1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Czego dziecko może nauczyć się w kuchni?

Czego dziecko może nauczyć się w kuchni?

123rf.com
123rf.com
Eksperci przekonują, że posiłki warto przygotowywać razem z dzieckiem. To dobry sposób na naukę samodzielności i rozwijanie fantazji pod opieką dorosłych. Przekonaj się, jakie zalety ma wspólne kucharzenie.

Niektórzy rodzice chcą odciążyć swoje dzieci, które mają mnóstwo dodatkowych zajęć, i starają się je wyręczać na każdym kroku ani nie angażować w żadne obowiązki domowe. Inni rodzice nie pozwalają dziecku na samodzielność, ponieważ boją się, np. że jest jeszcze za małe, że czemuś nie podoła lub może sobie zrobić krzywdę. To błędne koło obaw i lęków przed dawaniem dziecku przestrzeni i powierzaniem mu nawet niewielkiej odpowiedzialności. Tymczasem samodzielne dziecko to szczęśliwe dziecko. „Na każdym etapie życia zależy nam, by być niezależnym od innych. W przypadku dzieci musimy zwracać uwagę na potrzeby rozwojowe wieku, w którym akurat się znajdują. Inną samodzielnością wykaże się 3-latek, a inną 11-latek”, radzi Monika Perkowska, psycholog dziecięcy, ekspert marki Electrolux.

Małe dzieci lubią same się ubierać czy jeść. Starsze pociechy wolą samodzielnie podróżować do szkoły czy wychodzić z kolegami. Podczas wspólnej pracy w kuchni uczymy prawdziwego życia. Takiej wiedzy i umiejętności nie dostarczy dzieciom żadna książka ani komputer. Pomagając przy gotowaniu, obserwują, jak powstają posiłki. Dzięki temu docenią niecodzienny wysiłek mamy lub taty, a w przyszłości zamiast zamawiać pizzę, same przyrządzą prostą potrawę.

Zdrowe nawyki żywieniowe wyrabiane są już od pierwszych miesięcy życia dziecka, gdy jego jedynym posiłkiem przestaje być mleko matki. Im dziecko jest starsze, tym więcej rodzajów żywności poznaje i spotyka się także z tymi niezdrowymi. Bardzo wielu rodziców ma w swoim domu niejadka, z którym codziennie toczy batalię o zjedzenie obiadu. Często, chcąc nakłonić malucha do zjedzenia choć kilku łyżek, obiecuje w zamian nagrodę, czyli deser w postaci słodyczy. W ten sposób osiąga odwrotny skutek, ponieważ dziecko pełnowartościowy posiłek traktuje jak karę i uczy się, że zdrowe produkty nie mogą być smaczne. „Dzieci potrzebują autorytetu dorosłych, którzy przekażą im najważniejsze wiadomości z zakresu zdrowego odżywiania się. Bardzo dobrze sprawdza się wspólne gotowanie zdrowych potraw, czytanie książek kucharskich, odwiedzanie restauracji oraz próbowanie nowych smaków“, komentuje Monika Perkowska.

Dziecięca fantazja

Przyrządzając danie z dzieckiem nie trzymaj się sztywno przepisu. Pozwól małemu kucharzowi na miksowanie smaków i kolorów według jego uznania. Twórczość budzi się właśnie w takich momentach, gdy możemy dowolnie eksperymentować. Dzieci mają bujną wyobraźnię, a rodzicie powinni zachęcać je do autoekspresji. „Gotowanie rozwija kreatywność poprzez pracę wielu zmysłów - uruchamiany jest dotyk, smak, węch, wzrok. Dziecko gotując uczy się, jak zorganizować sobie  pracę, która w postaci dobrego posiłku przynosi satysfakcję ”, dodaje psycholog. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Niespełnione oczekiwania. Czego, jako dorośli, wymagamy od swoich rodziców?

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Pielęgnowany w głowie obraz rodziców idealnych odebrał mi tych prawdziwych. Wiele lat terapii pomogło mi dojść do prostej prawdy, że rozmawiać warto ze sobą – pisze Robert Rient.

Pomiędzy jakością związków miłosnych, które tworzę, a niespełnionymi oczekiwaniami wobec rodziców zachodzi bezpośrednia korelacja. To, czego od nich nie otrzymałem, albo bardziej to, co wymyśliłem sobie, że powinni mi zapewnić, chcę teraz dostać w miłości. I w pewnym momencie wypełnia mnie nie tyle uczucie, co roszczenie, żal, pretensja wobec drugiej osoby. Zupełnie niedawno dotarło do mnie, że w swoich związkach wcale nie chciałem kochać, chciałem brać, być kochanym, ratowanym. Bo przecież moi rodzice mogli być lepsi, mogli silniej kochać, mocniej przytulać, nie wyjeżdżać, nie przegapić mojego smutku!

Wiele lat zajęło mi zrozumienie, że nie ma nikogo do ratowania, że mały chłopczyk szlochający we mnie tak długo sięgał po chusteczki, że w pewnym momencie stało się to jego nawykiem. A ukojenie, o które prosi, jest urojone, podobnie jak idealni rodzice.

Łatwo rozsmakować się w byciu słabym, w byciu ofiarą, bo nagle wszystko staje się jasne. Mama i tata nie kochali mnie stale i bezwarunkowo, więc moje związki się rozpadają, to moja krzywda, mój ból. Ja, ja i ja. Czy ten egocentryzm jest słuszny? Odpowiedzi szukałem w terapii.

Przez minione dziewięć lat korzystałem z warsztatów, w różnych szkołach i nurtach, indywidualnie i grupowo, stacjonarnie i podczas wyjazdów. Skutkiem ubocznym wybranej przeze mnie drogi okazało się… dalsze podsycanie mrzonki o rodzicach idealnych.

Chłopczyk się wkurzył

Jedno z pierwszych doświadczeń terapeutycznych: trening „Świadomość i zmiana” prowadzony przez Andrzeja Szulca w Instytucie Treningu i Edukacji Psychologicznej w Krakowie. Po kilku godzinach integracji prowadzący zaprasza uczestników na środek sali, prowadzi rozmowę, która prawie zawsze kończy się tak samo: „Wybierz, kto z grupy przypomina twoją mamę, tatę. Powiedz tej osobie wszystko, co chciałbyś powiedzieć rodzicom. Popatrz na nią. Co czujesz? Co on, ona ci zrobili? Wyraź to”.

Trzech mężczyzn trzyma materac, przed nim młoda dziewczyna, za materacem reprezentant jej ojca. Dziewczyna rzuca się na materac, krzyczy, płacze, upada na podłogę, kopie, bije pięściami. Ktoś inny walczy ze swoją matką: wyszarpuje jej koc, reprezentujący szacunek albo niezależność. „Jeśli czujesz nienawiść, poczuj nienawiść” – słyszymy. Po każdej pracy prawie wszyscy w grupie udzielają informacji zwrotnych: „wspieram cię”, „współczuję”, „jesteś dzielna”, „kochany, złoszczę się na twoich rodziców, jak oni mogli…”. Zbrodnie rodziców są różne, od opuszczenia, tak fizycznego, jak i emocjonalnego, po bolesne słowa, kary, przemoc. Pamiętam swoją furię, wściekłość, krew na nodze po skopaniu materaca, później zadziwiające poczucie ulgi, głębszego oddechu. Mały chłopczyk we mnie się wkurzył i wylał całą żółć.

Terapeuta pyta, co uczestnicy chcieliby teraz usłyszeć, co dostać, reprezentant wciela się w rolę idealnego rodzica i pociesza, przytula, wyznaje miłość. I podsyca iluzję.

Mały książę

Były kolejne terapie: nurtu behawioralnego, poznawczego, proponujące w miejsce pracy z ciałem rozmowę…Wreszcie dotarło do mnie, że trzeba zejść z drogi pretensji i poczucia krzywdy. Mały chłopiec potrafi odebrać głos dorosłemu mężczyźnie na całe życie. Spotykam bardzo wielu podobnych ludzi. Tupią, krzyczą, smucą się głośno, by wymusić uwagę. Rodziców jako obiekt oczekiwań zamienili na partnerów i partnerki, mężów i żony, czasami przyjaciół. Jesteśmy już dorośli, ale zasady gry są takie same.

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. A jeśli dodatkowo rodzice bili, porzucili, nadużyli w jakikolwiek sposób, terapia może być pomocna. Ale w pewnym momencie musi dojść do wewnętrznej rozmowy z samym sobą: „Zamieszkujące mnie, drogie i kochane dziecko, masz tutaj miejsce i możesz być jak długo chcesz, ale musisz przyjąć do wiadomości, że nigdy nie dostaniesz tego, co chcesz dostać. Jeśli masz ochotę, to płacz, krzycz, obrażaj się, milknij i miej pretensje, ale ja jako dorosły mogę zdecydować: czy siebie ci oddam, czy udam się w kolejną pogoń za idealnym związkiem i obiektem, bo przecież nie człowiekiem, którego głównym zdaniem będzie wypełnić pustkę – studnię bez dna”.

Terapia wydaje się niezwykle potrzebna, by owo Wewnętrzne Dziecko zobaczyć, zrozumieć, w końcu nazwać wszystko, czego pragnie. Dalej można podjąć wysiłek, by nakarmić je tym, czym może się najeść, ale następnie ono musi zaakceptować to wszystko, czego nie dostało i już nigdy nie dostanie. Moment, w którym stwierdzę, poczuję, że moja mama i tata nie dadzą mi tyle uwagi, ile chciałem, jest chwilą, w której mogę przestać budować roszczenia wobec innych, wobec miłości. Myśl, że wszystkie te rzeczy mogę zapewnić sobie sam, wydaje się oczywista, ale niezwykle trudna. Czasami łatwiej czekać na lepszą przyszłość, rozpamiętując bolesne fragmenty przeszłości, zapominając, że chwila obecna jest kompletna, prawie zawsze idealna i niczego jej nie brakuje.

Bezpieczny port

Cztery lata temu (tekst archiwalny - przyp. red.) odbyłem poważną rozmową ze swoim tatą, powiedziałem mu o swoich pretensjach, krzywdach, żalach. Podobną rozmowę przeprowadziłem dwa lata temu z mamą. W psychoterapii nazywa się to konfrontacją. Później zrozumiałem, że nie chodziło mi tylko o to, by coś wyrazić, ale przede wszystkim o to, by ponownie coś dostać. W chwili, gdy moje oczekiwania umarły, poczułem się bezpieczny z samym sobą. Zacząłem widzieć moich rodziców, nie tylko ich słowa i gesty, ale przede wszystkim intencje, zamiary, ich potrzeby, styl życia, ich jako ludzi. Mam tak dużo cierpliwości i akceptacji dla swoich przyjaciół, często bezgraniczną wyrozumiałość. A moi rodzice zawsze mieli być jacyś, wiedziałem za nich, co mają dawać, kiedy i w jakiej ilości. Wszystkiego może być za mało, gdy czeka się na konkretny, wymyślony prezent, nie będąc gotowym na niespodzianki. I nie mam zamiaru udawać, że było idealnie, że miałem piękne, wymarzone dzieciństwo. Było różnie, dobrze jednak mieć poczucie, że nie żałuję, również lat pretensji. Bo może dzięki nim jestem w miejscu, w którym uczę się przyglądać moim rodzicom po prostu jako ludziom, którzy zdarzyli mi się w najbardziej nieporadnym okresie mojego życia. I niezwykle dużo mi dali. Byli cennymi nauczycielami, również wtedy, gdy nie robili nic. I byli idealnie niedoskonali.

Robert Rient (Łukasz Zamilski): polski dziennikarz, reportażysta i pisarz; autor głośnej książki „Świadek”, w której opisuje prznależność do Świadków Jehowy i ucieczkę od zniewolenia.

 

  1. Psychologia

Dobre dzieciństwo to szczęśliwi rodzice

Rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi. (Fot. iStock)
Rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi. (Fot. iStock)
Dziecku należą się tylko trzy rzeczy: dach nad głową, trzy ciepłe posiłki dziennie i szczęśliwi rodzice – mówi stare chińskie powiedzenie. Jesteś rodzicem? Zadbaj o siebie!

Myśl pedagogiczna – podobnie jak wszystkie inne dziedziny życia – przechodzi rozmaite ewolucje. Do tej pory dzieci były traktowane jak mali dorośli, jak niewolnicy czy jak istoty gorszego gatunku. Obecnie nadeszły złote czasy dla naszych milusińskich. Świat kręci się wokół nich. Do tego stopnia, że to raczej rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi.

Nie rób tego dziecku

Nieszczęśliwy rodzic jest rodzicem sfrustrowanym, skupionym na własnych smutkach i nieszczęściach, rozpamiętującym swoje porażki i zły los. Do takiego rodzica trudno podejść, dzieci się mu nie zwierzają i omijają z daleka.

Rodzic nieszczęśliwy generuje u dziecka stały strach. Skoro mama jest taka smutna, to znaczy, że dzieje się coś bardzo złego – tak to widzą dzieci. Jeśli trudno ci przyznać sobie prawo do czasu wolnego, inwestowania w siebie i dbania o swoje rozrywki – zrób to nie dla siebie, ale dla dziecka. Buduj swoje zadowolenie z życia dla niego, jako kapitał na jego przyszłe życie.

Po pierwsze – nie bój się wymagać. Jeśli wszystkie obowiązki domowe i wychowawcze wzięłaś na siebie, w początkowym okresie wychowawczym (około dwóch lat) będziesz czerpać ogromną satysfakcję z tego, że dajesz radę, że jesteś samodzielna i niezależna, ale w perspektywie długoterminowej… zgorzkniejesz. Staniesz się niecierpliwa, przemęczona i pozbawiona radości życia. Nie pracuj ponad siły.

Po drugie – nie staraj się udowodnić wszystkim, że sobie poradzisz, że robisz wszystko najlepiej, że jesteś dziecku cały czas potrzebna. Żadna z tych opinii nie jest prawdziwa! Bycie nieszczęśliwą lub szczęśliwą to wybór. To ty w znacznym stopniu decydujesz o tym, jak postrzegasz swoje życie. Jeśli jawi ci się ono jako pasmo udręki i poświęcenia – nie trwaj w tym. Szukaj profesjonalnej pomocy.

O ile nie ma gwarancji, że szczęśliwy, spełniony rodzic na pewno wychowa szczęśliwe dziecko, o tyle można mieć stuprocentową pewność, że nieszczęśliwy rodzic wychowa nieszczęśliwe dziecko.

Wspomnienia z dzieciństwa

To, czy mieszkanie jest odkurzone, lodówka pełna, pranie wykrochmalone, a okna czyste – jest ważne, ale dla dorosłych. Wiele matek tak właśnie postrzega dobry dom. We wspomnieniach dzieci pozostaje jednak coś znacznie istotniejszego – atmosfera, a tę tworzy codzienny nastrój rodzica.

Piotr, redaktor, ojciec dwóch córek: – Nasza matka zawsze gderała, że życie jest ciężkie, że daje po tyłku, że jeszcze się przekonamy, jak jest naprawdę. Wyrastałem w przekonaniu, że świat jest podłym, przerażającym miejscem. Mama odmawiała sobie prawa do jakiejkolwiek rozrywki, radości, czasu dla siebie. To nie budowało fajnego klimatu, ja i brat szybko zaczęliśmy uciekać z domu.

Irena, studentka trzeciego roku europeistyki: – Pamiętam mamę, jak latami snuła się po kątach i płakała, czasem nie odzywała się do nas przez wiele dni. Ciotka namawiała ją, żeby poszła do lekarza i zaczęła leczyć depresję, ale ona wciąż powtarzała, że nie ma pieniędzy na fanaberie. Sto razy wolałabym, żeby wydała wszystko na leki niż na nowe spodnie dla mnie. Nienawidziłam nowych ubrań! Szkoda, że matki nie wiedzą, co czuje dziecko, gdy widzi je wiecznie zapłakane.

Bartek, nauczyciel angielskiego: – Chyba najgorsze, co w życiu usłyszałem, to zdanie mojej matki, które kiedyś powiedziała do sąsiadki: „Jak mogę być szczęśliwa z dwójką dzieci na karku?!”. Czułem się paskudnie. Wiele lat winiłem siebie i siostrę za złe zdrowie mamy, za jej smutek.

Takie wspomnienia to cenny materiał do przemyśleń. Jeśli więc kusi cię, żeby się bez reszty poświęcić dzieciom, skupić się na pracy, nie leczyć depresji, nie mieć żadnych przyjemności, a do tego złe relacje z partnerem – zastanów się, jak one to zapamiętają. Bo rodzic, poprzez swój przykład, uczy dziecko, jak żyć. Za każdym razem, gdy sprawiasz sobie przyjemność, generujesz czas tylko dla swoich potrzeb, robisz coś, co cię podnosi na duchu, rozwija – dajesz swojemu dziecku lekcję życia. Jeśli zapominasz o sobie, uczysz dziecko, że ono także powinno tak robić. Czy tego właśnie chcesz?

Prawo do szczęścia

Mama, która w imię swojego szczęścia zaniedbuje własne dziecko, ma równie złe podejście jak ta, która zapomniała o sobie i skupiła się wyłącznie na obowiązkach. Przesada w realizacji prawa do szczęścia jest równie zła jak przesada w odbieraniu sobie tego prawa. Nie ma dziecka, które by tego nie potwierdziło.

Piotr, inżynier-elektronik: – Moja matka była wiecznie uśmiechniętym, roześmianym człowiekiem. Kochała tańczyć, bawić się. Gdy miałem cztery lata, uznała, że męczy ją macierzyństwo, że się nie rozwija, i wyjechała do Kanady. Napisała mi w liście, że chce być szczęśliwa. Wychowywali mnie dziadkowie. Kiedy słyszę o prawie matki do szczęścia, myślę jedno: nie zawsze szczęśliwy rodzic wychowa szczęśliwe dziecko. Niestety, czasem tych dwóch „szczęść” nijak nie da się pogodzić. Mnie trwale unieszczęśliwiła. Źle się żyje dziecku, które dowiedziało się, że nie uszczęśliwia swojej matki.

Gdy jesteś rodzicem – tak jak każdy człowiek – masz prawo do szczęścia, ale trochę inne niż bezdzietni. Rodzicielstwo to absolutnie najważniejszy projekt w życiu każdej mamy i każdego taty. Wszystko, co robią, musi zawsze uwzględniać istnienie i dobro tej najdroższej istoty.

Porzucenie własnego dziecka, zarówno fizyczne, jak i emocjonalne, dla tak czy inaczej pojmowanego „spełnienia siebie” w żadnym razie nie jest realizacją hasła o prawie do własnego szczęścia, ale jawnym wykroczeniem przeciwko szczęściu dziecka.

Droga mamo i drogi tato, dążcie do osobistego szczęścia, ale nigdy kosztem dzieci.

  1. Materiał partnera

Dieta na wiosnę! Na co zwrócić uwagę?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Przestrzeganie zdrowej diety nie zawsze jest łatwe - jest jednak wysoce zalecane. Wraz z początkiem wiosny wszystko budzi się do życia, więc i my powinniśmy nabrać nowych sił i energii do działania - to najwyższy czas, żeby coś pozytywnie zmienić w naszej diecie.

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) zdrowa dieta jest niezbędna do dobrego zdrowia i odżywiania. Chroni nas przed wieloma przewlekłymi chorobami, takimi jak choroby serca, cukrzyca i rak. Dlatego też warto odżywiać się rozsądnie i dbać o to, co jesz, jak często i w jaki sposób to robisz.

Spożywanie różnorodnych potraw oraz spożywanie mniejszej ilości soli, cukru oraz nasyconych i produkowanych przemysłowo tłuszczów trans jest niezbędne dla zdrowej diety.

Kilka najważniejszych wskazówek, dotyczących zdrowej diety

  1. Pamiętaj o produktach sezonowych
Skoncentrowanie się na sezonowych owocach i warzywach to łatwy sposób na wprowadzenie małych zmian, które mogą mieć duże znaczenie. Zamiana smażonego mięsa i gulaszu na świeże i pyszne sałatki oraz inne posiłki roślinne pomaga zwiększyć zarówno ilość, jak i różnorodność spożywanych owoców i warzyw. Zwróć także uwagę na wszechstronne warzywa krzyżowe, takie jak brokuły i kalafior i zaopatrz się w wiosenne awokado, pomidory i jagody.
  1. Omijaj przetworzoną żywność
Zawsze najlepiej sięgać po całą, nieprzetworzoną żywność, aby uzyskać jak najwięcej wartości odżywczych z każdej zainwestowanej złotówki. Produkty pełnowartościowe definiuje się jako żywność, która nie została rafinowana oraz jest przetworzona w minimalnym stopniu i spożywana w stanie naturalnym. Produkty pełnowartościowe mają niską zawartość soli, cukru i tłuszczu i nie zawierają dodatków. Są naturalnie bogate w witaminy, minerały i błonnik. Spożywanie głównie pełnowartościowych produktów może pomóc w zapobieganiu niepożądanemu przyrostowi masy ciała. Kupowanie przetworzonych posiłków to żadne rozwiązanie, a z pewnością nic dobrego dla Twojego zdrowia, za to fit catering Body Chief może być doskonałym rozwiązaniem dla Twojej codziennej diety.
  1. Niech Twoja dieta opiera się przede wszystkim na roślinach
Ten sposób odżywiania koncentruje się na tworzeniu posiłków, ale nie produktów pochodzenia zwierzęcego a z warzyw, roślin strączkowych, orzechów, nasion, produktów sojowych i produktów pełnoziarnistych. Pozytywny wpływ na twoje zdrowie jest oczywisty. Pokarmy roślinne są naturalnie bogate w błonnik, witaminy i minerały oraz mają niską zawartość tłuszczu i cholesterolu. Odżywianie w ten sposób jest również bardziej przyjazne dla środowiska. Pokarmy roślinne zawierają przeciwutleniacze i fitochemikalia, które mogą chronić przed rakiem.

Ludziom współczesnym zazwyczaj brakuje na wszystko czasu, jeśli i Ty borykasz się z tym problemem, nie przejmuj się - jesteśmy tu właśnie dla Ciebie! Body Chief to catering dietetyczny oparty na zdrowych, pełnowartościowych produktach. Jest to fit catering, który będzie dostarczany codziennie wprost pod Twoje drzwi. Nie zwlekaj i zadbaj o swoje zdrowie już dziś z najlepszą dietą pudełkową!

  1. Psychologia

Między poczuciem krzywdy a poczuciem winy. Jak na starość zorganizować opiekę rodzicom?

Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych? (Fot. iStock)
Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych? (Fot. iStock)
„Czcij ojca swego i matkę swoją”. Wychowanym na tym przykazaniu nie trzeba tłumaczyć, że rodzice na starość wymagają troski, opieki, cierpliwości... Ale dobrze pomóc rodzicom mogą tylko dorośli, nie dzieci.

Ewa ma 37 lat i narzeczonego, z którym od kilku lat nie może wziąć ślubu. Najpierw zachorowała mama. Ewa mieszkała już z narzeczonym, ale wtedy wróciła do domu, by się nią opiekować. Szpital, dom, szpital… rak posuwał się szybko mimo leczenia. Narzeczony rozumiał sytuację, próbował pomagać, ale Ewa nie oczekiwała pomocy, sama sobie ze wszystkim radziła, nawet płakać wolała sama niż na jego ramieniu. Mama umarła i znów mogliby zamieszkać razem, ale Ewa nie chciała zostawić ojca. Po śmierci mamy czuł się samotny i zagubiony, postanowiła z nim trochę pomieszkać, póki nie dojdzie do siebie. Nie doszedł, bo miał wylew. Znów szpital, rehabilitacja. Teraz jest już lepiej, ale ojciec z trudem się porusza, nic sam nie zrobi, zresztą nigdy nie umiał, więc Ewa cały czas się nim zajmuje. Już jako kilkulatka doprowadzała go do domu, gdy był pijany, kładła do łóżka, teraz znów może się nim opiekować.

Z pracy pędzi prosto do domu, robi obiad, gra z ojcem w różne gry, bo trzeba pobudzać jego umysł. Z narzeczonym widuje się rzadko, bo ojciec nie lubi jego wizyt. Za to lubi być razem z Ewą. „Moja córeczka” – mówi do niej, gdy jest zadowolony. Gdy ma gorszy nastrój, złości się, że zostawia go na tyle godzin, więc Ewa pędzi jeszcze szybciej z pracy do domu i stara się jak najmniej wychodzić. W ciągu dnia ojciec często do niej dzwoni, Ewa się denerwuje, bo w pracy powinna pracować, ale zawsze odbiera telefon i cierpliwie rozmawia z ojcem. Chce, żeby czuł się zaopiekowany, przecież to jego ostatnie lata. Czy w opiece nad ojcem nie mogłaby jej pomóc trzydziestoletnia siostra, która blisko mieszka? Niestety. Siostra co prawda nie pracuje zawodowo, ale ma dwoje małych dzieci, nie ma czasu zajmować się ojcem. Może chociaż mógłby do niej dzwonić, gdy Ewa jest w pracy? Tak byłoby lepiej, ale jak o tym powiedzieć, żeby nie było mu przykro?

Grzeczna córeczka

A jak Ewa czuje się w tej sytuacji? Jest ciągle zmęczona, rano nie ma siły wstać z łóżka, często płacze, boi się, że po mamie odziedziczyła depresję. Ma poczucie krzywdy, zadaje sobie pytanie: „czemu ją to spotyka?”. Niedawno śmierć mamy, teraz choroba ojca, która może potrwać wiele lat, własne życie musi odkładać na później, a czy później nie będzie za późno?

Jak długo w tej sytuacji wytrzyma jej narzeczony? Ostatnio sam wyjechał na wakacje, bo Ewa jak zwykle nie mogła. A gdyby przestała tak intensywnie zajmować się ojcem, który pławi się w jej opiece jak pączek w maśle? Na samą myśl ma poczucie winy. Ojciec jest taki szczęśliwy, gdy ona jest w domu. Z zapałem opowiada jej o swoich dolegliwościach, które daje się znieść tylko w jej obecności.

Najlepiej oczywiście by było, gdyby opieką nad ojcem udało jej się podzielić z siostrą lub innymi członkami rodziny. W niektórych rodzinach to się zdarza, ale rzadko. Częściej jedno z dzieci przejmuje odpowiedzialność za sytuację i ugina się pod jej ciężarem. Z góry można przewidzieć, kto to będzie.

Ewa zawsze starała się spełniać oczekiwania innych ludzi. Rodziców, nauczycieli, koleżanek, szefa. Wszyscy doceniali jej poczucie odpowiedzialności, chyba nigdy nikogo nie zawiodła, choć często czuła się wykorzystywana. Dziś zamknięta w pułapce między poczuciem krzywdy a poczuciem winy jak zwykle wybiera to pierwsze, choć tak naprawdę ma już dość tego swojego-nie-swojego życia. Nikomu o tym nie mówi, żeby nie robić przykrości. Siostra i tak nie jest szczęśliwa ze swoim mężem, tata może niedługo umrze, więc Ewa nie ma wyjścia. Musi dalej ciągnąć ten wózek, który ciągnie od dzieciństwa.

To cudowne, że kocha swojego ojca, że wybaczyła mu jego winy, chce mu pomóc na starość. Ojciec z pewnością potrzebuje pomocy. Kłopot w tym, że Ewa nie robi tego z wyboru, tylko z konieczności, bo nie potrafi inaczej. Poczucie obowiązku kieruje całym jej życiem. O tym, co jest tym obowiązkiem, decydują potrzeby i pragnienia innych, ona sama nie ma tu nic do powiedzenia. Nie potrafi stawiać żadnych granic. Jej uczucia nie mają znaczenia. Wciąż jest grzeczną córeczką, działa tak samo jak w dzieciństwie, by rodzice byli z niej zadowoleni. Ale to droga, która prowadzi na manowce.

 

Dziecko, lat 52

Starzenie się rodziców to znak, że pora dorosnąć. Dzieci nie powinny się opiekować swoimi rodzicami. I nie chodzi tu wcale o wiek ani nawet o to, czy razem się mieszka, ale o rozstanie się z rolą dziecka. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie dokonywać racjonalnych wyborów, za które nikt nie zapłaci zbyt wysokiej ceny. Ci, którzy jeszcze nie wyszli z roli dziecka i nie stali się niezależni od swoich rodziców, na oślep rzucają się na pomoc, tratując po drodze samych siebie, czasem też męża i dzieci, nie szukają innych rozwiązań ani wsparcia. A opieka nad drugim człowiekiem wcale nie jest łatwa i wymaga, byśmy byli w dobrej formie.

Czasem dzieci, które teoretycznie dawno temu przeszły wiek dojrzewania, nadal się buntują. Nie „przepracowały” swojej relacji z rodzicami, nie potrafią docenić, ile od nich dostały, zrozumieć, czemu nie dostały więcej, wciąż czują się pokrzywdzone, uwięzione w uczuciach z dzieciństwa, choć od lat to one same odpowiadają za swoje życie. Tak jest w przypadku Barbary, która ma 52 lata i dwoje dorosłych dzieci. Wciąż czuje żal do matki, obwinia ją o swoje porażki, choć matka mieszka w innym mieście i w żaden sposób nie próbuje wpływać na jej życie.

Ale Barbara nadal jest pokrzywdzoną córeczką. Kiedy jej matka zaczęła mieć zaburzenia pamięci, które mogły skończyć się tragicznie, Barbara właśnie zmieniała swoje życie. Rozwiodła się z mężem, sprzedała firmę i zamierzała dalej żyć ze zgromadzonego kapitału. Mogłoby się zdawać, że nic nie stało na przeszkodzie, żeby na jakiś czas zamieszkała z matką, w jej dużym domu, w innym mieście. Ale Barbara nie widziała powodu, żeby to zrobić.

– Oddaj ją do domu opieki – radzi młodszej siostrze, która opiekuje się matką, dojeżdżając co tydzień dwieście kilometrów. – Prosiłam ją kiedyś, żeby mnie zabrała z kolonii, a ona nie chciała – Barbara ma łzy w oczach na wspomnienie kolonijnego dramatu. – To niech teraz ona poczuje, jak to jest! Niech będzie tam, gdzie nie chce. Ja na pewno się nią nie zajmę. Wspomnienie własnych krzywd nie pozwala Barbarze racjonalnie ocenić sytuacji.

Ci, którzy naprawdę dorośli, wiedzą, że rodzicom należy się uwaga, opieka, szacunek, dają im tyle, ile mogą, i potrafią zadbać o resztę, w rozsądnych miejscach postawić granice i rodzicom, i sobie.

Dorosłe, niekochane

Inna Basia, 45 lat, po rozwodzie nie miała się gdzie podziać, a mama potrzebowała opieki, miała problemy z nogami, nie mogła chodzić, więc zamieszkały razem. Basia nigdy nie czuła się przez nią kochana, w jej oczach była nieudolna, niezaradna, głupia. I tak jest nadal. Ostatnio było im ciężko finansowo, więc oprócz pracy nauczycielki, Basia podjęła się sprzątania u znajomej. „Ty to potrafisz się poniżać” – skomentowała matka. Basia potrafi, ale dużo lepiej poniża ją mama, traktując jak służbę, z której nigdy nie jest zadowolona. Córka znosi wszystko z pokorą, choć wie, że to przez mamę nie czuje się dobrze na świecie. Robi, co może, żeby nie mogła jej nic zarzucić. Ciągle jest tym niekochanym dzieckiem, które stara się i stara, choć już nie wierzy, że mama je kiedyś pokocha. Mama przecież ma ukochanego syna, który spełnia pokładane w nim nadzieje. Czasem wpada z wielkiego świata z kwiatami i prezentem, wypije kawę i leci, bo ma naprawdę ważne sprawy. Mama to rozumie, jest z niego bardzo dumna, bo syn jest biznesmenem i zarabia pieniądze. A Basia na przyjście brata nie zdążyła upiec ciasta! Dziewczyna płacze po kątach, wciąż czuje się nieudaną córką własnej matki, choć sama jest matką szesnastoletniej córki, która na to wszystko patrzy. Właściwie stara się patrzeć jak najmniej. Często znika z domu, bierze narkotyki... „Nawet jej nie potrafiłaś wychować” – mówi matka.

Tak jest dobrze

Kasia, 48 lat, ma wolny zawód, mieszka blisko mamy, a to bardzo ułatwia sytuację. Może do niej zaglądać kilka razy dziennie, kiedy ta potrzebuje pomocy. I dotąd tak było: zaglądała. Przynosiła zakupy, gotowała obiady, wspólnie rozwiązywały krzyżówki. Ale mamie ciągle było mało, jest przecież taka samotna, a córka zawsze wpada jak po ogień. Gdy mama zachorowała, Kasia zatrudniła opiekunkę, która zamieszkała z nią na stałe. Mama oczywiście wolałaby, żeby to córka z nią mieszkała. Miała pretensje, dwa tygodnie chodziła obrażona, ale w końcu zaakceptowała sytuację. Dzięki temu Kasia jest o nią spokojna, gdy pracuje, a gdy wpada do niej, nie musi brać się za sprzątanie i gotowanie, może po prostu z nią posiedzieć. I tak jest dobrze, nie tylko Kasi, ale także mamie.

Zwycięsko przez starość rodziców mają szansę przejść tylko ci, którzy naprawdę dorośli. Oni wiedzą, że rodzicom należy się uwaga, opieka, szacunek. Dają im tyle, ile mogą, i potrafią zadbać o resztę, w rozsądnych miejscach postawić granice i rodzicom, i sobie. Rodzice zwykle to doceniają. Przecież wychowywali nas po to, byśmy mieli własne życie i umieli podejmować dobre decyzje. Cóż może lepiej łagodzić cierpienia starości niż świadomość, że nasze dzieci potrafią zadbać o siebie i innych?

  1. Psychologia

Budujemy fundamenty. Rozwój niemowlaka - jak go stymulować i wspierać?

Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, w szczególności w tych zajmowanych przez dzieci w wieku do trzech lat – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Pewien ojciec dwuletniego synka powiedział mi wyraźnie rozczarowany: „Bawię się z synkiem, czytam mu, chodzimy na spacery, a on tego nie doceni, bo niczego nie będzie pamiętał”. Stąd już tylko krok od myślenia, że okres niemowlęctwa jest mało istotny, jeśli chodzi o wychowanie.
Jest dokładnie odwrotnie. Myślenie tego ojca to częsty przejaw rodzicielskiego narcyzmu. Ponieważ okres niemowlęctwa i dzieciństwa do trzeciego roku życia jest dla rodziców wymagający, kosztowny i nierzadko wyczerpujący, więc bardzo by chcieli, żeby dzieci z wdzięcznością pamiętały tę ogromną rodzicielską inwestycję. Ale nie ma powodu do zmartwienia, bo i tak wszystkie doświadczenia naszych dzieci zostaną z ogromną precyzją zapisane w dziecięcej podświadomości. W dodatku wszystko wskazuje na to, że doświadczenie z okresu życia do trzech lat, a także doświadczenia prenatalne i okołoporodowe tworzą w mózgu dziecka pierwotną matrycę poznawczą i emocjonalną decydującą o sposobie postrzegania i interpretowania świata przez całą resztę jego życia.

Dlatego powtarzam od lat, że przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, wykuwa się w relacjach z rodzicami czy opiekunami, a także poprzez pośrednie uczestniczenie w zawiłościach uczuciowych związku rodziców. Dzieci w wieku do trzech lat nabywają niezbędną i fundamentalną wiedzę, coś w rodzaju oprogramowania, umożliwiającą odnalezienie się i przetrwanie w środowisku i systemie rodzinnym, w którym przyszło im się urodzić. Oprogramowanie to charakteryzuje się niezwykłą trwałością właśnie dlatego, że nie zapisuje się na poziomie świadomym. Zostało bowiem zakodowane w podkorowych, prewerbalnych strukturach mózgu, a więc jest praktycznie niedostępne refleksji, a tym bardziej próbom korekty. Dlatego właśnie uznajemy to sformatowanie za naszą prawdziwą tożsamość czy naturę, uważamy, że tacy się narodziliśmy, co obiektywnie jest błędem, ale w subiektywnym odczuciu nie sposób tego zakwestionować.

Co wobec tego jest w tym okresie w wychowaniu najważniejsze?
Nasycenie dziecka troską i miłością. Bezradny noworodek wrzucony w świat potrzebuje poczucia bezpieczeństwa prawie tak samo jak oddechu. A źródłami tego poczucia są troska, bezwarunkowa miłość i zachwyt rodziców. Skala nasycenia w tym okresie poczuciem bezpieczeństwa będzie decydowała o tym, na ile dorosła postać tego niemowlęcia będzie mogła i chciała odważnie kochać, cierpieć, wątpić i szukać, słowem, czy będzie odważnie żyć i ucieleśniać trafną obserwację, że świat należy do odważnych.

Czy dobrze rozumiem: dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości?
Zdecydowanie tak. Prawie wszystko zależy od tego, ile poczucia bezpieczeństwa i oparcia ma w sobie przede wszystkim mama, a w drugiej kolejności także ojciec, i jak w związku z tym rozumieją, na czym polega zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. Niestety, większość rodziców ma z tym problem, więc ich troska o dziecko jest często podszyta lękiem, a przez to bywa zdecydowanie nadmierna. W rezultacie zamiast ufności i optymizmu przekazuje się dzieciom przekonanie, że świat jest nieprzyjaznym, niebezpiecznym miejscem.

Jak wobec tego odróżnić lęk wynikający z rzeczywistej dbałości o bezpieczeństwo, przejawiający się na przykład zawieszaniem kamerki nad łóżeczkiem, żeby zapobiec tak zwanej śmierci łóżeczkowej, od lęku destrukcyjnego dla dziecka?
Na ogół wiemy, kiedy i jak bardzo się boimy. A jeśli z jakichś powodów nie wiemy, to trzeba używać zdrowego rozsądku: zdać sobie sprawę, że marketing wielu niepotrzebnych nam rzeczy oparty jest na wzbudzaniu lęku; dowiadywać się, jak wychowuje się dzieci w innych, mniej bojaźliwych niż nasza kulturach i tradycjach; czytać i słuchać wybitnych nonkonformistów; wyciągać wnioski z własnych doświadczeń; pytać i wątpić, otwierać się na alternatywne systemy myślenia i wartości. No i szukać towarzystwa, które wspiera nasze wątpliwości i eksperymenty.

Czyli kogo?
Innego gatunku rodziców. Takich, którzy są zdecydowanie mniej przestraszeni od nas. Jeśli słyszymy od nich, że nadmiernie przegrzewamy dziecko, że nie trzeba go ładować w śpiwór i przykrywać dwiema kołderkami, bo wystarczy kocyk – to zastanówmy się, czy nie ma w tym jakiejś mądrości. Albo gdy słyszymy od nich, że uczącemu się chodzić dziecku nie trzeba całego domu wykładać gąbką i zakładać kasku oraz ochraniaczy na łokcie i kolana. Dziecko uczy się bezpiecznie poruszać w świecie, niestety, także przez ból, a więc lepiej przygotujemy je do życia, jeśli damy mu okazje uczenia się tego, jak sobie z bólem radzić. Bo naczelnym zadaniem rodziców jest wspieranie dziecka w jego instynktownym dążeniu do autonomii, aby jak najprędzej stało się niezależną istotą, która sama radzi sobie w życiu, także w trudnych warunkach. A to wymaga mądrego umiaru w troszczeniu się o dziecka komfort i bezpieczeństwo. Najlepiej stosować się do świętej zasady: 50 proc. troski i wsparcia oraz 50 proc. wymagań i zaufania do możliwości dziecka.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jak ten cel osiągnąć? Ważny jest spokój rodziców?
Jeśli nasza troska o dziecko ma silny komponent lękowy, to zainfekujemy je lękiem przed światem i życiem, a także brakiem zaufania we własne możliwości. A wtedy zrezygnuje ze stawania się w pełni samodzielną osobą we wszystkich wymiarach: sprawnościowym, zmysłowym, odpornościowym, emocjonalnym, intelektualnym i duchowym. Aby temu zapobiec i nie skrzywdzić swoich dzieci, trzeba je wychowywać w kontakcie z realnym światem, z całym bogactwem jego możliwych przejawów. A więc oprócz przyjemności także z: gorącem, zimnem, głodem i bólem, z rozpaczą rozstań i strat, a także z goryczą przemijania.

Bo w przeciwnym razie tworzą się w dzieciach neurotyczne mechanizmy zachowania?
Tak. Powtórzmy to jeszcze raz: w okresie od urodzenia do lat trzech trwale instalujemy w dzieciach najważniejsze przekonania o sobie, o ludziach i o świecie. Będą one wystarczająco urealnione, jeśli rodzice dadzą dziecku okazję do radzenia sobie z niedogodnościami, wyzwaniami i zagrożeniami życia. Takie godne uznania postawy rodziców można obserwować w krajach Północy, gdzie – pewnie trochę za sprawą wymagającego klimatu – dzieci od małego hartuje się i usamodzielnia. Uczulam więc polskich rodziców, którzy zapewne sami jako dzieci byli nadmiernie ochraniani i wyręczani, żeby nie przesadzali z tą ochroną, a także z aseptyką i obsesyjną higieną.

Żeby nie bali się kontaktu dziecka z czymś brudnym?
Na przykład. Małe dzieci instynktownie same aplikują sobie taką szczepionkę, wkładając do buzi i liżąc wszystko, co się da, albo jedząc ziemię z doniczek – w ten sposób instalują sobie w przewodzie pokarmowym odpowiednią florę bakteryjną, która też odgrywa ogromną rolę w utrzymywaniu odporności.

Namawiasz do jedzenia ziemi?
To tylko przykład. Ale żadna tragedia się nie stanie, jak dziecko poliże ziemię albo własne palce pobrudzone ziemią, oczywiście, pod warunkiem że nie będzie ona zatruta jakąś substancją chemiczną. Z dzieciństwa zapamiętałem ciekawą w tym kontekście scenę, która miała miejsce w gabinecie słynnego wówczas w Warszawie pediatry, doktora Mroczka. Siedzę z mamą w poczekalni, z gabinetu wychodzi pacjentka z małym dzieckiem na ręku. W drzwiach żegna się z doktorem, a ten mówi: „Zapomniałem odnieść się do tego, że pani synek ma częste kolki”. Po czym wyjmuje z buzi dziecka smoczek, pociera nim gdzieś o podłogę i wkłada dziecku z powrotem do buzi ze słowami: „Teraz już będzie dobrze”.

Chyba przesadził.
Ja też byłem pod wrażeniem. Ale zapewne chciał zademonstrować, jak dzieci organizują sobie autoszczepionki. A przy okazji zaszczepić matce, a tym samym dziecku, zaufanie do otaczającego świata. Bo pozostawanie w harmonii i symbiozie z otaczającym światem jest podstawowym warunkiem ludzkiego zdrowia i szczęścia, a także zdolności do radzenia sobie z wieloma trudnymi wyzwaniami, z którymi życie i świat będą nas nieuchronnie konfrontować. Niestety, większość rodziców postępuje wbrew tej zasadzie. Odbywa się to na przykład tak: Mama idzie z trzyletnim dzieckiem na plac zabaw. W pamięci swojego dzieciństwa ma zapisane rodzicielskie dobre rady i ostrzeżenia rodziców, które – jak sądzi – uratowały jej życie, choć w istocie były to klątwy, które jej kawał życia zmarnowały: „Nie biegaj, bo się przewrócisz i zrobisz sobie krzywdę!”, „Uważaj, bo się pobrudzisz” itd. Mama nie zdaje sobie sprawy, a być może nawet tego nie pamięta, że ta chmura gróźb, którymi była w swoim dzieciństwie otoczona, zapisała się w jej mózgu w postaci zgeneralizowanego przekonania: „Jeśli idąc za swoimi naturalnymi potrzebami, oddalę się od mamy/taty, to groźny świat mnie skrzywdzi, więc moje naturalne potrzeby ruchu i zabawy, a także wielkie pragnienie autonomii są niewłaściwe i niebezpieczne – jestem więc dla siebie samej niebezpieczna”. Łatwo sobie wyobrazić, jaką krzywdę wyrządzamy dziecku, instalując w jego podświadomości naszą chmurę lęku przed światem.

Co robić, żeby tak się jednak nie stało?
Nauczyć się samokrytyki i ignorowania swoich lęków, tak aby nie determinowały naszych zachowań i wyborów. Dzięki temu będziemy w stanie pozwalać dziecku na to, na co nam nie pozwalano. To konieczne, jeśli chcemy, aby miało ono więcej niż my samoakceptacji i wiary w siebie.

Konieczne, ale niełatwe.
No tak. Bo jak przekazać niemowlęciu, że jest najważniejszą istotą na świecie, chociaż nic nie umie, niczego nie osiągnęło, robi w pieluchy, rzyga, nie daje spać po nocach i trzeba się nim bez przerwy zajmować? Jak bezwarunkowo akceptować, kochać i zachwycać się kimś takim? Pamiętajmy jednak, że najbardziej liczy się przekaz pozawerbalny. Jeśli zawiera w sobie spokojny, skoncentrowany i celowy sposób poruszania się, czuły i ciepły dotyk, miękki i zrelaksowany ton głosu, spokojny rytm serca, rozluźnione ciało, miłość, radość i zachwyt w oczach, brak pośpiechu i presji oraz gotowość do obdarowania dziecka dużą ilością nasyconego uwagą czasu – to dziecko będzie na resztę życia wiedziało, że bez względu na trudne okoliczności jest kimś ważnym, zasługującym na szacunek, uznanie, uwagę i miłość.

To są fundamenty, na których dziecko może budować dalsze życie?
Tak. O dwóch filarach już mówiliśmy: bezpieczeństwie i poczuciu własnej wartości. Jest też trzeci bardzo ważny filar – szacunek dla granic ciała, przestrzeni życiowej i strefy intymnej dziecka. Dziecko w wieku do lat trzech nie ma możliwości zaprotestowania, gdy naruszamy granice jego ciała. A przecież na tym etapie życia dorośli nieustannie kontaktują się z dzieckiem poprzez jego ciało: karmią, myją, pielęgnują, podnoszą, kładą, ubierają, rozbierają itd. Część z tych czynności – stosownie do stanu umysłu i emocji rodziców – robiona jest w pośpiechu, pod presją, a nawet w gniewie, bez zwracania uwagi na opór i płacz dziecka, przez co niebezpiecznie graniczy z przemocą. Szczególnie zmuszanie do jedzenia, pośpieszne ubieranie i rozbieranie, a także wszelkie zabiegi pielęgnacyjno-higieniczno-diagnostyczne często naruszają granice dziecka i na przyszłość uczą ulegania przemocy lub też niechęci i obawy przed bliższym kontaktem z innymi ludźmi. Tak więc nie wolno dziecka traktować, jakby było przedmiotem! Nie wolno też negatywnie oceniać wszelkich przejawów zainteresowania dziecka własnym ciałem. To bardzo ważna sfera jego rozwoju. Przez dotykanie siebie i sprawdzanie, jak to ciało funkcjonuje i reaguje, dziecko z wolna czyni to ciało własnym, poznaje je i zaprzyjaźnia się z nim, a od tego w dużym stopniu zależy to, czy stosunek przyszłego dorosłego do własnego ciała będzie pozytywny, czy wrogi. Nie trzeba chyba dodawać, jak wielkie znaczenie ma to dla jakości całego życia.

Kiedyś uważano, że noworodek nie czuje bólu, więc można poddawać go zabiegom medycznym bez znieczulenia.
Mam wrażenie, że takie podejście tu i ówdzie nadal pokutuje. Przejawia się na przykład w zmuszaniu dziecka do przedwczesnego kontrolowania zwieraczy i siadania na nocniku, w głodzeniu niemowlaka przy okazji karmienia na godziny, w pozostawianiu go samego w ciemnym pokoju i niereagowaniu na płacz, bo jak się wypłacze, to dobrze zaśnie itp. Na szczęście psychologia dziecięca już dawno odrzuciła i napiętnowała tę tradycję wychowawczą, zwaną szkołą pruską, która doprowadziła do wychowania kilku pokoleń ludzi sfrustrowanych, upokorzonych, o niskim poczuciu wartości. Ich wyparta, skumulowana agresja i potrzeba kompensacji przez wywyższenie stworzyły psychologiczne podglebie szaleństwa drugiej wojny światowej. Dobrze więc pamiętać, że tylko dzieci traktowane z szacunkiem i miłością będą w swoim dorosłym życiu odruchowo zdolne do traktowania innych z szacunkiem i miłością. W ten sposób właśnie losy świata decydują się w dziecięcych łóżeczkach i pokojach.

Małe dziecko budzi czułość. Nawet obcy ludzie chcą je całować, często w usta. To dość bezrefleksyjne naruszanie jego granic, nie uważasz?
Racja. Bawienie się dzieckiem, tulenie na siłę zaburza jego poczucie bezpieczeństwa i autonomii. Nasze własne potrzeby emocjonalne związane z naszym bólem załatwiajmy między dorosłymi, a nie między nami a dziećmi. Ta zasada powinna zresztą obowiązywać przez cały okres wychowywania. Przytulanie dziecka przez mamę i tatę jest oczywiście bardzo ważne, ale powinniśmy być wyczuleni na sygnały, które wysyła niemowlę, odwracając głowę, prężąc się, odpychając lub płacząc. Jeśli tego nie zauważymy albo to zignorujemy i na przykład przyciągniemy dziecko do siebie, wbrew jego woli i chęci, to zainstalujemy w jego psychice skłonność do ulegania przemocy ze strony innych ludzi.

Może przekraczanie granic w tym obszarze bierze się z opacznie rozumianego praktykowania bliskości?
Bliskość tak, ale nigdy na siłę. W wyrażaniu miłości do dziecka też trzeba zachować umiar, wykazać się wrażliwością na wysyłane przez niego sygnały, na jego rytm kontaktu i wycofania. Uważność rodziców na granice dziecka decyduje o tym, czy będzie ono umiało w dorosłym życiu słuchać swojego organizmu i rozumieć, o co mu chodzi. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).