1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak zyskać szacunek innych? - Zrezygnuj z bycia grzeczną dziewczynką

Jak zyskać szacunek innych? - Zrezygnuj z bycia grzeczną dziewczynką

Nie muszą cię wszyscy lubić, ważne by cię szanowali. (fot. iStock)
Nie muszą cię wszyscy lubić, ważne by cię szanowali. (fot. iStock)
Arleta Franklin śpiewała: „mam wszystko, czego potrzebujesz, a jedyne, czego chcę w zamian, to odrobina szacunku”. Czasem jednak o tę szczyptę trzeba zawalczyć. Jak zrobić to skutecznie i bez ofiar?

Karolina do tej pory pamięta wstyd, jaki czuła, kiedy jej mama zwracała uwagę ekspedientce, że ryba, którą jej właśnie podała, jest nieświeża. Ekspedientka, podparłszy się pod boki, upierała się przy swoim, ale mama nie dawała za wygraną. Wszyscy ludzie, którzy stali w kolejce, patrzyli tylko na nie. Karolina pamięta, że chowała się wtedy za płaszczem mamy i ciągnęła ją za rękę, szepcząc „Chodźmy już, mamusiu, proszę…”. Nienawidziła chodzić z nią na zakupy, bo mama potrafiła taką „scenę” zrobić w co drugim sklepie. Wolałaby już zjeść tę rybę, niż ściągnąć na siebie uwagę całego sklepu. Dlatego też w dorosłym życiu unikała konfrontacji jak ognia. Ekipa remontowa położyła jej krzywo płytki, maskując swoją fuszerkę podczas zapłaty – Karolina klęła pod nosem i wyrzucała sobie, że zatrudniła niesprawdzonych ludzi. Przesyłkę, jaką zamówiła w internetowym sklepie, listonosz wcisnął na siłę do skrzynki – obiecywała sobie, że nigdy więcej nie zamówi niczego pocztą. Koleżanka wyrzuciła przez okno ulubione płyty chłopaka, kiedy ten ją zdradził – Karolina takie zachowanie uważała za teatralne, głupie, niepotrzebne.

I tak oto bajka o grzecznej dziewczynce mogłaby zanudzić wszystkich na śmierć, gdyby nie pewien poniedziałkowy poranek. Karolina miała właśnie skończyć pracę nad ważnym projektem, kiedy nagły podmuch wiatru otworzył kuchenne okno, na skutek czego przewrócił się kubek, z którego wylała się gorąca zawartość na jej komputer. W serwisie powiedzieli, że naprawa potrwa tydzień, ale projekt miał być gotowy na następny dzień. Karolina postanowiła kupić najtańszy laptop w sklepie i korzystając z notatek, odtworzyć swoją pracę. W sklepie wyraźnie zaznaczyła, jaką kwotę może przeznaczyć na komputer i że potrzebuje go do zakończenia pracy. Wyszła z laptopem za najwyższą cenę, jaką mogła zapłacić. W domu okazało się, że nie ma on jednak wgranego pakietu startowego. Wróciła do sklepu i ku jej zdziwieniu sprzedawca oznajmił jej, że za pakiet musi zapłacić dodatkowo 500 zł.

Z zaciśniętymi zębami wydusiła z siebie: „Dlaczego pan mi o tym nie powiedział?”. „Bo pani nie spytała” – odparł beznamiętnym głosem. Karolina poczuła, jak po jej twarzy i szyi rozlewa się fala gorąca, sięgając aż po koniuszki uszu. Chwilę potem usłyszała, jak nazywa sprzedawcę chamem i oszustem i żąda wezwania kierownika. Cały sklep patrzył tylko na nią.

Rozstanie z grzeczną dziewczynką

Z pewnością nieraz słyszałaś ten termin. „Grzeczna dziewczynka” to według dr Lois P. Frankel i Carol Frohlinger, autorek książki „Grzeczne dziewczynki nie dostają tego, co chcą”, kobieta, która nie pozwala sobie na rozwój w życiu, bo boi się wyjść poza stereotypowe zachowania, które przyswoiła sobie w dzieciństwie. „Jeśli często czujesz, jakbyś była niewidzialna, jeżeli masz wrażenie, że jesteś wykorzystywana, inni nie okazują ci należnego szacunku albo nie wiesz, jak zdobyć to, na czym najbardziej ci w życiu zależy – witaj w klubie grzecznych dziewczynek” – piszą we wstępie do swojej książki. Grzeczne dziewczynki charakteryzuje niechęć do robienia zamieszania i ogromna chęć, by wszyscy je lubili. Unikają narzucania się innym i wyróżniania, bardziej przejmują się reakcjami innych niż własnym samopoczuciem, co więcej: za każdym razem, gdy starają się postawić swoje potrzeby na pierwszym miejscu, otrzymują od otoczenia informację, że są egoistkami. Tyle tylko że zdaniem Frankel i Frohlinger to nie powinno je powstrzymywać. „Nie zrozum nas źle, bycie miłą jest ważne, jednak nie wystarczy, by osiągnąć to, czego pragniesz w życiu” – piszą. Nie muszą cię wszyscy lubić, ważne by cię szanowali.

Jak wyznaje Kasia, nauczycielka i korepetytorka języka francuskiego: – Kiedy pierwszy raz usłyszałam od mojej ociągającej się w nauce uczennicy (której zapowiedziałam, że jeśli nadal mamy razem pracować, ma zawsze przychodzić punktualnie i z odrobioną pracą domową), że ją stresuję – byłam z siebie naprawdę dumna.

Czytaj więcej w artykule „Jak przestać być grzeczną dziewczynką i zostać kobietą sukcesu”, gdzie znajdują się przydatne wskazówki dr Lois P. Frankel i Carol Frohlinger.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Trudności, których każde dziecko ma prawo doświadczać

Trudne zachowania dzieci są niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju – czy nam rodzicom się to podoba, czy nie. (Fot. iStock)
Trudne zachowania dzieci są niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju – czy nam rodzicom się to podoba, czy nie. (Fot. iStock)
Jak powiedział francuski powieściopisarz i filozof Jean-Paul Sartre: „dzieci i zegarków nie można stale nakręcać, trzeba im dać też czas do chodzenia”. Co to właściwie znaczy?

Powiedzmy po raz kolejny: nie ma dzieci idealnych. Nie ma też uniwersalnych recept na „naprawę” dziecka. Wszelkie poradniki typu „101 sposobów na trudne dziecko” lub „Sprawdzone sztuczki, które sprawią, że twoja pociecha będzie grzeczna” może i dostarczają dodatkowej wiedzy na temat różnych modeli wychowywania dzieci, lecz niestety często nijak mają się do rzeczywistości. Uniwersalne rady mają bowiem do siebie to, że - po pierwsze – nie uwzględniają indywidualnych cech osobowości dziecka, jego temperamentu, właściwości otoczenia, sposobu funkcjonowania rodziny i rodzaju więzi między rodzicami a dziećmi. Po drugie zaś, wszelkie metody i sztuczki dyscyplinujące mają na celu zmianę lub wyeliminowanie pewnych zachowań dziecka, które my, osoby dorosłe, zwykliśmy określać jako niepożądane, trudne, niegrzeczne. A przecież trudne zachowania dzieci są niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju – czy nam rodzicom się to podoba, czy nie. Oczywiście nie chodzi o silne objawy chorobowe oraz zaburzenia, które należy diagnozować i leczyć. Mowa tu o zachowaniach, które pojawiają się praktycznie u każdego dziecka i stanowią naturalną część procesu dorastania.

Jakich więc trudności ma prawo doświadczyć każde dziecko? Poniżej przedstawiam subiektywną listę, którą każdy rodzic zapewne uzupełniłby o kolejne pozycje.

Lęki dziecięce

Dziecko ma prawo się bać. Lęk jest stanem emocjonalnym, który często towarzyszy maluchom. Zdarza się, że dla rodziców powody strachu i lęku są zupełnie nieracjonalne, co powoduje u nich frustracje: „Jak możesz się tego bać?! Przecież jesteś już dużym chłopcem!” Często odczucie lęku jest tak intensywne, że mały człowiek zupełnie nie jest w stanie zapanować nad swoimi reakcjami: krzyczy, płacze, ucieka, zamyka oczy, nieruchomieje. Dzieci mogą bać się praktycznie wszystkiego: psów, kotów, pajęczyn, samolotów, ciepłej wody, odkurzacza, ciemności, dźwięku miksera, wysokiego wujka, sąsiadki o krzykliwym głosie, nieznajomych dzieci na placu zabaw. Jest to zupełnie naturalne i zazwyczaj z czasem zanika.

Rytuały dziecięce

Każdy z nas czuje się dobrze, gdy wie co go czeka: co zje na obiad, gdzie pójdzie do pracy jutro, jaką kwotę dostanie na konto pod koniec miesiąca. Ta wiedza sprawia, że czujemy się bezpieczni, spokojni, wierzymy w porządek i przewidywalność. Mamy poczucie kontroli nad otaczającym nas światem. Dla dzieci taką rolę mają ich małe rytuały. Odpowiednie ułożenie kołdry przed spaniem, zabranie konkretnej przytulanki do samochodu, sposób krojenia kanapki, kolejność smarowania kremem i wycierania się po kąpieli, stała trasa podczas spacerów – to tylko kilka przykładów ustalonych czynności, które dla dziecka mogą być niezwykle istotne. Rytuały sprawiają bowiem, że dziecko czuje się bezpieczne i ma wrażenie, iż choć troszkę, na swój sposób, wywiera wpływ na świat, co czyni go bardziej przyjaznym i przewidywalnym.

Potrzeba bliskości fizycznej

Czasami rodzice mają dość przytulającego się małego dziecka. Męczy ich ciągłe domaganie się wzięcia na ręce. Frustruje ich to, że dziecko zasypiając każdego wieczora musi trzymać mamę lub tatę za rękę. Denerwuje ich, że maluch musi się nagle przytulić – nawet wtedy, gdy rodzic jest w toalecie i próbuje w spokoju zadbać o swoje potrzeby fizjologiczne. Warto więc podkreślić, że potrzeba bliskości i ciepła jest dla dziecka potrzebą absolutnie podstawową. Dotyk, przytulenie, całus, głaskanie, masowanie – wszelkie przejawy bliskości fizycznej dają dziecku poczucie bezpieczeństwa, spokoju, bezwarunkowej miłości i akceptacji. Mały człowiek zawsze zasługuje na bliskość i czułość ze strony rodziców: ona nigdy nie jest niepotrzebna, szkodliwa czy w nadmiarze, niezależnie od tego, czy dziecko ma trzy dni czy trzy lata. Bliskość nie może być nagrodą, ona powinna być zawsze dostępna. Pamiętać należy też o tym, że okazywanie bliskości dzieciom uczy je tego samego. Osoby które w dzieciństwie zaznały bezwarunkowej miłości, troski i akceptacji w życiu dorosłym będą łatwiej potrafiły tworzyć wartościowe i długotrwałe relacje z przyjaciółmi, partnerami życiowymi i dziećmi. Podobną prawidłowość wśród szympansów zaobserwowała światowej sławy angielska prymatolożka i antropolożka Jane Goodall: jeżeli matka małego szympansa jest opiekuńcza, wrażliwa, współczująca i wspierająca, to gdy dorośnie staje się on równie dobrym rodzicem, a dodatkowo ma lepsze stosunku z innymi osobnikami oraz odnosi większe sukcesy w grupie.

Płacz, krzyk, tupanie nogą

Zna to chyba każdy rodzic. Nazywamy te zachowania uporem, stawianiem się, buntem (dwulatka, trzylatka, sześciolatka – do wyboru). Mówimy do dziecka, że jest złośliwe, niegrzeczne, krnąbrne. A tymczasem te zachowania są zupełnie typowe dla procesu dojrzewania dziecka. Nie sprawia to, że bunt staje się dla rodziców łatwiejszy do zniesienia, ale chociaż można pocieszyć się świadomością, że jest oznaką prawidłowego rozwoju. Poprzez te zachowania dziecko testuje otoczenie, sprawdza granice, bada stałość reguł i zasad, stawianych przez dorosłych. Ale co najważniejsze: mały człowiek bacznie obserwuje jak najbliżsi reagują na jego krzyk, bunt, płacz i uczy się tych samych reakcji. Mniej lub bardziej świadomie rodzice modelują przyszłe zachowania dziecka. Dobrze jest więc swoim przykładem pokazać, że można być akceptującym wszystkie emocje, cierpliwym, empatycznym dorosłym.

Mówienie „nie”

W pewnym momencie wyraz „nie” staje się dla dorastającego dziecka słowem-kluczem. Odpowiada z uśmiechem „nie” na wszelkie propozycje rodziców, często doprowadzając ich do białej gorączki. Przyczyny i skutki tego są identyczne, jak wymienione w punkcie wyżej. Mały człowiek szybko bowiem zauważa, że ten krótki wyraz działa na dorosłych błyskawicznie i niezawodnie, więc nieświadomie zaczyna sprawdzać różne jego możliwości.

Niechęć do zabiegów pielęgnacyjnych

Spora część dzieci nie przepada za czynnościami związanymi z codzienną higieną. Rodzice zapewne napotykają na różnych etapach rozwoju swojej pociechy trudności przy obcinaniu paznokci i włosów, czesaniu, kąpaniu (szczególnie gdy nadchodzi chwila mycia włosów), smarowaniu kremem, ubieraniu i rozbieraniu. Dziecko może płakać, wyrywać się, uciekać, mówić, że odczuwa ból lub że woda jest zbyt zimna/zbyt ciepła. Są to reakcje zupełnie typowe i wiążą się zazwyczaj z pojawiającą się świadomością własnego ciała oraz z pewną nadwrażliwością sensoryczną (tj. odczuwaniem bodźców jako silniejszych, niż są w rzeczywistości). Warto pamiętać o dwóch sprawach: po pierwsze, te trudności zazwyczaj stopniowo się zmniejszają, a nawet czasem zupełnie znikają. Po drugie, jak niektórzy twierdzą, brudne dziecko to dziecko szczęśliwe. Może to pocieszy choć jednego rodzica główkującego dziś nad kolejnymi kreatywnymi metodami zachęcenia dziecka do wejścia do wanny i pozostania tam na dłużej niż cztery minuty.

Trudności z jedzeniem

Dość często zdarza się, że małe dzieci nie chcą jeść tego, co dorośli. Wybrzydzają, grzebią widelcem w potrawie na talerzu z wisielczą miną. Twierdzą, że akurat mają ochotę na coś zupełnie innego. To zupełnie normalne, że kucharz, którego danie zostało potraktowane jako „niejadalne”, lub co gorsza, „obrzydliwe”, może być po kolejnym takim określeniu u kresu wytrzymałości. Lecz normalne jest też to, że dzieci przechodzą przez różne etapy związane z wyborem potraw. Są dzieci, które w wieku kilkunastu miesięcy jadły z uśmiechem każde danie proponowane przez rodzica (włącznie z jarmużem), a w okolicach trzeciego roku życia – wybierają z talerza tylko ziemniaki lub proszą o kromkę chleba. Są też dzieci, u których dynamika karmienia wygląda zupełnie odwrotnie: od zajadania się jednym produktem do chęci próbowania wszelkich dań. Czasami na preferencje żywieniowe wpływa uczęszczanie do przedszkola lub upodobania rówieśników, ale nie jest to regułą. Nie ma jednej stuprocentowej metody nauczenia dziecka spożywania różnorodnych posiłków z przyjemnością. Najlepiej jest po prostu systematycznie proponować dziecku różne smaki czy składniki dań oraz samemu odżywiać się w sposób różnorodny i zbilansowany.

Dziecko nie mówi „dzień dobry”, „przepraszam”, „dziękuję”, „do widzenia”

Fakt, że kilkulatek nie używa powyższych wyrazów, dla wielu rodziców jest niezrozumiały i nie do zaakceptowania. Sami dają przykład, zachęcają dziecko, tłumaczą jakie to ważne. A wciąż dziecko wchodząc do sklepu milczy jak zaklęte, nie odpowiada na uprzejme słowa skierowane do niego, przyjmuje prezent bez słowa. Rzeczywiście, może to być dla rodzica frustrujące. Ale nie jest niczym dziwnym i nie oznacza, że maluch jest „niewychowany”. Dużo dzieci potrzebuje czasu, żeby zaakceptować normy społeczne – obserwują, słuchają, myślą. Jest to proces uwewnętrzniania zasad (inaczej interioryzacja), który może trwać dość długo i polega między innymi na biernym uczestniczeniu w sytuacjach społecznych.

Trudności w sytuacjach społecznych

Wielu rodziców martwi się, gdy dziecko w sytuacji kontaktu z rówieśnikami lub dorosłymi wstydzi się i długo oswaja. Nie rozpoczyna samo rozmowy, nie podchodzi do innych dzieci, nie bawi się z nimi. Nie reaguje na prośbę i zachęty dorosłych, np. „zaśpiewaj piosenkę, powiedz fajny wierszyk z przedszkola, zatańcz”. Otóż mały człowiek ma do tego pełne prawo. My dorośli również nie czujemy się świetnie w każdej sytuacji społecznej i nie zawsze mamy ochotę brylować w grupie. A do tego nie każda osoba – mała czy duża – jest fantastycznie czującym się w towarzystwie ekstrawertykiem. Tłum ludzi, gwar, zgiełk może zmęczyć i przestraszyć każdego. Dlatego nie należy się dziwić, jeżeli dziecko podczas spotkania rodzinnego woli trzymać się blisko rodziców oraz nie ma ochoty na witanie się ze wszystkimi ciociami i wujkami.

Opieszałość

Tak, dzieci często są powolne. Wykonują nasze polecenia bez pośpiechu. Guzdrają się, nie potrafią skupić się na tym, co mówimy. Zapominają co miały zrobić, trzeba im powtarzać po kilka razy. Bywają trochę ciapowate, potykają się na równej drodze, rozlewają sok na siebie, mażą pół twarzy jogurtem. Gubią zabawki i ubrania. Często myślą o niebieskich migdałach. I znów: dzieci mają do tego pełne prawo. Należy im się z naszej strony cierpliwość, wyrozumiałość, uważność. Czas dzieciństwa powinien być okresem błogiej powolności, badania świata i siebie, popełniania błędów. Unikajmy więc popędzania dzieci, zmuszania ich do ciągłej koncentracji, narzucania szaleńczego tempa wykonywania czynności. I starajmy się uczyć od nich wspaniałej sztuki nicnierobienia – czasami warto pogapić się z dzieckiem na mrówki i chmury, tak po prostu.

Nieprzestrzeganie ustalonych zasad

Często martwimy się tym, że małe dzieci nie słuchają nas, dorosłych. My mówimy, żeby czegoś nie robiły, powtarzamy setki razy – i nic. Maluch nagina reguły, nie reaguje, czasem nawet narażając siebie na niebezpieczeństwo. A przecież rodzic chce dobrze, ostrzega i informuje po to, żeby dziecku zaoszczędzić bólu i rozczarowania. To wszystko oczywiście jest prawdą. Ale prawdą również jest to, że każdy człowiek od samego początku ma w sobie ogromną ciekawość świata i głód wiedzy. Dziecko nieraz łamie reguły i nie słucha rodziców właśnie z tego powodu: pragnie doświadczyć rzeczywistości na własnej skórze. Jest małym naukowcem, a jego laboratorium to najbliższe otoczenie. Rodzice mają niełatwe, ale jakże fantastyczne zadanie – towarzyszyć małemu odkrywcy, stwarzając mu warunki do rozwoju i badania świata, jednocześnie wyznaczając odpowiednie granice.

Przeżywanie lęków, silne uczucia, płacz, upór – to wszystko jest niezbędne, aby dzieci dojrzewały emocjonalnie i społecznie. Aby odkrywały swoją tożsamość i uczyły się reguł funkcjonowania w świecie. Rola rodzica w tym niezwykłym doświadczeniu polega przede wszystkim na wspieraniu, dawaniu nieograniczonej miłości, bliskości, zrozumienia oraz na gotowości do ciągłego tłumaczenia zdarzeń i emocji, które mały człowiek dopiero zaczyna poznawać.

Wiktoria Jaciubek psycholożka rodzinna i psychoterapeutka, pracująca w nurcie systemowym. 

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Psychologia

Jak na co dzień kochać i szanować siebie?

Mądra miłość do siebie to po prostu przekonanie, że zasługuję na szacunek. (Fot. iStock)
Mądra miłość do siebie to po prostu przekonanie, że zasługuję na szacunek. (Fot. iStock)
Różne ścieżki prowadzą do kobiecości – relacja z matką, babką, przyjaciółką… Ale ta najważniejsza droga zaczyna się w twoim sercu. Prawdziwe poczucie więzi z innymi kobietami może dać ci tylko dobry kontakt ze sobą.

Dawno, dawno temu… kobiety, skazane na obcowanie ze sobą w gromadzie, musiały się wspierać, by zapewnić sobie przetrwanie. W wielu kulturach rdzennych i plemiennych starsze kobiety gromadziły wokół siebie młodsze – córki i wnuczki – i dzieliły się mądrością i doświadczeniem. Gdy wspólnoty były małe, żyło się razem – gotowało, wychowywało dzieci, pracowało dla dobra plemienia. Wszystko było wspólne, nikt nie miał więcej. Rywalizacja nie była potrzebna. Dziś, w epoce cywilizacji przemysłowej, konkurujemy ze sobą często równie zaciekle jak mężczyźni, ale coraz częściej tęsknimy za solidarnością kobiet, za byciem razem.

– Podejmując męskie role, kobiety uznają solidarność kobiecą za niebezpieczną, niepotrzebną, hamującą i ograniczającą – uważa socjolog dr Tomasz Sobierajski. – Obserwacje i badania przeprowadzane chociażby w korporacjach pokazują, że mężczyźni nadal potrafią się zjednoczyć we wspólnej sprawie, żeby zdobyć przysłowiowego mamuta, czyli duży łup, natomiast kobiety na polowaniu walczą przeciwko sobie. Stawiają nie na współpracę, tylko na indywidualizm – ja będę najlepsza! Badania pokazują również, że zjawisko „szklanego sufitu”, czyli blokowanie awansu kobietom, generują nie tylko mężczyźni, ale również kobiety, które zdobyły lub wywalczyły więcej i nie chcą się tym dzielić. Oczywiście, jest wiele pięknych przykładów solidarności kobiecej, które pozwalają im uwierzyć w siebie i przetrwać. Jednak ta solidarność kończy się w momencie, kiedy w grę zaczyna wchodzić polityka, władza lub mężczyzna.

W słusznej sprawie

Są jednak chwile, gdy się jednoczymy „w słusznej sprawie” – przeciw dyskryminacji kobiet, w walce o równe prawa, o parytety. Po stuleciach zależności od mężczyzny – ekonomicznej, obyczajowej, kulturowej i prawnej – łączą nas, obok idei samostanowienia o sobie, także zrozumienie dla wspólnych tylko kobietom, związanych np. z biologią, doświadczeń. – To poczucie więzi i solidarności między kobietami, w dużej mierze instynktowne, jest jeszcze ciągle silne w przypadku świata kulturowo przynależnego kobietom – potwierdza dr Sobierajski. – Świata, który dotyka pierwotnych zagadnień, takich jak ciąża, urodzenie i wychowanie dziecka. Silne jest też w przypadku uczucia poniżenia czy porzucenia przez mężczyznę.

Z tęsknoty za bliską relacją z innymi kobietami powstała idea kobiecych spotkań, tzw. siostrzeństwo. Ma ono swój odpowiednik w kręgach kobiet, tworzonych – podobnie jak przed wiekami – przez tzw. Starsze, czyli „kobiety, które wiedzą”. Maria Ela Lewańska, prowadząca kobiece spotkania w kręgu, a także tłumaczka książki „13 Pierwotnych Matek Klanowych”, za kluczową sprawę w kwestii więzi kobiet z kobietami uznaje szacunek do samej siebie. – Jestem kobietą, więc jeśli nie mam szacunku do siebie, to nie mam szacunku do innych kobiet. Jak mam więc odczuwać siostrzeństwo? – pyta Lewańska.

Większość klanowych matek mówi o dobrym traktowaniu siebie. Warto posłuchać mądrych Indianek, bo miłość do siebie to podstawa wszystkich relacji. Jeśli masz kontakt ze swoimi uczuciami, emocjami, wiesz, skąd one się biorą, jesteś świadoma swoich mocnych stron, ale i ograniczeń, to na pewno nie skrzywdzisz świadomie ani siebie, ani nikogo innego.

Święte pięć minut

Jak na co dzień praktykować miłość i budować szacunek do samej siebie? W tym zabieganym świecie, pełnym wyzwań? Bo nie problem usiąść w kręgu i przez godzinę czy dwie być wspierającą dla innych kobiet. Ale jak budować ten szacunek na całe życie, nie na chwilę?

– To jest praca ze świadomością – mówi Maria Ela Lewańska. – Bo właśnie kiedy kobieta jest tak zaganiana, ma na głowie pracę, dom, to jest to jej najbardziej potrzebne.

A pięć minut można znaleźć zawsze. Pięć minut, podczas których nie ma nas dla nikogo. Taki święty czas. Maria mówi, że sama, mimo że urodziła dwoje dzieci, dostrzegła pewnego dnia, że potrzebuje się dowiedzieć czegoś o kobiecości. – I moje myślenie było takie – jak mam się dowiedzieć, co znaczy być kobietą? Od kogo? No przecież nie od mężczyzny! Kto może lepiej ode mnie wiedzieć, kim jestem, co mi jest potrzebne, niż ja sama? – pyta.

I zaleca każdej kobiecie, by dała sobie prawo do tych pięciu minut dziennie, obiecując, że dzięki temu nasza świadomość może się rozrosnąć. A zmiana ta przebudowuje stosunek do samej siebie.

Inna Maria – Maria Rotkiel, psycholog i znana terapeutka par, zgadza się, że jeżeli chcemy utrzymywać dobre relacje z najbliższymi, powinniśmy zacząć od okazania sobie miłości. W swojej książce „Nas troje, czyli rodzinne nastroje” pisze: „Kochanie siebie to pielęgnowanie pozytywnej energii, którą możemy obdarzyć innych. Kochanie siebie nie jest równoznaczne z samozachwytem czy brakiem krytycyzmu wobec siebie. Mądra miłość to po prostu przekonanie, że zasługuję na szacunek. To danie sobie prawa do szczęścia. To wiara w siebie i swój potencjał”. I poleca, by zacząć od prostych rzeczy. Może skorzystasz?

1. Zacznij każdy dzień od jakiejś przyjemności. To może być smaczne śniadanie, posłuchanie ulubionej muzyki w drodze do pracy, założenie ubrania, które lubisz. 2. W ciągu dnia dbaj o chwile odpoczynku, by spokojnie wypić kawę czy pospacerować. 3. Przynajmniej raz w tygodniu spraw sobie jakiś prezent. Cokolwiek, nawet niedrogi drobiazg! 4. Zjedz lunch lub obiad, nie zajmując się pracą i nie myśląc o problemach i obowiązkach. 5. Zaplanuj na wieczór jakąś przyjemność. To może być kolacja z mężem po pracy lub wyjście z koleżankami do kina. 6. Codziennie mów sobie afirmację, czyli swoją mantrę, swoje pozytywne hasło, które poprawia ci nastrój i motywuje. Np. „Dziś wszystko ci się uda”, „Jesteś wyjątkowa i zasługujesz na to, co najlepsze”. 7. Codziennie powiedz sobie też jakiś komplement. Spójrz w lustro, pochwal siebie za coś. 8. Mów bliskim, czego potrzebujesz i co jest dla ciebie ważne. 9. Nigdy nie mów i nie myśl o sobie źle, koncentruj się na pozytywnych myślach i emocjach. 10. Uśmiechnij się do siebie!

  1. Psychologia

W te Święta zadbaj o relacje z samym sobą. Porady psychologa i ćwiczenia

Relacja z samym sobą jest najbliższą, najbardziej intymną i najważniejszą ze wszystkich. (fot. iStock)
Relacja z samym sobą jest najbliższą, najbardziej intymną i najważniejszą ze wszystkich. (fot. iStock)
W Święta zwykle myślimy o innych, często swoim kosztem. Czy nie można tego pogodzić? Obiecujemy sobie, że wreszcie pochylimy się nad ważnymi dla nas sprawami, odpoczniemy, poświęcimy trochę czasu dla siebie… W tym roku, ze względu na okoliczności, mamy na to szansę, większą niż do tej pory. Tym bardziej, że wiele osób spędzi te Święta tylko w swoim towarzystwie. Co zrobić, żeby było nam dobrze z samym sobą? – tłumaczy Katarzyna Szostak, psycholożka z Centrum Psychoterapii Help.

Święta to czas miłości, też miłości własnej, która zwykle „ginęła” w zadowalaniu wszystkich dookoła... Na czym ta miłość do siebie powinna polegać? Po czym, tak naprawdę, możemy poznać, że rzeczywiście kochamy siebie? Łatwiej nam przecież okazywać uczucia innym. Dbanie o relacje z innymi to bardzo ważna kwestia i jeśli już jesteśmy uczeni dbania o relacje, to właśnie o te. Niestety, w mało którym domu czy szkole zwraca się uwagę na budowanie i pogłębianie relacji z samym sobą. A to właśnie ta relacja jest najbliższą, najbardziej intymną i najważniejszą ze wszystkich. W końcu w swoim towarzystwie spędzamy każdy dzień naszego życia. Niestety, częściej jesteśmy uczeni ignorowania swoich potrzeb i emocji niż rozpoznawania ich i zaspokajania, poświęcania się dla innych i krytykowania siebie niż samowspółczucia i opiekowania się sobą. A tutaj działa dokładnie taka sama zasada, jak w przypadku maski tlenowej w samolocie - najpierw zakładamy sobie, potem pomagamy dziecku czy innym. Jeśli nie zadbamy o siebie - zabraknie nam sił, zdrowia i energii do tego, aby zająć się czymkolwiek i/lub kimkolwiek innym.

Miłość do siebie to bycie w kontakcie ze swoimi emocjami i potrzebami, słuchanie ich i zajmowanie się nimi. To podchodzenie do siebie z życzliwością, serdecznością i empatią, umiejętność zaopiekowania się sobą - pocieszania, uspokajania, kojenia, chronienia, ale i stawiania sobie granic czy motywowania siebie.
Miłość do siebie nie polega na zbytnim rozpieszczaniu siebie czy pobłażaniu sobie, ale na wybaczaniu sobie błędów, akceptowaniu swoich niedoskonałości i respektowaniu swoich możliwości i ograniczeń. Taka osoba potrafi w zdrowy sposób zadbać o realizowanie własnych potrzeb - reaguje adekwatnie do sytuacji, jest asertywna, szanuje granice innych, stawia sobie realne, osiągalne cele. Ktoś, kto kocha siebie, jest dla siebie wyrozumiały, ufa sobie i ma oparcie w sobie, traktuje siebie z szacunkiem, podmiotowo, jak najlepszego przyjaciela, ale i bierze odpowiedzialność za siebie, swoje emocje i działania.

Wiele osób, też młodych, spędzi ten świąteczny czas tylko w swoim towarzystwie. Jak mogą zadbać o relacje z samym sobą? Jak budować i pogłębiać taką relację? Zacznijmy od początku, czyli od wchodzenia w kontakt ze sobą, ze swoim ciałem, myślami i emocjami. Pomocne będą bardzo popularne obecnie treningi uważności (mindfulness), medytacja czy treningi akceptacji i zaangażowania (ACT). Na czym one polegają? Przede wszystkim na uważnym byciu „tu i teraz” - byciu w danym momencie z emocjami i myślami, bez osądzania ich i reagowania na nie.

Istnieje całe mnóstwo aplikacji oraz filmów i podcastów w internecie, które pomogą doskonalić tę trudną sztukę. Możesz też skorzystać z prostych ćwiczeń (umieszczonych na końcu artykułu).

Co z naszym psychicznym komfortem w okresie Święta – Nowy Rok? Dużo mówi się o lęku, smutku, samotności… Tymczasem, gdy pojawiają się różne obostrzenia, wielu osobom trudno poradzić sobie emocjonalnie z sytuacją „ograniczenia” (nawet jeśli jest racjonalnie uzasadniona). Widzę, że w takich sytuacjach nawet ostrożni, przezorni ludzie odczuwają często wewnętrzny sprzeciw. Sprzeciw przeciwko ograniczeniom, które trwają tak długo i które często zmuszają nas do zmiany utartych schematów i tradycji jest zupełnie naturalny. Ale cóż możemy z tym zrobić? Możemy się frustrować i skupiać na tym co tracimy, czego nie możemy mieć, co byśmy robili i gdzie byśmy byli, gdyby sytuacja była inna. Możemy, tylko po co to sobie robić? Możemy też skupić się na tym, co jest możliwe i co zyskujemy dzięki tej sytuacji.

Święta to bardzo stresujący okres w roku. Najpierw latamy z szałem w oczach, aby kupić prezenty dla bliższych i dalszych członków rodziny, sprzątamy i gotujemy po nocach, mimo iż w pracy zamknięcie roku często wiąże się z nieco większym nakładem sił, prowadzimy burzliwe dyskusje u kogo spędzamy Wigilię i skomplikowane plany logistyczne odwiedzenia wszystkich, których powinniśmy. Wydajemy mnóstwo pieniędzy, wkładamy ogrom pracy i wysiłku, aby spędzić czas w sposób, który często nie do końca nas satysfakcjonuje i który jest źródłem sporego napięcia - zbyt mało ruchu, zbyt dużo jedzenia, z wujkiem, który nie przestaje mówić o polityce lub teściową, która rzuca kąśliwymi uwagami… Nigdy nie zdarzyło ci się pomyśleć „jak cudownie byłoby wyjechać i uciec od tego wszystkiego”? Jak wtedy spędziłabyś ten czas? Co byś robiła?

Co prawda wyjazd nie do końca jest możliwy, ale już nie uleganie świątecznej gorączce i zadbanie o to, aby okres świąteczno-noworoczny był dobrze spędzonym czasem wolnym - jak najbardziej. Spróbuj docenić to, co możesz odpuścić - choć raz nie muszę wysprzątać mieszkania na błysk, nie muszę przytaszczyć połowy sklepu do domu i spędzić dwóch dni w kuchni. Spróbuj wykorzystać ten czas w sposób, który będzie z korzyścią dla ciebie i twoich bliski - spokojnie, uważnie, na byciu, nie zaś na realizowaniu zadań czy spełnianiu oczekiwań. Zamień „muszę”, „powinnam” na „mogę”, „chcę”, „pragnę”.

Co dobrego możemy zrobić dla siebie? Nie myślę tu rzecz jasna o osobach, które już mają odłożone książki czy filmy i tylko z utęsknieniem czekają na wolne dni… Takie „spokojne Święta”, jak w tym roku, to rzadkość. Jak mądrze wykorzystać ten czas? Jak o siebie zadbać? Wydaje się, że mądrze oznacza w zgodzie ze sobą i swoimi potrzebami - tak, jak podpowiada mi ciało i dusza. Jeśli miniony rok (albo i nie jeden) był dla ciebie bardzo intensywny, pracowity - może warto postawić na sen, odpoczynek i relaks? Nie stawiać żadnych zadań przed sobą na ten czas? Jeśli natomiast masz poczucie, że w ostatnim czasie zaniedbałeś relacje z bliskimi - może warto postawić właśnie na dbanie o nie?

W rozpoznaniu swoich potrzeb bywa pomocne pytanie o cud: wyobraź sobie, że dzień się kończy, kładziesz się do łóżka, a kiedy smacznie śpisz, przydarza się cud - wszystkie twoje trudności znikają, sprawy przyjmują pozytywny obrót, twoje potrzeby zostają zaspokojone. Wyobraź sobie, że wstajesz rano, nie wiesz przecież o cudzie, po czym poznasz, że się wydarzył? Co w tobie i wokół ciebie podpowie ci, że miał miejsce? Co się zmieniło, że teraz możesz się poczuć dobrze? Co zniknęło, a co się pojawiło? Spisz wszystko na kartce.

Postaraj się ułożyć te punkty od najłatwiejszego do najtrudniejszego do wykonania i zadbać o to, aby mogły się zadziać. Część z nich pewnie możesz wykonać od razu, inne będą wymagały czasu.

Innym ćwiczeniem może być odniesienie do bardzo obrazowej metafory Miłosza Brzezińskiego, która mówi o trzech ogrodach życia: praca, dom i rodzina oraz ja, moje hobby i zdrowie. Kiedy pielęgnujemy jeden z ogrodów, pozostałe dwa usychają i zarastają chwastami. Spróbuj wyobrazić sobie, jak te ogrody wyglądają u ciebie. Czy wszystkie są piękne i zielone, czy możesz się cieszyć każdym z nich? Czy może biegasz od jednego do drugiego, starając się zapobiec pożarowi w którymś z nich? A może tylko jeden jest piękny i okazały, a pozostałe stoją w ruinie? Który z twoich ogrodów wymaga opieki? W jaki sposób możesz o niego zadbać w trakcie Świąt?

Możesz też sobie zadać pytanie - o co mogę zadbać, aby w 2021 r. móc się cieszyć trzema pięknymi ogrodami? Jak rozkładać pracę w każdym z nich, aby móc chodzić pomiędzy nimi spokojnie, bez pośpiechu?

Ćwiczenia na budowanie i pogłębianie relacji z samym sobą

Ćwiczenie 1.

Możesz je wykonywać etapami - gdy dojdziesz do wprawy, dołóż kolejne etapy lub przejdź do kolejnego kroku.

Połóż się lub usiądź wygodnie. Zacznij od skupiania uwagi na swoim oddechu, oddychaj głęboko, powoli, równomiernie. Za każdym razem, gdy coś cię rozproszy - ponownie kieruj uwagę na oddech.

W kolejnym kroku spróbuj przeskanować swoje ciało. Skupiaj uwagę po kolei na każdej części ciała. Sprawdź, jakie doznania z niej płyną, jakie odczucia pojawiają się na skórze, poczuj, czy to miejsce jest spięte czy rozluźnione, poczuj jego ciężar lub lekkość.

Na kolejnym etapie staraj się obserwować swoje myśli, pozwól im spokojnie przebiegać przez głowę, obserwuj je, ale nie reaguj na nie. Przyglądaj im się jak chmurom płynącym po niebie.

Fot. iStock Fot. iStock

Ćwiczenie 2.

Kup zeszyt i zacznij prowadzić dzienniczek samoobserwacji.

Każdą kartkę podziela na 4 kolumny:

1. Sytuacja (kto? co? kiedy? gdzie?). 2. Myśli (co do siebie powiedziałeś? jakie myśli, obrazy wspomnienia przyszły ci do głowy?) 3. Emocje (na okładce zeszytu możesz wydrukować listę emocji i sprawdzać, która najlepiej pasuje, możesz zapisywać jej nasilenie na skali 1-10). 4. Reakcja (jak zareagowało twoje ciało? co wtedy zrobiłeś?).

Postaraj się zapisywać w nim jak najwięcej wydarzeń, szczególnie tych, które wydają ci się ważne, czy które wzbudziły silne emocje i rób to tak szybko, jak możliwe. Wieczorem postaraj się jeszcze raz pochylić na notatkami i poszukać analogii oraz ciągów przyczynowo-skutkowych. Czy w podobnych sytuacjach pojawiają się podobne myśli? Czy są to słowa, jakie powiedziałbyś swojej bliskiej osobie w takiej sytuacji? Jakimi emocjami wtedy reagujesz? Jak odpowiada na to twoje ciało? Czy jest coś, co chciałbyś zmienić?

Kiedy już mamy nieco lepszy ogląd, w jaki sposób i jakim językiem do siebie mówimy (najczęściej bardzo krytycznym, karcącym, oceniającym) oraz jakie emocje (często lęk, smutek, wstyd, poczucie winy, złość, bezsilność) i reakcje ciała to wywołuje (np. ściskanie żołądka lub gardła, trudność ze wstaniem z łóżka, wycofanie, ucieczka, płacz, etc.), możemy podjąć kroki w kierunku poprawy sytuacji.

Ćwiczenie 3.

Staraj się obserwować tego okrutnego wewnętrznego krytyka czy niezwykle wymagający głos i nie rozwijać go, nie nakręcać się w nim, a wchodzić z nim w polemikę, podważać, kwestionować, buntować się przeciwko niemu. Powiedź sobie, np.: „Przestań już! Każdy czasem jest zmęczony i mu się nie chce!”, „No trudno, będzie tak nieidealnie i świat się przecież nie zawali”, etc. A następnie postaraj się zmieniać ten nieprzychylny głos w bardziej łagodny i serdeczny. Co byś w tej sytuacji powiedziała swojej przyjaciółce? Jak byś ją wsparła, pocieszyła, uspokoiła albo zmotywowała? I w taki życzliwy, wyrozumiały sposób zwróć się do siebie.

Możesz też siebie zapytać, czego byś teraz potrzebowała, aby poczuć się lepiej. Co przyniesie mi komfort fizyczny? Co musiałoby się zadziać, abym poczuła się inaczej? I spróbuj zadbać, aby to sobie dać.

Katarzyna Szostak: psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Tytuł magistra psychologii uzyskała na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, gdzie ukończyła również Podyplomowe Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii. Absolwentka Profesjonalnej Szkoły Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia. Bierze udział w licznych kursach i szkoleniach, obecnie kształci się w Studium Pomocy Psychologicznej dla Par IPZ oraz robi Kurs Terapii Schematu w Centrum CBT. Swoją pracę poddaje regularnej superwizji.

  1. Psychologia

Wewnętrzne dziecko - jak o nie zadbać, by nie wyprowadziło nas na manowce?

Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Mity dotyczące dzieci są różne. Ale najważniejszy odnosi się do dziecka wewnętrznego. To dzięki zadbaniu o nie mamy mieć szansę na żywą uczuciowość, spontaniczność, kreatywność, czyli na udane życie. Ale dziecko wewnętrzne może nas też wyprowadzić na manowce, a nawet nam zaszkodzić. Kiedy tak się dzieje – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dziecko wewnętrzne pojawia się w teoriach i wypowiedziach wielu psychologów. Jesteśmy zachęcani do tego, by się nim zajmować, stwarzać warunki do wyrażenia siebie.
Wewnętrzne dziecko jest tą częścią ja, czyli naszego psychicznego oprogramowania, która jest z natury spontaniczna, uczuciowa, wrażliwa, twórcza, ufna i kochająca. W swoim postępowaniu – jak to dziecko – kieruje się zasadą: „chcę – nie chcę”, „podoba mi się – nie podoba mi się”. Jest więc świadome swoich chwilowych preferencji. Można powiedzieć, że same plusy. Ale nadmiernie aktywne, niemitygowane niczym, wewnętrzne dziecko w życiu dorosłej osoby może narobić wielkiego zamieszania. Tym bardziej, że niezmiernie rzadko się zdarza, aby wewnętrzne dziecko przetrwało w nas do dorosłości w niewinnym, nieznerwicowanym stanie. Niestety, rodzice, krewni, wychowawcy, duchowni i nauczyciele – prawie na pewno – je spacyfikują i upokorzą albo zarażą wstydem, lękiem i poczuciem winy. Dobrze skalę tego zjawiska ilustruje amerykański dowcip rysunkowy: sala widowiskowa, a na niej tylko dwie poczciwie wyglądające osoby i wielki baner: „Doroczna konwencja dzieci normalnych rodziców”.

To bardzo zabawne, ale i straszne. Uświadomiłeś mi, że właściwie wszyscy, których znam, mieli, powiedzmy, trudnych rodziców!
I w tej sytuacji idea wewnętrznego dziecka nabiera szczególnej wagi. Jej funkcją jest zwracanie powszechnej uwagi na dzieciństwo jako na kluczowy okres w życiu człowieka, w którym określają się, kształtują podstawowe wymiary naszego losu, zręby charakteru i podstawowa strategia przeżycia wśród ludzi. Wszystko to prawda. Lecz wydaje się, że we współczesnej popularnej psychologii i obyczajowości zaczyna obowiązywać wręcz kult wewnętrznego dziecka. A to pociąga za sobą deprecjonowanie, zanikanie naturalnego procesu psychicznego, czyli procesu dojrzewania człowieka.

Kultura każe nam dbać o to, byśmy się nie postarzeli, a z tym kojarzy się nam dorosłość. No więc mamy 50 lat, ale nadal nosimy T-shirty, trampki i wszystko wydajemy na gadżety, ciuchy albo na różne ekscytujące zabawy singli.
Doroślenie nie jest dziś trendy. Konsekwencje tego stanu rzeczy są wielorakie. Jedną z nich jest niezdolność do brania odpowiedzialności za innych – co może się wiązać z coraz bardziej powszechną niechęcią do posiadania prawdziwych, „zewnętrznych” dzieci.

Ale też psychoterapeuci zachęcają, by się zastanowić, czy na pewno chcemy zostać rodzicem, czy to może nasze wewnętrzne dziecko domaga się miłości i troski? No i patrząc na to, co niektórzy wyprawiają ze swoimi dziećmi, łatwo dojść do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby skorzystali z podpowiedzi terapeutów i jednak zajęli się sobą, a nie brali do rodzicielstwa.
Na wstępnym etapie usamodzielniania się i dojrzewania odblokowanie i dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne. Pozwala odzyskać – spacyfikowany przez błędy wychowawcze i edukacyjne – twórczy potencjał, uczuciowość, umiejętność zabawy, spontaniczność, energię i zdolność do empatii. To zaś jest niezbędne dla naszego dalszego harmonijnego dojrzewania i przyszłej, pełnej samorealizacji. Co więcej, dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka pomaga nam zrozumieć potrzeby naszych ewentualnych przyszłych dzieci. Ale warto pamiętać, że skupianie się na wewnętrznym dziecku ma być tylko etapem na drodze do dojrzałości. Dlatego najlepiej, możliwie jak najprędzej, zaczynając od wewnętrznego dziecka, zacząć stawiać sobie wymagania i mądre granice. W przeciwnym razie – podobnie jak to się może wydarzyć w relacji z prawdziwym dzieckiem – wyhodujemy rozkapryszonego tyrana, który rozwali nam życie, powodując nieustanny chaos i zagłuszając coraz to nowe, sprzeczne potrzeby. Wewnętrzne dziecko jako mały tyran pochłania tyle naszego czasu i energii, że z pewnością stanie się konkurencją dla posiadania realnego dziecka.

A więc trzeba okazać miłość, akceptację i czułość sobie, czyli swojemu wewnętrznemu dziecku, ale potem także dowiedzieć się, jak je dobrze wychować?
Jeśli nasze wewnętrzne dziecko zostało bardzo poranione przez bolesne i trudne doświadczenia naszego dzieciństwa, tę naukę najlepiej pobierać w formie psychoterapii. Zaniedbując tę drogę edukacji, odrzucając ją czy lekceważąc, sprawimy, że nasze wewnętrzne dziecko dostanie od nas albo taką samą edukację, jaką my dostaliśmy kiedyś od naszych rodziców i opiekunów, albo dostanie od nas coś, co będzie tego, co my doświadczyliśmy w dzieciństwie, skrajnym przeciwieństwem. A wówczas, starając się je „wychować”, będziemy całkowicie negować rodzicielski model znany nam z domu rodzinnego i nie postawimy mu żadnych granic, żadnych zasad, żadnych wymagań. I tak wylejemy dziecko z kąpielą. Znów nie damy sobie, dziecku wewnętrznemu, tego, czego nam najbardziej brakowało, gdy byliśmy dzieckiem. Jest niemalże regułą, że gdy wewnętrzne dziecko jest ciężko doświadczone, boleśnie poranione i naznaczone odrzuceniem, to dorosła część naszego ja także je odrzuci, będzie nim gardzić, nienawidzić go i niszczyć na różne sposoby. Dlatego też to psychoterapia jest najważniejszą formą właściwej opieki nad dzieckiem wewnętrznym.

 

Mówisz pewnie do tych z nas, którzy wciąż tylko dokręcają sobie śrubę, podnoszą poprzeczkę, wciąż uważają, że za mało osiągnęli, że nie zasłużyli, że jeszcze muszą coś więcej zdobyć.
Tak, to ci, którzy biorą swoje wewnętrzne dziecko w karby, nadmiernie wymagają od siebie, za dużo pracują, są nadodpowiedzialni. Często wpadają w pracoholizm lub wycofują się z życia i uzależniają od różnych toksycznych substancji, ideologii czy przynależności. Ale coraz liczniejszą grupę pośród tych, którzy źle się zajmują i źle się troszczą o swoje wewnętrzne dziecko, stanowią ci, którzy idą na oślep w drugą stronę i chcąc wynagrodzić swojemu wewnętrznemu dziecku trudne dzieciństwo, ból i upokorzenie, brak miłości czy akceptacji, rozpuszczają je i rozkapryszają, nie stawiając żadnych granic i niczego nie wymagając. Wbrew pozorom obie te postawy są równie groźne dla naszego życia i dojrzewania. Brak im umiaru i zrozumienia, na czym tak naprawdę dojrzewanie polega.

Tutaj kłania się znana koncepcja Zygmunta Freuda – w latach 70. ubiegłego wieku zmodyfikowana przez Erica Berne’a – mówiąca o tym, że aby nasze dojrzewanie przebiegało prawidłowo i żebyśmy nadawali się do życia w świecie dorosłych, oprócz wewnętrznego dziecka i wewnętrznego rodzica konieczne jest rozwinięcie trzeciej, najważniejszej, części naszego ja, zwanej wewnętrznym dorosłym.

Czym wewnętrzny dorosły różni się od wewnętrznego rodzica i od dziecka?
Jest to ta część w nas, która potrafi być bezstronnym obserwatorem i narratorem naszego życia i postępowania. Ta część, która jest zdolna do podejmowania autonomicznych i odpowiedzialnych decyzji, a także spełniająca funkcję skutecznego mediatora w wiecznym konflikcie pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem. Wewnętrzny dorosły kieruje się bowiem zasadą: wybieram – decyduję – odpowiadam. Posiada więc zdolność do świadomego kierowania swoim postępowaniem w zgodzie z okolicznościami, a nie z przyzwyczajeniami, nawykami czy przekonaniami. Wewnętrzny dorosły potrafi nawet – gdy trzeba – przekraczać swój własny charakter, być wolnym od swojej ulubionej strategii życiowej. A więc nie zawsze reaguje na zagrożenie ucieczką czy agresją. Jest wolny zarówno od rodzicielskiej zasady powinności i obowiązku, jak i od dziecięcej zasady: chcę – nie chcę. Wewnętrzny dorosły podejmuje własne, niezależne decyzje, tak by osiągnąć najlepszy efekt swoich działań. Dziecko i rodzica traktuje jak – wprawdzie zawsze pokłóconych – ale użytecznych doradców.

Kiedy tak o nim opowiadasz, wewnętrzny dorosły wydaje mi się bardzo potrzebny, zwłaszcza jeśli chcemy w życiu coś osiągnąć i uniknąć niepotrzebnych kłopotów.
Właśnie. Dlatego póki nie wykształcimy w sobie tej części, która nazywa się dorosłym, nie możemy uświadomić sobie, co niedobrego dzieje się w naszym życiu. W dodatku żyjemy w wewnętrznym konflikcie, napięciu i lęku. By zarządzać nadaktywnym lub wycofanym dzieckiem, a także zbyt represyjnym i okrutnym lub bezgranicznie opiekuńczym rodzicem, niezbędny jest choćby zaczątek wewnętrznego dorosłego. Podobnie jest on nam konieczny do tego, byśmy mogli zachowywać się i odczuwać zgodnie z okolicznościami. A wracając do wątku świadomego rodzicielstwa – dopiero wtedy, gdy wewnętrzny dorosły urealni się i znajdzie w dobrym kontakcie z rzeczywistością, dopiero gdy pozna swoje ograniczenia i mocne strony, będzie mógł podjąć w pełni odpowiedzialną decyzję w sprawie rodzicielstwa.

Właśnie! Może wtedy uda się mu tak wychować dzieci, by te nie musiały zbierać się do kupy na psychoterapii.
Większość z nas ma niepozałatwiane sprawy związane z wewnętrznym dzieckiem i jest uwikłana w jego neurotyczne lęki, neurotyczną omnipotencję – czyli wiarę w nieograniczoną, nierealną moc.

Mimo tej niedojrzałości dzieci nam się na szczęście przydarzają, inaczej ludzkość przestałaby istnieć – czasami nawet na mocy jakiejś na poły świadomej decyzji. Wtedy jednak są od razu siłą rzeczy włączone w naszą niedokończoną wewnętrzną rozgrywkę pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem.

Na czym ta rozgrywka między wewnętrznym rodzicem a wewnętrznym dzieckiem polega? Jak wpływa na życie realnych dzieci?
Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest nadopiekuńczy, straszy nas światem lub/i rozpieszcza oraz uzależnia, to siłą rzeczy nasze realne dziecko będziemy traktować w podobny sposób. Tacy też byli nasi rodzice, opiekunowie z dzieciństwa. Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest z naszym wewnętrznym dzieckiem w wyniszczającej relacji, to wtedy jest wysoce prawdopodobne, że nasze realne dziecko zostanie przez nas w jakiś sposób – zazwyczaj nieświadomie – skrzywdzone. W obu sytuacjach dziecko jest przez rodziców obsadzone w dramacie rozgrywającym się w ich wewnętrznym teatrze. W tym sensie prawie wszyscy – wyjątki są bardzo nieliczne – bezwiednie traktujemy dzieci instrumentalnie. Mieć i wychowywać dzieci z nieegoistycznej potrzeby sprowadzenia na ten świat jakiejś potrzebującej tego istoty, dbania tylko o to, by w pełni mogła rozwinąć swój niepowtarzalny potencjał, niezależnie od naszych rodzicielskich ambicji, potrzeb, zranień i wyobrażeń – to ideał niezwykle trudny do zrealizowania. Wymaga bowiem od rodziców całkowitego przekroczenia ich egocentryzmu.