1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Empatia - ważny element skutecznej komunikacji

Empatia - ważny element skutecznej komunikacji

Jeżeli chcemy czegoś od naszego rozmówcy, ale nie bardzo wierzymy, że jest on skłonny spełnić naszą prośbę, najczęściej stosujemy manipulację. Zamiast tego, warto postawić na empatię. (Fot. iStock)
Jeżeli chcemy czegoś od naszego rozmówcy, ale nie bardzo wierzymy, że jest on skłonny spełnić naszą prośbę, najczęściej stosujemy manipulację. Zamiast tego, warto postawić na empatię. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dąsy i obrażanie się to w istocie dziecinne sposoby radzenia sobie z problemami. Empatia zamiast wymuszania na rozmówcy tego, na czym ci zależy, to ważny element skutecznej komunikacji.

Lena czuła znajomy ścisk w gardle. Znowu ma być tak, jak jemu pasuje. – Oczywiście, że możemy nie jechać na te tratwy. Bo mamusia nie przeżyje jednego tygodnia bez obiadu z syneczkiem. Tylko mi nie mów potem, że jesteś przemęczony i nigdy nie możesz odpocząć – powiedziała. Wspólny wyjazd ze znajomymi, który zapowiadał się interesująco, przegrał w konkurencji z proszonym obiadem u teściowej. Lena nie miała ochoty na dalszą dyskusję, bo nie bardzo wierzyła, że jest w stanie wpłynąć na postawę męża. Nie miała też ochoty być miła i udawać, że wszystko jest w porządku. Wyglądało na to, że w ich domu zaczynają się kolejne „ciche dni”. Chyba, że Piotr zmieni swoją decyzję...

Komunikaty manipulacyjne

Jeżeli chcemy czegoś od naszego rozmówcy, ale w głębi ducha nie bardzo wierzymy, że jest on skłonny spełnić naszą prośbę, najczęściej stosujemy komunikaty manipulacyjne: żądamy, formułując komunikat oparty na schemacie: „albo to zrobisz, albo będzie źle” (motywujemy strachem), albo uwodzimy w ten czy inny sposób rozmówcę poprzez stosowanie komunikatów opartych na mglistych obietnicach – wtedy schemat komunikatu sprowadza się do formy: „jeśli to zrobisz, będzie ci dobrze”.

Takich wypowiedzi Lena używa zazwyczaj wtedy, kiedy czuje, że Piotr jest w dobrym humorze i pozytywnie zareaguje na jej przymilenie się. Dziś też próbowała od tego zacząć. – Piotrusiu – powiedziała, kiedy wrócił z pracy – ostatnio mówiłeś, że przydałby się nam wyjazd na łono natury, a Kasia z Bartkiem wybierają się na spływ tratwami i byłoby też dla nas miejsce. Odpoczęlibyśmy sobie i na pewno byłoby miło… I wtedy Piotr wyskoczył z rodzinnym obiadem, że obiecał mamie i nie chce wszystkiego odkręcać, bo rodzicom będzie przykro. Rodzicom oczywiście nie powinno być przykro, a jej może? I wtedy właśnie poczuła ten znajomy ścisk w gardle i nie mogła się już powstrzymać, żeby mu nie wygarnąć „z grubej rury”.

Manipulacyjne wypowiedzi grożące lub oparte na przymilaniu się niosą ze sobą informację, że ten, kto je wypowiada, nie czuje w danym momencie zaufania do losu, świata i innych ludzi. Raczej połączony jest ze swoją frustracją, która każe mu skupiać się przede wszystkim na własnych problemach i nie daje przestrzeni na zadbanie także o komfort rozmówcy. Jednym z rodzajów komunikatów opartych na niejawnej groźbie jest „strzelanie focha”. Obrażamy się na rozmówcę, przestajemy z nim rozmawiać, „wypisujemy się” ze wspólnoty, do której obydwoje należymy. Dajemy wtedy do zrozumienia, że jeśli nie zrobi tego, czego sobie życzymy, to zerwiemy z nim kontakt. Niewiele osób jest w stanie ze spokojem znosić taką groźbę, bo dotyka ona najgłębszych, nieuświadamianych zazwyczaj ludzkich potrzeb – niosąc groźbę wykluczenia, zaburza poczucie bezpieczeństwa, oparte na przynależności do grupy.

Pokonać focha

Dąsy i obrażanie się, kiedy jest się niezadowolonym albo gdy coś pokrzyżuje nasze plany, to w istocie dziecinne sposoby radzenia sobie z problemami. Jest to forma zemsty, mająca dać do zrozumienia że odbieramy komuś naszą miłość i akceptację na tak długo, aż się opamięta, zmieni swoje zachowanie i tym samym uzna naszą rację. Za taką postawą kryje się brak pewności siebie, poczucia własnej wartości i poczucia bezpieczeństwa. Stosując taki manipulacyjny rodzaj komunikacji, zapraszamy rozmówcę do rzeczywistości, w której sposobem na życie jest walka, a partner staje się sparring partnerem. W ostatecznym rozrachunku zwycięzca może być tylko jeden. Dlatego trzeba nauczyć się rozpoznawać, jakie reakcje wzmacniają toksyczny model komunikacji, a jakie go „rozbrajają”.  Tym, co powoduje, że swoim zachowaniem wzmacniamy „fochowy” sposób komunikowania się partnera, jest: ignorowanie rozmówcy, próby udobruchania go, wszczynanie kłótni w nadziei na jakąkolwiek formę komunikacji, tłumaczenie się i przepraszanie, że nie spełniło się oczekiwań rozmówcy, odpłacanie pięknym za nadobne czy też obrażanie się. W przypadku Leny i Piotra jest bardzo prawdopodobne, że kiedy stosują swoje nawykowe zachowania w problemowych sytuacjach, zapędzają się w kozi róg wzajemnego obrażania się na siebie. Dlatego „ciche dni” w ich domu zdarzają się coraz częściej i nie przynoszą rozwiązania problemów, które tylko się nawarstwiają.

Co robić?

Nina Brown w swojej książce „Kocham narcyza” radzi, by w sytuacjach, kiedy nasz partner dąsa się i obraża, zastosować strategie, które powstrzymają rozwój toksycznej komunikacji
  • Zaprzestać wypytywania partnera o przyczynę jego dąsów (bo drążąc temat, dowiesz się najprawdopodobniej, że źródłem niezadowolenia partnera jest jakieś twoje niedopatrzenie lub zachowanie i tym samym zgłosisz się na ochotnika do roli chłopca do bicia);
  • Powstrzymać swoją ciekawość na temat źródła niezadowolenia rozmówcy, kiedy bowiem czujemy się źle, nie wiedząc, o co partner się dąsa, jest bardzo prawdopodobne, że poczujemy się znacznie gorzej, gdy wyjawi nam prawdę o naszym własnym udziale w powstaniu tego niezadowolenia;
  • Sztuką jest zachowywać się tak, jakby rozmówca nie był nadąsany czy obrażony; postępować tak, jakby miało się do czynienia z osobą, która zachowuje się w sposób dojrzały: ignorować dąsy, ale nie traktować partnera jak powietrza.
Takie strategie pomagają wprowadzić styl rozmowy oparty na wzajemnym szacunku i poszukiwaniu rozwiązań, które służą wszystkim. Pomagają zatrzymać się i wykroczyć poza zaklęty krąg wzajemnego obwiniania się i walki o to, kto ma rację. A wtedy łatwiej odzyskać zaufanie do tego, że jesteśmy akceptowani i cały świat nie sprzymierzył się przeciwko nam.

Gdyby udało się cofnąć sytuację do momentu, gdy Lena czuje ścisk w gardle, dać jej czas na zatrzymanie się, wzięcie kilku oddechów i rozluźnienie gardła, zanim wygłosi swoją kwestię na temat mamusi i syneczka, a Piotrowi pozwolić dostrzec troskę w tym, co Lena robi – może okazałaby się możliwa rozmowa z poziomu empatii, np. taka:

- Nie wiedziałam, że umówiłeś się z rodzicami. Chciałbyś dotrzymać słowa, żeby rodzice czuli, że się z nimi liczysz? Może zadzwonię do mamy i porozmawiam o planie porwania ciebie na przymusowy wypoczynek i o tym, że przyszlibyśmy do nich na przykład we wtorek?

- Normalnie nie lubię, jak się robi za mnie to, co mogę zrobić sam, ale takie bycie w roli faceta rozrywanego przez najważniejsze kobiety mego życia jest całkiem pociągające... To zadzwoń, jeśli możesz, i będziemy myśleć, jak się dalej organizować.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Empatyczna komunikacja - czy to potrafisz?

Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. (Fot. iStock)
Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Empatia powoduje, że zamiast brać słowa i zachowania innych ludzi osobiście, cały czas utrzymujemy świadomość, że to, co inni mówią, jest opowieścią o nich samych, nie o nas.

Matka: – Inne córki potrafią docenić to, co dostają, i być wdzięczne. Córka: – Przykro ci, bo dla ciebie jest ważne, żeby być docenianą? Chciałabyś, żebym zrobiła coś, co dla ciebie będzie dowodem na to, że doceniam to, co robisz? – Tak, chcę, żebyś podziękowała, skoro ugotowałam wam obiad, a nie czepiała się, że zupa jest tłusta. Dzieci taką lubią. – Jak coś robisz, to chcesz, żeby inni cieszyli się z tego? – No a po co robi się coś dla innych? – Ja też lubię, jak jest dobra atmosfera, i też jest ważne dla mnie, żebyśmy się nawzajem szanowali. Doceniam chęć pomocy, jednocześnie ważne jest dla mnie dbanie o zdrowie rodziny. Skoro unikamy tłuszczu, to wyrażanie wdzięczności za „chudą” zupę przyszłoby mi z łatwością, a dziękowanie za coś, co rozbija mój plan żywieniowy, nie jest tym, co mam ochotę robić. Czy mogłybyśmy się umówić, że jak będziesz w przyszłości chciała nas wesprzeć w robieniu obiadu, to powiesz mi o tym i uzgodnimy menu razem? – W przyszłości to będziesz sobie sama zdrowo gotować! – Ciężko ci się pogodzić z moim pomysłem na odżywianie? – Pewnie, że tak. – Może potrzeba na to czasu? – Może…

No i jaki sens ma prowadzenie takich rozmów, skoro inni i tak nadal się z nami nie zgadzają? – mógłby ktoś spytać. Taki długi dialog, a efektu żadnego. Skoro tak ma wyglądać empatyczna komunikacja, to może ją sobie z góry darować? Otóż jeżeli główną intencją w komunikowaniu się z innymi jest pomysł, że każda rozmowa ma przynieść efekt polegający na spełnieniu naszych oczekiwań, to rzeczywiście komunikowanie się w sposób empatyczny nie okaże się pomocne. Bardziej wskazane byłoby wówczas nauczenie się technik manipulacji. Tylko że te okażą się nieskuteczne, jeśli trafimy w rozmowie na kogoś, kto zachowuje się w sposób empatyczny. Bo prawdziwa empatia nie ulega manipulacji. Dlatego, że sama jej nie stosuje.

Mistrzostwo komunikacji

Empatyczne podejście to rolls-royce komunikacji werbalnej. Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. Tak jak asertywność polega na skupieniu się na rzeczowości kontaktów, podejmowaniu „niezawisłych” decyzji, unikaniu emocji destabilizujących rozmówców, tak empatia nie boi się emocji i buduje relacje z innymi w oparciu o informacje o ważnych niezaspokojonych lub zaspokojonych potrzebach, jakie z emocji płyną, i skupiając uwagę właśnie na ludzkich potrzebach.

Marshall Rosenberg, twórca metody non violent communication, podkreśla, że uczucia służą ochronie siebie – te ze znakiem minus są dla nas informacją, że jakaś ważna ludzka potrzeba nie jest w danej sytuacji zaspokojona i warto byłoby się pokusić o znalezienie rozwiązania lepiej tę potrzebę zaspokajającego. Z kolei tak zwane „pozytywne uczucia” są informacją, że jakieś nasze ważne potrzeby są aktualnie zaspokojone. To, co możemy w tej sytuacji zrobić, to właśnie wyrazić wdzięczność – drugiemu człowiekowi, opatrzności, absolutowi – jakkolwiek go pojmujemy – temu wszystkiemu, co sprawia, że nasze życie staje się piękniejsze.

Diabelski młyn

Uciekając się do bezpośredniej przemocy słownej i manipulacji, startujemy z miejsca niewiary w drugiego człowieka. Jesteśmy w stanie, który utrudnia nam zrozumienie, że ludzkie relacje mogą opierać się na wzajemnej trosce, szacunku i zaufaniu. Jeśli dotychczasowe doświadczenia utrwaliły w nas pogląd, że ludzie są brutalni albo wmanewrowują nas w robienie rzeczy, na których to im, a nie nam zależy – potrzeba trochę wysiłku i ćwiczenia się w innym postrzeganiu rzeczywistości, żeby odkryć, że ci, którzy nas ranią, sami dość słabo funkcjonują i dlatego używają kiepskich metod do kontaktowania się z innymi. Mają potrzeby, ale nie umieją prosić innych o pomoc w ich zaspokojeniu. Proszenie wiąże się bowiem z możliwością otrzymania odpowiedzi odmownej i koniecznością szukania alternatywnego rozwiązania. A oni czują się tak kiepsko, że chcą rozwiązania natychmiast. Na ich własnych zasadach, bo je znają i nie mają zamiaru w danym momencie szukać nowych. Czują się źle, ale zupełnie nie mają świadomości dlaczego. Więc podejmują działania, wypowiadają słowa, które mają ten stan zmienić. Jednak skuteczność tych zabiegów jest zazwyczaj dość ograniczona. Przypomina leczenie objawów, a nie przyczyn choroby. Działa doraźnie, jednak problem pozostaje.

Kiedy rozumiemy, że ktoś się zachowuje niefortunnie, bo w danym momencie nie ma dostępu do innego zachowania, uczymy się widzieć za tym zachowaniem jego niezaspokojoną potrzebę, dlatego kiedy pada zdanie: „Inne córki potrafią docenić to, co dostają, i być wdzięczne” – słyszymy informację o niezaspokojonej potrzebie bycia docenianym. W samej potrzebie i jej wyrażaniu nie ma nic złego. Ważne jest jednak podejście: „pragnę tego, jeśli tobie to również pasuje, a jak nie, to poszukam innej osoby albo innego sposobu”.

Autentyczność w relacjach

Skoro więc ja chcę wyrażać wdzięczność w takich wypadkach, kiedy rzeczywiście ją czuję (potrzeba autentyczności), mogę zaproponować, jakie działania prawdopodobnie spowodują, że będę czuła się wdzięczna. Jednak druga strona nie musi przyjąć mojej strategii. I to też jest OK. Nie ma powodu naciskać. Wszyscy mają możliwość wybrać, co zaspokaja ich potrzeby, a co nie. Jeśli stosujemy w życiu komunikację empatyczną, potrafimy tak długo rozmawiać bez obwiniania, osądzania, wypierania się odpowiedzialności i żądań, przyglądając się nawzajem swoim potrzebom, aż znajdziemy rozwiązanie dobre dla wszystkich. Nie wymaga to nadprzyrodzonych zdolności, jest raczej kwestią treningu i wynikiem pracy nad zmianą nawyków komunikacyjnych, jeśli wcześniej stosowaliśmy bardziej opresyjne formy porozumiewania się.

Kiedy przeanalizujemy dialog o zupie i wdzięczności (gdzie jedna z osób – córka, stosuje empatyczne podejście, a druga – matka, wręcz przeciwnie), zauważymy pewną dynamikę rozmowy. Wystarczy, że jedna z osób okazuje empatię na przemian rozmówcy i sobie, by stopniowo opadały emocje i pojawiło się miejsce na „może” – pewien rodzaj otwarcia na ewentualną zmianę.

Częstą wątpliwością osób uczestniczących w treningach empatycznej komunikacji jest kwestia czasu potrzebnego na rozmowę podążającą za potrzebami obu stron, bez presji czasu i tego, że ktokolwiek cokolwiek „musi”. Kwestię ekonomii czasowej i efektywności rozmowy można rozważyć, zastanawiając się, co się bardziej opłaca: jednorazowa półgodzinna nawet rozmowa na temat danej kwestii (choćby wynoszenia śmieci), w czasie której przeanalizujemy, „jak to jest dla mnie” i „jak to jest dla ciebie”, i bez obwiniania się i wyżywania na sobie znajdziemy rozwiązanie skuteczne na jakiś czas, czy też codzienne dwuminutowe „pyskówki” przez okrągły rok, a bywa, że dłużej.

Kogo przyciągasz, kogo odpychasz

Stosując empatyczny model komunikowania się, tworzymy przestrzeń na porozumienie z wieloma osobami. W takiej bezpiecznej atmosferze nawet osoby nieufne i mające niskie mniemanie o sobie są bardziej skłonne otworzyć serce i porozumiewać się z tego poziomu. Cholerycy o złotych sercach też dobrze się czują w „empatycznym towarzystwie”, w którym ich wybuchowe usposobienie nie paraliżuje otoczenia, a działania, często przynoszące pożytek wielu osobom, są doceniane. Najmniej atrakcyjna jest oferta empatycznej komunikacji dla manipulatorów działających przez wpływanie na innych, uaktywnianie w ludziach poczucia winy, wstydu i strachu i skłaniających rozmówców do zrobienia tego, czego oni sami oczekują. Osoby stosujące empatię w relacjach – świadome swoich potrzeb i widzące potrzeby rozmówców nawet pod najdziwniejszymi formami ich zachowań i wypowiedzi – manipulacji nie ulegają. Tak więc manipulator ma dwa wyjścia: albo „przełączyć się” na bardziej przejrzysty rodzaj komunikacji, albo szukać sobie pola do popisu gdzie indziej. Empatia po prostu rozbraja komunikaty przemocowe i manipulacyjne, bez rozlewu krwi.

  1. Psychologia

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.

  1. Psychologia

Upewnij się, że wasz związek funkcjonuje w równowadze

Wiele osób, dla rzekomego
Wiele osób, dla rzekomego "wspólnego dobra", rezygnuje w związku z dbania o własną przestrzeń i własne granice. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Czy masz wrażenie, że twoje potrzeby i plany są spychane na dalszy plan? Czy towarzyszy ci poczucie winy w sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie? Jak często zdarza ci się usprawiedliwiać swojego partnera, choć masz poczucie, że nie zachował się w porządku? 

Czy masz wrażenie, że twoje potrzeby i plany są spychane na dalszy plan? Czy towarzyszy ci poczucie winy w sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie? Jak często zdarza ci się usprawiedliwiać swojego partnera, choć masz poczucie, że nie zachował się w porządku? 

Jeśli masz nieodparte wrażenie, że na każde z tych pytań odpowiedź brzmi twierdząco, to istnieje duże ryzyko, że znajdujesz się w "matni" usprawiedliwiania swojego partnera kosztem realizacji własnych pomysłów i planów.

On na pewno tego nie chciał, miał gorszy dzień... Na pewno nie chciał mnie zranić… Z pewnością miał dobre intencje…

Spójrz uczciwie na swoją relację i zrób bilans zysków i strat. Brzmi dość przedmiotowo? Związek to nie firma? Nikt nie wymaga żadnych bilansów, wzajemnych rozrachunków?

Z pewnością związek to relacja z założenia oparta na równości, miłości, wzajemnym szacunku i zaufaniu, w której partnerzy wspierają siebie nawzajem w rozwoju każdego z nich, jednocześnie realizując cele wspólne. Warto więc czasem sprawdzić, czy ten nasz trzeci żywy organizm, jakim nie jestem ani ja, ani on, tylko "my", funkcjonuje prawidłowo. Kontynuując ten sposób myślenia: czy wyobrażacie sobie robić wszystko jedną ręką, gdy obydwie są tak samo sprawne? Co się będzie działo z prawą, jeśli zacznę jeść, pisać, czesać się tylko lewą…? Mówi się kolokwialnie, że nieużywany organ zanika.

Wracając na grunt związku: druga osoba - ta, którą się ciągle usprawiedliwia, której się ustępuje, dla której rezygnuje się ze swoich granic - może się szybko przyzwyczaić do takiej sytuacji. Człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja… Rozleniwia, traci poczucie wspólnoty. Gubi w swej wygodzie odpowiedzialność za wspólne dobro… Gdy partner jednak obudzi się i dokona bilansu emocjonalnego, oceni swój fizyczny wkład w związek - jest w stanie szybko zareagować, aby przerwać ten niezdrowy układ i na nowo przedyskutować role w związku i wzajemne obowiązki. Ważnym elementem przywrócenia równowagi w związku będzie rozmowa: o tym co było, co jest i co będzie, jeśli nic się nie zmieni, a także o tym, co zrobić, aby na nowo przywrócić stan pożądany. Uzdrawiającą moc ma poruszenie tematu wzajemnych potrzeb. Zanim zatem podejmiesz próbę rozmowy, zadaj sobie pytania:

  • Czego potrzebuję, aby czuć się w tym związku dobrze?
  • Kiedy czuję, że mam podcinane skrzydła?
  • Jakie słowa lub zachowanie partnera wpływają na obniżenie mojego nastroju?
  • Jakie obowiązki mogłabym dzielić z partnerem?
  • Ile jest mnie samej w tym jak żyję?
To bardzo ważne pytanie, które można mnożyć, by zdiagnozować wasze potrzeby i te, które będą służyły wspólnemu dobru.

Otwartość i przekonanie, że obydwoje chcecie oddychać pełną piersią i być blisko siebie jest założeniem niezbędnym do tego, aby rozpocząć oczyszczanie atmosfery i wyrównywania gruntu, po którym wspólnie stąpacie. Obydwoje odpowiadacie za atmosferę w związku. Uważność na to, czy tej atmosfery nic nie zatruwa jest waszą wspólną odpowiedzialnością. Nie bój się rozmawiać i wyjaśniać na bieżąco. Nie musisz wszystkiego brać na siebie i usprawiedliwiać, bo to tylko pogorszy twoją kondycję psychiczną rosnącym poczuciem winy.

Niech będzie 100 % Ciebie w Tobie! Nie rezygnuj z siebie, bo finalnie zaszkodzisz Wam.

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Uważność w związku - o dostrzeganiu partnera i budowaniu relacji

Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. (Fot. iStock)
Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. Uważność jest dla człowieka czymś naturalnym. Tak powinno być. To cecha oznaczająca dostrzeganie rzeczywistości. Niestety, często ją tracimy.

Z psychoterapeutą Jarosławem Józefowiczem rozmawia Aleksandra Nowakowska.

W sanskrycie słowo „uważność” oznacza uwagę i trwanie. Jak praktykować uważność w związku? Uważność jest nastawieniem wewnętrznym, rodzajem skupienia, stanem ducha. Jeśli jest intencja budowania relacji tak, żeby stawała się coraz bliższa, mocniejsza, głębsza, wtedy uważność będzie oznaczała rodzaj uwagi uwzględniającej wiele. Potrzeby, chęci, trudności, przeżycia tej drugiej osoby.

To usłyszenie i wysłuchanie uczuć, słów i doświadczeń. Takie wczucie się w czyjeś położenie, „wejście w buty” kogoś bliskiego.

Uważność to czujność, ale rozumiana nie jako stanie z boku, a także nie analizowanie i lustrowanie. Raczej dostrzeganie bez oceniania i obwiniania. To świadoma obecność bez interpretowania.

Uważność może być mylona z nadopiekuńczością, która tak naprawdę jest odrzucaniem, zabieraniem komuś mocy i przestrzeni. W tym przypadku w ogóle nie ma uważności, a jest deficyt wewnętrzny. U osoby nadopiekuńczej może on oznaczać lęk przed odrzuceniem. Ktoś taki ma zazwyczaj skłonność do bycia ofiarnym, pomocnym, nadmiernie troszczącym się. Może mieć przekonanie, że przecież cały czas myśli o partnerze, tak dużo daje, że o sobie zapomina, i że to właśnie jest uważność. Tymczasem jest to postawa kompensująca, kryjąca obawę „muszę się starać, żeby mnie nie zostawił, żeby mnie chciał.” Taka osoba wyobraża sobie, że jak podejmie nadopiekuńcze starania, uzyska pożądany efekt. Nie ma refleksji, że lepiej byłoby coś w sobie zmienić. Tak naprawdę jest skupiona jedynie na sobie i na swoim lęku przed odrzuceniem.

Ten lęk objawia się też nadmierną otwartością, zachowaniami dążącymi do zatracenia zdrowego dystansu, ale także z bezradnością wobec dominacji, lękliwością, tolerowaniem krzywdy. Takie osoby często łączą się z partnerami, którzy mają lęk przed pochłonięciem. Kiedy mamy ten drugi lęk, często reagujemy w sposób nadmiernie obronny. Stawiamy sztywne granice, by nikt się do nas zanadto nie zbliżył, bo boimy się wyimaginowanego zagarnięcia. Ktoś taki może unikać dłuższego przebywania razem, racjonalizować, zamieniać uczucia na logikę, zmuszać, okazywać złość, zachowywać się wrogo, by zachować dystans, mieć trudności z dawaniem, nie tolerować niedoskonałości, czuć się przytłoczony uwagą drugiej strony, sprawiać wrażenie kogoś oziębłego. Takie zachowania stoją na przeszkodzie do bliskości.

Uważność to zaciekawienie drugą osobą. Chcemy poczuć kim ten człowiek jest naprawdę. Jeśli jesteśmy uważni na niego tu i teraz, dostrzegamy co się w nim dzieje. Odkrywamy nie listę cech, tylko potencjał. Nie przyjmujemy stałych poglądów na jego temat a podążamy za jego rozwojem. Warto nie mieć stałych założeń na temat drugiego człowieka, bo każdego dnia może się odsłonić jakaś jego nowa twarz. Mówimy teraz o miejscu, gdzie występuje zdolność do widzenia człowieka takim, jakim on jest w swojej zmienności, w tym mnóstwie przejawów.

Będąc w związku, mamy do czynienia również z trudnymi emocjami partnera. Gdy ktoś jest uważny, umie się z nimi skonfrontować. Wtedy widzimy, że partner jest zdolny do przeżywania na przykład złości czy zazdrości. Uważność pozwala mi tego nie oceniać, nie działać z wcześniej przyjętym jego obrazem, tylko reagować zgodnie z tym, co czuję naprawdę. Jeśli złość jest skierowana do jego szefa, mogę tego wysłuchać, towarzyszyć temu. Kiedy partner w naszej wizji jest kimś jednostronnie łagodnym i opanowanym, w momencie gdy się złości, zaczynamy czuć się niepewnie i odnosimy tą emocję do naszej relacji, chociaż w istocie ona jej wcale nie dotyczy.

Uważność polega na tym, żeby na przykład pod agresją zauważyć niepewność, pod powściągliwością - niepokój? Potrzeba bardzo dużo uważności, by pod złością skierowaną w moją stronę dostrzec zranienie, lęk czy niepewność. Z drugiej strony pułapką może być sytuacja, kiedy jest nakładane nadmierne uwielbienie. Dzięki uważności czujemy, że ten zachwyt płynie z wewnętrznego deficytu partnera. W tym momencie ta osoba nie do końca widzi mnie, tylko na przykład mój sukces przynależny do roli, którą wypełniam w życiu zawodowym. Dzieje się tak dlatego, bo sama potrzebuje na przykład być bardziej ambitna w tej sferze życia.

W związkach często odgrywamy role. Mężczyzna może podziwiać partnerkę, mówiąc jej „jaką jesteś wspaniałą matką dla naszych dzieci”, nie widząc w niej kobiety. Bo jest w roli syna stęsknionego za mamusią i nie widzi jej rzeczywiście. Inny przykład - mężczyzna wiąże się z szefową, która zarządza firmą i która zawsze ma odpowiedź, zawsze wie jak działać. Tymczasem na gruncie prywatnym okazuje się, że bywa słaba, bezbronna i od czasu do czasu chciałaby się oddać w opiekę. Dla niego może to być totalnym zaskoczeniem, może mieć trudności, żeby to przyjąć, może ujawnić się rozczarowanie. Jeśli ona przyciągnęła go swoją siłą, on może mieć deficyt w tym punkcie. Oznacza to, że nie umie być twardym, jeśli kobieta jest miękka, bo swoją siłę projektuje na nią.

Gdy nie jesteśmy uważni, pojawiają się: ignorowanie, odmowa słuchania, bycie nieosiągalnym i strach przed prawdą. Jak nie jesteśmy uważni, skupiamy się wyłącznie na sobie. A później są przejawy, o których mówisz.

Trudno nam być uważnym na kogoś, kiedy nie mamy uważności na siebie, bo sami jesteśmy spętani przez przeszłość, tkwimy w rolach. Łatwiej o uważność, gdy nie boimy się uczuć, które przychodzą, jesteśmy zrównoważeni, wewnętrznie spójni. Uważność to dojrzałość, bycie przebudzonym, świadomym. Uważność to wyzwanie, ale nie tylko Budda mógł jej doświadczyć. Jest ona do osiągnięcia dla każdego. Jednak gdy postawimy sobie ją za cel i będziemy wykonywać różnego rodzaju zabiegi, nasz plan intelektualny zaprowadzi nas na manowce. Chodzi raczej o to, żeby się zająć wewnętrznymi lękami, ocenami, niepewnościami. Wtedy uważność jako zdolność naturalnie przynależna do natury człowieka, zyska przestrzeń żeby znowu się pojawić. Ona zawsze w nas jest, tylko często dostęp do niej jest odcięty lub utrudniony.

Z uważnością wiąże się prostota, szczere zachowania. Jeśli jest uważność, strefa poczucia bezpieczeństwa rozszerza się jako naturalny efekt. Tak, pojawia się zaufanie, otwartość, wzajemność. Nie wchodzimy w role, nie nakładamy perspektyw, jesteśmy autentyczni. Dochodzimy do bazowych poziomów bezpieczeństwa, nie trzeba już udawać, jest ciepło.

Uważności towarzyszy zwykle uznanie i wdzięczność. Dla mnie wiąże się to z zachwytem. Odczuwa się takie głębokie zadowolenie, poczucie spełnienia, połączenie tych uczuć. Mogę cieszyć się, że jestem w tej relacji, z taką właśnie osobą i że coś fajnego się między nami wydarza, obojętnie czy trwa chwilę czy 20 lat. Uznanie i wdzięczność połączone są z otwieraniem się na pewien poziom bycia. Na nim nie ma już poczucia braku ani raniącego krytycyzmu. To jest rozgoszczenie się w czymś dobrym.

  1. Styl Życia

Samotna gwiazda to za mało. Rozmowa z prof. Ireną Sarosiek

Prof. Irena Sarosiek (Fot. Tommie Morelos/Texas Tech University Health Sciences Center El Paso)
Prof. Irena Sarosiek (Fot. Tommie Morelos/Texas Tech University Health Sciences Center El Paso)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
– To nie brak wiedzy przeszkadza młodym badaczkom konkurować z kolegami, a ich przekonania – twierdzi prof. Irena Sarosiek, naukowczyni z uniwersytetu medycznego w El Paso w Teksasie.

Trzy lata temu odebrała pani nagrodę „Inspirational Women of the Year”. Co to za nagroda? To była zabawna historia. Mieszkam w El Paso w Teksasie i odkąd przyjechałam, działam dla Polonii, którą zresztą aktywizują tutaj głównie kobiety. Amerykanki nie obchodzą Dnia Kobiet, my – Polki na emigracji – doszłyśmy więc do wniosku, że same sobie go zorganizujemy: poszłyśmy do restauracji i podarowałyśmy sobie goździki i prezenty. Rozmawiałyśmy o tym, które kobiety wywarły największy wpływ na nasze życie. To było piękne, bo wszystkie znalazłyśmy w swoim życiorysie taką silną, pomocną, wspaniałą postać. Uznałyśmy, że trzeba powiedzieć innym kobietom, jakie są ważne. W następnym roku zorganizowałyśmy święto dla całego El Paso. Przyszło ze 130 osób, mężczyźni również. I podczas tych obchodów zostałam wybrana „Inspirational Women of the Year”. Na uroczystość przyszła też moja córka Ola, która była wtedy w ciąży. Wiedziałyśmy już, że to będzie dziewczynka, i kiedy dostałam nagrodę, zadedykowałam ją swojej wnuczce, która dopiero miała przyjść na świat. Natalka urodziła się dwa dni po moich urodzinach, jest tak jak ja zodiakalnym Lwem, i jest do mnie podobna, przynajmniej z charakteru. Jeśli sobie z czymś nie radzi, to szuka innej drogi, aby osiągnąć, co chce, i ją znajduje.

Może w Stanach Zjednoczonych będzie jej łatwiej osiągać cele niż w Polsce? Wcale nie. Kobiety tam nie mają łatwo – wciąż zarabiają mniej niż mężczyźni, na przykład w branży medycznej różnica wynosi ok. 30 proc. Ostatnio jest nieco lepiej, bo zwracamy uwagę władz na to, jakie kobiety są wspaniałe, na wielu płaszczyznach: w nauce, medycynie. Działamy też w środowisku Polonii. Jestem z tych, co zawsze zadają pytania, więc na zebraniach wstaję i drążę temat. Potem nieraz słyszę od młodych kobiet z uczelni: „Jak ja chciałabym być taka jak ty, masz tyle zapału, żeby zmieniać świat”. To bardzo miłe, ale dla mnie zaskakujące, bo myślałam, że ze mnie to taka myszka imigrantka…

…która zrobiła za granicą karierę w nauce i medycynie po dziesięcioletniej przerwie zawodowej! Jak to możliwe? Sama czasem się szczypię, czy to aby nie sen. Kiedy mój mąż wyjechał na kolejne stypendium naukowe do Stanów, na początku zostałam z trójką dzieci w Białymstoku, pracowałam jako ginekolog dziecięcy. Mimo stanu wojennego nie chciałam wyjeżdżać, ale po wybuchu w Czarnobylu mąż mnie przekonał. Przyjechałam do Stanów w 1986 roku, miałam 32 lata. Było ciężko, nie znałam języka, uczyły mnie moje dzieci, bo one złapały angielski w mig. Mieszkaliśmy w akademiku, nie mieliśmy pieniędzy, bo młodzi pracownicy naukowi w Stanach Zjednoczonych zarabiają bardzo mało. Szyłam firany z białej gazy ze szpitala, gotowałam posiłki w domu, bo tak było dużo taniej, ale nie pracowałam zawodowo prawie 10 lat, bo nie miałam pozwolenia na pracę.

Kiedy dostaliśmy zieloną kartę, szef męża zaproponował mi pracę na internie. I tak karierę naukowca zaczęłam po czterdziestce. Musiałam podwoić siły, żeby nadgonić stracony czas. Wpadłam w wir nieznanych mi wyzwań, klinicznych badań naukowych. Pracując nad rozrusznikami i stymulatorami do żołądka i mózgu, szukaliśmy rozwiązań dla cukrzyków z gastroparezą, podjęliśmy walkę z globalnym problemem otyłości. Nowoczesne urządzenia, bezprzewodowe kapsułki diagnostyczne, akupunktura, bezigłowa farmakologia – otworzyły mi drogę do prowadzenia federalnych i międzynarodowych projektów. I teraz właśnie przyjechałam do Polski z misją połączenia sił: uczelnie w Białymstoku i El Paso będą ze sobą współpracować. Rektor Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku poprosił mnie o wykład inaugurujący rok akademicki.

Podczas tego wykładu zachęcała pani polskie studentki, by bez obaw szły w świat nauki i medycyny. Przekonuję je, że absolutnie nie mają czego się bać. Pokazuję im na slajdach zdjęcie, na którym przed dużym lustrem siedzi pomarańczowy kot, ale w lustrze widać lwa. Dlaczego to jest dla nas, kobiet, ważne? Bo musimy zobaczyć w sobie spokojną, ale zdecydowaną lwicę, a nie płochliwą kotkę. Zapytać: czy ja jestem gorsza niż inni? Przecież jeśli o czymś nie wiem dzisiaj, jutro będę wiedzieć więcej. Kobiety nie muszą walczyć z mężczyznami czy być agresywne. Muszą uwierzyć w siebie, co bywa trudne. Trzeba nauczyć się całować samą siebie w ramię i mówić: „I love myself”. Po wykładzie studentki podchodziły do mnie, żeby porozmawiać – wiele powiedziało, że od tego wykładu mają odwagę myśleć inaczej.

Wciąż musimy udowadniać, że jesteśmy lepsze? To tkwi w naszej podświadomości. Na uczelni w El Paso kobiet jest bardzo mało, mniej niż jedna czwarta całego personelu, a ja jestem jedynym profesorem zwyczajnym w Internal Medicine Department, chociaż pracują ze mną rodowite Amerykanki. Dlaczego one nie przeszły tej drogi, a ja tak? Bo pomyślałam sobie: „Skoro mężczyźni mogą, to dlaczego ja nie?”. Tytuł tenure (prestiżowy status stałego pracownika uczelni – przyp. red.) ma pięć procent kobiet na uniwersytecie, wśród nich ja. Kolega zapytał, po co mi to, a ja odpowiedziałam: „A po co tobie ten tytuł?”. „Bo ja do końca życia będę pracował” – powiedział. „Ja też!”. Mam własny test: dopóki mogę umalować sobie rzęsy i założyć szpilki, dopóty będę pracować.

I swoją misję? Lubię pracować, jeżdżę na uczelnię nawet w weekendy, chociaż nie muszę. Wracając z pracy do domu, często późno w nocy, robię sobie w samochodzie taki rachunek: co zrobiłam w tym dniu ważnego – coś, czego nie robiłam wcześniej i czego nie zrobię jutro? Ilu ludziom dałam nadzieję, ilu pomogłam? Każdy dzień przynosi coś nowego do zbadania, wyleczenia, do pomocy chorym.

I pani za tym stoi? Tak, ale nie sama. Mam zespół fantastycznych współpracowników, w tym kobiety. Człowiek, który chce być samotną gwiazdą, będzie naprawdę bardzo słabo widoczny. Dopiero wiele gwiazd może razem stworzyć piękne niebo! Podam przykład: przyjechała do nas z Harvardu młoda lekarka. Opowiadała, jaką ma aparaturę i co może robić w swoim laboratorium. Po spotkaniu podeszłam do niej i zaproponowałam, że skoro ma świetny sprzęt, a ja mam bardzo dobre materiały, bo zajmuję się klinicznymi badaniami na pacjentach – to możemy połączyć siły! I tak się stało: wystąpiłyśmy o grant, dostałyśmy pieniądze i zrobiłyśmy bardzo potrzebne badania. Dlatego namawiam młode kobiety do pracy zespołowej, dzielenia się talentami i doświadczeniem. Kiedy potem dzwonią i mówią: „Zobacz, jak owocuje to, czego się nauczyłam pod twoimi skrzydłami”, to są piękne momenty!

Co jest najtrudniejsze dla młodych kobiet, gdy wchodzą w świat nauki? Na pewno nie wiedza, bo są równie kompetentne co mężczyźni. Najtrudniejsze jest połączenie macierzyństwa z pracą, ponieważ Ameryka ma surowe zasady. W wielu stanach kobiety nie mają klasycznych urlopów macierzyńskich, dostają dwa tygodnie, a jeśli chcą więcej, muszą wypracować urlopy wcześniej, a i tak oczekuje się, że bardzo szybko wrócą do pracy. Nie ma mowy o wolnym roku. Kiedy kobiety mają dzieci, zwalniają kroku, zmieniają plany, aby utrzymać zdrowy balans między życiem rodzinnym a wymaganiami pracy, więc pozostają z tyłu za mężczyznami, którzy nie mają takich obciążeń. Poza tym w środowisku amerykańskim również bywa tak, że kobiety depczą sobie po obcasach, panuje wśród nich cicha zazdrość.

I tu przydaje się mentoring. Tak, mentoring jest bardzo potrzebny. Byłam jedną z założycielek grupy WIMS (Women in Medicine and Science) na naszym uniwersytecie, potem zorganizowałam rezydentkom interny małą grupę tylko dla kobiet. Zaczęłyśmy spotykać się po pracy, rozmawiać. Okazało się, że każda ma jakieś problemy, więc dzieliłyśmy się doświadczeniem, organizowałyśmy warsztaty. Na jednych z nich poproszono, żebym opowiedziała o sobie. Wstaję i mówię: „Dzień dobry, jestem Irena Sarosiek, matka trójki dzieci i babcia – wtedy – pięciorga wnuków”. Oczywiście prowadzące od razu to podchwyciły i zapytały, czemu przedstawiam się jako matka i babcia, a nie profesor i dyrektor. Każda z nas tak robi. Bo czy wypada chwalić się tytułami? W Stanach Zjednoczonych nazywamy to zespołem niedowartościowania, niepewności, który bardzo ogranicza możliwości rozwoju i awansu. A ja chcę, żeby kobiety uwierzyły w siebie i współpracowały nie tylko ze sobą, ale również z mężczyznami, bo takie zespoły są zdrowe i mądre.

Czego jeszcze je pani uczy? Młode kobiety z interny, pediatrii, chirurgii, psychiatrii nie potrafią chwalić się swoimi dokonaniami. Na przykład chcą otrzymać jakiś grant czy pracę i przynoszą mi do przeczytania 100 stron aplikacji. Czytam to i pytam: „Co ty tu napisałaś? Jakieś skróty bez wyjaśnień, nic nie rozumiem”. A okazuje się, że ta kobieta była w Waszyngtonie i prezentowała wyniki z chirurgii przed samym prezydentem! Radzę jej, żeby napisała to wprost, bo kto będzie szukał, kto będzie to sprawdzał, jeśli sama nie przedstawi się z najlepszej strony? Na naszej uczelni jest zasada, że w każdej komisji jedną trzecią muszą stanowić kobiety, i to jest bardzo fajne. Pomijając wiedzę i doświadczenie, kobiety mają zdrowy rozsądek. Patrzą trzeźwo i naprowadzają na praktyczne rozwiązania.

I zbierają sukcesy w pudełka od butów? Tego akurat nauczyłam się od córki, która jest prawnikiem. Pewnego dnia doszła do wniosku, że już dosyć długo pracuje i poprosiła o podwyżkę. Szefowa powiedziała, żeby Ola spisała, co zrobiła w tym czasie. Ona usiadła przy komputerze i wydrukowała listę przeprowadzonych spraw, spotkań oraz wszystkie listy z podziękowaniami, jakie dostała. Zaniosła całą teczkę szefowej i dostała podwyżkę. Stąd wniosek, że trzeba na bieżąco gromadzić swoje sukcesy. Ja zrobiłam prostą rzecz: wykorzystałam pudełka po butach. Stoją na półce w moim biurze, każde na inny rok, gromadzę w nich informacje o nagrodach, roczne ewaluacje, kartki od pacjentów, podziękowania i miłe słowa. I jako mentorka pokazuję zdjęcia swoich pudełek młodym kobietom na uniwersytecie. Myślę, że wiele z nich już ma takie albo podobne pudełka sukcesów, pełne istotnych informacji, które zwykle umykają pamięci.

A kto był pani najważniejszą mentorką? Mama. Zawsze pozwalała mi iść własną drogą. Kiedy chciałam studiować, tata miał wątpliwości: „Po co ci medycyna? Idź do szkoły pielęgniarskiej, szybciej skończysz i pójdziesz do pracy”. Mama inaczej do tego podeszła: „Chcesz studiować medycynę? To będziesz”. Bardzo mi pomogła, gdy została babcią. A teraz ja nią jestem i mam nadzieję, że swoim wnuczkom przekażę tę naszą siłę. Pewnego razu moja najstarsza wnuczka Ania czytała książkę „Sam and Sara”, zapytałam ją, czemu wszędzie Sam jest wymieniany jako pierwszy. Czy jest starszy, czy jest jej opiekunem, co zrobił takiego, że nie może być „Sara and Sam”? Ania odpowiedziała: „Nie wiem, babciu, ale będę nad tym myślała”.

Prof. Irena Sarosiek, absolwentka Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, obecnie na Texas Tech University Health Sciences Center w El Paso, dyrektor badań klinicznych dotyczących neurogastroenterologii. Laureatka wielu prestiżowych nagród, wykładowczyni i mentorka młodych lekarek. Gościła w Polsce z okazji nawiązania współpracy między uczelniami medycznymi w El Paso i w Białymstoku.