1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Płynące wieżowce - złożony portret bohaterów

Płynące wieżowce - złożony portret bohaterów

mat. prasowe Tribeca Film Festival
mat. prasowe Tribeca Film Festival
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dlaczego niektórych aspektów własnej osobowości nie akceptujemy lub je wypieramy? Film „Płynące wieżowce” komentuje psycholog Izabela Wożyńska-Więch z Poradni Centrum-Ja.

Kuba wkracza w dorosłość i poszukuje własnej tożsamości na wielu płaszczyznach. Chociaż ma swoje dwa życiowe azymuty – pływanie, które jest jego pasją od dzieciństwa, i związek z Sylwią – jest mocno zagubiony w otaczającej rzeczywistości.

– Role, których się dotąd podjął, wyraźnie go przerastają – zauważa Izabela Wożyńska-Więch z Poradni Centrum-Ja. – Przed każdym treningiem chłopak przyjmuje środki farmaceutyczne, nadużywa, zwłaszcza jak na sportowca, środków psychoaktywnych, przejawia agresywne zachowania. Napięcie odreagowuje również w przypadkowych kontaktach homoseksualnych.

W pewnym momencie bohater stawia swoje dotychczasowe wybory pod dużym znakiem zapytania. Silna, miłosna fascynacja Michałem w pełni odsłania biseksualność Kuby i wydaje się przynosić jakieś wyzwolenie, jednak homoseksualne potrzeby napotykają silny opór otoczenia – dominującej matki i zależnej dziewczyny.

– Impulsywność, skłonność do podejmowania ryzykownych zachowań to cechy występujące nieraz u osób przeżywających kryzys własnej tożsamości przy przechodzeniu z jednego etapu życia w kolejny – stwierdza Izabela Wożyńska-Więch. – Spełnianie oczekiwań innych, koncentracja na sobie, trudność w rozpoznawaniu własnych potrzeb to narcystyczne rysy osobowości bohatera.

W wyniku podążania za impulsami Kuba wplątuje się w trójkąt miłosny – pomimo że kocha Sylwię, przeżywa również bardzo intensywną fascynację erotyczną Michałem. I żadnej z tych relacji nie chce zakończyć.

Trzy bieguny

Sylwia wydaje się przyjmować w całej sytuacji postawę pasywną. Pomimo że wie, że w życiu Kuby pojawił się ktoś nowy, i że tym kimś jest mężczyzna, nie podejmuje decyzji o zakończeniu związku. Cały czas tkwi w układzie pełnym niedopowiedzeń, choć widzi, że fascynacja Kuby innym chłopakiem staje się coraz silniejsza.

– Sylwia przejawia cechy osobowości zależnej – zauważa Izabela Wożyńska-Więch. – Z wielkim trudem stawia granice i podejmuje konfrontacje. Przyjmuje postawę zaprzeczenia, charakterystyczną dla osób zdradzanych, które obawiają się zmierzenia ze zdradą partnera, więc udają, że nie widzą tego, co się dzieje. Będąc bardzo zaangażowana emocjonalnie w relację z Kubą, Sylwia najpierw jest w szoku i długo nie zajmuje się tematem, a potem, kiedy wszystko staje się jasne, chce zamieść pod dywan to, co się wydarzyło.

Kolejną ważną osobą w życiu Kuby jest matka, z którą łączy go bardzo specyficzna relacja – widzimy, że kobieta przekracza granice intymności chłopaka, szuka z nim kontaktu fizycznego, prowokuje dwuznaczne sytuacje. – Ewa jest uwodząca, traktuje syna chwilami jak własnego partnera, np. kiedy woła go do łazienki, aby umył jej plecy – komentuje psycholog. – Konkuruje z dziewczyną syna o jego względy. Jest dominująca i intruzywna, narzuca Kubie własne pomysły na życie i oczekuje podporządkowania. Takie zachowanie rodzica powoduje u dziecka, a w konsekwencji u osoby dorosłej, trudności w rozpoznawaniu i zaspokajaniu własnych potrzeb, a także w podejmowaniu dobrych dla siebie decyzji.

Film skłania do refleksji nad tym, jak wielu części własnej osobowości nie akceptujemy. Jak trudno jest myśleć, rozmawiać i zajmować się tym, co dla nas i dla naszych bliskich ważne, z lęku przed utratą wizerunku, który jest „correct”. Jak trudno tolerować w sobie ambiwalentne uczucia. To zjawisko można przenieść na grunt społeczny – odmienność, choć bywa szokująca, może mieć „ludzką” twarz i wrażliwość, którą należy uszanować.

  • TYTUŁ: „Płynące wieżowce”
  • SCENARIUSZ i REŻYSERIA: Tomasz Wasilewski
  • WYSTĘPUJĄ: Mateusz Banasiuk, Marta Nieradkiewicz, Bartosz Gelner, Katarzyna Herman, Olga Frycz, Izabela Kuna

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Sekretne drugie życie. Czy każdy z nas ma prawo do tajemnic? Ujawniać je czy ukrywać?

Ilustracja: Luka Rayski
Ilustracja: Luka Rayski
Tylko ja wiem, jak jest, jak było, tylko ja znam prawdę. I robię wszystko, żeby prawda nie wyszła na jaw. Nasze najgłębsze sekrety czasem rujnują nam życie i zdrowie, ale często bywa wręcz przeciwnie – ocalają spokój innych. Czy każdy z nas ma prawo do tajemnic? Ujawniać je czy ukrywać?

Adam (16 lat, wtedy uczeń ósmej klasy szkoły podstawowej) kładzie rękę na ramieniu kolegi. „Weź się odwal, pedale jeden” – słyszy. Cofa rękę jak oparzony. Ale dokładnie w tym momencie uświadamia sobie, że kolega mówi prawdę: „Tak, jestem gejem”. To odkrycie jest jak grom z jasnego nieba. Od dawna czuł, że coś jest z nim nie tak, że dziewczyny kompletnie go nie interesują w takim sensie, w jakim interesują kolegów. Owszem, lubi z nimi przebywać, rozmawiać, nigdy natomiast o nich nie myśli. Jego uwagę zajmuje pewien aktor, no i brat kolegi. Te myśli i uczucia są dziwne, nie rozumie ich, więc je wypiera. Dopiero kolega otwiera mu oczy, że one w nim tkwią, tylko ukryte. Adam mieszka w małym miasteczku na południu Polski, gdzie wszyscy wszystko o każdym wiedzą, więc musi się pilnować. Unika kontaktów z rówieśnikami, zaszywa się w swoim domu, słucha muzyki, czyta. W tamtych czasach (początek lat 90. ubiegłego wieku) nie ma Internetu, dostępu do informacji. Adam nie może też liczyć na rozmowę z rodzicami, bo wie, co myślą o takich jak on. Nieraz słyszał, jak ojciec, oglądając filmy w telewizji, rzucał pod adresem bohatera: „A to pedał jeden”. Mama orzekła kiedyś: „Ich trzeba przymusowo leczyć”. Wyjechać? Zastanawia się nad tym. Ale wcześniej owe myśli starannie porządkuje, pisząc list do mnie, autorki reportaży o outsiderach. Nie podaje adresu zwrotnego.

Ciała nie da się oszukać

Co się dzieje z człowiekiem skrywającym tak trudną prawdę? – Każda tajemnica, którą ukrywamy, mniejsza czy większa, nie znika poprzez samo utajenie, nie zmienia się też jej ranga, znaczenie dla naszego życia. Ona nadal istnieje – odpowiada psycholog Agnieszka Mościcka-Teske z Uniwersytetu SWPS, Wydziału Zamiejscowego w Poznaniu. – Człowiek funkcjonuje przecież nie tylko na poziomie świadomym, lecz także nieświadomym. O ile na poziomie świadomym możemy pilnować, żeby nie zdradzić się żadnym gestem czy słowem, o tyle na poziomie nieświadomym nie jesteśmy w stanie kontrolować naszego umysłu, duszy czy ciała.

Psycholożka zauważa, że zdradzać nas może zwłaszcza ciało. Drżące ręce, rozbiegany wzrok, rozszerzone źrenice, zmiana tembru głosu, nienaturalna postawa. To znak, że za wszelką cenę chcemy coś ukryć albo – w drugą stronę – że nie przyjmujemy tego do wiadomości. Ciało reaguje wtedy natychmiast, jakby było wprost połączone z nieświadomością. Bo ciała nie da się oszukać. Zdradza, że z ukrywanym zdarzeniem nadal jest związana jakaś część naszej psychiki, pamięci, uwagi, naszych emocji.

– Można powiedzieć, że w prawdziwej rzeczywistości funkcjonujemy wtedy tylko w iluś procentach, bo druga część naszego życia wewnętrznego, naszej psychiki zostaje w świecie związanym z tajemnicą – wyjaśnia psycholożka. – Świadomość posiadania wiedzy o nas samych, której nie możemy ujawnić innym, która w dodatku mogłaby pogorszyć nasz obraz w ich oczach, powoduje podwyższone napięcie w codziennym funkcjonowaniu. Mówiąc mniej psychologicznie: nie żyjemy wtedy pełnią życia, bo ono jest podzielone na to, co oficjalne, czym możemy i chcemy się dzielić, i na to, co zatajone. A ponieważ temu zatajonemu poświęcamy jakąś część swoich zasobów, to w tym oficjalnym nie mamy szansy skorzystać z całego naszego potencjału.

Życie w cieniu tajemnicy rodzi wiele destrukcyjnych stanów, jak poczucie winy, wstyd, niska samoocena. Z długoletnich badań psycholożki dr Anity E. Kelly z University of Notre Dame w Indianie wynika, że rodzi też depresje, lęki i choroby psychosomatyczne. A skutki tajemnicy skrywanej przez dziecko (na przykład dotyczącej alkoholizmu rodziców, przemocy w domu) mogą nawet zahamować jego rozwój emocjonalny.

Złą reputację tajemnic potwierdza David Eagleman, amerykański neurobiolog. W książce „Mózg incognito. Wojna domowa w twojej głowie” pisze, że długotrwałe ukrywanie poważnych sekretów wpływa negatywnie na zdrowie. A to dlatego, że mózg, któremu powierza się takie informacje, toczy nieustanną walkę między koniecznością ich ukrycia a potrzebą ujawnienia. Te pełne sprzeczności procesy umysłowe powodują napięcie psychosomatyczne, wzrost ciśnienia, stresu, a co za tym idzie – osłabiają odporność.

Mój czyn i moja odpowiedzialność

Justyna (lat 41, matematyczka) drżącymi rękami otwiera kopertę z wynikami badań DNA męża i 16-letniej córki. Czyta: „Prawdopodobieństwo biologicznego ojcostwa wynosi zero procent”. Serce wali jak młot, nogi miękną. Oto widzi, czarno na białym, potwierdzenie tego, co przeczuwała przez całe życie, od momentu, kiedy po raz pierwszy wzięła córkę na ręce. Z tamtym mężczyzną przespała się jeden jedyny raz po kłótni z Januszem, wtedy jeszcze narzeczonym, jej pierwszą wielką, ale burzliwą miłością. Po tej kłótni trzasnęła drzwiami, pojechała do klubu, gdzie przetańczyła całą noc z poznanym tam nieznajomym. Potem wylądowała u niego w mieszkaniu na drugim końcu miasta. Wyszła na palcach, jak tylko zasnął. Nigdy więcej go nie spotkała. Nie wie, jak się nazywa, gdzie mieszka, co robi. Janusz szukał jej całą noc, następnego dnia się oświadczył. Kiedy kilka tygodni później potwierdziło się, że Justyna jest w ciąży, postanowili wziąć szybki ślub. Janusz oszalał na punkcie córki, mimo że ani na jotę nie była do niego podobna, no i nie była też wymarzonym synem. A Ania oszalała na punkcie ojca. Justyna obserwuje ich relację ze zmąconą radością. Odpędza jak natrętną muchę przeczucie, że Ania może nie być córką Janusza. Ale to przeczucie nie daje jej spokoju, wkręca się w mózg, duszę, ciało. Pewnego razu Janusz chce się pochwalić świeżo założonym implantem. „Zaraz, zaraz” – mówi Justyna i sięga po szpatułkę, że niby musi odchylić wargę, a tak naprawdę, żeby pobrać próbkę ze śluzówki męża. Z pobraniem próbki od córki nie ma problemu. Wynik badania przestawia jej życie o 180 stopni. Na razie tylko jej, bo nikomu o tym nie mówi. „Ale z taką tajemnicą strasznie trudno żyć” – pisze w liście do redakcji. Nie oczekuje rady, jedynie wysłuchania.

Czy to znaczy, że powinno się ujawniać wszystkie tajemnice? – Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie – mówi Agnieszka Mościcka-Teske. – Każdy człowiek powinien zrobić swój wewnętrzny bilans: czy mniejsze koszty ponoszę, gdy dźwigam ciężar tajemnicy, czy gdy ją wyjawiam.

Natomiast czysto teoretycznie można znaleźć argumenty zarówno za ujawnieniem tajemnicy, jak i przeciwko niemu.

Sytuacja, w której przemawiają argumenty przeciw: załóżmy, że jesteśmy w stałym związku, na którym nam zależy, ale zdarzyła nam się zdrada, czego teraz się wstydzimy, z czym źle się czujemy.

– Przed ujawnieniem akurat tej tajemnicy warto poważnie się zastanowić – uważa psycholożka. – Zanim powiemy o tym partnerowi, dobrze jest zadać sobie pytanie: czy będzie to służyło związkowi, czy tylko poprawie naszego samopoczucia? Bo tutaj chodzi o coś więcej niż o własne zadowolenie. Jeżeli moją intencją jest to, że chcę być uczciwa, jeżeli autentycznie żałuję tego, co się stało, i wyjaśnię wszystko partnerowi, może uda się na nowo poukładać związek. Ale jeżeli chcę wyjawić tajemnicę, bo jest mi za ciężko samej dźwigać taki ciężar i chciałabym częściowo podzielić się nim z partnerem, to taka postawa jest moim zdaniem nieuczciwa. Zakłada próbę zrzucenia odpowiedzialności za swój czyn. Powoduje, że to, co zrobiłam, staje się teraz także zdarzeniem w życiu partnera. A to przecież mój czyn i moja odpowiedzialność.

Kiedy natomiast górę biorą argumenty za ujawnianiem prawdy? Wtedy gdy ukrywane fakty mogą zaważyć na zdrowiu i życiu innej osoby.

– Ukrywanie prawdy przed kimś, kogo ta prawda dotyczy, na przykład informacji o jego pochodzeniu, rodzicach, to w niektórych sytuacjach ograniczanie jego wiedzy o tożsamości – mówi psychoterapeutka. – Bo tożsamość budujemy także na tym, kim byli nasi przodkowie.

Według podejścia systemowego rodzina to wielopoziomowa struktura, na którą wpływa między innymi jej przeszłość. A więc także rodzinne tajemnice. Niektórzy terapeuci systemowi są orędownikami wyznawania tajemnic. Dla zdrowia rodziny, ale także z tego powodu, że sekrety wcześniej czy później i tak wyjdą na jaw.

O tym, że tajemnice same dochodzą do głosu, jakby wbrew interesowi skrywających je ludzi, świadczy wiele przykładów. Choćby historia Krystiana Bali, autora książki pt. „Amok”, w której opisał pewną zbrodnię prawie doskonałą, tym samym naprowadzając organy ścigania na trop przestępstwa. Jak wykazał potem proces, to autor książki był sprawcą zabójstwa.

Każdy ma prawo do tajemnic

Beata (52 lata, urzędniczka) jeździ do pracy okrężną drogą, codziennie nadkładając ładnych parę kilometrów. Tylko dlatego, że krótsza biegnie obok budynku, który źle jej się kojarzy. Z własnego wyboru przenigdy tamtędy nie pojedzie. Ale kiedy musi – nie może opanować drżenia rąk. 33 lata temu w tym budynku dokonała aborcji. Miała wtedy 19 lat, dopiero co rozpoczęła studia na prawie i zamieszkała w Warszawie w słynnym akademiku na Kickiego. Wreszcie wyrwała się z konserwatywnego domu, wreszcie mogła cieszyć się wolnością. I zapraszać do siebie chłopaka. Do tej pory spotykali się w ukryciu, bo zarówno jego rodzice (bogaci właściciele zakładów mięsnych w miasteczku), jak i jej ojciec (nauczyciel) byli przeciwni ich związkowi. Ale młodzi nie widzieli poza sobą świata. Tuż przed pierwszą sesją Beata, nie bez powodu, zapytała chłopaka: „Co byś zrobił, gdybym była w ciąży?”. „Nawet o tym nie mów, nie możesz mi tego zrobić” – wykrzyknął bez zastanowienia. Pożyczyła pieniądze, umówiła się na zabieg w prywatnym gabinecie położonym na parterze bloku przy jednej z głównych ulic, którą dzisiaj omija. Pojechała sama. Pamięta porażającą ciszę gabinetu i miłą, starszą pielęgniarkę, która zapytała: „Czy wiesz, na co się decydujesz, dziecko?”. „Tak” – odpowiedziała. Z chłopakiem rozstali się kilka dni później. Nikomu nigdy o tym nie powiedziała. Wyszła za mąż, urodziła syna, rozwiodła się. Kilka lat temu przypadkowo trafiła do kina na rumuński film „4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni”. „To wstrząsające zobaczyć swoją historię na ekranie. Ten film powinny obejrzeć wszystkie kobiety. I te, które podjęły decyzję o aborcji, i te, które nigdy nie będą musiały jej podejmować. Proszę polecić go czytelniczkom” – napisała w liście do redakcji.

Ciśnienie wewnętrzne, żeby uwolnić się od ukrytego ciężaru, jest ogromne. Czasem ów ciężar sam niepostrzeżenie wymyka się spod kontroli, czasem może go do tego sprowokować zupełnie niewinne zdarzenie, na przykład wiadomość w telewizji w jakiś sposób do niego nawiązująca. Ale z drugiej strony ludzie poskramiają to ciśnienie, na przykład na różne sposoby uzasadniając niemoralne czyny trzymane w tajemnicy. A wszystko po to, żeby poprawić jakość swojego życia i w miarę normalnie funkcjonować.

– Pomaga im w tym mechanizm, który nazywa się wyjaśnianiem bądź zmniejszaniem dysonansu poznawczego – wyjaśnia Agnieszka Mościcka-Teske. – Proszę zauważyć, że każde zachowanie nie fair, nadmiarowe, nieuzasadnione, a także każdy dramat, który się zdarzył w historii świata, bywają przez sprawcę uzasadniane, tłumaczone, usprawiedliwiane. Mówimy, że zmusiło nas do tego życie, że chcieliśmy dobrze, ale nie wyszło. Każdy z nas znajdzie uzasadnienie zachowania własnego lub osób, które popiera, bo tak jesteśmy skonstruowani, że szukamy racjonalnych uzasadnień. A ponieważ jako ludzie jesteśmy sprawni poznawczo, to te uzasadnienia zawsze znajdziemy. Jakie – to kwestia ekwilibrystyki w myśleniu i inteligencji. Czasami uzasadniamy coś automatycznie, nieświadomie. Na przykład: traktujemy źle innych ludzi, a nie przyznajemy się do tego przed sobą, bo chcemy postrzegać siebie jako życzliwych, otwartych, dobrych. Co więc robimy? Mówimy o innych: żółtki, czarnuchy, czerwoni. Jest to mechanizm dehumanizacji, używamy go na ogół nieświadomie, trochę automatycznie.

Sposoby na ulżenie sobie w sekretnym życiu w wielu kulturach bywają podobne: spowiedź, telefon zaufania, zwierzanie się obcym ludziom w pociągu, pisanie pamiętników. Ale tajemnica tajemnicy nierówna.

– Istnieje obszar naszego życia, który nie podchodzi pod tę definicję. Bo tajemnica to jest coś, czego nie chcemy i nie możemy ujawnić innym, co świadomie ukrywamy, ponieważ boimy się konsekwencji. Natomiast każdy z nas ma też takie terytorium świata wewnętrznego, którego z różnych względów nie ma potrzeby odkrywać przed innymi. To są nasze intymne przeżycia, coś, co lubimy, co nas fascynuje, ciekawi, ale też obrzydza, odpycha. Nie musimy z nikim się tym dzielić. Może być tak, że przeżyjemy całe życie i nie powiemy o tym nikomu. Bo nie ma takiego obowiązku. Każdy z nas ma prawo do intymnych tajemnic, które dotyczą tylko nas.

Otwórz się

Im więcej masz przyjaciół, tym jesteś zdrowszy – wykazały badania profesora psychologii Jamesa Pennebakera. Pod warunkiem jednak, że dużo z nimi rozmawiasz, przede wszystkim o trudnych przeżyciach. Okazuje się, że jeżeli doznasz urazu, chowasz obciążającą cię tajemnicę i z nikim o tym nie pomówisz, to liczba przyjaciół nie ma żadnego znaczenia. Ma – gdy się przed nimi otwierasz!

Prawda ciała

Powstrzymywanie się od ujawniania sekretnych myśli i uczuć powoduje zwiększenie potliwości dłoni i stóp, określanej mianem aktywności elektrodermalnej. W momencie samego aktu wyznania zwiększa się ciśnienie krwi i rytm serca. Natomiast już po wszystkim (szczerym wyznaniu tajemnicy) ciśnienie krwi spada do poziomu dużo niższego niż przed wyznaniem.

  1. Psychologia

Jesteśmy różni, ale równi. Jak przezwyciężyć barierę obcości?

Spróbujmy cieszyć się i wzbogacać naszą różnorodnością! (Fot. iStock)
Spróbujmy cieszyć się i wzbogacać naszą różnorodnością! (Fot. iStock)
- Wszyscy jesteśmy tacy sami. Ważne jest współczucie, współodczuwanie; zrozumienie, że wszyscy chcemy być spełnieni, szczęśliwi, uznani przez innych, szanowani. Każdy ma prawo być tutaj i żyć obok nas; być naszym sąsiadem. Możemy cieszyć się i wzbogacać różnorodnością – mówi Tanna Jakubowicz-Mount.

Radość z różnorodności, tak się łatwo mówi. Jednak by cieszyć się różnorodnością świata, potrzebujemy wielkiej otwartości. Na ogół lubimy podobnych do siebie. Inni nas niepokoją. Postrzegamy ich jako obcych i czujemy się zagrożeni. Naruszają nasze poczucie tożsamości, a to wywołuje lęk. Nie wiemy, czego się spodziewać. Od lat w wielu miejscach na świecie pracuję z ludźmi różnych wyznań, tradycji duchowych i kulturowych. Prowadzę spotkania otwarte na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Spotykamy się w kręgu ludzi, którzy mówią różnymi językami, są na różnych ścieżkach życia, inaczej myślą, wyglądają, inaczej się modlą, zachowują, wierzą w coś innego. Chodzi nam o to, aby przezwyciężyć barierę obcości i prawdziwie się spotkać, ponieważ wiele napięć i konfliktów w świecie związanych jest z obcymi, z tymi, których nie rozumiemy i których się boimy. Najtrudniej rozbroić stereotypy, ponieważ są mocno utrwalone, przekazywane z pokolenia na pokolenie; w Polsce szczególnie te dotyczące Żydów, Cyganów, Rosjan, Niemców, ludzi o innej orientacji seksualnej. To jest problem na skalę globalną, ponieważ narasta poczucie zagrożenia spowodowane kryzysem ekonomicznym, duchowym, humanitarnym. Świat staje się nieprzewidywalny, więc łatwo uruchamia się lęk o biologiczne przetrwanie. A wtedy narastają konflikty związane z obcymi. To znany mechanizm – kanalizujemy swój lęk i nienawiść w niechęci do innych.

To „oni” zabierają nam pracę i przestrzeń życiową. Co przecież nie jest prawdą, ponieważ „obcy” na ogół przyjmują najgorszą pracę w niechcianych zawodach. Jednak lęk tak działa: to „oni” rozpanoszą się, narzucą nam swoje obyczaje, których nie chcemy. Rozpoznajemy też mechanizm projekcji: im jest nam trudniej ze sobą, im bardziej jesteśmy niepogodzeni z różnymi częściami siebie, tym bardziej będziemy niechętni, a nawet wrodzy w stosunku do innych. Jeśli kogoś nienawidzę, to może znaczyć, że nie chcę widzieć mojego bólu, upokorzenia czy gniewu odbitego w jego oczach. Nie cierpię obcych, ponieważ nie chcę cierpieć z powodu obcego w sobie. Często mamy w sobie skrzywdzone dziecko, ofiarę, kogoś, kto podlegał opresji, na przykład wychował się w rodzinie dysfunkcyjnej. To dziecko usiłuje się jakoś bronić, opracowuje sobie strategię przetrwania, żeby się nie dać; jest pełne napięcia, gotowe do obrony. Czuje się zagrożone i broni się, atakując. Ofiara staje się oprawcą, kimś, kto jest agresywny, używa przemocy. Wytwarza się bardzo silny konflikt wewnętrzny między ofiarą a oprawcą. Jeśli tego nie rozpoznaję, wtedy złość i nienawiść projektuję na innych, oni stają się moimi wrogami, tarczą mojej niechęci do siebie.

Odrzucamy innych, ponieważ nie chcemy spotkać się z kimś nieznanym, obcym w sobie? Zwraca na to uwagę mój ulubiony filozof, benedyktyn David Steindl-Rast: Dopóki nie spotkamy obcego w sobie, nie rozpoznamy go, nie zaakceptujemy jako części naszego człowieczeństwa, nie będziemy w stanie spotkać się z obcymi na drogach życia.

Przekraczanie lęku przed obcym zaczyna się więc od pogodzenia się ze sobą. Tak, od odnalezienia pojednania w sercu między różnymi częściami nas, które są w konflikcie. Ja to nazywam alchemią miłości, bo tylko miłość ma moc uzdrowienia i scalenia naszego wnętrza. Ktoś o niskim poczuciu własnej wartości, kto czuje się upokorzony, wykluczony, odrzucony, chętnie szuka gorszego od siebie, Żyda, Murzyna, Cygana, żeby poczuć się lepiej. Na takiej właśnie projekcji Hitler zbudował swoją potęgę. Wykorzystał frustrację, napięcie, lęk, upokorzenie ludzi; podniósł ich z kolan, mówiąc, że są nadludźmi. Zbudował fałszywe poczucie mocy, godności, przynależności do większej całości: „Jestem silnym członkiem grupy, która ma wroga, obcego, innego, i określony plan działania, aby wroga zniszczyć”. Okopanie się na silnych pozycjach religijnych i narodowych, znalezienie wspólnego wroga daje poczucie ulgi i złudnej mocy. Prowadzi do konfliktów i wojen. Brunatna fala przemocy wraca w obecnym kryzysie i jest niebezpieczna. Na szczęście napływa druga fala, którą nazywam błękitną falą odradzania się wartości bliskich wszystkim tradycjom duchowym, takich jak szacunek dla inności, współodczuwanie i miłość.

Najbardziej przerażające wydają się konflikty na tle religijnym. Pragniemy, aby Bóg był ponad podziałami, a to się nie udaje. Religia, która jest pozbawiona ducha, kostnieje i staje się fundamentalizmem. W imię religii dokonano największych zbrodni. To już nie jest religia – to trzymanie się kanonu, dogmatów, kodu porozumiewania się. Ktoś, kto wyznaje inną religię, niejako podważa, kwestionuje naszą wiarę: „Jakim prawem wierzy w nie wiadomo kogo? Istnieje tylko nasz Bóg. Tylko nasz jest jedyny i prawdziwy. Co oni tam odprawiają między sobą? To mi zagraża. To mnie uraża. Podważa moją tożsamość. Jestem u siebie. To mój kraj. Polska. Tutaj dziewięćdziesiąt kilka procent ludzi to katolicy. Niepotrzebni nam obcy”. W takiej postawie jest pogarda; my jesteśmy lepsi, oni są gorsi. Na ogół szerokim łukiem omijamy bezdomnych, żebraków. Nie chcemy ich widzieć, spotykać się z nimi. Podobnie ludzi starych. Nie chcemy spotykać się ze swoją starością. Boimy się przemijania i śmierci. Nie chcemy tego cierpienia. To wszystko jest ze sfery cienia, mroczne, napiętnowane. Wydobyte na światło dzienne budzi odrazę, niechęć, nienawiść. Niechęć do starych, chorych i ułomnych odzwierciedla odrzucone i wyparte części nas samych.

Gdy więc pojawia się lęk przed innym, dobrze byłoby zadać sobie kilka pytań. Na przykład: czego boję się w sobie? Czego nie chcę widzieć, czuć? Jakie części siebie zepchnęłam do piwnicy mojego domu? Chodzi o to, aby te odrzucone, wykluczone części siebie zaprosić do domu naszego serca, zaprowadzić do jasnego salonu i zapytać, czego potrzebują? Nakarmić, utulić to wszystko w nas, co zostało skazane na wygnanie. Uznać swoją inność; jestem dzieckiem wszechświata i tak jak wszyscy mam prawo tu być. Wtedy zyskujemy przestrzeń, aby uważnie wysłuchać obcego, innego, nie oceniać, nie szukać winnych. Uważnie słuchając, odkrywamy, że na poziomie serca, uczuć wszyscy jesteśmy tacy sami. Serce to współczucie, współodczuwanie; zrozumienie, że wszyscy chcemy być spełnieni, szczęśliwi, uznani przez innych, szanowani. Każdy ma prawo być tutaj i żyć obok nas; być naszym sąsiadem. Możemy cieszyć się i wzbogacać różnorodnością. Widzimy, że inni ludzie mają takie wartości, które mogą być dla nas ważne. Odkrywamy, że inny to ja, moje lustro, w którym widzę całe spektrum mojego człowieczeństwa. Każdy z nas jest szczególny i niepowtarzalny, a jednocześnie jesteśmy tożsami w swojej istocie, utkani z tej samej energii światła i miłości, istniejącej u podłoża wszelkiego życia. Mogę czerpać z obfitości świata, ze wszystkich barw tęczy. Nelson Mandela mówił o tym, że jesteśmy narodami tęczy; Indianie mówią, że jesteśmy ludźmi białymi, czerwonymi, czarnymi, żółtymi, którzy kiedyś spotkają się razem pod ogromnym Drzewem Życia. Warto pamiętać, że tęcza to rozszczepione spektrum białego światła. W gruncie rzeczy jesteśmy światłem w różnych kolorach. Jesteśmy jednością.

Przez wiele lat przyjeżdżał do Polski mistrz zen Kwong Roshi. Miał w zwyczaju odwiedzać opactwo benedyktynów w Lubiniu i ojca Jana M. Berezę. Siadali w kręgu z innymi medytującymi. Mówili, że na głębokim poziomie nie ma różnic. Odnajdujemy tam te same pytania: Kim jestem? Po co tutaj jestem? Do czego jestem stworzona? Jakie jest moje przeznaczenie? Duchowość zaczyna się w sercu, które otwiera się na siebie i na innych, obejmuje wszystkie odrębności, całą różnorodność świata.

Tanna Jakubowicz-Mount – od 40 lat pracuje jako psychoterapeutka. Reprezentuje Psychologię Transpersonalną (4-ta siła w psychologii), która obejmuje badaniami cały rozwój człowieka włącznie ze sferą duchową. Sensem jej działania jest tworzenie przestrzeni pojednania człowieka z samym sobą, z innymi ludźmi i całą ziemską wspólnotą.

  1. Psychologia

Milczeć czy krzyczeć - jak wyładować złość?

Brak kontroli nad emocjami to częsty skutek tłumienia złości, gniewu, smutku. Gdy nie wiemy jak rozładować emocje, kumulują się one w nas tak długo, aż w końcu muszą znaleźć jakieś ujście... (fot. iStock)
Brak kontroli nad emocjami to częsty skutek tłumienia złości, gniewu, smutku. Gdy nie wiemy jak rozładować emocje, kumulują się one w nas tak długo, aż w końcu muszą znaleźć jakieś ujście... (fot. iStock)
Co robi przestraszone dziecko? Płacze. Co robi zezłoszczone dziecko? Krzyczy. Co robi szczęśliwe dziecko? Śmieje się i tańczy. Co robi wściekły dorosły? Zwykle tłumi emocje lub jest agresywny. Dlaczego wypieramy nasze emocje?

Człowiek jest zdolny do odczuwania emocji, które można podzielić na przyjemne i nieprzyjemne. I tak jak północ i południe, dzień i noc tworzą naszą planetę, tak emocje negatywne i pozytywne są częścią naszego życia. Funkcjonowanie negatywnych emocji jest niezbędnym elementem struktury psychicznej człowieka. Kiedy pozostają uśpione, ponieważ nasi rodzice nie dali nam akceptacji wyrażania siebie w pełni, mówiąc np., że złość lub smutek „nie są w porządku”, powoli zaczynamy zatracać poczucie siebie, a energia emocji zaczyna być wykorzystywana destruktywnie. Może przybierać różne formy – stłumienia, zahamowania lub agresji. Wówczas niechciane emocje zostają wyparte i paradoksalnie przejmują nad nami kontrolę, stając się impulsem popychającym do kłamstw, kłótni i wojen. Wtedy też pojawia się brak kontroli nad emocjami, gdyż nie mogą one znaleźć innego ujścia.

Jak zrozumieć emocje?

Zwykle schemat wygląda następująco: ktoś cię obraził, spowodowało to twój wybuch, a złość skierowałaś w kierunku osoby, która cię zraniła. Pomyśl, że ta osoba tak naprawdę pomaga ci w ujawnieniu twojego ukrytego gniewu. To nie ona jest źródłem tego uczucia, źródło znajduje się w tobie. Tam szukaj. Kiedy obwiniamy innych za to, co czujemy, stajemy się bezwolni, sfrustrowani, próbujemy zmieniać innych, nie rozumiejąc, że oni są papierkiem lakmusowym tego, co wyparliśmy. Osoba, która w pełni rozumie funkcję negatywnych emocji, wie, że są one pożyteczne i że są paliwem do działania, do odkrywania prawdy i demaskowania kłamstw, które serwujemy sobie bądź innym.

Jak wyładować złość? Przejmij kontrolę!

Co robi przestraszone dziecko? Płacze. Co robi zezłoszczone dziecko? Krzyczy. Co robi szczęśliwe dziecko? Śmieje się i tańczy. Co robi przestraszony lub zezłoszczony dorosły? Zwykle tłumi emocje lub jest agresywny. Z wiekiem stajemy się lepsi w tłumieniu uczuć niż w ich wyrażaniu. Myślimy, że w ten sposób je kontrolujemy, a jest na odwrót. Szczególnie w relacji pracodawca–pracownik boimy się dopuścić do głosu trudne emocje, ponieważ kojarzą się one z brakiem profesjonalizmu. Jednak kierowanie się emocjami, a brak kontroli nad emocjami, brak kontroli nad sobą – to dwie różne sprawy. Żeby tworzyć prawidłowe relacje z ludźmi, najważniejsze jest, by nauczyć się wyrażać siebie bez ranienia i atakowania innych oraz akceptować innych bez ranienia siebie.

Od czego więc zacząć? Przede wszystkim od znalezienia wewnętrznej akceptacji, czyli np. sposobu na to, jak bezpiecznie mówić o tym, co bolesne, jak rozładować emocje bez krzyku. Jeśli doświadczamy złości w stosunku do przełożonego, możemy wyrazić ją słowami, ale uwaga na niuanse! Nigdy nie oceniajmy drugiej osoby, mówiąc np.: „Jesteś niekonsekwentny”, bo taki sposób komunikacji wywołuje chęć obrony, która może przejawić się jako atak. Lepiej powiedzieć: „Czuję złość, kiedy zmieniasz ustaloną decyzję. Żeby sprawniej pracować, potrzebuję większej stabilizacji”. Kiedy mówimy drugiej osobie szczerze o tym, co czujemy, bez oceniania, ona zaczyna się na nas otwierać.

Kolejną metodą może być wyrażanie złości w bezpieczny sposób. Możesz wykrzyczeć się w samochodzie, uderzać do woli pięściami w poduszkę. Gwarantuję, że pozwoli ci to uwolnić się od konkretnego przeżycia, bo podczas takiego procesu zostaje uwolniona pamięć komórkowa, którą zarejestrowało nasze ciało – być może już w okresie niemowlęcym – a która może mieć wpływ na to, jak działamy w życiu dorosłym. Ten prosty sposób daje możliwość doświadczenia własnej dzikości i pierwotnych instynktów, co może na początku przerażać, jednak szybko przekonasz się, że na dnie tego, co wydaje się negatywne, leży prawdziwa błogość istnienia. Jeżeli pozwolisz złości swobodnie przepływać, odejdzie chęć zranienia kogokolwiek. Jak wyładować złość na dłużej? Spróbuj każdego ranka przez 10 dni poświęcić 10 minut na taki sposób wyładowania, a będziesz zaskoczona efektami.

Jak rozładować emocje? Zauważ gniew, wybierz szczęście!

W buddyzmie istnieje praktyka tak zwanego trzykrotnego zauważania. Kiedy wyłania się sytuacja konfliktowa i np. pojawia się złość lub gniew, należy te emocje trzy razy zauważyć. Jeżeli pojawi się gniew, trzeba trzykrotnie powiedzieć: GNIEW. Pozwoli ci to wydobyć wewnętrzną świadomość, dzięki czemu będziesz mogła zdystansować się do trudnej emocji i wybrać korzystniejszą interpretację sytuacji lub zauważyć, jak się „nakręcasz”. Bo to my wybieramy to, co w danej chwili mówimy, myślimy i jak się czujemy. Im więcej świadomości chwili, tym mniej pretensji do świata. Tak jak w tej opowieści o 70-letnim staruszku, który siedział pod drzewem, cały czas się śmiejąc. Smutny młodzieniec, który przechodził w pobliżu, zapytał go, dlaczego jest taki zadowolony. Staruszek odpowiedział: „Bo kiedy byłem tak smutny jak ty, nagle zrozumiałem, że mam wybór, od tego momentu co rano zadaję sobie pytanie: Co dziś wybierasz? I tak jakoś dziwnie się składa, że wybieram szczęście”.

  1. Psychologia

Dajmy sobie prawo do przeżywania smutku

"Akceptuję smutek, akceptuję siebie smutną, bo kocham siebie, także wtedy, gdy jest mi źle." (Fot. iStock)
Różnie go nazywamy: melancholią, nostalgią, chandrą. To stan, kiedy boli nas dusza. Choć zdarza się każdemu, to nie wszyscy potrafimy go dobrze przeżyć. A  to ważne! Odepchnięty, wyparty smutek skumuluje się i  może przerodzić się w  depresję.

Różnie go nazywamy: melancholią, nostalgią, chandrą. To stan, kiedy boli nas dusza. Choć zdarza się każdemu, to nie wszyscy potrafimy go dobrze przeżyć. A  to ważne! Odepchnięty, wyparty smutek skumuluje się i  może przerodzić się w  depresję.

To naturalne, że unikamy smutku, ale też całkiem naturalne jest to, że od czasu do czasu nas ogarnia. Psycholodzy nie na darmo przekonują, że każda emocja jest w porządku. Jest komunikatem o  tym, w  jakiej kondycji psychicznej się znajdujemy, co przeżywamy i  jakie jest to dla nas ważne. Smutek często wiąże się ze stratą, z  żalem za czymś, rozczarowaniem kimś lub sobą, poczuciem życiowej pustki czy niemożnością realizacji pragnień, marzeń. Nierzadko jego źródłem jest  poczucie niespełnienia, które wynika z  oczekiwań stawianych wobec świata i  innych ludzi.

Szukając szczęścia na zewnątrz, a  nie w  nas samych, nie unikniemy rozczarowań. A  co się z  tym wiąże –  uczucia smutku. Konfrontując się ze smutkiem, poznamy jego przyczynę, a  ta, zrozumiana i  opłakana, uwolni nas od jego odczuwania.

Smutek niejedno ma imię. Co innego gorszy dzień, chwilowa chandra, gorsze samopoczucie, które każdemu z  nas się zdarza, a  co innego smutek bliski rozpaczy. Gdy mamy tzw. doła, trudno o  hurraoptymizm, o  pozytywne myślenie – przeciwnie, najchętniej zaszyłybyśmy się w  jaskini albo przynajmniej na kanapie pod ciepłym kocem, udając, że nie ma nas albo nie ma świata. Niektórzy lubią „dołować” się jeszcze bardziej, by ta przykra emocja wybrzmiała do końca. Ale smutek często towarzyszy nam, gdy z  jakiegoś ważnego powodu jesteśmy nieszczęśliwe – trudno nie być, gdy odejdzie ktoś bliski albo stracimy źródło dochodu, gdy cierpi nasz przyjaciel lub jesteśmy świadkami czyjegoś nieszczęścia. Smutek trzeba przyjąć, zaakceptować, przeżyć. I  choć jego przyczyna może tkwić na zewnątrz (wydarzenie, zachowanie innych ludzi), rozwiązania poszukajmy w sobie. Bo to my tym zdarzeniom nadajemy znaczenie.

Wzorem św. Tomasza

Tomasz z  Akwinu, średniowieczny filozof i  teolog, który uważał rozum za zarządcę duszy, podawał pięć sposobów na smutek:

1. sprawić sobie przyjemność (byle godziwą), 2. wypłakać się, 3. porozmawiać z  przyjacielem, 4. kontemplować prawdę (choć to może być trudne), 5. kąpiel i  sen.

Te średniowieczne sposoby znakomicie sprawdzą się i  dziś, albowiem trudno nie zgodzić się z  filozofem, że „przyjemność w  stosunku do smutku ma się tak, jak spokój czy odpoczynek do zmęczenia”, albo też że „każda przykrość, którą człowiek zamyka w  sobie, bardziej go boli, gdyż wzmaga uwagę na jego przedmiot”. Także dzielenie smutku z  kimś bliskim sprawia, że ten ciężar jest mniejszy, łatwiej go nieść. Ponadto, jak trafnie zauważa średniowieczny myśliciel, „ten, komu przyjaciele współczują, ma świadomość, że jest kochany przez nich, a  taka świadomość jest przyjemna. Skoro więc każda przyjemność łagodzi smutek, to jasne, że także współczucie przyjaciół łagodzi go”.

Ogromnie ważna jest „kontemplacja prawdy” – konfrontacja z  przyczyną smutku – bywa niekomfortowa, spychana w  niebyt, ale jeśli nie poznamy i nie zaakceptujemy powodu – smutek zostanie jedynie zamieciony pod dywan i kiedyś powróci ze zdwojoną siłą.

Dlatego nie walcz ze smutkiem, ale go przyjmij i  zaakceptuj. Pomoże ci następująca sekwencja: „Akceptuję smutek, akceptuję siebie smutną, bo kocham siebie, także wtedy, gdy jest mi źle. Przyjmuję, nie oceniam. Nie odrzucam siebie smutnej”. Powiedz te kilka zdań do siebie z  prawdziwą troską i  współczuciem. Jeśli wyzwoli to w  tobie jeszcze większy smutek, żal – to po prostu pobądź z  tym. Płacz, nie wahaj się – łzy naprawdę przynoszą ulgę.

Bajka terapeutyczna o zasmuconym smutku

Po piaszczystej drodze szła niziutka staruszka. Chociaż była już bardzo stara, to jednak szła tanecznym krokiem, a  uśmiech na jej twarzy był tak promienny, jak uśmiech młodej, szczęśliwej dziewczyny.

Nagle dostrzegła przed sobą jakąś postać. Na drodze ktoś siedział, ale był tak skulony, że prawie zlewał się z piaskiem. Staruszka zatrzymała się, nachyliła nad niemal bezcielesną istotą i  zapytała: „Kim jesteś?”. Ciężkie powieki z  trudem odsłoniły zmęczone oczy, a  blade wargi wyszeptały: „Ja...? Nazywają mnie Smutkiem”.

„Ach, Smutek!” – zawołała staruszka z  taką radością, jakby spotkała dobrego znajomego.

„Znasz mnie?” – zapytał Smutek niedowierzająco. „Oczywiście, przecież niejeden raz towarzyszyłeś mi w  mojej wędrówce”. „Tak sądzisz?” – zdziwił się Smutek – „To dlaczego nie uciekasz przede mną? Nie boisz się?”. „A  dlaczego miałabym przed tobą uciekać, mój miły? Przecież dobrze wiesz, że potrafisz dogonić każdego, kto przed tobą ucieka. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś taki markotny”. „Ja... jestem smutny” – odpowiedział Smutek łamiącym się głosem. Staruszka usiadła obok niego. „Smutny jesteś...” – powiedziała i  ze zrozumieniem pokiwała głową. – „A  co cię tak bardzo zasmuciło?”. Smutek westchnął głęboko.

Czy rzeczywiście spotkał kogoś, kto będzie chciał go wysłuchać? Ileż razy już o  tym marzył. „Ach, wiesz...” – zaczął powoli i  z  namysłem – „najgorsze jest to, że nikt mnie nie lubi. Jestem stworzony po to, by spotykać się z  ludźmi i  towarzyszyć im przez pewien czas. Ale gdy tylko do nich przychodzę, oni wzdrygają się z  obrzydzeniem. Boją się mnie jak morowej zarazy”. I  znowu westchnął: „Wiesz, ludzie wynaleźli tyle sposobów, żeby mnie odpędzić. Mówią: tralalala, życie jest wesołe, trzeba się śmiać. A  ich fałszywy śmiech jest przyczyną wrzodów żołądka i  duszności. Mówią: co nie zabije, to wzmocni. I  dostają zawału. Mówią: trzeba tylko umieć się rozerwać. I  rozrywają to, co nigdy nie powinno być rozerwane. Mówią: tylko słabi płaczą. I  zalewają się potokami łez. Albo odurzają się alkoholem i  narkotykami, byle tylko nie czuć mojej obecności”.

„Masz rację” – potwierdziła staruszka. – „Ja też często widuję takich ludzi”.

Smutek jeszcze bardziej się skurczył: „Przecież ja tylko chcę pomóc każdemu człowiekowi. Wtedy gdy jestem przy nim, może spotkać się sam ze sobą. Ja jedynie pomagam zbudować gniazdko, w  którym może leczyć swoje rany. Smutny człowiek jest tak bardzo wrażliwy. Niejedno jego cierpienie podobne jest do źle zagojonej rany, która co pewien czas się otwiera. A  jak to boli! Przecież wiesz, że dopiero wtedy, gdy człowiek pogodzi się ze smutkiem i  wypłacze wszystkie wstrzymywane łzy, może naprawdę wyleczyć swoje rany. Ale ludzie nie chcą, żebym im pomagał. Wolą zasłaniać swoje blizny fałszywym uśmiechem. Albo zakładać gruby pancerz zgorzknienia”.

Smutek zamilkł. Po jego smutnej twarzy popłynęły łzy: najpierw pojedyncze, potem zaczęło ich przybywać, aż wreszcie zaniósł się nieutulonym płaczem.

Staruszka serdecznie go objęła i  przytuliła do siebie: „Płacz, płacz, Smutku” – wyszeptała czule. – „Musisz teraz odpocząć, żeby potem znowu nabrać sił. Ale nie powinieneś już dalej wędrować sam. Będę ci zawsze towarzyszyć, a  w  moim towarzystwie zniechęcenie już nigdy cię nie pokona”.

Smutek nagle przestał płakać. Wyprostował się i  ze zdumieniem spojrzał na swoją nową towarzyszkę: „Ale... ale kim ty właściwie jesteś?”.

„Ja?” – zapytała figlarnie staruszka, uśmiechając się przy tym tak beztrosko, jak tylko małe dziecko potrafi. – „JA JESTEM NADZIEJA!”.

(Autor anonimowy)

  1. Psychologia

Co w życiu jest dla ciebie najważniejsze? - 10 inspiracji Bartona Goldsmith'a

W codziennym biegu łatwo zapomnieć o naprawdę ważnych sprawach. (Fot. iStock)
W codziennym biegu łatwo zapomnieć o naprawdę ważnych sprawach. (Fot. iStock)
Zastanawiasz się czasem, co w życiu jest naprawdę istotne? Co ma dla ciebie największą wartość? Dr Barton Goldsmith napisał listę 10 najważniejszych spraw, które zawsze warto mieć na uwadze. Czy zgadzasz się z nim?

Dr Barton Goldsmith jest znanym, wielokrotnie nagradzanym amerykańskim psychoterapeutą, pisarzem i publicystą. Regularne pojawia się w: CNN, Good Morning America, CBS News, NBC News, The Greg Behrendt Show. Od ponad 30 lat pracuje jako psychoterapeuta specjalizujący się w psychologii życia, miłości i dążeniu do szczęścia. Na podstawie swojego zawodowego i życiowego doświadczenia napisał listę 10 najważniejszych spraw, o których warto w życiu pamiętać i realizować je. Oto one:

1. Najważniejsze, co rodzice mogą zrobić dla swoich dzieci, to mieć dobre relacje z innymi. W ten sposób dzieci otrzymują lekcję, jak z kimś być.

2. Najważniejszą rzeczą, jaką człowiek może zrobić dla drugiego człowieka, to kochać. Jeśli twój partner czuje się kochany, powstaje silny fundament związku.

3. Najważniejsze, co kobieta może zrobić dla swojego partnera, to być jego cheerleaderką. Bądźcie gwiazdami w swoich oczach.

4. Najważniejsze, co możesz zrobić dla siebie, to czuć, że jesteś wystarczająco dobra. Nie musisz być najlepsza we wszystkim, aby mieć wspaniałe życie. Nie pozwól nikomu krytykować czegoś, co zrobiłaś, by czuć się dobrze.

5. Najważniejsze w życiu jest to, żeby czuć się kochanym. Naprawdę uważam, że bycie w związku to jedyny sposób, żeby naprawdę poczuć życie w pełni.

6. Najważniejszą rzeczą do zrobienia w życiu jest przyczynienie się do dobrobytu ludzkości. Wiedza o tym, iż będąc tu, sprawiłeś, że świat stał się choć trochę lepszy, powoduje, że życie ma głębszy sens.

7. Najważniejszą rzeczą do zapamiętania jest to, że jakaś szczególna osoba była dla ciebie dobra. Na przykład nauczyciel w szkole średniej pomógł odkryć ci talent pisarski albo babcia obdarzyła cię bezwarunkową miłością.

8. Najważniejsze jest, aby nie marnować czasu na ranienie siebie takimi emocjami jak: złość, gniew, żal, poczucie krzywdy, chęć odwetu. Praca wewnętrzna nad negatywnymi emocjami pozwoli ci nie tracić cennych minut życia.

9. Najważniejszą rzeczą na świecie są ludzie. Jeśli byłabyś tu sama, jak wyglądałaby ta planeta? Ceń swoje życie i dziel się nim z innymi.

10. Najważniejszą rzeczą w życiu jest poczucie, że żyje się najlepiej, jak się potrafi.