1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Masz ponad 60 kg? Dla nich jesteś „torta”. Ola Kisiel tłumaczy, skąd wśród nastolatków wziął się ten okrutny trend

Masz ponad 60 kg? Dla nich jesteś „torta”. Ola Kisiel tłumaczy, skąd wśród nastolatków wziął się ten okrutny trend

Ola Kisiel (Fot. archiwum prywatne)
Ola Kisiel (Fot. archiwum prywatne)

Odsłuchaj artykuł

Anna Sierant - Masz ponad 60 kg? Dla nich jesteś „torta”. Ola Kisiel tłumaczy, skąd wśród nastolatków wziął się ten okrutny trend

00:00 16:08
15s
0,5 x
15s
„Torta” – słowo wywodzące się z języka hiszpańskiego – zyskało wśród polskich nastolatków niemałą popularność za sprawą TikToka. To pogardliwe określenie dziewczyn, ocenianych przez pryzmat wyglądu i wagi. Dlaczego ten trend nie jest niewinną internetową modą, lecz kolejną odsłoną bodyshamingu? O tym rozmawiamy z coachką ciałoakceptacji Aleksandrą Kisiel, znaną w sieci jako @Kisielle.

Spis treści:

  1. Kisielle: „Kultura diet nigdy nie zniknęła, ona tylko zmieniła kostium”
  2. Ola Kisiel: „»Torta« to klasyczny bodyshaming w nowym opakowaniu”
  3. Aleksandra Kisiel: „Ocenianie kobiecych ciał nie jest więc jakimś wypaczeniem mediów społecznościowych, ono jest wpisane w ich DNA”
  4. „Torta”, „szon” i samouprzedmiotowienie
  5. „Karzeł”, czyli męski odpowiednik „torty”
  6. Jak pomóc nastolatkom nie patrzeć na siebie czyimiś oczami?
  7. Jak reagować na filmiki o „torcie” na TikToku? Rady dla nastolatek i ich rodziców
  • „Torta” to nowe słowo z TikToka, którym nastolatki określają dziewczyny niespełniające ich wyobrażeń o idealnej sylwetce.
  • – Zmieniają się słowa, nie zmienia się funkcja – mówi Aleksandra Kisiel, pokazując, że „torta” to kolejna odsłona bodyshamingu.
  • Coachka ciałoakceptacji wyjaśnia również, dlaczego kultura oceniania wyglądu wróciła z nową siłą i jak media społecznościowe napędzają ten mechanizm.
  • – Kultura oceniania nie ma płci, ona ma tylko ofiary – podkreśla Ola Kisiel, tłumacząc, jak rodzice i nastolatki mogą przeciwstawić się presji wyglądu.

Kisielle: „Kultura diet nigdy nie zniknęła, ona tylko zmieniła kostium”

Anna Sierant: Jestem milenialsem i pamiętam czasy, o których piszesz na swoim Instagramie – gdy filmowa Bridget Jones czy jak najbardziej rzeczywista Kate Winslet – były nazywane „grubymi”. W ostatnich latach wydawało mi się jednak, że zmierzamy bardziej ku samoakceptacji, ale teraz chyba niestety trend znów się odwrócił?

Aleksandra Kisiel: Niestety tak, i to nie jest tylko wrażenie. Przez kilkanaście lat ciałopozytywność faktycznie zrobiła ogromną robotę: poszerzyła rozmiarówki, wprowadziła różnorodne ciała do reklam, dała nam język do mówienia o sobie inaczej niż „muszę schudnąć". Ale kultura diet nigdy nie zniknęła, ona tylko zmieniła kostium. Najpierw przebrała się za „wellness" i „zdrowy lifestyle", a teraz, w erze Ozempicu i powrotu estetyki lat 90., wróciła praktycznie bez przebrania. Znów otwarcie mówi się o byciu „skinny" jako aspiracji, a szczupłość ponownie jest walutą.

I tu ważna rzecz: to nie jest przypadek ani naturalny cykl mody. Na naszym niezadowoleniu z ciała zarabia gigantyczny przemysł. Kobieta, która akceptuje swoje ciało, jest fatalną klientką, bo nie kupuje w panice kolejnej diety, zabiegu i „cudownego" suplementu. Więc wahadło wraca, bo ktoś je pcha.

Dobra wiadomość jest taka, że my już wiemy, jak to działa. Bridget Jones ważyła tyle, ile waży przeciętna zdrowa kobieta, i była grana jako „gruba". Dziś potrafimy to nazwać absurdem. Dwadzieścia lat temu nikt nawet nie zadał tego pytania.

Ola Kisiel: „»Torta« to klasyczny bodyshaming w nowym opakowaniu”

Za to jedną z form współczesnego oceniania wyglądu, stosowaną przez nastolatki, jest nazywanie dorastających dziewczyn słowem „torta”. Oznacza ono kogoś, kto ma inną sylwetkę, niż wydawałoby się oceniającemu, że powinien mieć. Czasem mowa nawet o konkretnej granicy wagi – 60 kg (swoją drogą, ciekawe, czy oceniający mają w oczach laser, by to tak dokładnie określić). Jak przejawia się ten trend?

To klasyczny bodyshaming w nowym opakowaniu. Słowo brzmi niewinnie, wręcz zabawnie, i to jest jego najbardziej perfidna cecha, bo łatwiej je rzucić i łatwiej się z niego wyprzeć: „przecież to tylko żart, tylko słówko z TikToka". W praktyce to etykieta przyklejana dziewczynom, których ciało odbiega od bardzo wąsko rozumianej normy. Powstają sondy uliczne, rankingi, filmiki „torta czy nie torta", w których chłopcy, ale nie tylko oni, publicznie kategoryzują ciała koleżanek.

A ta granica 60 kilogramów to już w ogóle kuriozum. Waga nie jest widoczna gołym okiem: dwie osoby o tej samej wadze mogą wyglądać zupełnie inaczej w zależności od wzrostu, budowy, proporcji mięśni.

Więc nie, oceniający nie mają lasera w oczach. Mają za to głęboko przyswojone przekonanie, że ciało dziewczyny jest publiczną własnością, którą wolno mierzyć, ważyć i wyceniać. I to jest sedno problemu, nie samo słowo.

Aleksandra Kisiel: „Ocenianie kobiecych ciał nie jest więc jakimś wypaczeniem mediów społecznościowych, ono jest wpisane w ich DNA”

A skąd bierze się przyzwolenie na takie ocenianie dziewcząt przez rówieśników, którzy – jak wspomniałyśmy – wskazują: „jesteś torta lub nie torta” albo opowiadają, co sprawia, że dziewczynę można – ich zdaniem – nazwać „tortą”? I wymieniają mnóstwo przekonań typu: lubisz jeść, nie lubisz się ruszać itp.

Bo dzieciaki nie wymyśliły tego same. One tylko sprawnie powtarzają to, co kultura mówi im od urodzenia: że ciało kobiety jest do oglądania i oceniania, a jego wartość zależy od tego, czy podoba się patrzącemu. Nastolatki robią w wersji brutalnej i nieocenzurowanej to, co dorośli robią w wersji „grzecznej", gdy komentują, że ktoś „ładnie schudł", „chyba sobie ostatnio pofolgowała" albo gdy babcia przy niedzielnym obiedzie łapie wnuczkę za bok.

Zresztą spójrzmy na fundamenty świata, w którym te dzieciaki dorastają. Facebook, czyli platforma, od której nasze życie przeniosło się do social mediów, wystartował jako Facemash: strona, na której Mark Zuckerberg zestawiał ze sobą zdjęcia studentek Harvardu, żeby użytkownicy głosowali, która jest atrakcyjniejsza.

Ocenianie kobiecych ciał nie jest więc jakimś wypaczeniem mediów społecznościowych, ono jest wpisane w ich DNA, było dosłownie pierwszym modelem biznesowym. Filmiki „torta czy nie torta" to nie żadna nowość, to Facemash w wersji na 2026 rok, tylko z lepszą kamerą i większym zasięgiem.

Zwróćmy też uwagę na treść tych „kryteriów": lubisz jeść, nie lubisz się ruszać. To czysta kultura diet w wydaniu podwórkowym, czyli przekonanie, że po sylwetce da się odczytać czyjś charakter, dyscyplinę i wartość moralną. Nauka mówi jasno, że się nie da, bo na rozmiar ciała wpływa genetyka, hormony, leki, warunki życia i dziesiątki innych czynników. Ale mit „gruby, czyli leniwy" jest jednym z ostatnich uprzedzeń, które wciąż uchodzą płazem. Dzieci go słyszą, więc go używają. Przyzwolenie nie bierze się z TikToka, ono bierze się z domu, szkoły i całej kultury, TikTok je tylko nagłaśnia.

Czy fakt, że takie treści stają się viralami, sprawia, że nastolatkom wydaje się, iż takie zachowanie jest normą? Dlaczego algorytmy tak chętnie niosą dalej takie treści?

Tak, i to jest mechanizm, który warto rozumieć. Teoretycznie algorytm nie ma poglądów, ale wiemy, że istnieje coś takiego jak creator's bias: technologia przejmuje uprzedzenia ludzi, którzy ją tworzą i trenują. Widać to czarno na białym w tym, jak platformy traktują różne ciała.

Instagram notorycznie blokuje i ogranicza zasięgi treści grubych twórczyń, klasyfikując zdjęcie grubej kobiety w bikini jako „treści seksualne" czy wręcz pornografię, podczas gdy identyczne kadry szczupłych, białych kobiet przechodzą bez problemu i zbierają zasięgi. To samo ciało, ta sama ilość skóry, zupełnie inna kwalifikacja.

Algorytm nauczył się od swoich twórców, że grube ciało jest „nieprzyzwoite" samo w sobie. Więc nie, technologia nie jest neutralna, ona jest lustrem uprzedzeń Doliny Krzemowej.

A do tego dochodzi drugi mechanizm: cel biznesowy, czyli utrzymać nas przy ekranie. A nic nie angażuje tak jak emocje, zwłaszcza te trudne: oburzenie, wstyd, porównywanie się, kłótnia w komentarzach. Filmik „torta czy nie torta" generuje setki reakcji, bo jedni się śmieją, drudzy bronią, trzeci się kłócą, a czwarte, i to jest najsmutniejsze, sprawdzają w panice, po której stronie granicy same by wylądowały. Dla algorytmu każda z tych reakcji to sygnał: „więcej tego".

Dla nastolatki, która widzi dziesiąty taki filmik w tygodniu, komunikat jest oczywisty: wszyscy tak myślą, to jest norma, tak się rozmawia o ciałach. Psychologia nazywa to złudzeniem powszechności. W rzeczywistości większość ludzi wcale tak nie myśli, ale większość ludzi nie nagrywa viralowych filmików. Ekstremalne treści są nadreprezentowane z definicji, tylko że czternastolatka scrollująca o północy tego nie wie.

„Torta”, „szon” i samouprzedmiotowienie

A czy dziewczynki są dziś oceniane częściej niż kiedyś, czy po prostu ta ocena jest bardziej publiczna? Niedawno popularne wśród nastolatków było przecież równie oceniające, tylko że bardziej pod kątem zachowania i ubioru, słowo „szon”.

Jedno i drugie, ale kluczowa zmiana dotyczy skali i zasięgu. Ocenianie dziewczyńskich ciał to nic nowego, moje pokolenie miało to samo, tylko analogowo: komentarz na korytarzu, karteczka, szept za plecami. To bolało, ale kończyło się na szkole. Dziś ocena jest nagrana, opublikowana, skomentowana przez obcych ludzi i dostępna na zawsze. Nie da się od niej uciec do domu, bo dom jest tam, gdzie telefon.

Słowo „szon" to zresztą ta sama mechanika w innym przebraniu: kontrola dziewczyn poprzez etykietę. „Szon" pilnował, jak się ubierasz i zachowujesz, „torta" pilnuje, ile ważysz. Zmieniają się słowa, nie zmienia się funkcja, a jest nią utrzymywanie dziewczyn w ciągłym trybie autokontroli. Badaczki nazywają to samouprzedmiotowieniem: dziewczyna uczy się patrzeć na siebie z zewnątrz, oczami oceniającego, zamiast czuć swoje ciało od środka. I to jest realny koszt, bo głowa zajęta pytaniem „jak wyglądam” ma mniej mocy na matematykę, sport, przyjaźnie i całą resztę życia.

„Karzeł”, czyli męski odpowiednik „torty”

Czy twoim zdaniem dzisiaj w większym stopniu niż np. 20 lat temu za wygląd dostaje się też chłopakom? Koleżanki mające nastoletnich synów mówią, że dziewczyny nazywają chłopaków mierzących mniej niż 175 cm wzrostu „karłami”.

Zdecydowanie tak, i mówię to bez cienia satysfakcji. Presja wyglądu przestała być „przywilejem" dziewczyn. Chłopcy dostają swoją wersję niemożliwego kanonu: wzrost minimum 180 cm, szeroka szczęka, kaloryfer, i dostają ją z tych samych źródeł, czyli z algorytmów, które podsuwają im treści o „looksmaxxingu" i siłownianych transformacjach.

„Karzeł” to męski odpowiednik „torty": redukcja całego człowieka do jednego parametru ciała, na który, uwaga, nie ma on żadnego wpływu. Diety chociaż podtrzymują iluzję kontroli, na wzrost nie ma nawet iluzji.

Różnica jest taka, że chłopcy mają jeszcze mniej języka, żeby o tym mówić. Dziewczyna może powiedzieć, że czuje presję wyglądu, i zostanie zrozumiana. Chłopak często słyszy, żeby nie przesadzał, więc zostaje z tym sam. Dlatego uważam, że rozmowa o akceptacji ciała musi dziś obejmować wszystkich, bo kultura oceniania nie ma płci, ona ma tylko ofiary.

Jak pomóc nastolatkom nie patrzeć na siebie czyimiś oczami?

W jaki sposób nastolatki mogą odczepić się od siebie, jeśli przyczepiają się do nich ich rówieśnicy? Czy zbudowanie akceptacji własnego ciała w tym wieku nie graniczy z nieprawdopodobieństwem? Zwłaszcza że to ciało jeszcze się zmienia. Jak sprawić, by dziewczyny patrzyły na siebie swoimi oczami, a nie tych, którzy je oceniają?

Najpierw obniżmy poprzeczkę, bo ona jest zawieszona absurdalnie wysoko. Pełna akceptacja ciała w wieku, w którym zmienia się ono co pół roku, a wokół trwa festiwal oceniania, to cel z kategorii science fiction. I bardzo dobrze, bo celem nie musi być miłość do ciała. Wystarczy zawieszenie broni: nie muszę kochać swoich ud, będzie dobrze, gdy przestanę toczyć z nimi wojnę i pójdę na basen, na urodziny, do życia.

A jak przejść od patrzenia cudzymi oczami do patrzenia swoimi? Przez funkcję zamiast fasady. Ciało nastolatki codziennie coś dla niej robi: tańczy, śmieje się, przytula psa, wchodzi na czwarte piętro. Im częściej pytamy „co moje ciało dziś zrobiło" zamiast „jak moje ciało dziś wyglądało", tym bardziej wracamy do siebie.

Druga rzecz to środowisko cyfrowe: feed to dieta dla mózgu i można ją zmienić. Odfollowować konta, po których czuje się gorzej, zaobserwować takie, gdzie ciała po prostu żyją, zamiast pozować. I trzecia, najważniejsza: jedna przyjaciółka, z którą umawiamy się, że u nas nie komentuje się ciał, daje więcej niż sto afirmacji przed lustrem.

Jak reagować na filmiki o „torcie” na TikToku? Rady dla nastolatek i ich rodziców

A jak dziewczynka może reagować na takie filmiki, dotyczące jej konkretnie czy podobnych do niej nastolatek?

Po pierwsze: nie wchodzić w dyskusję w komentarzach. To brutalna prawda, ale sekcja komentarzy pod takim filmikiem nie jest miejscem, gdzie ktokolwiek zmienia zdanie, za to jest to przestrzeń, w której można oberwać jeszcze mocniej. Zamiast tego warto zgłosić filmik jako nękanie, zablokować twórcę i kliknąć „nie interesuje mnie to", żeby algorytm przestał podsuwać podobne treści. To nie jest ucieczka, to jest higiena. Nikt nie każe nam stać na środku ulicy, na której ktoś krzyczy obelgi.

Po drugie, warto mieć w głowie jedno zdanie ratunkowe: ten filmik mówi wszystko o osobie, która go nagrała, a nic o mnie. Ktoś, kto potrzebuje rankingować cudze ciała, komunikuje światu własną niepewność, nie moją wartość. I po trzecie: powiedzieć o tym komuś. Dorosłemu, przyjaciółce, komukolwiek zaufanemu. Wstyd rośnie w ciszy, a maleje, gdy zostaje wypowiedziany na głos. To nie jest skarżenie, to jest dbanie o siebie.

I jeszcze pytanie o rodziców: jak rodzic może pomóc córce, gdy ta poskarży mu się na to, że ktoś w szkole nazwał ją „torta” lub inaczej skomentował jej wygląd?

Zacznę od tego, czego nie robić, bo tu najłatwiej o falstart. Nie zaprzeczać: „przecież wcale nie jesteś gruba” brzmi jak pocieszenie, ale utrwala przekaz, że grubość to najgorsza rzecz, jaka mogła ją spotkać. Nie bagatelizować: „nie przejmuj się" zamyka rozmowę, zanim się zaczęła. I absolutnie nie proponować rozwiązań w stylu „to może razem pochodzimy na siłownię", bo to potwierdza, że problem jest w jej ciele, a nie w zachowaniu tych, którzy je oceniają.

Co zamiast tego? Najpierw wysłuchać i nazwać emocje: „to musiało zaboleć, masz prawo być wściekła". Potem jasno umiejscowić winę: „to, co zrobili, to przemoc rówieśnicza, i to oni mają problem, nie twoje ciało". A długofalowo, i to jest najtrudniejsze, rodzic musi przyjrzeć się sobie.

Dziecko nasiąka tym, jak mama mówi o swoim brzuchu przed lustrem, jak tata komentuje sylwetki w telewizji, czy w domu jedzenie dzieli się na „grzeszne" i „dozwolone". Najskuteczniejsza profilaktyka to dom, w którym ciała się nie komentuje, a wartość człowieka nigdy nie jest mierzona w kilogramach. Córka, która to widzi na co dzień, wciąż usłyszy w szkole „torta". Ale będzie miała gdzie wrócić i z czego czerpać, gdy będzie budować własne zdanie o sobie.

Aleksandra Kisiel, w sieci znana jako @Kisielle, twórczyni internetowa i coachka ciałoakceptacji. Od trzech lat pomaga kobietom odwalić się od siebie i swojego ciała i nie odkładać życia na „jak schudnę”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE