1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Na co powinna stawiać współczesna edukacja?

Na co powinna stawiać współczesna edukacja?

fot.123rf
fot.123rf
Świadectwo z czerwonym paskiem i pochwały wychowawców cieszą każdego rodzica, ale czy rzeczywiście oceny powinny być miernikiem rozwoju i umiejętności dzieci? Zmiany zachodzące m.in. na rynku pracy powodują, że coraz większe znaczenie, oprócz posiadanej wiedzy, mają: umiejętność współpracy w zespole, zdolność analitycznego myślenia, kreatywność czy samodzielne rozwiązywanie problemów. Czy edukacja we współczesnych szkołach zapewnia uczniom rozwój tych kompetencji?

Większość rodziców zdaje sobie sprawę z tego, że dobre stopnie ich dziecka w szkole czy doskonały wynik testu nie są wystarczające do odnalezienia się wobec wymagań, jakie stawia rynek pracy. Na co powinna zatem stawiać współczesna edukacja? Co warto wziąć pod uwagę odwiedzając szkołę, do której mamy zamiar zapisać nasze dziecko?

Po pierwsze: Samodzielność, kreatywność i umiejętność współpracy ważniejsze niż gotowe odpowiedzi na wszystkie pytania.

W wielu polskich szkołach od uczniów wymaga się opanowania określonego zasobu materiału z danej dziedziny. Najczęściej odbywa się to przez powtarzanie informacji przekazanych przez nauczyciela podczas lekcji lub uczenie się gotowych odpowiedzi z podręcznika. Skłanianie uczniów do szukania samodzielnych rozwiązań, zadawania pytań, analizowania różnych możliwych odpowiedzi, wypracowywania rozwiązań w grupie rówieśników pozwala na rozwijanie u młodych ludzi również tzw. kompetencji miękkich, których znaczenie stale rośnie.

Po drugie: Nauka nie tylko w szkolnej ławce.

Poznawanie świata, zrozumienie zagadnień odmienności kulturowej ale także rozwijanie umiejętności analitycznego myślenia czy wykorzystywania wiedzy w praktyce nie może odbywać się jedynie w szkolnej ławce. Uczniowie powinni możliwie często brać udział w wydarzeniach nie tylko kulturalnych, jak wycieczka do teatru, ale również w organizowanych coraz częściej debatach, projektach społecznych i naukowych czy wolontariatach. Pomaga to również w skutecznym nawiązywaniu relacji z rówieśnikami i osobami dorosłymi prezentującymi różne punkty widzenia, w wypracowywaniu kompromisowych rozwiązań, buduje odporność na stres oraz umiejętność odnalezienia się w różnych sytuacjach.

Zadania współczesnej szkoły nie mogą się ograniczać wyłącznie do przygotowywania uczniów do zdawania testów i egzaminów – mówi Magdalena Bedyńska, Dyrektor Dwujęzycznej Szkoły PWN. Rolą szkoły powinno być stworzenie warunków do wszechstronnego rozwoju dziecka. Oczywiście we współpracy z rodzicami. Powinniśmy zachęcać a nie zniechęcać młodych ludzi do zadawania pytań, prowadzenia własnych poszukiwań, rozwijania zainteresowań, czynnego udziału w dyskusjach, projektach, specjalistycznych warsztatach. Kluczowym pytaniem rodzica po przyjściu dziecka ze szkoły powinno być: Czego ciekawego dzisiaj się nauczyłeś / dowiedziałeś w szkole? zamiast: Jaką ocenę dostałeś z klasówki?

Po trzecie: Angielski na co dzień.

Nauka języków obcych w wielu szkołach odbywa w oparciu o metodę tłumaczeniową, która nie pomaga w rozwijaniu umiejętności komunikowania się w języku obcym. Po pewnych doświadczeniach ze stosowaniem tego sposobu nauczania okazało się, że jest ona mało skuteczna. Zbyt często zdarza się, że chociaż uczniowie mają duży zasób słów, znają reguły gramatyczne, nie potrafią komunikować się w języku obcym, co zniechęca ich do dalszej nauki. Język obcy traktują zatem jako jeden z przedmiotów, który należy zdać na odpowiednio dobrą ocenę i – jak nierzadko bywa – zapomnieć.

W osiąganiu dwujęzyczności bardzo ważne jest stworzenie sytuacji, w których posługiwanie się językiem obcym jest potrzebne, przynosi określone korzyści. W dobrych szkołach zachęca się uczniów do wykorzystywania każdych, choćby najmniejszych kompetencji językowych. Popełnianie błędów jest czymś naturalnym w trakcie nauki i uczniowie nie powinni się tego obawiać. Jeśli chcemy, żeby dziecko opanowało znajomość języka obcego na poziomie  porównywalnym z językiem ojczystym, powinno mieć możliwość częstego komunikowania się w tym języku.

Jakie korzyści wynikają z dwujęzyczności?

  • Rozwój zdolności abstrakcyjnego myślenia i koncentracji;
  • Rozwój zdolności matematycznych i komunikacyjnych;
  • Wpływ na wzmocnienie samooceny i budowanie pewności siebie;
  • Łatwiejsze przystosowanie do środowiska wielokulturowego i swobodne porozumiewanie się;
  • Otwartość na świat, chęć podróżowania, poznawania innych kultur, szerokie horyzonty;
  • Możliwość dalszej edukacji poza granicami kraju – matura międzynarodowa i studia na zagranicznej uczelni;
  • Dostęp do najnowszych źródeł wiedzy.
Po czwarte: Program dostosowany do wieku i możliwości dziecka

Dobrze przygotowany program nauczania powinien uwzględniać wiek, możliwości i predyspozycje dziecka ale także jego zainteresowania, cechy charakteru, temperament. Zadania, które uczeń dostaje do wykonania powinny być zróżnicowane, ciekawe, na odpowiednim poziomie trudności. Powinny zachęcać dziecko do wysiłku a zarazem pozwalać poczuć mu satysfakcję z prawidłowego ich wykonania.

Sprzyja temu, stosowana w niektórych szkołach, indywidualizacja nauczania. Możliwości dziecka zazwyczaj są określane na podstawie indywidualnej diagnozy, którą przeprowadzają specjaliści. Jest ona bazą do ustalania zindywidualizowanego programu nauczania.

Po piąte: Przestrzeń do wszechstronnego rozwoju/ miejsce na rozwijanie się

Częstym zjawiskiem obserwowanym w trakcie szkolnej edukacji jest słabnące zainteresowanie uczniów szkolnymi przedmiotami i traktowanie ich w oderwaniu od świata pozaszkolnego. Ważne, żeby dziecko wiedziało, że wiedza, którą zdobywa w szkole może mu pomóc również w rozwijaniu zainteresowań i pasji. Rolą szkoły powinno być stworzenie środowiska, które sprzyja zrównoważonemu rozwojowi młodego człowieka, w którym ważne są jego predyspozycje, hobby, poszukiwania. Szczególnie małe dzieci posiadają naturalną ciekawość świata, która każe ima zadawać pytania, eksperymentować, zachęca do poznawania i szukania rozwiązań. Ważne jest, aby pomagać dzieciom zachować i rozwinąć tę cechę również w starszym wieku.

Nie ma nic bardziej budującego dla nauczyciela, wychowawcy i rodzica, niż obserwowanie jak dziecko rośnie rozwija się, staje się mądre i samodzielne – podkreśla Magdalena Bedyńska - Po kilku latach od zakończenia szkolnej edukacji rodzice na ogół nie pamiętają już jakie oceny miała ich pociecha z poszczególnych przedmiotów, ale z uśmiechem wspominają pomysły dziecka, dumni z tego jak się rozwijało  i co osiągnęło.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Kreatywność w pracy - co to znaczy i jak być kreatywnym na swoim stanowisku?

Kreatywność jest nam dzisiaj potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. Zwłaszcza w sferze zawodowej. (Fot. Getty Images)
Kreatywność jest nam dzisiaj potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. Zwłaszcza w sferze zawodowej. (Fot. Getty Images)
Kreatywność jest nam dzisiaj potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. Zwłaszcza w sferze zawodowej. Na szczęście każdy może uwolnić w sobie wewnętrzne zasoby innowacyjnego myślenia. Czego potrzebujemy, żeby do nich dotrzeć – wyjaśnia psycholożka dr Lidia D. Czarkowska. 

Nieznana sytuacja, w której znaleźliśmy się w wyniku pandemii, wymaga dużej zmiany myślenia, zwłaszcza, że nie wiemy, co jeszcze nasz czeka w najbliższych miesiącach. Na czym będzie polegała ta nowa kreatywność?
Kreatywność ma swoje fundamenty, reguły i zasady, które są zawsze aktualne, natomiast wydaje mi się, że dziś powinniśmy przede wszystkim jeszcze mocniej rozwijać elastyczność, prężność (zwaną rezyliencją) i odporność psychiczną. Wszyscy znamy powiedzenie: „potrzeba jest matką wynalazków”, i wiele prawdy jest w tym, że sytuacja, w której musimy reagować w sposób przekraczający dotychczasowe zasoby czy strategie, motywuje do poszukiwania nowych rozwiązań – jednak pod warunkiem że zadbamy o swoje poczucie bezpieczeństwa. Kiedy doświadczamy lęku, niepokoju, trudno jest mieć szeroką perspektywę i myśleć innowacyjnie. Umysł skupi się raczej na zamartwianiu się i mnożeniu czarnych scenariuszy.

Jak się przed tym uchronić?
Dobrze sprawdzają się techniki antystresowe: oddechowe, medytacja uważności, praca z ciałem. Ważny dla naszego mózgu limbicznego jest ciepły, bezpieczny kontakt fizyczny, więc korzystajmy z możliwości przytulania się z domownikami. A na dłuższą metę po pierwsze, nie rezygnujmy z ruchu, nawet jeżeli miałoby to być parę ćwiczeń na macie na podłodze w salonie; po drugie, szukajmy w sobie czegoś, co pozwala na twórczą ekspresję, niekoniecznie związaną z pracą zawodową, jak malowanie czy muzyka; wreszcie po trzecie, dbajmy o kontakt z naturą, odcinając się od elektronicznych gadżetów. Dobry stan psychofizyczny jest kluczowy, dopiero potem przychodzi czas na stymulujące techniki mentalne, które pomagają rozszerzać perspektywę.

Kreatywność zawsze kojarzyła mi się z pracą zespołową, która dziś jest ograniczona. Czym więc zastąpić model burzy mózgów, do którego jesteśmy przyzwyczajeni?
Jest wiele narzędzi, które stymulują indywidualną kreatywność, także model indywidualnej burzy mózgów, który pozwala przejść przez cały proces zgodnie z regułami sztuki. Tak jak w klasycznym zespołowym modelu Osborna rozpoczyna się od fazy „zielonej” generatywnej, czyli tworzenia i zapisywania jak największej liczby pomysłów, nawet bezsensownych, z pilnowaniem, aby autokrytyk nam w tym nie przeszkadzał. Zatem jeśli mamy jakiś problem, wyzwanie albo zadanie do rozwiązania, to wypisujemy na kartce wszystko, co tylko przyjdzie nam do głowy, korzystamy ze skojarzeń bliskich i dalekich, modyfikujemy, rozwijamy i uzupełniamy już zapisane idee.

Robimy listę pomysłów?
Nie, nie robimy listy ani w żaden inny sposób nie porządkujemy myśli. Kładziemy przed sobą kartkę papieru, najlepiej poziomo, co wynika z kształtu pola naszego widzenia, i w środku zapisujemy główny temat – a jeszcze lepiej symbolicznie rysujemy to, nad czym chcemy pracować. Następnie dookoła tej centralnej myśli w przypadkowej kolejności notujemy wszystkie pomysły, idee, skojarzenia. Pierwsze trzy do pięciu będą z gatunku oczywistych, jednak trzeba je wyrzucić z siebie i zapisać, żeby uwolnić zdolność do tworzenia nowych pomysłów, tych bardziej kreatywnych, innowacyjnych. Po wygenerowaniu kolejnych czterech–siedmiu możemy mieć poczucie wyczerpania, że już więcej nic nie przyjdzie nam do głowy − jednak trzeba to przetrzymać i założyć, że wypiszemy co najmniej 25−30 pomysłów. I dobrze jest podnosić sobie poprzeczkę, więc kiedy osiągniemy ten cel – dołożyć jeszcze kilka nowych. Następnie z tej puli, na przykład około 30 propozycji, niektóre rozwijamy, modyfikujemy, dodajemy.

Taka sesja kreatywnego myślenia powinna potrwać 20–30 minut, jednak nowe pomysły mogą nam przyjść do głowy po tzw. fazie inkubacji, czyli kilka godzin później, podczas snu, odpoczynku czy nazajutrz. Dlatego w klasycznym modelu burzy mózgów jest czas na ich późniejsze zgłaszanie (skrzynka na idee), natomiast w przypadku procesu indywidualnego dobrą praktyką jest druga sesja kreatywna, także około dwudziestominutowa, kiedy na przykład po dwóch dniach wracamy do kartki i notujemy nowe rozwiązania. I dopiero wtedy jest czas na tzw. fazę „czerwoną” z modelu Osborna, czyli analizę krytyczną i eliminowanie pomysłów nieużytecznych, nieadekwatnych, nierealnych.

Jakie inne narzędzia możemy wykorzystać w pracy indywidualnej? 
Bardzo ciekawą techniką jest tzw. stół mistrzów. Polega ona na wyobrażonym zaproszeniu do stołu po kolei dowolnej liczby znanych nam osobiście lub nie osób, a nawet postaci fikcyjnych z książek czy filmów, i poproszeniu każdej z nich o trzy złote rady dotyczące problemu, który mamy rozwiązać. Wśród wirtualnych gości może być nasz autorytet z dzieciństwa, ulubiony nauczyciel, osoba, która jest ekspertem w danej branży, rezolutny pięciolatek czy mistrz kung-fu albo Yoda z „Gwiezdnych wojen”. Ta technika należy do często używanych i budzących kreatywność narzędzi coachingowych.

Coraz więcej osób pracuje zdalnie, jedni są bardziej zdyscyplinowani, inni zarywają noce, bo rano trudno im się zebrać... Czy godziny pracy mają znaczenie dla kreatywności?
Zdaję sobie sprawę z różnic indywidualnych, osobistych preferencji oraz wymogów otoczenia, bo nie zawsze jesteśmy panami swojego czasu – dowiedziono jednak, że jeśli zaśniemy o 22 i wstaniemy o 5.30, to przez kilka porannych godzin będziemy bardziej kreatywni. Proces koncentracji koncepcyjnej przebiega w cyklach czasowych, okres efektywnej pracy wynosi 90 minut i jest to tzw. tryb ultradialny. I jak wskazują badania długoterminowe z udziałem osób, które pracują w zawodach twórczych – od programistów po artystów – optymalnie jest zrobić trzy cykle półtoragodzinne przed południem, potem półtora-, dwugodzinną przerwę ze spacerem lub aktywnością, która kompletnie odrywa nas od wcześniejszego działania, i jeśli jest taka potrzeba, to maksymalnie jeszcze dwa cykle po południu. Jednak popołudniowa intensywna praca nie powinna być standardem, bo efektywnie możemy pracować przez pięć, sześć godzin i lepiej nie przeciążać systemu. Po południu dobrze jest wykonywać rzeczy rutynowe, na przykład odpowiadać na maile.

Jak przebiega ten 90-minutowy cykl?
Tryb ultradialny składa się z około kwadransa rozruchu, godziny bardzo dobrej aktywności i kwadransa kończącego, który warto wykorzystać na przejrzenie tego, co zrobiliśmy, czy drobną korektę. Pierwsze siedem do 15 minut może się nam wydać jałowe, jednak w tym czasie mózg wyznacza ogólną wizję działania. Niektórzy przygotowują plan w punktach, inni po prostu myślą o tym, co będą robić, ale nic konkretnego na monitorze czy na papierze nie powstaje. Potem zaczynamy pracować i wpadamy w stan głębokiej koncentracji, do tego stopnia, że tracimy subiektywnie poczucie upływu czasu. To tzw. flow, który przeważnie trwa między 60 a 70 minut. Kiedy kątem oka sprawdzamy, która godzina i uświadamiamy sobie, ile czasu minęło, to jest to pierwszy znak spadającej koncentracji. Jednak utrzyma się ona na wysokim poziomie jeszcze przez 10–15 minut, więc mamy dość czasu, by skończyć myśl, dopisać akapit, coś poprawić.

Po upływie 90 minut koncentracja zdecydowanie maleje, ponieważ mózg zużył tlen i węglowodany. Potrzebujemy przerwy. Z badań fizjologicznych wynika, że optymalnie powinna ona trwać około 20 minut. W tym czasie trzeba poruszać się, pooddychać głębiej, żeby uaktywnić krwiobieg, dostarczyć do mózgu substancje odżywcze oraz dotlenić się. To jest również czas, żeby coś zjeść, jednak nie co półtorej godziny, bo to zdecydowanie za często. Dobrze też zrobić gimnastykę oczu, czyli choćby popatrzeć w przestrzeń za okno. Po takiej przerwie możemy aktywnie i płodnie pracować przez  kolejne 90 minut.

Podobno rutyna zabija kreatywność, jednak wielu twórców przyznaje się do starych rytuałów. Na czym to polega?
To bardzo indywidualna sprawa, bo rzeczywiście niektórzy mogą się skoncentrować na pracy tylko wtedy, kiedy mają na sobie marynarkę albo spięte włosy z tyłu lub podciągnięte rękawy koszuli. Są też tacy, którzy nawet siedząc samemu przed komputerem, zmieniają ubranie do pracy, a potem przebierają się w domowy strój, żeby symbolicznie rozdzielić te dwie sfery. Inni wypracowują sobie z kolei mały gest na początek i na koniec cyklu pracy, może to być podniesienie rąk do góry czy po porostu klepnięcie dłonią w biurko. To działa na zasadzie skojarzeń, jako rodzaj bodźca kinestetycznego. Jeśli w sposób naturalny tworzymy pewne rytuały, żeby się czuć komfortowo i bezpiecznie, to może nam to pomóc. Jednak nie jest to konieczne i jeżeli umiemy skoncentrować się, zaangażować, być uważnym, zmotywowanym bez takich zewnętrznych atrybutów, to nie ma co tworzyć „niepotrzebnych bytów”. Zawsze warto mieć na biurku pod ręką wodę mineralną w bezpiecznym kubku „niekapku” – często pracując w twórczym zapale, zapominamy o odpowiednim nawadnianiu organizmu.

Takie "niepotrzebne byty" to dla niektórych także nieporządek na biurku. Inni bronią się argumentem, że twórczy bałagan im pomaga. Po której stronie tego starego sporu stoi nauka?
Z perspektywy klasycznego podziału temperamentów na przykład sangwinicy naturalnie otaczają się wielością rzeczy, choć według innych może to sprawiać wrażenie chaosu. Oni nazywają to właśnie twórczym bałaganem. Sangwinicy w takich warunkach nie czują się zagubieni i zasadniczo nie tyle wiedzą, co czują, gdzie co jest. Przynajmniej dopóki nie wpadną w panikę, gdy muszą szybko odnaleźć jakiś ważny dokument. Natomiast szczególnie melancholicy przez porządkowanie otoczenia porządkują też swój stan psychiczny. To ich uspokaja i przywraca poczucie sprawstwa, komfortu. Potrzebują nawet jakiegoś systemu: porządkują kolorami, fakturą, wielkością...

Zatem z jednej strony jest to kwestia indywidualna, z drugiej jednak dowiedziono, że nadmiar przedmiotów na biurku może dawać efekt przytłoczenia i rozpraszać uwagę niezależnie od temperamentu. Jestem więc zwolenniczką tezy, żeby w przestrzeni bezpośredniej pracy mieć wyłącznie przedmioty związane z tym, czym się zajmujemy w danej chwili, żeby mózg nie uciekał do innych spraw.

No właśnie, ostatnio jesteśmy mocno bodźcowani, także dlatego, że wiele spotkań odbywa się w trybie online. Jak to wpływa na twórcze możliwości umysłu?
Uważam, że jeżeli ktoś jest dobrze połączony ze sobą na poziomie somatycznym i nie ignoruje sygnałów płynących z ciała, to będzie umiał ochronić się przed takim przeciążeniem. Po kilku spotkaniach online może na przykład wprost organicznie poczuć niechęć do oglądania wieczorem webinaru, nawet potencjalnie rozwojowego. Poczuje, że ciało prowadzi go do ogródka czy na spacer, żeby złapać równowagę. Jeśli natomiast nie nauczyliśmy się szanować komunikatów organizmu, to możemy faktycznie nie dostrzec przesytu, aż w końcu ciało zacznie reagować na przewlekły stres bólami, napięciem mięśni, problemami skórnymi, zaburzeniami snu czy łaknienia. W tym miejscu wracamy do podstaw, od których zaczęłyśmy, czyli że bez zadbania o wewnętrzną równowagę trudno rozbudzić w sobie pokłady kreatywności.

Lidia D. Czarkowska (fot. archiwum prywatne) Lidia D. Czarkowska (fot. archiwum prywatne)

Dr Lidia D. Czarkowska, psycholożka, trenerka, mentorka i coach. Od ponad 20 lat wspiera rozwój ludzkiego potencjału. Założycielka i dyrektorka w latach 2010-2018 Centrum Coachingu i Mentoringu Akademii Leona Koźmieńskiego, obecnie kierownik studiów podyplomowych "Coaching Profesjonalny" w ALK.

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Zwierciadło

Karolina Gruszka - odrobina normalności

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Film „Złotokap”, w którym możemy ją oglądać, jest dla niej wyjątkowy z wielu powodów. Także dlatego, że to jeden z pierwszych projektów, w których wzięła udział po przerwie. Karolina Gruszka potrzebowała jej, żeby wrócić do najważniejszych w życiu pytań.

Jak tam pani islandzki? Jest pani w stanie porozumieć się w tym języku?
Mamy tę wspaniałą umiejętność, żeby rzeczy akurat nam niepotrzebne wyrzucać natychmiast z pamięci, i w tej chwili trudno byłoby mi cokolwiek sobie z islandzkiego przypomnieć. Natomiast rzeczywiście był taki moment, kiedy zaczęłam mieć przyjemność z używania go w ramach roli. Na planie słuchałam, jak rozmawiają inni, zaczynałam rozumieć z kontekstu pojedyncze zdania. Już wcześniej miałam podobne doświadczenia. Tak mi się w życiu zawodowym zdarzyło, że dosyć dużo grałam w innych językach, i to bardzo różnych, łącznie z uzbeckim, kazachskim. I kiedy się już przekroczy pewną granicę i człowiek przestaje się zastanawiać, jak co wymówić, dostrzega się, że język wchodzi w ciało, że ma swoją energię, każdy zupełnie inną.

Swoją drogą, kiedy decydowałam się na tę rolę, nie wyobrażałam sobie, ile to będzie pracy. Wiele zawdzięczam Jackowi Godkowi. Jacek jest tłumaczem literatury islandzkiej na polski, a jednocześnie – z wykształcenia – aktorem. Uczył mnie zasad fonetyki, tłumaczył, jak się czyta specjalne znaki z alfabetu islandzkiego, jak i gdzie kładzie się akcenty. Czytał na głos wszystkie moje kwestie z filmu, a później słuchał, jak czytam je ja. Dalej pracowałam sama, ale bez tych spotkań nie dałabym rady.

Była pani kiedykolwiek wcześniej w Islandii?
Nie. I miałam o niej trochę inne wyobrażenie.

Jakie?
Kojarzyła mi się magicznie, bajkowo, a okazała się dużo bardziej surowa i bardzo w tej swojej surowości piękna. Kręciliśmy zeszłego lata, trafiłam na białe noce. Organizm czuje się z początku niepewnie, ale jeśli o mnie chodzi, sprawdziłam to już wcześniej w Petersburgu, mogę w takim trybie bez problemu funkcjonować. Trafiłam też na piękną pogodę, sami Islandczycy byli zaskoczeni. Ta piękna pogoda oznaczała 19 stopni Celsjusza i trochę słońca na przemian z deszczem [śmiech].

Po zakończeniu zdjęć dojechała do mnie rodzina, mąż z córką, wynajęliśmy samochód, bo po Islandii trudno poruszać się inaczej, i ruszyliśmy przed siebie. Wybrzeże to jednak bardzo turystyczne rejony, we wszystkich tych miejscach, które kojarzymy z pocztówek i filmów dokumentalnych, jak choćby w Blue lagoon [uzdrowisko na półwyspie Reykjanes – przyp. red.] o każdej porze dnia i nocy jest taki tłok, że traci się z bycia tam całą przyjemność. W pewnym momencie odpuściliśmy i pojechaliśmy bardziej w głąb lądu. Odkrywały się przed nami przepiękne krajobrazy – te wszystkie parujące gorące źródła, dzikie konie, które galopują gdzieś na horyzoncie, zastygła lawa, do której moja ośmioletnia córka podchodziła najpierw niepewnie (z początku w ogóle była zaskoczona tym, że jest tak pusto i zimno), a potem ją pokochała i po której chodziła w tę i z powrotem. Krajobraz na wyspie jest monotonny, nie ma tylu bodźców, i to jest właśnie piękne, działa medytacyjnie.

Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest pani pierwszą znaną polską aktorką, która zagrała w islandzkim filmie.
Ragnar [Bragason – przyp. red.] nakręcił „Złotokap” na podstawie swojej sztuki, przez lata wystawianej, zresztą z wielkim sukcesem, w Rejkiawiku. Polaków na Islandii mieszka bardzo dużo, to najliczniejsza grupa cudzoziemców, chyba 10 proc.populacji całego kraju, w związku z czym w sposób naturalny pojawiamy się też w tekstach literackich. Moja bohaterka Daniela też jest z Polski i Ragnar szukał do tej roli Polki.

Zwrócił się do swoich polskich znajomych, kto to mógłby być, podrzucili mu parę propozycji, filmy, zdjęcia, i upatrzył sobie mnie. Właściwie nie miałam żadnego castingu, przeczytałam scenariusz, tekst był świetny, a potem Ragnar przyjechał do Warszawy, żebyśmy mogli się poznać i porozmawiać. Przegadaliśmy pięć godzin w kawiarni na Nowym Świecie.

Doświadczenie pracy z nim było bardzo ciekawe, przekonałam się, jaką ma miłość do aktorów. Ale też parę rzeczy mnie zaskoczyło. Kinematografia islandzka jest stosunkowo młoda, właściwie pokolenie Ragnara to pierwsze pokolenie islandzkich filmowców, którzy regularnie kręcą filmy w swoim kraju. I to widać. Widać, że jest w nim coś z pioniera. Jak powstawało ujęcie, Ragnar wołał wszystkich – pierwszy raz mnie coś takiego spotkało – do monitora i mówił: „No, zobaczcie! Zobaczcie, jak fajnie wyszło!”. To nie było tak, że byli zupełnie bezkrytyczni, jeśli było trzeba, oczywiście, powtarzali scenę. Najpierw myślałam: „Boże, co tu się w ogóle dzieje!?”. A potem doszłam do wniosku, że to w sumie super. Ta radość, że jest się na planie.

Uważa pani, że „Złotokap” to komedia?
Raczej tragikomedia, nie chciałabym zdradzać, w jakim stopniu „tragi-”. Rozmawiałam o tym z reżyserem i, jak rozumiem, Daniela pełni w całej tej historii funkcję w pewnym sensie terapeutyczną. W scenariuszu potrzebny był jakiś kontrapunkt, odrobina normalności w kontraście z ostrymi, wyrazistymi rolami innych.

Film rozprawia się z uprzedzeniami Islandczyków. To jednak mały naród, wyspiarski, problem nieufności wobec obcokrajowców, szczególnie w środowiskach mniej uprzywilejowanych, jest dostrzegalny. Przy okazji reżyser zwraca też uwagę na coś, co jest podobno w Islandii dość powszechne. Ponieważ świadczenia społeczne są tam wysokie – jeśli jesteś chory, dostajesz od państwa dużo pieniędzy – nagminne jest symulowanie i wyłudzanie zasiłków. Główna bohaterka filmu symuluje swoją chorobę i wmawia liczne choroby swojemu synowi Unnarowi. Matkę i syna łączy bardzo toksyczna relacja. On próbuje się z niej wyrwać, a Daniela, którą gram i w której Unnar się zakochuje, jest szansą na życiową zmianę. Ten wątek toksycznego układu matka – syn, nawet jeśli jest w filmie celowo przerysowany, wydaje mi się dość uniwersalny. Chyba każdy z nas próbował uciec od niektórych przekazywanych z pokolenia na pokolenie wzorców. A potem ani się obejrzysz i wpadasz w to samo. Trudno jest uciec od schematów, w których dorastamy.

Zagrała pani emigrantkę, Daniela mieszka w Rejkiawiku od lat. Pani też ma za sobą podobne doświadczenie. Swój kilkuletni pobyt w Rosji nazywała pani emigracją?
Nie nazywałam sobie tego emigracją, bo też nigdy nie podejmowałam takiej decyzji, jaką – wyobrażam sobie – musiała podjąć Daniela. Mój wyjazd był związany z moim życiem uczuciowym, ale także zawodowym, nie miałam planu, żeby tam zostać na stałe, ale też nie zakładałam, że nie zostanę. To się zdarzyło spontanicznie i organicznie. W Rosji nie czułam się u siebie, ale bycie kimś „nie stąd” było przyjemne i szalenie ciekawe. Trafiło na taki moment, kiedy jeszcze wydawało mi się – do tej pory tak myślę, ale wtedy było jednak inaczej, bo jeszcze nie miałam córki – że wszystko może się wydarzyć i że ja mogę żyć wszędzie, tymczasem spróbuję żyć tam.

Pierwsze role po rosyjsku zapamiętywała pani jak tę po islandzku?
Wcześniej coś tam już w Rosji grałam, ale albo byłam dubbingowana, albo grałam Polkę, która kaleczyła język. Tak naprawdę pierwszą dużą rolę po rosyjsku zaproponował mi mój mąż w „Tlenie”. Skok na głęboką wodę, bo miałam do zagrania wielki monolog, tekst „podawany” bardzo szybko i bardzo rytmicznie. Świetny sposób na uczenie się języka, zrobiłam ogromny postęp. O ile wcześniej, kiedy Iwan tłumaczył mi, co to za rola, rozumiałam z tego, co do mnie mówił, z jedną trzecią, i to jak dobrze się skupiłam i dopowiedziałam sobie resztę z jego gestów i mowy ciała, o tyle po okresie przygotowań do „Tlenu” byłam w stanie zrozumieć więcej niż połowę.

A teraz?
A teraz zdarza mi się nieświadomie przechodzić z polskiego na rosyjski, łapię się na tym, że myślę po rosyjsku. To mój drugi język, mimo że poznałam go dopiero w wieku 27 lat. Mam delikatny akcent, ale jak się skupię, mogę go nie mieć. Chociaż zwykle nie ma to znaczenia. Inaczej niż u nas, gdzie zaśpiew ze Wschodu brzmi dla Polaków czasem śmiesznie, dziecinnie. Rosjanie zwykle lubią, jak ktoś mówi z polskim akcentem, uważają, że ma to wdzięk.

Z reżyserem Iwanem Wyrypajewem tworzycie rodzinę. Wasza córka mieszkała z wami najpierw w Rosji, teraz tutaj. Maja zadaje już pytania o to, skąd i kim jest?
Właśnie niedawno zaczęła przejawiać zainteresowanie tym tematem. Pyta nas na przykład, na ile jest Rosjanką, a na ile Polką.

Co odpowiadacie?
Że tu nie ma odpowiedzi. Widzę, że ona ma te dwie mentalności, dwie kultury we krwi, krwiobiegu, w swojej wrażliwości, i nie widzę sensu dopatrywania się, którą bardziej. Siłą rzeczy teraz silniej czuje się związana z Polską, bo tu mieszkamy, tu ma swoich przyjaciół, chodzi do szkoły. Zresztą do szkoły brytyjskiej, więc to też daje dodatkową perspektywę. Miałam duży problem, co zrobić po przedszkolu, nie jestem fanką naszego systemu edukacji. Z początku trochę się bałam, że to wprowadzi jeszcze chaos, ale system brytyjski zakłada naprawdę fajne podejście do dziecka, teraz w czasie pandemii miałam okazję przyjrzeć się temu jeszcze bliżej i jestem pod wrażeniem.

Uważa pani, że pokolenie naszych dzieci jest bardzo różne od naszego? Że oni już zawsze będą obywatelami świata w odróżnieniu od nas, dzieci z kompleksem PRL-u?
Zgadzam się, że to nowe pokolenie jest zupełnie inne. Moja córka ma tylko osiem lat, a mam wrażenie, że i ona, i jej rówieśnicy są pod pewnymi względami o wiele bardziej świadomi niż my. Że to nie tylko obywatele Polski, Europy czy nawet świata, ale jeszcze szerzej, mieszkańcy planety. To mnie napawa optymizmem, czuję, że oni będą inni niż my, może mniej lekkomyślni.

A wracając do pani pytania – nie jestem pewna, czy kompleks dziecka PRL-u kiedykolwiek mnie dotyczył. Chyba już jednak nie. Wydaje mi się, że jestem z pokolenia, przed którym nagle otworzyło się mnóstwo możliwości, ale że jednocześnie wokół nas panował straszny chaos, brakowało nam punktu oparcia. Wszystko przesiąknięte było postmodernistycznym przekonaniem, że każdy ma swoją prawdę, co skutecznie blokowało poszukiwania duchowe i sprzyjało tendencjom narcystycznym.

To pokolenie bez autorytetów, bo autorytety, nawet jeśli były, bardzo często były podważane i deprecjonowane. Podstawowe pytanie: Kim właściwie jesteśmy w tym świecie? A o tym się raczej nie rozmawiało, jakby nie było takiej potrzeby, jakby się nie wiedziało, co to w ogóle znaczy i do czego jest nam potrzebne. Być może dlatego teraz jesteśmy tak bardzo uwięzieni w sporach polityczno-społecznych, tak bardzo brakuje nam szerszej perspektywy, bo nie nauczyliśmy się patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat swojego ego.

Sfera duchowa zawsze była dla pani tak samo istotna?
Pamiętam całe lata swojego życia, kiedy czułam, że mam potrzebę czegoś, ale nie wiem czego. Nie tyle nie znajdowałam odpowiedzi, co nie potrafiłam nawet dobrze zadać pytań. Moment, kiedy zaczęłam w ogóle przeczuwać, w którą stronę chcę iść, to właśnie wyjazd do Rosji. Po pierwsze dlatego, że tam takie kwestie są bardziej żywe, na porządku dziennym. To coś, o czym się po prostu rozmawia. W Rosji trafiłam też na odpowiednie książki, zaczęłam medytować, uprawiać jogę trochę w innym wymiarze, niż uprawiałam w Polsce. Wcześniej joga miała dla mnie raczej charakter, nie chcę powiedzieć fitnessowy, ale na pewno bardziej siłowy, fizyczny. I nagle się okazało, że chodzi o coś dużo więcej. To było 13 lat temu, a ja nadal mam potrzebę, żeby wracać do pytania, dokąd idę. Zdarzają się w moim życiu takie złote okresy, że wydaje mi się to oczywiste. Ale są i takie, że się gubię i codziennie, mozolnie muszę to sobie przypominać.

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)

To jest dla pani przełomowy rok?
Ze względu na to, że kończę 40 lat?

Na przykład.
Oczywiście, nie wiem, jak zareaguję na swoją czterdziestkę z takiego czysto kobiecego punktu widzenia, koleżanki snują na ten temat różne teorie [śmiech]. Będę się temu przyglądała. Na razie nie mam poczucia, że to jakiś przełomowy moment.

Z wiekiem staje się pani bardziej sentymentalna?
Myślę, że przeciwnie, coraz mniej, i to mi się w sumie podoba. Jakiś czas temu zrobiłam porządki według japońskiej metody Marie Kondo, która radzi, żeby wyrzucić to wszystko, co się trzyma tylko dlatego, że ma wartość sentymentalną. Ja miałam całą skrzynię pamiątek. Starą, wielką, miałam w niej wszystko poukładane: jakiś liścik od przyjaciółki z czwartej klasy podstawówki, plastikowy pierścionek, który dał mi pierwszy chłopak, karteczki, zapiski, zdjęcia. I kiedy się tego wszystkiego pozbyłam, rzeczywiście poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Nie chodziło mi o to, żeby odciąć się od przeszłości. To raczej proces uwolnienia, oczyszczania swojej przestrzeni, w wyniku czego powstaje więcej miejsca na to, co jest teraz.

Radykalny krok. Ale może celem jest tu pozbycie się przedmiotów, ale wszystko, co wiąże się z naszą przeszłością, zostawiamy sobie w pamięci i głowie?
Oczywiście, wspomnienia pozostają, one są ciekawe, ważne, bywają piękne, bywają przejmująco smutne, ale rzadko mnie rozczulają. Nie tęsknię za przeszłością.

O, dzisiaj na przykład wydarzyło się coś takiego – odwiedziłam szkołę teatralną właściwie pierwszy raz po 17 latach, odkąd ją skończyłam. Był kręcony program na temat całego naszego rocznika, do udziału w którym też zostałam zaproszona. Przechadzaliśmy się po korytarzach, patrzyłam na fragment naszego dyplomu. I bardzo trudno było mi przywołać siebie z tamtego czasu. To znaczy pamiętam mniej więcej, co wtedy myślałam, ale nie bardzo już poznaję tamtą siebie. Jeden z moich kolegów z roku, znany aktor, powiedział, że czuje się tak, jakby te nasze studia były dopiero co, jakbyśmy dopiero je skończyli. Ja mam poczucie, że to było w innym życiu.

O lockdownie sporo osób mówi, że miały szansę zmienić dzięki niemu perspektywę, że ta przerwa była im potrzebna.
Miałam przerwę już wcześniej. Dwa lata temu poczułam, że w jakimś stopniu się wypaliłam, bardzo intensywnie grałam wtedy w teatrze i mój organizm dotkliwe to odczuł. Zbuntował się. Musiałam się zastanowić, czy w ogóle chcę być jeszcze na scenie, czy jeszcze potrafię z tego czerpać przyjemność. Potrzebowałam tej przerwy, wróciłam po roku z poczuciem, że to jednak jest mój zawód, to, co kocham, i wiem, dlaczego to kocham. Pierwsze spektakle po przerwie grałam właściwie w ekstazie. A potem zrobiłam film islandzki, dwa filmy w Polsce, które jeszcze będą miały swoją premierę, zaczęłam serial z Waldkiem Krzystkiem, po drodze był „Kod genetyczny”.

Pandemia zastała nas w Moskwie. Robiliśmy nowy spektakl, w którym gramy razem z Iwanem, jego nowa sztuka „Entertainment”. Najpierw nagraliśmy z tego teatr telewizji, a potem mieliśmy zostać, żeby jeszcze zagrać spektakle. Nie zdążyliśmy. Okazało się, że zamykają polskie granice. Bilety już wyprzedane, pełna widownia, z drugiej strony – wiedzieliśmy, że jeśli od razu nie wrócimy do Polski, to być może utkwimy w Moskwie na bardzo długo. Bardzo wyraźnie poczułam wtedy, że powinniśmy wrócić, chociaż granice rosyjskie były jeszcze wtedy otwarte, oni się tam pukali w głowę, że tak nam się spieszy. Wylądowaliśmy o 20 w Warszawie, kilka godzin później i musielibyśmy już przechodzić kwarantannę. Zdaję sobie sprawę, jak trudny dla wielu ludzi jest ten czas. Smutny i pełen lęku. Ale ja odczuwam za te dwa miesiące izolacji wdzięczność. Jesteśmy jako rodzina blisko, zawsze spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale tym razem byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę i to było dla nas bardzo cenne.

Krystyna Janda wspominała ostatnio w „Zwierciadle”, że raz po raz śniła jej się scena i kurtyna. Pani też?
Miałam sny aktorskie, myślę, że w tym zawodzie to jest nieuniknione. Ale nie odczuwałam głodu grania. Natomiast bardzo się ucieszyłam, kiedy przyszła propozycja, żeby zagrać w serialu. Zresztą właśnie mi.in. z panią Krystyną Jandą [chodzi o „Królestwo kobiet”, komediową produkcję TVN – przyp. red.]. Propozycja przyszła nieoczekiwanie, nie miałam tego wcześniej w planach. Nagle okazało się, że zaczynamy zdjęcia. Przyszłam na pierwszą próbę, była nas ósemka, a wydawało mi się, że to tłum, zresztą wszyscy mieliśmy podobne odczucie. Z początku było trochę dziwnie, a teraz bardzo się cieszę, uważam, że to pożyteczne. Równowaga jest jednak istotna. Nie było dla mnie odkryciem, że jestem domatorką, a jednak wydaje mi się, że są ludzie, którzy siedząc długo w domu, naprawdę mogą zdziczeć. Nie wiem, czy przypadkiem się do nich nie zaliczam.

Karolina Gruszka, rocznik 1980. Z mężem, Iwanem Wyrypajewem realizuje jego autorski teatr, wystąpiła też w jego filmach: „Tlen”, „Taniec Delhi”, „Zbawienie”. Inne jej kinowe role to te w „Inland Empire”, „Szczęściu świata” czy „Maria Skłodowska-Curie”. Najnowszy „Złotokap” w kinach od 28 sierpnia.

  1. Zwierciadło

UA Infinity Bra - biustonosz, który dba o zdrowe piersi

fot. materiały prasowe Under Armour
fot. materiały prasowe Under Armour
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Źle dobrany biustonosz to problem, z którym boryka się większość kobiet. Noszenie nieodpowiedniego stanika może mieć poważne konsekwencje zdrowotne - bóle pleców, uciski na przeponę, a nawet problemy z oddychaniem czy trawieniem. Under Armour zmienia zasady gry świata biustonoszy sportowych – dzięki innowacjom, które rozwiązują powyższe dwa problemy i wspierają ciało kobiety w naturalnym ruchu.

Aby stworzyć najnowszy model biustonosza Infinity Bra, marka Under Armour testowała prototypy wspólnie z ekspertką w dziedzinie zdrowia piersi dr Joanną Scurr oraz brytyjskim Uniwersytetem Portsmouth. Współpraca miała za zadanie stworzyć perfekcyjnie dopasowany stanik treningowy, który harmonizuje z kobiecym ciałem w zupełnie nowy sposób.

Tradycyjne staniki sportowe powstają poprzez wycięcie miseczek z płaskiej pianki, a następnie ich formowanie i oklejenie warstwami materiałów. Zespół projektantów Under Armour zastosował natomiast technologię wtryskowego formowania płynnej pianki, która zapewnia bardziej naturalny kształt, dopasowanie do ruchu piersi i o wiele niższą wagę.

Elastyczne miseczki zaprojektowano tak, aby niwelować wstrząsy o każdej sile oraz naturalnie otulać ciało kobiety w wahadłowym ruchu w górę, dół i na boki. Płynna pianka ukształtowana jest w formie symbolu nieskończoności – poziomej ósemki, którą ruch piersi wyznacza podczas skakania i biegu. Przełomowa konstrukcja zapewnia odpowiednie wsparcie biustu bez kompromisów na oddychalności i wygodzie.

„Większość osób tego nie zauważa, ale piersi podczas ćwiczeń i biegania poruszają się nie tylko w górę i dół. Kołyszą się także na boki, do środka i na zewnątrz. Projektanci Under Armour przy tworzeniu biustonosza Infinity Bra wzięli pod uwagę ten naturalny rytm, aby stworzyć produkt, który współgra z kobiecym ciałem” - mówi dr Joanna Scurr.

Biustonosz Infinity Bra wykorzystuje jedne z najbardziej zaawansowanych innowacji materiałowych Under Armour. Pozwoliły one na stworzenie najlżejszego i najszybciej schnącego stanika sportowego w kolekcji marki. Najnowocześniejsze technologie zostały wzbogacone o regulowane elastyczne ramiączka, które zapewniają niezrównane wsparcie biustu przy łatwym zakładaniu i zdejmowaniu biustonosza.

Biustonosz UA Infinity Sports Bra jest dostępny w cenach od 169,99 do 259,99 zł i w rozmiarach od XS do 3D.