Czym jest dla mężczyzny jego męskość?

Męska seksualność, a czasem i całe życie, kręci się wokół jednego organu. Niestety, ta relacja często jest obciążona niezadowoleniem, oczekiwaniami i presją. Penis potrafi dawać dużo przyjemności, ale rozkosz można także osiągnąć bez jego udziału. Jak przekonują psycholodzy i seksuolodzy, w seksie – wbrew pozorom – najważniejszy jest mózg

Pewnie nie byłoby tego artykułu, gdyby nie Tom Hickman i jego książka „Boskie przyrodzenie. Historia penisa”. Bo temat, owszem, fascynujący, ale jak tu zaproponować go poważnej redakcji (i poważnym czytelnikom), żeby nie wyjść na prześmiewcę albo osobę perwersyjną. A że angielski publicysta napisał całkiem poważne kompendium o fallusie, które ukazało się również w Polsce (wyd. Czarne), uznałam, że chyba można. Zwłaszcza po przeczytaniu takich zdań: „Penis nie jest tylko częścią ciała – jest determinantem tożsamości i zachowania. Może wznieść mężczyznę na wyżyny albo zrzucić go w głęboką przepaść”.

Jak Batman i Robin

Czy świat mężczyzny naprawdę kręci się wokół penisa? I czy prawdziwy jest pogląd, głoszony przez Freuda, że kobiety zazdroszczą panom tej niezwykle ruchliwej części ciała, która często żyje własnym życiem? Tom Hickman potwierdza: pod wieloma względami posiadanie członka ogranicza mężczyznom widzenie świata. Już od dzieciństwa uważają go za centrum rozrywki dla siebie i innych. Wygląda na to, że już w momencie narodzin są w bliskim związku, tworzą nieodłączną parę. On i jego alter ego – dla Hickmana są jak Batman i Robin. Ów on – jak podkreśla Hickman – występuje w niezliczonych rozmiarach, kształtach i kolorach. Autor opisuje je z lubością i lansuje pogląd, że penisy są tak różne jak twarze. Że obdarzone są osobowością. Nic dziwnego, że ludzie nadają im od dawna męskie imiona. W niektórych krajach (Indie, Tybet) długą tradycję ma genitologia, czyli sztuka wróżenia z genitaliów. O dziwo, przepowiednie te nie są zbyt życzliwe wobec mężczyzn hojnie obdarzonych przez naturę. Gwarantem bogactwa na przykład jest członek, którego długość nie przekracza szerokości sześciu złączonych palców.

Przedmiot kultu i czci

Przez długie wieki mężczyźni żyli w przekonaniu o swojej wyższości nad kobietami, co znalazło odzwierciedlenie w admiracji penisa. Wzwiedziony, dumny, rządził niemal wszędzie – ciosany w kamieniu, odlewany z żelaza. Zdaniem historyka Alaina Daniélou trudno znaleźć religię wolną od kultu fallusa, dotyczy to także naszego, zachodniego, kręgu kulturowego. Po II wojnie światowej, kiedy historyk sztuki Geoffrey Webb badał uszkodzone podczas bombardowań angielskie kościoły, w 90 proc. z nich znalazł figurki penisa, które miały chronić przed epidemią. Podobno jeszcze w średniowieczu księża sugerowali wiernym z problemami seksualnymi odwiedzenie fallicznego głazu. Większość podobnych praktyk udało się Kościołowi wyplenić, ale przecież symbole przetrwały. Choćby minarety, wieże czy kopuły wieńczące świątynie. W książce Hickmana pojawia się też wątek polski. Bo to z Polski pochodziły modne w XV wieku ciżmy – buty o wydłużonych noskach, które mężczyźni (wypychając i modelując) wydłużali jeszcze bardziej. Takimi sterczącymi czubkami kusili przechodzące ulicami kobiety.

Ciżmy przeminęły, Kościół uporał się z praktykami fallicznymi, ale na początku XX wieku pojawiła się psychoanaliza. Zygmunt Freud znów postawił członek na piedestale, stwierdzając, że kobiety są o niego zazdrosne – w porównaniu z męskim narządem ich organy wydają im się rzekomo „małe i niepozorne”. Według Freuda kobieca zazdrość ustępuje, kiedy pragnienie posiadania penisa ewoluuje w pragnienie mężczyzny. W „Objaśnianiu marzeń sennych” psychoanalityk podaje długą listę symboli fallicznych. Nie zabrakło na niej krawatów, ale też balonów i maszyn latających – jako że wznoszą się wbrew prawom grawitacji.

Co na to kobiety? Jedne, jak artystka Betty Dodson, tworzą z zachwytem rysunki męskich narządów, inne wyrażają się o nich z niesmakiem (Sylvia Plath pisze o „szyi starego indyka”) czy uważają za śmieszne. Niezależnie od tego skłonne są okazywać im czułość, jeśli kochają partnera. Z badań wynika, że zakochane kobiety postrzegają członek kochanka jako większy niż w rzeczywistości. Jeśli jednak związek zakończy się urazą, skłonne są go „umniejszać”.

Długi jak nazwisko

No właśnie: kwestia wielkości. Temat niby zgrany, ale w tym kontekście nie sposób go pominąć. Mniejsza o liczby, chodzi o obsesję, jaką mężczyźni mają na tym punkcie. Niepokój o centymetry zdaje się być zakorzeniony w męskim umyśle i potrafi towarzyszyć panom niemal przez całe życie. Jak twierdzi Hickman, niemal w każdej epoce i kulturze mężczyźni próbowali wpłynąć na rozmiary swojego przyrodzenia, korzystając z ciężarków i innych urządzeń. Również dziś mają do dyspozycji gumki rozciągające, pierścienie, sprężyny, belki, nie wspominając o bardziej wymyślnych sposobach, jak wstrzykiwanie wazeliny czy parafiny albo użycie wysokociśnieniowej smarownicy pneumatycznej. Od lat 90. XX wieku do tego biznesu włączyła się chirurgia plastyczna.

Być może słyszałeś o zaburzeniu psychologicznym (częstym wśród kulturystów) zwanym dysmorfią mięśniową. Dotknięta nim osoba ma poczucie posiadania niewystarczającej masy mięśniowej. Zdaniem amerykańskich badaczy Williama Mastera i Virginii Johnson mężczyźni mają takie napady dysmorfii dotyczącej penisa. Można im wtedy wiele wmówić: na przykład, że 40-centymetrowy członek bohatera filmu „Boogie Nights” nie jest z lateksu. Trochę na fali tej paranoi agencja reklamowa z Tel Awiwu zaprojektowała w 1994 roku plakat z hasłem: „Z badań wynika, że agresywni kierowcy mają małe penisy”.

Dla ścisłości: przyjmuje się, że jeden mężczyzna na sto ma członek mniejszy niż sześć centymetrów (określany przez medycynę jako mikropenis). Zwykle wywołuje to „uczucie niedopasowania, a nawet głębokiej rozpaczy”, jak pisze Hickman. Tylko nieliczni jak Franz Kafka, Salvador Dalí czy Enrique Iglesias – pozwolili sobie na publiczne komentarze na temat swoich niedoborów (przy tym ten ostatni wycofał się z „żartu”). Co innego, jeśli rozmiary należą do tzw. słusznych, jak w przypadku Rasputina, którego penis jest główną atrakcją Muzeum Erotyki w Petersburgu. Charlie Chaplin (ponoć nie bez powodu) nazywał swój członek „ósmym cudem świata”, a podobno organ Rudolfa Valentino był tak długi jak pełne nazwisko aktora: Rodolfo Alfonso Raffaello Pierre Filibert Guglielmi di Valentina d’Antonguella.

Organ seksualny

Choć tylko niektórzy panowie mogą się pochwalić imponującym wzwodem, to dla wszystkich, jeśli wierzyć Hickmanowi, jest on jak „lwia grzywa, ogon pawia, źródło tożsamości, psychologiczne i fizyczne centrum istnienia”. To „cud inżynierii hydraulicznej”, przemiana gąsienicy w motyla. Tak naprawdę mężczyźni nie mieliby nic przeciwko temu, żeby kobiety na widok tego cudu odczuwały strach…
Tymczasem to sami mają mnóstwo frustracji i lęków związanych z penisem. Choćby takich, czy w kluczowym momencie dojdzie do rzeczonego cudu. W tej kwestii gotowi są zrobić naprawdę wiele, sięgając niejednokrotnie po absurdalne (i niebezpieczne) rozwiązania. Również ryzykując priapizm – przedłużający się i bolesny wzwód. Ale nie tylko rozmiar i dysfunkcje erekcji są przedmiotem ich zmartwień.

Męski penis jest bardzo kruchy (nie to, co u innych ssaków, wyposażonych w osłonę). Delikatne części mężczyzny są wyeksponowane, narażone na uszkodzenia. Co więcej, całkiem nierzadko do takich uszkodzeń (niezwykle bolesnych!) dochodzi – w trakcie uprawiania sportu czy seksu. Mężczyźni noszą w sobie lęk przed kastracją, która przez wieki praktykowana była na jeńcach wojennych czy zdrajcach, ale też przed skutkami długo tępionej masturbacji i nocnych polucji. To wszystko wciąż pracuje
w zbiorowej świadomości: strach przed gusłami, przed nagłym zniknięciem członka albo jego „kradzieżą” (spłonęła z tego powodu niejedna czarownica).

Dlatego wielu seksuologów i psychologów zachęca mężczyzn, by zmodyfikowali swoje podejście do tej części ciała, a często do seksu w ogóle, zrezygnowali z wyznaczania sobie spektakularnych zadań, zbierania laurów. We Włoszech, gdzie temat seksu i męskości jest nieustannie na pierwszym planie, coraz więcej mężczyzn cierpi na syndrom zwany l’ansia da prestazione („niepokój o wyczyn”). Jeśli akt seksualny traktowany jest jako wyczyn, nietrudno przewidzieć konsekwencje.

Psycholog i psychoterapeuta poznawczo-behawioralny Pierpaolo Casto specjalizujący się w terapii stanów lękowych, nie ma wątpliwości: w większości przypadków problemy seksualne mają podłoże emocjonalne albo psychologiczne. „Im bardziej mężczyzna niepokoi się o swoje wyczyny, tym większe prawdopodobieństwo, że rzecz zakończy się niepowodzeniem. Tak działa samospełniające się proroctwo”. Casto podkreśla, że najważniejszym organem seksualnym nie są bynajmniej genitalia, a mózg – to on decyduje o jakości i sile podniecenia. Może albo bardzo pomóc, albo bardzo zaszkodzić. „Mężczyzna zaniepokojony tym, czy stanie na wysokości zadania, koncentruje się bardziej na aspekcie mechanicznym stosunku niż na przyjemności, zmysłach. To tak jakby obserwował siebie z zewnątrz, przeżywał akt seksualny jako widz, nie uczestnik. Zwraca większą uwagę na to, co i jak robi, niż na to, co czuje w danej chwili. A seks najpiękniejszy jest wtedy, kiedy przestajemy myśleć, a zaczynamy odczuwać, pozwalamy sobie na namiętność”. Ważne, by mężczyzna zrozumiał, że seks to nie tylko penetracja i nie tylko czysta fizyczność. Trudno o udane pożycie, jeśli w związku brakuje bliskości. Kiedy zaczynamy ją budować, krok po kroku (nawet rezygnując na jakiś czas ze stosunków),
pewne rzeczy przychodzą same.

Co jeszcze zaleca się mężczyznom na tremę przed występem?

  • Zrezygnować z dążenia do wydumanych „ideałów” (zwłaszcza jeśli punktem odniesienia jest pornografia).
  • Nie myśleć o minionych sytuacjach, niezależnie od tego, czy chodzi o takie, w których poszło coś „nie tak”, czy o spektakularne wyczyny.
  • Rozluźnić się. Przestać traktować łóżko jak salę egzaminacyjną.
  • Zamiast myśleć o mechanice, przenieść uwagę na partnerkę, cieszyć się jej obecnością.
  • Komunikować, sygnalizować, rozmawiać. Dzielić się swoimi odczuciami, wątpliwościami.
  • Nauczyć się rozpoznawać sabotujące myśli i je ignorować. Pracować nad zaufaniem do siebie, nad poczuciem wartości (i nie uzależniać jej od przyznawanej samemu sobie punktacji).
  • Jeśli trzeba, zmienić styl życia, zasięgnąć rady specjalisty.

Oczywiście, kobieta też musi być uważna, świadoma lęków partnera – wszelkie żarty na temat męskiego przyrodzenia czy zdrobnienia surowo zabronione! Nie musi się nim zachwycać, ważne, by traktowała go poważnie i z czułością.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »