1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Niewygodne pytania, trudne rozmowy. Jak rozmawiać z dziećmi o seksie?

Niewygodne pytania, trudne rozmowy. Jak rozmawiać z dziećmi o seksie?

fot. iStock
fot. iStock
Tego typu pytania potrafią przyprawić rodziców o panikę, zwłaszcza że edukacja seksualna to temat, który mało kto dobrze przerobił we własnej młodości. Terapeutka dziecięca i seksuolog radzą, jak do niego podejść świadomie i bez lęku, by nasze dzieci zyskały niezbędną wiedzę, miały zdrowy stosunek do swego ciała i umiały wyznaczać granice.

Niewielu rodziców reaguje bez spięcia na hasło: „rozmowa z dziećmi na temat seksu”. I trudno się dziwić. Większość z nas nie może oprzeć się na doświadczeniach z własnego dzieciństwa, bo rodzice zwykle albo omijali ten temat szerokim łukiem, albo zaczynali pogadankę o seksie, kiedy byliśmy już nastolatkami, albo wręcz złościli się, gdy poruszaliśmy te kwestie. Co więcej, wielu Polaków nie potrafi rozmawiać o miłości fizycznej nawet z innymi dorosłymi, np. swoim partnerem. Jak więc teraz udźwignąć edukację seksualną dzieci?

Istoty seksualne

Jako rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za ogólną edukację naszych dzieci o świecie. Tak samo jak uczymy je przechodzenia na zielonym świetle, wyjaśniamy zasady panujące w przedszkolu, tak samo powinniśmy wytłumaczyć, skąd się bierze nowe życie.

– Przecież od pierwszego dnia życia jesteśmy istotami seksualnymi. To znaczy, że rodzimy się z mnóstwem receptorów nerwowych na ciele, także w miejscach intymnych. Ich dotyk wywołuje więc reakcje fizjologiczne, np. wzwód – mówi Daria Drab, psycholożka i terapeutka dziecięca z Ośrodka Terapeutyczno-Edukacyjnego Mater Pater. – Niemowlę poznaje swoje ciało na różne sposoby, wkładając rączki do buzi czy gryząc stopę. Uczy się granic swojego ciała i tego, że dotyk np. części intymnych jest bardzo przyjemny. Nie ma w tym jednak wątków erotycznych.

Uświadomienie sobie tego może pomóc obniżyć lęk, jaki wywołuje w nas zainteresowanie maluchów seksualnością. – Rodzice martwią się, że może popełnili jakiś błąd, bo np. dopuścili do tego, że dziecko zobaczyło ich nagich w łazience. Tymczasem to zainteresowanie jest zupełnie naturalne, więc też dobrze jest naturalnie i spokojnie na nie reagować. Jeśli czujemy, że to może być dla nas problem, chociaż częściowo przygotujmy sobie odpowiedź na pytania „Co to jest seks?” czy „Skąd się biorą dzieci?” – mówi Agata Loewe, seksuolożka i edukatorka seksualna z Instytutu Pozytywnej Seksualności.

Dobrym pomysłem jest kupno odpowiednich książek dla dzieci – na rynku można znaleźć pozycje, które tłumaczą, jak powstaje człowiek, oraz atlasy i encyklopedie przygotowane z myślą o najmłodszych.

Bez bociana i kapusty

Pierwszych trudnych pytań możemy się spodziewać, gdy dziecko zacznie chodzić do przedszkola. Na pewno nie możemy pozostawić malucha w niewiedzy, ale to nie znaczy, że musimy wszystko od razu wyjaśnić. Czasem miejsce jest nieodpowiednie albo my jesteśmy tak zaskoczeni, że trudno nam zebrać myśli. Nie mówmy jednak: „Jesteś na takie tematy za mały” czy „Nie zrozumiesz”. Możemy obiecać, że porozmawiamy o tym wkrótce np. jak wrócimy do domu, albo – jak radzi Daria Drab – szczerze powiedzieć: „W tym momencie nie jest mi łatwo to wyjaśnić, muszę zastanowić się, jak najlepiej ci wszystko wytłumaczyć”. Obietnicy oczywiście trzeba dotrzymać i nie należy z tym zwlekać. A co mówić? Prawdę (kapusta i bocian odpadają), słowami, które są dostosowane do wieku dziecka, i nie wyprzedzać jego ciekawości. – Przedszkolaków często zadowala wyjaśnienie: „Kiedy dwoje ludzi bardzo się kocha i chce mieć dziecko, to są ze sobą blisko i potem w brzuchu mamy zaczyna się rozwijać dziecko”. Ta historia i tak nie jest łatwa do zrozumienia dla 3–4-latków, więc nie ma sensu martwić się, że nie dostarczyliśmy wystarczająco szczegółów. Maluchy operują konkretami, myślenie logiczne i abstrakcyjne pojawia się w wieku 8–9 lat – tłumaczy Daria Drab.

Oczywiście z biegiem czasu zaczną pojawiać się kolejne pytania, np. „Jak ja się dostałem do tego brzucha?” czy „Co to jest seks?”. Ważne, by odpowiedzi miały wydźwięk pozytywny, by malec dowiedział się, że życie erotyczne nie służy wyłącznie posiadaniu potomstwa, że jest przyjemne, ale zarezerwowane dla dorosłych. Należy o tym pamiętać, zwłaszcza kiedy impulsem do rozmowy było to, że malec nakrył nas na uprawianiu seksu. W takiej sytuacji najważniejsze jest zachować spokój. Na kilkulatka o wiele gorzej podziała gwałtowna czy pełna złości reakcja na jego wtargnięcie niż to, że zobaczył nas w sytuacji intymnej. – Zawsze mnie trochę dziwi, że dorośli o wiele bardziej przejmują się tym, że dziecko zobaczyło, jak uprawiają seks, niż tym, że na co dzień jest świadkiem ich kłótni – mówi Agata Loewe. Dziecko, które nakryło rodziców podczas pieszczot czy uprawiania seksu, powinno dowiedzieć się, że akt, którego było świadkiem, nie jest niczym złym, a wręcz przeciwnie – to dowód miłości.

Domowe zwyczaje

Wiek przedszkolny to najlepszy czas na naukę, że są takie części ciała, których nie wystawia się na widok publiczny. Nie dlatego, że nagość jest zła, tylko dlatego, że jest zarezerwowana na określone sytuacje. Tłumaczmy więc dziecku, że np. nie biegamy nago po ulicy, ale do kąpieli się rozbieramy.  – W rozmowie mogą nam pomóc encyklopedie dla dzieci – mówi Agata Loewe. – Oglądamy z maluchem obrazek przedstawiający ludzkie ciało i omawiamy różne jego elementy – to jest głowa, ręce itd. Rozmawiamy, do czego służą i wyjaśniamy, które nie powinny być pokazywane publicznie.

Tak, to jest ten moment, kiedy trzeba będzie zacząć rozmawiać o genitaliach. Przede wszystkim należy je nazywać. Określanie ich słowami „to”, „ten fragment”, „tutaj” budzi w dziecku podejrzenie, że coś ze sferą intymną jest nie tak. Lepiej więc posługiwać się albo medycznymi nazwami, jak „penis” czy „pochwa”, albo mniej oficjalnymi, jak np. „siusiak” czy „sisia”. A najlepiej nauczyć dziecko jednych i drugich.

Wielu rodziców nurtuje też pytanie, do kiedy oni mają towarzyszyć dziecku podczas kąpieli i kiedy sami nie powinni pokazywać się nago. Jeśli chodzi o przedszkolaki, to wiele zależy od panujących w domu zwyczajów.  – Bardzo ważna jest spójność, bycie w zgodzie ze sobą – mówi Agata Loewe. – Jeśli zawsze zamykaliśmy drzwi do łazienki i rzadko komukolwiek pokazywaliśmy się nago, nie ma potrzeby tego zmieniać. I odwrotnie. Jeśli wcześniej nie ukrywaliśmy za bardzo swojej nagości, to też nie musimy tego robić.

Chociaż, jak mówi Daria Drab, dzieci w tym wieku warto już stopniowo przyzwyczajać do tego, że mama czy tata może zamknąć drzwi od łazienki: – Przedszkolaki chętnie podglądają rodziców, zwłaszcza płci przeciwnej, i są rozbawione, bo „Mama ma coś innego niż ja, i to jest bardzo śmieszne”. Takie zachowanie jest normą, ale też dobrym punktem wyjścia do rozmowy o tym, że każdy ma prawo do prywatności  – mówi psycholog. – Natomiast kiedy dzieci skończą już 8. rok życia, nie powinny oglądać nagich rodziców. To wiek, w którym pojawia się naturalny wstyd i dzieci też zaczynają wypraszać dorosłych z łazienki.

Moje ciało jest moje

Uczenie dziecka wyznaczania granic jest bezpośrednio związane z edukacją seksualną. Wbrew pozorom wcale nie chodzi o straszenie „złymi panami”, tylko np. o akceptowanie dziecięcego sprzeciwu.

– Bardzo często można usłyszeć, jak rodzice naciskają: „Daj babci buzi”. A nie ma przecież nic dziwnego w tym, że dzieci nie mają ochoty na takie czułości, zwłaszcza z osobami, które widzą rzadko. Na przywitanie można również przybić piątkę – mówi Daria Drab i radzi nauczyć dziecko rymowanki: „Moje ciało jest moje. Twoje ciało jest twoje. Gdy nie chcę, by ktoś dotykał mnie, mówię głośno NIE!”. Przedszkolaki powinny wiedzieć, że ich miejsca intymne mogą być dotykane tylko przez rodziców (wtedy gdy mama lub tata pomagają im się umyć) i przez lekarza (rodzice muszą być przy tym obecni).

Szczególną sytuacją są zabawy, podczas których dzieci rozbierają się czy oglądają swoje części intymne, np. odgrywając rolę pielęgniarki. Dość często można je zaobserwować u przedszkolaków. Reagujmy wtedy podobnie jak na dziecięcą masturbację – jeśli nie występuje bardzo często i dziecko nie używa żadnych przedmiotów, którymi mogłoby zrobić sobie krzywdę, nie wymaga żadnej interwencji poza poinformowaniem przedszkolaka, że „nie robimy tego przy ludziach”.

Jeśli sami odnosimy się z szacunkiem do dziecka i respektujemy jego granice, możemy liczyć, że i ono w przyszłości będzie szanować siebie i swoje ciało.

DAJ DOBRY PRZYKŁAD

Rodzice i dom to dla małego dziecka pierwsza szkoła życia. Odnosząc się z czułością i szacunkiem do siebie, dorośli dostarczają dzieciom wzorców zachowania – zauważa Agata Loewe. Pamiętaj, że:
  •  Pokazując, że lubisz siebie i swoje odbicie w lustrze,  budujesz dobry wzorzec dla dziecka i możesz mieć nadzieję, że pójdzie ono w twoje ślady i nie będzie cierpieć z powodu kompleksów. Nie zaszkodzi więc objąć refleksją swoje życie erotyczne, stosunek do ciała i seksu i jeśli coś cię uwiera, poszukać rozwiązania. Trudno uczyć innych otwartości i pozytywnego podejścia, jeśli samemu ma się z tym problem.
  •  W wielu domach maluchy nie mają okazji zobaczyć rodziców, którzy odnoszą się do siebie z czułością, patrzą na siebie zalotnie czy trzymają się za rękę. Zwykle bardziej wstydzimy się okazywać pozytywne uczucia niż te negatywne. Ale nigdy nie jest za późno, by to zmienić.
  •  Seks to zabawa dla dorosłych, warto jak najczęściej to podkreślać, np. mówiąc, że teraz rodzice chcą poświęcić trochę czasu tylko sobie... i zamykając drzwi od sypialni.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Skąd w nas potrzeba kontrolowania dorosłych dzieci?

- Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” - podsumowuje Judith Viorst.(Fot. iStock)
- Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” - podsumowuje Judith Viorst.(Fot. iStock)
Kontrola, słowo o wielu znaczeniach i skojarzeniach, wywołuje silne emocje. Odnosi się do kwestii tak kluczowych i wszechobecnych jak: siła i poczucie bezradności, wolność i ograniczenia, podmiotowość i przedmiotowość, zmagania o pozycję „szefa”. Z kontrolą mierzymy się każdego dnia.

„Dokładnie w tej chwili niektórzy synowie przebywający w klinice, biurze czy banku, czyli swoim miejscu pracy, prawdopodobnie rozmawiają przez telefon ze swoimi matkami. Wielu z nich to osoby cieszące się powszechnym szacunkiem, a jednak niejeden z nich właśnie krzyczy do słuchawki: „Mamo, może byś w końcu przestała!”, to słowa amerykańskiego dziennikarza, Rona Suskinda, przytoczone przez Judith Viorst w książce „Niedoskonała kontrola”, które doskonale obrazują problem dotyczący wielu z nas – choć dorastamy, wyprowadzamy się z rodzinnych domów i zakładamy swoje rodziny, żyjemy na „własny rachunek” nasze matki wciąż mają w sobie głęboką potrzebę, a czasem wręcz przymus, kontrolowania nas.

Kiedy powiem sobie „dość!”?

„Jako rodzic inwestujemy mnóstwo lat życia w wychowywanie dzieci, dawanie im coraz więcej wolności, żeby mogły podejmować własne decyzje i popełniać własne błędy, i zrzekanie się coraz większych obszarów rodzicielskiej kontroli. Chwalimy ich niezależność, okazujemy szacunek ich autonomii i aktywnie wspieramy ich stopniowe odseparowywanie się od nas. Jeśli kształtują swoją przyszłość w sposób, który niekoniecznie budzi nasz entuzjazm czy choćby aprobatę, powtarzamy sobie: „To ich życie, nie nasze”, pisze Judith Viorst. I od razu dodaje: „Tak w każdym razie powinien wyglądać proces przechodzenia od etapu rodziców małych dzieci do etapu rodziców dzieci nieco starszych, które w międzyczasie dorabiają się wąsów, kobiecych piersi, stopni naukowych i własnych rodzin. Wiemy, że niestosownością jest prosić, by dorosłe dzieci działały zgodnie z naszymi oczekiwaniami; mówić im, co powinny robić, a czego nie; wyskakiwać z niechcianymi radami; oczekiwać, że będą te rady stosować. Wiemy, że niewłaściwie jest próbować kontrolować nasze dorosłe dzieci. Co nie znaczy, że nie będziemy próbować.”.

Takie próby najczęściej tłumaczymy (naszym dzieciom i często samym sobie!) szlachetnymi intencjami: To jasne, chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Kierują nami wyłącznie miłość i troska… A skoro już pomagamy, czy nie możemy oczekiwać czegoś w zamian? „Przecież skoro naprawdę możemy przyczynić się do poprawienia ich dobrostanu w kwestii np. nagłych potrzeb zdrowotnych czy sercowych, czy to naprawdę takie złe, że zostawiamy sobie choć odrobinę kontroli?, pisze autorka. Tylko że… bardzo często zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że ta chęć pomocy, a przy tym zostawienie sobie „odrobiny” kontroli, to przede wszystkim zaspokojenie własnych potrzeb i realizowanie swoich, niewłaściwie pojmowanych, praw! „I choć jesteśmy gotowi zgodzić się, że każdy dorosły (w tym nasze dorosłe dzieci) ma prawo samodzielnie decydować, co je, gdzie śpi, jak się ubiera, jaką partię polityczną wspiera, w jakiego boga wierzy lub nie, gdzie pracuje, z kim się przyjaźni, z kim się wiąże, jak wydaje pieniądze i jak wychowuje dzieci, wciąż dajemy sobie prawo ingerowania, gdy jesteśmy pewni, że nasze potomstwo zmierza prostą drogą do życiowej katastrofy bądź czyni nieodwracalne szkody naszym wnukom.”, pisze autorka.

Według Viorst jest kolejnym powodem, dla którego chcemy kontrolować dorosłe dzieci, jest współzawodnictwo oraz próżność. W „Niedoskonałej kontroli” pisze: „Jak zauważa McBride, „dziecko jest końcową oceną wystawianą rodzicom”, a wszystkim przecież marzy się „6”. Zabiegając o nią, możemy obciążać dzieci oczekiwaniami doskonałości przez jasne wytyczne w sprawie kariery, życiowego partnera, cech charakteru, a nawet wagi, które sprawią, że będziemy czuć dumę. Zdaniem psychiatry Normana Kiella możemy je też obciążać naszymi przytłumionymi nadziejami i niespełnionymi aspiracjami, co włącza nas do grona rodziców „marzących o spełnieniu własnych marzeń rękami swojego potomstwa”. Łatwo się jednak domyślić – choć często podświadomie nie chcemy porywać się na takie przemyślenia – że ten rodzaj rodzicielskiej taktyki nie wpłynie dobrze na nasze relacje z dziećmi.

Nie idę twoją ścieżką!

„Ostatnio na lotnisku w Cleveland byłam świadkiem następującej sceny: Z samolotu wysiada babcia, żwawo podąża w kierunku wnuczki i porywa w ramiona uśmiechniętą sześciolatkę. – Cudownie cię widzieć. Kocham cię w każdym kawałeczku. Jesteś moim oczkiem w głowie. Ja... co oni, u licha, zrobili z twoimi włosami?! W tym momencie syn robi krok do przodu i z promiennym uśmiechem na ustach oraz wyraźną irytacją w głosie mówi: – Mamo, przymknij się, dobrze? Nie zaczynaj.”, opisuje autorka książki.

Scenka przytoczona przez Viorst, odczytana jako metafora, idealnie opisuje to, co robi z relacją rodzic-dziecko permanentna próba sprawowania kontroli – otóż, w najlepszym przypadku, mocno ją nadszarpuje, w najgorszym – przerywa ją bezpowrotnie.

„– Mamo, przestań mi ciągle pomagać – mówi mamie trzydziestojednoletni syn. – Za każdym razem, gdy mi pomagasz, czuję się taki bezsilny.

Nie chcemy, żeby nasze dzieci czuły się bezsilne. Ale bardzo, wręcz desperacko pragniemy im pomagać. Permanentne rodzicielstwo to podwójne wiązanie: wymaga od nas, byśmy, przepełnieni obezwładniającą, niesłabnącą miłością do naszych dzieci, jednocześnie godzili się z granicami tego, co możemy i czego nie możemy, co powinniśmy i czego nie powinniśmy dla nich robić; godzili się z granicami naszej kontroli” podsumowuje Judith Viorst.

Więcej w książce „Niedoskonała kontrola” autorstwa Judith Viorst.

  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.

  1. Psychologia

Czy wszystko, co ważne, można mieć za pieniądze? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Tak myślimy, skoro nie liczymy na ludzi, ale stawiamy na polisy, lokaty, kredyty. Ale co tak naprawdę możemy mieć za pieniądze, a co tracimy, chcąc za wszystko płacić? No i czym jest kultura daru – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jeśli pieniądze są dla nas najważniejsze, to, jak pisze dr Tim Kasser w „The High Price of Materialism” (Wysokiej cenie materializmu), czeka nas przygnębienie i lęk. A Barry Schwartz, psycholog, twierdzi z kolei, że kupowanie nie daje frajdy, bo męczy koniecznością wyboru. Ale my nie mamy czasu czytać, musimy zarabiać, bo liczą się pieniądze i udane transakcje. Nawet w związkach zaczynamy patrzeć na zysk…
Na szczęście nie wszędzie i nie zawsze da się zamienić relacje międzyludzkie na transakcje finansowe. Ale prawdą jest, że coraz częściej nawet ślub zastępuje coś na kształt umowy spółki, która określa, co każda ze stron powinna dostarczyć, definiuje strategię wzajemnego wspierania karier i osiągania celów, zasady podziału zysków i strat. Brakuje jednak w tej umowie słów o emocjonalnej więzi i wspólnym życiu. I gdy partner wspólnik zostaje w tyle – rozwiązujemy umowę i szukamy lepszego strategicznie inwestora. Budowanie takich relacji/transakcji także z krewnymi, znajomymi, lekarzami, nauczycielami, którzy zaspokajają nasze potrzeby, rychło doprowadzi do tego, że naszym wspólnym doświadczeniem będzie tylko wielka samotność, rozpacz i poczucie bezsensu.

Nie uciekniemy od tego, że potrzebujemy bliskich, bezpiecznych, a także miłosnych związków, by pozostać przy zdrowych zmysłach. Ale wygląda na to, że zanim się w tej sprawie opamiętamy, staniemy się konglomeratem rywalizujących ze sobą, samotnych konsumentów, dla których posiadanie jak największej ilości pieniędzy i jak największej ilości transakcji będzie jedynym celem bytowania na tej planecie.

Z badań psycholożki Kathleen Vohs wynika, że ci, którzy nastawiają się na zarabianie pieniędzy, przestają zwracać uwagę na relacje, nie cenią tego, co nie ma wymiaru materialnego, przekonani o swojej samowystarczalności nie potrzebują ludzi i stają się nieufni.
Rynek i konsumpcjonizm nie działają na rzecz międzyludzkich związków, bo na nich nie można zarobić. Związki więc zanikają, zamieniają się w pseudorelacje uprawiane w sieci internetowej i telefonicznej.

Godzinę temu ktoś mnie zaczepił na ulicy. Nie pamiętałem człowieka. Wiedziałem tylko, że to jakiś dobry znajomy sprzed lat. Gdy w końcu ustaliliśmy, skąd się znamy, zadzwonił mój telefon. Odruchowo odebrałem. Jak wytresowana małpa. Uznałem, że osoba, której akurat w tym momencie gdzieś tam, w innej, nie mojej czasoprzestrzeni przyszło do głowy, żeby do mnie zadzwonić i wcina mi się w niepowtarzalną chwilę mojego realnego życia, jest ważniejsza od kogoś, kogo nie widziałem od lat i z kim właśnie rozmawiam. No i prawie wszyscy tak robimy – ktoś oferuje nam żywy, realny kontakt, rozmowę, a my uciekamy w popłochu, pokazując swoim zachowaniem: „Daj mi spokój, ja tam mam ważniejsze sprawy i ważniejszych ludzi”. Komórki używamy do teleportowania się ze wszystkich niewygodnych – bo wymagających wysiłku wejścia w realny kontakt – sytuacji. Spontaniczne kontakty z ludźmi coraz częściej nas przerażają. Bo nie mamy na nie umowy, paragrafów, zabezpieczeń, bo nie wiemy, co mamy dostarczyć, co ma być nam dostarczone, ile to będzie trwać i jaki jest tego cel. Relacje wirtualne i transakcje są bezpieczniejsze.

Tylko dlatego odbieramy telefon i odpisujemy na mejle?
Starsi już prawie zapomnieli, a wielu młodszych nigdy nie zaznało poruszającego, fascynującego i wspierającego klimatu realnych spotkań z innymi ludźmi. Zamiast pobyć i porozmawiać z tymi, którzy nas otaczają, wchodzimy na Facebooka, żeby sprawdzić, ile dostaliśmy lajków za ostatni wpis. Nie wiemy, że tak budujemy swoją przyszłą samotność. Wirtualne relacje nie wymagają uważności, słuchania, ryzyka wyrażania uczuć na gorąco, refleksu, zdolności do empatii i kompromisu. Nie łączą się z ryzykiem usłyszenia bezpośrednich i krytycznych komentarzy na temat naszych spontanicznych zachowań. Jedynym ryzykiem jest to, że znikniemy z sieci, ale też w sytuacji braku rzeczywistych związków to perspektywa naprawdę przerażająca.

Sieć nie jest też wolna od transakcji.
Na domiar złego można łatwo ulec pokusie sprzedawania sieciowej, nieskrępowanej, wolnej i spontanicznej twórczości i tożsamości. Piszemy atrakcyjnego bloga, wielu go czyta i poleca, więc szybko pojawia się reklamodawca, który chce na stronie umieścić baner. A potem ktoś inny proponuje product placement. Wtedy nasza autentyczność w sieci stanie się kompletną mistyfikacją. Ilu blogerów za pieniądze zachwala jakieś ubrania, restauracje, samochody czy rowery? Komercja rządzi siecią w znacznie większym stopniu, niż nam się zdaje.

Wracając do tego, co można kupić i co chcielibyśmy mieć. Z badań wynika, że za bliskością nie tęsknią ci, którzy mają pieniądze. Oni wolą ubezpieczenia, lokaty i kredyty.
Ci, którzy nie odczuwają tęsknoty za autentycznymi i bliskimi związkami z ludźmi, z pewnością „zamulają się” jakimś erzacem. Im bardziej będziemy bezradni w nawiązywaniu więzi i budowaniu relacji, tym większa będzie nasza potrzeba ubezpieczania się na wszystkie możliwe sposoby i ewentualności. Wiadomo, że rozbudowana rodzina najefektywniej zwiększa poczucie bezpieczeństwa, które jest naszą wrodzoną potrzebą. Ale my takich rodzin nie mamy, nie mamy więc poczucia bezpieczeństwa i dlatego tak wiele reklam odwołuje się do niej, wmawia nam, że potrzebujemy ciągle czegoś nowego dla zapewnienia go sobie.

Najlepszym konsumentem jest więc singiel.
Na to wygląda. Bo człowiek im bardziej samotny, tym bardziej uzależniony od rozmaitych produktów, w tym od produktów ubezpieczeniowych. Realizując się tylko w pracy i w sieci, resztę rzeczy musimy sobie kupić. A więc musimy sobie kupić bezpieczeństwo – w postaci kamer, płotów, drzwi przeciwwłamaniowych i ochroniarzy, a także ubezpieczeń, lokat, kart kredytowych i prawników. Musimy sobie kupić rzeczywisty kontakt z drugim człowiekiem: zrozumienie, dyskrecję, lojalność i wsparcie – w postaci coachingu, mentoringu lub psychoterapii. Iluzję bycia ważnym i obdarzonym szacunkiem możemy nabyć w drogich hotelach i restauracjach. Iluzję przynależności kupujemy, słono płacąc za członkostwo w ekskluzywnych klubach. A iluzję bliskości, zachwytu, oddania, wdzięczności, intymności i miłości – na bogatym rynku usług seksualnych. W Japonii są domy publiczne, w których można sobie kupić dowolny typ relacji seksualnej, w dowolnych przebraniach i dekoracjach. Witająca cię tam osoba jest o wiele bardziej przewidywalna niż współmałżonek, a nawet kochanka. Zawsze powie to, czego zażyczył sobie klient w skrupulatnie opracowanym scenariuszu: że kocha, że tęskni, że nie może żyć bez niego, że pragnie. Bardziej przewidywalny i bezpieczny może być już tylko robot zaprogramowany na zaspokajanie naszych niedojrzałych i neurotycznych potrzeb. I nic nie musimy już z siebie dawać poza opłacaniem rachunków.

Tak konsumowana samotność kosztuje dużo. Więcej niż rodzina i dzieci. Ale mimo że nie zaspokaja ważnych potrzeb, ma dla coraz większej liczby ludzi nieodparty urok. Może dlatego, że zaspokaja naszą wrodzoną potrzebę, którą jest... lenistwo.

A może to postęp? Relacje w sieci, pieniądze na ubezpieczenie. I po co zawracać sobie głowę prawdziwą miłością czy przyjaźnią?
Rynek z pewnością byłby zadowolony. Ale na szczęście ludzie mają świadomość i niezbywalne potrzeby psychiczne. Potrzeby bycia ważnym, wybranym, upragnionym, szanowanym, bezpiecznym i kochanym w realnych związkach nie da się na dłuższą metę oszukać. Tylko do czasu możemy śnić zbiorowy sen konsumpcyjnego spełnienia i bezpieczeństwa. Prędzej czy później nasze niezaspokojone potrzeby nas obudzą. Nawet gdy się ich wyprzemy, to się odezwą w postaci dolegliwości i chorób ciała. A wtedy nie pozostanie nam nic innego, jak kupić sobie robota pielęgniarkę.

Co się dzieje z dziećmi, które patrzą na to, co wyczyniamy?
Jeśli widziały tylko nasze plecy pochylone nad laptopami, to z pewnością nie odczuwają z nami silnej więzi. Młoda, inteligentna, nowoczesna matka powiedziała mi niedawno, że jest entuzjastką maksymalnej ilości dodatkowych zajęć dla dzieci, bo to odciąga je od komputera. W trakcie rozmowy okazało się, że w domu sama spędza wiele godzin przy laptopie, bo to część jej pracy, i nie ma czasu ani pomysłu na robienie czegokolwiek z synkiem. Nawet relacje z dziećmi nabierają charakteru transakcji: „Ja ci opłacam wiele atrakcyjnych zajęć dodatkowych, dostarczam to, co najlepsze na rynku dziecięcych warsztatów rozwojowych, i muszę na to wszystko zarobić. Ty nie zawracaj mi więc głowy. Masz być fajnym dzieckiem, którym się mogę pochwalić i które szybko się uniezależni i zacznie robić karierę”. I nikt już nie pyta o bliskość, miłość, wdzięczność i szczęście.

Jak ratować siebie i swoje dzieci?
Postawić na budowanie relacji – dawać im nasz własny czas i uwagę, a nie czas i uwagę kupione dla nich od innych. Najtrudniejszym testem sukcesu w tej sprawie jest zdolność potomstwa do opieki nad chorymi i starzejącymi się rodzicami. Ale im bardziej zaawansowany technologicznie kraj, tym gorzej dzieci zdają ten test. Tam kultura transakcji najskuteczniej wypiera kulturę relacji. Powstają ogromne luksusowe getta kampusy dla starych ludzi, świetnie obsługiwanych przez fachowców, ale... Ich lokatorów nikt nie odwiedza. Bo dzieci kultury transakcyjnej swoje zobowiązania wobec rodziców realizują w zgodzie z tym, czego się od nich nauczyły: „Organizuję wam opiekę, rehabilitację i warsztaty rozwojowe dla seniorów. Muszę na to zarobić i kontynuować moją karierę. Nie zawracajcie mi więc głowy i bądźcie grzecznymi staruszkami”. Warto pamiętać, że dzieci są jak walizka: co włożysz, to wyjmiesz.

Pieniądze pomagają nam pokonać lęk, samotność. A więc może przytulanie tych, którzy wszystko przeliczają, sprawi, że przestaną myśleć tylko o kasie?
Dobra intuicja. Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje. Stąd coraz większe powodzenie coachingu, mentoringu, treningów interpersonalnych, szkoleń i warsztatów rozwijających miękkie, psychologiczne kompetencje, a także grup terapeutycznych i psychoterapii indywidualnej. Wprawdzie wygląda to na kupowanie relacji, ale dla wielu to konieczny początek uświadomienia sobie prawdziwych potrzeb. Dzięki inwestycji w relacje możemy się obudzić z odrętwienia i poczucia pustki, przypomnieć sobie z całą mocą, że prawdziwe i głębokie związki z ludźmi są naszym największym kapitałem i zabezpieczeniem. Ci, którzy choć raz doświadczyli, że to nasycony uwagą czas spędzany z bliskimi jest największym dobrem, zawsze o tym będą pamiętać.

  1. Seks

Dojrzały seks – mądrzejsza i głębsza forma miłości

Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Jest przejawem mądrości, głębszego sposobu kochania. Teraz ważniejsza od ilości staje się jakość zmysłowych doznań.

Eros, syn bogini nieba, jest niebiański i czcić go powinny państwa i ludzie zwyczajni, bo on do pracy nad sobą zmusza, on udoskonala tych, którzy sami kochają, i tych, co sobie miłość zyskać potrafili – pisał Platon w „Uczcie”. Moc Erosa do dziś nie straciła na sile i uniwersalności. Wciąż nas porywa, sprawia, że pragniemy drugiego człowieka bardziej niż czegokolwiek. Ślepniemy na jego wady i go idealizujemy. Uzależniamy się od jego bliskości i chcemy spędzać z nim każdą chwilę. I przeżywamy stany wielkiego, gwałtownego szczęścia. Ale to jedna strona. A druga? Eros jest rozedrgany, miotany skrajnymi emocjami, w których od miłości do nienawiści czasem tylko jeden krok. Jest niepohamowany i dziki. Świetnie się sprawdza jako łóżkowy „zapalnik”, lecz nie rozumie, że drugi człowiek to odrębna istota, która może chcieć czegoś innego, potrzebować własnej przestrzeni. Jest zaborczy i zazdrosny, nie tylko o czyn, ale nawet spojrzenie, gest, myśl. „Miłość takie rzeczy z ludźmi wyprawia, że nieszczęśliwym każe się martwić rzeczami, którymi by się nikt nie martwił, a szczęśliwym chwalić każe takie, którymi się cieszyć nie warto” – to też Platona.

Eros i Philos

Dziś już wiemy, że to kwestia skomplikowanej „kąpieli chemicznej”, wręcz „chemicznego jaccuzzi”, w którego oparach wirują komórki mózgowe – organizm zakochanych produkuje fenyloetyloaminę, hormon sprawiający, że uzależniają się od przyjemności, jaką niesie obecność kochanej osoby. Wzbudza też uczucie całkowitego odrealnienia: zakochani bujają w obłokach, świat wydaje się im piękniejszy, znikają problemy... I podejmują różne dziwne decyzje. Dodatkowy efekt: wyostrzeniu ulegają zmysły, a więc kontakt fizyczny sprawia im ogromną przyjemność. Co więcej, seks jest wtedy szczególnie obfity i satysfakcjonujący, bo w stanie zakochania obie płcie spotykają się w miłości, także fizycznej. Kobiecy organizm produkuje wówczas nieco więcej testosteronu, a to zwiększa apetyt na seks. Z kolei „zmiękczony” działaniem wydzielanej obficie dopaminy mózg mężczyzny skłania go do zachowań pełnych ciepła i czułości, tak bardzo lubianych przez partnerkę.

– Na początku związku seks rodzi się z pożądania – mówi Anna Gawkowska, psycholożka i terapeutka. – Pierwsze miesiące iskrzą od libido, co zaspokaja apetyt na przygodę, potrzebę ekscytacji i silnych przeżyć. Przyspieszone bicie serca, pożądanie, popęd, ekscytacja, motyle w brzuchu, drżenie rąk i nóg… Przyjemne, intensywne i odrywające od zmartwień szarej, nudnej rzeczywistości. Łatwo się od takiego stanu uzależnić i zacząć go gloryfikować. Mało w nim jednak świadomości, refleksji i przeżycia na poziomie duchowym.

To cudowne preludium, ale tylko preludium. Bo kiedy partnerzy są ze sobą dłużej, wszystko się zmienia. Stan zakochania jest stanem wyjątkowym i nietrwałym. Naukowcy uważają, że po mniej więcej dwóch latach (u szczęśliwców ten okres wydłuża się czasem do czterech) mózg uodparnia się na fenyloetyloaminę, pożądanie słabnie, a z nim miłość zmysłowa. Ale może to i lepiej? Eros ustępuje wtedy miejsca (według typologii Platona) Philosowi – mądrzejszej i głębszej formie miłości. Gdy kochanków łączą już nie tylko szalone porywy serca, namiętność i przekonanie, że bez tej drugiej osoby świat przestałby istnieć, pojawiają się inne wartości – może mniej intensywnie przeżywane, lecz równie, lub nawet bardziej, satysfakcjonujące.

– Na tym etapie związku partnerzy są ze sobą nie dla chwili przyjemności, lecz dla obopólnego pożytku – mówi Gawkowska. – Nie tylko się kochają, także szanują siebie i swoją odrębność. Zaczynają się przyjaźnić, ale zmysłowość i erotyka nadal działają między nimi, tyle że gdzie indziej tryska źródło potrzeby zbliżenia: w zażyłości, bliskości, intymności, przywiązaniu, cieple i bezpieczeństwie. To wcale nie jest gorsze niż pierwsze porywy serca, bo ten rodzaj seksu zaspokaja głębsze potrzeby: pozwala nasycić się kontaktem. Jest wypadkową mocnej więzi i bliskiej relacji, mniej sprowadza się do cielesnej przyjemności – jest bardziej znaczący.

Ciepło i zaufanie

W dojrzałej relacji umiemy ze sobą rozmawiać, rozumieć się i rozwiązywać problemy, więc nie przenosimy ich do sypialni i seks nie musi już być używany jako oręż w walce czy moneta przetargowa. Partnerzy poznali się i dotarli, przestają wstydzić się siebie nawzajem, zachowują się swobodnie, bo w pełni akceptują swoją fizyczność. Dobrze znają swoje potrzeby, oczekiwania, czułe miejsca, mapy rozkoszy. A wtedy łatwiej sprawiać sobie nawzajem przyjemność. Odmienność takiego seksu polega między innymi na tym, że chociaż mniej „pełnego” kontaktu seksualnego, to więcej kontaktu w ogóle – i to jest wspaniałe. Nagle to, kto zrobi zakupy, może być rodzajem gry wstępnej… Takie podejście doskonale służy kobietom, dla których seks jest ukoronowaniem związku: rozmów, wspólnej codzienności, usłyszanych od partnera komplementów, ale także... wyniesionych przez niego śmieci czy zmytych po kolacji naczyń. W zorganizowanym kiedyś konkursie na najpiękniejsze zdanie miłości pierwsze miejsce zajęło: „Ty śpij, kochanie, ja ją przewinę”… Potrzeba bliskości z partnerem jest u kobiet tak wielka, że chętnie oddadzą za to nieco namiętności.

– Najważniejsze, że nie musimy niczego cenzurować ani nikogo udawać, co często się zdarza na początku związku – podkreśla psycholożka. – Wzajemne zaufanie pozwala nam czerpać dodatkową przyjemność z seksu. Może już nie jest tak dziki i nie uprawiamy go tak często, ale osiąga inny wymiar. Mądrzy szczęściarze uczą się delektować codzienną bliskością i akceptują fakt, że ekscytacja musi kiedyś opaść. Bo ile można się spalać w poszukiwaniu nowych podniet, przeprowadzaniu coraz bardziej ryzykownych eksperymentów… – Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy – uważa Anna Gawkowska.

Dojrzewa relacja, a wraz z nią dojrzewają również kochankowie. Nie są już tak łapczywi i stale siebie głodni. Młodzi ludzie mają zwykle problem z nasyceniem się partnerem, bo jeszcze nie potrafią tego zrobić, a amplituda ich emocji jest duża – miłość przeplata się z nienawiścią, a to bywa czasem bardzo męczące. Ponadto wydaje się im, że są nieśmiertelni, że cały świat do nich należy, że nic się nie kończy – więc nie dbają zanadto o relację. I kiedy napotkają na jakiś problem, często zamiast go rozwiązać… zrywają ze sobą i zaczynają nowy związek, wchodzą w inną relację, bo to wydaje się najłatwiejsze. Mądry kochanek zdaje sobie sprawę, że nowy partner nie odmieni jego życia, dopóki sam nie zmieni czegoś w sobie.

Ani młodzi, ani gniewni

– Młodzi idą na ilość: mężczyźni przechwalają się, ile to mieli partnerek, a kobiety, ilu facetów się w nich kocha – mówi psycholożka. – Kiedy dojrzeją, wolą jeden wypróbowany związek niż sto przygodnych partnerów. Teraz ważniejsza staje się jakość. Dojrzały seks jest nastawiony zarówno na branie, jak i dawanie. Młodzieńczy bywa bardziej egoistyczny.

Dorosły człowiek znajduje w sobie już tak mocne oparcie, że nie musi się wciąż gimnastykować i potwierdzać swoją wartość poprzez zewnętrzne objawy typu: „mam superdziewczynę, która uważa mnie za superkochanka i chce ze mną być”. Potrafi związać się z kimś dla czystej przyjemności bycia z tą osobą.

– Dla łóżkowej satysfakcji bardzo ważne jest to, że w miarę dojrzewania rozprawiamy się ze swoimi zahamowaniami – tłumaczy Gawkowska. – Każdy ma swoje kompleksy, granice, które zostały nam świadomie lub nieświadomie wpojone przez środowisko, w jakim dorastaliśmy. To wszystko ulega weryfikacji pod wpływem doświadczeń i kolejnych związków. Badamy teren i odkrywamy obszary, na których czujemy się bezpiecznie i komfortowo. Przekonujemy się, że sfery „zakazane” nie są wcale takie straszne i takie zakazane. Rozwijamy się i zmieniamy. Kobieta w wieku dojrzałym czerpie z seksu więcej korzyści niż wtedy, kiedy wchodziła w świat erotyki. Zwłaszcza, że aby pokonać zahamowania, potrzebuje współpracy, pomocy, doświadczenia i czułości partnera. A z tym bywa czasem problem, bo akurat wtedy, kiedy ona pragnie być delikatnie i z wyczuciem przeprowadzana przez kolejne bramy, jej partnerem najczęściej jest równolatek – jurny i buzujący od testosteronu młody mężczyzna, który możliwie najkrótszą drogą „dochodzi do bazy”. Jeśli przy okazji zapomni zadbać o przyjemność i komfort kobiety, pokonywanie zahamowań może okazać się trudne.

– Dojrzały seks daje to, do czego służy: pragnienie przyjemności, bliskości i cielesnego bycia ze sobą – podkreśla psycholożka. – Przestajemy traktować łóżko jako zaspokojenie pozaseksualnych potrzeb, nie szukamy za jego pośrednictwem dowartościowania.

Zdrowa, świadoma swoich atutów i wad osoba może być sama albo z kimś w dobrym związku. Uprawia seks, bo chce, a nie dlatego, że musi. Nie uważa też, że ten dobry jest wyłącznie spontaniczny, spada nagle i znienacka. Wie, że planowanie miłosnego zbliżenia może przedłużać rozkosz i zwiększać na nią apetyt. Ma też zupełnie inny stosunek do eksperymentów niż kilka czy kilkanaście lat wcześniej, kiedy chciała spróbować wszystkiego, co nowe i ma w dodatku walor zakazanego owocu. Eksperymenty niosą dużą dawkę ekscytacji, zarówno pozytywnej, jak i negatywnej. Oba rodzaje są pobudzające i sprawiają, że człowiek czuje, że żyje. Dojrzały kochanek mniej ich jednak potrzebuje. Już zasmakował wielu przyjemności, rozkoszy, poznał swoje czułe miejsca i granice. Już wie, co lubi i z całej palety możliwości wybiera to, na co ma ochotę. A jeśli jest coś, czego do tej pory nie zasmakował, a pragnąłby, łatwiej poprosi o to kochankę, bo jest pewien jej miłości, życzliwości i akceptacji. Wie, że nawet nieudany eksperyment nie wpłynie na stałość czy jakość ich relacji i że w każdej chwili uszanowane zostanie jego „nie”. To dodaje mu odwagi.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku odnaleźć własną drogę?

Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
W trosce o przyszłość dzieci wielu rodziców wywiera na nich presję wyboru studiów, które zagwarantują im dobrą pracę. Tymczasem miniony rok pokazał iluzoryczność takiego podejścia. Jak zatem wspierać dziecko w planowaniu jego przyszłości? O wskazówki poprosiliśmy wykładowcę akademickiego i pisarza Mikołaja Marcelę.

Rok temu rozmawialiśmy o tym, jak mądrze wspierać decyzje nastolatków dotyczące wyboru zawodowej drogi. Jak pandemia zmieniła twoją perspektywę?
Pandemia zmieniła sposób, w jaki patrzymy na wiele kwestii. To, co wydawało się niemożliwe jeszcze rok temu, zostało wprowadzone w życie z dnia na dzień: zdalna edukacja, zdalna praca na szeroką skalę, przeniesienie naszego funkcjonowania do sieci w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. To doświadczenie wywrze wpływ na kształt rynku pracy, a przez to na myślenie o wyborze zawodowej drogi życiowej. Pandemia nauczyła nas, że – by przypomnieć słowa amerykańskiego futurologa Alvina Tofflera – w XXI wieku najważniejszą zdolnością w pracy i poza nią będzie zdolność do uczenia się, oduczania i uczenia się na nowo. Warto więc wspierać młodych ludzi w ich wyborach i tworzyć im warunki do wyrabiania w sobie tej zdolności.

W jaki sposób?
Pozostawiając im jak największą autonomię działania, wspierając, gdy zajdzie taka potrzeba, i prowadząc z nimi otwarty dialog. Próba planowania młodym ludziom ich przyszłości z pewnością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jak widzieliśmy w ostatnim czasie, jedno wydarzenie może bardzo poważnie zmienić kształt naszej rzeczywistości. Do tego dochodzą takie procesy, jak postępująca automatyzacja i rozwój uczenia maszynowego, które jeszcze bardziej namieszają w świecie w najbliższych latach. Jeśli jednak ktoś podąża za tym, co budzi jego entuzjazm i co ma dla niego sens, odnajdzie się w każdych warunkach. I w tym przede wszystkim powinno się pomagać młodym ludziom.

Teoria autodeterminacji sugeruje, że mamy trzy podstawowe potrzeby psychiczne: kompetencji, autonomii i bycia z innymi ludźmi. Jeśli są one zaspokojone, jesteśmy zmotywowani, produktywni i szczęśliwi. Jeśli nie możemy ich zaspokajać, jesteśmy zdemotywowani, nieefektywni w działaniu i nieszczęśliwi.

Wrócę jeszcze do pandemii i wynikających z niej ograniczeń kontaktów. Czy dla młodzieży naprawdę dużo się w związku z tym zmieniło, czy jako dorośli wyolbrzymiamy problem?
Zmieniło się bardzo dużo. U niektórych są to zmiany na lepsze, u niektórych na gorsze. Ograniczenie kontaktów źle zniosły osoby, które są ekstrawertyczne, to musiał być dla nich duży problem, choć myślę, że wielu nastolatków sobie całkiem dobrze poradziło, patrząc na młodych ludzi w okolicach, w których mieszkam. Na dobre wyszło to tym, którzy męczyli się w szkole.

Czyli komu?
Na przykład introwertycy – dla nich to pewnie świetny czas. Myślę, że skorzystały również osoby, które mają w domu przestrzeń do samorozwoju i których rodzice mają mało rygorystyczny stosunek do edukacji. Znam wielu młodych ludzi, którzy w ostatnich miesiącach odkryli nowe zainteresowania, podjęli się projektów, które odkładali, bo nigdy nie było na nie czasu.

Największy wpływ pandemia ma jednak na edukację jako taką. Jestem przekonany, że po jej zakończeniu nie będzie już powrotu do dawnej szkoły. I dobrze.

Uważasz, że szkoła cyfrowa to błogosławieństwo? Znam opinie, że to przekleństwo...
Jak dla mnie błogosławieństwo, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. Przeniesienie „modelu pruskiego” do Internetu to koszmar – zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Siedzenie po siedem godzin przed ekranem i słuchanie przemawiających nauczycieli nie ma oczywiście żadnego sensu i jest stratą czasu. Natomiast wykorzystanie możliwości, jakie daje edukacja cyfrowa, konkretnych narzędzi i zasobów w sieci – to już zupełnie inna historia.

Zresztą powinniśmy zacząć zupełnie inaczej myśleć o Internecie i świecie cyfrowym w kontekście edukacji, i nie tylko. Temu zagadnieniu razem z Zytą Czechowską, Nauczycielką Roku 2019, poświęciliśmy naszą nową książkę „Jak nie zgubić dziecka w sieci. Rozwój, edukacja i bezpieczeństwo w cyfrowym świecie”.

I jak widzicie nastolatki? Czy życie online ograniczyło ich zainteresowania?
Nie sądzę. Młodzi ludzie już od dawna nie dzielą świata na ten online i ten offline. Uczą się i rozwijają swoje zainteresowania dzięki Instagramowi czy Redditowi, oglądając filmy na YouTubie, słuchając piosenek i podcastów na Spotify. I grają w gry, gadając przy tym na Discordzie. Warto mieć to wszystko na uwadze, kiedy krytykujemy młodzież za to, że siedzi zbyt długo w Internecie. Podobnie jak należy pamiętać o korzyściach, jakie płyną chociażby z gier komputerowych. W ostatnich dekadach bardzo często demonizowaliśmy wpływ gier na umysły młodych ludzi, niemniej grając w nie, uczą się bardzo wielu rzeczy.

Czas okołomaturalny to moment, gdy rodzice szczególnie wywierają wpływ na decyzje dotyczące przyszłości nastolatków. Teraz, gdy siedzimy w domach, cierpliwości do siebie mamy coraz mniej. Czy którymkolwiek rodzicom udaje się w ogóle powstrzymać od sterowania dziećmi?
Myślę, że nawet całkiem sporej grupie rodziców to się udaje. Nie widzę żadnego sensu w wywieraniu presji w takich kwestiach. W poprzednich książkach pisałem sporo o tym, jak jest to szkodliwe w dłuższej perspektywie.

Ostatni rok pokazał, że nie ma w obszarze zawodowym niczego stałego. Jakie wnioski powinni z tego wysnuć rodzice nastolatków?
Że nikt nie wie, co przyniesie przyszłość i jakie zawody będą wtedy potrzebne, a jakie znikną z rynku. Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek” przekonuje, że warto inwestować w rozwijanie podstawowych umiejętności, które nazywa „4K”.

Od czego to skrót?
Komunikacja, kooperacja oraz kreatywne i krytyczne myślenie. W przyszłości kluczowe będą też zdolność do samokształtowania siebie, konsekwentnego rozwoju osobistego oraz umiejętność wymyślania planu na siebie, także pod względem zawodowym.

A jak młodych uczyć tego „wymyślania siebie”?
By młodzi mogli się tego wszystkiego nauczyć, muszą mieć jak najwięcej czasu i przestrzeni dla siebie. Obecnie czasach to jedna z najtrudniejszych rzeczy do zrobienia, ale według mnie rodzice powinni przede wszystkim odpuścić sobie bycie idealnymi rodzicami i pozwolić dzieciom prowadzić ich własne życie.

Dziś niemal wszyscy rodzice przyszłych studentów chcą, żeby ich dzieci wybrały kierunki studiów związane z IT, ostatecznie grami komputerowymi. Czy to mas sens?
Ma to sens w przypadku osób, dla których IT i gry komputerowe są ważne w życiu. Z drugiej strony obawiam się, że dla wielu z nich – zwłaszcza tych bardzo zaawansowanych – studia mogą się okazać rozczarowaniem. Natomiast nie ma to sensu w przypadku osób, które zupełnie się tym nie interesują. Jeśli nastolatek kocha pisać, niech przyjdzie do nas na sztukę pisania na Uniwersytecie Śląskim. Jeśli chce walczyć o prawa zwierząt w przyszłości, niech zdaje na prawo. Jeśli kocha malować, niech wybierze Akademię Sztuk Pięknych, a jeśli fascynuje go biologia – biologię.

Niech każdy robi to, co jest mu bliskie i do czego czuje się stworzony, a nie studiuje to, co „powinno się” studiować. Wtedy naprawdę będziemy mieli lepszy świat i szczęśliwszych ludzi. Według mnie to jest bardzo proste i w sumie zastanawiam się, jakim cudem możemy o tym dalej dyskutować.

Czy naprawdę warto zachęcać dziecko, żeby było pisarzem, aktorem czy filozofem? Życie online sprawiło, że zaczynamy myśleć, że sztuka to grafika komputerowa, a koncertem jest transmisja z czyjejś kuchni. Szybko zgubiliśmy potrzeby kulturalne.
Nie wiem, czy to zły czas dla poetów i filozofów – sam jestem m.in. magistrem filozofii i nie jest mi z tym źle, a nawet całkiem mi to pomaga. A co do potrzeb kulturalnych, mam wrażenie, że oglądamy, słuchamy i czytamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To też kwestia wymyślenia niektórych rzeczy na nowo, otwierania się nowych przestrzeni. Różne instytucje proponują rozwiązania, o których do tej pory pewnie nie myślały. Ostatnio widziałem billboard Opery Śląskiej, która zaczęła oferować usługę VOD.

Pamiętajmy, że koniec jest zawsze nowym początkiem. Dlaczego nie pomyśleć o potencjale aktorstwa na YouTubie czy TikToku? Judi Dench w czasie lockdownu zaczęła tworzyć viralowe nagrania na TikToku ze swoim wnukiem. Myślę, że to też może być nowe otwarcie dla kultury i sztuki, czego chyba coraz bardziej potrzebowaliśmy w ostatnich latach.

Mikołaj Marcela, dr nauki humanistycznych, nauczyciel akademicki, współautor i współkoordynator kierunku sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim. Pisarz i autor tekstów piosenek.