1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jestem swoim wrogiem, czyli o przemocy wobec siebie

Jestem swoim wrogiem, czyli o przemocy wobec siebie

Wstręt, agresja i złość wobec siebie dają poczucie siły i kontroli. Znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Niestety tylko na chwilę. (Fot. Getty Images)
Wstręt, agresja i złość wobec siebie dają poczucie siły i kontroli. Znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Niestety tylko na chwilę. (Fot. Getty Images)
Rzadko myślimy o tym, że źródłem przemocy w świecie jest przemoc wobec siebie. Kiedy się zaczyna? Jak ją zamienić w samoakceptację?

To zdarza się wiele razy dziennie. Stosuję przemoc wobec siebie za każdym razem, gdy mówię sobie: musisz to zrobić, po prostu musisz! Gdy uśmiecham się do kogoś, kto nie budzi mojej sympatii. Gdy piję trzecią kawę, żeby się ożywić, mimo że wiem, że kawa mi szkodzi. Gdy umawiam się na kolejne spotkanie, choć ciało od dawna daje mi znać, że czas na odpoczynek. Gdy jem za dużo, a potem nie mogę się ruszyć i dopiąć. Gdy pracuję w chaosie i bałaganie, bo znów nie miałam czasu posprzątać. Gdy wypijam o jeden kieliszek wina za dużo. Gdy…

Pamiętam ten wywiad. Mądra, niezwykła kobieta powiedziała mi, że każdego dnia (każdego!) odnawia dane sobie wiele lat temu przyrzeczenie: że nie będzie stosowała przemocy wobec siebie.

Szalony głos nadaje

Moje rozmówczynie to inteligentne, wykształcone kobiety między trzydziestką a czterdziestką, osoby zaufania publicznego – Agata, redaktor naczelna poczytnego tygodnika, Aneta, lekarka specjalizująca się w akupunkturze, i Wiola, aktorka. Jedna przez blisko 20 lat znosiła zdrady męża, druga dźwigała męża alkoholika, a trzecia kaleczy swoje ciało. Urszula Nowakowska, szefowa Centrum Praw Kobiet, mówiła mi, że ulegamy mitowi, jakoby przemoc wobec kobiet dotyczyła jedynie kobiet mało wykształconych, z patologicznych rodzin. Przemoc wobec siebie również nijak się ma do wykształcenia i pozycji zawodowej. Przemoc wobec kobiet i przemoc kobiet wobec siebie są jak siostry bliźniaczki.

– Jak bardzo trzeba siebie nie lubić, żeby godzić się na tyle lat krętactw i zdrad mężczyzny? – mówi Agata, od trzech lat po rozwodzie. Aneta nie może wybaczyć sobie lat zmarnowanych na dźwiganie pijanego męża. Wiola ciągle stosuje jedyny znany sobie sposób na uspokojenie: grubą igłę wbija w wewnętrzną stronę ud i kręci nią, aż z rany popłynie krew. Ale już wie: „To nie z miłości do siebie”.

Gdzieś w nas odzywa się szalony głos, któremu dajemy wiarę, i podążamy za nim. Nazywamy siebie różnie, tu inwencja nie zna granic: zimna ryba, leniwa krowa, gruba świnia, wół roboczy, którego trzeba poganiać batem. Hal i Sidra Stone’owie w książce „Wewnętrzny krytyk” dają przykłady innych częstych głosów w nas: Jesteś z natury brzydka i nic z tym nie zrobisz. Ciebie nie da się kochać. Jesteś egoistką. Jesteś podła. Jesteś z gruntu zepsuta. Jesteś spasiona. Starzejesz się. Nie masz polotu. Nikt cię nie zechce. Nie powinnaś tego mówić. Jeśli nie będziesz pracować dwa razy tyle co inni, niczego nie osiągniesz. Jednak najtrudniejsze w moim odczuciu jest ciche, z pozoru niewinne „mnie nie ma”. Jak kochać i szanować kogoś, kogo nie ma?

Czy już jestem superkobietą?

Agata czyta mi fragmenty pamiętnika. „12 czerwca. Adam wrócił z Tajlandii, zdenerwowany pobiegł na badania na HIV”. Sucha relacja, jakby sprawa mnie nie dotyczyła, dziwi się. O, tutaj już trochę emocji. „18 sierpnia. Wróciłam wcześniej od mamy, a w naszym łóżku on i trzy młode blondynki, duże, jędrne piersi, jak z okładek męskich magazynów, nawet się nie speszyły. Wyszłam do łazienki, odkręciłam kran z wodą, zdjęłam spódnicę, bluzkę, weszłam do wanny i zaczęłam szlochać, ale jakoś tak dziwnie, jak dziecko, bez łez”. „5 grudnia. Znalazłam mejl od kochanki. Grozi, że jeśli on nie przyjedzie do niej na święta do Hanoweru (do Hanoweru?!), ona zrobi sobie coś złego. Boże, jaka ja biedna, jaka nieszczęśliwa”. I najgorsze. Agata czyta fragment z 12 kwietnia: „Odkryłam, że Adam spotyka się z 17-letnią córką naszych przyjaciół. Co ja mam robić?”.
 
– Co ja mam, biedna, robić? – przedrzeźnia tamtą siebie sprzed lat. – Nie przyszło mi do głowy, że mogłabym na przykład zacząć krzyczeć, powiedzieć komuś, odejść, wystąpić o rozwód. Dlaczego nie przyszło mi to do głowy? Bo czułam się winna. Że to przeze mnie. Czy mężczyzna zdradza atrakcyjną kobietę? Im on miał więcej kobiet, tym ja czułam się gorzej, coraz bardziej martwa. Tłumaczyłam sobie, że on taki jest, takie ma potrzeby seksualne. A moje uczucia? W ogóle nie wiedziałam, co czuję. Nic nie czułam! Dopiero później odkryłam ten okropny wstyd we mnie.

– Byłam dobrą żoną i byłam chora – mówi Aneta. Mąż chirurg pił coraz więcej. Wiadomo, ma ciężką pracę, potrzebuje rozluźnienia, relaksu, tak myślała. Synom tłumaczyła, że tatuś jest chory. Tłumaczyła męża przed przyjaciółmi: „Nie przyjedziemy, bo Irek pojechał na pogrzeb kolegi”, „Musiał wyjechać do ojca”. Żeby tylko pracował, żeby nie stracił dobrego imienia. Śniadania do łóżka, piwo w lodówce. Sprawy domowe, urzędowe, bankowe, naprawy przejęli synowie.

– Ale w środku czułam coraz więcej napięcia i złości. W ataku furii wylewałam alkohol do zlewu i tłukłam butelki, aby za chwilę biec do monopolowego, żeby on tylko nie wychodził z domu.

Czuła wstręt, gdy chciał się z nią kochać. Zaczęła brać proszki na sen. Furia przerodziła się w depresję. – Oddałam mu swoje życie – mówi Aneta. – Wierzyłam, że go uratuję. Ale było coraz gorzej, nie lepiej, więc popadałam w rozpacz. Zanegowałam siebie, całkowicie.

Takich kobiet holujących partnerów alkoholików jest w naszym kraju prawie trzy miliony, jak wynika z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA). Kilka kolejnych milionów to kobiety, które same piją. Możemy dokonywać na sobie gwałtu na wiele sposobów. Uzależnić się od lekarstw, narkotyków, jedzenia, seksu. Także od kaleczenia ciała. „Autoagresja skoncentrowana na ciele nie jest zjawiskiem marginesowym, jakby mogło się zdawać na pierwszy rzut oka” – zapewnia Annegret Eckhardt w książce „Autoagresja”. Dotyczy i będzie dotyczyła coraz większej liczby kobiet. W krajach, w których dominuje kultura konsumpcyjna, mówi się o tym od lat 70. XX wieku, w Polsce samookaleczenie stało się tematem po roku 1989. Nie wyrabiamy się w standardach piękna i sukcesu. Coraz trudniej sprostać oczekiwaniom, być superkobietą. Zamiast spokoju, bezpieczeństwa i troski doświadczamy frustracji i zawodu, stresu i napięcia. Autoagresywne zachowania biorą się z lęku i osamotnienia, z braku zaufania do siebie, świata i ludzi.

Krew pulsuje i żyje

– Zaczęło się od włosów – mówi Wiola. Włos, który „nie był w porządku”, zostawał wyrwany i zjedzony. Potem padło na paznokcie i opuszki palców – tak je gryzła, że aż krwawiły, wdawały się zakażenia. A jakiś czas temu odkryła żyletkę, agrafkę i igły.

– Mam opowiedzieć, jak to robię? – pyta. Różnie. Czasem wystarczy kilka dziur agrafką na łydce, a czasem, jak ostatnio, gdy nie dostała obiecanej roli w serialu, przecina żyletką podbrzusze albo skórę na przedramieniu. – Nacinam skórę i widzę spływającą krew – opowiada – czerwoną i ciepłą, wtedy się odprężam, czuję się wreszcie bezpiecznie. Mieszka sama. W swoim środowisku uchodzi za dziwaczkę, ale raczej spokojną, wyluzowaną. – Nikogo nie obchodzi, co się ze mną dzieje – mówi Wiola. – Niech was nie zwiedzie luz artystów.

Przemoc wobec siebie jest pochodną przemocy, jakiej doświadczyłyśmy jako dzieci. Nie ma takich statystyk, ale specjaliści – pedagodzy, psycholodzy i terapeuci – mówią o ogromnej skali zjawiska. Szacuje się na przykład, że jedna trzecia kobiet doświadczyła w dzieciństwie przemocy seksualnej. Moim zdaniem jest jeszcze gorzej: od lat pytam o to kobiety – niemal wszystkie opowiadają o wujkach, ojczymach, kuzynach i księżach, którzy naruszali, w mniejszym lub w większym stopniu, granice ich ciała. Wiele z nas było zaniedbywanych emocjonalnie. Odebrałyśmy ze świata stanowczo za dużo chłodu i obojętności, a za mało troski i czułości. Wobec wielu z nas stosowano przemoc fizyczną; dorastałyśmy w atmosferze winy i wstydu. „Zachowania autoagresywne wiążą się prawie zawsze z silnym poczuciem winy i wstydu oraz z nieświadomym oczekiwaniem kary” – pisze Eckhardt w „Autoagresji”.

Dziecko, aby przeżyć to, co jest nie do zniesienia, zamraża siebie, nie może czuć, boby umarło. Samookaleczenia pozwalają czuć, czerwona, gorąca krew uspokaja, jest dowodem na to, że ciało żyje. Na chwilę znika napięcie, złe samopoczucie, wewnętrzna pustka i depresja. Wstręt, agresja i złość, niewyrażone wobec prześladowców w dzieciństwie, zostają wreszcie wyrażone – w stosunku do siebie, co daje poczucie siły i kontroli. – Przez jakiś czas po tym, jak się skaleczę, czuję ulgę, no, nie czuję się już taka bezradna i zagrożona – tłumaczy Wiola.

Eckhardt pisze o wielu jawnych i niejawnych formach przemocy wobec siebie. Oto niektóre z nich: szczypanie i drapanie skóry, rozdrapywanie zabliźnionych ran, lanie na siebie wrzątku z prysznica, wywoływanie gorączki, wywoływanie wymiotów, kaleczenie waginy i szyjki macicy, upiększające operacje plastyczne. Obciążenia z dzieciństwa plus zagubienie we wzorcach kobiecości oferowanych przez kulturę, w której żyjemy, to już mieszanka wybuchowa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak chronić dziecko przed przemocą? Z pomocą mogą przyjść bajki terapeutyczne

Dzieci obarczone strachem przed przemocą przybierają postawy wycofujące i tym samym przyciągają agresora. (Fot. iStock)
Dzieci obarczone strachem przed przemocą przybierają postawy wycofujące i tym samym przyciągają agresora. (Fot. iStock)
Gdy dziecko doświadcza przemocy od dorosłych, jest to całkowicie inne doświadczenie niż gdy agresorem jest ktoś mu równy - kolega z klasy, znajomy z podwórka. Nie demonizujmy skutków jednorazowego bycia ofiarą przemocy, bo nasze rodzicielskie emocje mogą wyrządzić więcej szkody niż samo zajście.

W przedszkolach bardzo rzadko, ale już w szkołach aż 2% dzieci jest ofiarami przemocy. Dotyczy to uczniów w wieku 7-12 lat, zwłaszcza drobnych, niewysportowanych, o nietypowej karnacji, budowie ciała lub obarczonych wadami wymowy. Gdy dziecko w szkole doświadcza przemocy, odbiera mu to całą radość przebywania wśród rówieśników i uczy zamykania się przed ludźmi. Uchroń je przed tym, ale nie wyolbrzymiaj traumatycznej siły jednorazowej przemocy wśród dzieci.

Świat…

… jest przepełniony przemocą. Dzieci doświadczają jej bardzo często, ale jednostkowe doświadczenia— uderzenie przez kolegę, wyrwanie czegoś, wyzwiska — są jednym z elementów życia w społeczeństwie i trudno oczekiwać od świata, że właśnie nasze dziecko potraktuje ze szczególną troskliwością. Dla nas, rodziców, taki incydent bywa znacznie silniejszym przeżyciem niż dla dziecka. Dzieci grają w gry pełne wirtualnej przemocy, odzywają się do siebie jak postacie z filmów, czyli bardzo szorstko, bez szacunku— i to je uodparnia na odbiór przemocy. Jako wykształcone, świadome społeczeństwo, cierpimy obecnie na nadwrażliwość i przerysowujemy skutki, jakie wywiera na psychice dziecka przemoc.

My, dorośli, panicznie boimy się przemocy. Jeszcze zanim dziecko pójdzie do przedszkola czy szkoły, już im ten strach wdrukowujemy. „Pamiętaj, jeśli ktoś cię popchnie, natychmiast powiedz pani. Jeśli ktoś cię zaczepi, zabierze ci coś…”. Wiele dzieci z góry wie, że NA PEWNO staną się ofiarami przemocy, bo przecież z jakiego innego powodu rodzice tyle razy by ich o tym uprzedzali? Dzieci obarczone strachem przed przemocą przybierają postawy wycofujące i tym samym przyciągają agresora.

Lepiej zapobiegać niż leczyć

Każdy rodzic musi zmierzyć się z prawdą: nie da się dziecka całkowicie ochronić przed przemocą. Nie da się w stu procentach jej zapobiec, ale trzeba dołożyć wszelkich starań, żeby jej nie prowokować, a gdy już się stanie, możliwie zniwelować jej skutki.

Zapobiegaj:

  • Rozwijaj optymizm dziecka —wtedy, nawet jeśli przytrafi mu się przemoc, poradzi sobie bardzo szybko.
  • Pozwalaj na samodzielne kontakty z innymi dziećmi; nie wkraczaj od razu gdy tylko uważasz, że dziecko ma jakieś problemy. Pozwól mu rozwiązywać je o własnych siłach, żeby nie nabrało utrwalonego przekonania, że bez ciebie z niczym sobie nie poradzi.
  • Nigdy nie stosuj sam przemocy; nie bij, nie krzycz, nie ubliżaj, nie szarp. W ten sposób absolutnie nie uodparniasz dziecka na przemoc, a wręcz przeciwnie — przyzwyczajasz je, że skoro ty (osoba, która ma je kochać najbardziej na świecie) możesz je bić, to już każdy może. I będzie to po twoim dziecku widać.
  • Pilnuj, żeby twoje dziecko miało kolegów. Znacznie łatwiej je zaatakować, kiedy jest samotne i odtrącone. Wychowuj człowieka uśmiechniętego, pogodnego, miłego, koleżeńskiego, tolerancyjnego — takie dzieci są lubiane i bywa, że nawet w agresorach wzbudzają pozytywne emocje.
  • Nie staraj się za wszelką cenę wychować swojego dziecka na indywidualistę. Ty będziesz mieć satysfakcję, że wasze dziecko jest inne niż jego koledzy (że syn nie ma modnych klocków, gier, gadżetów lub córka nie ma ani jednej lalki ), ale inne dzieci obiorą to jako obcość, a obcego łatwiej zaatakować niż kogoś podobnego do siebie.
  • Dawaj przykład. Gdy jedziesz samochodem, nie klnij na innych kierowców, tylko zacznij wymyślać „dlaczego ten pan tak agresywnie się zachował”. Może mu się śpieszy, może czegoś zapomniał, może chce mu się siusiu. Takie zabawy rozładowują napięcie.
  • Gdy oglądacie razem film, czytacie książki, jesteście świadkami jakiejś sytuacji, zawsze prowokuj temat przemocy - tego, że czasem doświadcza jej każdy i nie znaczy to, że jesteś kimś gorszym lub słabszym.
  • Czytaj dziecku bajki terapeutyczne, w których bohaterowie samodzielnie poradzili sobie z przemocą w swoim otoczeniu.

Bajki terapeutyczne

To specyficzny rodzaj literatury - wymyślony przez pedagogów tekst literacki, który dyskretnie, ale z mocą oddziaływania sztuki, ma pokazywać dziecku, że rozwiązanie jego problemu nie zawsze jest niemożliwe. Specyfika rozwiązywaniu problemów polega na braku jakiejkolwiek ingerencji sił magicznych, przypadku czy szczęścia. W tych bajkach nigdy nie występują wróżki, czary, magiczne przedmioty. Bohater ma do dyspozycji tylko siły ukryte w realnym świecie, zwłaszcza w sobie samym. Podejmuje jakieś działanie i ono przynosi skutek.

Bohaterowie bajek terapeutycznych często są ofiarami przemocy, bo bajki wspaniale sprawdzają się przy tym właśnie dziecięcym problemie. Przykłady tej przemocy są identyczne z tymi, na które narażone są dzieci w naszych szkołach, więc proces identyfikacji z bohaterem jest bardzo łatwy. Fabuła pokazuje jak dręczony bohater mimo utrwalonego lęku, zastraszenia i braku pomysłów, co robić, rozwiązuje problem.

Bajkę można zamówić przez Internet i zostanie ona napisana specjalnie na potrzeby twojego dziecka; realia życia bohatera będą zbieżne z tymi, w których żyje twoje dziecko (podobne miejsce zamieszkania, struktura rodziny, nawet imiona). Możesz też sam wymyślić i opowiedzieć dziecku bajkę terapeutyczną. Należy tylko pamiętać, że o ile maluchy do siódmego roku życia wysłuchają każdej opowieści, bez dociekania celu opowiadania, to już dzieci starsze mogą od razu zdemaskować twoje intencje i zapytać: „Po co mi to opowiadasz?”. Dlatego dla starszych dzieci bajka terapeutyczna powinna przyjąć formę mocno nasyconą realizmem. „Coś sobie przypomniałem”- mówi tata w formie zwykłej domowej rozmowy. „Kiedyś, chyba w trzeciej klasie, miałem w szkole koleżankę, której nikt nie lubił, dzieci okropnie ją traktowały, i wiesz, jak ona sobie poradziła?”.

Bajki terapeutyczne mają jeszcze i taki walor, że w bardzo łagodny sposób, bez straszenia dziecka, pokazują, że absolutnie każdy problem można rozwiązać. Można je też bez strachu stosować zanim problem się pojawi.

Ewa Nowak, pedagożka, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży.

  1. Psychologia

Nie bój się złości

Ci, którzy boją się złości wyrażonej wprost, boją się odrzucenia. (fot. iStock)
Ci, którzy boją się złości wyrażonej wprost, boją się odrzucenia. (fot. iStock)
Złościsz się? „Jasne”, odpowie część z nas spokojnie. „Staram się nie złościć” – usłyszymy od niektórych. I zobaczymy na ich twarzach dziwny wyraz. Jakby brzuch ich bolał.

I boli ich naprawdę, bo pakują całą złość, jaka się w nich pojawia, do środka. Mogą mięć np. kłopoty z wypróżnianiem. I ze szczerym śmiechem. Swobodnym tańcem… Mogą mieć wrzody żołądka. Starają się nie złościć, bo nie było im wolno.

„Nie lubię cię, jesteś wstrętna” – wrzeszczy trzylatek na mamę, która nie chce mu na coś pozwolić. Ile mam odpowie: „A ja ciebie kocham, ale nie pozwalam, rozumiem, że możesz być zły”. A ile zmartwieje ze strachu: „Moje dziecko mnie nie kocha, co ja mam z tym zrobić, to straszne, wiedziałam, że sobie nie poradzę” albo: „Co za bezczelny szczeniak, jak on śmie? Zamknij się w tej chwili” lub: „Nie wolno ci tak mówić, jak ty się do matki odzywasz?!”.

Ci, którzy boją się złości wyrażonej wprost, boją się odrzucenia. Myli im się wyrażanie chwilowego odczucia z ogólną postawą, jaką przejawiali ich rodzice, nie pozwalając im być sobą. To najczęściej te grzeczne dzieci, które się przystosowały do tego, że inni są od nich ważniejsi. Dotyczy to głównie kobiet (choć nie tylko). Dzieci mają bardzo często do czynienia z wybuchami złości rodziców i innych dorosłych i jednocześnie z całkowitym zakazem wyrażania złości, niezgody, buntu. Niektóre (wrażliwsze, delikatniejsze, nieznajdujące nigdzie wsparcia) ugną się, zduszą sprzeciw w sobie, znajdując wraz z biegiem życia coraz bardziej racjonalne uzasadnienia swego lęku przed wyrażaniem złości. Inne (silniejsze, odporniejsze) mogą wdać się w wieczną walkę ze światem, permanentny bunt, najczęściej bez świadomości, że ciągle walczą ze swoimi rodzicami o niezależność. Z domów, gdzie nikt się nie kłócił, nie było mowy o złości, wyrastają za to ci „lepsi od innych”, którzy się niezwykle dziwią, że inni się kłócą ze sobą wprost, ale sami nie zauważają, jak zakłamana i pełna wyższości jest ich postawa. I nie wiedzą, dlaczego im tak duszno w środku.

Trudno nam ze złością. I cudzą, i własną. Złość należy do uczuć przezywanych jako przykre, nawet bardzo dotkliwe. Ale jak bez niej żyć? Skąd byśmy wiedzieli, że gdzieś lub z kimś nam nie jest dobrze? Że ktoś nas oszukał, że się z czymś nie zgadzamy, że coś nas oburza i gniewa! Że o coś ważnego chcemy walczyć.

Wymyśliliśmy asertywność. Uczenie się umiejętności bronienia siebie z jednoczesnym pamiętaniem o prawach innych ludzi. Warto się uczyć, jak wyrażać siebie we wszystkich przejawach, nie krzywdząc innych (UWAGA – to nie znaczy „nie robiąc im przykrości”). Owo słynne: „Nie powiem jej tego, co czuje, bo jej będzie przykro”, należy czytać jako: „Mamusia mnie wspaniale wytresowała, żeby cudze stany były dla mnie ważniejsze niż mój własny”. To jest postawa tzw. dobrych ludzi. Są mili. Zawsze. Zawsze słyszysz od nich TAK. A już na pewno nie znasz ich NIE. Nie wiesz i być może nigdy się nie dowiesz, czy cię naprawdę lubią (bo nie wolno im powiedzieć, że cię nie lubią) albo czy rzeczywiście chcieli pojechać w góry zamiast nad morze. Często oni sami tego nie wiedzą… Nie wiedzą, więc się nie sprzeciwiają. Pozwalają sobą rządzić. To kto inny zdecydował, co mają robić. Więc oni są zawsze niewinni, że ten świat taki jest.

Myli nam się złość z przemocą. Dziecko, na które zawsze wrzeszczano lub je bito, boi się przemocy i marzy, zupełnie nierealistycznie, że spotka miłość albo opiekę zupełnie bez złości. Złość jest uczuciem, które jak wszystkie inne mija po prawdziwym ujawnieniu, jest wyrażeniem siebie i swojego stanu. Przemoc to wkraczanie na cudze terytorium, nieliczenie się z granicami drugiego człowieka. Rządzenie nim przez wywoływanie lęku. Na pewno nie powiem wam: nie bójcie się przemocy. Jest się czego bać. Czasem można się jej sprzeciwić i walczyć, ale czasem trzeba wiać. Wiele szkół myślenia o życiu i duchowości zaprzecza temu, że złość ma wartość, jest potrzebna. Chcą człowieka uanielić. Ale człowiek aniołem nie jest. Staje się najwyżej zakłamanym człowiekiem.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o żalu – karty emocji Katarzyny Miller

Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
To uczucie zwykle ściąga nas w dół i każe ciągle spoglądać w przeszłość, ale można też podejść do niego konstruktywnie. Kiedy żałujemy, wiemy przynajmniej, co było dla nas ważne. Oto kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk. 

Żal...

...pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. Zwykle żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy albo wprost przeciwnie - że właśnie zrobiliśmy. Bliskim bratem żalu jest poczucie winy, dlatego często lubią chodzić razem. Taka para zwykle działa podwójnie dołująco, bo im bardziej zapętlamy się w krytykowaniu siebie, tym bardziej żałujemy. Zwykle tuż po jakimś zdarzeniu najbardziej żałujemy tego, co zrobiliśmy, z perspektywy czasu - bardziej boli nas coś, czego zaniechaliśmy: nie pojechaliśmy w tamtą podróż, nie zagadaliśmy do tamtego chłopaka czy nie spróbowaliśmy jeszcze raz podejść do egzaminu. Paradoksalnie, im mamy większy wachlarz możliwości, tym większe pole do popisu dla żalu. Kiedy niewiele rzeczy zależy od nas, nie mamy do siebie pretensji i nie wyrzucamy sobie po latach własnej opieszałości czy złego wyboru. Można też powiedzieć, że im większa wyobraźnia i skłonność do idealizacji, tym odczuwany żal może być intensywniejszy. Bo przecież nie mamy dowodów na to, jak inaczej potoczyłoby się nasze życie, my tylko projektujemy je we własnej głowie. Odczuwanie żalu zależy więc jedynie od nas. Możemy też czuć żal do kogoś (np. do rodziców), że nie odnosił się do nas tak, jak tego potrzebowaliśmy, za porzucenie, za krzywdzące potraktowanie.

Po co nam to uczucie?

Żal nie musi nas skłaniać do podcinania własnych skrzydeł, a do ich rozwijania. Jest bowiem informacją - otrzymaną od samego siebie - że stać nas na więcej, że mamy w sobie niewykorzystany potencjał. Żal może być konstruktywny, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, o jakiej niespełnionej potrzebie nas informuje. Wtedy łatwiej zmotywować się do tego, by naprawić błędy z przeszłości (oraz unikać ich w przyszłości), a także by zmienić kierunek swojego życia.

Zadania:

  • Czego w życiu najbardziej żałujesz? Poświęć chwilę na zastanowienie się nad tym, a nawet zrobienie listy. To bardzo ważne zadanie, które wcale nie ma na celu zdołowania cię. Kiedy ujrzysz czarno na białym, czego ci żal, dowiesz się, co ma dla ciebie największą wartość. Jeśli najbardziej żałujesz porzucenia studiów artystycznych - to już wiesz, że czujesz się źle, bo nie realizujesz się twórczo w swoim życiu. Dobra wiadomość jest taka, że nawet teraz możesz to zmienić.
  • Jeśli żal jest uczuciem, które nierzadko ci towarzyszy, prawdopodobnie zbyt często wybiegasz myślami w przyszłość albo sięgasz do przyszłości. Za mało jest cię w twojej teraźniejszości, która jest przecież piękna i ważna, głównie dlatego, że dzieje się teraz i nigdy już się nie powtórzy. Pomyśl o wszystkich rzeczach, które obecnie możesz zrobić - od najbardziej prostych, jak zjeść coś dobrego czy pójść na spacer, po te bardziej wymagające, ale przecież też możliwe: powiedzieć komuś, że go kochasz; przeprosić za coś, co kiedyś zrobiłeś. Ćwicz się we wzbudzaniu w sobie uczucia wdzięczności - to skuteczny sposób na przywołanie dobrego samopoczucia.
  • Jedna sprawa, kiedy ogarnia nas żal na myśl o czymś, co nam się nie udało; inna - gdy żałujemy utraty czegoś lub kogoś, na który to fakt nie mieliśmy żadnego wpływu. Jeśli nadal cierpisz z powodu czyjegoś odejścia, śmierci czy wyjazdu; jeśli opłakujesz utracone dzieciństwo czy młodość - jedyną wskazówką będzie praktyka akceptacji i zgody na to, co jest, bo jest.
Więcej w zestawie z książeczką: "Poznaj siebie. Karty emocji", Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

  1. Psychologia

Uroki tajemnicy. O sekretach, które mogą ratować i niszczyć życie

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Historyczne, polityczne, to tajemnice sensacyjne, ale tak naprawdę szokują przez chwilę. Za to sekrety nasze codzienne potrafią zniszczyć życie albo... je odbudować.

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. Jeśli kiedykolwiek ukrywałeś czyjś ważny sekret – znasz ciężar tego brzemienia. A ujawnienie czyjejś tajemnicy? Nierzadko postrzegamy taki czyn jak przewinienie podobne do zdrady. Poinformowanie żony o tym, że jej mąż ma drugą rodzinę, wnuka o zbrodni dziadka albo dziecka, że jest adoptowane... Wiadomo, otwarcie takich tajemnic wywraca ludzkie biografie. A czy tajemnice potrafią zniszczyć życie tego, kto je nosi w sobie?

– Kiedy obawiamy się, że coś, co chcemy ukryć, może wyjść na jaw, żyjemy pod stałą presją, co nie pozwala nam swobodnie oddychać – mówi Zuzanna Celmer. – Funkcjonujemy niejako w dwóch rzeczywistościach: zewnętrznej i wewnętrznej, a takie rozszczepienie na pewno nie służy zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Niekiedy jednak, jeśli jest się absolutnie przekonanym, że zachowanie tajemnicy w jakiejś kwestii jest konieczne dla dobra człowieka lub sprawy – wówczas klauzula „tajne” ma wysoki priorytet w hierarchii wartości. Niesiemy ją w sobie przez całe życie z poczuciem słuszności tej decyzji.

Takim szczególnym przypadkiem jest adopcja. – Kiedy rodzice uważają, że adoptowane przez nich  dziecko nie może się dowiedzieć o tym fakcie, bo mogłoby mieć żal i poczuć się odrzucone przez biologicznych rodziców, będą ukrywać tę prawdę, ale i zadręczać się tym, że może ją usłyszeć od kogoś innego – mówi Zuzanna Celmer. – W historii rodzin często kryją się zdarzenia, o których nie mówi się nawet między sobą, pokrywając je milczeniem. Dodajmy do tego tajemnice biografii poszczególnych członków rodzin, ujawniające się na przykład w ustawieniach hellingerowskich, i nasze własne sprawy czy zachowania – większe lub mniejsze – o których dla swojego dobra wolelibyśmy zapomnieć.

Oczywiście, każda epoka ma swoją specyfikę. Na przykład nieślubna ciąża córki czy wdanie się syna w tzw. nieodpowiednie towarzystwo – starannie kiedyś ukrywane, wraz ze zmianą obyczajowości i poluzowaniem norm moralnych, nie jest już hańbą czy powodem do wstydu. Może nie rozpowiada się o tym wszem i wobec, ale też nie tai przed otoczeniem. Niemniej tajemnice istnieją nadal. Związane są choćby z historycznymi zawieruchami, jak druga wojna światowa, okres powojenny czy kolejne dekady polskich dziejów. Słowo sekret wydaje się mieć lżejszy ciężar gatunkowy i bardziej oznacza umowę o niezdradzaniu czegoś przed konkretnym terminem, zanim nie zostanie to „coś” ogłoszone, wykonane lub nie nadejdzie pora, żeby to ujawnić. Natomiast tajemnica jawi się jako „tajna”, a więc ukryta tak długo, jak to tylko możliwe. Czasami aż do śmierci.

Dziewczyna i chłopak

Piotrek pojawił się na szkolnym balu przebierańców niespodziewanie – do wczoraj mówił, że to głupie. Ubrany był w czarne skórzane kozaczki na obcasie. I miał makijaż! Przebił wszystkie zakonnice, pielęgniarki, hinduskie tancerki. Był lepszy od diabła i Batmana. Ola patrzyła na niego zauroczona. Minął rok odkąd zaczęli się spotykać, ale takiego Piotrka jeszcze nie znała. Zazwyczaj bywał spięty, zamknięty w sobie, znikał na treningach siatkówki. Twardziel. Ale ona cieszyła się, że nie włóczy się po pubach i nie ogląda za dziewczynami. Tego by nie zniosła. Jej poprzedni chłopak wariował na widok każdej z jej koleżanek i wreszcie bezpowrotnie odszedł z jedną z nich. Długo czuła się zraniona, przestała ufać chłopakom.

A potem pojawił się Piotrek. Nad łóżkiem zamiast Rihanny miał plakat z Eltonem Johnem. Spokojny, długo nalegał na spotkanie. Aż poszli wreszcie do kina i... trzymali się za ręce. Potem spacer, trochę pocałunków. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Wszystko po kolei. Tak jak według Oli powinno być. Najpierw poznawanie się, chodzenie za rękę, przytulanie, dopiero potem seks, układanie życia, rodzinne wakacje, dzieci...

I oto wyluzowany i rozbawiony Piotrek rozdawał wszystkim kokieteryjne spojrzenia i co chwilę wybuchał śmiechem. Tańczył nawet z Marcinem. „Nareszcie!”– pomyślała Ola. „Otworzył się. Dziś pójdziemy do... niego”.

Po balu chciała pojechać z Piotrkiem, on jednak zaprotestował. I w tym momencie Ola naprawdę się załamała. Wiedziała, że taka noc nieprędko się powtórzy. Płakała całą drogę.

Od tej pory nie było już tak jak dawniej. Coś się popsuło. Piotrek bardzo rzadko do niej dzwonił, nie zawsze też odpisywał na jej SMS-y. „Może jestem zbyt natarczywa? Seks to przecież nie wszystko” – myślała Ola. Ale po tygodniu nacisnęła guzik przy numerze 25 na jego domofonie.

Piotr nie chciał z nią rozmawiać, ale nie dała za wygraną. Winda. Jeszcze nigdy jazda tak się nie dłużyła. Drugie piętro. Setki myśli. Piąte piętro. Miliony pytań. Siódme. Zapukała. Drzwi otworzył Marcin. Ten, z którym Piotrek tańczył na balu. „Nie męcz mnie, Olu” – powiedział Piotrek – „Ja cię nie kocham. Chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi”. „Jeśli mężczyzna proponuje kobiecie przyjaźń, to znaczy, że to koniec miłości” – Ola przypomniała sobie słowa mamy.  Łzy spadały na niebieską sukienkę... Nie pamięta, jak wróciła do domu. Ale nie zapomni chwili, kiedy tajemnica wyszła na jaw.

Zadzwonił domofon. Ola odebrała. Znała ten głos! To głos Marcina. Skoczyła na równe nogi. „Skończmy te sekrety. To paranoja. Wszystkim będzie lżej. Ja i Piotrek jesteśmy razem od pół roku. Piotrek nie wiedział, jak ci to powiedzieć” – usłyszała.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: Największą tajemnicą w tej historii jest to, dlaczego Ola po raz kolejny zakochała się w kimś, kto ją zdradził. Bo to, że Piotr wybrał Marcina, a nie Martę – jest bez znaczenia. Niepokoi to, że znów została sama, oraz że przez pół roku nie dostrzegła, że jej ukochany ma kogoś innego.

Najłatwiej w tej sytuacji byłoby oskarżyć Piotrka, że ją oszukiwał i ukrywał przed nią swoje prawdziwe uczucia i potrzeby. Ale to pójście na łatwiznę. Ono nie wniesie do życia niczego kreatywnego. Ola musi zrobić coś trudniejszego – rozwiązać własną tajemnicę, odpowiedzieć sobie: „dlaczego wybieram takich chłopaków i wchodzę w takie związki?”. Musi zrozumieć destrukcyjny mechanizm, który popycha ją w ramiona tych, którzy ją odrzucają i ranią. Zostawiają samą.

Do rozwikłania pozostają też tajemnice rodzinne. Jaki wzór związku Ola wyniosła z rodzinnego domu? Czy mama i tata dawali jej poczucie, że jest kochana? Ta wiedza będzie jej potrzebna po to, żeby w przyszłości zbudować udany związek. Radziłabym także rozmowę z kimś starszym i godnym zaufania. Psychoanalitykiem, psychoterapeutą, szkolnym pedagogiem…

Ojciec i syn

Gdy matka opowiedziała mu wszystko, Paweł poczuł ulgę. Od lat podejrzewał jakiś rodzinny sekret. Coś, co nieuchronnie prowadziło ich rodzinę do dezintegracji, nie pozwalało budować, za to łatwo gasiło z trudem zapalany ogień. Czasem się nad tym zastanawiał. Wiedział, że jego matka poznała w młodości mężczyznę, z którym łączyło ją wielkie uczucie, że po rozwodzie wróciła z córeczką do rodzinnego domu, a presja wywierana przez konserwatywnego dziadka doprowadziła do tego, że wyszła za mąż za jego ojca.

„Zaczęłam spotykać się z twoim ojcem z czystego rozsądku” – wyznała. „Szukałam kogoś, kto zaakceptuje mnie i twoją siostrę. Chciałam uciec z domu twojego dziadka, z zaściankowego świata, w którym rozwódka z dzieckiem była traktowana jak czarownica”.

Gdy Paweł przyszedł na świat, jego matka miała 28 lat, męża, M4 i jako takie szczęście. Mąż jednak pił regularnie. Paweł pamiętał ojca od zawsze jako alkoholika. I awantury, a przede wszystkim brak kontaktu. „Zawsze czułem, że nie jesteśmy do siebie podobni, że brak między nami więzi emocjonalnej. Że ja go tak naprawdę nie kocham, a on mnie też jakoś tak, dziwnie. Moją siostrę brał na kolana, mnie nigdy. Nienawidziłem chwil, kiedy atakował mamę. Zawsze brałem jej stronę i wtedy często padały słowa: »Bo mu powiem, bo mu powiem!«. Pewnie nieraz chciał wszystko wykrzyczeć, ale mama tak to organizowała, żeby prawda nie wyszła na jaw”.

Teraz, kiedy zmarł, Paweł wiedział już wszystko. „Był bezpłodny” – powiedziała matka – „Z tego powodu odeszła od niego pierwsza żona. Tak jak ja padł ofiarą małomiasteczkowych konwenansów. Facet, a nie może mieć dzieci? Doszliśmy do porozumienia. Skoro on był dobry dla mojej córki, postanowiłam zrobić coś dla niego. Pracowałam w kancelarii prawnej. Podobałam się mężczyznom. Wiedziałam, kiedy pójść do łóżka, żeby zajść w ciążę”.

Paweł słuchał z ciekawością. Jego dorosłe życie było już poukładane, nie czuł żalu do matki: „Chroniła mnie przed prawdą, szczególnie w okresie dojrzewania, z obawy przed tym, żebym nie wykorzystywał tego przeciwko niemu. Tak było lepiej. Co mógłbym zrobić jako zbuntowany nastolatek? Gnębić „mojego” ojca, który wychowywał mnie tak, jak potrafił? Ileż energii musiał wkładać w dochowanie tej wielkiej tajemnicy? Tak naprawdę bardzo mu współczuję” – mówi z przekonaniem Paweł.

A biologiczny ojciec? „Pan z kancelarii, tuż po tym jak mnie stworzył, został wydelegowany do pracy za granicą. Najprawdopodobniej nie ma zielonego pojęcia, że jestem na świecie. Nigdy się nie spotkaliśmy. Na początku korciło mnie, żeby go odnaleźć. Spotkanie własnego ojca na pewno stanowi jakąś pokusę. Może jest biedakiem, a może milionerem? To przecież mój prawdziwy ojciec. Tylko jeden i aż jeden, ale... z drugiej strony, po co miałbym mu fundować frustracje? Wchodzić nagle w jego może poukładane życie? Co nasze spotkanie mogłoby dla niego znaczyć? Szok? Zmianę światopoglądu? Nie, nie, nie zrobię mu tego. Na razie cieszę się wszystkimi pozytywnymi genami, jakie w sobie dostrzegam. Może właśnie po nim?”.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: W historii Pawła widać, że poznanie rodzinnej tajemnicy ma wyzwalającą, twórczą siłę. Dlaczego? Każdy z nas potrzebuje spójnej autonarracji, czyli czegoś w rodzaju powieści lub scenariusza, w którym jesteśmy głównym bohaterem. Jeśli w tym „filmie” są białe plamy i sprzeczności, nasza postać jest niepełna, czegoś jej brakuje. Odkrycie brakujących „scen” we własnej historii daje pewność, że wiemy, kim jesteśmy. Pozwala lepiej zrozumieć to, co się w życiu wydarzało i wydarza.

W chwili gdy Paweł odkrył rodzinną tajemnicę, zrozumiał, dlaczego ojczym był dla niego taki obcy. Poczuł współczucie do człowieka, którego przez lata oskarżał i nie znosił. Dopiero teraz docenił jego starania. Przestał czuć się niekochanym synem. Dzięki temu uwolnił się od ciężaru przeszłości i był wreszcie w stanie wziąć odpowiedzialność za swoje wybory.

Odszyfrowanie rodzinnej tajemnicy bywa szansą na odnalezienie w sobie siły życiowej, zaakceptowanie tego, kim się jest, i uwolnienie twórczej energii.

  1. Styl Życia

Kobiety i mężczyźni za kierownicą. W czym się różnimy?

Różnice między płciami ujawniają się już podczas kursu na prawo jazdy. Kobiety przystępują do niego, mając zwykle przeświadczenie, że będą dobrymi kierowcami, ale muszą się wiele nauczyć. A mężczyźni często już po kilku godzinach jazdy myślą o sobie „jestem świetny”. (Fot. iStock)
Różnice między płciami ujawniają się już podczas kursu na prawo jazdy. Kobiety przystępują do niego, mając zwykle przeświadczenie, że będą dobrymi kierowcami, ale muszą się wiele nauczyć. A mężczyźni często już po kilku godzinach jazdy myślą o sobie „jestem świetny”. (Fot. iStock)
Kobiety prowadzą spokojniej i mniej twórczo. Mężczyźni bardziej wierzą w swoje siły i pewniej czują się na drodze. Ale niezależnie od płci budzi się w nas czasem agresywny władca szos. Jak go wygonić zza kółka?

Równouprawnienie na drodze? Jak najbardziej. Zwłaszcza jeśli oznacza odrzucenie stereotypów w stylu: „baba za kierownicą równa się nieszczęście”. Dziś już nikogo nie dziwi widok kobiety wiozącej swojego męża i dwójkę dzieci na wakacje czy drobnej brunetki za kierownicą ciężarówki. Co nie oznacza, że kobiety w niczym nie różnią się w tej dziedzinie od mężczyzn. Wprost przeciwnie. Według policyjnych statystyk, nadal jeżdżą bardziej asekuracyjnie niż mężczyźni, ale bezpieczniej. Bo czy tego chcemy, czy nie, na ulicach rządzi nami bardziej biologia niż rozum.

Ryzykanci kontra grzeczne dziewczynki

Różnice między płciami ujawniają się już podczas kursu na prawo jazdy. Kobiety przystępują do niego, mając zwykle przeświadczenie, że będą dobrymi kierowcami, ale muszą się wiele nauczyć. A mężczyźni?

– Często już po kilku godzinach jazdy myślą o sobie „jestem świetny”, bo im samochód nie gaśnie – śmieje się Jolanta Szulecka, instruktorka nauki jazdy, właścicielka Ośrodka Szkolenia Kierowców „Mustang” w Warszawie. – Najzabawniejsze, że auto nie gaśnie, bo ja im pomagam. Ale oni w to nie wierzą. Miałam kiedyś ucznia, który był tak przeświadczony o swoich umiejętnościach, że po szóstej godzinie jazdy poprosił mnie o egzamin. To niebezpieczne, gdy samoocena i samopoczucie nie przekładają się na rzeczywistą sprawność – komentuje.

Mężczyźni mają też o sobie jako o kierowcach zwykle lepsze zdanie niż kobiety. Panie są bardziej pokorne. Po zdanym egzaminie jeżdżą przez jakiś czas z duszą na ramieniu, czują się dość niepewnie, nie lubią zostawać same w samochodzie. Mężczyźni zaś cieszą się, że pozbyli się instruktora, nikt i nic ich nareszcie nie ogranicza. Mogą na przykład puścić sobie muzykę, którą lubią, i w drogę...

– Różnimy się przede wszystkim pod względem stosunku do ryzyka – mówi Szulecka. – Mężczyzna podejmie je od razu, zaryzykuje. Kobieta nie. On pójdzie na żywioł, ona się dwa razy zastanowi, zanim się na coś porwie. On będzie dumny, że w trzy godziny dojechał z Warszawy do Gdańska, choć wielokrotnie był na granicy ryzyka. Ona wybierze jazdę bezpieczną, choć o godzinę dłuższą.

Jednego panie mogłyby panom pozazdrościć: radości za kółkiem. Mężczyźni na ogół jeżdżą swobodniej, żywiołowo, spontanicznie, czyli bardziej twórczo. Kobiety też lubią prowadzić auto, ale robią to bardziej schematyczne i zachowawczo. Jeżdżą tak, jak je nauczono na kursie. Rzadko interpretują przepisy, raczej się do nich stosują. Nie kombinują, jak wykonać „bandycki”, lecz skuteczny manewr na drodze, żeby na przykład ominąć długi korek. A nawet jeśli wymyślą jakiś sposób, rzadko zdobywają się na jego realizację.

Jeśli ktoś jedzie pod prąd i jeszcze na nas trąbi, to na sto procent za kierownicą samochodu nie siedzi kobieta. Tylko mężczyzna może wpaść na taki pomysł i mieć odwagę wykonać manewr w stylu: przejedzie kawałek po chodniku, kawałek pod prąd, potem wymusi pierwszeństwo i… ominie korek. Kobieta będzie grzecznie stała. I to wcale nie dlatego, że jest bardziej praworządna, raczej dlatego, że jest mniej pewna siebie. Czegoś się przecież trzeba trzymać...

– Kulturowo kobiety nie były wyznaczone do podejmowania decyzji, tylko do poddawania się decyzjom mężczyzn – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, psycholożka i terapeutka. – Dziś wciąż jeszcze wiele pań robi prawo jazdy „do szuflady” albo jeździ tylko po zakupy, ewentualnie zawozi dzieci do szkoły. I tyle. Nadal uważamy, że droga to domena mężczyzn. Nic dziwnego, że kobiety czują się za kierownicą mniej pewnie. Więc kiedy zdarzy się w drodze sytuacja stresowa, myślą gorączkowo: „O Boże, co ja mam robić?!”. Po czym postanawiają: „Zrobię, jak każą przepisy”.

– Na łamanie przepisów pozwalają sobie czasem kobiety, które się bardzo dobrze czują za kierownicą – przyznaje Jolanta Szulecka. – Ale i tak robią to z ogromnym poczuciem winy.

Mężczyzna jest przewodnikiem stada, samcem, więc w trudnej sytuacji od razu włącza mu się myślenie: „nieważne przepisy, ja muszę to jakoś rozwiązać”. Jedno trzeba przyznać: rzeczywiście w sytuacjach stresujących mężczyźni statystycznie mają lepszą orientację w terenie niż kobiety. Jest to związane z różnicami w organizacji mózgu. Są też bardziej zdecydowani, szybciej potrafią oszacować sytuację i podjąć błyskawiczną decyzję.

– Powtarzam moim uczennicom, że w samochodzie nie możemy być stuprocentowymi kobietami – przyznaje Szulecka. – Musimy wykrzesać z siebie parę męskich cech: nauczyć się szybkiego podejmowania decyzji, zaplanować trasę i strategię jazdy, a nie w ostatniej chwili zastanawiać się: „co ja robię na tym skrzyżowaniu?!”. Kobieca tendencja do zastanawiania się nad posunięciami uniemożliwia szybką reakcję. Trzymanie się przepisów zwalnia z kolei z obowiązku szukania wyjścia i dokonywania natychmiastowych wyborów. Łatwiej jest zadziałać według reguł, niż je na szybko ustalić. Bo wtedy nie trzeba samej oceniać sytuacji, kalkulować ryzyka, po prostu twórczo rozwiązywać problemu…

Prawdą jest jednak, że choć mężczyzna szybko decyduje, to nie zawsze dobrze. Gdyby się pokusić o zajrzenie w statystyki, więcej wypadków powodują mężczyźni niż kobiety. Panie są wprawdzie mniej twórcze za kierownicą, ale bardziej odpowiedzialne, a to przekłada się na bezpieczeństwo. Być może jeżdżą z mniejszą swadą, bo na tylnym siedzeniu wiozą dzieci?

 

Anonimowi, wściekli i źli

Jest jednak coś, co łączy obie płcie: skłonność do agresji. Teoretycznie agresja jest domeną mężczyzn, ale na drodze panie wcale im nie ustępują. Różnią się tylko sposobem jej okazywania. Ta męska jest bardziej raptowna. Mężczyzna opuści szybę i zwymyśla drugiego kierowcę. Pokaże parę obraźliwych gestów, ciskając przy tym przekleństwa. Czasem wjedzie komuś przed nos i gwałtownie zahamuje, a nawet zatrzyma samochód i pójdzie się kłócić. Może też uciec się do przemocy fizycznej. Kobieta z kolei unika bezpośredniej konfrontacji. Raczej błyśnie światłami, użyje klaksonu, zajedzie drogę, a jeśli jest bardzo zdenerwowana – pokaże trzeci palec. Jednak nie zrobi nic, co by zahaczało o bezpośrednią przemoc.

Dlaczego na drodze zachowujemy się agresywnie? Bo jesteśmy anonimowi, choć niekoniecznie za zaciemnionymi szybami. W samochodzie jesteśmy odcięci od tego, co na zewnątrz, dlatego nasze frustracje mają większe pole do popisu. Im mniej nas widać, tym czujemy się bardziej anonimowi i mamy mniejszą kontrolę nad swoimi zachowaniami.

– Możemy mignąć światłami, oślepić innego kierowcę, zatrąbić, najechać na tylny zderzak, zahamować przed maską i… bezkarnie pojechać dalej – uważa Zaryczna. – Nikt przecież nic z tym nie zrobi, nie będzie nas gonić, nie zapisze naszych numerów. Najwyżej będzie klął pod nosem. Ta anonimowość napędza nas i nakręca. Podobnie jest w Internecie: tu też rodzi bezkarność i sprawia, że pozwalamy sobie na pisanie o innych krytycznie, a nawet bezlitośnie.

Coś w tym jest. Kiedy jedziemy komunikacją miejską, gdzie mamy bezpośredni kontakt z otaczającymi ludźmi, zachowujemy się bardziej „cywilizowanie”. Bo tu ktoś może odpowiedzieć, oddać zniewagę, popchnąć, ale przede wszystkim tu stoi się z innymi twarzą w twarz, patrzy komuś w oczy, a to poskramia reakcje. Natomiast karoseria jak rycerska zbroja oddziela kierowcę od innych, skrywa, chroni, pozbawia cech charakterystycznych. Dzierżąc kierownicę, dzierży władzę, a więc rośnie w siłę i znaczenie.

Gdy inni kierowcy działają na nerwy…

Ale to nie prowadzenie samochodem przemienia kierowcę z doktora Jekylla w Mr Hyde’a. Agresja i frustracja są już w nim zanim zatrzaśnie drzwi auta. Bo a to szef go zdenerwował, a to żona zrzędziła, koleżanka w pracy rozczarowała – wtedy nie wybuchnął, stłumił odruch, a złość… wsiadła z nim do samochodu.

– Z władzą i anonimowością nie trzeba mieć cech psychopaty, żeby pozwolić sobie na niepokojące zachowania czy dojście do głosu zduszonym emocjom, których normalnie człowiek do siebie nie dopuszcza– tłumaczy psycholożka.

Wzbieranie i uzewnętrznianie trudnych emocji wzmagają trudne warunki na drodze. Mniej prawdopodobne, że uczestnicy ruchu będą się agresywnie zachowywać, gdy nawierzchnia jest gładka, pogoda sprzyjająca i wszystko idzie sprawnie. Taka jazda może wręcz relaksować. Ale na polskich drogach to raczej rzadkość. Prędzej spotkamy się z korkami w godzinach szczytu, dziurami w asfalcie, fatalnie zorganizowanymi objazdami, bezmyślnie postawionymi tablicami informacyjnymi i pieszymi przemykającymi na czerwonym świetle lub w miejscach niedozwolonych.

– Nawet największa wściekłość przechodzi, jeśli są ku temu warunki – mówi Zaryczna. – Ale gdy do już kiepskiego nastroju dodamy jazdę w korku, gdzie wszyscy trąbią i zajeżdżają drogę, to nie ma co liczyć na poprawę humoru. Czujemy się bezsilni, a to jeden z najtrudniej tolerowanych stanów emocjonalnych. I przepis na wybuch agresji gotowy.

Jak nie dać się emocjom?

  • Nie oceniaj. Na drodze o wiele częściej czyha pokusa wcielenia się w surowego sędziego. Momentalnie ocenić przytomność umysłu, a czasem nawet poziom inteligencji innych uczestników ruchu, a może nawet dać im nauczkę. Zwłaszcza drogowym ślamazarom. W ten prosty sposób można podreperować swoją samoocenę. Tylko skąd pomysł, że mam prawo oceniać, a potem karać lub nagradzać innych?– Trochę winne są media lansujące pogląd, że za kierownicę powinni wsiadać najlepsi – mówi Szulecka. – Kierowcy chcą, by wszyscy włączyli się w ten nurt sprawnej, szybkiej, agresywnej jazdy. Nie wolno hamować biegu, spowalniać; każde wyłamanie się budzi sprzeciw. A przecież trzeba tolerować słabszych. Człowiek, który jedzie wolniej, nie musi być zaraz idiotą, może: mieć zwyczajnie gorszy dzień, być zmęczony, nie znać okolicy i szukać ulicy, w którą ma skręcić. A może nie spojrzał na znak i nie jest pewien pierwszeństwa, a nie chce ryzykować. Bądźmy raczej wdzięczni za to, że zachowuje się ostrożnie, bo jeśli spowoduje wypadek, my także na tym możemy ucierpieć. A więc dbając o swoje, dba także o nasze bezpieczeństwo.
  • Nawiąż bezpośredni kontakt. Jolanta Szulecka mówi swoim uczniom, że jeśli chcą się z kimś identyfikować, niech omijają grupę agresorów. Lepiej się utożsamiać z tymi, którzy nawiązują przyjazny kontakt, uśmiechają się, wpuszczają na pas lub dziękują za wpuszczenie. – Na szczęście od lat obserwuję, że uprzejmość polskich kierowców rośnie, a grupa tych agresywnych zmniejsza się – twierdzi instruktorka. – Częściej myślimy: dziś ja kogoś wpuszczę, jutro ktoś wpuści mnie. Sama, gdy chce wjechać przed innego uczestnika ruchu, nawiązuje z nim kontakt wzrokowy, podnosi dłoń i prosi o wpuszczenie na pas. „Przysuwa się” odrobinę do drugiego samochodu, z włączonym kierunkowskazem, by kierowca wiedział, o co jej chodzi, ale nie zajeżdża mu drogi. I dziękuje z góry. – Niezwykle rzadko spotykam się z negatywną reakcją – komentuje.
  • Bądź życzliwy. Jeśli potraktujesz drugiego kierowcę „z góry” i krzykniesz np.: „baranie, jak jedziesz?!”, to wcale nie znaczy, że tamten dojdzie do wniosku, że chyba rzeczywiście powinien się poduczyć, lecz zareaguje podobnie i odkrzyknie: „sam jesteś baran, zapisz się na kurs!”. Zaciśnięcie pięści, inwektywy, agresja sprawiają, że w odpowiedzi dostajesz dokładnie to samo. Podobnie jest z uśmiechem. Życzliwość wybija agresji broń z ręki.
  • Nie pozwól, by udzieliły ci się negatywne emocje. – Zdarzyło mi się kilka razy, że ktoś wyskoczył z samochodu, pieklił się, pokazywał trzeci palec – wspomina instruktorka. – W takiej sytuacji nie należy się podłączać do jego wściekłości i nakręcać samemu. Lepiej po prostu poczekać, aż uzna, że pora zakończyć występ.
A gdy spotkamy pirata drogowego? Wtedy nie ma czasu na perswazje. Co zrobić?
  • Zejdź agresorowi z drogi. Nie wiadomo, czy pirat drogowy jest pijany, wściekły czy zwyczajnie agresywny – zresztą to bez znaczenia. Trzeba zadbać o bezpieczeństwo swoje, pasażerów i auta. Może ta osoba ma powody, żeby się tak zachowywać? – Może to ktoś, kto ma obok siebie rodzącą kobietę i pędzi do szpitala? Nie wiesz przecież, czemu się tak spieszy – mówi Małgorzata Zaryczna. – Spróbuj sobie wyobrazić trzy powody, dla których tak pędzi. Im śmieszniej, tym lepiej, bo to rozładuje napięcie.