1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak wzmocnić intuicję?

Jak wzmocnić intuicję?

123rf.com
123rf.com
Jeśli przyjmiemy postawę ciekawości i otwartości wobec naszych uczuć, a rzucimy samokrytykę, wątpliwości i lęki wraz z dostępem do intuicji, otworzy się przed nami nowy świat.

Wszyscy mamy intuicję, ale w wielu przypadkach ten nasz dar został stłumiony przez lękowe myśli, sztywne systemy wierzeń, społeczne uwarunkowania. Jeśli nie wierzymy w siebie i nie żyjemy zgodnie ze sobą, trudno nam usłyszeć głos intuicji. Jak to zmienić?

Wzmocnienie intuicji może przynieść nam:

1. Wyraźniejsze poczucie, kim naprawdę jesteśmy. Definiowanie siebie na bieżąco zgodnie z wewnętrznymi wskazówkami umożliwia usłyszenie swojego prawdziwego głosu. 2. Świadome obserwowanie swoich myśli i zmiennych emocji przy jednoczesnym kontakcie z głębokimi uczuciami.

3. Zachowanie uważnego kontaktu z innymi ludźmi.
Świadome rejestrowanie wszystkich swoich odczuć związanych z ich słowami, głosem, wyglądem, gestami. Czucie, kiedy reagujemy napięciem a kiedy odprężeniem.

4. Wyczulenie na synchronizację. Jest to uważność na to, jak nasze myśli i uczucia przejawiają się w rzeczywistości. Zauważ, czy jak o kimś myślisz, to czy nie spotykasz tego kogoś albo on do ciebie nie dzwoni. Bądź czujna, które z twoich lęków najszybciej się materializują, a kiedy doświadczasz spełnienia pragnień.

Wskazówki, jak połączyć się ze swoją intuicją:

1. Jak najczęściej bądź odprężona.
Dlaczego właśnie pod prysznicem albo na długim samotnym spacerze przychodzą do nas odkrywcze myśli. Właśnie dlatego, że wreszcie odprężone słyszymy intuicję, która podpowiada nam najlepsze rozwiązania.

2. Miej intencję zapamiętywania snów.
Nastaw swoją podświadomość na to, żeby w snach przekazywała ci cenne wskazówki. Rano notuj swoje sny i szukaj w nich podpowiedzi, jak masz żyć.

3. Zwracaj uwagę na swoje przeczucia, a zwłaszcza na to, co jest całkowicie irracjonalne.
Podchodź do tego poważnie. Możesz swoje przeczucia notować w dzienniku.

4. Słuchaj swojego ciała.
Podczas dnia często skanuj swoje ciało z uwagą, by wytropić napięcia. Zadawaj sobie pytania: Co teraz czuję? Co to oznacza? Czy w innej sytuacji też tak reagowałam?

5. Doceń swoją wrażliwość.
Często wydaje nam się, że nasza wrażliwość i uczuciowość tylko przeszkadza nam w życiu. Utożsamiamy ją ze słabością, niewygodą, zbytnią miękkością. Jednak im ktoś bardziej jest otwarty na swoją wrażliwość, tym lepiej słyszy swoją intuicję.

6. Ćwicz umysł początkującego. Udawaj, że widzisz coś po raz pierwszy. Rozmawiaj ze znanym ci człowiekiem, jakbyś go widział po raz pierwszy. Patrz na swoje miejsce zamieszkania, jakbyś dopiero co tam przyjechał. Odwiąż się od swoich przekonań, przywiązań, oczyść swój umysł. Stań się jak dziecko. Jeśli będziesz w ten sposób pusty i zakorzeniony tylko w chwili obecnej, nawiążesz połączenie z intuicją.

Jak wzmocnić intuicję?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Gotowanie intuicyjne - gotuj dla siebie tak, jak dla ukochanej osoby

Kultura, w tym ta związana z jedzeniem, powstaje na bazie intuicyjnych, wielopokoleniowych doświadczeń. Ludzie poznają otaczający świat i decydują, co jest dla nich dobre, a co złe. (Fot. Getty Images)
Kultura, w tym ta związana z jedzeniem, powstaje na bazie intuicyjnych, wielopokoleniowych doświadczeń. Ludzie poznają otaczający świat i decydują, co jest dla nich dobre, a co złe. (Fot. Getty Images)
Intuicja to stan, w którym kocham siebie i chcę dla siebie jak najlepiej. Jak wykorzystać go w kuchni, opowiada kucharz Maciek Szaciłło.

„Gotowanie intuicyjne” brzmi równie podejrzanie jak „buddyzm hedonistyczny”!
Widziałaś dokument „Na surowo”?

Tak. Główna bohaterka wraz z synem od kilkunastu lat są na surowej diecie. Chłopak dzień zaczyna od zielonego koktajlu i banana, a kończy na zawijasach z sałaty oraz buraka. Lekarze uważają, że cierpi na zaburzenia wzrostu. Sąd ma rozstrzygnąć, czy dieta wpływa negatywnie na jego rozwój. Matka w obronie swoich przekonań ryzykuje ograniczenie praw rodzicielskich – to mnie najbardziej uderzyło. Choć sama coraz częściej trzymam się założeń diety raw…
Sam jestem laktowegetarianinem – od 20 lat nie jem jajek, ryb i mięsa. W tym czasie zdarzało mi się być na diecie wegańskiej. Obecnie nie używam cukru, nie jem glutenu, nie piję alkoholu. Przez ostatnie cztery lata w moim menu nie pojawiała się również kawa. Ostatnio pijam dwie dziennie. Dlaczego? Bo tak mi podpowiada mój organizm. W okresach stosowania diety raw jadałem kaszę. Będąc weganinem, sięgałem po twaróg, bo czułem, że go potrzebuję. Intuicja w kuchni podpowiada, co w danym momencie jest dla naszego ciała najlepsze. Muszą być jednak spełnione pewne warunki...

Jakie?
Intuicja jest wewnętrznym głosem, który podpowiada, co jest dobre, ale czy byłabyś w stanie opiekować się z oddaniem kimś, kogo nie lubisz?

Byłoby to trudne...
Podstawowym kryterium jest więc pokochanie i zaakceptowanie siebie. Dopiero wówczas pojawia się chęć dbania o osobę, która jest nam bliska, czyli o siebie. Ja gotuję tak, aby zaspokoić potrzeby własne i swoich najbliższych. Nie trzymam się kurczowo nakazów lub zakazów jakiejś diety.

Latami walczyłam z nadwagą, która wynikała z braku akceptacji siebie, własnego ciała. W momencie, kiedy zaczęłam się lubić, kilogramy zaczęły spadać.
Mnóstwo kobiet wpada w pułapkę diet beztłuszczowych, sproszkowanych, redukujących kalorie. Nie kochają siebie, własnego wnętrza, więc swojej wartości upatrują w czymś tak zewnętrznym jak ciało. Nie jedzą tłuszczu, białka, węglowodanów, a waga ani drgnie. W efekcie zatrzymują sobie metabolizm. Intuicyjne działanie w kuchni to taki stan, kiedy w przestrzeni miłości i szacunku do samego siebie gotuję jednoosobową kolację. Zjadam ją z radością, nie w biegu – świadomie. Oczywiście wiedza, jak łączyć produkty, żeby były zdrowe i pomagały redukować wagę, jest bardzo przydatna.

Jaki jest drugi warunek?
Oczyszczenie organizmu. W tym pomagają techniki oddechowe i medytacja. Dlatego w trakcie warsztatów na początku usuwamy toksyny za pomocą oddechu i relaksacji.

A co z osobami, które twierdzą, że są kulinarnymi beztalenciami, potrafiącymi przypalić nawet wodę? One też mogą obudzić swoją kuchenną intuicję?
Oczywiście. Na warsztatach gotujemy bez przepisu. Uczestnicy ze zdrowych produktów i przypraw wybierają to, na co mają w danym momencie ochotę. Następnie dowiadują się, że np. kurkuma działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie, a awokado zawiera tłuszcze nasycone, omega-3, witaminę E i kwas foliowy, świetny dla kobiet w ciąży. Zaczynają zestawiać wiedzę z doświadczeniem, z obecną sytuacją. Słyszą potrzeby własnego organizmu.

Kiedy okazuje się, że potrafią przygotować prosty, zdrowy i przede wszystkim smaczny posiłek, automatycznie przenoszą tę intuicyjność na inne obszary życia, np. pracę czy związek. Pojawia się entuzjazm. Zaczynają być trochę jak dzieci. Podchodzą do smaków, zapachów, konsystencji tak, jakby poznawali je po raz pierwszy.

Dzieci też kierują się intuicją. Idą za tym, co czują, a nie za tym, co wiedzą...
Mam dwie córki, wegetarianki z wyboru, więc obserwuję to na co dzień. Maluchy mają tendencję do wpadania w monodiety. Przez pół roku są w stanie jeść tylko makaron. Jeżeli odpowiednio je pokierujemy i nie będziemy zaśmiecać ich organizmu, wybiorą produkty najkorzystniejsze na danym etapie rozwoju. Powstała cała filozofia intuicyjnego żywienia dzieci, która nazywa się: Baby Led Weaning. Kładziemy przed maluchem kilka zdrowych produktów i pozwalamy mu samodzielnie dokonać wyboru. Nim to się stanie, dotyka, wącha, przeżuwa, ogląda – słowem uruchamia wszystkie zmysły.

Każdy ma w sobie Wewnętrzne Dziecko, spontaniczne, szczęśliwe. Ale w wyniku różnych doświadczeń życiowych ono zaczyna się bać. Obudowuje się zbroją...
Techniki oddechowe, medytacja pomagają je rozbroić. Potem, w takiej „bezbronnej” przestrzeni, trafiamy do kuchni. Zaczynamy wąchać, oglądać, dotykać. W momencie kontaktu z pożywieniem przekazujemy mu energię. Hindusi i Arabowie właśnie z tego powodu jedzą rękami. Korzystają z całej palety informacji, jakich dostarczają zmysły. Heston Blumenthal, guru gotowania molekularnego, przeprowadził doświadczenie związane ze zmysłami i jedzeniem. Okazało się, że jabłko smakuje bardziej, kiedy słyszymy odgłos chrupania. Wrażenia smakowe osłabiają się, gdy wyłączymy efekty dźwiękowe. Podobnie jest ze smakiem i zapachem. Zakatarzeni często nawet nie mamy apetytu. Bo nie czujemy zapachu potraw. Nawet ulubione danie smakuje wtedy mniej...

Oddech oczyszcza, uspokaja i usuwa nadmiar stresu. Połączony z medytacją rozbudza intuicję, którą następnie wykorzystujesz w kuchni... Mógłbyś wrócić do kwestii oczyszczania i jedzenia?
To teraz ja spytam: po ostrym przepiciu alkoholowym, na kacu, na co mamy ochotę?

Na tłuste, ciężkostrawne jedzenie...
Tłuszcz pomaga strawić nadmiar alkoholu. I rzeczywiście intuicja podpowiada na dany moment dobrze. Co nie oznacza, że frytki i hamburger będą nam służyły długoterminowo. Kiedy pozbędziemy się nadmiaru toksyn z organizmu (pochodzących z zanieczyszczonego powietrza, konserwantów w jedzeniu itp.), pokochamy się i będziemy dla swojego ciała dobrzy – zacznie nam ono podpowiadać, czego naprawdę potrzebuje.

Miałam candidę (grzybicę), a mój organizm krzyczał: „cukier!”. Dlaczego? Bo jej głównym materiałem budulcowym jest właśnie cukier. To się idealnie pokrywa z tym, co powiedziałeś...
Takich przykładów intuicyjności lub jej braku w kuchni jest bardzo dużo. Spójrzmy na kobiety w ciąży. Legendarne ogórki kiszone, po które mąż jedzie w nocy do sklepu, zawierają kwas mlekowy. Ten z kolei powoduje, że w jelitach rozwijają się pożyteczne bakterie probiotyczne, polepszające trawienie i zwiększające wchłanialność związków odżywczych z jedzenia. Brzemienne są fascynującym przypadkiem, bo w okresie ciąży są wyposażone w podwójną intuicję – swoją i dziecka. Dlatego tak często zmieniają im się nie tylko smaki, ale nawet cechy charakteru. Ciąża jest tym momentem, kiedy kobieta jest bardzo wyczulona na swój wewnętrzny głos. Później niestety o nim zapomina, choć to on powoduje, że dąży do równowagi energetycznej.

Na pustyni Beduini czy Berberowie piją słodką, mocną herbatę. Cukier wychładza, podobnie jak kofeina czy teina...
W ciepłych krajach jest dużo energii jang – męskiej, rozgrzewającej, krzykliwej, dominującej. Dlatego cała ich kuchnia oparta jest na produktach, które w naturalny sposób wychładzają. Owoce i warzywa dojrzewające w słońcu mają właściwości obniżające temperaturę – wszystkie cytrusy na przykład. W Indiach czy w Afryce je się dużo ostrego. Dlaczego? Bo ostry przyspiesza pocenie, a pot tonizuje nasze ciało.

Mam wrażenie, że im cieplejszy klimat, tym większa otwartość, radość życia, a tym samym zwiększona intuicja. Wystarczy pójść na bazar w Hiszpanii czy we Włoszech. Tam się próbuje, targuje, dotyka... Kontakt z jedzeniem jest sensualny.
Tak, i zauważ, że to są narody, które rzadko miewają problemy z nadwagą. Choć niejednokrotnie jedzą dość tłusto, nie brakuje na ich talerzach węglowodanów. Ich dieta bazuje jednak na świeżych, wysokogatunkowych produktach. Siadają do posiłku, kiedy mają na to ochotę – często wieczorem, bo robi się chłodno. Nie „katują się” przekąską co trzy godziny, pięć razy dziennie, z zegarkiem w ręku.

Polacy też zmieniają się, gdy robi się ciepło. Wychodzimy do parków, ogródków, pełnych zieleni przestrzeni publicznych. Uśmiechamy się, jesteśmy bardziej otwarci. Czerpiemy energię ze słońca...
Jemy też dużo warzyw i owoców. Zimą zazwyczaj przerzucamy się na rzeczy rozgrzewające, np. na kaszę, płatki owsiane. Kultura, w tym ta związana z jedzeniem, powstaje na bazie intuicyjnych, wielopokoleniowych doświadczeń. Ludzie poznają otaczający świat i decydują, co jest dla nich dobre, a co złe.

Dziś w erze globalizacji te wypracowane, piękne tradycje się zacierają...
Myślę, że bliższe prawdy jest stwierdzenie: zacierały się. Zaczynamy do nich wracać. Świadczy o tym cały ruch slow food, promowanie małych producentów, regionalności. Jest taka wspaniała książka „Zdrowi stulatkowie”. Opisuje najstarsze, długowieczne kultury. Ludzi, którzy żyją ponad 100 lat. Jedną z najlepiej zbadanych społeczności jest ludność Okinawy (japońskie ministerstwo zdrowia prowadzi badania od 1975 roku). Ich dieta składa się głównie z tofu, surowych warzyw i ryb. Kolejną – Hunzowie, tragarze wybierani najczęściej przez himalaistów. W wysokogórskie wyprawy zabierają raw foodowe kulki z suszonych moreli i ich pestek – bogatych w witaminę B17 – działa m.in. antynowotworowo. Mieszkańcy wioski Vilcabamba w Ekwadorze żywią się w znakomitej przewadze surowymi produktami. Listę zamykają Abhazi z gór Kaukazu.

Domyślam się, że cechą wspólną tych wszystkich diet jest ich sezonowość...
Tak, matka natura idealnie współgra z naszą intuicją. Latem dostarcza wychładzających warzyw i owoców, a zimą roślin korzeniowych, posiadających właściwości rozgrzewające. Zimą chętniej sięgamy też po węglowodany złożone, takie jak kasza gryczana czy płatki owsiane. Wolniej uwalniają energię, dzięki czemu jest nam cieplej.

Dziś wieczorem chciałabym intuicyjnie coś dla siebie ugotować – co mam zrobić?
Pójść na bazar. Bez zastanawiania zatrzymać się przy stoisku. Wziąć do ręki soczystego pomidora, powąchać go i zobaczyć, czy uruchamiają się twoje kubki smakowe. Wybrać tylko te produkty, na które dosłownie „cieknie ślinka”. Wrócić do domu i nie korzystając z żadnego przepisu (można się jakimś zainspirować), zacząć improwizować. Gotować z intencją sprawienia sobie przyjemności. Tak, jakbyś przygotowywała posiłek dla ukochanej osoby...

Maciej Szaciłło kucharz, współautor książek kulinarnych. Wraz z Karoliną Kopocz, nauczycielką technik oddechowych i medytacji, stworzył warsztaty kulinarno–oddechowe MEDYtuJEMY (www.medytujemy.pl). 

  1. Zdrowie

Zmiana czasu wpływa na nasze samopoczucie. Co mówi nauka?

W 2020 roku czas z letniego na zimowy przestawimy w nocy z soboty na niedzielę, z 24 na 25 października. (fot. iStock)
W 2020 roku czas z letniego na zimowy przestawimy w nocy z soboty na niedzielę, z 24 na 25 października. (fot. iStock)
W ten weekend czeka nas przestawienie zegarków o godzinę do tyłu. Śpimy więc godzinę dłużej. Chociaż Komisja Europejska zapowiadała już koniec zmiany czasu, nadal trwają dyskusje na ten temat i nie do końca wiadomo, kiedy przestaniemy zmieniać czas. Jakie konsekwencje dla naszego zdrowia i psychiki ma ta "operacja"? Na ile rozregulowuje nasz zegar biologiczny? Jak poradzić sobie ze zmianą czasu? – tłumaczy dr Magdalena Łużniak-Piecha, psycholog z Uniwersytetu SWPS.

Zaburzenia trawienia, zaburzenia nastroju, zaburzenia rytmu życia, zaburzenia orientacji (ogólna dezorientacja) – takie skutki zmiany czasu dla organizmu wymienia dr Magdalena Łużniak-Piecha. Przy czym stany lekkiej dezorientacji i dyskomfortu można porównać do tych, jakie mamy po wypiciu zbyt dużej ilości kawy.

Dlaczego zmiana czasu nas dezorientuje?

- Tak naprawdę rozmawiając o zmianie czasu musimy porozmawiać o zjawisku zwanym zmienionymi stanami świadomości. Jednym z czynników silnie zmieniających stan świadomości jest światło, ilość światła. – podkreśla dr Magdalena Łużniak-Piecha.

Światło padając na siatkówkę oka, wpływa na czynność zegara biologicznego, który z kolei synchronizuje wszystkie układy organizmu. Ilość światła wpływa na wydzielanie się kortyzolu (hormonu pobudzającego) i melatoniny (hormonu wyciszającego). Gdy przestawiamy zegarek o godzinę to nasz organizm, przyzwyczajony do regularnego trybu funkcjonowania, musi się przestawić. Jak wyjaśnia psycholog: Kortyzol, który wydziela się mniej więcej godzinę przed naszym obudzeniem zaczyna trochę „wariować”. Nie zgadza się zegarek z tym, do czego organizm się przyzwyczaił.

Pamiętajmy też, że kortyzol to hormon odpowiedzialny za nasz metabolizm (wpływa więc na tycie). Jest to również hormon walki, pobudzenia dla organizmu, co przekłada się, w związku z tym, na odczuwanie stresu.

Drugi ważny czynnik wpływający na świadomość to tzw. Zeitgeber („dawca czasu”) – i jest to, jak podaje definicja, egzogenne źródło synchronizacji zegara biologicznego organizmu do rytmu 24-godzinnego. W uproszczeniu: nasz rytm okołodobowy musimy zsynchronizować z czasem. Tu wchodzą w grę wszystkie czynniki, które obserwujemy w codziennym życiu. Gdy np. patrzymy na zegarek i widzimy, że jest godzina siódma - to skąd wiemy, że jest 7 rano? Otóż zwykle słyszymy i widzimy aktywność innych ludzi, wiemy, że coś się dzieje dookoła. Ludzie biegną do pracy, nawet jeśli jest jeszcze ciemno. Wiemy, że to poranek. Z kolei siódma wieczorem to czas, gdy ludzie zwalniają, siadają do kolacji… Chociaż światło jest najważniejszym wyznacznikiem czasu dla człowieka, to nie jest jedynym. Do innych wyznaczników zalicza się m.in. aktywność społeczną i umysłową, związaną z pracą i nauką, a także rytm posiłków, czy wysiłek fizyczny (ludzie żyjący za kołem podbiegunowym, gdzie jest noc polarna, też mają swój rytm dobowy)

Te Zeitgebers są dla nas bardzo ważne. Dlatego np. bolesne jest wstawanie w niedzielę rano i jechanie na uczelnię. Studenci studiów niestacjonarnych dobrze wiedzą, że cały świat śpi. Jest godzina 9, tak samo jak w tygodniu, ale 9 rano w niedzielę jest dla nas trudniejsza, żeby wstać. – tłumaczy psycholożka i podsumowuje: Co dzieje się, gdy zmieniamy czas o godzinę? Zeitgebers się przesuwają, ilość światła się przesuwa. Fundujemy sobie, w dużym skrócie, zmieniony stan świadomości.

Jak długo przyzwyczajamy się do funkcjonowania w zmienionym trybie? Ile zajmuje nam ta adaptacja do zmiany czasu?Jest taka popularna koncepcja mówiąca o tym, że to zajmuje mniej więcej tydzień. To trochę tak jak z jetlagiem, bo w zasadzie mamy taki lekki jetlag. I mówi się, że tydzień jest nam potrzebny, żeby jetlag minął.

Jak poradzić sobie ze zmianą czasu?

- Pytanie, co robimy, gdy wiemy, że będziemy mieli jetlag. – mówi dr Magdalena Łużniak-Piecha. Dobrze by było, gdybyśmy jeszcze przed wylotem próbowali przestawić się na nowy rytm funkcjonowania.  Jak to się ma do naszej codzienności przy zmianie czasu? – Latem można wcześniej położyć się spać. Zimą dobrze jest np. przedłużyć aktywność wieczorną, żeby ta poranna nastąpiła później. Jest zasada mówiąca o tym, że im wolniej, im łagodniej wprowadzimy zmiany, tym lepiej dla naszego samopoczucia. Zmiany czasu przypadają na weekend, więc w sobotę można się do tego przygotować i później pójść spać. Najtrudniej mają osoby, które muszą iść do pracy następnego dnia. Mają one mało przestrzeni na to, żeby się przygotować. W takiej sytuacji pozostaje duża kawa, zamiast kortyzolu.

Która zmiana czasu jest dla nas bardziej obciążająca? Na czas letni, czy na czas zimowy?

- W psychologii są dwie szkoły i zdania są podzielone. Każda z tych zmian ma swoje wady i zalety. Zimą mamy większy problem z dostosowaniem tego porannego poziomu kortyzolu. Mogą więc wystąpić objawy depresyjno – dezorientacyjne. – tłumaczy psycholożka.

Z kolei latem musimy dłużej przyzwyczajać się do tego, że już przyszedł moment zakończenia dziennej aktywności. Powinniśmy więc inaczej postępować wieczorem. I tu najczęściej ulegamy złudnym odczuciom - Więcej błędów robią ludzie po letniej zmianie czasu, bo wydaje im się, że mogą dłużej posiedzieć wieczorem, a tymczasem następnego dnia muszą wstać o danej godzinie. Pod kątem strategicznym gorzej działamy więc latem. Jednak z punktu widzenia orientacji w przestrzeni i w terenie – trudniej funkcjonuje nam się zimą.

Dr Magdalena Łużniak-Piecha: psycholog, zajmuje się badaniami z obszaru zarządzania, przywództwa, komunikacji i kultury organizacyjnej. Źrodło: materiały prasowe SWPS.

Co jeszcze warto wiedzieć o zmianie czasu?

Pierwszym pomysłodawcą zmiany czasu był Benjamin Franklin – amerykański uczony i polityk, jeden z założycieli Stanów Zjednoczonych. Jednak za głównego pomysłodawcę sezonowej zmiany czasu uważa się Nowozelandczyka George’a Vernona Hudsona. Pionierami we wprowadzeniu czasu letniego byli Niemcy w czasie I Wojny Światowej. Polska pierwszy raz zastosowała zmianę czasu w dwudziestoleciu międzywojennym. Obecnie czas zmienia około 70 krajów na całym świecie. W Europie czasu nie zmieniają tylko Islandia, Rosja i Białoruś.

Czas zimowy zmieniamy w ostatnią niedzielę października. Przestawiamy wówczas wskazówkę z godziny 3 na 2 i śpimy dłużej. Czas letni ustawiamy zawsze w ostatnią niedzielę marca. Przestawiamy wówczas wskazówki zegarów o godzinę do przodu i śpimy krócej.

  1. Psychologia

Kobiety często utożsamiają swoje ciało z wyglądem

Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiadomo, że nasza kultura uprzedmiotawia kobiety. Ale żebyśmy same to sobie robiły? A robimy! Przynajmniej część z nas na hasło: „ciało” odpowiada: „wygląd”. Obraz w lustrze przesłania nam to, co dzięki ciału przeżywamy.

Nie wiedziałam, że bywa z nami tak źle, aż do niedawnych warsztatów, na których przyglądałyśmy się temu, jak to jest być kobietą i czy można nią być inaczej. W zamierzeniach miałyśmy wyjść poza stereotypy i dać sobie prawo do własnego sposobu istnienia. I dać takie prawo innym kobietom. Wszystko szło dobrze, aż w pewnym momencie zaproponowałam rozmowę o ciele. Grupa już nieźle się znała, więc taki osobisty temat nie wydał mi się za trudny. Uczestniczki dobrały się w pary i każda z nich przez kilka minut mówiła o swoim ciele. Mogła mówić wszystko, co przyjdzie jej do głowy. I wszystkim przyszło do głowy to samo! Wygląd i jego odstępstwa od ideału.

Kobiety opowiadały sobie o tym, co im się nie podoba w ich ciele, co ukrywają, a z czego są zadowolone i jak to zmieniało się w czasie. A potem usiadłyśmy w kręgu i dzieliłyśmy się tym, co wydarzyło się w parach. Jedne narzekały na zbyt mały biust, inne z kolei na zbyt duży, szczególnie w wieku dojrzewania było to dotkliwe. Jedne jako nastolatki były zbyt chude, inne zbyt grube, jedne mają za proste włosy, innym bez sensu się kręcą, bo rzadko jest tak, żeby było dobrze. We wszystkich parach okazało się, że z wiekiem nasze niedoskonałości są mniej dolegliwe, jakoś udaje nam się z nimi pogodzić, co było optymistycznym akcentem w tej lawinie zarzutów i zażaleń pod adresem ciała. No i tyle.

Niemożliwe, myślałam, słuchając tych relacji ze spotkań w parach. Przecież któraś musiała powiedzieć o tym, jak ciało jej służy, że lubi swoją sprawność, że lubi dotyk, że lubi zmęczenie po wysiłku, no takie normalne sprawy i drobne przyjemności płynące z ciała. Czekałam, że któraś powie o tym, że ma do ciała zaufanie albo że sprawia jej ono problemy i to ją martwi albo złości. A tu nic. Jakby ciało było ciałem obcym, na które patrzymy z zewnątrz. Przedmiotem, który spełnia jakieś wymogi estetyczne albo nie, a nie nami.

To jak to jest? To po cholerę nam to ciało? Żeby wyglądać? Nic dziwnego, że mamy kompleksy i trudno nam lubić siebie, bo przecież ciała nie są doskonałe. Może nawet nie po to są, żeby były? W intymnych rozmowach w parach kobiety przyjęły perspektywę obserwatorek – nie wzięły pod uwagę własnych doznań, jakby one były nieistotne. Ważne jest dla nas to, co widać – ciało jako przedmiot prezentacji. Ani słowa o naszej sile, sprawności, zdrowiu, wytrzymałości, zdolności działania. Ani słowa o radości z ruchu, jedzenia, seksu. Czyżbyśmy tego nie doświadczały?

– I to już? – zapytałam bezradnie, gdy ostatnia osoba skończyła mówić.

– Niczego wam tu nie brakuje?

Dziewczyny patrzyły zdziwione.

I co im miałam powiedzieć?

– A gdybyście były mężczyznami? Wyobraźcie sobie, co wtedy byście mówiły o swoim ciele.

Tą sytuacją kobiety nieźle się bawią. Rozsiadły się swobodnie, poklepują po brzuchach i udach, są rozluźnione i zadowolone.

– Lubię swój duży brzuch – mówi jedna.

– Każdy ptaszek ma swój daszek – dopowiada druga i grupa wybucha śmiechem.

Jeden za drugim padają żarty, z których wynika, że mężczyźni akceptują swoje ciała i są z nich zadowoleni.

– I to już? – znów zapytałam bezradnie, gdy żarty ucichły.

Zapadła cisza.

– No pewnie oni też mają kompleksy, na przykład jak są za niscy – zastanawia się jedna.

– Albo jak mają odstające uszy – dopowiada druga.

Patrzą na mnie wyczekująco, czy uznam to za prawidłową odpowiedź. I po co ja im zaproponowałam tę rozmowę o ciele? To miał być tylko krótki przerywnik pozwalający zbliżyć się do siebie samych i siebie nawzajem, a teraz muszę w to brnąć dalej i nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie, bo te kobiety zdają się być bezcielesne!

– A jeśli ci mężczyźni uprawiają jakiś sport, to powiedzieliby o tym w takich rozmowach?

– No! Chwaliliby się swoimi osiągnięciami!

– A myślicie, że oni lubią grać w piłkę czy w tenisa? Że lubią swoją siłę i sprawność? Że lubią się zmęczyć? Że lubią prysznic po treningu i napić się wody i...

– Chyba tak – przerywa mi któraś.

– A wy nie?

– Ja lubię się ruszać – mówi jedna. – I lubię się zmęczyć.

– Ja lubię tańczyć – dołącza druga.

Uff! A jednak mają ciało, dzięki któremu czują, a nie tylko wyglądają! Szybko okazuje się, że lubią się przeciągać i pić kawę, że lubią ćwiczyć, że lubią swoją sprawność, lubią dotyk, cierpią, gdy są chore, okazuje się, że lubią jeździć na rowerze, umieją stać na głowie lub zrobić szpagat i są z tego dumne. W końcu otworzyły wielki worek z doznaniami, których doświadczamy dzięki ciału.

– A seks? Też bywa źródłem przyjemności? – drążę dalej, bo ciągle mi mało.

Konsternacja.

– Ja już nie pamiętam, jak to jest – mówi w końcu jedna, inne też ledwie pamiętają, tylko niektóre przytakują, że seks może być źródłem rozkoszy.

Ach! Wpuścić tu Joannę Keszkę z jej zestawem wibratorów i innych gadżetów dla kobiet! Znacie jej książkę „Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie”? Warto przeczytać. Od dawna podziwiam odwagę autorki. Mówi otwarcie o kobiecej seksualności. O tym, że mamy prawo do orgazmu! Niby wszystkie o tym wiemy, ale jak cieszyć się seksem, gdy najważniejszy jest wygląd i to, co pomyślą o nas inni? Chętnie bym zawołała za Joanną Keszką: „Drogie siostry, pora uwolnić swój orgazmiczny potencjał!”. Albo przytoczyła jej złotą myśl, jedną z wielu równie zabawnych: „Mam wibrator i nie zawaham się go użyć!”. Ale trochę się wstydzę, bo przecież jestem kobietą. I nie wiem, co pomyślałyby o mnie uczestniczki? O matko! Ta grupa wpędza mnie w stereotypy, z których miałyśmy się przecież wyzwalać!

Włączam muzykę i proponuję taniec Afrodyty. Na początku jest nieco sztywno, ale potem…

Dziewczyny czują radość z kontaktu z ciałem. Mówią o tym, za co są mu wdzięczne. Doceniają, jak świetnie im służy. I może to jest w ciele najważniejsze?

– A wygląd? – pytam jeszcze dla porządku.

– Chrzanić wygląd! – wykrzykuje jedna, a inne podchwytują bojowy okrzyk.

Artykuł archiwalny

  1. Psychologia

Co podświadomość przekazuje nam poprzez ciało? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Jeśli podczas zwyczajnej rozmowy nagle serce zaczyna ci kołatać albo czujesz mdłości, czy jest to znak, że dzieje się coś złego? Twój rozum nie dostrzega zagrożenia, ale widzi je ciało? Czy ono wie coś, o czym umysł nie ma pojęcia? Czym jest ta mądrość ciała – jeśli istnieje – i jakie znaczenie ma dla niej duchowość – wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Podczas trudnej rozmowy z przyjaciółką wsłuchałam się w to, co płynęło z mojego ciała. Było spokojne. Pomyślałam więc, że to, co słyszę, jest prawdą. Oparłam się na tzw. mądrości ciała. Czy to miało sens?
To przejaw idealizacji ciała. Uznajemy ciało za depozytariusza mądrości, prawdy, a nawet sumienia, by przeciwstawić je skołatanej i zagubionej głowie. Jazgotowi sprzecznych myśli i poglądów. To na swój sposób miłe, czasami pomocne, ale jednak tylko symboliczne uproszczenie. Bo jak się bliżej przyjrzeć temu, co się z ciałem dzieje w takich sytuacjach, to zobaczymy, że ono tylko przepisuje nasze mentalne i emocjonalne konflikty na odczuwalne sygnały. Szczególnie te konflikty, które wyrzucamy poza obręb świadomości. A więc jeśli nauczymy się trafnie odczytywać sygnały płynące z ciała, staną się one źródłem informacji o nieuświadomionym konflikcie, dyskomforcie, niechęci itp. Sygnały te mogą mieć postać np. kołatania serca, mdłości, duszności czy bólu głowy.

Mówisz o moim konflikcie, a ja myślałam, że ciało sygnalizuje konflikt, jaki przeżywa mój rozmówca, udając na przykład sympatię. Mam kłopot z połapaniem się, o co innym chodzi, więc pytam ciało: czy ta osoba jest mi życzliwa, czy nie?
To też się może zdarzyć. Jeśli jesteśmy bardziej świadomi od osoby, z którą wchodzimy w interakcję, a ona wypiera ze swojej świadomości – czyli nie chce się sama przed sobą przyznać do jakiegoś uczucia czy pragnienia – to możemy w języku doznań ciała i związanych z tym emocji przeżywać to, czego ona nie chce wiedzieć o sobie. Jeśli umówiliśmy się na kawę z kimś, kto jest zagniewany i sfrustrowany, ale nie dopuszcza tego do świadomości, to po jakimś czasie, nie mając do tego powodów, zaczynamy czuć się zagniewani i sfrustrowani. Sami się sobie dziwimy i odbieramy ten stan jako nie nasz, jakby narzucony z zewnątrz. To się nazywa identyfikacja projekcyjna. Jeśli w danej sytuacji nasze ciało milczy albo nadaje sygnały dobrego samopoczucia, to znaczy, że umysł niczego przed sobą nie ukrywa, nie przeżywa nieuświadomionych konfliktów ani wątpliwości. To znaczy także, że nie odbiera sygnałów zagrożenia z instynktownej obserwacji języka ciała, wyrazu oczu, tonu głosu, sposobu oddychania tej drugiej istoty. Ale to nie ciało, tylko umysł czyta i analizuje, tyle że poza naszym świadomym podglądem, i tłumaczy je na język ciała. Tak więc w wielu sytuacjach ciało odgrywa rolę rzecznika podświadomości, która używa języka doznań jako feedbacku – informacji zwrotnej – dla świadomej części naszego umysłu.

W baśniowej metaforze można to opisać tak: królowa Świadomość nie radziła sobie z zarządzaniem odziedziczonym po przodkach, bogatym i pięknym królestwem noszącym nazwę Życie. Postanowiła więc zatrudnić doradczynię, która cieszyła się świetną reputacją i nazywała Podświadomość. Jednak to nie załatwiło problemu. Zatrudniona Podświadomość – mimo że była kuzynką królowej – używała bowiem języka dla niej niezrozumiałego. A też często nic nie mówiła, tylko wymownie patrzyła na królową albo wymownie nie patrzyła. Świadomość rozpuściła więc wieści, że szuka tłumacza, by jej to, co Podświadomość przekazuje swoim językiem i milczeniem, wyjaśniał. Wiele czasu upłynęło i królowa już traciła nadzieję, gdy w końcu przed jej obliczem stanęła zmysłowa, niesforna i trochę dziecinna kobieta o imieniu Ciało, która bez wahania podjęła się roli tłumaczki. Od tej pory królowa wiedziała, że jeśli Ciało miało mdłości, gdy królowa zabierała się do podpisywania jakiegoś traktatu, to absolutnie nie należało go podpisywać. Że był to wyraz dezaprobaty Podświadomości, która miała dostęp do tajnych danych wywiadowczych i do prastarych archiwów. Podobnie gdy królowa Świadomość postanawiała zaprosić jakiegoś rycerza albo dworzanina – w ramach nagrody za wierną służbę – do swojej łożnicy, bacznie wsłuchiwała się w niezbędną tłumaczkę Ciało i gdy ta informowała ją o ciężarze na sercu i zaciśniętym kroczu, to Królowa odsyłała delikwenta. I tak dzięki dobrze układającej się współpracy wielkiej trójki w królestwie Życie zapanowały harmonia, dobrobyt i spokój.

Krótko mówiąc: jeśli między naszą świadomością i podświadomością pojawia się konflikt, to podświadomość wysyła do świadomości sygnał, używając do tego języka ciała. Wtedy w jakimś miejscu odczuwamy dyskomfort.

Czy to, w którym miejscu odczuwamy ów dyskomfort, ma znaczenie dla zrozumienia przekazu naszej podświadomości?
Każda przestrzeń ciała poprzez swoją funkcję specjalizuje się w dostarczaniu świadomości pewnego rodzaju doznań i emocji. (Szczegółowo mówiliśmy o tym w poprzednich wywiadach). Miednica specjalizuje się w dostarczaniu informacji o potrzebach seksualnych i preferencjach dotyczących np. doboru partnerów. Obszar splotu słonecznego i przepony specjalizuje się w motywacji w dążeniu do celu i poziomie niepokoju, frustracji z tym związanych oraz w budowaniu swojej popularności i wpływie wywieranym na innych. Obszar serca dostarcza świadomości informacji o konfliktach emocji i sumienia. Gardło informuje o poziomie wstydu i rozpaczy. Plecy i kręgosłup o przeciążeniach związanych z odpowiedzialnością. Nogi o zagrożeniu poczucia wolności i autonomii. Ręce o motywacji do działania, o bezradności i sprawczości. Bywają jednak duże różnice indywidualne. Każdy ma po części swój własny język ciała.

Na pewnej wymuszonej randce skręciłam nogę i ona boli mnie w podobnych sytuacjach od wielu lat.
To właśnie przykład mechanizmu różnicowania i indywidualizowania języka ciała. Gdy w jakiejś przestrzeni ciała nastąpi doświadczenie silnego bólu, zranienia, traumy, to ponowne zranienie przypomina cały kontekst sytuacji pierwotnego zranienia, a to powoduje podobne do pierwotnych objawy. Na tej samej zasadzie u różnych osób w różnych miejscach ciała może się pojawiać informacja o zamiecionym pod dywan podświadomości konflikcie wewnętrznym.

A kiedy serce łomocze?
Gdy serce łomocze, to zazwyczaj chodzi o zagrożenie i związaną z nim mobilizację organizmu. Może być też tak, że walczą w umyśle dwie konkurencyjne interpretacje sytuacji, w jakiej się znajdujesz, np. „jest fajnie – zostaję” i „jest okropnie – uciekam”. Konflikt sprawia, że serce łomocze. Postępujemy ze sobą tak, jakbyśmy jednocześnie dodawali w samochodzie gazu i wciskali hamulec.

To co w takiej sytuacji robić?
Zarejestrować, co się dzieje. Na przykład: „Podczas rozmowy z tym facetem dziwnie wali mi serce. O co chodzi?”. Ciało, oczywiście, nie odpowie, ono tylko nada sygnał, że coś jest nie tak, że jest jakiś konflikt, że dzieje się coś, z czego sobie nie zdajemy sprawy. To doinformowany umysł musi rozstrzygnąć: czy ten mężczyzna budzi lęk, czy pożądanie. Dobrą metodą jest dokonanie wyobrażeniowej próby obu sytuacji. I ta, w której będzie więcej energii i przekonania, to trafna odpowiedź na pytanie: o co chodzi?

Co mogłoby to jeszcze być? Te dwie interpretacje kołaczącego serca wydają się jedyne.
Serce może walić także z powodu konfliktu sumienia związanego z tym mężczyzną, z tą sytuacją. Może coś przed nim ukrywasz? Albo boisz się, że on coś ukrywa? Wiele różnych sytuacji uzasadnia bicie serca. Jeśli mamy zdolność do głębokiej i szczerej autoanalizy, to sami sobie poradzimy. W przeciwnym razie warto pójść do pracującego z ciałem psychoterapeuty. Bo łatwo tu się pomylić.

Jak można się pomylić?
Jeśli w sytuacji niemającej nic wspólnego z erotyką czy z seksem odczuwamy nagle silne podniecenie, to wcale nie znaczy, że chodzi o seks. Skojarzenie może być odległe i zapośredniczone. Gdy młoda dziewczyna doświadczała zakazanych i wypieranych ze świadomości pragnień seksualnych związanych z nieuwodzącym, opiekuńczym ojcem, to gdy w dorosłym życiu spotka mężczyznę, który podobnie jak ojciec opiekuńczo i ciepło zachowa się wobec niej, może odczuć niezrozumiałe dla niej podniecenie. Czyli kontekst sytuacyjny sprawi, że uruchomią się stare wypierane uczucia i pragnienia. Ciało reaguje zgodnie z tym, co twój podświadomy umysł pamięta.

To, co mówisz, świadczy o tym, że terapia zorientowana na ciało, o której w tym roku opowiadałeś, najtrafniej pozwala poznać siebie.
Niestety, jeszcze niewielu ludzi rozumie i praktykuje psychoterapię, używając ciała jako medium. Nikt nas tego nie uczy, więc nie ma tego w naszej kulturze. I jak coś się dzieje z ciałem, to idziemy do lekarza, a ten daje nam lekarstwo, po którym niepokojący objaw mija. Ale z punktu widzenia psychologii ciała objaw jest po to, aby skłonić świadomość do poszukiwania prawdziwych przyczyn. Bo zgodnie z tą koncepcją choroba jest spowodowana konfliktem lub traumą na poziomie emocji i umysłu. Aby naprawdę wyzdrowieć, trzeba znaleźć ten konflikt i go rozwiązać. Jeśli skoncentrujemy się na likwidacji objawu – zgubimy trop.

Jakie inne stany umysłu mogą jeszcze szkodzić ciału?
Podstawowy konflikt, który większość z nas przeżywa nieświadomie, to konflikt między tzw. małym umysłem, czyli ego, i dużym umysłem, czyli duchem. Konflikt ten bywa brzemienny w skutki, ale jest przez nas nieuświadamiany, ponieważ ego tak się panoszy, że przykrywa ducha. Doświadczamy wtedy jakichś uporczywych, ale niespecyficznych i trudnych do odczytania objawów na poziomie ciała, których lekarze nie są w stanie powiązać z zaburzeniem jego funkcji czy struktury. Czasami takie objawy nazywamy chorobą duszy.

Czyli ciało nie ma swojej mądrości, nie kombinuje po swojemu?
Nawet nie możemy być pewni, że sfera instynktów pozostaje w pełni niezależna od treści świadomości i podświadomości. Doświadczenia psychoterapeutów ciała, a także hipnotyzerów, mistyków, a ostatnio fizyków kwantowych świadczą raczej o tym, że ciało i umysł nie są odrębnymi bytami, które pozostają ze sobą w jakiejś częściowej i niejasnej relacji, lecz podobnie jak energia i materia – dwoma sposobami przejawiania się tego samego. Z tego punktu widzenia zarówno materializm uznający, że świadomość i duch są funkcjami wysoko zorganizowanej materii, jak i spirytualizm, uznający materię za emanację świadomości lub ducha, są w błędzie. Nie ma podstaw do traktowania ciała jako niezależnej od umysłu przestrzeni, gdzie tylko biologiczne i chemiczne oddziaływania mają sens. Patrzmy więc na ciało i umysł jak na dwie strony tego samego medalu. Wprawdzie jeszcze nie wiemy, z czego zrobiony jest ten medal, ale dla naszych rozważań nie ma to takiego znaczenia. Zajmiemy się tym w następnym cyklu.

Skoro ciało i umysł to dwie strony medalu, to jaki stan umysłu najbardziej szkodzi ciału
? Gdy mały umysł ego zaczyna walczyć z ciałem albo je ignoruje i nadużywa. Podejmuje skrajne decyzje, takie jak na przykład: „seks jest najważniejszy” albo „żadnego seksu”, albo „będę palić, pić i objadać się”, albo „ będę jeść ziarnko ryżu dziennie”. Tego typu decyzje to aberracje niepoukładanego ego, które nie może znaleźć ani umiaru, ani kontaktu z ciałem. W rezultacie ciało nadużywane w służbie ego prędzej czy później zachoruje, aby przywołać ego do porządku. Ciału więc pomaga temperowanie ego. Czyli psychoterapia, psychologiczna praca z ciałem, medytacja i inne zaawansowane praktyki duchowe. Ego jest fałszywym królem, więc im mniej ego, tym lepiej dla ciała. Im mniej ego, tym więcej ducha, a z duchem ciało nie ma kłopotu, bo duch widzi rzeczy takimi, jakimi są, i od niczego się nie oddziela. Nie ma więc żadnych konfliktów ani napięć. Wtedy ciało może wreszcie odpocząć od szalonego jeźdźca uzurpatora i realizować swój potencjał w spokoju.

Uważa się, że potrzeby ciała przeszkadzają w rozwoju duchowym, i to umysł musi je tonować.
Ciało jest w naszej kulturze ofiarą ego, które przypisuje mu własne aberracje. Król uzurpator o imieniu Ego, aby ukryć swoją niekompetencję i szaleństwo, znalazł w ciele kozła ofiarnego. Wygodnie jest sądzić, że to nie ja, tylko moje nieme ciało jest siedliskiem zła, zwierzęcych, nieokiełznanych popędów i agresji oraz wynaturzonej seksualności. Ale w istocie to ego wynaturza naturalne potrzeby ciała.

Św. Paweł mówił o ościeniu, z którym żył, zapewne to metafora pożądania, ale też dodawał, że to miejsce siły i spotkania z Bogiem, czyli rozwoju duchowego.
To wszytko prawda, tylko ja bym tego ościenia nie umieszczał w Bogu ducha winnym ciele.

No dobrze. To pójdziemy w stronę duchowości również po to, aby nasze ciała mogły wreszcie odpocząć.
I zachować zdrowie.

  1. Psychologia

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.