1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Filmoterapia: obsesja bliskości „W ukryciu”

Filmoterapia: obsesja bliskości „W ukryciu”

materiały prasowe
materiały prasowe
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Co dzieje się z impulsami, które staramy się wyprzeć, zepchnąć do sfery nieświadomości? Film „W ukryciu” komentuje Karolina Pniewska, psychoterapeutka z Poradni Centrum-Ja.

Jest rok 1944, trwa II wojna światowa. Ojciec Janiny, młodej, uzdolnionej wiolonczelistki, pewnego dnia przyprowadza do domu Żydówkę, piękną Ester. Pomimo sprzeciwu córki, postanawia udzielić jej schronienia w piwnicy.

– Początkowy gwałtowny sprzeciw Janiny wynika nie tylko z lęku przed niebezpieczeństwem, jakie może sprowadzić na ich dom fakt ukrywania Żydówki, ale przede wszystkim z obawy przed utratą specyficznej, bliskiej relacji z ojcem – zauważa Karolina Pniewska, psychoterapeutka z Poradni Centrum-Ja. – Świat Janki od momentu śmierci matki składał się z dwóch osób. W takim układzie czuła się bezpiecznie. Ester jest pierwszą kobietą, pierwszą „trzecią osobą”, jaka pojawia się w jej domu rodzinnym. Można przypuszczać, że czuje się zdradzona, traci swą wyjątkową pozycję.

Ukrywana stopniowo pod podłogą kobieta zaczyna coraz bardziej fascynować Jankę. Z kolei Ester, pomimo że znajduje się w ciężkim położeniu, próbuje zauroczyć sobą Jankę, która w wyniku zaistniałej sytuacji decyduje o jej być albo nie być.

Zatracając siebie

Dość szybko jednak zmienia się układ sił w tej relacji – Ester, zdana całkowicie na łaskę Janki, przyjmuje coraz bardziej uległą postawę. Wyczuwa u Janki potrzebę bliskości i stara się ją zaspokoić. Z kolei Janka coraz bardziej zagarnia Ester dla siebie, staje się ekspansywna i zaborcza, chce mieć ją praktycznie na własność. Między kobietami wywiązuje się silna, nacechowana erotycznie relacja. Janka coraz bardziej zatraca się w swoim uczuciu, które przybiera postać obłędu. Ujawnia się ciemna strona jej charakteru.

Zachowania homoseksualne Ester można rozumieć jako realizację potrzeby bliskości fizycznej, ale też jako odpowiedź na potrzeby Janki, od której jest uzależniona – zauważa Karolina Pniewska. – Znamienny jest moment, w którym dochodzi do pełnego zbliżenia między kobietami – trudno oprzeć się wrażeniu, że jest swoistym wyrazem wdzięczności ze strony Ester. Nie bez znaczenia jest kontekst, w jakim znalazły się obie kobiety. Żyją w ciągłym napięciu i zagrożeniu życia. Prawdopodobnie, gdyby nie te specyficzne okoliczności, Ester realizowałaby swoją zmysłowość w relacji heteroseksualnej.

Jak dodaje psychoterapeutka, Janka również uzależnia się od Ester, która z kolei zapewnia jej nie tylko możliwość zaspokojenia potrzeb seksualnych, ale jest zarazem jedyną osobą, z którą może zaistnieć w relacji. Gdyby nie ona, Janka zostałaby zupełnie sama. Dziewczyna stopniowo zatraca się w staraniach o zatrzymanie Ester przy sobie.

Film Kidawy-Błońskiego to metaforyczna opowieść o wewnętrznych konfliktach między tym, co jawne (na powierzchni), i tym, co nieświadome lub wyparte (pod podłogą, w piwnicy). Zachęca do refleksji nad tym, od czego uciekamy w życiu, czego się lękamy, co kryje się pod naszą „podłogą”. Pozwala również zastanowić się nad cienką linią, jaka odgradza chęć niesienia pomocy od pragnienia kontrolowania i podporządkowywania osoby, która naszą pomoc otrzymuje.

TYTUŁ: „W ukryciu” SCENARIUSZ: Maciej Karpiński REŻYSERIA: Jan Kidawa-Błoński WYSTĘPUJĄ: Magdalena Boczarska, Julia Pogrebińska, Krzysztof Stroiński, Tomasz Kot, Agata Kulesza

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Smutek czy nostalgia? - Jesień to najlepszy czas na przeżywanie trudnych emocji

Jesienią dopada nas depresyjny nastrój, od którego często próbujemy uciec. Warto jednak przyjrzeć się trudnym uczuciom i emocjom, zamiast stosować technikę wyparcia. (fot. iStock)
Jesienią dopada nas depresyjny nastrój, od którego często próbujemy uciec. Warto jednak przyjrzeć się trudnym uczuciom i emocjom, zamiast stosować technikę wyparcia. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Jeśli pojawia się w twojej głowie myśl o ucieczce od jesiennej szarugi, choćby do ciepłych krajów, najpierw zadaj sobie pytanie: jakiej emocji chcę uniknąć?

Jesienny czas sprzyja zatrzymaniu, często też rezonuje w nas smutkiem i nostalgią. To piękny moment na to, żeby zrobić sobie pyszną herbatę, wziąć ciepłą kąpiel, otulić się kocem i wyjść na spotkanie z emocjami. Bowiem poczucie bezsensu i apatia, które często dopadają nas jesienią, pojawiają się wtedy, kiedy zamykamy się na doświadczenie całego spektrum odczuć. Co wówczas się dzieje? Niechciane emocje zatrzymują się w nas i jak brudna woda zanieczyszczają całe życie.

Emocje, które uznajemy za trudne, jak: smutek, złość, żal lub lęk, chcą tak naprawdę, abyśmy przyznali się do nich. Jeśli doświadczamy jakiegoś uczucia, ale nie akceptujemy go, to właściwie nie przyznajemy się do jakiejś części siebie. Niewiele osób ma świadomość, że kiedy blokujemy odczuwanie choćby jednej emocji, to stopniowo zamykamy się na odczuwanie w ogóle, a wtedy bardzo łatwo tracimy orientację, co dla nas jest dobre. Oddajemy swoje życie w ręce mentorów, doradców życiowych, ogólnie mówiąc – wiedzy zewnętrznej. Wówczas istnieje duże prawdopodobieństwo, że w pewnym momencie zaczniemy odczuwać zagubienie, bowiem to właśnie uczucia, takie jak ekscytacja i fascynacja, podpowiadają nam, która ścieżka jest właściwa. Ludzie, którzy zamknęli się na emocje, nie mają dostępu do tej skarbnicy wiedzy.

Co złe to nie moje

W jaki sposób ocenić, czy dajemy sobie prawo do emocji? Jeśli na przykład nie chcemy przyznać się do tego, że odczuwamy złość, zaczną pojawiać się wokół nas ludzie, którzy zwyczajnie będą wywoływać w nas wzburzenie, bowiem to, co wypieramy, domaga się zawsze akceptacji i zauważenia. Kolejny etap można poznać po tym, że ludzie mówią: „ja nie czuję złości”, co oznacza: „zamknąłem się na wszystkich ludzi, którzy ją wywołują”, ale też, że wkrótce zamknę się na odczuwanie w ogóle. Taki stan nazywany jest powszechnie depresją i charakteryzuje się obniżeniem nastroju, utratą zainteresowań oraz brakiem zdolności do odczuwania przyjemności. Dlatego warto przyjrzeć się, jak to jest w moim życiu z odczuwaniem. Czy uciekam od niektórych emocji, czy raczej daję im przestrzeń w swoim ciele? Powodem, dla którego często odrzucamy niektóre uczucia, są oczywiście schematy myślowe, w jakich dorastaliśmy.

To, czego doświadczamy, możemy oceniać czasami jako wysoce niemoralne, wówczas zaprzeczamy temu, co czujemy, i w konsekwencji potępiamy tę część siebie. Tymczasem paradoks w pracy nad emocjami polega na tym, że zaakceptowane uczucia zamiast nas niszczyć i osłabiać, zaczynają nam służyć. Złość, której damy przestrzeń, transformuje się w energię seksualną, agresja zamienia się w wewnętrzną moc, lęk w radość, smutek zaczyna budzić zmysły, do których wcześniej nie mieliśmy dostępu. To nie emocje są złe, to nasza ocena sprawia, że nie współpracują z nami.

Emocje zapisane w ciele

Uczucia mają swoją cielesną rzeczywistość. Jeśli na przykład odczuwamy smutek, może on pojawić się jako napięcie w klatce piersiowej lub w ramionach, złości możemy doświadczać jako ściśnięcie w brzuchu, rękach lub w szczęce – u każdego dana emocja może być zapisana w innym miejscu w ciele, może przejawiać się jako napięcie, ściśnięcie, skręcenie lub zdławienie.

Te, z którymi nie poradziliśmy sobie w dzieciństwie, czekają na moment, kiedy będziemy gotowi je odczuć. Drogowskazem może być każdy symptom z ciała.

Często na warsztatach słyszę pytanie: „Czy mam wyrazić swoją złość i powybijać szyby w tej sali?”. To, co proponuję, to przeniesienie uważności w to miejsce, oddychanie nim przy jednoczesnym rozluźnianiu ciała, bycie z blokadą lub bólem, który odczuwamy – jeśli uda ci się utrzymać kontakt z pojawiającą się emocją, poczujesz wyraźnie, jak ona ulega rozpuszczeniu. Metoda, którą ja stosuję, nie polega na wizualizacji zniknięcia, zniknięcie odbywa się poprzez akceptację. To tak, jakby to miejsce poprzez napięcie domagało się uwagi, a kiedy ją dostaje, uspokaja się. Zaskakujący jest fakt, że emocje, które świadomie odczuwamy w ciele, przestają nad nami panować.

Kiedyś pracowałam z osobą, która czuła ogromny ból i ściśnięcie w brzuchu. Kiedy przeniosła świadomość w to miejsce, pojawiła się silna agresja. Poprosiłam ją, aby pozwoliła sobie na pełne odczuwanie, ale jej wewnętrzny głos powstrzymywał ją. Po chwili jednak znowu skupiła swoją uwagę na tym uczuciu. Zrozumiałam, że agresja, którą czuła, dawała jej przyjemność i dopiero prawda, na którą się odważyła, sprawiła, że ściśnięcie w brzuchu zniknęło, a w zamian pojawiła się, jak to sama określiła, wibrująca, przyjemna świetlista energia. Ból już nigdy nie powrócił. Bo prawda, nawet jeśli początkowo jest trudna, zawsze prowadzi do wolności.

Jesteśmy istotami zdolnymi odczuwać wszystkie emocje, dlatego bądźmy dla siebie dobrzy w te jesienne wieczory, nie odrzucajmy tego, kim jesteśmy, bo nigdy nie doświadczymy swojej potęgi i swojego piękna, które każdego dnia czekają na objawienie.

Dorota Hołówka: psycholożka, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą.

  1. Seks

Skąd bierze się orientacja seksualna? Obalamy mity o LGBT

W dobie dyskusji i nieporozumień związanych z tematem LGBT warto wiedzieć czym tak naprawdę jest orientacja seksualna (fot. iStock)
W dobie dyskusji i nieporozumień związanych z tematem LGBT warto wiedzieć czym tak naprawdę jest orientacja seksualna (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Orientacja seksualna nie jest kwestią wyboru. W naszej gestii pozostaje jedynie decyzja co do podejmowanych zachowań seksualnych, co wiąże się z naszą tożsamością seksualną. O tym, czy jesteśmy homo-, hetero- czy biseksualni, decyduje struktura naszego mózgu. Dlatego seksuolog dr Andrzej Depko obala mity na temat gejów i lesbijek.

Orientacja seksualna nie jest kwestią wyboru. W naszej gestii pozostaje jedynie decyzja odnośnie podejmowanych zachowań seksualnych, co wiąże się z naszą tożsamością seksualną. O tym, czy jesteśmy homo-, hetero- czy biseksualni, decyduje struktura naszego mózgu. Dlatego seksuolog dr Andrzej Depko obala mity na temat gejów i lesbijek.

Odsetek osób homoseksualnych jest nieduży, lecz stały i wynosi 3–5 proc. społeczeństwa. Patrząc na to ewolucyjnie, można powiedzieć, że przecież geje i lesbijki nie rozmnażają się i powinni wymierać. Badania wykazują jednak, że homoseksualność jest predyspozycją genetyczną, przenoszoną z chromosomem X matki. Co prawda mają na nią także wpływ leki na podtrzymanie ciąży przyjmowane przez ciężarne oraz lęk i stres, jaki odczuwają przyszłe matki (na przykład podczas konfliktów zbrojnych). Zwiększa on ilość testosteronu w organizmie, a ten wpływa na kształtowanie się określonych struktur w mózgu. Zatem osoby homoseksualne nigdy nie zanikną. Mogą jedynie nie ujawniać się w społeczeństwie, które je prześladuje. Chyba że społeczeństwo zrozumie, że homoseksualizm to taka sama cecha dziedziczna jak kolor włosów czy oczu. Nie mamy na to wpływu. A co za tym idzie, osoby homoseksualne będą spełnione tylko w związku z osobami swojej płci. Nie można zmusić ich do szczęścia z kimś innym, a jeżeli same się zmuszą, to będą nieszczęśliwe – one, ich partnerzy i ich dzieci.

Orientacja seksualna zakodowana w mózgu

Sposób, w jaki ukształtowany jest nasz mózg, wpływa na to, jak postrzegamy świat, jaką mamy wrażliwość i jak kształtuje się nasza osobowość, czy też jak przyswajamy wzory społeczne. W okresie dojrzewania, gdy na mózg zaczynają działać hormony płciowe, produkowane przez jądra lub jajniki, dochodzi do ujawnienia się zakodowanej w strukturach mózgowych orientacji seksualnej i wówczas kierujemy swój popęd seksualny do pożądanej płci. Popęd jako pragnienie kontaktu seksualnego, ale też jako pragnienie pokochania i bycia kochanym przez osobę płci odmiennej lub własnej płci.

Niezależnie od tego, czy jestem chłopcem, czy dziewczyną, mogę marzyć o koleżankach lub kolegach, nauczycielach lub nauczycielkach, aktorkach lub aktorach. Dochodzi jeszcze kwestia uczuć. Jeżeli kogoś kocham, dążę do fizycznego spełnienia tego pragnienia. Choć są też osoby, u których seksualność bierze prymat nad emocjami, i podejmują one wiele zachowań, żeby się dowartościować i udowodnić sobie, że są pożądane. Na przykład u mężczyzn homoseksualnych obserwujemy zwiększoną skłonność do kontaktów seksualnych. Winny jest znów mózg, który w części odpowiadającej za pożądanie u mężczyzn homoseksualnych i heteroseksualnych nie różni się. Obie grupy pożądają równie silnie, bo nakręca to testosteron. Różnicę stwarza dopiero kobieta, która w kontakcie w mężczyzną heteroseksualnym reguluje możliwość i częstotliwość podejmowanych kontaktów seksualnych. W przypadku relacji homoseksualnych spotykają się dwie osoby, które równie mocno i bez ograniczeń pragną i potrzebują. To zwiększa częstotliwość podejmowania zachowań seksualnych, ale też skłonność do podejmowania zachowań ryzykownych, czyli przypadkowych kontaktów i możliwości zachorowań na liczne choroby przenoszone drogą płciową.

W kwestii orientacji wszystko staje się jasne zazwyczaj w okresie dojrzewania. Jeżeli mam do wyboru czekoladę gorzką i mleczną, to sięgam po tę, która bardziej mi smakuje. Podobnie wybieram relacje, w które wchodzę – decyduję się na te, które wywołują we mnie stan euforii. Chcę przebywać z tą lub tym, którego wybrałem, i chcę, żeby ona lub on podzielił moje pragnienia. Jeżeli jestem chłopakiem, mogę poczuć, że nie ciągnie mnie do koleżanek, tylko do kolegów. Jeżeli jestem dziewczyną, mogę dojść do wniosku, że umawianie się z kolegami wcale mnie nie kręci, ale pójście do kina z koleżanką i owszem. Możliwa jest również sytuacja, że do homoseksualnych kontaktów dopuszczę po wielu latach i dopiero wtedy przekonam się co do swojej orientacji. Mogę jednak czuć wtedy do siebie taki żal i obrzydzenie, że więcej tego nie powtórzę. Podobnie poczuję się, jeśli jestem homoseksualistą, który podejmie zachowanie heteroseksualne na zasadzie „nie chcę być gejem”. Taki seks będzie wbrew mojej orientacji, preferencjom i pragnieniom. Wbrew temu, jaki jestem.

Orientacja seksualna a preferencje

Preferencja, w przeciwieństwie do orientacji, jest stanem nabytym i niezależnym od orientacji. Mogę być osobą heteroseksualną lub homoseksualną o różnych preferencjach wykształconych w drodze indywidualnego rozwoju poprzez nietypowe doświadczenia seksualne, które ukształtowały moją określoną skłonność do uzyskiwania zaspokojenia seksualnego. Zarówno osoba hetero-, jak i homoseksualna może mieć preferencje masochistyczne, a więc lubić, jak inna osoba o skłonnością sadystycznych sprawi jej fizyczny ból lub upokorzy w inny sposób. Różnica polega tylko na tym, że homoseksualista będzie chciał być upokarzany przez homoseksualistę o skłonnościach sadystycznych, a osoba heteroseksualna będzie dążyła do tego, by być upokarzaną przez osobę sadystyczną odmiennej płci. Z kolei pedofil preferencyjny homoseksualny będzie uwodził chłopców, a heteroseksualny będzie uwodził dziewczynki.

Podstawowa różnica polega zatem na tym, że orientacja jest ukierunkowaniem emocji i pożądania na płeć, a preferencja tym, co chciałbym z tą płcią robić – czy chcę być przywiązany do łóżka, czy przywiązywać do niego partnera. Orientacja decyduje o tym, czy będę przywiązywał osobę swojej płci, czy płci odmiennej. Czy będę chłostał lub był chłostany przez osobę mojej płci, czy płci odmiennej. Czy na smyczy prowadzał mnie będzie po mieszkaniu mój pan, czy moja pani.

Co determinuje orientację seksualną?

Każde dziecko posiada swoją pulę genów uzyskaną od rodziców i wie, czy pośród nich znajduje się gen homoseksualizmu, czy nie. Zatem wychowanie przez parę homoseksualną nie determinuje orientacji dziecka. Co więcej, dzieci z takich związków ze względu na nietolerancję, z którą się spotykały w środowisku, często wyrastają na zaciekłych homofobów.

Natomiast heteroseksualni rodzice homoseksualnych dzieci mogą pożegnać się z nadzieją, że zdołają je „naprawić”. Wszelkie terapie reparatywne, popularne w kręgach katolickich, są zwykłym szalbierstwem, bo zmiana struktur mózgu jest niemożliwa. A takie działania mogą co najwyżej pogłębić traumę dzieci. Może będą w stanie powstrzymać się od zachowań homoseksualnych, ale nie zmienią swojej orientacji i gotowości do kochania kogoś tej samej płci.

Wskazówka dla zagubionych rodziców jest taka, żeby nie szukali winnych i kochali swoje dzieci bez względu na ich orientację. Zwłaszcza że ani rodzice, ani dzieci nie są w żaden sposób winni temu, co się stało w ich mózgu w okresie życia płodowego.

Dr n. med. Andrzej Depko, seksuolog, neurolog, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej, certyfikowany seksuolog sądowy, autor książek.

  1. Psychologia

Dajmy sobie prawo do przeżywania smutku

"Akceptuję smutek, akceptuję siebie smutną, bo kocham siebie, także wtedy, gdy jest mi źle." (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Różnie go nazywamy: melancholią, nostalgią, chandrą. To stan, kiedy boli nas dusza. Choć zdarza się każdemu, to nie wszyscy potrafimy go dobrze przeżyć. A  to ważne! Odepchnięty, wyparty smutek skumuluje się i  może przerodzić się w  depresję.

Różnie go nazywamy: melancholią, nostalgią, chandrą. To stan, kiedy boli nas dusza. Choć zdarza się każdemu, to nie wszyscy potrafimy go dobrze przeżyć. A  to ważne! Odepchnięty, wyparty smutek skumuluje się i  może przerodzić się w  depresję.

To naturalne, że unikamy smutku, ale też całkiem naturalne jest to, że od czasu do czasu nas ogarnia. Psycholodzy nie na darmo przekonują, że każda emocja jest w porządku. Jest komunikatem o  tym, w  jakiej kondycji psychicznej się znajdujemy, co przeżywamy i  jakie jest to dla nas ważne. Smutek często wiąże się ze stratą, z  żalem za czymś, rozczarowaniem kimś lub sobą, poczuciem życiowej pustki czy niemożnością realizacji pragnień, marzeń. Nierzadko jego źródłem jest  poczucie niespełnienia, które wynika z  oczekiwań stawianych wobec świata i  innych ludzi.

Szukając szczęścia na zewnątrz, a  nie w  nas samych, nie unikniemy rozczarowań. A  co się z  tym wiąże –  uczucia smutku. Konfrontując się ze smutkiem, poznamy jego przyczynę, a  ta, zrozumiana i  opłakana, uwolni nas od jego odczuwania.

Smutek niejedno ma imię. Co innego gorszy dzień, chwilowa chandra, gorsze samopoczucie, które każdemu z  nas się zdarza, a  co innego smutek bliski rozpaczy. Gdy mamy tzw. doła, trudno o  hurraoptymizm, o  pozytywne myślenie – przeciwnie, najchętniej zaszyłybyśmy się w  jaskini albo przynajmniej na kanapie pod ciepłym kocem, udając, że nie ma nas albo nie ma świata. Niektórzy lubią „dołować” się jeszcze bardziej, by ta przykra emocja wybrzmiała do końca. Ale smutek często towarzyszy nam, gdy z  jakiegoś ważnego powodu jesteśmy nieszczęśliwe – trudno nie być, gdy odejdzie ktoś bliski albo stracimy źródło dochodu, gdy cierpi nasz przyjaciel lub jesteśmy świadkami czyjegoś nieszczęścia. Smutek trzeba przyjąć, zaakceptować, przeżyć. I  choć jego przyczyna może tkwić na zewnątrz (wydarzenie, zachowanie innych ludzi), rozwiązania poszukajmy w sobie. Bo to my tym zdarzeniom nadajemy znaczenie.

Wzorem św. Tomasza

Tomasz z  Akwinu, średniowieczny filozof i  teolog, który uważał rozum za zarządcę duszy, podawał pięć sposobów na smutek:

1. sprawić sobie przyjemność (byle godziwą), 2. wypłakać się, 3. porozmawiać z  przyjacielem, 4. kontemplować prawdę (choć to może być trudne), 5. kąpiel i  sen.

Te średniowieczne sposoby znakomicie sprawdzą się i  dziś, albowiem trudno nie zgodzić się z  filozofem, że „przyjemność w  stosunku do smutku ma się tak, jak spokój czy odpoczynek do zmęczenia”, albo też że „każda przykrość, którą człowiek zamyka w  sobie, bardziej go boli, gdyż wzmaga uwagę na jego przedmiot”. Także dzielenie smutku z  kimś bliskim sprawia, że ten ciężar jest mniejszy, łatwiej go nieść. Ponadto, jak trafnie zauważa średniowieczny myśliciel, „ten, komu przyjaciele współczują, ma świadomość, że jest kochany przez nich, a  taka świadomość jest przyjemna. Skoro więc każda przyjemność łagodzi smutek, to jasne, że także współczucie przyjaciół łagodzi go”.

Ogromnie ważna jest „kontemplacja prawdy” – konfrontacja z  przyczyną smutku – bywa niekomfortowa, spychana w  niebyt, ale jeśli nie poznamy i nie zaakceptujemy powodu – smutek zostanie jedynie zamieciony pod dywan i kiedyś powróci ze zdwojoną siłą.

Dlatego nie walcz ze smutkiem, ale go przyjmij i  zaakceptuj. Pomoże ci następująca sekwencja: „Akceptuję smutek, akceptuję siebie smutną, bo kocham siebie, także wtedy, gdy jest mi źle. Przyjmuję, nie oceniam. Nie odrzucam siebie smutnej”. Powiedz te kilka zdań do siebie z  prawdziwą troską i  współczuciem. Jeśli wyzwoli to w  tobie jeszcze większy smutek, żal – to po prostu pobądź z  tym. Płacz, nie wahaj się – łzy naprawdę przynoszą ulgę.

Bajka terapeutyczna o zasmuconym smutku

Po piaszczystej drodze szła niziutka staruszka. Chociaż była już bardzo stara, to jednak szła tanecznym krokiem, a  uśmiech na jej twarzy był tak promienny, jak uśmiech młodej, szczęśliwej dziewczyny.

Nagle dostrzegła przed sobą jakąś postać. Na drodze ktoś siedział, ale był tak skulony, że prawie zlewał się z piaskiem. Staruszka zatrzymała się, nachyliła nad niemal bezcielesną istotą i  zapytała: „Kim jesteś?”. Ciężkie powieki z  trudem odsłoniły zmęczone oczy, a  blade wargi wyszeptały: „Ja...? Nazywają mnie Smutkiem”.

„Ach, Smutek!” – zawołała staruszka z  taką radością, jakby spotkała dobrego znajomego.

„Znasz mnie?” – zapytał Smutek niedowierzająco. „Oczywiście, przecież niejeden raz towarzyszyłeś mi w  mojej wędrówce”. „Tak sądzisz?” – zdziwił się Smutek – „To dlaczego nie uciekasz przede mną? Nie boisz się?”. „A  dlaczego miałabym przed tobą uciekać, mój miły? Przecież dobrze wiesz, że potrafisz dogonić każdego, kto przed tobą ucieka. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego jesteś taki markotny”. „Ja... jestem smutny” – odpowiedział Smutek łamiącym się głosem. Staruszka usiadła obok niego. „Smutny jesteś...” – powiedziała i  ze zrozumieniem pokiwała głową. – „A  co cię tak bardzo zasmuciło?”. Smutek westchnął głęboko.

Czy rzeczywiście spotkał kogoś, kto będzie chciał go wysłuchać? Ileż razy już o  tym marzył. „Ach, wiesz...” – zaczął powoli i  z  namysłem – „najgorsze jest to, że nikt mnie nie lubi. Jestem stworzony po to, by spotykać się z  ludźmi i  towarzyszyć im przez pewien czas. Ale gdy tylko do nich przychodzę, oni wzdrygają się z  obrzydzeniem. Boją się mnie jak morowej zarazy”. I  znowu westchnął: „Wiesz, ludzie wynaleźli tyle sposobów, żeby mnie odpędzić. Mówią: tralalala, życie jest wesołe, trzeba się śmiać. A  ich fałszywy śmiech jest przyczyną wrzodów żołądka i  duszności. Mówią: co nie zabije, to wzmocni. I  dostają zawału. Mówią: trzeba tylko umieć się rozerwać. I  rozrywają to, co nigdy nie powinno być rozerwane. Mówią: tylko słabi płaczą. I  zalewają się potokami łez. Albo odurzają się alkoholem i  narkotykami, byle tylko nie czuć mojej obecności”.

„Masz rację” – potwierdziła staruszka. – „Ja też często widuję takich ludzi”.

Smutek jeszcze bardziej się skurczył: „Przecież ja tylko chcę pomóc każdemu człowiekowi. Wtedy gdy jestem przy nim, może spotkać się sam ze sobą. Ja jedynie pomagam zbudować gniazdko, w  którym może leczyć swoje rany. Smutny człowiek jest tak bardzo wrażliwy. Niejedno jego cierpienie podobne jest do źle zagojonej rany, która co pewien czas się otwiera. A  jak to boli! Przecież wiesz, że dopiero wtedy, gdy człowiek pogodzi się ze smutkiem i  wypłacze wszystkie wstrzymywane łzy, może naprawdę wyleczyć swoje rany. Ale ludzie nie chcą, żebym im pomagał. Wolą zasłaniać swoje blizny fałszywym uśmiechem. Albo zakładać gruby pancerz zgorzknienia”.

Smutek zamilkł. Po jego smutnej twarzy popłynęły łzy: najpierw pojedyncze, potem zaczęło ich przybywać, aż wreszcie zaniósł się nieutulonym płaczem.

Staruszka serdecznie go objęła i  przytuliła do siebie: „Płacz, płacz, Smutku” – wyszeptała czule. – „Musisz teraz odpocząć, żeby potem znowu nabrać sił. Ale nie powinieneś już dalej wędrować sam. Będę ci zawsze towarzyszyć, a  w  moim towarzystwie zniechęcenie już nigdy cię nie pokona”.

Smutek nagle przestał płakać. Wyprostował się i  ze zdumieniem spojrzał na swoją nową towarzyszkę: „Ale... ale kim ty właściwie jesteś?”.

„Ja?” – zapytała figlarnie staruszka, uśmiechając się przy tym tak beztrosko, jak tylko małe dziecko potrafi. – „JA JESTEM NADZIEJA!”.

(Autor anonimowy)

  1. Psychologia

Władza ma różne oblicza. Jak na nas działa? Dlaczego tak łatwo jej ulegamy?

Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. (fot. iStock)
Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Przedmiot pożądania jednostek i całych zbiorowości. Potężna siła, której trudno się oprzeć. Nęci, kusi, mami. Dlaczego wydaje się nam tak atrakcyjna i pociągająca, a gdy już jej ulegamy – zmienia nas nie do poznania?

Przedmiot pożądania jednostek i  całych zbiorowości. Potężna siła, której trudno się oprzeć. Ponoć najlepszy afrodyzjak. W  dodatku wszechobecna: działa w  społeczeństwie, pracy, szkole, bliskich relacjach. Nęci, kusi, mami. Dlaczego wydaje się nam tak atrakcyjna i  pociągająca, a  gdy już jej ulegamy – zmienia nas nie do poznania? Co tak naprawdę nam daje? A  może także coś odbiera, tylko tego nie widzimy?

Świetlica szkoły podstawowej w  jednej z  warszawskich szkół. Dorota Wiśniewska-Juszczak, doktor psychologii na Uniwersytecie SWPS, jest świadkiem następującej sceny: Pewna mama przychodzi po swoją sześcioletnią córkę. Właśnie zaczęła się przerwa, więc korytarz jest pełen rodziców i  dzieci, a  wśród nich owa dziewczynka uśmiechnięta na widok mamy. Opiekunka ze świetlicy krzyczy z  daleka: „A  córka pochwaliła się już tym, co zrobiła?”. Mamę rozpiera duma, ogarnia podwójna radość, bo mało tego, że widzi rozradowaną córkę, to jeszcze słyszy w  słowach pani zapowiedź pochwały. A  pani z  uśmiechem, przy wszystkich, na cały głos, donosi na dziewczynkę – że była niegrzeczna, że usiłowała ugryźć koleżankę. Na koniec dorzuca: „No, chyba niedługo kupimy jej kaganiec!”.

– Stanęłam jak wryta – opowiada Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Byłam tak zszokowana zachowaniem pani nauczycielki, że kompletnie odebrało mi mowę. I  dopiero później dotarło do mnie, że oto doświadczyłam czysto władczego zachowania. Od lat naukowo zajmuję się władzą, badam różne jej przejawy, a  teraz jestem świadkiem jej działania w  najmniej oczekiwanym miejscu. Pani mająca nad ową dziewczynką przewagę, także fizyczną, całym swoim zachowaniem pokazała: „Ty się w  ogóle nie liczysz, ja mogę na oczach całego świata, nawet przy twojej mamie, zbesztać cię i  pokazać, że jesteś nikim”. Potem dowiedziałam się, że owa mama zainterweniowała u  dyrekcji szkoły, co na szczęście przyniosło rezultaty. Ale na początku pani nie mogła zrozumieć, o  co chodzi. Tłumaczyła, że to był żart. Tego, że dziewczynka płakała, że została upokorzona przy mamie i  kolegach, pani „trzymająca władzę” w  ogóle nie brała pod uwagę. To doświadczenie pokazało mi, badaczce tego tematu, jak wszechobecna może być władza. Bo niezależnie od tego, czy ktoś dzierży ją w  relacji z  uczniem, czy z  partnerem, czy z  podwładnym, tak samo może uzurpować sobie prawo do przekraczania norm. Pani przedszkolanka przekroczyła je, oceniając swoją uczennicę publicznie, używając określenia „założymy kaganiec”. Inni „władcy” dają sobie inne prawa, a  wszystko tylko dlatego, że uważają: „Nam z  racji sprawowanej władzy wolno więcej niż innym”. Czasami robią to bezrefleksyjnie, bez złych intencji, tak było chyba w  przypadku pani przedszkolanki, co jednak nie zmienia faktu, że konsekwencje takich zachowań mogą być bardzo negatywne.

Patrzę na ciebie z góry

Zespół badaczy z  Uniwersytetu SWPS z  dr Aleksandrą Cisłak badał metafory związane z  pojęciem władzy. Okazuje się, że wszystkie potoczne określenia na ten temat trafnie oddają, czym ona jest. Bo jak „się patrzy na kogoś z  góry”, to nawet fizycznie odczuwa się przewagę nad osobą stojącą niżej. To dlatego zarządy, dyrekcje sytuują swoje gabinety na wyższych piętrach korporacji – nikt w  firmie nie powinien mieć wątpliwości, do kogo należy ostatnie zdanie.

Władza kojarzy się przede wszystkim z  polityką, życiem społecznym i  zawodowym. Psychologowie Annette Y. Lee Chai i  John A. Bargh w  książce „Władza. Pokusy i  zagrożenia” definiują ją jako – z  jednej strony – zdolność do wywierania wpływu na innych ludzi, a  z  drugiej – do opierania się ich oddziaływaniu.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Według mnie to, czym jest władza, najlepiej oddaje definicja mówiąca, że to asymetria wpływu, czyli taka relacja, w  której jedna strona ma wpływ na drugą, podczas gdy ta druga strona nie ma wpływu na tę pierwszą. A  dodatkowo jedna ze stron ma dostęp do zasobów, a  druga ich nie ma. Te zasoby mogą być różne: polityczne, zawodowe, prywatne, na przykład dostęp do stanowisk, pieniędzy, a  w  sferze prywatnej – do dzieci, przyjaciół, seksu. Partnerzy rozgrywają tymi zasobami w  trakcie rozwodu – mąż chce odciąć żonę od pieniędzy, żona męża od dzieci. Partner o  mniejszych zasobach ma, oczywiście, mniejsze szanse w  tej próbie sił.

Psycholożka podkreśla, że władza nie istnieje sama dla siebie. Jak wynika z  badań, jakie przeprowadziła na Uniwersytecie SWPS razem z  Janiną Szwykowską-Ziemniak, władza zawsze występuje w  jakiejś relacji. Pokazuje to między innymi eksperyment polegający na tym, że zaproponowano ludziom, żeby wybrali sobie niski lub wysoki fotel. Z  wcześniejszych badań wynikało, że wysoki fotel, podobnie jak duży gabinet albo gabinet położony wyżej, aktywizują poczucie władczości. I  co się okazało? Że ludzie siedzący na wysokim fotelu przejawiali władczość tylko wtedy, gdy ktoś siedział na niskim fotelu, gdy natomiast ten fotel był pusty, poczucie władczości się nie ujawniało.

Czy to oznacza, że owo poczucie może zrodzić się w  każdym z  nas bez względu na cechy osobowości, a  jedynie w  sprzyjających warunkach zewnętrznych?

– Wszystko wskazuje na to, że tak – odpowiada psycholożka. – Badamy nie tylko ludzi, którzy mają władzę, ale także tych, którym stworzy się warunki do jej aktywizowania, i obserwujemy, co się z  tymi ludźmi dzieje. Okazuje się, że zdecydowana większość z  nich ulega czarowi władzy.

O  tym, że to sprzyjające warunki czynią z  nas władców, świadczy fakt, że ten sam człowiek może w  jednej sytuacji być władczy, a  w  drugiej podporządkowany.

Jestem mocarzem

Dorota Wiśniewska-Juszczak podkreśla, że powód ulegania pokusie władzy jest prosty – bo daje natychmiastowe korzyści. Tuż po jej przejęciu człowiek dostaje ze świata zewnętrznego dużo sygnałów, że jest supergościem. Wielu ludzi go komplementuje, chce się z  nim przyjaźnić, zaprasza, obdarowuje, dużo wokół niego się dzieje.

Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. Aktywizowanie podwładności uruchamia bowiem w  mózgu procesy hamowania, co powoduje, że ludzie podejmują działania z  opóźnieniem. Natomiast u  rządzących włącza się apetytywny (popędowy) system dążenia związany z  ośrodkiem nagród. W  osiąganiu celów bardzo pomaga im także to, że potrafią stawiać granice. W  jednym z  eksperymentów przeprowadzonych przez amerykańskiego psychologa Adama Galinsky’ego i  jego współpracowników wywołano u  badanych – za pomocą wspomnień o  sprawowaniu bądź podleganiu władzy – poczucie władczości i  podwładności. A  potem włączono wentylatory. Ustawiono je tak blisko, żeby wiały prosto w  oczy, czyli przeszkadzały. Okazało się, że 70 procent osób z  grupy władczej jakoś na to zareagowało: przestawiło wentylatory albo poprosiło o  ich wyłączenie, natomiast z  grupy podporządkowanej zrobiło to tylko 30 procent.

– Sprawowanie władzy daje same korzyści – mówi Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Największą jest to, że ludzie mogą wywierać wpływ na innych, zmieniać rzeczywistość w  takim kierunku, jaki jest dla nich korzystny. Szkoda, że nie myślą o  tym, co zauważyła dopiero na zakończenie swojego premierowania Ewa Kopacz – że każda władza przemija. Rzadko kto myśli o  długoterminowych konsekwencjach, bo dopóki mamy wokół siebie admiratorów, rozsmakowujemy się w  sprawowanej funkcji i  nie widzimy żadnych zagrożeń. Często mówię menedżerom, że to pierwszy krok do ich klęski. Bo jak otaczają ich tylko pochlebcy, którzy przyklaskują każdej ich decyzji, to kreowany przez nich obraz sytuacji może być nieprawdziwy. A  to jest niebezpieczne. Szef nie ma bowiem wszystkich danych do oceny sytuacji, przeszacowuje więc swoje możliwości, kierując się podsycanym poczuciem mocy oraz fałszywym przekonaniem, że musi się udać. Nie docenia natomiast ryzyka. Efektem są niefortunne posunięcia, co może skończyć się utratą stanowiska.

Rządzę, więc mogę wszystko

I  to jest ta dobra strona wybieralnej władzy – że szef, który się nie sprawdził, może ją stracić. Inaczej niż w  bliskich związkach, gdzie rządzenie pozbawione weryfikującej oceny innych, karmione silnymi emocjami, a  często także zakamuflowane, rozkwita najbardziej. Tu władcy mają największe pole do popisu.

Profesor Eugenia Mandal w książce „Miłość, władza i  manipulacja w  bliskich związkach” pisze, że w  intymnych relacjach możemy właściwie bez ograniczeń kontrolować, wymagać, wymuszać, manipulować. A  wszystko za pomocą kar (także przemocy), nagród, pieniędzy, autorytetu, seksu. Profesor przytacza badania, z  których wynika, że osoba mniej zaangażowana ma w  związku większą władzę, silniejszy wpływ na partnera. Może zatem dyktować warunki bardziej kochającemu, co psychologowie nazwali zasadą mniejszego zainteresowania. Tę zasadę dobrze ilustruje powiedzenie: kochasz – służysz, jesteś kochany – rządzisz.

Henry Kissinger mawiał, że władza to najlepszy afrodyzjak, który przyciąga kobiety. Czy przyciąga także mężczyzn do kobiet mających władzę?

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Niekoniecznie. Z  moich obserwacji wynika, że jeżeli w  relacji między kobietą a  mężczyzną na dobre zagości władza, sprawowana w  dodatku niepodzielnie przez jedną stronę, to jest to dla związku zagrażające. Dobry bliski związek opiera się bowiem na zaufaniu, lojalności, ciepłych uczuciach, wartościach, a  tego wszystkiego brakuje w  relacji opartej na podporządkowaniu, lęku, rozgrywkach. Strona podporządkowana staje się biernym obserwatorem, dominująca natomiast wini ją za bierność, nieudolność, powolne podejmowanie decyzji, zły nastrój, brak optymizmu i  nawet nie zauważa, że to ona kręci tym kołem.

Dlaczego jedni potrafią rządzić, a  inni nie? Wpływają na to nie tylko sprzyjające okoliczności, ale także cechy charakteru i  osobowość. Psychologia mówi o  dużej korelacji z  władzą takich cech, jak: ekstrawertyczność, inteligencja oraz stereotypowo postrzegana męskość, czyli potrzeba dominacji, rywalizacji, narzucania swojej woli. To, oczywiście, nie oznacza, że każdy nosiciel takich cech będzie pchał się do władzy, ale ma zdecydowanie większe szanse niż ludzie ugodowi, koncyliacyjni, łagodni.

Szefowie akcentują inny aspekt władzy: odpowiedzialność. Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Z  badań wynika, niestety, co innego: że ludzie zazwyczaj sięgają po władzę ze względu na możliwości, jakie im daje, a  nie na odpowiedzialność. Kiedy menedżer myśli o  awansie, to widzi przede wszystkim profity: wysokość zarobków, samochód do dyspozycji itp., rzadziej kieruje się potrzebą rozwoju firmy i  podwładnych. Oczywiście, istnieją liderzy, którzy sięgają po władzę dla realizowania wartości, misji, ale to mniejszość. Trwają badania dotyczące związku cech osobowości z  preferowaniem władzy rozumianej jako odpowiedzialność lub jako możliwości. Na razie nie ma na ten temat jednoznacznych doniesień.

Świat z  perspektywy kota

Mówi się, że władza deprawuje. Ile w tym prawdy?

– Dużo – odpowiada psycholożka. – Kiedy w  eksperymentach wzbudzano nawet na chwilę poczucie władzy poprzez na przykład przydzielanie losów na loterii czy dawanie pewnej kwoty pieniędzy do podziału w  grupie, to zawsze u  tych ludzi pojawiało się subiektywne poczucie, że oto można postrzegać innych jako podporządkowanych. Tacy ludzie zaczynają wtedy, jak określił to prof. Bogdan Wojciszke, patrzeć na świat z  perspektywy kota, a nie myszy. A  jak już człowiek staje się tym mentalnym kotem, to uważa, że wolno mu więcej. Ci z  eksperymentu nie sprzątali po sobie, zjadali ostatnie ciasteczko, narzucali swoje normy. Tymczasem od rządzącego wymaga się więcej.

Badania pokazują, że gdy aktywizuje się poczucie władzy, to pojawia się podwójna moralność, podwójne standardy. Posłowie deklarują walkę z  oszustami, a  sami oszukują, lecąc do Madrytu tanimi liniami, podczas gdy rozliczają wyjazd jako podróż samochodem.

Ludzie władzy patrzą na innych stereotypowo, szczególnie wtedy, gdy mają liczną grupę podwładnych, których grupują w  kategorie. Ułatwia im to rządzenie, ale też powoduje, że oceniają innych przez pryzmat kategorii, a  nie indywidualności. A  ponieważ to oni ustalają owe kategorie, rozdają karty, to uważają, że są lepsi, ważniejsi.

Chcesz kogoś poznać, daj mu władzę – mówi porzekadło. Psychologia w  pewnym sensie je potwierdza, zwracając uwagę na metamorficzny efekt władzy, który polega na radykalnej zmianie zachowania człowieka po tym, jak tę władzę uzyskał. Ludzie stają się wtedy pewni siebie, trzymają innych na dystans, koncentrują się na sobie, gdy coś idzie nie po ich myśli, wpadają w furię, pozwalają sobie na otwarte ujawnianie emocji. Ten stan trafnie oddaje inne określenie: woda sodowa uderzyła mu do głowy.

Jak się przed tym bronić?

– Jedyny sposób to trenowanie empatii. Razem z  koleżanką Olą Cisłak, z  którą badam władzę, doszłyśmy do wniosku, że to, czego powinno uczyć się liderów, to patrzenia z  perspektywy drugiej strony. Nauczyciela – patrzenia z  perspektywy ucznia, dyrektora – z  perspektywy pracownika, rodziców – dziecka, jednego partnera – z  perspektywy drugiego. Bo władza tylko na chwilę pozbawiona tej perspektywy koncentruje się na sobie. Warto podporządkowanie zamienić na relację partnerską, niekonfrontacyjną, choć wiem, że brzmi to trochę utopijnie. Owszem, czasami trzeba tę władzę zaakcentować. Na przykład w  sytuacji kryzysowej, żeby bez dyskusji pokierować zespołem, albo w  relacji rodzice – dziecko, kiedy trzeba dziecku zapewnić bezpieczeństwo. Ale w  większości sytuacji najlepsze rezultaty przynosi nienarzucanie zdania, tylko zapraszanie do dyskusji i  uwzględnianie opinii drugiej strony.

Mówi się, że bycie szefem oznacza bycie samotnym.

– Nie kupuję tego stwierdzenia. Jeżeli władczy szef, ojciec, mąż czuje się samotny, to na własne życzenie. Widocznie zamknął się w  wieży z  kości słoniowej, przestał zauważać potrzeby podwładnych i  patrzeć z  ich perspektywy, a  więc sam zapracował na swoją samotność.

Władza może dobrze wypełnić swoje zadania pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, nie może być pozostawiona sama sobie, bez kontroli. Po drugie, musi się otworzyć na informacje zwrotne od „strony rządzonej”. To wszystko także dla jej dobra. Bo jeśli tych warunków nie uwzględni, straci kontakt z  rzeczywistością, realną ocenę sytuacji, przyjaciół. To są straty długoterminowe, o  których rządzący nie myślą.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Moja studentka zastanawia się w  swojej pracy magisterskiej, kim jest prawdziwy przywódca. Spośród wielu definicji wybrała następującą: lider to ktoś, kto w  chwili zagrożenia mówi: „Chodźcie za mną”, natomiast władca woła: „Naprzód”. Ja bym dodała: Dziel się władzą, bo tak długo, jak się nią dzielisz, tak długo wszyscy mają z  niej korzyści.

  1. Psychologia

Związek kobiety z młodszym mężczyzną - czy wiek ma znaczenie?

- Istnieje niepisany nakaz społeczny, według którego starsze kobiety są aseksualne. A przecież tak nie jest - mówi psychoterapeutka Olga Haller. (Fot. iStock)
- Istnieje niepisany nakaz społeczny, według którego starsze kobiety są aseksualne. A przecież tak nie jest - mówi psychoterapeutka Olga Haller. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Czy zmiany obyczajowe spowodują, że kobieta, która ma o wiele młodszego partnera, nie będzie budziła zdziwienia lub zgorszenia? A może sprawią, że takie związki staną się powszechne? To bardzo smutne, kiedy wyobrażamy sobie, że tracąc młodość, tracimy siebie, naszą kobiecą tożsamość i prawo do seksualności – mówi psychoterapeutka Olga Haller.

Związki, w których mężczyzna jest starszy od swojej partnerki zdarzają się często, sam w takim jestem. Na odwrót to już rzadkość. Znam całkiem sporo związków: on starszy, ona o wiele młodsza. Bywają dobre i szczęśliwe. Takich, gdzie to ona jest starsza – niewiele. A z różnicą wieku ponad 10 lat nie znam wcale. Taka była tradycja, tak ukształtowała nas kultura. W pierwszym przypadku wydaje się, że jemu ta niesymetryczność nawet czegoś przydaje, na przykład uznania otoczenia. Gdy ona starsza, to raczej jej czegoś brak, i problemy wiszą w powietrzu. Niezrozumienie i zakłopotanie otoczenia, podejrzenia – on szuka matki lub jest interesowny.

Zgoda, takich stałych związków jest niewiele, chociaż romansów pewnie znacznie więcej. Ale nadal wydaje mi się, że kobiety raczej rzadko interesują się o wiele młodszymi facetami. Tego nie możesz wiedzieć! Która się przyzna? Same przed sobą się nie przyznajemy. Nie ma przyzwolenia, by starsze kobiety, jak starsi panowie, mogły się choćby zachwycić młodością, nie mówiąc już, że uwodzić, flirtować... Kobiety paraliżuje wstyd przed śmiesznością.

Przed wieloma laty kobieta, która wydawała mi się stara, a pewnie była o wiele młodsza niż ja teraz, westchnęła: „Ach, gdybym była młodsza”, i popatrzyła na mnie czule. Pomyślałem oburzony: „Coś takiego!”. Innym razem, też dawno temu, jakaś inna pani, o wiele starsza, chciała ze mną tańczyć. Poczułem, że to śmierć bierze mnie w ramiona, i uciekłem. A teraz wstyd, ale tak było... To pewnie był też lęk przed czasem, który zjada nas wszystkich. Związek z młodszym wyostrza problemy atrakcyjności fizycznej, na co młody i głupi zareagowałeś tak brutalnie. Tego też boją się kobiety. Wszystkich nas wiążą normy, co wypada, a czego nie, szczególnie kobiety, gdy są już „w pewnym wieku”. Obawiam się, że tak mocno boimy się przekroczenia tych reguł, że negujemy naszą wrażliwość erotyczną w tym obszarze.

Związek z młodym zawsze dramatycznie podkreśla wiek kobiety, ale i mój, gdy jestem z młodą żoną. Jeśli to trwa dłużej – zmusza kobietę do szczególnych starań, żeby zatrzymać czas. Nawet jeśli partner nie przywiązuje do tego wagi. Są jednak wielkie zmiany w stosunkach męsko-damskich, podwójne standardy w sferze seksu wyraźnie się kruszą. Jedna z moich koleżanek po czterdziestce (świeżo upieczona babcia) jest w związku z 30-latkiem. Mówi, że wreszcie rozumie tych wszystkich starszych facetów pożądających młodych dziewczyn, kiedy teraz sama zachwyca się pięknem ciała partnera – to takie pociągające! Zawrót głowy! A przy tym idealnie się uzupełniają – on dużo może, ona dużo chce. I nie martwi się, że jej ciało nie jest doskonałe – z rozstępami i blizną po porodzie. Inna znajoma (45 lat) dzieli się swoim doświadczeniem: „Może właśnie dlatego możemy cieszyć się z takich związków, bo ta różnica wieku zwalnia kobietę z dalekosiężnych projektów – planów na ślub i życie wieczne, pozwala zanurzyć się w tym, co jest”. Zmieniając jedną regułę gry, łatwiej zmienić kolejne i być w takim związku bardziej w zgodzie z sobą niż z wymogami kobiecej roli. Ale by w pełni się to dokonało, musi minąć trochę czasu. Przecież ile trzeba było czekać, by praca zawodowa kobiet stała się czymś naturalnym. Tak też będzie z prawami kobiet do różnych form ekspresji własnego erotyzmu.

Ale jeśli chodzi o model: on młodszy, ona o wiele starsza, chyba nie przewidujemy jego wielkiej popularności? To zapewne będzie zawsze margines, tak jak marginesem jednak pozostaje model: on o wiele starszy od niej. Być może te dwa marginesy kiedyś się zrównają. Związek starszego z młodszą kobietą ma większe szanse na trwałość ze względu na biologię – możliwość posiadania potomstwa. W drugą stronę spotykamy się z biologicznym ograniczeniem.

Jednak duży potencjał seksualny dojrzałych kobiet, ich doświadczenie i odwaga, często także głód zmian, mogą przyciągać młodszych mężczyzn i prowadzić do tworzenia wolnych związków potrzebnych obu stronom na jakiś czas. Niektóre z nich przetrwają.

Z tradycjami jest tak, że nigdy do końca nie wiemy, na ile napędza je natura, a na ile kultura. Zwykle okazuje się, że kultura bywa silniejsza, niż nam się zdaje. A nam nadal sporo brakuje, by mówić o tym szczerze.

To mów szczerze: jak to z wami naprawdę jest? Trudno otwarcie przyznać się, że interesują nas młodzi urodziwi mężczyźni, że patrzenie na szczegóły męskiego ciała czy śledzenie wzrokiem zgrabnego chłopca może być dla nas ekscytującym zajęciem. I może to dotyczyć realnych kontaktów lub postaci z filmu czy muzyki. Kilka lat temu pozwoliłam sobie na taką fascynację – spędziłam wiele godzin na oglądaniu koncertów Led Zeppelin i słuchaniu zachwycająco zmysłowego i bezwstydnego młodego Roberta Planta… Czy to śmieszne? Może dojrzałej kobiecie to nie uchodzi? Możemy też zachwycić się urokiem nastolatka, zobaczywszy w nim zapowiedź przystojnego mężczyzny. Też niedobrze – powinnam widzieć w nim tylko dziecko, coś ze mną nie tak. Albo w twarzy jakiegoś młodzieńca dostrzec rysy pierwszego chłopaka, aż zabije nam mocniej serce, jak kiedyś… Cięcie wewnętrznego cenzora – i przestajemy patrzeć na świat w ten przyjemnie pobudzający sposób. Odcinamy się od naszej seksualnej witalności. To zablokowanie zubaża nasze życie, pozbawia je smaku. Czasem rodzi agresję, np. szefowe lub nauczycielki tępią młodych, zamieniając nieakceptowane uczucia na agresję.

Kobiety na wszelki wypadek blokują te „nieskromne” zainteresowania, frywolne myśli czy erotyczne tęsknoty, żeby nie narazić się na upokorzenie, krytykę, zawstydzenie. Mężczyźni mają tu dużo więcej swobody, dla nich jest przyzwolenie na odmianę, na rozmaitość...

Począwszy od romansów z młodymi po prostytutki czy sponsoring. Tak, mężczyźni korzystają z prawa do najróżniejszych form ekspresji seksualnej. A sądzi się, że kobieta po czterdziestce powinna traktować młodszych facetów jako synów, a nie obiekty erotyczne. Jeśli jest inaczej, podejrzewa się nas o jakieś odchylenie. Z moich rozmów z kobietami wynika, że istnieje silne tabu – 10–12 lat różnicy to jeszcze OK, ale więcej absolutnie nie! O wiele młodszy partner zbyt mocno kojarzy się z relacją matka – syn, co zabija erotyczne zainteresowanie! Rzeczywiście zabija? A może pod społeczną presją kobieta stosuje mechanizm wyparcia? Dlaczego dla mężczyzn ta blokada nie jest tak mocna? Czemu „Lolita” znalazła na stałe miejsce w kulturze, sankcjonując w pewnym sensie zakazane męskie pragnienia? Czemu nie ma jej chłopięcego odpowiednika?

Nadal upieram się, że kobiety „naturalnie” wolą nieco starszych partnerów, młodsi są dla nich za mało dojrzali. Ja raczej zwróciłabym uwagę na to, jak powszechne i głęboko zakorzenione są przekonania, które odbierają starszym kobietom prawo do seksualności.

Gdy kobieta musi się skonfrontować z przemijaniem, ma cięższe zadanie niż mężczyzna. Tracąc młodość, traci urodę, figurę, a wraz z nią atrakcyjność, z której korzystała w relacjach z ludźmi i która, co gorsza, stanowi w naszej kulturze o jej wartości jako osoby. Traci władzę, możliwość wpływu – przyciągania spojrzeń, uwagi. Jakby stała się niewidzialna. Podczas gdy mężczyzna, starzejąc się, pozostaje atrakcyjny jako partner seksualny, kobieta z każdym dniem rozstaje się z tą szansą. To bardzo smutne, kiedy wyobrażamy sobie, że tracąc młodość, tracimy siebie, naszą kobiecą tożsamość i prawo do seksualności. Istnieje niepisany nakaz społeczny, według którego starsze kobiety są aseksualne. A przecież tak nie jest. Jak bardzo mogłaby pomóc nam świadomość, że wciąż możemy odczuwać erotyczne zainteresowanie światem, w tym mężczyznami, także młodszymi, a nawet o wiele młodszymi? I że nie musimy tego ukrywać, narażając się na kpinę czy etykietę „niewyżytej baby”.

Zauważmy, że to same kobiety potępiają i wykpiwają te starsze, które chcą być wolne od ograniczeń wieku. Może po prostu zazdroszczą, ale nie są tego świadome? Samo uświadomienie sobie czegoś, czego nie akceptujemy, może być uwalniające. Może pomagać rozwinąć się tolerancji. Najwięcej napięcia rodzą te uczucia i potrzeby, które musimy skrzętnie skrywać. Nie powstrzymujmy więc zainteresowania mężczyznami i seksem, mimo że lat nam przybywa.

Myślę, że wyobraźnia już niemal została odblokowana, teraz czas na realne życie. Okropne jest to zamknięcie, też je czuję. A przecież to nie musi od razu oznaczać intencji romansu, lecz jedynie szanse na przepływ energii, wymianę zdań, na taki rodzaj międzypokoleniowego flirtu, który odświeża i odżywia obie strony – odmładza jedną, a dowartościowuje drugą.

To prawda, bliskość młodości doprowadza życiowe soki do zardzewiałego organizmu. Od razu zardzewiałego! Niekoniecznie, starsze organizmy bywają całkiem sprawne, jeśli są zadbane. Seksualność żyje w każdym wieku, od urodzenia do końca, zawsze jest obecna, choć się zmienia. Mamy jeszcze dużo do zrobienia, by się na nią zgodzić i z niej korzystać – rozumnie i swobodnie.