1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Dylematy taty - pożegnanie weekendowego ojca

Dylematy taty - pożegnanie weekendowego ojca

123rf.com
123rf.com

Według badań Pew Research Center współcześni mężczyźni spędzają ze swoimi dziećmi o wiele więcej czasu niż ich ojcowie przebywali z nimi. Natomiast ciężko radzą sobie z łączeniem obowiązków domowych z zawodowymi, narzekają na zmęczenie i szybko tracą cierpliwość. Najczęstsze problemy ojców omawia terapeuta Tomasz Harasimowicz

Jaki powinien być ojciec?

Przyzwoity.

To znaczy?

Odpowiedzialny, świadomy, cierpliwy, troskliwy. Zarówno wobec dzieci, jak i matki.

Każdy może inaczej interpretować odpowiedzialność. Wielu mężczyzn czytających nasz wywiad, spytałoby pewnie: odpowiedzialny, czyli jaki?

Ojciec od początku powinien być obecny przy dziecku. Obecny codziennie, a nie od święta. Powinien obserwować jego zachowanie i w miękki sposób, czyli na zasadzie współpracy, kontrolować proces edukacji. Jeśli dziecko zniszczy zabawkę, ojciec nie ma krzyczeć czy karać, ale pokazać konsekwencje takiego zachowania – kiedy coś niszczysz, to sam ponosisz stratę, nie będziesz już się mógł bawić tym samochodzikiem czy misiem. Jeśli dziecko skrzywdzi inne dziecko, trzeba mu wyjaśnić, dlaczego zrobiło źle i co z tego wynika. Odpowiedzialny ojciec to taki, który nie bagatelizuje problemów dziecka. Jest tak blisko, by dziecko czuło jego zainteresowanie sprawami, które nam, dorosłym, mogą wydawać się banalne, a dla dziecka są w danym momencie najważniejsze. Wspólne podróże, aktywności, posiłki – niezależnie od wieku – budują zaufanie i kreują wartości, z którymi dziecko pozostanie i które przekaże dalej. Odpowiedzialny ojciec z szacunkiem traktuje także matkę swojego dziecka. Dziecko obserwuje, jak rodzice zachowują się wobec siebie. Wiadomo, że między ludźmi dochodzi do konfliktów, ale dziecko nie powinno być świadkiem krzyków i awantur. Reaguje wtedy w dwójnasób, boi się. Najpierw będzie płakać, potem z lęku zacznie zamykać się w sobie i uciekać z domu. Ojciec, ale też w ogóle rodzice muszą pamiętać, że w domu jest jeszcze ktoś trzeci, kto powinien być traktowany jak pierwszy, bo jest słabszy. Powinni stworzyć mu bezpieczny dom.

To idealny model ojca. Wiemy, że nie ma idealnych ludzi. Każdy czasami traci panowanie nad sobą, ale ważne jest, co robi potem. Należy nauczyć się przepraszać, znajdować rozwiązanie bez przemocy psychicznej, szybciej myśleć niż działać, budować tolerancję i ciągle mieć z tyłu głowy, że dziecko jest odrębnym bytem, nie zawsze na miarę naszych wyobrażeń i oczekiwań.

Rozróżniamy pojęcia „ojciec biologiczny” i „ojciec społeczny”. Co kryje się pod tymi dwiema rolami?

Rola ojca biologicznego, genetycznego spełnia się podczas zapłodnienia. Naturalnie powinna przekształcić się w rolę społeczną. Gdy mężczyzna nie pozostaje w związku z matką dziecka, nie zwalnia go to z dbałości i odpowiedzialności za dziecko, za jego rozwój, bezpieczeństwo, zabezpieczenie potrzeb tak materialnych, jak emocjonalnych. Poziom zadłużenia alimentacyjnego w naszym kraju obrazuje, jak nieodpowiedzialni bywają mężczyźni. Ale należy zaznaczyć, że nie zawsze to z wyboru mężczyzny jego rola kończy się na byciu ojcem biologicznym.

Są kobiety, którym zależy na ciąży, ale nie na związku. Jeśli kobieta dobiera sobie partnera według określonych przez siebie parametrów, który jest dawcą genetycznym, a potem nie ma ochoty utrzymywać dalszych z nim relacji, to świadczy o jej nieodpowiedzialności przede wszystkim wobec dziecka. W naturalny sposób każde dziecko będzie pytać: kim jest mój tata? Brak odpowiedzi odbije się na relacji dziecka z matką w przyszłości. Zawsze trzeba mieć świadomość ciągu dalszego. Dziecko do końca życia może zadawać sobie pytanie: skąd się wziąłem.

Ale załóżmy zwyczajny model – para chce mieć dziecko, kobieta zachodzi w ciążę i rodzi. Kiedy wkracza ojciec?

Jest niezastąpiony już od początku życia dziecka. W pierwszym okresie często ojcowie są zaangażowani emocjonalnie, ale bezpośrednio nie uczestniczą w opiece. Zazwyczaj zobowiązaniem mężczyzny jest zapewnienie bezpieczeństwa materialnego rodzinie. Pracuje, więc mniej czasu spędza przy dziecku. Zwykle matka po urodzeniu bierze urlop macierzyński. Ale to nie zwalnia ojca z konieczności współpracy.

Czy ojciec biologiczny, który porzucił rodzinę, może w przyszłości stać się ojcem społecznym? Kiedy dziecko dorośnie i zechce poznać ojca – da się nadrobić stracony czas?

Każdy przypadek jest indywidualny. Są różne motywacje i powody takiego zbliżenia po latach. Zarówno ojcowie, jak i dzieci mogą chcieć uporządkować swój obraz rodziny. Ilość strat powstałych w wyniku odrzucenia sprawia, że przywracanie relacji obciążone jest historią życia bez ojca. Czasu nie da się nadrobić, ale warto, mimo żalu, spróbować się zbliżyć.

A czy ojczym może stać się ojcem społecznym dziecka?

Oczywiście. Wiele małżeństw i związków rozpada się i zwykle pojawiają się nowi partnerzy. Mężczyzna, wchodząc w związek z kobietą, która ma dzieci, decyduje się na relację z jej całą rodziną, z jej dziećmi i gdzieś pośrednio na współrelację z ojcem biologicznym dzieci. Trzeba mieć świadomość, że nie jest to łatwe zobowiązanie, wymaga tolerancji i uważności, żeby zapewnić dzieciom partnerki równość w traktowaniu, zwłaszcza gdy mężczyzna ma własne dzieci.

Któregoś dnia ojczym może usłyszeć: „Nie jesteś moim ojcem, więc nie będziesz mi mówił, co mam robić”.

Jeżeli ojczym wychowuje dziecko, ma prawo współdecydować o wspólnym życiu. Naturalnie stawia wymagania, a dziecko chcąc postawić na swoim, może to rozgrywać i używać argumentu biologicznego ojcostwa. Tu wiele zależy od postawy obojga rodziców. Często są to emocje jednorazowe, niemniej nie można pozostawiać takich kryzysowych sytuacji nierozwiązanych, bez wspólnej reakcji rodziców. Inaczej argument o ojcostwie będzie powracał. Warto doprowadzić do spokojnej rozmowy i wyjaśnić, dlaczego decyzja bądź postawa jest taka, a nie inna.

Dzisiaj odchodzimy od tradycyjnego modelu: kobieta opiekuje się dziećmi, mężczyzna pracuje. Teraz matka może zarabiać i dbać o bezpieczeństwo materialne, a ojciec opiekować się dzieckiem w domu. Czy ten nowy podział ról jest powszechnie akceptowany?

Obecnie tradycyjne role ulegają przemianie. Współczesne kobiety są dużo bardziej aktywne niż kiedyś, dużo bardziej zorientowane na własny sukces, na pracę, rozwój zawodowy, a mężczyźni czasami wolą wybrać program minimum. Jeżeli kobieta zarabia lepiej od partnera i wspólnie umówią się, że to ona dba o bezpieczeństwo finansowe, a on zajmuje się domem i opieką na dziećmi, dlaczego mieliby nie zamienić się rolami? Ojciec może przejąć takie obowiązki, jak robienie zakupów, sprzątanie, gotowanie, odwożenie dzieci do szkoły i na zajęcia. Oczywiście wielu mężczyzn musi dojrzeć do tego modelu.

Jeśli mówimy o rolach, to czy ojciec powinien inaczej podchodzić do córki, a inaczej do syna?

Przede wszystkim nie należy różnicować zachowania dzieci ze względu na płeć, że np. chłopiec musi być twardy, a dziewczynka opiekuńcza. Dzielenie zachowań na męskie i kobiece jest krzywdzące. Nie uciekniemy od stereotypów, bo babcia będzie kupować wnukowi niebieskie ubranka i samochodziki, a wnuczce różowe sukienki i lalki, ale samemu trzeba obserwować dzieci, ich pasje oraz zainteresowania i pozwolić im je rozwijać. Jeśli córka chce nosić bejsbolówkę i kopać piłkę, a syn lubi gotować z mamą, to dlaczego nie? Ojciec nie może wyznaczać ról, ale powinien umieć dziecku uświadamiać konsekwencje każdego wyboru.

Córka dojrzewa, zaczynają kręcić się wokół niej chłopcy. Jak w takiej sytuacji powinien reagować ojciec?

W ojcu uruchamiają się wtedy wspomnienia, jak on sam traktował dziewczyny, co o nich myślał, gdy był młodym chłopakiem, więc wie, jakie zagrożenia czyhają na córkę. Ale to nie znaczy, że ma krytykować każdego kolegę, który pojawi się w domu. Tu też chodzi o zaufanie. Jeśli od małego ojciec dbał o relację z córką, to w wieku dojrzewania nie będzie się ona bała spytać go o zdanie czy radę. Ojciec powinien uświadamiać, rozmawiać, a nie krytykować czy wyśmiewać. Dzieci coraz szybciej dojrzewają, w sieci mają dostęp do różnych treści, rolą rodziców jest też rozmawianie o seksualności człowieka. Nie o bocianach i krasnoludkach, ale na poważnie.

Jak ojcowie powinni reagować na uwagi teściowej pod ich adresem?

Teściowa to część rodziny i jeżeli potrafi zachować stosowny dystans oraz mądrze wspierać rodziców wnuków, nie narzucając swojej obecności i „dobrych rad”, odgrywa ważną rolę w wychowaniu i rozwoju dzieci. Wiele tu zależy od postawy obojga rodziców. To matka dziecka, czyli partnerka mężczyzny, niezależnie od tego, czy jest biologicznym ojcem czy społecznym, powinna wspólnie z mężczyzną asertywnie wyznaczać granice zaangażowania babci w ich życie rodzinne. Dziecko potrzebuje mądrej, opiekuńczej babci, ale niewtrącającej się i nierywalizującej z rodzicami.

Niektórzy ojcowie rywalizują ze sobą o osiągnięcia dzieci. Zależy im, by ich syn najwspanialej grał na skrzypcach, a córka najlepiej pływała na przykład dlatego, że sam jako dziecko marzył, by zostać sportowcem czy muzykiem, ale rodzice nie mogli mu zapewnić odpowiedniego kształcenia. Jak ustrzec się przed przenoszeniem niespełnionych ambicji na dzieci, choćbyśmy robili to z największej miłości?

Jeżeli ojcowie rywalizują między sobą o osiągnięcia dzieci, oznacza to, że są nieco ułomni. Niech sami się zmierzą w rywalizacji ze sobą, a nie używają do tego dzieci. Wyobrażenia o własnych niezrealizowanych ambicjach bycia „naj” nie mogą obciążać dziecka. Dziecko nie musi być czempionem. Z grupy jedno może być najlepsze w danym momencie, ale to wcale nie znaczy, że inne są gorsze. Bo co to znaczy lepsze? Że szybciej pojedzie na rowerze? Dzisiaj pojedzie szybciej, a jutro wolniej. Wytykanie dziecku, że ma gorszy wynik niż inne dzieci, że zajęło trzecie miejsce, a nie drugie czy pierwsze, jest jedną z podstawowych niestosowności wychowawczych.

Powinno się je zachęcać do rozwoju, poznania, a ojciec własnym udziałem i przykładem najłatwiej je skłoni do współuczestnictwa. Wówczas można się ścigać, wpajać dziecku waleczność, zaangażowanie i uświadamiać, że na sukces trzeba zapracować. Ważne, by nie zmuszać, a zachęcać, potrafić docenić, gdy się uda, i wzmocnić, gdy coś nie wyszło.

Co zrobić, żeby nie popaść w drugą skrajność – założyć, że dziecko wie, co dla niego najlepsze, więc nie będę niczego narzucać?

Należy podpowiadać, ukierunkowywać, ale nie zakładać, że będzie najlepszym skrzypkiem, pływakiem, skoczkiem czy tancerzem. Ważne, żeby dziecko czerpało satysfakcję z tego, co robi. Nie tylko ojciec, ale oboje rodzice powinni być wzorem i autorytetem. Ostatnią i najważniejszą instancją, do której dzieci się odwołują. Nie znajomi z podwórka czy sieci, którzy w pewnym momencie też zaczną odgrywać dużą rolę w życiu dziecka. Dlatego tak istotny jest bezpieczny dom, w którym dziecko zawsze znajdzie wsparcie.

Jak stawiać granice? Czy dziecko powinno się bać ojca?

Lęk i przemoc są zaprzeczeniem wychowania, ale, niestety, są używane. Świadczą o bezradności i słabości silniejszego. Zalęknione dziecko z desperacją będzie szukać ucieczki w bezpieczniejszy, w jego wyobrażeniu, świat – w gry w sieci, używki, złe towarzystwo i miejsca, w których będzie mogło odreagować, często również przemocą. Dzieciom trzeba jasno określać granice tolerancji rodziców, to bardzo ułatwia wzajemne porozumienie i egzekwowanie poleceń. Dzieci potrzebują jasności przekazu, mogą się z nim nie zgadzać, będą sondować, jak daleko mogą bezkarnie naginać ustalenia, ale na pewno klarowny punkt odniesienia ułatwi wyjście z trudnej sytuacji.

Osiem zasad świadomego ojcostwa

  1. szanuj matkę twojego dziecka
  2. szanuj swoje dziecko
  3. zawsze stawaj po stronie swojej rodziny
  4. okazuj uczucie najbliższym
  5. mów prawdę swojemu dziecku i jego matce
  6. ucz się mądrze wymagać
  7. bądź otwarty i tolerancyjny
  8. nie krytykuj

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak nie ulegać presji bycia idealnym rodzicem?

To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
Zanim powiesz: „Jestem beznadziejną matką, bo nie piekę ciasteczek i nie jeżdżę na wszystkie mecze”, pomyśl, że większość dzieci ma w nosie, czy je ciastka z piekarnika, czy ze sklepu. Dziecko potrzebuje tylko sensownego kontaktu z rodzicem, chce czuć się ważne – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagożka i psychoterapeutka.

Mam wrażenie, że otaczają mnie kobiety zwariowane na punkcie swojej macierzyńskiej roli: jedna zawsze zgłasza się do trójki klasowej, druga piecze ciasteczka na szkolne imprezy, trzecia zawala noce, ale szyje dla całej klasy stroje na przedstawienie. Ratunku, wracam do domu ledwo żywa, pełna kompleksów. Kto zwariował – ja czy one?
A ktoś musiał zwariować?

Matki, które nie są tak zaangażowane, czują się winne.
Jeśli czują się winne, to mają kłopot. Pytanie: skąd im się to wzięło? Jedne osoby mają potrzebę angażowania się, inne nie.

Z czego wynika ta potrzeba?
Powody są różne. Może moje dziecko jest trudniejsze, sprawia kłopoty wychowawcze. Wtedy sensowniej jest być w stałym kontakcie ze szkołą. A jak można mieć lepszy kontakt ze szkołą, niż będąc w trójce klasowej? Myślimy: „Jeśli ja pokażę się z fajnej strony, to ktoś życzliwiej spojrzy na moje dziecko”. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Ale są też osoby, które po prostu są społecznikami. Uwielbiają działać. Łatwo je rozpoznać. Gdy trzeba zebrać pieniądze dla sąsiada, któremu spalił się dom, one będą organizować zbiórkę. Zawsze przyjadą do chorej koleżanki z pracy do szpitala, pomogą przy przeprowadzce. Udzielają się w trójce klasowej, ale też w samorządach.

Nie wszyscy mają na to czas.
Oczywiście. Pytanie, co jest moim priorytetem. Jako matki i jako człowieka. Rozwijanie swojej pasji zawodowej czy angażowanie się w szkołę dziecka?

Już widzę te reakcje, gdy matka mówi, że jej priorytetem jest rozwijanie pasji. Na to nie ma społecznego przyzwolenia. Często słyszę komentarze: „Ta to nigdy nie bywa na zebraniach, ta nigdy nie pojawiła się na szkolnym kiermaszu…”.
Bo dziś stawiamy macierzyństwo na piedestale. Mamy większą wiedzę niż kiedyś. Badania dotyczące roli matki w życiu człowieka dały fundament pod silny ruch promacierzyński. Matka stała się osobnym zawodem. Kobiety, które nie pracowały, a ich celem było wychowanie dzieci, poczuły się wzmocnione. Tak, wybrałam dobrą drogę. Z kolei te, które mają inne priorytety, poczuły się winne. Ale albo będziemy żyć pod dyktando innych – nieszczęśliwe – albo zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Gdy dziecko idzie do szkoły, to ta szkoła zawłaszcza nie tylko jego życie, ale i życie całej rodziny. Często pytam rodziców, o czym rozmawiają w domach. Co się okazuje? Że o wywiadówkach, zadaniach domowych, nauczycielach. Swoje dzieci też pytają tylko o to, co zadane, jaka ocena ze sprawdzianu. Tymczasem temat szkoły powinien zajmować 30 procent wszystkich rozmów.

Dużo jest takich rodziców zaangażowanych?
Nie, w większości są przeciętni. Pracują. Trochę inaczej jest w szkołach prywatnych, społecznych. Również wtedy, gdy matka nie pracuje. Ale naprawdę trudno porównywać kobietę, która ma 12 godzin na poświęcenie ich dziecku, bo mąż świetnie zarabia, z tą, która pracuje w korporacji i musi być w firmie minimum osiem, dziewięć godzin dziennie. Chciałabym też zaznaczyć, że odróżniłabym zwyczajne zaangażowanie od swego rodzaju „nadaktywności”.

Kiedy mamy do czynienia z tym drugim?
Kiedy rodzic za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co dziecko w szkole mówiło, jak się zachowywało. Sprawdza wszystko. Wypytuje każdego nauczyciela. Syn stał czy chodził, grał w badmintona, nie grał, z kim rozmawiał na przerwie itd.

W szkole jest na śniadanie białe pieczywo, matka walczy o ciemne, robi wykłady o zdrowym żywieniu. To nie jest troska?
Nie lepiej po prostu jeść w domu zdrowo i przynosić to jedzenie do szkoły? Każda matka czuje się odpowiedzialna za dziecko. Za jego zdrowie. Ale przesadne poczucie odpowiedzialności może się przekładać na myślenie za dziecko, nadmierną opiekę albo kontrolę. Gdy on będzie miał 25 lat, pójdzie do jego firmy i sprawdzi, co mu gotują, a jak gotują niedobrze, zrobi awanturę? No przecież nie...

Co to jest nadmierna opieka?
Na przykład histeryczne pilnowanie 12-latka i tego, co je. Bieganie do nauczycieli i robienie afer, bo źle dziecko potraktowali. W przypadku młodszych dzieci mówienie: „Ubierz się cieplej”, bez pytania, czy im zimno, albo: „A ja ci każę: załóż sweterek”. Jest taka piękna psychologiczna definicja sweterka. Sweterek to jest ta część garderoby, którą musi założyć dziecko, kiedy mamie jest za zimno.

Znam matki, które nakazują dziecku: „Teraz zjesz, teraz pójdziesz do łazienki. Na pewno chcesz. Nie chcesz? Wydaje ci się”.
To nie jest troska, to niezwracanie na dziecko uwagi. Nadopiekuńczość to niewidzenie w dziecku drugiej osoby. Jeśli ja coś czuję, to ono też. Jeśli ja tak myślę, ono też. Czasem matka dopytuje: „Boisz się, ale boisz się?”. Albo stwierdza: „Rozumiem, że się boisz”, nie pytając, czy tak jest. Dlaczego? Bo sama się boi. Uważa więc za oczywiste, że dziecko też. Działania rodzica teoretycznie są nakierowane na pomoc dziecku, w praktyce to nieliczenie się z jego potrzebami.

To, jakimi jesteśmy rodzicami, wynika z…?
Wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. Wyznawanie skrajnej wolności to puszczanie dzieci samopas, one mają prawo robić wszystko, nie należy ich ograniczać, same się wychowają. Wyznawanie skrajnego posłuszeństwa i dyscypliny to duszenie dziecka, pozbawianie go prawa do decydowania, kontrolowanie, mówienie, jak należy żyć. Ojciec wychodzi codziennie z synem, by nauczyć go jazdy na rowerze. Dziecko płacze, nie chce. Ale ojciec wyobraża sobie, że każdy musi jeździć na rowerze. Po co to robić? Przecież chłopiec prędzej czy później się tego nauczy. Albo i nie. Co z tego? Może lepiej zastanowić się, dlaczego on na tym rowerze nie chce jeździć. Może ma trudności z koordynacją ruchową i ani to dla niego fajne, ani łatwe. Dlaczego kogoś zmuszamy? Podobnie jak matka, która jeździ z córką na wszystkie zawody tenisowe, wywiera na nią presję wygranej. Po co? To, że dla matki sport jest wartością, to naprawdę nie znaczy, że dla jej córki też ma być. Dociskanie i kompletne odpuszczanie to dwie skrajności. A powinno się szukać złotego środka. Jasne, przyjdę do szkoły na mecz, gdy dziecko tego chce, ale nie będę się darła jak opętana, dopingując, albo krzyczała, bo niedostatecznie się stara.

Jak dzieci reagują na nadmierne zaangażowanie rodziców?
Nie znam takich, które się z tego cieszą. Żeby dobrze się rozwijać, dziecko potrzebuje trochę samodzielności i samotności. Czasu bez wszechwiedzącego rodzica, który je monitoruje, pilotuje. Jeździ na wycieczki, jest na każdym kiermaszu. Ono wtedy nie może być sobą, nie może się normalnie zachowywać, bo „oko matki czuwa”. Kiedyś dzieci wychowywały się na podwórku. Grupa rówieśników uczyła społecznych zachowań, rozwijała. Teraz wszędzie są rodzice. Czym innym jest interweniowanie, gdy dziecko jest szykanowane, czym innym bieganie za nim z parasolem ochronnym. Wyjątkiem są dzieci, które wymagają specjalnej opieki. Na przykład te mające zespół Aspergera. One potrzebują obecności rodzica, który będzie rozmawiał w ich sprawie, bo same mają problemy z komunikacją. Ale nawet tu potrzeba przytomnego rodzica, a nie kogoś, kto załatwi za dziecko wszystko.

Ale znam dzieci, które mówią: „Chodź, pojedź ze mną na szkolną wycieczkę, potrzebuję cię”.
Wtedy należy zastanowić się, z czego ta potrzeba wynika. Może z poczucia niepewności? Wtedy świetnym pomysłem będzie trening umiejętności społecznych czy trening dla dzieci nieśmiałych, aby się tej pewności nauczyły. Czasem warsztaty plastyczne, sport. To jest prawdziwe zaangażowanie – pomyślenie, co mogę zrobić, żeby mój syn czy córka działali sami. Inaczej dziecko nie nauczy się radzić sobie z kłopotami. Czasem matki mówią: „Dziecko potrzebuje”. A to nieprawda, to ja siedzę w domu i się nudzę, chcę wyjść. Albo jestem aktywistką. Albo lubię rysować, dlatego dekoruję klasę przed każdą imprezą czy świętem. Ale miejmy tego świadomość – tak, robię to dla siebie, nie dlatego, żeby mojemu dziecku było przyjemniej, tylko ja tego chcę. Jeśli tego nie rozdzielam, to kiepsko. Oceniam wtedy inne matki, jestem surowa.

A jeśli jestem po drugiej stronie i matki zaangażowane mnie złoszczą?
Warto się zastanowić, dlaczego nas złoszczą. W co naszego to uderza? Jeśli w poczucie winy, że ja tego nie robię – to pytanie, kto decyduje, która matka jest lepsza. Dlaczego ta, która piecze ciasteczka? Dla dziecka nie ma to znaczenia – ciasteczka można kupić. Ale może jeśli mnie irytują te matki, to znaczy, że ja bym się chciała bardziej angażować, a nie mogę. Albo słyszę ten głos w głowie: „Dobra matka to…”. Takie myślenie należy wywalić do kosza. To pułapka.

Odwieczne pytanie matek pracujących: „Ile czasu spędzać z dzieckiem?”.
Tyle, ile potrzebuje, jedno potrzebuje 15 minut aktywnego zaangażowana, drugie dwóch godzin, a trzecie tylko tzw. dostępności rodzica. Rodzic jest w domu, robi swoje, ale jeśli syn lub córka przychodzą i mówią: „Proszę, zrób coś ze mną”, to odpowiada na tę prośbę. Odkłada to, co robi, i jest dla dziecka. To bardzo ważne. Żadne „za chwilę”, „nie teraz”. To jest znacznie ważniejsze niż nasze obsesyjne podążanie za dzieckiem, towarzyszenie mu we wszystkich aktywnościach. Czasem na terapii otwieram oczy ze zdumienia. Dlaczego dziesięciolatek nigdy nie był w sklepie i nie przejechał sam nawet jednego przystanku autobusem? Nigdy nie sprzątał? Dlaczego 17-latkowi matka zabrania wracać po 22:00?

Tyle się słyszy o morderstwach, zaginięciach dzieci...
A o 20:00 nikogo nie mordują? A o 17:00? Napadów na szkołę też nie ma? Zadaniem rodzica jest opiekować się dzieckiem, ale nie opiekować się nim w sposób nachalny.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk pedagożka specjalna, psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi szkolenia dla rodziców, psychologów i nauczycieli z zakresu umiejętności wychowawczych i budowania relacji. Pracuje z dziećmi z trudnościami rozwojowymi, zwłaszcza nadpobudliwymi, i ich rodzicami.

  1. Kultura

Kultura od kołyski

Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Wiadomo, że czym skorupka za młodu… Że im wcześniej zaszczepimy  w dzieciach potrzeby obcowania z kulturą, tym lepiej dla dzieci i kultury. Ale to nie takie proste. Same chęci rodziców nie wystarczą. Potrzebne jest także dostosowanie się instytucji kultury do potrzeb tej grupy odbiorców.

Takie wnioski wynikają z badań Fundacji Rodzic w mieście, która przebadała  1000 rodziców dzieci w wieku 0-6 lat ze wszystkich województw, o różnej sytuacji materialnej, płci, wykształceniu. Okazało się, że bez względu na dzielące rodziców różnice, wszyscy chcą korzystać z instytucji kultury, bo uznają, że takie placówki, jak muzea, galerie sztuki, teatry, kina, mają wartość edukacyjną i pomagają ich dzieciom się rozwijać. Jednak aż 64 proc. ankietowanych deklaruje, że od kiedy mają dziecko, rzadziej odwiedzają instytucje kultury. Co im to utrudnia?

Najczęściej wymienianą przeszkodą jest strach. 75 proc. badanych uważa, że wizyta w instytucji kultury z małych dzieckiem to źródło stresu. Rodzice boją się, że nie będą mieli gdzie przewinąć dziecka, nakarmić, a nawet usiąść. Aż 61 proc. z nich wyznało, że byli zmuszeni  opuścić wydarzenie bądź wyjść z instytucji kultury, ponieważ potrzeb dzieci nie dało się zaspokoić na miejscu. Obawiając się, że sytuacja się powtórzy, rezygnują z wizyt ze swoimi małymi dziećmi w muzeach, czy galeriach i wybierają inne aktywności.

Do tego dochodzi strach przed reakcją personelu. Rodzice mają obawy, że pracownicy nie rozumieją potrzeb i możliwości dzieci, będą zwracać im uwagę na „niewłaściwe zachowanie”, jak choćby hałas. Miejsca też nie zawsze są zorganizowane zgodnie z potrzebami dzieci i rodziców.

Z badania wynika, że współcześnie aż 3/4 rodziców liczy się ze zdaniem dziecka co do wyboru instytucji kultury, którą odwiedzą. Dla części z nich zdanie dzieci jest decydujące. To powinna być ważna wskazówka dla placówek.  Powinny one tak organizować swoje przedsięwzięcia, żeby były dla dzieci przeżyciem, niosły niepowtarzalne wrażenia. Schematyczne formy i powtarzalne treści na pewno skutecznie zniechęcą dzieci do powrotu. Dlatego Fundacja podkreśla, że projektowanie wydarzeń w instytucjach kultur jako przeżyć ma ogromne znaczenie.

Ważna jest też łatwość korzystania przez dziecko z zasobów danego miejsca, dostosowanie go do możliwości małego odbiorcy. Dobrym pomysłem są podwyższenia, usytuowanie eksponatów na odpowiedniej wysokości, czytelne i łatwe do zrozumienia opisy czy interaktywne ekrany ułatwiają dzieciom korzystanie z zasobów kultury.

Dobra wiadomość jest taka, że instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb, jednak nie wiedzą jak to zrobić lub obawiają się wysokich kosztów. Okazuje się jednak, że w bardzo prosty sposób można rodzicom ułatwić wizytę w muzeum czy galerii. Co postulują rodzice? Najważniejsza jest profesjonalna i pomocna kadra, wyrozumiali i przyjaźni pracownicy – przewodnicy. Ogromnie ważną i w sumie prostą do zorganizowania sprawą, są miejsca do siedzenia: sofy, zwykłe ławki, które wpływają na komfort wizyty w placówce - na takie ułatwienie wskazało aż 51 proc. ankietowanych. Kolejny ważny postulat - możliwość dotykania przedmiotów, bo to wpływa na komfort rodzica, ale też trafia w potrzeby poznawcze najmłodszych gości.

Nowoczesność i uwzględnianie potrzeb dzieci – to jest ten pożądany kierunek, wynikający z badań. Warto nim podążać. Wyjdzie to na dobre i dzieciom i instytucjom kultury.

Rodzic w mieście to fundacja, która powstała z potrzeby reprezentacji w debacie publicznej rodziców żyjących w miastach. Głośno mówi o potrzebach rodziców, pełnym prawie do korzystania z miasta, swobodnego i bezpiecznego poruszania się po nim, godnej pracy, czyli takiej, która pozwala na rozwijanie ambicji zawodowych i jednoczesne życie w rodzinach. Więcej informacji o działaniach Fundacji można znaleźć na stronie: rodzicwmiescie.pl

  1. Psychologia

Jak uczyć dziecko mądrej asertywności?

Wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. (Fot. iStock)
Wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. (Fot. iStock)
Trzeba dać dzieciom szansę samodzielnego rozwiązywania problemów. Ale należy też podpowiadać, że dzielenie się zabawką – chociaż przez chwilę boli – daje radość – mówi psycholożka Dorota Wiśniewska - Juszczak.

Czy dostrzega pani dzisiaj większe zainteresowanie rodziców uczeniem swoich dzieci obrony przed brutalnością świata? Rzeczywiście widzę taką potrzebę wśród wielu rodziców, zwłaszcza potrzebę wychowania dziecka do bycia niezależnym, chyba też do kreowania dziecka na kogoś wyjątkowego. Myślę, że to nie jest tylko znak naszych czasów, choć  wydaje mi się, że teraz ta potrzeba jest przez rodziców silniej manifestowana.

Dlaczego? Z prostego powodu – bo niemal codziennie wchodzimy w kontakty rywalizacyjne, bo walczymy o dobra, których jest mało i musimy wykazywać, że jesteśmy lepsi niż inni.

Mamy wobec dzieci sprzeczne oczekiwania: Chcemy, aby umiały mówić „nie”, a z drugiej strony – podporządkowały się nam bez szemrania. Myślę, że czasem rodzice chcą, żeby dziecko było asertywne wobec innych, a nie wobec nich. Tym samym tłumią zdrową asertywność. I to jest paradoks: pragną nauczyć dziecka czegoś, co w rzeczywistości niszczą. Może to wynikać z opacznego rozumienia asertywności. Mam wrażenie, że jest duża moda na asertywność, ale i duże niezrozumienie, czym tak naprawdę ta asertywność jest.

A czym jest? Asertywność często kojarzy się z agresją i z takim mówieniem „nie”, bo nie. Tymczasem jest to rzeczywiście umiejętność mówienia „nie”, ale  uwzględniająca dobro innych. To ochrona własnego ja, ale z poczuciem, że swoją postawą nikogo nie krzywdzę. Mam wrażenie, że wiele ludzi zapomina, że może swoim „nie” zranić innych. Nie ma takiego pojęcia jak empatyczna asertywność, ale dobrze jest włączyć do asertywności emocjonalne zrozumienie racji innych.

Jak rozstrzygnęłaby pani odwieczny dylemat rodziców dziecka, któremu inne dziecko zabiera łopatkę? Zagrzewać poszkodowanego malca do walki o swoje, czy uczyć dzielenia się z innymi tym, co ma? To są rzeczywiście poważne dylematy: Czy pozwolić, żeby zabrano dziecku zabawkę i żeby z tego powodu poczuło się skrzywdzone, czy podkreślać, że trzeba się dzielić, czy – wprost przeciwnie - kształcić postawę obrony swego, uczyć stawiania granic. Obserwowałam w piaskownicy rodziców, którzy mieli podobny problem i często rozstrzygali go na korzyść granic, obrony swego. A ja myślę, że trzeba z tym bardzo uważać, bo jeżeli często mówimy dziecku: „nie dawaj się, broń własnej zabawki, to jest tylko twoje”, czyli gdy uczymy wyznaczania ostrych granic, to możemy wykształcić w nim postawę egoistyczną. W piaskownicy trzeba dać dzieciom szansę samodzielnego rozwiązania problemu. Ale można i trzeba też podpowiadać, że dzielenie się zabawką – chociaż przez chwilę boli – daje radość.

Nie możemy jednak zapominać o tym, z jakimi dziećmi mamy do czynienia – przebojowymi czy wrażliwcami. Pierwsze należy powstrzymywać, drugie zachęcać do odwagi? Myślę, że to podstawa – znać swoje dziecko. Rodzimy się z określonym typem osobowości czy raczej temperamentu, który jest silnie  uwarunkowany biologicznie. Mamy zatem możliwość obserwowania najczęstszych typów spontanicznego reagowania naszego dziecka na różne sytuacje. Dlatego, kiedy  nasza pociecha bawi się z innymi dziećmi w piaskownicy, uważnie obserwujący dziecko rodzic rozpoznaje, czy jego syn lub córeczka jest typem wrażliwca, przeżywającym, gdy ktoś mu coś zabiera i jednocześnie wtedy się wycofuje, czy ekspansywnym bojownikiem. Ale zachęcanie wrażliwca do bycia walecznym tak naprawdę niewiele przyniesie, bo takie dziecko musiałoby robić coś wbrew sobie. My nie zdajemy sobie sprawy z tego, że dziecko, tak, jak  dorosły, może czuć się czasem bezradne, bo z jednej strony słyszy głos, który jest dla niego absolutnym autorytetem: „nie pozwól Jasiowi, żeby zabierał ci twoją zabawkę”, a z drugiej wcale nie ma ochoty walczyć z Jasiem. Przeciwnie – ono chętnie by uciekło z tej piaskownicy, schowało za mamę i się rozpłakało.

Jak takim dzieciom pomóc? Trzeba dać im czas. Rozmawiać, opowiadać, czytać książki, które pokazują bohaterów umiejących stawiać granice. Znajomość psychologicznych aspektów rozwoju dziecka jest, owszem, bardzo pomocna, ale w gruncie rzeczy najlepsza jest wnikliwa obserwacja naszych dzieci i niedoceniana matczyna czy ojcowska intuicja. Jeżeli czuję, że moje dziecko może swoim zachowaniem skrzywdzić inne dziecko, to ja absolutnie zabraniam mu takiego zachowania, mówię zdecydowanie, że to jest niedopuszczalne i koniec. Gdy na przykład dziecko bije po głowie łopatką inne dziecko, czy sypie mu piaskiem w oczy, wkraczam do akcji. W takiej sytuacji nie czekam, aż dzieci same rozwiążą problem.

Dziecko nauczy się stawiania granic innym wtedy, gdy my będziemy stawiać mu wyraźne granice? Kiedy dziecko zauważy, że stawiane mu granice są bardzo wyraźne, zrozumie też, do którego miejsca może pozwolić sobie ze swoją ekspansywnością i niezależnością. Dla dziecka niezwykle ważna jest konsekwencja. Kiedy jej  brakuje, czuje się zagubione, bo nie wie, jak ma reagować na świat. To rodzice swoją konsekwencją wyznaczają mu drogę.

Wiedzą lepiej, co jest dla niego dobre? Na treningach biznesowych ukuliśmy pojęcie mądrej empatii, które można zastosować i w wychowaniu: Umiem wejść w emocje dziecka, zrozumieć jego zły nastrój, chęć posiadania cudzej zabawki, ale jednocześnie – zwłaszcza w okresie wczesnodziecięcym - mam poczucie, że wiem lepiej, co jest dla niego dobre, lepsze. I nie zawsze dobre jest to, czego ono akurat chce. To w gruncie rzeczy kluczowy element w wychowaniu. Mądra empatia to nie jest moralizowanie, mówienie: „robię to dla twojego dobra”, ale wczucie się w sytuację dziecka i pokierowanie nim tak, by mogło osiągać swoje cele, nie raniąc innych.

Idźmy z tej piaskownicy do szkoły. Dziecko, które nie umie się bronić, staje się w szkole obiektem agresji. Dzieci w tym wieku porównują się z rówieśnikami. Porównują się oczywiście częściej z tym lepszymi, cokolwiek to znaczy: silniejszymi, lepiej grającymi w piłkę, prymusami. I na tym etapie takie dzieci im imponują. Porównywanie się do innych to ważny element kształtowania własnego ja. Może się narażę, ale uważam, że na tym etapie ważne jest też posiadanie odrobiny konformizmu, często potrzebnego w życiu społecznym. Nie jest dobrze być wiecznym buntownikiem czy outsiderem. Ale jednocześnie trzeba uczyć dzieci, że mają prawo być sobą.

Jak to robić w praktyce? Podkreślać wyjątkową cechę dziecka, coś, co je wyróżnia. Nie radzi sobie na boisku szkolnym? Ale za to pięknie gra albo tańczy. Wzmacnianie mocnych stron dziecka daje mu atuty, które mogą obronić go przed agresorami. Pomyśli: „No rzeczywiście nie gram świetnie w piłkę, ale jestem dobry z matematyki”. I co ważne – podkreślanie wyjątkowych cech nie służy tylko podniesieniu samooceny i obronie, ale także współpracy, ponieważ tym, co mam wyjątkowego mogę wzbogacić kolegę, a on może mnie nauczyć czegoś, czego ja nie umiem. Mądre wzmacnianie atutów dziecka to jest tak naprawdę zachęcanie go do kooperacji.

Rodzicom chodzi chyba o coś zupełnie innego, kiedy mówią o asertywności. Bo wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. Dzieci, które rywalizują, są bowiem skoncentrowane na wyniku, nie zwracają uwagi na relacje z innymi, nie próbują podejść do problemu twórczo, bo to wynik jest najważniejszy. A poza tym, i to jest już niebezpieczne, postawa rywalizacyjna w szkole kreuje taką postawę wobec życia. Skoro ja rywalizuję, to otoczenie też ze mną konkuruje. A skoro wszyscy ze wszystkimi rywalizują, to nie ma za bardzo komu ufać, bo wszyscy są nastawieni wyłącznie na sukces, własny cel i nie ma miejsca na współpracę. Dziecko ma poczucie, że świat jest zły, wrogi. Wiemy, do czego prowadzi takie przekonanie – do wyobcowania. Owszem, dziecko może osiągnąć sukces, gdy natomiast poniesie porażkę, nie będzie nikogo, kto da mu wsparcie, bo gdzieś po drodze zgubiło przyjaźnie.

Jest takie powiedzenie: Najlepszą bronią jest atak. Jak nauczyć, że może być inaczej – że można bronić się nieagresywnie? Dobrym narzędziem jest tu chyba poczucie humoru. Bardzo dobrym. Ale poczucie humoru to drażliwy temat, bo nie znam osoby, która na pytanie, czy ma poczucie humoru, odpowiedziałaby przecząco. Jesteśmy przekonani, że mamy umiejętność śmiania się z siebie, ale jednocześnie uważamy, że inni jej nie mają. Poczucie humoru na własny temat jest bardzo silnie związane z poczuciem własnej wartości. Gdy mam wysoką samoocenę, to choć wiem, że może jestem kompletną łamagą na boisku, wiem też, że świetnie gram na skrzypcach. Mogę wtedy śmiać się z innymi z moich słabości. A śmiejąc się ze swoich słabych stron wytrącam broń z ręki agresorom. Walka jest skończona zanim do niej dojdzie. No bo ktoś rzuca argument, który ma mnie urazić, a czasem nawet jest prowokacją, a ja potrafię tak go odebrać, że atakujący czuje się zdezorientowany. W taki sposób reagują jednak ludzie o dużym poczuciu  własnej wartości.

O czym jeszcze powinniśmy pamiętać ucząc asertywności? Nam się wydaje, że asertywność polega tylko na umiejętności odmowy, reagowania na niesłuszną  krytykę, a tymczasem to jest też umiejętność przyjmowania pochwał.

Sami na ogół zaprzeczamy pochwałom. Tak, to bardzo polskie. Jeżeli mówimy komuś komplement to oczekujemy, że ten ktoś zaprzeczy albo skromnie powie: „nie, skądże, wcale nie jestem dobry”. Kształtujemy w dziecku wysoką samoocenę, a jednocześnie chcemy, żeby było fałszywie skromne. To niespójne. Dlatego uczmy dziecko, żeby, kiedy ktoś je wyśmiewa, samo się z tego śmiało, kiedy ktoś je niezasłużenie krytykuje, mówiło: „nie zgadzam się z tobą”. Ale z kolei, jak będą go chwalić, umiało powiedzieć: „tak, rzeczywiście dobrze mi to wychodzi.” I sami tak postępujmy. Bo to najskuteczniejsza forma nauki.

  1. Styl Życia

Montessori w domu. Pomóż dziecku rozwijać jego niezależność

Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Mów dziecku każdego dnia, że je kochasz. Wszystko inne jest ważne, ale drugorzędne. Wiedza o tym, że jest kochane, a zatem cenne i zdolne, to paszport, którego dziecko może użyć, aby dostać się tam, gdzie chce. Dzieci rodzą się kompletne, czyste, spokojne, zgodne z własnym wewnętrznym nauczycielem. Musimy tylko pozwolić im pozostać autentycznymi-  mówi Beatriz M. Muñoz, mama czterech córek, propagatorka metody Montessori.

Montessori – to system wychowawczy stworzony przez włoską lekarkę Marię Montessori, który pomaga we wszechstronnym rozwoju dziecka. Duży nacisk w tej metodzie edukacyjnej postawiony jest na środowisko oraz nauczycieli, dlatego dotychczas metoda ta stosowana była głównie w przedszkolach i szkołach. Ukazały się właśnie dwie książki, które są przewodnikami po metodzie Montessori do zastosowania w domu.

Fragment książki „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz

Stosowanie metody Montessori w domu ma dużo wspólnego z nauczaniem przez dawanie przykładu, a niewiele z zakupami (specjalnych mebli, materiałów, gadżetów - przyp. red.). Dzięki temu sami jesteśmy zmianą, którą chcemy widzieć w świecie, a ponadto staramy się być jak najlepszymi ludźmi. Korzystając z tej metody, uczymy się współczucia, uzdrawiania i przebaczania, gdy pracujemy nad wszystkim, co w naszym dzieciństwie szwankowało, aby nie powtarzać w założonych przez siebie rodzinach błędnych wzorców. Metoda ta pomaga nam również cieszyć się chwilą, żyć teraźniejszością, spędzać dobrze czas i żyć w pełni. Dzieci są niewątpliwie szczęśliwsze, ponieważ czują się szanowane i bardziej związane z rodzicami, ci z kolei mogą się stać dużo czystszym i bardziej gładkim lustrem, w którym ich pociechy zobaczą siebie. Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci należą do swojej rodziny i wiedzą o tym, że mogą być w niej użyteczne, że są słuchane, że mają zaspokojone poczucie niezależności i wolności, a przede wszystkim – że otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu.

Bycie autentycznym, podążanie za własną naturą, ale z poszanowaniem zasad grupy społecznej, wspólnie przez nią przemyślanych i ustalonych, oraz posłuszeństwo sobie samym to dary, na które wszyscy zasługujemy, dary, które są prawdziwą pomocą w życiu.

Nie wolno nam bać się błędów. Wychowanie dzieci w strachu jest jednym z najgorszych uchybień, jakie mogą popełnić rodzice, pozytywne jest natomiast wychowywanie dzieci w spokoju. Powiedziałabym, że z miłością, ale nie wszyscy rozumiemy miłość w ten sam sposób, więc mówię o wychowaniu z wzajemnym szacunkiem, ponieważ jeśli będziemy traktować dzieci z szacunkiem, nigdy ich nie skrzywdzimy.

Powiedzieliśmy, że materiały nie są niezbędne w domu, ponieważ dla dzieci najważniejsze jest to, żeby spędzać czas ze swoimi rodzicami. Oferując im swój czas, nigdy się nie pomylisz. Bezwarunkowa miłość i instynkt nigdy nie zawodzą. Błąd jest motorem nauki, powinniśmy go traktować jako okazję do poprawy. Jeśli w dzieciństwie nauczono nas, żeby błąd kojarzyć z poczuciem winy i porażką, możemy się bać, że powtórzymy ten schemat. (…)

Wychowanie to odkrywanie

Maria Montessori mówi w swoich książkach, że największymi przeszkodami dla nauczyciela, a więc także dla rodziców, którzy są pierwszymi nauczycielami swoich dzieci, są duma i złość. Obie uniemożliwiają nam komunikowanie się z naszymi dziećmi z miłością. Duma skłoni nas do myślenia, że my, jako dorośli, wiemy więcej niż one, a towarzysząca jej złość pojawi się, gdy dzieci będą chciały podążać za swoją naturą, a nie robić to, czego my, dorośli, od nich oczekujemy. Krótko mówiąc, największym błędem w rodzicielstwie jest nadmierna kontrola. Pochodzi ona z przekonania, że wiemy więcej, i jest konsekwencją nieuzyskania oczekiwanych rezultatów. Pochodzi z naszego ego, z przekonania, że dziecko jest naszą własnością, a nie po prostu samym sobą. Mówił to już Khalil Gibran: „Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi”.

Oczywiście, nie powinniśmy tolerować wszystkich zachowań dzieci, ale miłość i ochrona naszej więzi muszą być zawsze obecne w naszej relacji z nimi. Musimy być zarówno życzliwi, jak i stanowczy. W przeciwnym razie konsekwencje mogą być tak bardzo katastrofalne, że nasze dzieci spędzą resztę życia, próbując się pozbierać. Frederick Douglass powiedział, że łatwiej jest kształtować silne dzieci, niż naprawiać złamanych dorosłych, i myślę, że miał rację.

Dziecko daje nam możliwość naprawy naszego życia dzięki uczuciom przeciwstawnym dumie i złości – pokorze i cierpliwości; to są wielkie dary, jakie przynosi nam rodzicielstwo, jeśli jesteśmy gotowi je przyjąć. Maria Montessori mawiała, że wychowywanie jest pomocą na całe życie i czasami myślę, że prawdziwa pomoc na całe życie jest przekazywana w nasze ręce przez dzieci w momencie ich narodzin.

Naszym zadaniem jest towarzyszenie maluchom w tym procesie, który rozpoczyna się od poznania samego siebie, a następnie swoich rówieśników, swojej kultury i swojego społeczeństwa, a prowadzi do poznania wszechświata i odkrycia tego, co dzieci chcą robić w życiu. (…)

Włączaj dziecko do swojego życia, do praktycznych czynności życiowych, do załatwiania spraw, do posiłków, do spacerów. Otaczajcie się pięknem, kiedy tylko możecie, dzielcie się wszystkim, nawiązujcie więź, rozmawiajcie, szukajcie razem odpowiedzi – to jest najważniejsze. Czas, który spędzacie razem, jest najcenniejszym prezentem dla was obojga.

Być może w pewnym momencie poczułeś się przytłoczony, bezradny, zniechęcony. Pozwól sobie przypomnieć, że to, czego potrzebujesz, znajduje się w twoich rękach, ponieważ są one pełne miłości i dobrej woli. Jeśli wola cię zawiedzie i zdecydujesz się zrezygnować z tej drogi, to komu ją wskażesz? Jeśli nie zaczniesz procesu zmian od razu, teraz, gdy umysł twojego dziecka jest chłonny bardziej niż kiedykolwiek, to kiedy to zrobisz? Możesz zmienić świat. A świat potrzebuje ciebie, potrzebuje twojego światła, twojego pragnienia, twojej siły, twojego impetu, twojego przykładu.

Zrób wszystko, co tylko możliwe, aby cieszyć się każdą chwilą spędzoną z waszym dzieckiem, ponieważ dni mijają bardzo wolno i jednocześnie bardzo szybko.

Znaleźć najlepszą wersję siebie

(…) Kiedy zachowanie naszych dzieci nas denerwuje, dobrze jest zatrzymać się na chwilę i przeanalizować, co zakłóca nasz spokój. Jakieś wydarzenia z dzieciństwa? Jakieś aktualne wydarzenia? Jesteś zmęczony i zestresowany i masz tendencję do korzystania z „dolnego” mózgu zamiast „górnego”? Czujesz, że nie są spełnione twoje oczekiwania? Zachowanie, które nam przeszkadza, to sygnał do zanurzenia się w naszej świadomości. Podobnie, jeśli coś, o czym przeczytałeś w tej książce, ci przeszkadza, być może jest to również zaproszenie do przemyślenia i odkrycia, dlaczego tak się dzieje. Nie znam uniwersalnej prawdy ani odpowiedzi na wszystkie pytania, ale jeśli to, co wybrałeś dla swojej rodziny, działa, żadna książka nie powinna zmieniać twojego zachowania. Po prostu czuj, płyń, rozważaj, żyj.

Poczucie winy nas zakotwicza, powstrzymuje, blokuje przed postępem i poprawą. Nie obwiniaj się, zrób to dla siebie samego, ale także dla swojego dziecka lub dzieci. Gdybym cię zapytała, czy chciałbyś, aby twoje dzieci czuły się źle z powodu czegoś, czego nie można rozwiązać, jestem pewna, że odpowiedziałbyś: nie. Chcesz, żeby dzieci cieszyły się życiem, naprawiały swoje błędy, ale równocześnie nie pozwalały, aby te błędy ciągnęły je na dno. Błędy to wielkie możliwości, które oferuje nam życie, abyśmy mogli konstruować samych siebie, być tym, kim jesteśmy. Jestem dzisiaj taką, a nie inną matką z powodu błędów, które popełniłam z moimi córkami. Dzięki tym błędom możesz dzisiaj czytać tę książkę.

Nie zachęcam cię też do zastępowania poczucia winy – być może nieodłącznego elementu związanego z byciem matką lub ojcem – samozadowoleniem. Proszę tylko, abyś był dla siebie miły i zamienił poczucie winy na świadomą odpowiedzialność za to, co dajesz dzieciom jako najlepszą wersję samego siebie.

Rodzicielstwo to nie matematyka

W całej książce zachęcałam cię do skupienia się na długoterminowej perspektywie, na celu, na dorosłym, którym w przyszłości będzie twoje dziecko. Cel jest istotny, ale nie myśl już o tym. Ciesz się procesem tak jak dzieci, które koncentrują się na zadaniu, a nie na jego wyniku, i obserwuj, jak przebiega ten proces: a zobaczysz życie. Baw się dobrze, bo jeśli będziesz się dobrze bawić, jeśli spróbujesz sprawić, by podróż, a nie tylko jej cel, była warta zachodu, dostaniesz to, co chcesz: zostaniesz rodzicem, którym chcesz zostać.

Może próbowałeś czegoś, co nie zadziałało. Pamiętaj, że rodzicielstwo to nie matematyka. Nie znam wszystkich odpowiedzi, a nawet gdybym znała, nie mogłabym ci ich udzielić, bo pozbawiłabym cię przywileju ich znalezienia, dumy, szczęścia i mocy, które czujesz, gdy coś wreszcie działa i idzie po twojej myśli. Wszystkie odpowiedzi są w tobie i tylko w tobie. (…)

Dbaj o siebie i nie zapominaj, że jeśli nie dbasz o siebie, nie możesz zadbać o innych. Wprowadzasz to poczucie spokoju i chciałbyś, aby czuły je twoje dzieci. Złe dni miną, nie musisz sięgać po wszystko, pozwól sobie być człowiekiem.

Znajdziesz swoją drogę i będzie cudownie, bo to będzie twoja własna droga. Jeśli codziennie myślisz o tym, jak się poprawić, to dobrze ci idzie. Absolutnie fantastycznie. Nie musisz wierzyć mi, nie potrzebujesz mnie, po prostu spójrz na tę małą twarzyczkę, która jest tuż przy tobie, spójrz na nią, odpowiedź znajduje się w spojrzeniu twojego dziecka.

„Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi'. Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi". Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno

  1. Psychologia

Jedno chce mieć dziecko, a drugie nie - czy taki związek przetrwa?

Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o wspólnym życiu za rzadko rozmawiamy o tym, czy chcemy mieć dzieci. Przyjmujemy, że druga strona myśli tak samo jak my. Ale wcale nie musi tak być... Jak przejść przez kryzys w związku związany z odkryciem, że partnerzy mają kompletnie inne podejście do rodzicielstwa – pytamy psychoterapeutkę Renatę Pająkowską-Rożen.

Czy to oczywiste, że w związku chcemy mieć dzieci, czy lepiej zapytać? Przed ślubem lub przed wspólnym wzięciem kredytu, który także połączy nas na dobre i na złe...
Koniecznie trzeba o tym porozmawiać! I nie w ten sposób, że nie udzielamy sobie jednoznacznych odpowiedzi. Mężczyzna na przykład mówi: „Porozmawiamy o tym później, nie teraz”. Być może to nieodpowiedni moment, bo właśnie stracił pracę, jednak ustalmy, kiedy o tym porozmawiamy. Jeśli tego nie wyjaśnimy, to w pewnym momencie może pojawić się problem, bo mężczyzna, mówiąc: „nie rozmawiajmy o tym”, miał na myśli „nie ma o czym gadać, nie chcę dzieci!”, a kobieta zrozumiała jego słowa jako odroczenie: „teraz nie, ale za 10 lat będziemy je mieć!”.

Niedogadane pary przychodzą po pomoc do psychoterapeuty?
Dobrze, jeśli się na to zdobędą, bo to jest poważny problem. Zazwyczaj wygląda to tak, że na początku oboje przeżywają ogromne zdziwienie. Jedno pyta: „Dlaczego wracamy do tego tematu? Przecież to ustalone?!”, drugie równie zaskoczone: „Jak to? Dziwisz się, że chcę mieć dzieci?”. Problemem pary, o której teraz opowiadam, nie było jednak chciane i niechciane rodzicielstwo, ale to, że był to jeden z tematów, których nie poruszali, żeby nie psuć atmosfery w związku. Ponieważ bardzo angażowali się w swoje kariery zawodowe, nie było to konieczne do momentu, kiedy kobieta poczuła, że już teraz chce dzieci. Niedogadane sprawy są jak kula śniegowa…

Co zrobili? Rozstali się czy jedno z nich ustąpiło?
Zrobili to, co powinni zrobić już dawno temu, czyli zaczęli wreszcie rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. To, że omijali na trudne i ważne tematy, powodowało, że nie żyli razem, ale obok siebie, w dwóch różnych światach. Pracowaliśmy więc na terapii nad tym, czy będą mogli na nowo się spotkać i być razem, czy nie.

Spotkać? Przecież byli razem...
Czyżby? Kobieta przez te lata marzyła o byciu mamą, o zabawkach na środku salonu, o kinderbalach z balonikami i tortem, mężczyzna z kolei w swoich fantazjach widział ich zawsze tylko we dwoje – jak prowadzą wygodne życie, podróżują, odwiedzają przyjaciół. Ich marzenia, ich wizje przyszłości rozmijały się. Żeby to zmienić, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co jest dla nich w życiu najważniejsze. Dla każdego z nich indywidualnie i dla nich w związku. I czy można te wizje połączyć. Kiedy kończyli terapię, temat dziecka nadal był otwarty. Mieli podjąć wspólnie decyzję, ze świadomością, że zegar biologiczny tyka. Mężczyzna dopuścił już taką możliwość, ponieważ podczas terapii indywidualnej, którą także rozpoczął, zrozumiał, że przed byciem ojcem hamuje go lęk, że nie będzie potrafił zadbać o dzieci, że powtórzy błędy swojego ojca. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że jest przecież innym człowiekiem niż jego ojciec i nie musi być złym rodzicem.

Sama doświadczyłam tego, że chęć bycia rodzicem może się niespodziewanie pojawić. Poczułam, że chcę zostać mamą, kiedy skończyłam terapię i 40 lat.
No właśnie! Nawet jeśli omówimy ten temat raz, to się może zmienić. Można nabrać pewności siebie, koleżanki mogą urodzić dzieci, a my bawiąc się z tymi dziećmi, zaczynamy odnajdować się w roli matki. Każde wydarzenie może wpłynąć na zmianę stanowiska. Mogę zapragnąć dziecka, gdy stracę rodziców, żeby nie być sama. Ale też go nie chcieć – bo co z nim będzie, jeśli i ja umrę?

Nie sposób przewidzieć, co będę myśleć ani co będzie myślał mój mąż za kilka lat, choć teraz oboje jesteśmy przeciw.
Pamiętajmy, że w związku spotykają się dwie osoby, które mają indywidualne historie wyniesione z domu rodzinnego. Chcą być razem, ale to nie znaczy, że stają się tacy sami i mają takie same potrzeby. Poza tym nie jesteśmy tą samą osobą w wieku 20 lat i potem 30. Rozwijamy się, mamy różne doświadczenia, które mogą silnie na nas wpływać. I ważne jest, czy kiedy zmienimy zdanie, jesteśmy blisko z partnerem. Bo jeśli tak, to łatwiej nam będzie znaleźć najlepsze dla obojga rozwiązanie.

Usłyszałam kiedyś: „mam już wszystko, brak mi tylko dziecka”.
Zawsze pytam kobietę, dlaczego chce być mamą. Może dlatego, że jej zdaniem kobiety bezdzietne są gorsze? Prowadziłam terapię dla pary, w której kobieta upierała się, żeby mieć dziecko, bo – co odkryliśmy – bez tego czuła się gorsza od pierwszej żony swojego męża, z którą miał ich aż troje. Kiedy ten mężczyzna to zrozumiał, dał swojej partnerce tak wiele miłości i zachwytu, że już nie czuła potrzeby dowartościowania się przez urodzenie dziecka. Jeśli kimś kieruje „projekt dziecko”, a nie potrzeba serca, to szczerze odradzam. Jeśli kobieta tak naprawdę nie chce mieć dziecka, to zostając mamą, będzie rozczarowana. Choćby dlatego, że obok perfekcyjnej żony i perfekcyjnego męża pojawi się nieperfekcyjne dziecko. W takiej sytuacji warto być uczciwą wobec siebie, bo często nie chodzi wcale o dziecko, ale na przykład o to, że teściowa albo mamusia mówi: „Co ja mam swoim przyjaciółkom powiedzieć? Kiedy będziecie mieć dzieci, a ja wnuki?”.

Nacisk rodziny ma takie znaczenie?
Oczywiście, pytanie „kiedy będziecie mieć dziecko?” należy do zadawanych najczęściej. A pary niekiedy zapominają, że to ich intymna sprawa, więc rodzic, który o to pyta, przekracza granice. Radzę, żeby w takiej sytuacji powiedzieć: „na takie pytanie nie odpowiadamy, to jest nasza prywatna sprawa” i omawiać ten temat tylko ze sobą. Dzieci nie mamy z rodzicami, tylko ze sobą, podobnie jak tylko ze sobą uprawiamy seks.

Rozmowa może przekonać do rezygnacji z bycia rodzicem?
Znam przykład, gdzie to kobieta absolutnie nie chciała mieć dziecka. Nie rozwiedli się, bo mężczyzna poczuł, że dla niego istotniejszy jest ten związek, ta kobieta i to, żeby ona była szczęśliwa. Świadomie więc zgodził się na ten brak w swoim życiu.

Ogromny brak!
Czy ktoś, poza twórcami reklam, obiecywał nam, że będziemy mieć wszystko? Szczęście nie na tym polega. Kiedy ta para ode mnie wychodziła, wyglądali na dwójkę szczęśliwych ludzi. Szczęśliwych, bo się ze sobą dogadali, znaleźli świadomy kompromis. Terapia zmieniła ich wewnętrzne nastawienie. Kobieta zaakceptowała to, że jej mąż potrzebuje zajmować się dziećmi, więc zgodziła się, żeby raz na miesiąc przyjeżdżali do nich siostrzeńcy męża. I choć sama za nimi nie przepadała i miała piękny dom, to akceptowała, że na ten jeden weekend dzieci wprowadzały do niego chaos.

Może nie chodzi nam o „wszystko”, ale w naszej kulturze dzieci są najważniejsze…
A jednocześnie do mojego gabinetu trafia wielu ludzi, którzy wychodzą z traum z czasów dzieciństwa... i to doświadczeń bycia niekochanymi dziećmi. Jakoś mi się to nie składa z deklaracją o tym, że dzieci są priorytetem.

Czy coś może zastąpić doświadczenie bycia rodzicem?
Nie, ale to nie znaczy, że wszyscy musimy je mieć. Najistotniejsze, abyśmy dokonywali świadomych wyborów. Wtedy będziemy szczęśliwi i będzie mniej nieszczęśliwych dzieci. Oczywiście wybór zawsze jest trudny i może oznaczać rozstanie, a z kolei bycie razem dalej oznacza kompromis.

Jeśli kompromis, to jak uniknąć żalu, kiedy widzę małe buciki i mam ucisk w gardle?
To jest najtrudniejsze i bardzo ważne, aby zająć się swoimi uczuciami. Mogę na przykład cały czas rozpamiętywać tę stratę, a jednocześnie pozostawać w związku z lęku. Czyli nie odejdę, bo przecież mogę nikogo już nie spotkać, no i wtedy nie będę miała ani męża, ani dziecka. Tylko że taka zanurzona w żalu i stracie postawa zapewne doprowadzi do rozstania! Bo kiedy tylko rano mój mąż wstanie, to nie zobaczę w nim ukochanego mężczyzny, a kogoś, kto nie pozwolił mi zostać mamą! Zatem jeśli decydujemy się zostać i czujemy stratę, trzeba coś z nią zrobić.

Co można zrobić ze stratą marzenia o byciu mamą?
To zależy, czasem wystarczy wolontariat w domu dziecka? A może uwolnienie się spod presji rodziny, która szantażuje emocjonalnie i ekonomicznie z tego powodu, że nie mamy dzieci? Każdy człowiek to inna historia, a więc też inne rozwiązanie.

Dom dziecka? Kobiety chcą mieć własne dzieci, nie pożyczone czy nawet adoptowane!
Nie zgodzę się z tobą! Dla młodych kobiet to już nie jest taki problem jak dla pokolenia ich matek. Patrząc z perspektywy gabinetu, mam wręcz wrażenie, że to jest problem dla matek moich klientek. Kobiet niespełnionych, sfrustrowanych, które tłuką córkom do głów: „Musisz mu urodzić dziecko, bo cię zostawi i będziesz sama!”. Myślę, że dużą część problemów młodych par generują ich rodzice. Gdy matka, teściowa są wspierające, ale nie naruszają granic, to para ma szanse się dogadać w każdej sprawie. Ale jeśli młodzi na każdy weekend jadą do którychś rodziców, a ci pytają kobietę: „Przytyłaś?! Jesteś wreszcie w ciąży”, to trudno zachować własne zdanie i obronić potrzeby.

A może kobietą kieruje jakaś inna potrzeba czy ukryty lęk?
Przywołam jeszcze jeden przykład: kobieta wyszła za mąż, ale miała już dzieci z pierwszego związku. Była też starsza od swojego nowego męża i nie chciała już mieć dzieci. On z czasem przyznał, że trzymał ją na dystans, bo ona nie chciała mieć dzieci, a taki związek jego zdaniem nie jest trwały. W końcu rozstali się, a mężczyzna ponownie związał się z kobietą z dziećmi. Nie mieli jednak wspólnego dziecka. Dlaczego? Może tak naprawdę ten mężczyzna nie chciał mieć własnych i dlatego wybierał kobiety, które już były matkami? Każdy z nas ma niepowtarzalną historię i jeśli chcemy żyć świadomie, trzeba poznać swój cel i swoje prawdziwe potrzeby. Bo wtedy dopiero możemy zrozumieć, o co nam tak naprawdę chodzi, gdy mówimy o rodzicielstwie.

Nowy związek może wpłynąć na chęć bycia matką czy ojcem?
Tak. Zdarza się, że nie chcemy dzieci z jednym partnerem, a myślimy, że nie chcemy ich w ogóle. Kiedy jednak w naszym życiu pojawi się ktoś inny, zaczynamy odczuwać ogromne pragnienie, aby zostać rodzicem. Znam wiele kobiet, które nie chciały mieć dzieci w jednym związku, ale w nowym już po kilku miesiącach były w chcianej ciąży. I może zdarzyć się też odwrotnie: kobieta ma dziecko z pierwszym mężem, ale z drugim już nie chce. Pozornie ma całkiem racjonalny powód, już jest mamą, jednak prawdziwa przyczyna leży gdzie indziej, na przykład mężczyzna jest narcystyczny i skupiony na sobie.

Jak to możliwe, że nasze podejście do bycia rodzicem zmienia się w różnych związkach? Przecież wiele osób uważa, że chęć posiadania potomstwa to coś oczywistego i naturalnego, a nie relacyjnego.
Stajemy się trochę inni, będąc z różnymi ludźmi. Kiedy nowy partner daje kobiecie poczucie bezpieczeństwa i stabilność, a poprzedni nie dawał, to jej potrzeba bycia mamą może dojść do głosu. Mówiąc wprost: jeśli nie chcemy mieć dzieci, to po prostu możemy być w związku z kimś, z kim ich nie chcemy. Najważniejsze to odkryć w życiu swoją prawdę i nią się kierować. Nie pozwalać na to, aby rządziły nami nasze własne lęki. Decydować o tym, czy chcemy zostać rodzicami, nie może za nas nawet partner, a co dopiero rodzice lub teściowie.

Renata Pająkowska-Rożen, kulturoznawczyni, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka, trenerka Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach.