na świecie (Fot. Maria Eriksson)
Jest jedną z najlepszych kolarek górskich na świecie i najpopularniejszych sportsmenek w Polsce. W zeszłym roku wydała książkę o tym, jak trenować jej dyscyplinę. Ale też o codziennym życiu zawodniczki. O pasji, nagłych zachwytach, rywalizacji i chwilach, kiedy cały romantyzm znika.

Wyobrażasz sobie, jak wyglądałoby twoje życie, gdyby nie kolarstwo górskie?
Skończyłam matematykę finansową i ubezpieczeniową, więc pewnie trafiłabym do jakiejś dużej instytucji finansowej. Biegałabym teraz w żakieciku i butach na wysokim obcasie.

Kiedy zdobywałaś srebro na igrzyskach w Rio de Janeiro, przed telewizorami kibicowało ci pięć milionów Polaków. Niezły ludzki kapitał. Może powinnaś zostać polityczką?
Nie, dziękuję. W polityce jednak zawsze trzeba się układać, iść na kompromisy. Nie mówię tego z pogardą, nawet na przykładzie związków sportowych widzę, jaka to sztuka – nie sposób wszystkim dogodzić, środki finansowe są ograniczone, zawsze ktoś jest pokrzywdzony. Już bardziej widzę siebie w biznesie, gdzie są prostsze, bardziej przejrzyste zasady.

Sport jest wolny od kompromisów? Jednoczy, jest ponad podziałami: liczą się udział i zaangażowanie.
To ta bardziej romantyczna wizja. Sprawdza się, kiedy uprawiasz jakąś dyscyplinę dla siebie. Inaczej, kiedy pojawiają się duże pieniądze. Sport jest wbrew pozorom bliski biznesowi. Przynajmniej w wydaniu zawodowym. My, zawodnicy, mamy przecież sponsorów, dla których nasze wyniki są wymierną korzyścią z reklamy. Sukcesy mają konkretną wartość. Poza tym sport jest tak samo brutalny i bezwzględny jak biznes. Weźmy ostatnie igrzyska zimowe w Pjongczangu i naszych sportowców. Uważam, że oczekiwania wobec nich były absurdalnie zawyżone i to, z jakim hejtem się spotkali, będąc jeszcze tam, na igrzyskach, i ciągle jeszcze walcząc, było straszne. Te wszystkie komentarze, że pojechali sobie na wycieczkę za publiczne pieniądze… Tam, gdzie wszyscy oczekują wyniku, nikt nie myśli o wzniosłych hasłach, cały romantyzm znika.

Od ciebie też wymaga się wyników, a oczekiwania tylko się zwiększają.  Jak sobie z tym radzisz?
Przed ostatnimi igrzyskami w Rio de Janeiro ostro pracowałam nad tym, żeby nie przygniotła mnie presja. Żebym – zamiast myśleć, że na moje przygotowania poszło pół miliona złotych – nie zapominała, dlaczego do sportu w ogóle trafiłam.

Dlaczego?
Kierowały mną czysta radość i pasja. O to w końcu chodzi w kolarstwie górskim. No, chociażby ostatnio – byłam na zgrupowaniu w Hiszpanii, niedaleko Alicante. Ptaszki śpiewają. Jadę wąziutką ścieżką, z boku przepaść, ale bezpiecznie jak na moje umiejętności. Z prawej góry, z lewej góry, na wprost morze. Bajka. Nie dość, że miałam za sobą porządny trening i satysfakcję, że wykonałam kawał dobrej roboty, to jeszcze przede mną była ciekawa technicznie trasa. Kiedy widzisz trudny zjazd, pełno kamieni, głazów, poplątanych korzeni i w pierwszej chwili wydaje ci się, że tego się nie da przejechać, a potem odkrywasz, że się da. To jest taki wyrzut endorfin! Uwielbiam to uczucie.

Rzeczywiście można zapomnieć o stresie, punktach w rankingu?
Na samym początku kariery nie myślałam o konkretnym wyniku, chciałam po prostu jeździć. Biorę udział w igrzyskach? Super! Potem, jak się pojawiły oczekiwania, sponsorzy, zaczęłam patrzeć na sport jak na pracę, a nawet w pewnym momencie jak na więzienie, do którego trafiłam. Tak, jakbym znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

Jak z niej wybrnęłaś?
Pamiętam, jak moja mama, kiedy jej w kółko powtarzałam, że muszę jechać na trening, muszę na zawody, w końcu mi powiedziała: „Ale dlaczego ty mówisz: muszę? Przecież nic nie musisz”. Często powtarzam sobie w duchu tamte jej słowa. Pamiętam też, jak zaczęłam pracę z moim trenerem Markiem Galińskim i jak Marek podczas treningów potrafił krzyknąć do mnie: „Zobacz, jaki widok! Patrz!”. On, taki skrupulatny, co do minuty, co do jednego wata – bo monitorujemy treningi miernikami mocy – rozpisywał treningi, a potrafił zwyczajnie się zachwycić, dodać nam te pół godziny wysiłku tylko dla pięknego widoku, fajnej trasy. Cieszył się, że sarna przebiegła, że pięknie. Nigdy tego nie zapomnę. Także na ostatnie igrzyska udało się stworzyć ekipę autentycznych pasjonatów.

Jak smakuje zwycięstwo?
Czasem ważniejsze jest to, żeby pokonać własne ograniczenia. Właśnie mam za sobą pierwsze zawody Pucharu Świata. Początek sezonu, wydawało mi się, że zupełnie nie mam formy, że będę walczyć o życie i ledwo dwudziestą lokatę. Bardzo ciężko było mi przekroczyć granicę bólu, bo jechałam w swojej strefie komfortu, zaskoczona i szczęśliwa, że nawiązałam walkę z pierwszą dziesiątką. Aż w końcu pomyślałam sobie: „Jesteś w RPA, przyjechałaś na drugi koniec świata. Daj z siebie wszystko”. Ostatnie kilometry to była niesamowita walka, ta jakość ścigania, te emocje i to, jak mi się udało pokonać ból!

Kiedy zaczyna boleć?
Jeśli się walczy na sto procent, boli cały czas. Jedziesz ze świadomością, że cierpienie skończy się na linii mety, ale też satysfakcja, że ten ból pokonujesz, jest nieprawdopodobna.

W twojej karierze były momenty, które wyglądały naprawdę groźnie. Jak wtedy, kiedy sześć lat temu przed igrzyskami w Londynie uległaś poważnej kontuzji nogi. Pojawiły się plotki, że nie będziesz chodzić.
Tak, to było trudne, ale psychicznie o wiele trudniejszym dla mnie momentem była nieoczekiwana śmierć Marka Galińskiego. Marek został moim trenerem w 2011 roku, właśnie przed Londynem. A po mojej kontuzji nigdy nie miał wątpliwości, czy moja kariera będzie miała ciąg dalszy. Po tym, jak w 2013 roku zginął, zaczął się dla mnie okres, kiedy bardzo trudno było mi się zmotywować do treningu. Razem z moim ówczesnym trenerem Michałem Krawczykiem postanowiliśmy jednak, że nie możemy odpuścić. Nie tego by chciał Marek. Zawsze nam powtarzał w trudnych momentach: „Po prostu rób swoje”. Zrobiliśmy więc bransoletki z tym hasłem. Do igrzysk w Rio de Janeiro przygotowywaliśmy się zgodnie z jego myślą szkoleniową i ideologią życiową. Mój ostatni olimpijski medal to także jego zasługa.

Medal tym cenniejszy, że zdobyty po takiej przerwie – ośmiu latach od ostatniego olimpijskiego podium. Wróciłaś na igrzyska w wielkim stylu. Mimo że po drodze tu, w kraju, musiałaś o siebie ostro walczyć.
Dostałam informację, że nie będę miała finansowania z Polskiego Związku Kolarskiego. Słyszałam, że się mówi, że nie rokuję. Że Włoszczowska się już skończyła. Do dziś nie wiem, czy to dlatego straciłam finansowanie, ale całe życie miałam wsparcie i nagle je straciłam, akurat w momencie, kiedy wychodziłam z kontuzji.

Przyjęłaś to do wiadomości i…
I za własne pieniądze pojechałam na zgrupowanie do Sierra Nevada i opłaciłam fizjoterapeutę. Trenowałam. A zaraz po tym, jak zdobyłam drugie miejsce w Pucharze Świata, odebrałam telefon z pytaniem, czy czegoś nie potrzebuję, i finansowanie wróciło.

Nie miałaś żalu?
Miałam to gdzieś, chciałam trenować. I umówmy się – nie bez znaczenia było to, że mogłam pozwolić sobie, żeby kupić bilet na zgrupowanie, opłacić fizjoterapeutę. Wiem, że utalentowani sportowcy z wielu dyscyplin nie są w tak uprzywilejowanej pozycji. Już podczas studiów byłam w stanie się utrzymać. Jak miałam ochotę na lody i nie stać mnie było na magnum, kupowałam sobie big milka, ale nigdy nie miałam takiej sytuacji, żeby zostać zupełnie bez pieniędzy i musieć oprócz studiów i intensywnego trenowania jeszcze dodatkowo pracować. Z tej perspektywy łatwiej się mówi, że nie ma się żalu.

(Fot. Maria Eriksson) (Fot. Maria Eriksson)

„Nie podobało mi się to, że taką drogę wybiera. Moje obawy się potwierdziły – kiedy potem patrzyłam na życie sportowca z bliska, widziałam, jakie są jego koszty. Z mojego punktu widzenia bilans zysków i strat przemawiał na niekorzyść. Ale Majki nie dało się zatrzymać”. To słowa twojej mamy, które wyczytałam w twojej książce. To paradoks, bo jednocześnie o mamie mówisz, że wychowała cię na mistrza.
Ona ma niesamowitą intuicję. Przed mistrzostwami świata, które wygrałam, wysłała mi SMS: „Możesz spać spokojnie”. Przed Pekinem przepowiedziała mi srebro. Z kolei przed wypadkiem miała niedobre przeczucie. Często jeździ ze mną na zawody, kibicuje. Nie jest typem matki, która się użala. Potrafi mnie pocieszyć, ale częściej słyszałam od niej: „Weź się w garść. Zamiast się mazać, pomyśl, jak rozwiązać problem”. Zresztą nie musiała tego mówić, swoją postawą życiową uczyła mnie takiego podejścia. Wiele jej zawdzięczam. Jej i całej rodzinie. Teraz mam już mojego mężczyznę, który mnie przywozi, zawozi, pomaga, ale przez lata robił to mój brat Michał. Taty było w moim życiu mniej, ponieważ rozstali się z mamą, kiedy byłam dzieckiem, ale mogłam na niego liczyć. Dużo w moje życie wniósł też partner mamy, czyli Krzysiek Zalewski, który teraz jest moim trenerem. Można powiedzieć, że jesteśmy sprawnie funkcjonującą ekipą. Mam szczęście, bo nigdy nie odczuwałam w domu presji. To kompletnie nie ten model, jaki się teraz często widuje. Rodzice zapisują dziecko do klubu i to im bardziej zależy, oni są bardziej zapaleni. Cisną, mają zawyżone ambicje. To ma nawet swoją nazwę – Komitet Oszalałych Rodziców. Mnie to nigdy nie spotkało.

Jaka byłaś w dzieciństwie? Poznałabym cię od razu na zdjęciach?
Niekoniecznie. Byłam najpierw pampuchem, potem chudzielcem, potem w podstawówce przez jakiś czas znowu bardziej przy kości. Na pewno zawsze spędzałam dużo czasu na podwórku. Mój brat jest o trzy lata starszy, ganiałam z nim i z jego kolegami. W istotne bójki się może z nimi nie wdawałam, ale swoją szkołę na podwórku dostałam. Pamiętam też, że często zdarzało mi się wywracać. Na rowerze, w płetwach na molo na wakacjach.

Płakałaś?
Wstawałam i ruszałam dalej. To może zbyt proste – że nauczyłam się nie poddawać wtedy, w dzieciństwie, jak zdzierałam sobie kolana, ale coś w tym jest. Poza tym lubiłam się uczyć.

Byłaś kujonką?
Mogę chyba tak powiedzieć [śmiech]. Trochę to się zmieniło, jak zaczęłam jeździć na rowerze. Był jeden taki trudny moment – stwierdziłam, że nic więcej mnie nie interesuje. Nie idę na porządne studia, stawiam na rower.

To była twoja wersja młodzieńczego buntu?
Coś w tym rodzaju. Mama straciła nade mną kontrolę. Nie to, żeby ją zawsze miała, ale miała chociaż poczucie, że ją ma, a wtedy straciła też to poczucie. Natomiast żebym chodziła na wagary albo ciągnęło mnie do używek, to nie. Może właśnie sport mnie przed tym uchronił? Odnalazłam sposób, żeby wyładować energię, która gromadzi się w tak młodym człowieku.

Ile czasu średnio spędzasz na wyjazdach?
Gdybym wszystko zsumowała, wyszłoby, że ze dwa miesiące jestem w domu. Teraz nie ma mnie na przykład już od 11 tygodni. Przyjechałam ze zgrupowania prosto do Warszawy i mam ze sobą w walizce tylko ciuchy kolarskie i dresy. Te dżinsy i sweter, które włożyłam, to moje jedyne cywilne ciuchy, a będę tu trzy dni, chciałabym się normalnie ubrać. Poprosiłam Przemka, żeby coś mi przywiózł z Jeleniej Góry, tylko w ogóle zapomniałam, co mam w szafie. Nie byłam mu nawet w stanie wytłumaczyć, co mógłby wziąć.

Ludzie cię podziwiają, ale jednocześnie wielu z nich nie rozumie twojego poświęcenia.
Znajomy dziennikarz sportowy powiedział kiedyś, że prowadzę klasztorne życie. Nie obraziłam się, miał rację. Mój typowy dzień wygląda tak, że wstaję, robię rozruch, jem śniadanie, odpisuję na mejle, jadę na trening, wracam, jem obiad, idę na drzemkę, budzę się, drugi trening, kolacja, odpisuję na mejle, czytam książkę, spać. Teoretycznie udałoby się znaleźć w tym grafiku trochę czasu, mogłabym gdzieś iść, ale jestem tak zmęczona po wysiłku fizycznym, że nie mam siły. Albo się boję, że coś złapię. Mam tak słaby układ odpornościowy, że wystarczy, że wyjdę gdzieś, gdzie jest dużo ludzi, i już jestem chora. Muszę na siebie chuchać i dmuchać, żeby utrzymać formę.

Twój partner jest pilotem rajdowym. Wie, co to wyścig, adrenalina. Dzięki temu wasz związek jest możliwy?
Przemek [Zawada – przyp. red.] jest przede wszystkim mądrym życiowo człowiekiem, rozumiejącym potrzeby innych, dlatego jesteśmy razem. Karierę pilota rajdowego wyciszył, występuje w rajdach od czasu do czasu, natomiast kiedy zaczął się ze mną spotykać, zaraził się rowerem. Jak na amatora całkiem poważnie trenuje. To też na pewno pozwala mu lepiej mnie zrozumieć.

Kolarstwo to twoje życie?
Nie przeraża mnie to stwierdzenie, mogę się pod nim podpisać. Co nie znaczy, że moje życie się skończy, jeśli skończę karierę sportową.

W jakim wieku idą na emeryturę rowerzyści górscy?
Norweżka Gunn-Rita Dahle, która cały czas utrzymuje się w światowej czołówce, jest dokładnie dziesięć lat ode mnie starsza. Niemka Sabine Spitz – o 11 lub 12.

Pójdziesz w ich ślady?
Nie. Mój deadline to igrzyska w Tokio. Prawdę mówiąc, zastanawiałam się, czy nie skończyć kariery już po tym ostatnim sezonie.

Bo? Jestem w tym wieku… Wróć! Jestem ciągle młoda, silna, więc wielu rzeczy chciałabym jeszcze spróbować. Kitesurfingu, wspinaczki…

Ty znowu o sporcie. A ja chciałabym wiedzieć, co robisz poza nim.
Ostatnio wzięłam udział w TVN-owskim „Agencie”. Nagrania do programu wypadły akurat podczas przerwy między sezonami. Napisałam i wydałam właśnie książkę, zajmuję się organizacją wyścigu w Jeleniej Górze. Uprzedzę twoje pytanie, które pada praktycznie w każdym wywiadzie. Mam też w głowie hasło „rodzina”. Co nie znaczy, żebym czuła wielką potrzebę, silny instynkt macierzyński.

W tym kraju to odważna deklaracja.
Jestem po prostu realistką. Do tej pory przez tyle lat było tak, że to wokół mnie wszyscy biegają, ułatwiają mi życie. To ja mam być wyspana, najedzona. Dba o to sztab ludzi. Co nie znaczy, że nie chcę mieć dzieci i że ich nie będę miała.

Medale medalami, a w Tour de France nie mogłabyś się ścigać.
To kolarstwo szosowe, różni się od górskiego.

No i jesteś kobietą.
Tak, to wyścig tylko dla mężczyzn. Zawodniczki szosowe walczą o swoje prawa, w tej chwili są już jakieś zalążki większych wyścigów dla kobiet, ale dysproporcja jest jednak olbrzymia. Inaczej niż w naszej dyscyplinie, gdzie mamy pełne równouprawnienie. Mamy takie same puchary świata – tego samego dnia. Są transmisje, te same nagrody. Świecimy przykładem. Jestem przedstawicielką zawodników w komisji MTB Międzynarodowej Unii Kolarskiej i jeżeli tylko gdzieś widać, że równouprawnienia nie ma, walczę, chociaż w przypadku kolarstwa górskiego do niewielu rzeczy można się przyczepić. Wyższe są tylko stawki kontraktów, ale to już sprawa rynku. Męskie zawody ogląda więcej widzów, więc sponsorzy są hojniejsi.

A dlaczego nie możecie się ścigać z mężczyznami?
Mężczyźni podczas zawodów w tym samym czasie co my robią o jedno okrążenie więcej. To realne ograniczenia fizyczne, tego nie przeskoczymy. Nie ma najmniejszych szans, żebyśmy miały takie same osiągi. Mogę porywalizować co najwyżej z 18-letnim juniorem, choć już nie takim z podium. Panowie są szybsi i silniejsi.

Jak to w końcu jest – sport wyczynowy kształtuje charakter czy odwrotnie: musisz mieć mocny charakter, żeby zabrać się do zawodowstwa?
Chyba jednak to drugie. Ale mocny charakter niezbędny jest przede wszystkim, żeby wytrwać. Łatwiej osiągnąć jeden dobry wynik niż utrzymywać się na wyższym poziomie przez wiele lat. To jest mój powód do dumy. Że od kilkunastu lat jestem stale w światowej czołówce. W top 5, w gorszych latach w top 10.

Przed tobą dopiero co rozpoczęty sezon, ale trzymam kciuki nie tylko za dobre starty. Czego ty sama byś sobie życzyła?
Żeby się nigdy nie zestarzeć.

A z tych realnych marzeń?
Żeby się fajnie zestarzeć. I nie poczuć, że coś mnie ominęło.

  1. Moda i uroda

Trend nadchodzącego lata: ice cream cone. Na czym polega i jak się wystylizować?

Fot. Imaxtree (Paryż)
Fot. Imaxtree (Paryż)
Stylizacje na "lodowy wafelek" to tegoroczny klucz do świata mody. Trend ice cream cone zdobywa coraz większą popularność nie tylko wśród miłośniczek minimalizmu, ale również stylu athleisure i ciekawych kolorystycznie połączeń.

Ice cream cone to trend nawiązujący do wyglądu... lodów w wafelku. Nie byle jakich zresztą, bo kolorystycznie bazujemy tu na odcieniach kawy z mlekiem. Królują tu więc klasyczne połączenia bieli i śmietanki z beżem bądź brązem. Całość przypomina śmietankowe lody w wafelku, dlatego góra utrzymana powinna być w odcieniach bieli, a dół - brązu.

Stylizacje na lód z wafelkiem królowały w tym sezonie u projektantów, a także coraz chętniej spotykamy je na ulicach i w modzie codziennej. Hitem okazał się obfotografowany od stóp do głów outfit Kendall Jenner, która w ten sposób połączyła biały, zwykły T-shirt i zwiewną koszulę z beżowymi spodniami.

Modelki i influencerki bazują jednak na różnych połączeniach zestawiając ze sobą białe crop topy, body lub koszule z beżowymi spódnicami mini, maxi bądź klasycznymi cygaretkami. Szczególnie popularnym połączeniem są eleganckie koszule i cygaretki bądź plisowane spódnice utrzymane w delikatnym brązie.

Styl na „ice cream cone” jest prosty i uniwersalny - z powodzeniem znajdziemy w swojej szafie ubrania, które idealnie wpiszą się w kolorystykę trendu. Look dobrze dopełnić przełamującymi dodatkami - masywną marynarką, ramoneską albo oversize'ową bluzą przewieszoną przez ramiona. Influencerki minimalistyczną stylizację urozmaicają również złotą, maxi biżuterią i masywnymi butami.