1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kuchnia
  4. >
  5. Tunezja: słodko i ostro

Tunezja: słodko i ostro

123rf.com
123rf.com
Kuchnia tunezyjska to niezwykła, aromatyczna mieszanka kuchni arabskiej, ulubionych smaków Turków, Włochów i Francuzów oraz szeroko pojętej kuchni śródziemnomorskiej. Ten kosmopolityczny miks sprawia, że w Tunezji każdy znajdzie coś smacznego dla siebie.

W mojej ulubionej książce kucharskiej o tunezyjskich specjałach  dziesięciu na dwunastu szefów kuchni, którzy polecają przepisy, ma wąsy, połowa nosi imię Mohamed, ale wszyscy, absolutnie wszyscy uważają, że podstawą tunezyjskiego smaku jest harissa.  To dużo mówi o kuchni tego regionu, która na świecie ma opinię jednej z najpikantniejszych i najhojniej przyprawianych – sama harissa to piekielnie ostra i ogniście czerwona pasta z chili, pomidorów i czosnku, doprawiona kolendrą, kminkiem i kuminem, czyli kminem rzymskim. Podawana na setki sposobów jest bazą zup, kuskusów czy przekąsek, jednak podstawowe jej użycie to podana na talerzu maczanka do chleba (np. do najpopularniejszej tu długiej bułki pszennej zwanej baguette – czy już wiadomo, komu Tunezyjczycy podkradli przepis?). Ale uwaga, to wersja raczej dla tych, którzy nie boją się ekstremalnych smakowych wrażeń…

Tunezyjczycy lubią jeść poza domem i często już pierwszy posiłek – śniadanie (ftour sbah) – nie mówiąc o lanczu (ftour) czy późnym obiedzie (ashaa), spożywają w barze czy restauracji. Jeśli przyjrzeć się menu owych przybytków lub zawartości talerzy biesiadników, można zauważyć kilka zasad tunezyjskiej kuchni. Po pierwsze, właściwie wszystkiemu towarzyszy smaczne pieczywo. Po drugie, na co dzień je się przede wszystkim mięso – szczególnie jagnięcinę i baraninę – choć kraj słynie z niezliczonych gatunków ryb (te jednak są drogie). Po trzecie, to, co powinno nam się kojarzyć z Tunezją, to kuskus. Podawany jest na tyle sposobów, ilu w tym kraju kucharzy i gospodyń, do tego przyrządza się go również z rybą! Drobna kaszka kuskus i u nas nie jest już niczym egzotycznym, jednak w Tunezji przygotowuje się ją trochę inaczej: przede wszystkim lekko zwilżone, ręcznie, drobniutko roztłuczone ziarna pszenicy gotuje się na parze w specjalnym naczyniu, nad daniem głównym.  Sypkie, złote drobinki podaje się potem na glinianych półmiskach obok potrawek z ciecierzycy, baraniny czy np. przepysznej okry (piżmianu jadalnego) – śliskiego warzywa zwanego również egzotycznie palcami Fatimy. Wszystko to doprawione niezliczoną ilością kombinacji lokalnych przypraw, które oczywiście najlepiej kupić na miejscowym targu, mieniącym się kolorami i pachnącym na kilometr.

Podobno łatwo zachować słodkie wspomnienia z Tunezji: ten kraj słynie z przepysznych deserów. I nie jest to tylko baklava (płaty ciasta przekładane orzechami i miodem), lecz także obłędnie kolorowe migdałowe ciasteczka czy zielonkawe kremy pistacjowe. Po tak rozkosznej uczcie polecana jest lokalna przepyszna kawa albo miętowa herbata. Z tym że… ona też będzie supersłodka.

Kulinarny słowniczek Tunezji:

baklava
– płaty ciasta nasączone miodem i przekładane masą orzechową.

brik
– jedzenie ulicy i popularna przekąska; najpopularniejszy jest brik á l’oeuf: żółtko jajka na miękko w smażonym, chrupiącym trójkącie z ciasta; stosuje się też nadzienie ze szpinakiem, tuńczykiem lub sardelą.

kaftaji
– pikantne, smażone kotleciki z siekaną wątróbką, pieprzem, dynią i cebulą.

kamunia
– przyprawione kminkiem mięso gotowane lub gulasz z wątróbki.

knef
– przyprawione rozmarynem mięso jagnięce z kością.

kuskus
– danie narodowe z kaszy pszenicznej; najokazalszy, królewski kuskus zawiera mięso jagnięce, kurczaka oraz pikantne kiełbaski.

lablabi
– potrawka z ciecierzycy i harissy.

machrud
– ciastko z grysiku nasączone miodem, z daktylem w środku.

mechoui
– mięso z grilla, zwykle jagnięce.

mechouia (meszuja)
– warzywa z rusztu: cebula, pieprz, pomidory skropione oliwą, przybrane tuńczykiem i gotowanym jajkiem.

mergez
– kiełbaski z baraniny przyprawione ostrą papryką.

mermez
– gulasz z baraniny.

ojja
– jajecznica ze smażoną cebulą, papryką, pomidorami, baranimi kiełbaskami i harissą.

szakszuka
– warzywny gulasz z pomidorów, pieprzu angielskiego i cebuli, jajek oraz niewielkiej ilości mięsa.

szorba (czorba) tunezyjska
– ostra zupa pomidorowa zwykle z makaronem, cebulą i harissą.

palce Fatimy, okra (piżmian jadalny)
– zielone warzywo w kształcie palca, zwykle duszone.

tajine
– nie mylić z daniem marokańskim; wersja tunezyjska to podobne do hiszpańskiej tortilli danie z jagnięcia, jajek i sera, zapiekane w dużej formie, pocięte na równe kawałki i podawane na zimno jako przekąska w barach z jedzeniem na wynos.

 

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

W kuchni najważniejsza jest różnorodność i słuchanie swojego organizmu – przekonuje Michel Moran

Michel Moran (fot. materiały prasowe Kenwood)
Michel Moran (fot. materiały prasowe Kenwood)
Znany juror MasterChef Polska, francuski kucharz o hiszpańskich korzeniach, ambasador marki Kenwood, ma wreszcie czas na gotowanie w domu. Przynajmniej dopóki nie otworzy nowej restauracji. A to nastąpi już niebawem… Jak prezentuje się kulinarny świat Michela Moran?

Mamy wiosnę. Jak wygląda ta pora roku w Pana kuchni? Wszyscy tęsknią za świeżymi owocami i warzywami. Tymczasem dietetycy odradzają jedzenie nowalijek. Jakie Pan ma podejście?
Nie jestem ekspertem od dietetyki. Uważam jednak, że człowiek powinien jeść to, co akurat rośnie o danej porze roku, co proponuje nam ziemia. Kalendarzowo mamy wiosnę. Musimy jednak dalej spożywać to, co mamy z zapasów. Jeszcze trochę za wcześnie na te wiosenne warzywa i owoce. We Francji czy w Hiszpanii mamy już szparagi, świeże sałaty. U nas musimy jeszcze chwilę poczekać.

Moja kuchnia jest teraz pewną mieszanką. Są takie dni, gdy nadal jemy dania tylko zimowe. Są też dni, kiedy mam już ochotę na coś lekkiego i wiosennego. To jest trudny okres dla kucharza, bo nie jesteśmy już w okresie zimowym, a jeszcze nie ma pełnej wiosny.

Jakiego rodzaju potrawy gotuje więc Pan w tym okresie?
Ta kuchnia domowa, jak wspominałem, jest dość mieszana. Niedawno przyrządzałem np. duszoną kapustę z piersią z kaczki, czyli typowo zimowe danie. Próbuję robić dużo dań warzywnych, bo jem coraz więcej warzyw, a coraz mniej mięsa. Nie znaczy to, że jestem na jakiejś diecie. Po prostu prosi mnie o to mój organizm.

Można więc powiedzieć, że zgodnie z trendami podąża Pan w stronę wegetarianizmu?
Nienawidzę „trendów”. Jestem anty-trendy. To słowo nie istnieje w mojej głowie (śmiech).

Ja po prostu staram się wsłuchiwać w swój organizm. Mam prawie 60 lat. Kiedyś jadłem bardzo dużo masła, piłem litr mleka dziennie i jadłem może 300 g glutenu (w produktach z białej mąki). Już tak nie jem, ale nie ze względu na dietę. Czuję, że to nie jest mi potrzebne. Słucham swojego organizmu.

Pamiętam jak prowadził Pan swoją restaurację Bistro de Paris i rozmawialiśmy o gotowaniu. Wówczas nie miał Pan w ogóle czasu na przyrządzanie posiłków w domu. Rozumiem, że teraz to się zmieniło?
Tak, teraz tego czasu na gotowanie w domu mam aż za dużo. Moja poprzednia restauracja jest już sprzedana, a kolejną remontuję. Myślę, że będzie gotowa dopiero w lipcu albo w sierpniu.

Gotuje więc Pan dla siebie i dla żony. Macie zgodne preferencje kulinarne?
Jesteśmy dosyć zgodni. Żona trochę bardziej uważa na dietę niż ja. Kobiety w ogóle są bardziej skrupulatne jeśli chodzi o odżywianie. Nie ma jednak takiej sytuacji, że nagle na palnikach mamy cztery różne patelnie… Zwykle jemy to samo.

Czy są dania, które szczególnie lubicie i wybieracie najczęściej?
Powiem prawdę: nie mam ulubionych dań. Uwielbiam mięsne czy rybne pulpety. Są jednak takie dni, kiedy mam ochotę na zwykły makaron ze świeżym pomidorem, plus czosnek i dobra oliwa… i jestem szczęśliwy. Bywają dni, że mam ochotę na coś bardziej wyszukanego.

Myślę, że ochota na jedzenie często jest związana z tym, jaką mamy pogodę, jaki humor, jakie plany, ile czasu na gotowanie. Kucharz nie myśli tak mocno o jedzeniu jak każdy. Żyjemy „z gotowaniem” od wielu lat, więc trochę inaczej to u nas działa, mamy inne podejście. Po prostu gotujemy.

W kuchni panuje różnorodność. Czasem mamy ochotę tylko na sałatkę, innym razem gotuję coś orientalnego. Są też dni, gdy piekę całą kaczkę w piekarniku. Nie mamy tu żadnych specjalnych reguł. Na pewno, co najmniej raz lub dwa razy w tygodniu jemy w domu świeżą rybę.

Czyli kwasy omega?
Nie jestem dietetykiem, zawsze to podkreślam, ale myślę, że najzdrowsza dieta polega na różnorodności.

Ludzie w Polsce kojarzą Pana głównie z programem MasterChef. Można powiedzieć, że ten związek jest jak „stare, dobre małżeństwo”.
10 lat już ma to małżeństwo (śmiech).

Czy czerpie Pan od tych kucharzy - amatorów inspirację?
To są ludzie, którzy mocno ewoluują. Może nie tyle czerpię inspirację, co odwagę, którą oni mają. To nie są profesjonalni kucharze. Może dlatego nie mają żadnych zakazów, żadnej reguły, żadnej granicy. I to jest piękne. Robią w kuchni co chcą. Jestem często pełen podziwu, że mają odwagę łączyć różne rzeczy, których ja, jako fachowiec, bym nie łączył, bo tak mnie uczono, bo tak się nie robi…  Potrafią stosować kulinarne połączenia, na które ja bym nie wpadł lub nie miał odwagi spróbować. To jest duża lekcja dla nas, kucharzy profesjonalnych, że czasami jesteśmy zamknięci w regułach, które istnieją w gotowaniu, albo których uczyli nas nasi szefowie wiele lat temu. Świat kulinarny też się zmienia. Przykładem są te łączenia składników, kolorów, produktów. Musimy iść do przodu.

Jest Pan też ambasadorem marki Kenwood. Prowadzi Pan warsztaty z Kenwoodem, które wcześniej odbywały się w gronie dziennikarzy kulinarnych, czy blogerów. Teraz zostały przeniesione do Internetu i są dostępne dla wszystkich. Jak Pan się odnajduje w tej nowej sytuacji?
To zupełnie inna rzeczywistość. Jest to fajne, choćby ze względu na ludzi, którzy się przyłączają online i są aktywni w tym warsztacie. Ma to więc swoje plusy. Mogę pokazać jak używać robota Kenwood, odpowiedzieć na pytania wysyłane w trakcie warsztatów przez internautów. Jest to wygodne. Nie ukrywam jednak, że wolę ten warsztat, gdzie jestem w kuchni razem z ludźmi. Mam wtedy realny kontakt z osobami, nieważne czy to jest pięć – sześć osób, czy pięćdziesiąt, ale ta wymiana jest bezpośrednia.

Jednak z Internetem dobrze Pan sobie radzi. Widoczna jest pana aktywność w mediach społecznościowych.
Nie mam wyboru. Trzeba spróbować być aktywnym. Ja jestem głównie aktywny na swoim profilu na Instagramie.

Zdradzi nam Pan plany kulinarne na najbliższą przyszłość? Wiemy już, że otwiera Pan nową restaurację.
Będzie nowa restauracja, dziesiąta edycja MasterChef, kontynuacja współpracy z Kenwoodem. I tak już dużo (śmiech).

Wracając do tematu inspiracji, o której mówiliśmy, myślę, że jestem teraz w takim okresie życia (i w takiej sytuacji na świecie), że mam zupełnie inne przemyślenia odnośnie tego, co miałbym robić… dotyczą one choćby restauracji, którą mamy otworzyć latem. Ja chcę już zapomnieć o tej kuchni wykwintnej, wyrafinowanej, jaka była w Bisto de Paris. Chciałbym teraz całkowitej zmiany. Czegoś prostego. Zastanawiam się: co powinienem proponować moim gościom na co dzień? To bardzo trudne pytanie dla mnie. Nie wiem, w którym kierunku iść… bo kucharz nie gotuje dla siebie. Kucharz gotuje dla innych. Trudno jest przewidzieć, na co mają teraz ludzie ochotę. Mam więc ogromny stres związany z nową restauracją. Pracowałem przez 40 lat w restauracjach drogich, luksusowych, dedykowanych konkretnym klientom, zwykle biznesowym. Już tego nie chcę. Chcę otworzyć restaurację dla ludzi, żeby każdy mógł wpaść. Dla dzieci, dla wegetarian, wegan, dla wszystkich. To nie jest łatwe. Teraz trzeba dobrać menu, opracować szczegóły. Obawiam się, że goście oczekują ode mnie czegoś więcej. Jak już jednak wspomniałem, mam prawie 60 lat. Restauracja ma być teraz frajdą, a nie samym biznesem.

Michel Moran:
francuski kucharz o hiszpańskich korzeniach. Znany Polakom przede wszystkim z programu MasterChef. Jako ambasador marki Kenwood prowadzi warsztaty kulinarne, podczas których wykorzystuje roboty kuchenne Kenwooda. Jak sam podkreśla: Mam  robot na stałe w mojej kuchni. Ile razy coś blendujemy, robimy ciasto, mielimy pulpety, czy szatkujemy warzywa – robot zawsze ułatwia nam pracę. Jest bardzo wygodny, nawet gdy gotujemy dla dwóch – trzech osób.

Dla miłośników gotowania Kenwood stworzył też na Facebook’u grupę You can Cook. Jeśli należysz do ludzi kochających gotowanie – warto dołączyć.

  1. Zdrowie

Szparagi - ruszył sezon

Szparagi to superfoods - znajdują się na liście 20 najbardziej zagęszczonych pod względem odżywczym pokarmów na świecie (wg. indeksu ANDI) (Fot. iStock)
Szparagi to superfoods - znajdują się na liście 20 najbardziej zagęszczonych pod względem odżywczym pokarmów na świecie (wg. indeksu ANDI) (Fot. iStock)
Szparagi są zdrowe, niskokaloryczne i koją nerwy. Sezon na nie trwa krótko, nie przegap go!

Pierwsze szparagi pojawiają się na warzywnych straganach już na początku marca. Przyjeżdżają do Polski z południowej Europy. Jednak prawdziwi smakosze czekają na zbiory lokalne - bo dobre szparagi, to świeże szparagi, czyli takie, które nie musiały jechać tysięcy kilometrów.

Jak gotować szparagi?

W Polsce nie ma silnych tradycji jedzenia szparagów, ale z roku na rok rośnie liczba gospodarstw, uprawiających zielone i białe pędy. Ich wielbiciele, oprócz walorów smakowych, doceniają fakt, że rośliny te są niezwykle proste w obsłudze. Zwłaszcza zielone, których nie trzeba obierać. Wystarczy opłukać i odłamać zdrewniałą końcówkę. Najlepiej gotować je na stojąco w lekko osolonej wodzie. Chodzi o to, żeby nie rozgotować i nie uszkodzić główki - najdelikatniejszej i najpyszniejszej części szparaga. Ugotowane szparagi podaje się z sosem holenderskim. Można też polać je masłem zasmażonym z bułką tartą.

Jeśli trafisz na cieniutkie zielone szparagi, usmaż je na grillowej patelni. Umyte i osuszone pędy wystarczy lekko skropić oliwą i przytrzymać na patelni do lekkiego zarumienienia z dwóch stron. Potem trzeba je lekko posolić. Można też  posypać parmezanem. Szparagi z patelni mają niezwykle intensywny smak – bardziej "szparagowy" niż te z wody. A do tego są przyjemnie chrupkie i mają ładny kolor.

Można też szparagi upiec. Wystarczy rozłożyć je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, skropić oliwą i wsadzić do piekarnika  rozgrzanego do 210 stopi C. na 10 min.

Dlaczego warto jeść szparagi?

  • Bo to witaminowa bomba. Szparagi są cennym źródłem kwasu foliowego, bez którego nasz układ nerwowy nie działa poprawnie. Prawidłowy poziom kwasu foliowego oraz witaminy B12, poprawia naszą sprawność umysłową oraz szybkości reakcji. Wystarczy zjeść 10 szparagów, by zapewnić organizmowi dzienną dawkę witaminy K, niezbędnej do prawidłowej absorpcji wapnia w kościach. Poza tym zielone i białe pędy pełne są witamin z grupy C, E  i B oraz beta-karotenu, potasu, sodu, żelaza, fluoru, wapnia, magnezu, fosforu.
  • Odtruwają i poprawiają urodę. Szparagi zawierają wiele przeciwutleniaczy, które usuwają z organizmu nadmiar wolnych rodników, chroniąc przed infekcjami, chorobami i przedwczesnym starzeniem. Pełno w nich asparaginy o działaniu moczopędnym. Składnik ten wspomaga pracę nerek - dzięki niej organizm szybciej pozbywa się z organizmu nadmiaru płynów, soli i toksyn. Dodatkowo asparagina obniża ciśnienie tętnicze, rozszerza naczynia krwionośne i usprawnia pracę serca.
  • Pomagają w odchudzaniu. W 100 g szparagów jest zaledwie 20 kcal i aż 2,1 g błonnika, który zapewnia uczucie sytości i reguluje trawienie.
  • Zachęcają do miłości. Już od starożytności falliczny kształt tego warzywa prowokował myśli i wzmagał popęd seksualny. Dziś znamy kilka naukowych faktów, które potwierdzają, że szparagi są afrodyzjakami. Wszystko za sprawą mieszanki odpowiednich witamin i pierwiastków wzmagających libido oraz fitoestrogenów, działających podobnie jak estrogen – jeden z żeńskich hormonów.
 

  1. Styl Życia

Nieodkryty Dolny Śląsk. Niezwykłe miejsca na weekendowy wypad, niezapomniane wakacje

(Fot. Paweł Zasada)
(Fot. Paweł Zasada)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Jeśli zastanawiacie się, dokąd wyruszyć tej wiosny, by na szlakach nie spotykać uciążliwych tłumów, uciec od miejskiego zgiełku i poznać wciąż nieodkryty na masową skalę region Polski, podpowiadamy – jedźcie na Dolny Śląsk.

Średniowieczne zamki, pałace jak z bajki, tajemnicze sztolnie, dawne kopalnie, jaskinie, ruiny, wygasłe wulkany i góry jak z opowieści fantasy. Rozległe wrzosowiska,  malownicze wodospady i setki kilometrów szlaków – narciarskich, rowerowych i pieszych. Dolny Śląsk to miejsce niezwykłe. Wszystko tutaj jest trochę inne. Architektura, jedzenie, ludzie, przyroda. Nie opuszczając granic kraju, można poczuć się jak na zagranicznej wycieczce.

Dla miłośników gór nie lada gratka, to właśnie tutaj, w województwie dolnośląskim, znajduje się aż 15 z 28 szczytów Korony Gór Polskich. To także w tych okolicach – w Kotlinie Kłodzkiej i położonych wokół niej górach – poprowadzono najbardziej rozbudowaną w Polsce sieć rowerowych tras typu singletrack, prowadzących pętlami różnej długości i pozwalających na zwiedzanie regionu z perspektywy dwóch kółek. Ale na tym oczywiście atrakcje tych okolic się nie kończą.

 

Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada) Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada)

Zainteresowanych odkrywaniem Dolnego Ślaska i poszukujących nieoczywistych i wyjątkowych noclegów w tej okolicy powinna zainteresować najnowsza książka z serii „Odetchnij od miasta”. Jej autorka, Sylwia Kawalerowicz, rozmawia z gospodarzami domów gościnnych, poznaje lokalne targi, słucha miejscowych opowieści i odkrywa niesamowite miejsca. Każdy znaleźć tu może miejsce dla siebie. Nic, tylko ruszać w drogę.

Chociaż na Dolnym Śląsku nie brakuje typowo turystycznych miejscówek chętnie odwiedzanych przez grupowe wycieczki, znaleźć tu można miejsca odludne, niezadeptane, a przy tym piękne, ciekawe i co ważne – gościnne. Prężnie rozwija się tutaj coś, co można określić mianem turystyki w stylu „slow”, w której liczy się doświadczenie, przeżycie, dobre jedzenie, spotkanie z wyjątkowymi ludźmi, nocleg w miejscu z historią, nieoczywistym, ciekawym. Zanocować można tu m.in. w salach wyremontowanego XVI-wiecznego pałacu, przytulnych pokojach stuletniego poniemieckiego domostwa z widokiem na wygasły przed kilku milionami lat wulkan, w nowoczesnej jurcie, prawdziwym ekologicznym gospodarstwie rolnym, starej kaszarni albo designerskim bungalowie pośrodku dzikiej łąki.

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada) Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada)

Vegan House (Fot. Paweł Zasada) Vegan House (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Oprócz propozycji noclegowych w książce czytelnik znajdzie też informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, dokąd wybrać się po lokalne specjały, jakie serowarnie, winiarnie czy gospodarstwa odwiedzić. Wyprawy na Dolny Śląsk były dla mnie wielką przygodą. Odkryłam świat fascynujący, nieoczywisty, czasami intrygująco szkaradny, a czasami obłędnie piękny. Pisząc tę książkę, poznałam ludzi, którzy pozwolili mi zrozumieć, czym są te krainy, odkryć ich trudną historię – często zapisaną w rodzinnych opowieściach, zaszytą w ścianach tutejszych domostw” pisze we wstępie autorka.

„Odetchnij od miasta” to bogaty w zdjęcia poradnik, w którym praktyczne wskazówki dotyczące podróżowania po Polsce przeplatają się z opisami niezwykłych domów gościnnych oraz inspirującymi opowieściami ich gospodarzy. Każde z polecanych noclegów został przez autorkę sprawdzony. Każde miejsce jest nietuzinkowe i przepełnione duchem regionu.

Sylwia Kawalerowicz „Odetchnij od miasta. Dolny Śląsk”, Wydawnictwo Buchmann

  1. Styl Życia

Koczownicy XXI wieku - rozmowa z Jessicą Bruder, autorką książki "Nomadland. W drodze za pracą”

Siedemdziesięcioletnia Linda May to jedna z bohaterek książki „Nomadland. W drodze za pracą”. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała autorce książki, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo. (Fot. Jessica Bruder)
Siedemdziesięcioletnia Linda May to jedna z bohaterek książki „Nomadland. W drodze za pracą”. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała autorce książki, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo. (Fot. Jessica Bruder)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Spakować się do samochodu i ruszyć przed siebie – to marzenie wielu wypalonych zawodowo osób. Jednak dla tych, których do życia w kamperze zmusiła konieczność, niewiele w tym romantyzmu. O koczownikach XXI wieku rozmawiamy z Jessicą Bruder, autorką książki, na podstawie której nakręcono nagrodzony Oscarem film "Nomadland".

Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Autorka książki 'Nomadland. W drodze za pracą'. (Fot. archiwum prywatne) Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Autorka książki "Nomadland. W drodze za pracą". (Fot. archiwum prywatne)

Kilka lat temu kupiłaś minibus i postanowiłaś ruszyć szlakiem ludzi, którzy mieszkają w kamperach, pracują sezonowo i właściwie cały czas są w drodze. Pamiętasz jeszcze te emocje?
Na początku cały czas towarzyszył mi niepokój, bo musiałam bardzo dużo jeździć i to naprawdę dużym autem. Ale martwiłam się też o to, gdzie będę spać, czy będę bezpieczna, gdzie zaparkuję. Wiedziałam, że dla mnie nie jest to początek nowego życia, tylko chwilowa sytuacja, ale i tak się stresowałam.

Pamiętasz pierwszą noc?
Pewnie! Zaparkowałam w miejscu, gdzie był zakaz nocowania w aucie. Bałam się, że ktoś do mnie zapuka, policja zacznie zadawać pytania… Na szczęście szybko przywykłam. Od niedawna w Stanach obowiązuje zakaz nocowania w aucie, co dla mnie jest naruszeniem amerykańskich wolności, bo możesz zaparkować wszędzie, ale nie możesz spać.

Wyobrażam sobie, że to krzywdzący przepis w sytuacji, gdy auto jest twoim domem, a tak jest w przypadku bohaterów twojej książki „Nomadland”. Jakie jeszcze miałaś wrażenia w pierwszych tygodniach?
Bycie w drodze nieustannie dostarcza bodźców, bo cały czas poznajesz nowych ludzi, trafiasz też do nowych miejsc. To jest fascynujące, ale też wyczerpujące. Ja miałam ten luksus, że w każdej chwili mogłam wrócić do domu. Najdłużej w drodze spędziłam dwa miesiące, potem jeszcze kilka razy ruszałam w kilkutygodniową trasę. Pamiętam, jak bardzo zdezorientowana czułam się, gdy po dwóch miesiącach wróciłam do siebie. Sypialnia nagle wydała mi się ogromna, czułam się dziwnie w mieście, nie mogłam się odnaleźć. Ale dla mnie takie wytrącenie z równowagi było bardzo przydatne.

Co masz na myśli?
Gdy decydujesz się uprawiać dziennikarstwo, które wiąże się z tzw. obserwacją uczestniczącą, to trzeba cały czas siebie pilnować, by za bardzo nie zbliżyć się do bohaterów, nie zacząć patrzeć ich oczami. Jasne, biorę auto, spędzam kilka tygodni w drodze i poznaję ludzi, z niektórymi się zaprzyjaźniam, ale muszę pamiętać o tym, że cały czas jedną nogą jestem w ich świecie, ale drugą muszę pozostać w swoim, jeśli chcę zobaczyć cały obrazek, cały kontekst, i zarazem oddać im sprawiedliwość.

Co było dla ciebie najtrudniejsze w takim życiu?
Czas, kiedy pracowałam przy zbiorach buraków cukrowych – to jedna z tych sezonowych prac, przy których chętnie zatrudniają się nomadzi – był dla mnie totalnie wyczerpujący. Jesteś na nogach przez 12 godzin, jest zimno, przewalasz łopatą tony buraków, a obok ciebie tak samo ciężko pracują ludzie w wieku twoich rodziców. To było dla mnie emocjonalnie trudne, bo sama ledwo sobie z tym radziłam. Po całym dniu pracy każdy mięsień w ciele palił.

A druga rzecz: przez cały czas było mi zimno. Nigdy nie udało mi się dobrze ogrzać samochodu. Miałam co prawda grzejnik na gaz, czasem włączałam go i grzałam, dopóki nie szłam spać. Musiałam go wyłączać na noc, żeby się nie zatruć, i często budziłam się zmarznięta w wychłodzonym aucie. Zimno nie pozwalało mi też skoncentrować się i pisać, więc pod koniec dnia robiłam notatki w jakiejś przydrożnej pizzerii.

Tym kamperem Jessica Bruder przemierzyła dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu bohaterów swojej książki 'Nomadland. W poszukiwaniu pracy' (Fot. archiwum prywatne) Tym kamperem Jessica Bruder przemierzyła dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu bohaterów swojej książki "Nomadland. W poszukiwaniu pracy" (Fot. archiwum prywatne)

Twoi bohaterowie nie wpadli po prostu na pomysł mieszkania w kamperach i dorabiania sobie przy sezonowych pracach. To w większości ci, którzy z powodu kryzysu gospodarczego stracili pracę i domy, i musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości, tyle że większość z nich dziś jest na emeryturze.
Spotkałam bardzo wielu ludzi, którzy całe życie żyli modelowo: mieli pracę, płacili rachunki, odkładali pieniądze i dbali o rodzinę. I nagle zdarzyła się w ich życiu katastrofa, o co nietrudno, bo płace w Stanach nie rosną; rosną za to raty kredytów czy ceny wynajmu. Wielu z nich nigdy nie marzyło o życiu w kamperze.

W książce zwracasz uwagę na to, jak łatwo twoi bohaterowie zaczynają tworzyć społeczność, wspierać się, a ich ruch z roku na rok rośnie.
Zdecydowanie, ludzi na drodze jest coraz więcej. Bardzo szybko też zaczęli spotykać się w zorganizowany sposób. Jedną z tradycji nomadów jest Rubber Tramp Rendezvous (czyli Zlot Zmotoryzowanych Trampów), organizowany w styczniu na pustyni blisko miasteczka Quartzsite w Arizonie. Trwa dwa tygodnie i jest okazją do tego, by wymieniać się doświadczeniem, nawiązywać przyjaźnie i uczyć nowicjuszy. Zaczęło się od kilku–kilkunastu osób, a parę lat potem, kiedy ja się tam wybrałam, było już tysiąc uczestników. Ludzie chcą być razem, dzielić się tym, co przeżyli. I choć wiele osób, które spotkałam, mówiło mi, że tak naprawdę są introwertykami, to wciąż potrzebowały one życia towarzyskiego, chętnie również pomagały innym. Poza zlotami też pozostają ze sobą w stałym kontakcie.

W jaki sposób?
Dziś wiele osób korzysta z Messengera, wysyłają do siebie wiadomości, dzwonią, dbają o siebie nawzajem, ten aspekt troski o innych był dla mnie bardzo ciekawy. Podczas pandemii, gdy zamykały się parki, a kempingi zmieniły zasady korzystania, ludzie zakładali strony internetowe, gdzie udzielali informacji o tym, co się dzieje w kraju, jak rozumieć obostrzenia i jak się odnaleźć w sytuacji reżimu sanitarnego czy objawów koronawirusa.

Wiele nauczyłam się zwłaszcza od Lindy May, siedemdziesięciolatki, z którą się zaprzyjaźniłam. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała mi, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo.

Nie chcę przedstawiać życia nomadów w romantycznym świetle, natomiast urzekło mnie to, jak ludzie w drodze dzielą się tym, co mają, a jednocześnie potrafią zdobyć albo skonstruować samemu to, czego właśnie potrzebują. Swoją drogą zabawne jest to, że amerykańskie społeczeństwo ma obsesję na punkcie Doliny Krzemowej i przełomowych wynalazków, które zwykle sprowadzają się do tego, że możesz uprać albo wysuszyć pranie pięć minut szybciej, ale nie wpływają realnie na życie zwykłych ludzi.

Mówisz o drobnych wynalazkach, ale dla mnie samo życie nomadów jest wielkim społecznym eksperymentem.
I to mnie pozytywnie zaskoczyło, jak niesamowicie ludzie potrafią się  adaptować do zmieniających się okoliczności, tworząc światy, w których mogą żyć, nawet jeśli są one tak odmienne od tych znanych nam, żyjącym w ciepłych domach czy mieszkaniach. Ale też to, jak mimo różnej sytuacji życiowej są otwarci na zmiany i na siebie. Miałam wrażenie, że łączą ich silniejsze więzi niż ludzi w dużych miastach, choćby w Nowym Jorku, gdzie mieszkam.

Masz poczucie, że dzisiejsi nomadzi powielają tryb życia pionierów, mit założycielski Ameryki?
Wszystko zależy od punktu widzenia. Co innego gdy jesteś w sytuacji, kiedy nie masz wyboru, a co innego, gdy bycie w drodze jest twoją decyzją – wtedy naprawdę mogą cię zachwycać wspaniałe widoki, przestrzeń, przyroda. Sama miałam nieraz wrażenie, że przeżywam piękne chwile na łonie natury. Nie chcę utrwalać amerykańskiego mitu koczownika, choć wiem, że wiele osób ma takie romantyczne podejście do bycia w drodze. A to życie potrafi być naprawdę trudne. Niektórzy z moich bohaterów zakładają, że będą pracować i jeździć po Stanach w nieskończoność. A na przykład Linda May chciałaby jeszcze osiąść gdzieś na stałe.

Jakie były ich reakcje na książkę?
Społeczność nomadów pozytywnie na nią zareagowała, ale wiele osób mówiło też, że to nie o nich. Myślę, że bierze się to z lęku przed stygmatyzacją związaną z biedą, która w Stanach jest wciąż ogromna. Kwestia bezdomności i ubóstwa jest delikatna, łatwo można kogoś urazić. Wiąże się z tym również wstyd, ludzie martwią się, co inni o nich pomyślą. Z drugiej strony, jeśli o tym nie będą mówić, stracą szansę na to, by poprawić swoją sytuację, ale też poznać osoby, które pozwolą im się zorganizować we wspólnotę.

Wydałaś swoją książkę w 2017 roku. Ile zostało w tobie z tego doświadczenia bycia nomadką?
Zrozumiałam, że poradzę sobie w różnych warunkach, że mogę być samowystarczalna. Nawet gdy zaczęła się pandemia, świadomość, że mam w pełni wyposażone auto, że mogę zostawić wszystko i mimo lockdownu po prostu jechać przed siebie, była wyzwalająca.

Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Podczas pracy nad „Nomadlandem” spędziła trzy lata w podróży. Za książkę otrzymała nagrodę sieci księgarń Barnes & Noble (w kategorii „Odkrycie”).

Polecamy książkę: 'Nomadland. W drodze za pracą', Jessica Bruder, wyd. Czarne. Polecamy książkę: "Nomadland. W drodze za pracą", Jessica Bruder, wyd. Czarne.

  1. Styl Życia

Holandia – ludzie i ich mentalność. Jacy tak naprawdę są Holendrzy?

Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Gospodarni czy skąpi? Zdystansowani czy skupieni na priorytetach? Na pewno życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni. I to nie wszystko, czego możemy się nauczyć od mieszkańców Holandii.

Łukasz i Iza z małą Sarą przeprowadzili się do Amstelveen na obrzeżach Amsterdamu pod koniec listopada. Niedługo potem pojechali na święta do Polski. Kiedy wrócili, w skrzynce na listy czekały na nich kartki świąteczne od sąsiadów z okolicy. Zresztą ci zaraz sami zaczęli pukać do ich drzwi z prezentami. Para z domu obok zaproponowała rowerek, z którego wyrosła ich córka, może się Sarze przyda?

A przecież potoczna opinia o Holendrach brzmi: są zamknięci, trudno nawiązać z nimi bliższe kontakty. Iza i Łukasz uważają, że jest inaczej.

Nic na pokaz

Gdyby mieli określić Holendrów w kilku słowach, powiedzieliby, że są praktyczni i konkretni. Wierzą na przykład w dawanie rzeczom drugiego życia. Niekoniecznie po to, żeby odzyskać część sumy, którą w nie zainwestowali, przyświeca im myślenie bardziej eko: nam już nie jest potrzebny, niech ktoś skorzysta. Zwłaszcza że fakt, że coś jest nowe, nie stanowi dla nich sam w sobie zalety. Dlatego Sara przez rok jeździła na rowerku od Hailey.

Prymat funkcjonalności widać też na ulicy. Ubrania wygodne, często sportowe, dostosowane do pogody, która – choć klimat tu łagodniejszy niż u nas – nie rozpieszcza. Wilgoć i wiatr to zjawiska raczej codzienne. Makijaż? Od święta. Nic na pokaz. Ma być wygodnie. W szkołach i przedszkolach dzieci wychodzą na dwór każdego dnia. Nieważne, czy leje, czy wieje. Nie ma złej pogody – mawiają Holendrzy – jest tylko nieodpowiednie ubranie.

Najbliżsi sąsiedzi Izy i Łukasza szykują właśnie pokój dla najmłodszego synka. Ale nie zaczynają od przeglądania stron sklepów z meblami w poszukiwaniu szafek i komódek. Han wchodzi najpierw na Marktplaats (holenderski odpowiednik Olx), żeby sprawdzić, czy da się kupić coś z drugiej ręki. Albo coś, co będzie można przerobić – bo lubi majsterkować. I nie wynika to z oszczędności, a z przekonania, że wszystko da się wykorzystać. W miastach na osiedlach działa Repair Café. Raz w miesiącu dłubacze hobbyści spotykają się w określonych miejscach i naprawiają sąsiadom rozmaite sprzęty za darmo. Za każdym razem tych naprawiaczy przychodzi nie trzech czy czterech, a dziesięciokrotnie więcej. I wszyscy mają zajęcie. Choć Belgowie, którzy (z wzajemnością) mają szereg dowcipów na temat Holendrów, twierdzą, że drugim dnem takich działań jest skąpstwo. Trudno to ocenić. Powiedzmy w takim razie: dobrze rozumiana protestancka oszczędność.

Holendrzy jeżdżą raczej starymi samochodami, bo nowa sportowa tesla niespecjalnie się sprawdzi, kiedy trzeba się wybrać z rodziną na wakacje. Skoro o komunikacji mowa, to każdy wie, że Holandia to rowery. Jeżdżą na nich wszyscy. Jak to się stało? Jeszcze 50 lat temu liczba samochodów w tym kraju była gigantyczna. A rząd już wtedy zorientował się, że to nie najlepsza sytuacja. My tę lekcję odrabiamy w przyspieszonym tempie dopiero teraz. Holendrzy zainwestowali wielkie pieniądze w stworzenie rowerowej infrastruktury, ścieżek, parkingów – i w przekonanie ludzi, że przesiąść się na rower to niezły pomysł. I udało się. Pod każdym szkolnym ogrodzeniem są stojaki na rowery, podobnie przy stacjach kolejowych – dojeżdżasz rowerem, zostawiasz go i dalej docierasz do pracy pociągiem.

Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock) Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock)

Dystans czy życzliwość?

Fajnie, miło, kartki na święta, ale jednocześnie mówi się o zdystansowaniu Holendrów. Czy ta życzliwość kończy się na progu domu?

– Nie, nie mamy takiego wrażenia – opowiada Łukasz. – Ten czas oczywiście jest nietypowy, bo mamy nakładkę pandemiczną. I rozumiem, że kiedy przyszedłem do sąsiadki odebrać zostawioną dla nas paczkę, czekałem przed drzwiami w ulewnym deszczu, bo nie każdy wpuszcza teraz ludzi do domu. Jednak z drugiej strony nawiązaliśmy w ostatnich miesiącach wiele nowych znajomości, bo pandemia paradoksalnie zbliżyła ludzi zamiast oddalić. Pewnie rzeczywiście najbliższe przyjaźnie Holendrzy zawierają w szkole czy na studiach, ale nie jest prawdą, że nie dopuszczają do swojego grona innych.

Teorii o zamkniętych Holendrach przeczy też coś, co Iza i Łukasz nazywają „obrotem dziećmi”. Co najmniej trzy razy w tygodniu córka jest odbierana ze szkoły przez rodziców kolegi czy koleżanki i spędza u nich popołudnie. Albo oni zabierają cudze dziecko do siebie. To oczywiście znajomości praktyczne, zgodne z „narodowym charakterem”, ale świadczą o otwartości. I życzliwości – bo kiedy sąsiedzi dowiedzieli się, że Łukasz wyjeżdża i Iza przez jakiś czas będzie z Sarą sama, od razu z różnych stron przypłynęły propozycje pomocy. Znowu – nie teoretycznej: „W razie czego zadzwoń”, a konkretnej: „Mogę brać Sarę na dwa popołudnia w tygodniu, żebyś mogła popracować”.

Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock) Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock)

Holendrzy są w kontaktach z innymi bezpośredni. Otwarcie komunikują, co jest w porządku, co nie bardzo. Na przykład w pracy. – Czasem dla osób z zewnątrz krytyka czy po prostu zdecydowana ocena bywa trudna do przyjęcia – ale nie chodzi o to, żeby komuś dopiec, tylko żeby jasno zakomunikować, co w jaki sposób powinno być robione. Mnie to odpowiada – mówi Iza. – I łączy się to, moim zdaniem, z holenderskim praktycznym podejściem do życia. Mówią, co myślą, nie są mistrzami korpogierek.

Rodzina to priorytet

Praca dla każdego jest ważna, ale rodzina ważniejsza. Najpowszechniejszy model to trójka dzieci, dwójka to minimum. Coraz popularniejsze jest zjawisko: pracujemy tylko cztery dni w tygodniu albo pięć, ale w mniejszej liczbie godzin, zarobki będą niższe, ale za to więcej czasu dla rodziny. Codziennie kwadrans przed 18 wszystkie dzieciaki znikają z ulic i placów zabaw – bo o 18 jest obiad. To święty czas dla rodziny. Wszyscy siadają razem do stołu. Absolutnie nie wypada wtedy wpaść do sąsiada, nawet po sól. Jeśli ci się to zdarzy, czujesz się niezręcznie.

Może zresztą stąd opinia o tym, że Holendrzy są zamknięci. Bo skoro rodzina jest dla nich najważniejsza, siłą rzeczy starają się spędzać z nią więcej czasu, dla reszty świata mają go więc mniej. Pora na poszerzenie grona przypada w weekendy. Urlopy to także czas dla najbliższych, często spędzany wielopokoleniowo: rodziny pakują się do kampera czy dwóch z dziećmi, z dziadkami, czasem ze znajomymi. A na te wakacje mają wypłacaną w maju 13. pensję.

Wspólnota i odpowiedzialność

30 kwietnia obchodzone są urodziny króla. Normalnie jest to wielkie święto, ale w minionym roku oficjalnych obchodów nie było, wiadomo, pandemia. Co nie znaczy, że o tym dniu zapomniano. Ludzie sami sobie organizowali uroczystości. Tak jak w Lejdzie, w której Iza i Łukasz mieszkają od ponad dwóch lat. Tydzień wcześniej do skrzynek w okolicy trafiły zawiadomienia: „30 kwietnia o 12 spotkamy się na placyku na osiedlu, tam odśpiewamy hymn. Prosimy o zachowanie bezpiecznych odległości”. A dzieciaki wyrysowały na placyku na ziemi linie, gdzie powinno się stać, żeby było bezpiecznie. Różni ludzie grają na różnych instrumentach, wzięli je więc ze sobą. Grali, wszyscy śpiewali. Bo ważna jest wspólnota. Ta większa, jak naród, i ta lokalna.

Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock) Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock)

W połowie maja w Lejdzie tradycyjnie jest weekend biegowy – odbywają się biegi uliczne, od maratonu do biegu na 5 km. Na ulicach są nie tylko biegacze, ale i kibice, a kibicują wszyscy lejdejczycy. Ludzie wynoszą z domu krzesełka, siedzą, piją, jedzą, gadają ze znajomymi i nieznajomymi. No i się uśmiechają. To kolejna rzecz, która nieodmiennie mnie w Holandii zachwyca. Że ludzie na ulicach, mijani podczas spaceru czy kiedy biegam, uśmiechają się do mnie i do siebie nawzajem. Machają, pozdrawiają nieznajomych. Pewnie wynika to też z tego, że Lejda nie jest metropolią, w centrum Amsterdamu wygląda to inaczej, ale stolica to przecież miejsce turystyczne.

To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock) To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock)

Parę lat temu spędzaliśmy sylwestra u przyjaciela w Hadze – opowiada Iza. – To jedyna noc w roku, kiedy w Holandii wolno puszczać sztuczne ognie. Jasne więc, że sobie wtedy nie żałują. Parę minut przed północą wyszliśmy, jak wszyscy okoliczni mieszkańcy, przed dom z szampanem – taki zwyczaj – składać sobie życzenia. Panowało fajerwerkowo-szampańskie szaleństwo. Byłam pewna, że ulica następnego dnia będzie wyglądać okropnie. Ale kiedy rano wyszliśmy pakować bagaże do samochodu, okazało się, że po imprezie nie ma śladu. „To normalne – tłumaczył Karel, zdziwiony moim zdziwieniem. – Każdy sprząta przed swoim domem, a na placyku wszyscy razem”…

Sąsiadka Izy i Łukasza co sobotę o 13 chodzi po osiedlu zbierać śmieci. Ma worek, zrobiła sobie chwytak do papierów – i sprząta. Tak postanowiła. Żeby było ładnie. – My już pewnych rzeczy nie widzimy – mówią Iza i Łukasz. – Jest dla nas jasne, że na ziemi nie ma petów, że nigdzie nie leżą śmieci, że każdy sprząta po swoim psie.

Zaufanie w relacjach

Marcin, lekarz mieszkający w Holandii od 20 lat, mówi: – Tu o wszystkim się rozmawia. Teraz na przykład toczy się nie najłatwiejsza dyskusja o eutanazji dzieci. Nie wygląda to tak, że rządzący mówią: wy nas wybraliście, to teraz my będziemy decydować. Tylko: dyskutujemy wszyscy, bo to wszystkich dotyczy. Odpowiedzialność za państwo to w dużej mierze odpowiedzialność obywatelska. Jest zaufanie ludzi do władz i odwrotnie – myślenie, że ludzie są w stanie samostanowić i podejmować słuszne decyzje. W zestawieniu krajów, gdzie na świecie panuje największa wolność, Holandia jest na piątym miejscu. Ludzie mocno też rozliczają polityków. Jeśli któryś zostaje przyłapany na kłamstwie, podaje się do dymisji – bez dyskusji. Podczas pandemii zalecenie dotyczące podróży brzmiało: Nie rekomendujemy. I w tym czasie król z rodziną pojechał na wakacje. Na drugi dzień musiał wrócić, a premier, który odpowiada za działania króla, gęsto się tłumaczył. Bo wzburzenie obywateli było ogromne.

Zaufanie do ludzi widać na wielu poziomach. Choćby w tym, że nie ma czegoś takiego jak L4. Jeśli jesteś przeziębiony, dzwonisz do pracy i mówisz, że nie przyjdziesz. Nie musisz tłumaczyć, co ci jest – bo to sprawa prywatna. Dopiero kiedy twoja nieobecność się wydłuża, pracodawca wysyła cię do wskazanego przez siebie lekarza, który ocenia sytuację. Stwierdza, czy jesteś zdolny do pracy czy nie, na jak długo i jak ma wyglądać reintegracja. Bo jeśli nie ma cię dłużej niż dwa tygodnie, to nie wracasz do pracy w pełnym wymiarze, dostajesz czas na wdrożenie się w obowiązki.

Zaufanie przenosi się też na zwykłe relacje międzyludzkie. Biegniemy z Izą ścieżką – z jednej strony pola tulipanów, z drugiej – gospodarstwa ludzi, którzy te tulipany hodują. Przy gospodarstwie budka, przed nią w wiadrze tulipany. – Bierzesz bukiet, wrzucasz do skarbonki pieniądze – mówi Iza. – I to działa? – pytam z niedowierzaniem. – Oczywiście – dla Izy rzecz jest już naturalna. – Zawsze mam ochotę kupić kwiaty, ale jeszcze nie wymyśliłam, jak biec z bukietem.

Dla innych i dla siebie

W roku 2019 prawie połowa mieszkańców Holandii powyżej 15. roku życia była zaangażowana w wolontariat. Wolontariuszami są rodzice w klubach sportowych dzieci – a każde dziecko do jakiegoś klubu należy. Za zajęcia płaci się niedużo, jest więc umowa, że rodzice pomagają. Niektórzy są też trenerami, klub funduje im kurs. Wielu wolontariuszy jest wśród emerytów. Bo wtedy wreszcie mają na to czas.

– Moja nauczycielka holenderskiego to emerytka – opowiada Iza. – Chodziłam na zajęcia do stowarzyszenia wspierającego kobiety. Wolontariuszki uczyły języków, szycia, haftowania, cerowania, gotowania. Moja nauczycielka była też wolontariuszką w domu opieki i w kościele, gdzie co sobota gotowała zupę dla bezdomnych. Na emeryturze rzadko kto siada na kanapie przed telewizorem. Kontakt z innymi jest Holendrom potrzebny do życia. Zresztą jeśli człowiek cały czas jest aktywny, to na emeryturze będzie automatycznie w lepszej formie – i fizycznej, i psychicznej. W wolontariacie jest się tu praktycznie przez całe życie.