1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jakie mechanizmy obronne stosujemy, żeby „zagłuszyć” niską samoocenę?

Jakie mechanizmy obronne stosujemy, żeby „zagłuszyć” niską samoocenę?

Samoutrudnianie, projekcja, krytykanctwo – to podstawowe mechanizmy, którymi maskujemy niskie poczucie własnej wartości (fot. iStock)
Samoutrudnianie, projekcja, krytykanctwo – to podstawowe mechanizmy, którymi maskujemy niskie poczucie własnej wartości (fot. iStock)
Osoby o niskiej samoocenie stosują cały arsenał broni, która pozwala odciąć się od swoich rzeczywistych potrzeb i uczuć. Sabotują własne ewentualne sukcesy, przypisują swoje wady innym ludziom, całą energię inwestują w zaspokajanie potrzeb innych. Wszystko po to, by przypadkiem nie skonfrontować się z zaniżonym wyobrażeniem o sobie, z łatkami przypiętymi w dzieciństwie: „ty leniuchu”, „ty gamoniu”, „ty nieudaczniku”.

Jednym z modelowych mechanizmów obronnych stosowanych przez osoby niepewne swojej wartości/kompetencji jest tzw. strategia samoutrudniania. Polega ona na tym, że w pewien sposób utrudniamy sobie wykonanie zadania lub osiągnięcie celu. Tak kształtujemy daną sytuację, że minimalizujemy szansę odniesienia sukcesu. Dla przykładu, student zamiast przygotowywać się do egzaminu, nadrabia wszelkie domowe obowiązki: sprząta, idzie po zakupy, gotuje. Osoba, która ma przed sobą ważną rozmowę kwalifikacyjną, nie skupia się na swoim CV i możliwym przebiegu spotkania, tylko idzie na całonocną balangę.

Oczywiście każda z tych osób w razie niepowodzenia dysponuje starannym i wiarygodnym pakietem usprawiedliwień. No bo przecież egzamin z pewnością by zdała, gdyby jeszcze miała jeden dzień na naukę, a rozmowa kwalifikacyjna nie poszła pomyślnie jedynie ze względu na nieprzespaną noc. Przeszkód może być całe spektrum. Łączy je jedno – nigdy nie wiążą się z brakiem zdolności osoby stosującej strategię samoutrudniania. Ta strategia pozwala zrzucić odpowiedzialność za ewentualne niepowodzenie na czynniki zewnętrzne, daje złudne wrażenie, że jeśli tylko zechcę, mogę osiągnąć wszystko.

Balowałam, ale dałam radę

Takie sabotowanie własnych działań pozwala bronić poczucia własnej wartości. Owszem, nakazuje przyznać się do pewnych słabości (np. spóźnialstwa, bałaganiarstwa czy bagatelizowania niektórych spraw), ale tylko takich, którym przypisujemy małą wagę w stosunku do całego obrazu samego siebie. Jednocześnie pozwala zachować pozytywne mniemanie o sobie w obszarach, które mają duże znaczenie w kontekście poczucia własnej wartości jak np. kompetencje zawodowe, zdolności, talenty, inteligencja.

Co więcej, samoutrudnianie może wywindować poczucie własnej wartości w sytuacji, gdy mimo sabotowania różnych działań, uda nam się osiągnąć sukces. Myślimy wtedy: „Zobaczcie, całą noc ostro balowałam, a mimo to wypadłam na rozmowie rewelacyjnie. Zdolna ze mnie babka”. To jest chwila, kiedy błyszczymy, przekonani, że w oczach innych ludzi zaprezentowaliśmy się jako wartościowa osoba.

Strategia samoutrudniania wydaje się kuszącym sposobem radzenia sobie w sytuacjach zadaniowych, kiedy nie jesteśmy pewni, jaki rezultat osiągniemy. Na dłuższą metę nie jest jednak konstruktywna i uderza w nas samych. Zamiast bowiem koncentrować się na zadaniu/celu, całą naszą energię kumulujemy w działaniach dywersyjnych. W efekcie uszczuplamy swoje szanse na osiągnięcie sukcesu. A jeśli nawet uda nam się go osiągnąć, to tak do końca nie wiemy, czemu go zawdzięczamy.

Co złego, to nie ja

Innym mechanizmem, który roztacza zasłonę dymną nad własną niską samooceną, jest projekcja. Chodzi o przypisywanie swoich uczuć, emocji, intencji lub zachowań innym ludziom. To również rzutowanie na innych swoich wad i słabości. Przykładowo, zazdroszczę koleżance z pracy jej sukcesów, ambicji i woli walki o siebie. Moją reakcją na jej kolejne zwycięstwa jest cały wachlarz niedojrzałych i nieakceptowanych zachowań typu oczernianie, podkopywanie jej autorytetu i kompetencji etc. Jednocześnie, aby nie dopuścić do siebie myśli, że zachowuję się w niewłaściwy sposób, przypisuję własne intencje owej koleżance. Czyli w naszym mniemaniu to właśnie ona jest zazdrośnicą, która notorycznie stosuje zagrania nie fair, idzie po trupach do celu, nie zważa na innych. To taka rozpaczliwa obrona własnej, i tak już niskiej, samooceny. Reakcja na strach przed konfrontacją z własnymi słabościami, wadami, niemocą.

Bardzo często stosowanym „mechanizmem ucieczki” jest skupienie się na innych, przy jednoczesnym zaniedbywaniu siebie. Cała uwaga i energia życiowa skoncentrowana jest na potrzebach otoczenia – dzieci, krewnych, współpracowników. A wszystko po to, by zdobyć kolejne porcje „głasków”, by zasłużyć na akceptację otoczenia. To ma zapełnić pusty krater, jaki wyrył się w sercu danej osoby jeszcze w dzieciństwie. W sercu tej plączącej się, głupiej, gamoniowatej, nieudolnej... Spełnianie potrzeb innych w życiu dorosłym można przyrównać do dziecięcego rysowania obrazków po to, by otrzymać od rodziców uwagę, dobre słowo, pochwałę. Nieustanne skupianie się na innych to także próba ucieczki od samej siebie, odgrodzenie od ewentualnej konfrontacji z pytaniami: „Czego tak naprawdę mi potrzeba?”, „Kim jestem?”, „Czy naprawdę jestem bezwartościowa?”, „Dlaczego sądzę, że jestem gorsza od innych?” etc.

Osoby charakteryzujące się niskim poczuciem własnej wartości chowają się też za pesymistycznym obrazem świata i innych ludzi. Każdy jest jakoś „wybrakowany”, nieudolny, niezdolny do osiągnięcia sukcesu. Z tego rodzi się niewiara w swoich bliskich i wymierzony w nich krytycyzm. Ten brak nadziei i kasandryczne podejście do rzeczywistości działa niestety niekorzystnie na otoczenie i niejednokrotnie torpeduje działania innych.

Jak działa mechanizm obronny?

Przedstawione powyżej mechanizmy są przykładowe i nie wyczerpują całej gamy strategii obronnych. Jaki mają sens? Czy są skuteczne? Ich głównym zadaniem jest ochrona przed konfrontacją z niską samooceną. Są niczym kask dla naszej psychiki, ratują ją przed rozsypaniem się na kawałeczki. Poprawiają komfort życia i pozwalają zmierzyć się z wszelkimi sytuacjami kryzysowymi. Nie rozwiązują jednak źródła problemu i odwracają uwagę danej osoby od pracy nad sobą. Są niczym lek przeciwbólowy – łagodzą objawy, ale nie leczą choroby.

Trzeba dodać, że wszystkie opisane wyżej mechanizmy obronne są stosowane nieświadomie. Owszem, pacjenci dostrzegają w swoich zachowaniach pewną powtarzalność, jakiś utrwalony wzorzec. Mają też świadomość, że to co robią, stoi w opozycji do tego, czego tak naprawdę ich dusza łaknie. Jednakże nie są w stanie samodzielnie zrozumieć i skontrolować stosowanych mechanizmów. To właśnie podczas terapii dowiadują się jak one działają, po co psychika je stosuje, jakie skutki rodzą w konkretnych sytuacjach etc.

Urealnij samoocenę

To powolny, żmudny proces. Nie chodzi o to, by pacjenta jednym cięciem oddzielić od dotychczasowych sposób radzenia sobie ze słabością, krytyką czy wyzwaniami. To mogłoby okazać się szkodliwe dla jego psychiki. Chodzi raczej o to, by nauczyć go zarządzać mechanizmami obronnymi. Niech dostrzega je odpowiednio wcześnie, by móc zastosować inne, prorozwojowe narzędzie, jeśli w danym momencie, jest do tego zdolny. Oczywiście jednocześnie uczymy taką osobę odkrywać własne potrzeby i komunikować je wprost, a także krok po kroku urealniamy jej samoocenę. Wszak to ona stanowi źródło problemu. Przepracowujemy m.in. wszelkie przekonania na własny temat zakorzenione w dzieciństwie jak np. „Jesteś do niczego”, „Jesteś głupia”, „Jesteś nieukiem”. Staramy się uruchomić pierwiastek obronny na takie stwierdzenia w miejsce dotychczasowej uległej zgody („A właściwie dlaczego ja jestem niby taka głupia?”, „Co mogłabym odpowiedzieć matce/ojcu/babce na taki zarzut?”, „Jak bym chciała się zachować w sytuacji, gdy ktoś mnie deprecjonuje?” itd).

Kiedy już pacjent zna swoje potrzeby i swoją wartość oraz wie, jak chciałby się zachować w sytuacjach x,y,z, pora na działanie. I tu już zaczyna się codzienna praca danej osoby – trudna i niosąca coraz to inne wyzwania, ale także dająca wiele satysfakcji i poprawiająca komfort życia.

Agnieszka Paczkowska obecnie zajmuje się psychoterapią indywidualną osób dorosłych w Centrum Probalans w Warszawie. Jest absolwentką Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie na kierunku psychologia kliniczna oraz Szkoły Psychoterapii Ośrodka INTRA, posiada certyfikat Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przyjrzyj się swojej samoocenie – 10 wskazówek

Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Jak poprawić swoją samoocenę? - Jeśli zaniżona samoocena nie jest u ciebie dużym problemem, możesz popracować z nią sama. Jeżeli jednak czujesz, że mocno cię ogranicza, warto skorzystać z pomocy eksperta. (fot. iStock)
Gdy pracujemy nad samooceną, odpowiadamy sobie na pytania: „Kim jestem?”, „Jak się z tym czuję?”. Niska samoocena oznacza negatywną ocenę siebie i płynące z tego złe samopoczucie. Jak to zmienić?

Źle się oceniamy zazwyczaj wtedy, gdy zraniona została nasza wrażliwość. Ktoś nas skrytykował, obraził, zawstydził, przestraszył, obwinił. I teraz my, w sposób często podświadomy, cały czas źle się z tym czujemy, bo cudzą opinię, czyjeś emocje wzięliśmy za własne. Teraz działamy jak automat, odtwarzając dawne sytuacje, bo wyparte emocje domagają się uwolnienia. Jeśli tego nie podejmujemy, nie uzdrawiamy tych emocji, zachowujemy się autodestrukcyjnie. Praca nad stłumionymi emocjami wymaga ukierunkowanej pracy wewnętrznej i często potrzebna jest tutaj pomoc psychoterapeuty... Co można zrobić samemu? Jak wpłynąć na podniesienie swojej samooceny?

1. Bądź świadomy swoich emocji i nastrojów. Zidentyfikuj swoje lęki, smutki, gniew.

2. Opiekuj się sobą. Rób to, co dla ciebie dobre. Jeśli czujesz, że potrzebne jest ci na przykład towarzystwo ludzi, wyjdź do nich. Jeśli dokucza ci nadwaga, zajmij się swoją dietą i sportem. Jeśli boisz się czegoś, sprawdź dlaczego tak się dzieje i podejmij wyzwanie.

3. Zidentyfikuj wyzwalacze niskiej samooceny. Zastanów się kto i kiedy skrytykował cię i przypomnij sobie jak cię to zabolało. Następnie odpowiedź sobie na pytanie, jakie dzisiaj ponosisz tego konsekwencje. Czego nie robisz, czego się nie podejmujesz z tego powodu?

4. Zmień zachowania. Kiedy czujesz, że niska samoocena hamuje cię lub popycha do zachowań, które nie są dla ciebie dobre (na przykład unikanie ludzi bądź roszczenia w relacjach) – zatrzymaj się. Skorzystaj z technik relaksacji, medytacji, ćwiczeń oddechowych. One cię zdystansują do uczuć, które dzisiaj są już nieaktualne. Przestaniesz działać pod wpływem dawnych impulsów. To pozwoli ci podjąć nowe zachowania.

5. Rozwijaj nowe umiejętności. Jeśli na przykład bardzo lękasz się samotności, bo ktoś cię kiedyś opuścił, ćwicz rozkoszowanie się swoim towarzystwem, ćwicz bycie samej. To może boleć na początku, potem jednak pojawi się poczucie własnej mocy. Gdy się boisz ciemności, zgaś światło a zobaczysz, że wcale nie jest tak ciemno.

6. Wyrażaj uczucia. Lękasz się czegoś? - Powiedz o tym. Szczere, jasne wyznanie, np.: „Jestem nieśmiała” lub „Boję się, że mi się nie uda, bo to dla mnie nowe”, otworzy serca tych, którzy zechcą ci pomóc.

7. Myśl opcjonalnie. Przekonania typu - to już koniec, albo - albo, nie ma wyjścia - zwykle są bezpodstawne. Zawsze jest trzecie wyjście i często ono właśnie jest dla nas najkorzystniejsze. Ćwicz się w elastyczności, myśl w odcieniach szarości.

8. Powiedz „nie”. Tym, którzy cię ograniczają, tym, z którymi się nie zgadzasz. Powiedz „nie” fałszowi wokół ciebie, nadużyciom, temu, z czym chcesz się pożegnać.

9. Bądź w kontakcie ze swoim ciałem. Wszystkie emocje są w ciele. Poprzez praktykę uważności możesz je rozszyfrowywać i twórczo wykorzystywać. Złość popchnie cię do działania a smutek otworzy na radość.

10. Bądź otwarty. Otwórz zmysły na to, co do ciebie dociera. Słowa ludzi, zdania przeczytane w książkach. Badaj co w związku z nimi czujesz. To, co z tobą „rezonuje”, jest ważne.

  1. Psychologia

8 kroków do zbudowania świadomej samooceny

Przedstawiamy 8 prostych kroków do zbudowania świadomej samooceny. (Fot. iStock)
Przedstawiamy 8 prostych kroków do zbudowania świadomej samooceny. (Fot. iStock)
Znasz swoją wartość i umiesz korzystać z wewnętrznej mocy? Potrafisz wyciągać wnioski z życiowych doświadczeń i szanujesz lekcje, jakie dostajesz od losu? Masz odwagę marzyć i realizować marzenia? Oto 8 kroków do zbudowania świadomej samooceny.
  1. Weź odpowiedzialność za swoje życie

Czasami łatwiej uwierzyć, że szczęście zależy od warunków zewnętrznych lub od konkretnej osoby. Jeśli coś nie układa się tak, jak tego chcemy, łatwo obwiniać okoliczności życiowe albo innych ludzi. Większym wyzwaniem jest wzięcie odpowiedzialności za swoje życie i wszystkie podejmowane decyzje, bez obwiniania siebie za niepowodzenia.

  1. Wyciągaj wnioski z doświadczeń

Każda trudna sytuacja jest okazją do wzmocnienia poczucia własnej wartości. Staraj się podchodzić refleksyjnie do tego, co ci się przydarza. Jeśli traktujesz doświadczenia jak lekcje i odczytujesz zawarte w nich nauki, będziesz wychodzić zwycięsko z każdej sytuacji.

  1. Zrewiduj swoje przekonania

Życie potrafi uczyć poprzez kontrasty. Dostajemy to, czego nie chcemy, żeby łatwiej było nam poczuć to, czego pragniemy. Aby nie powtórzyć po raz kolejny podobnego doświadczenia, poznaj przekonania, które mogły przyciągnąć daną sytuację. Czas na zmianę tych, które już ci nie służą. Dla przykładu, jeśli jesteś niezadowolona z pracy, bądź świadoma, że to nie wina szefa oraz tego, co w tej pracy wykonujesz. Dzięki „nielubianemu zajęciu” możesz poczuć, czego tak naprawdę chcesz

  1. Bądź wdzięczna

Praktykuj świadomość pełni, czyli doceniaj to, co już masz. Zamiast narzekać na brak czegoś, poczuj wdzięczność za wszystkie dobre sytuacje, których doświadczyłaś. Za przyjaźnie z ludźmi i piękne chwile z bliskimi. Doświadczaj stanu obfitości. Ciesz się z samego faktu, że żyjesz i możesz doświadczać życia. Szczęście to stan, który nie jest uwarunkowany przez świat zewnętrzny, ale przez to, jak się czujesz sama ze sobą, a dopiero następnie ze światem.

  1. Kochaj siebie

Zbuduj pozytywną relację z samą sobą. Bo jeśli kochasz siebie, potrafisz kochać innych. Nie czekaj zatem na komplementy od bliskich, ale sama mów je sobie codziennie. Dbaj o komfort ciała, relaks, zdrowe jedzenie i dobry sen. Choćby na 10 sekund połóż dłoń pośrodku klatki piersiowej. Poczuj swój oddech i przywitaj się w myślach z własnym sercem. Podziękuj mu za to, że pracuje dla ciebie 24 godziny na dobę. Spróbuj również od czasu do czasu sprawiać sobie prezenty, niekoniecznie materialne. Może to być chociażby wieczorne patrzenie w gwiazdy, słuchanie ulubionych utworów czy zapisanie się na masaż.

  1. Bądź uczciwa wobec siebie

Jeśli czujesz, że nie masz na coś ochoty, ale jednocześnie nie chcesz kogoś urazić lub zawieść, zatrzymaj się. Posłuchaj wewnętrznego głosu intuicji oraz uświadom sobie reakcję ciała. Jeśli zdecydowanie podpowiadają ci, aby nie iść na spotkanie towarzyskie, firmową imprezę lub cokolwiek innego – działaj w zgodzie ze sobą. Jeżeli robisz wiele rzeczy, które nie dostarczają ci pozytywnych emocji, możesz szybko poczuć zmęczenie i frustrację. Nie musisz godzić się na coś tylko dlatego, że tak wypada. Angażuj swój czas i energię w to, co jest dla ciebie wartościowe, co sprawia, że rosną ci skrzydła i czujesz się zainspirowana.

  1. Nie odwlekaj ważnych spraw

Jeśli często załatwiasz ważne sprawy w ostatniej chwili, zapytaj siebie: Dlaczego przeciągam coś, co mogę zrobić wcześniej? Czy robię to ze strachu przed niepowodzeniem? A może z lęku przed nieznanym? Odwlekanie ważnych spraw jest jak dokładanie kamieni do ciężkiego plecaka. Po jakimś czasie jest już tak przeładowany, że utrudnia codzienne funkcjonowanie. Problemy nie znikną, dopóki nie podejmiemy działania. Zrób listę odkładanych od dawna spraw. Wybierz na początek pięć najważniejszych, zdecyduj, od której zaczniesz swój program nieodwlekania.

  1. Żyj w równowadze

Traktuj siebie jak najlepszą przyjaciółkę, z którą spotykasz się regularnie i jest to bardzo pozytywne oraz inspirujące doświadczenie. Jeśli nie ma w twoim życiu równowagi między kontaktem z innymi oraz kontaktem z samą sobą, możesz odczuwać frustrację i rozdrażnienie. Nasza kobieca natura domaga się, abyśmy celebrowały kontakt z samymi sobą na równi z kontaktem z innymi ludźmi. Sprawdź zatem, czy w twoim życiu istnieje równowaga w tej kwestii.

Ćwiczenie: Namierz swoje marzenie

Wybierz jedno marzenie, z którym będziesz pracować. Wyobraź sobie, że ono właśnie się spełnia. Jeśli jest to świetna praca, zobacz siebie w tym miejscu, zadowoloną i spełnioną. W trakcie widzenia tych pozytywnych wyobrażeń skup się na swoich emocjach. Jakie myśli pojawiają się w twojej głowie? Oddychaj głębiej. Obraz, jaki widzisz pod powiekami, jest coraz bardziej realny. Wyobraź sobie, że ty z wymarzonej rzeczywistości przekazujesz sobie, siedzącej na krześle, ważną wiadomość w postaci paczki. Może ona zawierać jakiś przedmiot, list, kartkę ze zdaniem. To symboliczna wskazówka dotycząca spełnienia marzenia. Na koniec zapytaj siebie, czy to marzenie jest tym, czego pragnie twoje serce.

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Psychologia

Technika Pomodoro, czyli jak nie marnować czasu?

Pomodoro to jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem. (Ilustracja: iStock)
Pomodoro to jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem. (Ilustracja: iStock)
Jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem pochodzi z Włoch. Pomaga podzielić zadania zaplanowane na dany dzień na mniejsze odcinki, a przy tym zachować wysoki poziom koncentracji. Technika nazywa się Pomodoro – od czasomierza kuchennego w kształcie pomidora. W tej roli może też wystąpić czasomierz w jakimkolwiek innym kształcie i każde inne urządzenie, które można zaprogramować na wydanie dźwięku o oznaczonej porze (budzik, telefon).

Jak to działa?

1. Sporządź listę zadań na dany dzień (możesz ją przygotować wieczorem dnia poprzedniego). Na tym etapie dobrze jest ustalić priorytety i kolejność działań.

2. Przed przystąpieniem do wykonywania pierwszego zadania z listy nastaw czasomierz na 25 minut – tyle właśnie trwa jedno Pomodoro. W tym czasie zajmujesz się jednym zadaniem lub jego częścią (ewentualnie zaczynasz następne). Ważne jest, by przez 25 minut nic poza pracą nie angażowało twojej uwagi.

3. Kiedy usłyszysz dźwięk czasomierza, przerwij pracę i nastaw go na 5 minut – tyle będzie trwała twoja przerwa. W tym czasie nie zajmujesz się pracą, nawet o niej nie myślisz. Zadbaj o chwilę relaksu. Jeśli siedziałaś przed komputerem, porozciągaj się. Jeśli pracowałaś w ruchu, usiądź.

4. Po przerwie nastaw czasomierz na kolejne 25 minut. Wróć do pracy. Potem znów 5 minut przerwy.

5. Po upływie czterech Pomodoro pozwól sobie na dłuższą przerwę (20–30 minut). Zasłużyłaś na to!

Pamiętaj, że jedno Pomodoro jest niepodzielne (zbyt częste przerwy nie służą twojej pracy). Ale nie próbuj też „szarżować” i łączyć jednego Pomodoro z drugim – tak naprawdę skuteczność tej techniki polega właśnie na przerwach!

Osoby korzystające z techniki Pomodoro twierdzą, że podnosi ona ich motywację, zwiększa wydajność i skupienie. Motywacja wzrasta ze względu na podział zadania na niewielkie odcinki – zupełnie inaczej zasiada się do pracy, kiedy nie wybiegasz myślą poza najbliższe 25 minut. To stosunkowo niedługi odcinek – świadomość tego pomaga zapanować nad rozpraszaczami. Chcesz zmobilizować się, wykorzystać go jak najlepiej. Zdziwisz się, ile można w tym czasie zrobić! Prawdopodobnie odkryjesz też, że dzięki zaplanowanym przerwom (czyli kontrolowanemu rozproszeniu) jesteś w stanie pracować w skupieniu znacznie dłużej niż dotychczas!

  1. Psychologia

Zen Coaching – najwięcej dzieje się w ciszy

Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia. Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. (Fot. iStock)
Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia. Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. (Fot. iStock)
Dla jednych technika, dla innych proces albo wręcz styl życia. Połączenie coachingu z filozofią zen – świadomością, uważnością. Zen Coaching obiecuje spotkanie ze sobą i dostęp do wewnętrznej siły.

Droga, rozwój, budowanie przyszłości... A przecież źródło naszej siły, radości, kreatywności jest dostępne tu i teraz – uważa twórca Zen Coachingu, Norweg Kåre Landfald. Odkrywamy to za każdym razem, kiedy pozwolimy sobie zaakceptować doświadczenie takim, jakie jest w danym momencie. Nie musimy podejmować żadnych szczególnych działań, by cokolwiek zmienić czy naprawić. Wystarczy skontaktować się z własną wewnętrzną istotą – to pozwala stworzyć przestrzeń do zmian. Reszta wydarzy się sama, bez presji, oczekiwań, bez wysiłku z naszej strony.

Zen – wartość dodana

Landfald to prawdziwy człowiek Zachodu, zafascynowany rozwojem technologii. Kształcił się w dziedzinie informatyki, zgłębiał nowoczesne metody zarządzania. Ale też od najmłodszych lat pociągała go tradycja Wschodu, powracało odwieczne pytanie „kim jestem”? Pracując jako konsultant, mediator ds. konfliktów, wreszcie coach i nauczyciel rozwoju osobistego, coraz częściej dochodził do wniosku, że zachodnie ukierunkowanie na cel to za mało. I coraz bardziej zbliżał się ku filozofii zen, jako czystej radości z bycia. Aż znalazł swoisty pomost między Wschodem i Zachodem – Zen Coaching.

Choć idea zrodziła się zaledwie kilkanaście lat temu, to Landfald zdążył już wyszkolić 200 trenerów, z czego 40 w Polsce. Pomagają rozpoznać człowiekowi jego prawdziwą naturę, wraz z jej kluczowymi jakościami – wolnością, miłością, mocą, kreatywnością.

– Podobnie jak w „klasycznym” coachingu chodzi tu o wspieranie ludzi w odkrywaniu ich wewnętrznych zasobów, w znajdowaniu odpowiedzi na ich pytania – tłumaczy Zen Coach, Beata Wasiluk. – Wartość dodana, czyli zen, to obecność, świadomość, uważność, zrelaksowana czujność, dzięki której łączymy się z esencją życia. Ta obecność pozwala na przeżywanie życia w przepływie i spokoju. Wszystko inne przychodzi samo.

To ważne – coaching wzbogacony o wymiar zen jest bardziej „zrelaksowany”, mniej zadaniowy. Nie goni za rezultatem – jego cel jest osiągalny właśnie tutaj, w tym momencie, poprzez zauważenie, przyzwolenie i pełne doświadczenie tego, co przeżywamy w danej chwili.

– Nie ma potrzeby czekać i szukać spełnienia w przyszłości – mówi Beata Wasiluk. – Poprzez poznanie siebie stajemy się bardziej wolni, zyskujemy dostęp do wewnętrznej siły. Rozpoznajemy, jakie potrzeby serca kryją się za naszymi pragnieniami. Zwykle wszystko, czego potrzebujemy, znajdujemy w sobie.

Każda droga jest w porządku

Zen Coaching zakłada, że podstawową potrzebą czy pragnieniem ludzi jest być połączonym z samym sobą – problemy wynikają z przerwania tego połączenia. Zen Coach wspiera w jego odzyskaniu.

Jedną z głównych zasad Zen Coachingu jest tzw. słuchanie z wewnętrznej przestrzeni. Jest w nim otwartość, akceptująca, zezwalająca obecność. Jest cisza, są pytania (np. o odczucia w ciele) i tzw. werbalne odzwierciedlenia – Zen Coach powtarza pewne zdania wypowiadane przez klienta, pomagając mu w ten sposób zyskać nową perspektywę, zobaczyć pewne rzeczy z boku i sprawić, żeby proces, przez który przechodzi, mógł się rozwijać zgodnie z jego mądrością i w jego tempie.

– Miałam kiedyś sesję z Amerykanką, która mówiła i mówiła, bez chwili przerwy. Od czasu do czasu udawało mi się tylko wtrącić jakieś odzwierciedlenie lub pytanie o to, co się dzieje w jej ciele – wspomina Beata Wasiluk. – W odpowiedzi słyszałam „wszystko w porządku”, po czym następował kolejny nieprzerwany potok słów. Nie miałam wtedy dużego doświadczenia w Zen Coachingu, to była moja praktyka – uznałam, że jako coach niczego w tej sesji nie osiągnęłam, nie wiedziałam nawet, jak ją zakończyć, podsumować... Pozwoliłam sobie na długą ciszę, po czym powiedziałam tej kobiecie, że zaczęłyśmy w tym miejscu, a teraz jesteśmy w tym i spytałam, jak się czuje. Tym razem ona długo milczała, po czym stwierdziła, że stało się coś niezwykłego – po raz pierwszy ktoś wysłuchał jej od początku do końca, nie przerywając, nie próbując jej zmieniać. Dzięki temu, że potrzeba bycia wysłuchaną została u niej zaspokojona, miała szansę nastąpić transformacja. Kolejna sesja z nią była już zupełnie inna.

Co ci to daje?

Warszawa, warsztaty wprowadzające do Zen Coachingu. Dunka Tine Vindeløv mówi, że dla niej Zen Coaching to prosty sposób medytacji z drugą osobą. Bo esencją tej metody jest przyzwolenie na to, co się dzieje w danym momencie. Tine twierdzi też, że za wszystkim, co robimy – wyborem takiej czy innej pracy, partnera, wreszcie za naszymi konfliktami, sporami – kryją się pozytywne intencje: – Kiedy je znajdziemy, poznamy prawdziwe pragnienie naszego serca. To ważny krok do samoświadomości.

Jedna z uczestniczek przyznaje, że głównym motorem jej działań jest kontrola, chciałaby kontrolować cały świat. To męczące.

– A co by było, gdybyś rzeczywiście mogła sprawować kontrolę nad całym światem? Co by ci to dało? – pyta prowadząca.

– Byłabym szczęśliwa.

– Czyli chciałabyś być bardziej szczęśliwa. Nie osiągniesz tego poprzez kontrolę całego świata, bo to niemożliwe. A gdybyś oddzieliła tę strategię od samego szczęścia i przyjrzała się mu... Jak możesz osiągnąć szczęście w inny sposób niż poprzez kontrolę?

Jedno z ważnych pytań w Zen Coachingu brzmi „co ci to daje?”. Żeby lepiej zrozumieć, jak działa, ćwiczymy w parach. Jedna osoba mówi o jakimś działaniu, a druga prowadzi ją w tym krótkim procesie samopoznania, pytając o motywację. Możesz przyjrzeć się swojej pracy – żeby odkryć, co spowodowało, że ją wybrałeś. Nawet jeśli jej nie lubisz, odpowiedz szczerze na pytanie: „co ci ona daje?”.

– Intencją tego pytania jest dotarcie do pozytywnej jakości, która wywołuje w tobie ożywienie – tłumaczy Tine Vindeløv. – Jeśli pierwsza odpowiedź brzmi: „pieniądze”, pytaj dalej: „co dają mi pieniądze?”. Może poczucie wolności? W takim razie już mamy pierwszą pozytywną jakość... Jeśli odpowiedziałeś: „mogę za nie kupić ubranie”, zapytaj: „a co mi dają ubrania?”. Może radość, poczucie atrakcyjności?

Mogłoby się wydawać, że rola coacha jest marginalna, a jednak... Zdaniem Wasiluk, to nie metoda czy sztywno rozumiany proces są tu najważniejsze – o rezultatach coachingu decydują tak naprawdę umiejętności coacha: – Im lepszy jest kontakt między mną a klientem, tym większa szansa, że uda się sięgnąć do wewnętrznej mądrości i znaleźć w niej odpowiedzi ważne dla bieżącej chwili.

Inna zasada przyjęta przez Kåre Landfalda to pomaganie poprzez niepomaganie. W Zen Coachingu nie udziela się klientowi rad, niczego się mu nie sugeruje, nie „naprawia” go.

– Bierze się to z założenia, że nie ma kierunku, w którym powinna zmierzać sesja, każda droga jest w porządku – wyjaśnia Wasiluk.

Ciało jak kotwica

Sesja trwa godzinę i można ją przeprowadzić na odległość. – Właściwie większość moich sesji odbywa się przez telefon albo przez Skype’a, najczęściej bez kamery – przyznaje Beata Wasiluk. – Oczywiście, dobrze jest widzieć klienta, żeby móc poznać jego ekspresję, mowę ciała, ale nie jest to najważniejsze. Czasem nawet – żeby skoncentrować się na słuchaniu, na swoich odczuciach – lepiej jest wyłączyć bodźce wizualne.

Sesja zaczyna się zwykle od tego, że klient dzieli się czymś, co wywołuje u niego dyskomfort. Mówi: „nie radzę sobie z…”, „wydarzyło się to i to, i chcę się temu przyjrzeć” albo: „nie rozumiem czegoś”…

– Wczoraj na przykład miałam sesję z osobą, która zaczęła od tego, że nie ma żadnego problemu – opowiada Beata Wasiluk. – Spytałam ją więc: „czego pragniesz?” i wtedy pojawiło się pragnienie, za którym podążyłyśmy. To była bardzo silna transformacja.

Podczas sesji dużo rzeczy dzieje się w ciszy. Wtedy klient wchodzi na głębszy poziom świadomości, przygląda się czemuś, pozwala sobie na bliskie bycie ze sobą. Ale są też pytania, które pomagają prowadzić proces. Chociażby bardzo proste, kluczowe: „co się dzieje teraz?”. No i ciało – jego reakcje, odczucia.

– Ciało jest fantastycznym przekaźnikiem różnych podświadomych treści – mówi Beata Wasiluk. – Na przykład skumulowana energia w gardle może świadczyć o tym, że jakiś temat jest dla nas wyjątkowo trudny, albo że jakaś część nas została stłamszona i bardzo chce się wyrazić. Kiedy to rozpoznamy, damy temu naszą uwagę, możemy dalej zgłębiać temat. Ciało jest doskonałą kotwicą, pozwalającą trzymać się obecnej chwili, a pytanie o nie sprawia, że natychmiast lądujemy w „tu i teraz”.

Zwykle wychodzi się na sesji od czegoś „palącego”, co jest już „na zewnątrz”, po to, by dotrzeć do wewnętrznej blokady. – Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia – wylicza Beata Wasiluk. – Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. To dlatego czas nie gra tu roli, wszystko jest dostępne teraz.