1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Kiedy dziecko odnajduje nowych rodziców

Kiedy dziecko odnajduje nowych rodziców

123rf.com
123rf.com
Dziecko z zaburzeniami RAD potrafi zmienić spokojną rodzinę w pole walki. Chociaż to nie rodzice adopcyjni ponoszą odpowiedzialność za problemy dzieci, to jednak te, które doświadczyły zaniedbania, obwiniają swoją nową rodzinę.

Staje się ona celem ataków zranionego dziecka, które, nie mając szansy na wyrażenie swojego żalu do biologicznej matki, przenosi go na najbliższych opiekunów. Takie dzieci potrafią winić rodziców adopcyjnych za spowodowanie ich gniewu, a zabawki za to, że np. się psują.

Pojawienie się adoptowanego dziecka w rodzinie, gdzie są już inne dzieci, może zaburzyć rodzinną harmonię i rodzeństwo musi być odpowiednio wcześniej przygotowane na różne ewentualności, jakie mogą się pojawiać z powodu nowego członka rodziny, łącznie z opracowaniem hasła oznaczającego telefon na policję.

Na forach internetowych dla rodziców adopcyjnych temat zaburzonych więzi pojawia się coraz częściej. W 2008 r. na popularnym wśród rodziców adopcyjnych portalu nasz-bocian.pl pojawił się pierwszy post zaniepokojonego ojca: „Zajmując się osieroconymi dziećmi, zauważyliśmy, że ich wychowanie jest o wiele bardziej skomplikowane niż opieka nad dziećmi biologicznym. Praktycznie z pierwszymi dziećmi nam się nie udało, później się okazało, że jedno dziecko miało FAS [Alkoholowy Zespół Płodowy], a kolejne dwie siostry miały wiele problemów wynikających z zerwania więzi ze swoją mamą biologiczną”.

Rodzice adoptowanych dzieci zaczęli organizować spotkania poświęcone temu problemowi, w 2010 r. pojawiła się  nawet publikacja wydana z ich inicjatywy pt: „Wychowanie zranionego dziecka” [Gregory C. Keck, Regina M. Kupecky, Wychowanie zranionego dziecka. Pomoc rodzinom adopcyjnym w zdrowieniu i rozwoju, tłumaczenie: Ludomiła Olejnik i Elżbieta Raciniewska, Warszawa, 2010]. Jest to amerykański poradnik dla rodziców dzieci dotkniętych RAD, zawierający wiele pożytecznych wskazówek dotyczących zranionych dzieci.

Dziecko zranione rani innych

Podstawowym problemem, z którym trudno rodzicom adopcyjnym się pogodzić, jest odrzucanie przez  przyjęte dzieci  ich miłości i opieki. Autorzy  książki  Gregory C. Keck i Regina M. Kupecky odpowiadają, że przyczyną tego problemu jest to, iż te dzieci bardzo wcześnie nauczyły się nikomu nie ufać, bo ci, których się kocha – odchodzą, a ci, którzy powinni się nimi opiekować – nie robią tego. Skoro rodzice biologiczni, którzy powinni je kochać, wyrządzali im krzywdę, to nie są warci zaufania. Dzieci te odrzucają opiekę nowych rodziców, bo boją się ponownego cierpienia. „Myślą, że jeśli nie będą ich kochały, to porzucenie, zaniedbanie i znęcanie się nie będą tak bardzo bolały” (Keck, Kupecky, 2010 str. 66). Prowokują swoich nowych rodziców do odrzucania ich, nie chcą dać się kontrolować, bo nauczyły się, że może to być dla nich bardzo niebezpieczne.  Autorzy na podstawie swojej długoletniej pracy z rodzinami adopcyjnymi zaobserwowali, że dzieci mogą objawiać te cechy nawet po kilku latach od zamieszkania z rodzicami adopcyjnymi.

Są dzieci, które doświadczyły tak mocnej traumy, że staje im się wszystko jedno, czy ranią innych, ponieważ są do cierpienia przyzwyczajone. Takie dziecko potrafi z zadziwiającym okrucieństwem okaleczać, bić, a nawet zabijać zwierzęta, okaleczać się, wzniecać pożar, a  jeśli było wykorzystywane seksualnie – powtarzać te same zachowania w stosunku do przyrodniego rodzeństwa, a nawet zwierząt. Częstym dzieci z bolesną traumą mają problemy z wydalaniem – potrafią rozmazywać odchody, piją wodę z WC – prawdopodobnie w ten sposób próbują odtwarzać „zapach z dzieciństwa”, jeśli np. na skutek zaniedbania tkwiły w swoich odchodach cały dzień.

Dzieci, które doświadczały zaniedbywania, znęcania się i porzucenia uczą się żyć w permanentnym zagrożeniu, są czujne, kontrolują stale otoczenie, bo wiedzą, że od tego zależy ich szansa na przetrwanie. Uczą się polegać tylko na sobie. Obce jest im doświadczenie bycia cenionym, bezpiecznym i konstruktywnie wychowywanym. Nie potrafią przepraszać, spodziewają się, że w każdej chwili ktoś je może zranić.  Jeśli znajdą się w nowym, przyjaznym środowisku  poddają się złudzeniu, że są silne i nie boją się niczego. Nie mają rozwiniętego systemu własnej wartości umożliwiającego osądzania siebie i innych. Patrzą na świat oczami małego dziecka, wszystko jest czarno – białe: albo bardzo dobre, albo bardzo złe.

Wychowywanie zranionego dziecka

Rodzicom adopcyjnym będzie łatwiej zmierzyć się z tymi wyzwaniami, gdy będą pamiętać - jeśli dziecko przebywało w placówce opiekuńczej - aby od każdych trzech miesięcy kalendarzowych życia dziecka odejmować jeden miesiąc rozwojowy. W książce podane są przykłady nastolatków, które potrzebują przytulania i opieki takiej jak niemowlęta. Ponieważ w ich wczesnym dzieciństwie tego zabrakło, potrzebują nadrobić tę lukę. Bez względu na to, jak dziwne może się to wydawać i niestosowne do ich wieku, okazuje się, że pozwolenie dziecku na takie zachowania jest dla niego leczące. Spełnienie niezaspokojonych potrzeb z wczesnego okresu życia pozwala dziecku dorosnąć do swojego wieku kalendarzowego.

Ważną uwagą w książce „Wychowywanie zranionego dziecka” jest to, że dzieci z zaburzonymi więziami inaczej reagują na system kar i nagród niż dzieci prawidłowo przywiązane. Przykładowo pochwały nie działają na nie tak motywująco, jak na dzieci zdrowe.

Jeśli dziecko z RAD  za karę zostanie pozbawione jakiejś rzeczy, nie zrobi to na nim wrażenia, gdyż nie raz przeżywało zabieranie z domu bez swoich ubrań i zabawek. Podobnie okazywanie złości w tym przypadku nie będzie miało znaczenia, ono i tak jest w środku rozzłoszczone i lubi doprowadzać innych do stanu, w jakim się samo znajduje.

Jeśli rodzice adopcyjni będą potrafili opanowywać frustracje i złość, lepiej będą mogli pomóc swemu dziecku. Autorzy książki zalecają spędzanie ze zranionym dzieckiem jak najwięcej czasu, a jeśli musi ono ponieść karę za złe zachowanie, to najbardziej wychowawczą metodą w jego przypadku będzie wspólne działanie z rodzicem, np. sprzątanie domu czy mycie samochodu, zamiast pozostawianie go samego. Rodzice powinni pamiętać, że dziecko samo chce kontrolować sytuację, stąd nie ma sensu walka z jego kłamstwem czy dziwnymi przyzwyczajeniami. Ważny tu jest dystans rodziców, ich poczucie humoru i elastyczność, bo zaakceptowanie nietypowych czy niewłaściwych zachowań dziecka (jeśli nie narażają nikogo na niebezpieczeństwo), a nawet zachęcanie do ich robienia postawi dziecko w nowej dla niego sytuacji – że robi coś zgodnie z oczekiwaniami rodziców.

Praca nad wzmacnianiem więzi

Wzmacnianie więzi ze zranionym dzieckiem nie może się udać bez kontaktu wzrokowego. Z początku wydaje się to niemożliwe, ale upór rodzica, np. niereagowanie na słowa dziecka, dopóki nie spojrzy w oczy, przynosi z czasem dobre efekty. Również olbrzymie znaczenie będą miały drobne gesty: otulanie kocem, kiedy jest zimno, miła rozmowa po kąpieli, kiedy jest zrelaksowane – dają one poczucie ciepła. Powtarzając dotykanie dziecka czy masując je, czy przez tzw. „holding therapy” (terapię trzymaniem dziecka) uczy się zranione dziecko zaufania do opiekuna. Ważny jest też zapach, np. posmarowanie tym samym olejkiem dziecka i siebie i mówienie o wspólnym zapachu wzmacnia więzi.

Starszym dzieciom pomaga wyznaczanie granic, ograniczane swobody, nawet jeśli ich rówieśnicy mają jej coraz więcej. Chodzi tu o nadrobienie braku zainteresowania dzieckiem w biologicznej rodzinie. Granice pomagają uleczyć rany – „jak ściśnięcie kości sprawia, że na nowo się zrastają”.

Szukanie pomocy na zewnątrz

Rodzice adopcyjni powinni pamiętać, że nie są w stanie dziecka zmienić, mogą mu jedynie pomóc w zmianie. Ostatecznie to dziecko samo podejmuje decyzję, czy chce się zmienić, czy nie. Czasem odpowiednio dobrana terapia, a nawet leczenie farmakologiczne daje szansę na odzyskanie przez dziecko równowagi.

Sami rodzice adopcyjni również potrzebują wsparcia, aby móc przejść przez najtrudniejszy etap adopcji. Zdaniem psychologa, Agaty Łukaszewicz, po adopcji może być tak, że pierwszy okres jest bardzo trudny, ale czasem trudno zaczyna być dopiero po kilku latach, kiedy dziecko zaczyna uświadamiać sobie doznane wcześniej krzywdy i przeżywać trudne emocje.

Ważne, żeby pamiętać, że w procesie adopcyjnym to nie dziecko jest dla rodziców, ale rodzice dla dziecka. Praca ze zranionym dzieckiem potrafi przynieść rodzicom wiele satysfakcji, kiedy mogą obserwować przemianę swojego dziecka z kłującego kaktusa w rozkwitającą roślinkę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rozwód - co zrobić, żeby dziecko nie stało się jego ofiarą?

Rozstanie rodziców jest dla psychiki dziecka dużym obciążeniem, dlatego ważne, żeby nie zatruwać go dodatkowo swoimi emocjami. (Ilustracja Getty Images))
Rozstanie rodziców jest dla psychiki dziecka dużym obciążeniem, dlatego ważne, żeby nie zatruwać go dodatkowo swoimi emocjami. (Ilustracja Getty Images))
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Decyzja zapadła – rozwodzicie się. Jak o tym rozmawiać z dzieckiem? Jak je wspierać? Jak zrobić mu możliwie najmniejszą krzywdę?

Przez wiele lat mówiło się o tym, jak destrukcyjne skutki dla psychiki dziecka wywołuje rozwód. Były to czasy, gdy jako społeczeństwo stosowaliśmy tę metodę, by odstraszyć ludzi od rozwodu. Dla dobra dziecka i w obawie przed destrukcyjną traumą psychiczną wiele rodzin przeżyło kryzys i nie zdecydowało się na roz-stanie. Dziś, gdy dorosły dwa pokolenia dzieci z rozbitych rodzin, wiemy już, że sam rozwód nie przynosi tak wielkich strat w psychice dziecka jak to, co w tej sytuacji potrafią zrobić swoim pociechom rodzice. Pierwsza pomoc dla dziecka, gdy musicie się rozstać, to nieobarczanie go nadmiernie tą sytuacją.

Nie zrób dziecku krzywdy „dla jego dobra”

Rozwód, zwłaszcza dla matki, jest bardzo obciążający. Obarczasz się winą za to, że nie stworzysz swojemu dziecku pełnej rodziny. To prawda. Nie stworzysz, ale najgorsze, co możesz zrobić, to dla wynagrodzenia „krzywdy” zrobić mu inną, znacznie gorszą – nadmiernie je wspierać.

Dzieci podczas rozwodu często zachowują się nieznośnie. Uważamy, że to dlatego, że są rozbite emocjonal-nie, sfrustrowane, odebrano im poczucie bezpieczeństwa, muszą więc odreagować gniew i poczucie winy. Na pewno tak, ale inną ważną przyczyną jest nadmierne nimi zainteresowanie. Dorośli „wiszą” na swoich dzie-ciach, bo one im zostały. To nie dziecko, ale dorosły ma ogromną potrzebę nieustannego bycia blisko, rozmów, zwierzania się, zapewniania, że bardzo dziecko kocha. Dzieci są przeciążane potrzebami emocjonalnymi dorosłych; natychmiast orientują się, że teraz nagle wszystko im wolno, mogą zażyczyć sobie czego tylko chcą i zachowywać się jak im się podoba. Zachowania pozytywne, które mają z założenia neutralizować skutki rozwodu, często przynoszą znacznie gorsze konsekwencje – podczas rozwodu dziecko uczy się czerpać z tej sytuacji rozmaite korzyści. Dlatego najważniejsze, co możesz zrobić dla swojego dziecka, to nie demonizować skutków rozwodu.

Zastanów się: co i jak mu powiedzieć?

Po pierwsze, nigdy nie realizuj rad w rodzaju „musisz z nim przeprowadzić poważną rozmowę”. To tobie taka rozmowa jest potrzebna, a nie dziecku. Jeśli posadzisz kilkuletnie czy nawet nastoletnie dziecko przy stole, wyłączysz komórkę i zarezerwujesz sobie dwie godziny (albo więcej), to pokażesz mu, że stało się coś najstraszniejszego.

Zamiast prowadzić poważne rozmowy, po prostu nie okłamuj dziecka
. Odpowiadaj na pytania. Podążaj za pytaniami. Mów prawdę, ale zwyczajnie – tak jak informujesz je o innych sprawach.

Nie używaj słowa „rozwód”, bo gdy je wymawiasz, twarz ci tężeje, a głos drży. Natychmiast przekażesz więc dziecku, że rozwód to coś tragicznego. Zamiast tego powiedz: tak się czasem zdarza, że tata i mama mieszkają osobno. „Tak się czasem zdarza” – to dobra, nieobciążająca dziecka poczuciem winy forma rozmowy o rozwodzie.

Jak myślisz, czym martwi się twoje dziecko?

Konkretami. Na swoim poziomie wiekowym dziecko zawsze martwi się o swoje własne sprawy, na przykład:
  • Czy to moja wina? Czy to przeze mnie?
  • Gdzie ja teraz będę mieszkać?
  • Czy teraz tata już mnie nie kocha?
  • Kto będzie odbierał mnie z przedszkola? A jak będę chciał iść do Antka, to kto mnie zawiezie?
  • Czy babcia o tym wie?
  • Nastolatka zmartwi, czy teraz pogorszy się sytuacja finansowa i czy straci kontakt z drugim rodzicem.
Dziecko to odrębny człowiek z odrębnymi lękami. Nie mów mu więc, czym ma się zamartwiać, pozwól na jego własne obawy.

Odpowiadaj normalnie na pytania

Czy tatuś już mnie nie kocha? Takie pytanie dziecka stwarza ci fantastyczną okazję do wylania z siebie całej frustracji. Jesteś jednak dorosła, więc jak dorosła osoba mówisz: „No, coś ty! Jasne, że cię kocha”. Błędem są łzy w oczach i deklaracja: „Kochanie, tatuś bardzo cię kocha i nigdy nie przestanie”. Twoje dziecko od razu wyczuje minorowy ton i zrozumie, że coś jest nie tak, skoro mówisz to aż tak poważnie. Dlatego o rozwodzie rozmawiajmy jak o wszystkich innych sprawach.

Zminimalizuj skutki

Traumą nie jest sam rozwód, rozejście się rodziców, tylko to, co z tą sytuacją zrobią jego rodzice, dziadkowie, ciocia i inni zaangażowani emocjonalnie w sprawę dorośli. Dlatego z wielkim dystansem czytaj rady dotyczące traktowania dziecka w tym czasie i „przeprowadzania go przez wasz rozwód”. Jesteś rozedrgana emocjonalnie i łatwo popadasz w przesadę.

Kontakt fizyczny, o którym na pewno już czytałaś, jest w tym okresie ważny, ale on też nie może być przesadny.
Dość często mamy robią projekcje swoich emocji i potrzeb, również w obszarze kontaktu fizycznego. Kontakt fizyczny tak, ale bez nadmiaru i nie w postaci pełnego smutku i rozpaczy tulenia dziecka do siebie, kołysania w ramionach przy każdej okazji. Wręcz przeciwnie – dziecko potrzebuje teraz optymizmu, radości, wygłupów, łaskotek, śpiewów i dynamicznych zabaw, żeby mieć jak odreagować gęstą atmosferę i przekonać się, że nie będziesz smutna do końca życia.

Zadbaj o zmęczenie fizyczne
– skupianie się tylko na potrzebach emocjonalnych dziecka jest wielkim błędem. Dzieci potrzebują ruchu, solidnego zmęczenia, spocenia się, wyżycia. Wbrew twoim potrzebom powinnaś zadbać, żeby twoje dziecko miało się z kim i gdzie wyszaleć. W okresie rozwodu dzieci mają problemy z zasypianiem – między innymi dlatego, że najczęściej nie bywają zmęczone.

Otwórz się na nowe możliwości
(inni ludzie, nowe zajęcia) – nie zamykaj się z dzieckiem w domu lub w kręgu twoich rodziców i znajomych, którzy są „po twojej stronie”. Daj mu odetchnąć od twojego problemu.

Zdjęcie taty postaw w jego pokoju
, będzie to jednoznaczny sygnał, że wolno mu nadal go kochać. Pamiętaj, że dziecko ma potrzebę kochania obojga rodziców. Ty mu nie wystarczysz.

Warto wspomóc się bajką terapeutyczną
– pokazać inne dzieci, które nie mieszkają z obojgiem rodziców. Taka bajka przyda się także tobie.

Nie ulegaj toksycznym pokusom

Jakie pokusy są surowo zabronione?

1. Zadręczanie się poczuciem winy, że rozbijając rodzinę, zniszczyłaś własnemu dziecku dzieciństwo. Nic podobnego, ale zniszczysz je, jeśli będziesz tak myśleć. Nie demonizuj skutków rozwodu. 2. Chęć kompensacji „utraty kontaktu z ojcem” za pomocą spędzania z dzieckiem całego swojego wolnego czasu. Nie zbliżaj się nadmiernie z dzieckiem, bo robisz to dla siebie, a nie dla niego. 3. Folgowanie mu we wszystkim
, żeby przestało czuć się gorsze. Ono się nie czuje gorsze. To twoje myślenie. Nie rozpieszczaj i nie spełniaj wszystkich jego zachcianek, tylko dlatego, że się rozwodzicie.

  1. Psychologia

Pojednanie. Dlaczego tak trudno jest wybaczyć?

Wybaczenie to często długi proces, szczególnie, gdy chcemy wybaczyć bliskim osobom. (fot. iStock)
Wybaczenie to często długi proces, szczególnie, gdy chcemy wybaczyć bliskim osobom. (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Jak usiąść do wigilijnego stołu z kimś, kto nas skrzywdził? Tak, to trudne. Ale nie niemożliwe. Trzeba zrobić kilka kroków. Pierwszy to wybaczenie. A żeby wybaczyć, trzeba powiedzieć „przepraszam”. Szczerze.

Najbardziej wstrząsające pojednanie, jakiego byłam świadkiem: 2010 rok, Medytacje Oświęcimskie, organizowane przez Zen Peacemakers i Polską Wspólnotę Pokoju. Biorą w nich udział ludzie z całego świata: żydzi, katolicy, buddyści, muzułmanie. Potomkowie ofiar i katów. Między innymi John, około sześćdziesiątki, amerykański żyd, inżynier, w Auschwitz zginęła cała jego rodzina. I jego rówieśnik Franz, lekarz z Hamburga, którego ojciec służył w wojsku i w obozie. Ostatniego dnia medytacji idziemy wzdłuż torów, którymi transportowano ludzi do gazu. Nagle widzę, jak Franz podbiega do Johna, kładzie mu rękę na ramieniu. Po chwili ręka Johna wędruje na plecy Franza. I tak idą w milczeniu.

Przywołuję ten przykład, bo pokazuje, że pojednanie jest możliwe zawsze, nawet po latach, w obliczu winy przodków.

Joanna Heidtman, psycholożka i socjolożka, zauważa, że pojednanie wywodzi się ze słów „jedność”, „jednia”. Czyli już samo pojęcie sugeruje, że kiedyś była zgoda i harmonia, jakieś „my”, wspólnota, czy to rodzinna, przyjacielska, czy narodowa. Ale potem wydarzyło się coś, co tę jedność rozbiło.

– Fakt, że coś przecięło więzi i teraz mamy je naprawiać czy na nowo budować, oznacza, że musimy zrobić jakiś wysiłek – mówi psycholożka. – To samo w sobie może być trudne. Zarówno wtedy, gdy pojednanie następuje tuż po doznanej krzywdzie, jak i po wydarzeniach bardzo odległych w czasie, na przykład wojennych, kiedy jednają się osoby niemające nic wspólnego z tamtym konfliktem i muszą sięgać do ran niesionych przez pokolenia.

Jak wybaczyć? W bliskiej relacji jest dużo trudniej…

Joanna Heidtman zwraca uwagę na pewien paradoks – że pojednanie jest tym trudniejsze, im silniejsza więź łączy ludzi, choć wydawałoby się, że łatwiej pojednać się z  bliskimi. Skąd ta trudność? Po pierwsze dlatego, że zerwanie mocnych więzi jest bardziej bolesne niż słabych, a po drugie, bo w bliskich związkach kierujemy się zaufaniem, otwieramy się, odkrywamy. Kiedy więc ktoś taki nas zrani, trudno nam się potem na nowo przed nim otworzyć, podejść bliżej, zaufać mu, uwierzyć w jego dobrą intencję. A bez tego przywrócenie więzi i jedności nie jest możliwe.

– Różne komplikacje psychologiczne utrudniają pojednanie – dodaje psycholożka. – Na przykład silna potrzeba wyrównania krzywd. Okazuje się, że mamy w sobie bardzo pierwotne poczucie prosto rozumianej sprawiedliwości, oczekiwanie, że jeżeli ktoś zawinił, to powinien swoje winy odkupić. To proste, jeżeli ktoś zniszczył komuś samochód, wtedy wystarczy zapłacić odszkodowanie i rachunki zostaną wyrównane. Ale bywają winy, których odkupić nie sposób, bo są dziełem przodków albo mają charakter głęboko raniący od strony emocjonalnej.

Samo poczucie krzywdy też jest psychologicznie złożone. Bo zdarza się, że każda ze stron czuje się pokrzywdzona. Albo strona, która zawiniła, zrobiła to nieświadomie, niecelowo. Bywa też tak, że krzywda jest czymś bardzo subiektywnym, czyli jedna strona czuje się poszkodowana, choć druga obiektywnie nic złego nie zrobiła. Jak zauważa Joanna Heidtman, są ludzie, którzy zawsze czują się skrzywdzeni przez innych, którzy ustawiają się w roli ofiary, postrzegają świat jako coś wrogiego, działającego na ich niekorzyść. Takie nastawienie do życia prezentują całe społeczeństwa i narody.

– Jedna z teorii ludzkiego „ja” mówi, że jestem subiektywną opowieścią o sobie samym, pewną narracją na swój temat – wyjaśnia psycholożka. – W tej opowieści możemy być zdobywcami, bohaterami, wyzwolicielami niosącymi pomoc albo ofiarami. I nie chodzi tu o obiektywne wydarzenia, tylko o to, jak są one opowiadane.

Dla takich ludzi pojednanie jawi się jako coś nie do przejścia. Powtarzają: „My jesteśmy w porządku, to inni zawinili”. Tymczasem pojednanie jest aktem dwustronnym, muszą być na to gotowe obie strony. Psychoterapeuci zgodnie podkreślają, że pierwszym krokiem do pojednania jest wybaczenie. Można to zrobić jednostronnie, niezależnie od okoliczności, nawet gdy krzywdziciel nie żyje. A pierwszym krokiem do wybaczenia jest powiedzenie „przepraszam”. Szczerze, prosto z serca. Harriet Lerner, znana amerykańska terapeutka małżeństw, podkreśla, że szczere przeprosiny to najlepsza inwestycja w relacje.

Jaki jest warunek wybaczania?

– Wyjście z sytuacji krzywdzenia, uwolnienie się od tego, kto rani, nieważne, czy przy pomocy innych ludzi, okoliczności, czy samodzielnie – tłumaczy Joanna Heidtman. – Póki tkwimy w środku, trauma jest ciągle żywa, bywa odtwarzana jak katastroficzny film. Mało tego, wtedy dalej jesteśmy w relacji z osobami, które nas skrzywdziły. Natomiast jeśli uda nam się z niej wyjść, na przykład rozwieść się z partnerem stosującym przemoc, wtedy nabieramy do naszej relacji dystansu. A wybaczanie jest możliwe właśnie z dystansu.

To nie krzywda, ale różnica

Czasem ludzie wypierają z pamięci trudne przeżycia. Psycholodzy uważają, że to niedobra strategia. Nasza pamięć nie przypomina taśmy wideo, która nagrywa wydarzenia tak, jak się zdarzają. Wszystko, co wiąże się z interakcjami społecznymi, jest pamiętane poprzez emocje. Już Freud pisał, że wyparte przeżycia mogą wrócić w postaci ciężkiej nerwicy. Dopóki więc nie wybaczymy, nie „puścimy” ich, dopóty będą w nas tkwiły.

– Czasem robię z klientami takie ćwiczenie, że oznaczamy w gabinecie miejsce związane z traumatycznymi wydarzeniami i krok po kroku się od niego oddalamy – mówi psycholożka. – To symboliczny akt dystansowania się od traumy. Żeby jednak wybaczyć, najpierw trzeba zrobić porządek z własnym życiem, zejść do „piwnicy”, do której zepchnęliśmy niezałatwione sprawy, i oświetlić ją latarką.

Psychoterapeuta z Instytutu Psychologii Zdrowia Jerzy Mellibruda pisze w książce „Pułapka nie wybaczonej krzywdy”, że wybaczanie „jest darem od siebie dla siebie”. Pojednanie to coś więcej – to dar dla siebie i dla innych, zamyka trudny etap w życiu, uwalnia od traumatycznych przeżyć, otwiera na nowe relacje, pozwala żyć bez destrukcyjnych emocji. Amerykański psychiatra Theodore Isaac Rubin podkreśla, że pojednanie wpływa na zdrowie psychiczne i zdrowe relacje. „Niezdolność do wybaczania jest źródłem nieustającego cierpienia” – pisze w „Księdze gniewu”. Psycholodzy kliniczni z kolei zwracają uwagę, że życie w nienawiści wpływa niekorzystnie na procesy fizjologiczne zachodzące w naszym organizmie – może być przyczyną wysokiego ciśnienia krwi i poziomu kortyzolu, czyli hormonu stresu, co z kolei wiąże się z ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych, obniżoną odpornością, zaburzeniami pamięci.

Absolutnie nie opłaca się więc zianie nienawiścią. Także przy wigilijnym stole, gdy rozmowa zejdzie na polityczne tory. – Pamiętajmy o jednym: wyrażanie innych poglądów to nie jest krzywdzenie kogoś, to różnienie się – mówi Joanna Heidtman. – Inne poglądy oznaczają, oczywiście, inne decyzje, czasem inne zachowania, ale to – jak mawia moja przyjaciółka – nie zagraża życiu. Nawoływanie do pojednania w sprawie poglądów jest nieprawdziwe, nierozsądne i bezowocne. Bo nie będzie tak, że ja się zgodzę z twoim poglądem, ty z moim i pójdziemy dalej jednym krokiem. Nie pójdziemy. Ale nawet człowiek o skrajnie odmiennych poglądach może być dobry, pomocny. Zdecydujmy zatem, co jest dla nas ważniejsze: czy to, że ktoś jest przyzwoitym człowiekiem, czy nasze poglądy. Relacje czy racje? Jeżeli już mamy o coś apelować, to o wzajemny szacunek.

Złe relacje między rodzeństwem powodują psychiczny dyskomfort u każdej ze stron. Jak wybaczyć, gdy skrzywdził nas ktoś bliski? (Fot. iStock) Złe relacje między rodzeństwem powodują psychiczny dyskomfort u każdej ze stron. Jak wybaczyć, gdy skrzywdził nas ktoś bliski? (Fot. iStock)

Historia siostrzanej relacji:

Tekst archiwalny

Basia ma 19 lat, burzę kruczoczarnych włosów i wyzywający look: mini, dekolt, ostry makijaż. Kasia, o dwa lata młodsza, to typ przebojowej chłopczycy: włosy na zapałkę, bojówki, glany. W tle słynne schody hiszpańskie w Rzymie. Jest czerwiec 1997 roku, tuż po maturze Basi i kilka dni przed jej wyznaniem, które jak granat rozerwało na strzępy ich siostrzaną miłość. 

To ostatnie nasze wspólne zdjęcie. Zrobił je Bartek, wtedy mój chłopak, a teraz jej mąż – mówi Kasia 20 lat później.

Mamy mówić o pojednaniu, ale ona chciałaby zacząć od początku. Czyli od Basi, kim dla niej była przez pierwsze 17 lat jej życia. Starszą siostrą – opoką. Najlepszą przyjaciółką, taką, co to zna najskrytsze tajemnice. A nawet matką i ojcem. Rodzice, od kiedy Kasia pamięta, byli zajęci od świtu do nocy. Najpierw pracą we własnym sklepie, potem także piciem i licznym gronem znajomych. Kasia i Basia od małego trzymały się razem. Razem w domu, na podwórku, na przerwach w szkole. Razem nasłuchiwały, w jakim stanie wracają rodzice.

Taki obrazek: Kasia ma ósme urodziny, obie z Basią wypatrują mamy i taty przez okno. Obiecali, że wrócą wcześniej, z tortem. Robi się ciemno, a ich nie ma. Kasia wisi w oknie i ryczy. Basia włącza więc jej ukochanego Michaela Jacksona, podkręca dźwięk na ful, zakłada mamine buty na obcasach, owija się jej sukienką, maluje usta szminką i tańczy. Kasia wyciera zasmarkany nos, obserwuje siostrę, po chwili do niej dołącza. Szaleją, aż padną ze zmęczenia.

Kasia opowiada jeszcze, jak siostra wkraczała do akcji, gdy działa się jej krzywda, jak usprawiedliwiała ją z nieobecności, nieodrobionych lekcji. Bo Basia to był w ich małej wiejskiej szkole ktoś. Najlepsza w nauce i w sporcie, najładniejsza, podziwiana, lubiana. W liceum kochali się w niej wszyscy chłopcy, ale ona trzymała ich na dystans.

– U mnie było odwrotnie: to ja się bez przerwy zakochiwałam, a oni mnie olewali. A nawet jak któryś mnie podrywał, to Basia tak go podsumowywała, że z miejsca wydawał mi się głupim dupkiem. Tylko Bartka od razu zaakceptowała.

Z Bartkiem zaczęło się w drugiej klasie liceum na wycieczce do Pragi. Banalnie. Był wieczorek pożegnalny, poprosił ją do tańca, potem  przegadali całą noc, na koniec on pocałował ją, a może ona jego. I Kasia odpłynęła. Na całe dwa miesiące. Potem był ich wyjazd we trójkę do Rzymu. Kasia wypłakiwała się siostrze w mankiet, że Bartek chyba ma kogoś, a ona słuchała i milczała. Następnego dnia po powrocie rzuciła krótko: „Sorry, Kaśka, że tak wyszło, zakochałam się w Bartku”. Jeszcze tego samego dnia wyprowadziła się do jego rodziców, po pół roku wyjechali razem do Chicago, do jego rodziny. Mieszkają tam do dziś, mają firmę produkującą okna, dom, dwie córki.

Tamtego dnia Kasi zawalił się świat. – Zostałam zdradzona podwójnie, przez dwoje ukochanych ludzi, przede wszystkim przez siostrę. Czułam się sama jak palec, nie miałam żadnej przyjaciółki, bo do tej pory wszystkich ludzi na świecie zastępowała mi Basia. Nagle pustka. Rodzice już wtedy żyli od jednego alkoholowego ciągu do następnego.

Z tamtego okresu ma dwie pamiątki: blizny na lewej i prawej ręce. Chyba nie chciała jednak umrzeć, bo ją odratowano. Ale nie chciała też żyć. Coraz częściej sięgała po alkohol. Jakimś cudem zdała maturę, wyprowadziła się do Warszawy. Zmieniała prace, mieszkania, mężczyzn. Wierna tylko alkoholowi. I tak przez prawie pięć lat. Rodzice zmarli jedno po drugim trzy lata potem. Z siostrą zero kontaktu. Nie interesowało ją, czy żyje, gdzie mieszka, co robi, czy jest nadal z Bartkiem.

– Żyłam z dnia na dzień, bez celu i sensu. Któregoś dnia obudziłam się na ławce w parku z całym moim dobytkiem, czyli małym plecaczkiem, pod głową. To było to moje dno, na które, jak mawiają spece od uzależnień, trzeba spaść, żeby się zacząć podnosić. Pamiętam, że ptaki śpiewały w tym parku jak szalone, bo to był maj. I tam, na strasznym kacu, przyznałam się przed sobą: „Jestem alkoholiczką”. Tak jak rodzice, których za to nienawidziłam. To był punkt zwrotny – opowiada Kasia. – Wstałam i po raz pierwszy od lat nie poszłam po małpkę, tylko do dawnego kolegi, który rzucił mnie wcześniej z powodu picia, a wtedy przygarnął. Nigdy mu tego nie zapomnę.

No i zaczęła się walka z uzależnieniem. Na spotkaniach Dorosłych Dzieci Alkoholików. Z ciałem, żeby nie odmawiało posłuszeństwa, gdy trzeba wstać do pracy. Z umysłem, żeby znalazł i nazwał sens życia. Udało się. Skończyć studia (resocjalizację), znaleźć pracę w ośrodku dla uzależnionej młodzieży, kupić na kredyt kawalerkę. Nie udało się – choć próbowała wiele razy – zbudować trwałego związku. – Po rozstaniu z kolejnym mężczyzną postanowiłam iść na psychoterapię. W końcu po miesiącach ciężkiej pracy dotarło do mnie, że jeżeli chcę wrócić do normalności, muszę przebaczyć siostrze, Bartkowi, rodzicom. No i sobie. Najłatwiej poszło z wybaczeniem rodzicom. Zrozumiałam, że też mieli ciężkie życie. Obydwoje wcześnie zostali sierotami, taty tata był alkoholikiem. Z Bartkiem też jakoś się udało. Zobaczyłam, że tak naprawdę kochał Basię, a ja miałam tylko ułatwić mu do niej dostęp. Najtrudniejsza do przepracowania jest moja z nią relacja. Już jej wybaczyłam. Ale pojednanie to wciąż niezakończony proces. Na razie regularnie opisujemy sobie to, co wydarzyło się u nas przez te 20 lat. Jeszcze nie miałam odwagi włączyć Skype’a. Ale muszę to zrobić jak najszybciej przed przyjazdem Basi na święta. Bo że przyjedzie, to już postanowione. Boję się i cieszę. Chyba jednak bardziej cieszę.

  1. Psychologia

„Zapobiegaj zamiast żałować” – jak przeciwdziałać samobójstwom dzieci i nastolatków?

- Poczucie własnej wartości jest dla każdego trampoliną do działania. - podkreśla Michał Zawadka, ekspert relacji z młodzieżą. (fot. iStock)
- Poczucie własnej wartości jest dla każdego trampoliną do działania. - podkreśla Michał Zawadka, ekspert relacji z młodzieżą. (fot. iStock)
10 września obchodzimy Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom. Jest to coraz bardziej palący problem, również w Polsce. Warto zwrócić na niego uwagę szczególnie pod kątem dzieci, które częściej niż kiedyś targną się na swoje życie. Wykluczanie, piętnowanie, hejtowanie – to mechanizmy, które zwykle przyczyniają się do tragedii. 

Samoocena polskich nastolatków jest bardzo niska. Coraz więcej z nich cierpi na brak wiary w siebie, w swoje możliwości. Żyją z poczuciem, że są nikomu niepotrzebni. Depresyjne stany trwające miesiącami, a nawet latami w połączeniu z wyzwalaczem, jakim jest szkalowanie ze strony rówieśników (często poprzez media elektroniczne) – prowadzą do porywania się na własne życie.

W statystykach policji z ostatnich lat można znaleźć przerażające dane. Co 47 minut młody człowiek próbuje targnąć się na swoje życie, a 16% dzieciaków, w wieku między 11 a 17 rokiem życia, samookalecza się...

- Znam te wszystkie dane. Czytam o nich regularnie. Regularnie też przypominają mi o tym młodzi. Spotykam się z nimi intensywnie od wielu lat, słucham, czytam tysiące wiadomości, poznaję historie pełne krzyku i życiowego bólu i… to nie jest problem! Obecna sytuacja młodego pokolenia to nie jest problem! Musimy sobie zdać sprawę, że to są konsekwencje – tłumaczy ekspert relacji z młodzieżą Michał Zawadka - Uznając to za problem, zajmujemy się objawami, szukając rozwiązania w zmianie zachowań nastolatków. Natomiast kiedy obecną sytuację potraktujemy jako konsekwencje, będziemy mieli szansę spojrzeć na nią z szerszej perspektywy. Przeanalizujemy co do niej doprowadziło i doprowadza, czego zabrakło, czego było za dużo, co było nieodpowiednie, co zmienić. To jedyna droga do pracy z młodzieżą - zmiana świata, często naszego dorosłego, który wpływa na młodych ludzi. To co musimy zmienić to „społeczne bodźce” zewnętrzne.

Odkąd zacząłem pracować z dziećmi i pisać dla nich książki, praktycznie w każdym tygodniu czytam słowa wyciskające łzy. Nie zawsze są to listy samobójcze, jednak jest ich zatrważająco dużo... Wśród ponad dwóch tysięcy wiadomości 60 do 70 procent to krzyk o uważność. Dlaczego ja o tym czytam, a rodzice nie wiedzą? Ponieważ ja ich słucham, a rodzice w pędzie za pozornym szczęściem swoich dzieci często żyją wyobrażeniami na temat swoich dzieci, a nie wiedzą o nich.

Brak dobrych relacji ze swoim dzieckiem i nieumiejętność ich budowania to temat wielu organizowanych współcześnie konferencji i szkoleń. Dotarliśmy do czasów, w których gonimy wciąż za dobrobytem materialnym i nie starcza nam czasu na załatwienie codziennych spraw. Relacje międzyludzkie i rodzinne stały się tu najsłabszym ogniwem. Chcemy dostosować się do innych i ulegamy społecznej presji. Dzieci też to czują. Odbierają sobie więc prawo do popełniania błędów, do bycia nieidealnym. Żyją w poczuciu winy. Nie znając ich trosk, wyzwań, emocji, przeżyć i marzeń - tracimy je. Jak podkreśla Michał Zawadka: Nie, nie chcę z nich robić delikatnego pokolenia. Wręcz przeciwnie, oddajmy im możliwość doświadczania porażek, uczmy samodzielności zamiast ich wyręczać, a przede wszystkim zauważajmy ich, a nie wyniki. Słuchajmy ich, a nie własnych teorii na ich temat.

Pamiętajmy, dzieci nie wymagają od nas nie wiadomo ile czasu. Za to wymagają naszego stuprocentowego zaangażowania w tym czasie, bycia w danej sytuacji tylko dla nich. Od prezentów lepsza będzie rozmowa od serca, spacer po parku, wspólne kibicowanie ulubionej drużynie, realizowanie się we wspólnej pasji. To te chwile będą szły z naszymi podopiecznymi w dorosłe życie i będą dla nich opoką w kryzysowych momentach.

Uważność rodziców to komunikat dla dzieci, że są dla nich ważne. Na tym przekonaniu, o byciu ważnym, buduje się poczucie własnej wartości, które zdaniem Michała Zawadki jest nieocenione:

Kiedy młody człowiek będzie miał adekwatną samoocenę i akceptację w rodzinie to będzie wiedział:

  • że wartość jest w nim, a nie w opiniach o nim,
  • że nie musi nikogo pytać czy może marzyć,
  • że błąd, czy słaby stopień nie mówi o nim, a o zastosowanej strategii i jest powodem do wyciągnięcia lekcji i rozwoju,
  • że nie musi się wstydzić, że czegoś (jeszcze) nie umie, że czegoś nie ma, że wygląda „jakoś”,
  • że nie musi niczego udowadniać, żeby go akceptowano w grupie, bo nie każdy musi go lubić i to jest ok,
  • że może mieć swoje słabości,
  • że może otwarcie mówić o swoich potrzebach i wyrażać swoje zdanie.
Jedną z rzeczy, która pomoże rodzicom i nauczycielom wspierać i budować adekwatną samoocenę jest „mała - wielka” zmiana myślenia z oceniania na docenianie. Dzięki niej dostrzeżemy wewnętrzne wartości, dobre intencje, pomimo popełnianych błędów i przede wszystkim młodego człowieka, zamiast wynik testu…

Co popycha młodych ludzi do drastycznych rozwiązań?

Zwykliśmy uważać, że próby samobójcze to wynik depresji lub innych chorób psychicznych. Nie jest to jednak prawda. Do prób samobójczych popychają traumatyczne zdarzenia (utrata bliskiej osoby, kalectwo, gwałt, ciążka choroba), a także niski status socjoekonomiczny, albo zażycie substancji psychoaktywnych. Wśród czynników wymienia się też poczucie osamotnienia i brak wsparcia ze strony rodziny. Gdy u wrażliwego, zakompleksionego nastolatka, który czuje się opuszczony, pojawią się dodatkowe problemy, takie jak trudności w kontaktach z rówieśnikami, przemoc z ich strony, czy nawet kłopoty w nauce – może skończyć się różnie. W ostatnich latach kluczową rolę odgrywa tu wirtualna rzeczywistość, która młodym ludziom wymyka się spod kontroli. Pełne nienawiści komentarze zamieszczane w Internecie trafiają w czułe punkty odbiorców. Dzieci, czy młodzież, często nie mają świadomości jakie konsekwencje może wywołać agresja słowna, do jakich dramatów może doprowadzić. Dlatego uczmy nasze dzieci, że słowo może uleczyć lub zabić i należy je wybierać i dobierać mądrze (nie tylko w Internecie)!

Jeśli ktoś zwierza się nam, że myśli o samobójstwie lub sami widzimy sygnały ostrzegawcze płynące z jego zachowania – NIE BÓJMY SIĘ POMAGAĆ. Nie obawiajmy się rozmawiać, pytać i okazywać zainteresowanie problemami. Poświęćmy swój czas i okażmy wsparcie. Słuchajmy bez oceniania, z pełną akceptacją emocji drugiej strony. Poszukajmy też pomocy u osób kompetentnych, takich jak psycholog lub psychiatra oraz w instytucjach pomocowych. Pomagajmy – na szali jest życie drugiego człowieka.

Tekst powstał na podstawie materiałów prasowych, przygotowanych we współpracy z Michałem Zawadką – ekspertem relacji z młodzieżą i autorem bestsellerowych książek z zakresu rozwoju osobistego i społecznego dzieci oraz młodzieży, takich jak „Chcę być kimś” i „Uśmiechologia. Pozytywna strona myślenia”.

  1. Styl Życia

Wioska mądrych kobiet - odwiedziliśmy ośrodek preadopcyjny w Otwocku

Jeśli rodzice przychodzą do dziecka, wspieramy ich. Cuda się zdarzają. (Fot. Wojciech Grzędziński)
Jeśli rodzice przychodzą do dziecka, wspieramy ich. Cuda się zdarzają. (Fot. Wojciech Grzędziński)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Najmłodsze dzieci mają kilka tygodni, najstarsze rok. Niektóre zostały porzucone, inne są chore. Wszystkie potrzebują ciepła. Poczucia bezpieczeństwa. Pozytywnego bagażu, który pozwoli im wejść w życie bez traumy. Kobiety, które pracują w Interwencyjnym Ośrodku Preadopcyjnym w podwarszawskim Otwocku, starają się je w ten bagaż wyposażyć.

Wanda była z mamą w domu samotnej matki, trafiła do szpitala z powodu infekcji i mama więcej nie przyszła. Obok czteromiesięczna Emilka, w sobotę byli u niej rodzice, ale to dziecko z podejrzeniem urazów nieprzypadkowych, z połamanymi żebrami, wstrząsem mózgu – zapis sugerujący, że została pobita. Jareczek, Krzyś, Pawełek – w trakcie regulacji sytuacji prawnej, ciąże w dużej mierze obciążone alkoholem, rodzice niezainteresowani. Oprócz rodziców Krzysia nikt z rodziny nie odwiedza dzieci w tej sali. Opowiada to wszystko Anna Łasińska – specjalistka od pracy socjalnej z rodziną, i tą biologiczną, i adopcyjną – oprowadzając po ośrodku i przedstawiając mi małych mieszkańców. Otwocki IOP, do którego przyjechałam w ten poniedziałkowy poranek, chociaż jest przy szpitalu, nie ma zimnych, aseptycznych sal. Gustownie urządzony w pastelowych kolorach, a w powietrzu unosi się ten jedyny w swoim rodzaju zapach niemowlęcia pomieszany z wonią pielęgnacyjnych kosmetyków. Gdyby nie dramatyczna sytuacja każdego z obecnych tu 18 dzieci w wieku od kilku tygodni do roku i przeszklone ściany, by pielęgniarki mogły doglądać maluchów, można by ulec wrażeniu, że to przytulny żłobek, pełen troskliwych opiekunek. Tymczasem ja, matka dwóch podrośniętych i kochanych dziewczynek, ze ściśniętym żołądkiem i niepokojem w sercu mijam te kolorowe pokoiki i łóżeczka.

– Za tym wszystkim kryje się praca z sądami, pomocą społeczną, ośrodkami adopcyjnymi, a przede wszystkim, tutaj na miejscu – z rodzicami adopcyjnymi i biologicznymi – mówi Dorota Polańska, od początku dyrektorka i dobry duch ośrodka, z wykształcenia psycholożka. – Najważniejsze jest patrzenie z perspektywy dobra dziecka. To trudne, kiedy przychodzą rodzice biologiczni i im też często współczujemy, ale musimy zobaczyć całą sytuację możliwie na chłodno. Co z tą rodziną działo się wcześniej, że straciła dziecko? Na ile jest gotowa do korzystania z pomocy? A przede wszystkim czy jest tutaj ze swoim dzieckiem i nawiązuje z nim więź? Dopiero co przyjechała rodzina do dziewczynki, która trafiła do nas ze szpitala, a wcześniej doświadczała przemocy. Rodzice mówią: „Chcemy odzyskać nasze dziecko!”. „Świetnie! – odpowiadam. – To gdzie byliście przez ostatnie trzy tygodnie?”

Najmłodsze dzieci mają kilka tygodni, najstarsze rok. Niektóre zostały porzucone, inne są chore. Wszystkie potrzebują ciepła. Na zdjęciu: Anna Masna. (Fot. Wojciech Grzędziński) Najmłodsze dzieci mają kilka tygodni, najstarsze rok. Niektóre zostały porzucone, inne są chore. Wszystkie potrzebują ciepła. Na zdjęciu: Anna Masna. (Fot. Wojciech Grzędziński)

Bezpieczny pas transmisyjny

Od 2001 roku, odkąd dzięki Fundacji Rodzin Adopcyjnych założono ośrodek, przewinęło się przez niego już ok. 1300 dzieci. Maluchy „po przejściach” mogą zostać tu tylko do ukończenia pierwszego roku życia, potem 90 proc. z nich trafia do rodzin adopcyjnych lub wraca do rodziny biologicznej, jeśli ta odpowiednio rokuje. – Te dzieci zwykle mają rodziców, którzy też przeżyli coś niedobrego w swoim dzieciństwie, tam tkwi początek problemów – tłumaczy Anna.

– To jest jak kula śniegowa, która się toczy przez pokolenia. Kto ma to przerwać? – pyta neurologopedka współpracująca stale z ośrodkiem, uśmiechnięta srebrnowłosa Paulina Stobnicka-Stolarska, która tłumaczy swoją rolę tak: – Zajmuję się karmieniem i komunikacją, a komunikacja bez więzi jest niemożliwa. Bardzo trudno samemu wyjść z biedy, nie tyle ekonomicznej, co życiowej: braku wzorców, miłości rodziców. Wtedy są potrzebni inni ludzie. Jesteśmy jak bezpieczny pas transmisyjny dla tych dzieci. Musimy wyłagodzić to, co zostało rozstrojone zerwaniem kontaktu, traumą, złymi warunkami, i przekazać dziecko dalej w dobre ręce.

Ustawodawstwo w Polsce mówi, że pierwszeństwo w sprawie potomka ma rodzina biologiczna. Jednak kiedy niektóre mamy decydują o przekazaniu dziecka do adopcji, nikt tu nie postrzega tego jako zwyrodnialstwa, raczej widzą to jako dowód odpowiedzialności i miłości. Paulina mówi, że to uwolnienie dziecka. – Tak jest prościej, ale jeśli rodzice przychodzą do dziecka, wspieramy ich – zaznacza. Anna zaś dodaje: – Cuda się zdarzają, siła miłości rodzicielskiej potrafi być tak wielka, że nawet z bardzo głębokich komplikacji można wyjść. Jestem tu po to, żeby pomóc tym cudom się zdarzać.

Opowiada o sytuacjach, z którymi się mierzy. Jak historia dziecka, które urodziło się w grudniu 2018 roku i zostało odebrane bezdomnym rodzicom mieszkającym na terenie ogródków działkowych bez prądu, wody, ogrzewania. Chcą odzyskać dziecko, ale wychodzenie z bezdomności i uzależnień jest skrajnie trudne. Pokazuje mi inną śliczną dziewczynkę śpiącą w łóżeczku: – Urodziła się z wodogłowiem. Najgorsze mamy już za sobą, ale będzie wymagała specjalistycznej opieki. Jest jedynym dzieckiem z tej sali, które odwiedza mama. To piękna 16-letnia dziewczyna z niezwykle trudną sytuacją życiową – jej historia to chyba największy hardcore,  jaki od dziesięciu lat tu usłyszałam. Uzależniona od narkotyków i dopalaczy, w terapii i w abstynencji od roku, ale ma po tym padaczkę pourazową. Do tego jest w zakładzie poprawczym. Bardzo chce być mamą, jest troskliwa, czuła, ale nie ma w tej chwili warunków, by wziąć dziecko.

„Czasem najlepszym lekarstwem jest dotyk, przytulenie”, mówi Iwona. Wszystkie opiekunki dobrze to rozumieją. Od lewej: Alicja Rafał, Anna Gawrońska, Iwona Kazmierowicz, Anna Masna, Dorota Polańska. (Fot. Wojciech Grzędziński) „Czasem najlepszym lekarstwem jest dotyk, przytulenie”, mówi Iwona. Wszystkie opiekunki dobrze to rozumieją. Od lewej: Alicja Rafał, Anna Gawrońska, Iwona Kazmierowicz, Anna Masna, Dorota Polańska. (Fot. Wojciech Grzędziński)

To jest moje miejsce

Na co dzień zespołem opiekunek i pielęgniarek dowodzi Iwona Kazmierowicz, pielęgniarka oddziałowa pracująca w ośrodku niemal od początku. – Wcześniej miałam do czynienia z dorosłymi i bałam się pracy z małymi dziećmi, bo niemowlak nie powie, co mu dolega – wspomina początki. – Ale jak tu weszłam, już wiedziałam, że to moje miejsce. Na początku, jako pielęgniarka, patrzyłam tylko, żeby było czysto, sterylnie, bezpiecznie. Teraz widzę, że jeśli dziecko ma np. kolkę, to najlepszym lekarstwem jest dotyk. To, że przytulę, pobujam, czule porozmawiam.

Dziś jej 20-letnia córka studiuje pielęgniarstwo: – Jest zachwycona tym miejscem – mówi Iwona. – Od 16. roku życia pojawiała się tu regularnie, spędzała wakacje jako wolontariuszka. Kiedy mam kryzys, motywuje mnie: „Mamo, to są takie wspaniałe dzieciaki, potrzebują cię!”. Kiedyś wydawało mi się, że po jakimś czasie skóra stwardnieje, ale tak nie jest. Kiedy słyszę hasło: „dziecko z interwencji”, czyli pobite, maltretowane, z połamanymi żebrami, to serce mi wali jak szalone. Od razu lecimy z dziewczynami na salę się z nim przywitać. Te emocje przynosi się do domu. Na szczęście ja dużo z moimi dziećmi rozmawiam (w trakcie naszego spotkania dzwoni Kacper, młodszy syn Iwony) i one to na ogół rozumieją. Mają mamę, tatę, a te dzieciaki nie mają nikogo. W święta Bożego Narodzenia przyjechaliśmy tu całą rodziną.

Ten rodzaj „uzależnienia emocjonalnego” od ośrodka diagnozuje też u siebie doktor Małgorzata Wielopolska, lekarka pediatra i… wolontariuszka. – Kiedy pracowałam jako ordynator pediatrii w szpitalu w Otwocku, brałam udział w tworzeniu tego ośrodka – opowiada. – Kupowało się rzeczy i przywoziło własnym samochodem. Zaczęłam pomagać w badaniu dzieci i opiece medycznej. Teraz pracuję w innym szpitalu, 40 km stąd, ale zauroczenie ośrodkiem, jego założeniami i tymi dzieciakami zostało. Przyjeżdżam każdego tygodnia. Do IOP regularnie trafiają też wolontariusze, którzy pomagają zajmować się dziećmi, noszą je, przytulają i głaszczą, bo dotyk czyni cuda. – Niestety, często szybko tracą zapał, a dla dzieci najważniejsza jest stałość – wzdycha doktor Wielopolska. – Jeśli to młodzi ludzie, zakładają rodziny, muszą się zajmować własnymi dziećmi i wtedy znikają. Ja trafiłam tu już jako osoba osadzona życiowo, z dorosłymi dziećmi, mam już nawet wnuki.

Smutek powitań, radość pożegnań (i odwrotnie)

Jak sobie radzą z własnymi emocjami w tak wymagającej pracy? – Jesteśmy dla siebie wsparciem – odpowiada Dorota Polańska. – Omawiamy te sytuacje, myślimy, co będzie dobre dla dziecka. Początkowo może nie widzimy rozwiązania, ale z doświadczenia wiemy, że jak poczekamy chwilę, ono do nas przyjdzie. Nigdy nie zakładamy, że sprawa jest beznadziejna.

– Sama miałam kłopoty emocjonalne i tego mnie nauczono: szukać pomocy, kiedy człowiek zaczyna się rozpadać – stwierdza Paulina. – Lubię powiedzenie zaczerpnięte z terapii anonimowych alkoholików: „Boże, daj mi pogodę ducha, żebym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, oraz odwagę, żebym zmieniał to, co mogę zmienić. I mądrość, żebym odróżnił jedno, od drugiego”. Robię, ile się da, ale pewnych rzeczy nie przeskoczę i trzeba się z tym pogodzić. Rozważyć to na spokojnie, samemu, albo z jakimś kierownikiem duchowym czy terapeutą. Inaczej emocje mogą zalać.

Małgorzata Wielopolska mówi, że każda z pracujących tu pań, mimo że starają się zachować dystans, prędzej czy później ma jakąś szczególną więź z którymś z przyjętych dzieci. – Zawsze pamiętam dziewczynkę, która została znaleziona w kupce liści i przywieziona do nas. Myślę o niej do tej pory, choć odeszła z naszego ośrodka już dawno temu. Skradła mi serce.

Iwona Kazmierowicz: – Wiemy, że dziecko idzie w dobre ręce, czujemy ulgę i widzimy szczęśliwych rodziców, ale tęsknota zostaje. Najgorzej, jak nasze dziecko trafia do domu dziecka. Zwykle dotyczy to chorych czy upośledzonych. A my wszystkim chcemy dać szansę! I nawet jak słyszymy od lekarzy: „słabe rokowania”, to nam się lampka w głowie zapala, że my im pokażemy, udowodnimy! Na przykład dziecko z FAS (fetal alcohol syndrome – zespół chorobowy, skutek nadużywania alkoholu w ciąży) zwykle odbiega od rówieśników, wolniej się rozwija. Ale kiedy da mu się wsparcie, nadrabia zaległości. Dzieci rozkwitają, kiedy wiedzą, że ktoś w nie wierzy. To jest piękne.

Jasne pomieszczenia, pastelowe kolory, tu nie ma zimnych aseptycznych sal. Jest jak w przytulnym żłobku. Na zdjęciu: Alicja Rafał. (Fot. Wojciech Grzędziński) Jasne pomieszczenia, pastelowe kolory, tu nie ma zimnych aseptycznych sal. Jest jak w przytulnym żłobku. Na zdjęciu: Alicja Rafał. (Fot. Wojciech Grzędziński)

Ciało pamięta traumę

Dorota Polańska uważa, że zespół powinien się cały czas kształcić, bo psychologia, pedagogika, fizjoterapia, medycyna idą do przodu. Spotykamy się kilka dni po warsztatach, które dla pracownic przeprowadził uznany amerykański terapeuta więzi Chris Taylor. – Każda z nas ma inny pogląd na sprawy, a Chris jest jak zewnętrzne oko – mówi szefowa. – Wyniosłyśmy z tego spotkania różne techniki pracy z dziećmi. Na przykład jak wchodzić w relację w prostych czynnościach – w karmieniu, usypianiu, kiedy dziecko czuje niepokój. Jak dotykać, jak być z dzieckiem. Czym jest trauma i jak pomagać dziecku z niej wyjść.

– Nasze dzieci są po traumie rozerwania więzi – mówi neurologopedka Paulina. – A mózg to wszystko przechowuje, nie w jawnej pamięci, ale w ciele. I później w stresowych sytuacjach to powraca. Paradoksalnie, okazuje się, że lepiej jest podtrzymywać dawną, nawet niedoskonałą więź zapachami, fotografiami, opowieściami, żeby dziecko z tej pamięci spokojnie weszło w nową rodzinę. Pobyt tutaj to bycie w sztucznym środowisku, one potrzebują mieć jeden, maksymalnie kilka obiektów przywiązania, a nie tłum nawet najbardziej troskliwych cioć.

Republika Babska z IOP w Otwocku – stoją: Dorota Polańska, Iwona Kazmierowicz, Urszula Bogdalska, Anna Łasińska, Aneta Przybysz, siedzą: Alicja Rafał, Anna Gawrońska, Anna Masna. (Fot. Wojciech Grzędziński) Republika Babska z IOP w Otwocku – stoją: Dorota Polańska, Iwona Kazmierowicz, Urszula Bogdalska, Anna Łasińska, Aneta Przybysz, siedzą: Alicja Rafał, Anna Gawrońska, Anna Masna. (Fot. Wojciech Grzędziński)

Babska republika

Społeczność otwockiego ośrodka tworzą same kobiety, z jednym rodzynkiem, pediatrą Sławomirem Gęsiorem. Zbudowały tu rodzaj matriarchalnej wspólnoty: – Pracujemy ze sobą wiele lat, jesteśmy jak rozszerzona rodzina i nie ma tu wielkich rotacji – mówi Dorota Polańska. – Bardzo ważne jest rozeznanie, w czym dany pracownik jest świetny, żeby był w miejscu, które sprawia mu frajdę. W ten sposób też patrzę na możliwości dziecka. Bardzo dużo pracujemy również nad własnym wnętrzem, bo poruszamy się w delikatnej materii i jeżeli się oderwiemy od duchowości, etyki, moralności, to polegniemy. Dotykamy tutaj wielu aspektów życia i śmierci, cierpienia, choroby, samotności, bezradności.

Dla niej granicznym momentem, kiedy zaczynała pracę, była śmierć łóżeczkowa dziecka. – Wtedy pojęłam, że życie jestkruche i że dzieci bez rodziców po prostu nie są w stanie żyć. Zrozumiałam, że pobyt u nas to całe życie tych dzieci. Nie mamy wpływu na to, co je spotkało, nie wiemy, co będzie dalej. Musimy więc skupić się na tu i teraz, dać im z siebie wszystko, żeby ruszyły w świat z możliwie najmniejszymi deficytami. To mnie ustawiło w tej pracy. Wiem, że to ode mnie zależy, jak ten mały dzisiaj człowiek będzie funkcjonował w przyszłości. Czy będzie traktował innych ludzi jako wrogów, czy będzie miał w sobie otwartość, łagodność? Czy kiedyś z przyjemnością będzie leczył moje dzieci, wnuki? Czy ustąpi mi miejsca w tramwaju? To my, po trosze, kształtujemy przyszłe społeczeństwo na tym najprostszym, podstawowym poziomie.

Jak mówi Dorota Polańska – zawsze pojawia się pytanie: Co ja mogę dać? – Możesz dać poczucie bezpieczeństwa – odpowiada. – Że jesteś piękny, że jesteś dla mnie ważny, że doceniam twoją delikatność, że to, że płaczesz, nie znaczy, że jesteś rozkrzyczany, tylko smutny, zraniony. Chcę ci pokazać, że świat, który cię skrzywdził, może być bezpieczny. Ale żeby dać to dziecku, musimy dać to sobie. Jeżeli ja chcę, żeby te dziewczyny dawały to dzieciom, ja muszę zapewnić im poczucie, że są ważne, mądre, piękne. To jest bardzo proste.

Jasne pomieszczenia, pastelowe kolory, tu nie ma zimnych aseptycznych sal. Jest jak w przytulnym żłobku. Na zdjęciu: Anna Gawrońska. (Fot. Wojciech Grzędziński)
Jasne pomieszczenia, pastelowe kolory, tu nie ma zimnych aseptycznych sal. Jest jak w przytulnym żłobku. Na zdjęciu: Anna Gawrońska. (Fot. Wojciech Grzędziński)

Jak wesprzeć Interwencyjny Ośrodek Adopcyjny w Otwocku?

Interwencyjnemu Ośrodkowi Adopcyjnemu można pomagać materialnie, choćby wpłacając 1 proc. podatku. Dorota Polańska: „Czasem potrzebne jest specjalistyczne mleko, czasem waga czy czajnik, a czasem materiały budowlane, ogłaszamy potrzeby na naszej stronie. Potrzebujemy również wolontariuszy, ale takich, którzy zostaną z nami na dłużej, bo dzieci wymagają stałości. Może być też wolontariat, który organizuje zbiórki, robi remonty. Zawsze można się do nas w tej sprawie się zgłosić”.

Kontakt:

  1. Zwierciadło poleca

Siostra Małgorzata Chmielewska o swojej misji

Siostra Małgorzata Chmielewska (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)
Siostra Małgorzata Chmielewska (fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Siostra Małgorzata Chmielewska od lat pomaga biednym, bezdomnym, chorym i skrzywdzonym. Zapewnia im jedzenie, dach nad głową i życie we wspólnocie… Przede wszystkim daje im jednak poczucie, że są ważni i że się do czegoś nadają. – Zawsze można zacząć od nowa – mówi. Sama tak zrobiła, kiedy tuż po studiach przywdziała habit zakonny i kiedy została matką.

Skąd Siostra bierze siłę?
Motywacją musi być miłość. Bez miłości to przecież nawet przeżyć nie można.

A gdy ludzie zawodzą, gdy pojawia się złość, gdy brakuje miłości?
Po pierwsze, nie należy od miłości odchodzić, nigdy. Pomaga również, gdy pamiętamy, że wszyscy jesteśmy grzeszni. Nasi bracia i siostry nie są aniołami, podobnie jak aniołem nie jestem ja. Nie dzielę ludzi na dobrych i złych. Oczywiście obowiązują pewne zasady, zwłaszcza wtedy gdy żyje się w dużej grupie i wspólnej przestrzeni. Czasami wyrządzone zło lub zły czyn potrafią być przerażające. Gdy doświadczam tego w kontakcie z osobami, którym pomagamy, pamiętam, że prawie zawsze mam do czynienia z człowiekiem, który jest ofiarą złych czynów innych ludzi. Jednak głęboko wierzę, że miłość i dobro jest tą siłą, która koniec końców zwycięża.

Każdy jest potrzebny?
Każdy. Nie ma ludzi, którzy do niczego się nie nadają. Trzeba tylko to odkryć.

Jak?
Tu rozpoczyna się walka czy też wysiłek, by zrozumieć, że zawsze można zacząć od nowa.

Zawsze?
Oczywiście, że zawsze. Można osiąść w chwili czy przekonaniu, że do niczego się nie nadaję, ale to właśnie niepodjęcie walki czy wysiłku o życie, o dobro.

Czym jest dobro?
Dobro to miłość, prawda, pokój, harmonia. Czynienie dobra to sprawianie, by drugi człowiek mógł żyć, miał dach nad głową, miał co jeść, mógł się rozwijać, czuł się potrzebny, nawet wtedy gdy leży w łóżku i nie może z niego wstać. Taki człowiek też może zrobić dużo dobrego dla innych. Czynić dobro to chcieć, by drugi człowiek żył w pełni swego człowieczeństwa, by nie cierpiał, czuł się bezpiecznie i chciał kochać. A gdy cierpi, dobro będzie oznaczało staranie, by w tym cierpieniu mu ulżyć.

Niedawno napisała Siostra na swoim blogu, że żyjemy w klimacie życia bez miłości, klimacie podopiecznych, a nie braci, w którym wygrywa przekonanie, że „mnie się należy”.
To powszechny klimat w wielu miejscach na świecie i w Polsce. Chcę podkreślić, że nie uważam, by dystrybucja dóbr w kierunku najuboższych była czymś złym. Jednak nie jest dobrem uzależnianie człowieka ubogiego od tych, którzy decydują o przydziale tych dóbr. Po drugie, dystrybucja dóbr jest zła, gdy zastępuje wysiłki i starania o własne życie, zamiast je wspierać. System pomocy społecznej wspiera roszczeniowość, gdy rozdaje niesprawiedliwie, a wręcz głupio. Na przykład ustawa o pomocy społecznej krzywdzi ludzi bezdomnych, odbierając im często prawo do pobytu w schronisku czy domu dla ludzi bezdomnych. Z drugiej strony, gdy już się tam znajdą, to samo prawo nakazuje traktować ich jak tych, którym się należy, nie oczekiwać od nich, nie wymagać. Podam przykład. Niektórzy z mieszkańców schronisk w Warszawie mają stały zasiłek, często zdobyty po wielu miesiącach naszych starań. Zasiłek to 645 zł przysługujące człowiekowi niepełnosprawnemu, niezdolnemu do pracy, bez prawa do renty. Nie wolno mu zdobyć nawet złotówki więcej. Od grudnia ubiegłego roku mieszkańcy naszych schronisk muszą zatrzymać te pieniądze dla siebie, a my musimy im zapewnić wszystko, czyli schronienie, jedzenie czy leki. Do tego czasu mieszkańcy dokładali do wspólnej kasy, z poczuciem, że dają coś od siebie, budują wspólny dom. Gdy czasami prosimy o pomoc w sprzątaniu, słyszymy, że to nie ich obowiązek. Chcę przez to powiedzieć, że rozdawanie pieniędzy przez rządy bywa formą manipulacji, przywiązuje ludzi i ich uzależnia, odbierając im poczucie sprawczości, podmiotowość, a w końcu godność i wolność.

Siostra z tym systemem walczy, i to skutecznie. Dziesięć domów dla ludzi bezdomnych, dwa warsztaty pracy, świetlica, fundusz stypendialny dla młodzieży i osób niepełnosprawnych. W pierwszym półroczu 2019 roku z pobytu w domach dla ludzi bezdomnych skorzystały 674 osoby, w tym 30 dzieci. Z funduszu skorzystało prawie 500 osób.
To wszystko wynik pracy i serc setek ludzi. Zależy nam na tym, by mieszkańcy naszych domów, nawet ci z jedną ręką, mogli dawać coś od siebie. Bo właśnie ten akt dawania przywraca poczucie własnej wartości i godności. Pozamiatałem. Podałem szklankę wody. Obrałem ziemniaki, chociaż jestem na wózku. Dołożyłem się. To również pomaga budować wspólnotę. Poczucie, że mi się należy, jest sprzeczne z miłością. I nie chodzi o 200 złotych dołożone do wspólnej kasy, ale poczucie współodpowiedzialności i odpowiedzialności za własne życie. Widziałam to w Belgii, gdy socjaliści dawali ludziom zasiłki – te uniemożliwiały pełne uczestniczenie w życiu społecznym, duchowym czy kulturalnym, ale pozwalały przeżyć. Tak rosło pokolenie niesamodzielnych, zależnych. Groźba odebrania tych zasiłków stała się narzędziem zmuszającym ich do głosowania na określoną partię. Społeczeństwo konsumpcyjne rzuca biednym 645 zł na miesiąc – za dużo, by umrzeć; za mało, by żyć.

Co można zrobić, by wzbudzić w ludziach poczucie współodpowiedzialności i zjednoczenia?
Tworzyć małe grupy i miejsca, w których jesteśmy razem z ludźmi słabszymi, w ten sposób ich motywować, zachęcać, dzielić się życzliwością. Pokazywać, że dawanie buduje ich samych, wspiera poczucie godności.

Dlaczego dawanie jest takie ważne?
Dlatego, że daje nam wolność. Wiele osób bezdomnych ma głębokie przekonanie, że jest zerem, że do niczego się nie nadaje. System ich w tym wspiera, twierdząc, że co najwyżej mogą być podopiecznymi. Tymczasem i silni, i słabi potrzebują braterstwa, zjednoczenia.

Gdy myślę o trudnych momentach w swoim życiu, wiem, że ogromnym wsparciem była dla mnie obecność drugiej osoby.
Być – to właśnie największy dar. Pamiętam, gdy umierał na raka młody człowiek w domu dla ludzi chorych. Inni mieszkańcy towarzyszyli mu, niektórzy na wózkach. Siadali obok, opowiadali dowcipy, grali z nim w szachy albo po prostu byli obok. My nie mamy czasu być. Z niepokojem patrzę na tysiące emerytów, którzy wyją z bólu samotności. A gdyby się tak zebrali razem i gdzieś poszli: do domu starców, do domu dziecka, do domu osób niepełnosprawnych, i po prostu pobyli? Nie chodzi o to, by tam pracowali, ale byli jako koleżanka, kolega. Wtedy tej bolesnej samotności by było mniej.

Działamy, by nie być?
I to wszyscy. Uciekamy od własnych rodzin, od rozmów z dziećmi, od obecności. Uciekamy od bycia z ludźmi słabszymi.

Na ile doskonalenie się i rozwijanie może być również ucieczką od obecności?
To bardzo popularny trend, by przepracowywać relacje, rozwijać się, a przecież nasze relacje są odbiciem naszego wnętrza. Praca nad sobą wymaga wysiłku. Bardzo dzielnie pracujemy nad swoim wyglądem i poświęcamy temu sporo czasu, uwagi i pieniędzy. Oczywiście należy być czystym, nie ma również nic złego w pięknie. Chodzi mi jednak o przesadę, o zajmowanie się wyglądem po to, by nie pracować nad sobą. Chcemy brać, a nie dawać. A przecież miłość wymaga pracy nad sobą, chociażby tego, by nauczyć się słuchać drugiego człowieka. A do tego trzeba się zatrzymać, zamilknąć, wysłuchać się, zastanowić się, spróbować zrozumieć. Gdy przejdziemy uczciwie przez ten proces, to najpewniej przestaniemy drugim człowiekiem gardzić i przestaniemy go potępiać.

A może nawet pokochamy. Siostra jest mamą adopcyjną, jakie to doświadczenie?
Mój syn Artur jest niepełnosprawny intelektualnie w stopniu znacznym, to autystyk. Jego świat przypomina rozrzucone puzzle. Każdy człowiek, który niesie w sobie niepokój, natychmiast oddziałuje na niego negatywnie, wywołuje agresję. To człowiek barometr, który wyczuwa dysharmonię w drugiej osobie.

Siostra Małgorzata Chmielewska (fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta) Siostra Małgorzata Chmielewska (fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)

A jaką Siostra jest mamą?
Według oceny moich dzieci taką na czwórkę.

Skąd ta czwórka?
A, to już proszę ich zapytać. Osobiście uważam, że to całkiem niezła ocena. Dzieci wychowałam pięcioro, Artur jest na stałe ze mną. Pozostała czwórka jest już dorosła, niektóre ukończyły studia, pracują, inne pracują w naszych domach. To ich wybór. Dla mnie to była wielka szkoła miłości. Musiałam nauczyć się słuchać i kochać drugiego człowieka, który początkowo był zależny i często po ciężkich przejściach.

Pamięta Siostra ten moment, gdy pierwszy raz poczuła, że jest mamą?
Wiele lat temu stanęło przede mną dziecko, które wymagało natychmiastowej pomocy. Chrystus mnie zapytał: „Co ty na to?”. Mogłam kopnąć do bidula lub spróbować dać dziecku miłość, której potrzebuje.

Nie bała się Siostra?
Nie było miejsca na banie się.

Zanim Siostra stała się częścią Wspólnoty Chleb Życia, prowadziła świeckie życie. Skąd pomysł, by studiować biologię?
Chciałam uczyć i przez kilka lat pracowałam jako nauczycielka. Poza tym bardzo lubię zwierzęta i rośliny.

A to prawda, że wyrzucono kiedyś Siostrę z lekcji za zbyt wyzywający makijaż?
Wyrzucono mnie nie za makijaż, a za robienie makijażu. I nie z lekcji, a z zajęć przysposobienia wojskowego na uniwersytecie. To były w czasach komuny obowiązkowe zajęcia dla kobiet i mężczyzn, potwornie głupie. Pan prowadzący mówił do biologów na przykład tak: „Bakterie, wicie, to są takie małe zwierzątka”. Pamiętam jeszcze jedną mądrość, bo zapisywaliśmy je sobie na kartkach: „W czasie zagrożenia atomowego należy natychmiast rozśrodkować kobiety, starców, dzieci oraz inne niepotrzebne urządzenia komunalne”. W ostatniej ławce zajmowałyśmy się z koleżankami robieniem sobie makijażu, by jakoś przetrwać. Co w końcu zauważył pan prowadzący, wyrzucił mnie z zajęć i wszyscy mi wielce zazdrościli.

Wiara była darem rodziców czy przyszła inną drogą?
Rodzice żyli głębokimi wartościami, chociaż można powiedzieć, że byli tak zwanymi wierzącymi niepraktykującymi. To byli pracowici i szlachetni ludzie, wspierali słabszych, brali udział w Powstaniu Warszawskim. Tato skończył medycynę, którą zaczął na tajnych kompletach. Mama była sanitariuszką, później zajmowała się ekonomią, uczyła w technikach. Jednak wiara to kwestia osobistego spotkania z Bogiem.

Czy możliwe jest dawanie bez brania czy raczej akty te odbywają się naraz?
Oczywiście, że tak jest. Ja otrzymuję cały czas. Chociażby wczoraj. Przyjechał spod Grójca pan elektryk, sam się zgłosił. Remontujemy dom pewnej rodzinie z dwójką dzieci, by miały godne warunki. Ten człowiek zostawił na dwa dni swoją firmę i rodzinę, tyrał po 12 godzin dziennie. To przecież niezwykłe. Inny człowiek za wielkie pieniądze wybudował nam ogromny dom. Przychodzi też lekarz jako wolontariusz. Pani, która była szefową włoskiej restauracji, co jakiś czas przygotowuje niezwykłe posiłki dla naszych mieszkańców. Inna pani przychodzi ich strzyc. To wszystko dary. Uczę się od tych ludzi. Dzięki nim te wszystkie domy dla ludzi bezdomnych mogą funkcjonować. Jednocześnie uczę się wiele od naszych mieszkańców, od moich dzieci.

Czego się pani nauczyła od Artura?
Anielskiej cierpliwości, chociaż jeszcze nie do końca ją opanowałam. Poza tym nauczyłam się żyć z człowiekiem, który jest kompletnie inny. Pod pewnymi względami jestem od niego silniejsza, pod pewnymi – o wiele słabsza. Autentyczne spotkanie z drugim człowiekiem nakazuje wyjść ze schematu myślenia, kultury, przyzwyczajeń. Artur wybija mnie z rytmu i każe iść dalej.

Dlaczego inność jest wartościowa?
Dlatego, że pozwala odkrywać nowe światy i zabrania utknąć w ciepłych kapciach, w schematach. Inny wyzwala energię i potencjał, o który byśmy siebie nie podejrzewali.

A gdy ktoś boi się innego i go odrzuca?
To traci. Człowiek jest wolny. Ksiądz Tischner nazwał to nieszczęsnym darem wolności. Wojny i obozy koncentracyjne biorą się z wykorzystania tego daru. Bóg nie jest w stanie zmusić człowieka do miłości, to jedyne „ograniczenie” Pana Boga. Miłość zakłada wolność. Zostaliśmy stworzeni do miłości, ale musimy ją sami wybrać.

„Każdy człowiek dobrej woli, czy to biskup, ksiądz czy zakonnica, wierzący, niewierzący, homo czy hetero, czarny, biały czy w paski, każdy, komu leżą na sercu dobro i pokój, wszyscy musimy razem naprawić słowo” – to słowa Siostry. Co to znaczy?
Słowo może zabić. Słowo może przywrócić nadzieję i budować. Dzisiaj słowo się zdeprecjonowało, straciło swoją wartość. Często używamy słów nie po to, by budować pokój, miłość i jedność czy skorygować czyjeś postępowanie, ale po to, by odebrać nadzieję, godność, by dowalić. Dlatego nieważne, kim jesteśmy, musimy uważać na słowa. Złe słowa mogą prowadzić do tragedii, wiemy przecież, że prowadzą do podziałów. I nieważne, czy wypowiada je biskup czy lider ruchu LGBT, każdy z nas jest odpowiedzialny za skutki słów. Jeśli się ogląda przemówienia Hitlera i Luthera Kinga, widać, jaką moc ma słowo. Luther King doprowadził pokojowym nieposłuszeństwem do zniesienia segregacji rasowej. Hitler, Stalin czy Castro doprowadzili do zła. Czasami jedno nieopatrzne słowo może przyczynić się do rozkręcenia nienawiści, ale na szczęście ma również moc uzdrawiania.

A wątpliwości są pomocne?
Każdy je ma. Gdy przychodzą, można radzić się mądrzejszych, Ewangelii, dziesięciu przykazań, a w wersji dla niewierzących – podstawowych zasad przyzwoitości.

Siostra ma wątpliwości?
Byłam właśnie w jednym z naszych domów i mam wątpliwości, czy dobrze przeprowadziłam rozmowę. Nie wiem tego. Dowiem się, ale teraz mam wątpliwości.

A w Boga Siostra nie wątpi?
Nie. Zostało mi to oszczędzone. Doświadczam miłości i obecności Boga. Gdy nie ma kompletnie nic, na przykład jedzenia, zawsze pojawia się ktoś, kto ratuje. Doświadczam Boga empirycznie. Bóg wspiera swoich, to znaczy nie wesprze może tego, kto chce wymienić mercedesa na nowszy model, zostawi to do załatwienia człowiekowi. Ale Bóg wspiera tam, gdzie widzi swój interes. A interesem Boga jest miłość. Zatem wspiera miłość i tych, którzy do niej dążą, tych, którzy dążą do pokoju.

Siostra Małgorzata Chmielewska (fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta) Siostra Małgorzata Chmielewska (fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)

Szacunek do osób homoseksualnych czy niewierzących nie jest powszechny w Kościele katolickim. Skąd wziął się on u Siostry?
Tylko dodam, że są wierzące osoby homoseksualne. Staram się szanować wszystkich ludzi, jakkolwiek by byli ode mnie inni i jak bardzo odmienne mieliby poglądy. Nie ma u mnie zgody na krzywdzenie innych ludzi, zwierząt, przyrody. Rozumiem, że świat jest różnorodny, i wiem, że nie wszystkim zostało dane to, co mnie. Niektórzy mają więcej, inni mniej, ale w oczach Boga wszyscy są cenni. Dostaję białej gorączki, gdy ktoś dzieli ludzi pod względem rasy, intelektu, sprawności czy orientacji. To nie jest wyznacznik tego, czy ktoś jest dobry czy zły. Wyznacznikiem są czyny. Znam ludzi homoseksualnych, którzy są niezwykle porządnymi ludźmi i takich, którzy porządni wcale nie są. Tak samo jest z ludźmi heteroseksualnymi.

Co w życiu Siostry jest najtrudniejsze?
Staram się całe życie podporządkować Ewangelii. To jest pasjonujące, nawet jeśli czasami dostaje się po łapach, ale przecież Bóg niczego innego nikomu nie obiecał. Miłość przynosi radość. Nie chodzi o to, że chodzimy cały czas i śpiewamy: Alleluja, zwłaszcza gdy ktoś umiera. Miłość daje świadomość, że dzięki naszej pracy ludzie odzyskują godność, a gdy umierają, to nie pod płotem, ale w godnych warunkach. To radość, że ktoś obok jest szczęśliwy. Niedawno byłam z moim Arturem na tygodniowych wakacjach na wsi. Zaprosili nas zamożni ludzie, obdarowali czasem, jedzeniem, rowerem wodnym, na którym Artur pływał. Tym ludziom sprawiało to wielką radość.

Bo gdy się kocha, to cieszy, że inni mają dobrze.
Właśnie! To dar wynikający z dawania. Jesteśmy szczęśliwi, że jesteśmy razem. To miłość.

A jeśli ktoś pragnie miłości, ale nie czuje jej, nie może jej znaleźć, co Siostra by takiej osobie powiedziała?
Nie skupiałabym się tak bardzo na czuciu miłości. Zmienianie pieluch noworodkowi albo podmywanie starszej, niedołężnej osoby nie musi być przyjemne, ale może wynikać z miłości. Bo miłość jest kwestią woli, działania i bycia. Miłość sprawdza się nie wtedy, gdy wszystko jest w porządku, ale gdy pojawiają się trudności, choroba. Miłość niewypróbowana nie jest żadną miłością. Powiedziałabym więc tej osobie, że miłość jest.

Samotność może pomóc dojść do miłości?
Jeśli to samotność związana z kontemplacją, namysłem, modlitwą – to jak najbardziej. Najbardziej samotną osobą na tym świecie jest Chrystus. Uczy nas, by po prostu być.

Po prostu być?
Tak, zwykle tego się najbardziej boimy. Proszę usiąść i być, i nie czekać na żadną receptę, jak to robić. Proszę po prostu być.

Jeśli chcesz wspomóc działania siostry Małgorzaty Chmielewskiej, prosimy o wpłaty na konto Wspólnoty Chleb Życia: 73 8004 0002 2001 0000 1270 0001