1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Manipulacja a psychologia – jak rozpoznać manipulatora?

Manipulacja a psychologia – jak rozpoznać manipulatora?

(Ilustracja Getty Images)
(Ilustracja Getty Images)
Zasady są proste. Rybak chce złowić rybkę po to, by ta spełniła jego trzy życzenia. Rybka łapie się na jego przynętę i trafia niekoniecznie tam, gdzie chciała. Według psycholog Ewy Klepackiej-Gryz manipulacja jest podstawą ludzkich relacji i każdy z nas bywa w życiu nie tylko rybką, ale i rybakiem.

Jak rozpoznać manipulację i jakie są jej oznaki? Miałaś wyjątkowo ciężką noc, czujesz się niewyspana i bardzo potrzebujesz poprawić sobie nastrój. Na widok męża pojawiającego się w drzwiach sypialni robisz zbolałą minę. Twój ukochany dobrze cię zna: – Kawa do łóżka? – zgaduje. – Oj tak, kochany jesteś – posyłasz mu słodki uśmiech. – Już się robi. A czy mogłabyś dziś odebrać mój garnitur z pralni? – pyta przymilnie. – Jasne – odpowiadasz, pocieszając się, że masz na to cały dzień. Jak nic, obojgu udało wam się ubić niezły interes. Jeszcze tego samego dnia – w drodze do pralni – zatrzymuje cię policja. Jak zwykle, przejechałaś na żółtym świetle. Mandat przebolejesz, ale perspektywa punktów karnych (kolejnych w tym miesiącu) nie przedstawia się optymistycznie. By uratować skórę, robisz słodkie oczy i udaje ci się zmiękczyć pana władzę. „Uff, upiekło mi się” – myślisz. Czy wiesz, że jesteś całkiem niezłą manipulantką?

Manipulacja psychologiczna - zarzucanie sieci

Oburzasz się na myśl, że manipulujesz innymi? Nic dziwnego, według słownika manipulacja to podstępne wykorzystywanie jakichś okoliczności, naginanie, przeinaczanie faktów w celu kierowania kimś bez jego wiedzy, wpływanie na cudze sprawy, zachowania i nastroje dla osiągnięcia własnych korzyści… Brzmi jak poważne wykroczenie. Jak rozpoznać manipulatora, kierując się tą definicją? Teoretycy manipulacji, grzebiący w owym zjawisku niczym kompulsywny badacz kijem w mrowisku, oprócz klasycznej manipulacji rozróżniają w tym temacie także wywieranie wpływu, perswazję i hipnotyczną sprzedaż. Ich zdaniem manipulacja występuje wtedy, kiedy manipulowany nie ma poczucia kontroli i może coś stracić. W przypadku wywierania wpływu i perswazji – masz poczucie kontroli, ale nadal możesz coś stracić. Z kolei kiedy ktoś swoim zachowaniem stara się, zabiega o twoją uwagę – nie masz poczucia kontroli, ale możesz coś zyskać… Oj, można się w tym pogubić.

Moda na diagnozowanie oznak manipulacji i analizowanie zachowań manipulacyjnych przypomina mi modę na dysleksję, DDA i ADHD, z tą różnicą że, moim zdaniem, manipulujemy wszyscy – bez wyjątku. Jeśli skoncentrujemy się na fakcie, że manipulacja pochodzi od łacińskiego manipulatio, czyli podstęp, fortel, a to prawdopodobnie od wyrażenia manus pello (trzymać kogoś w ręku), wychodzi na to, że owo karygodne zachowanie to jakby sztuczka cyrkowa polegająca na zręcznym (dzięki niedostrzegalnemu przez oko ruchowi ręki) wytworzeniu iluzji rzeczywistości. Niewinna zabawa, na którą nabieramy się jak rybka na przynętę. Przy czym wędkarz albo rybak, czyli manipulator, jawi nam się jako przebiegły, cyniczny zbir, który chce nas złowić dla własnych korzyści. Na przykład namolny telemarketer, który najpierw proponuje ci niezwykle korzystną ofertę (zwracając się do ciebie po imieniu, jak dobry znajomy), przygotowaną specjalnie dla ciebie, a kiedy odmawiasz, zniecierpliwionym głosem dopytuje, jaki jest powód twojej odmowy. Biorąc pod uwagę, że manipulacja psychologiczna od wywierania wpływu różni się intencją (z góry wiadomo, że zyski z owej procedury będzie miał głównie manipulant), stajesz się ofiarą. Z drugiej strony ten zły i przebiegły telemarketer wykonuje jedynie swoją pracę, a od tego, ile rybek uda mu się złowić, zależy jego prowizja. Jeśli pracujesz w usługach, prawdopodobnie to ty jesteś rybakiem, a inny nieszczęśnik bezbronną rybką, tyle tylko, że zwykle tak tego nie widzisz. Wolisz określać to strategią marketingową. Podobnie jak nie nazwiesz manipulacją robienia słodkich oczu do ukochanego. Co innego, gdy to on – podstępem – cię do czegoś namówi. A to manipulant!

Manipulacja - własna korzyść

Mój przyjaciel seksuolog twierdzi, że życie to jedna wielka gra o szczęście. Według Freuda każdy z nas kierowany jest dwoma podstawowymi popędami: dążeniem do przyjemności oraz unikania bólu i cierpienia, nie ma więc nic dziwnego w tym, że w życiu liczy się przede wszystkim własna korzyść. Wszyscy wywieramy wpływ na innych ludzi. Najczęściej robimy to nieświadomie. Jak rozpoznać manipulację w codziennych zachowaniach? Przykładowo, kiedy namawiasz przyjaciółkę na pójście do kina, bo zawsze lepiej mieć towarzystwo, nie dopuszczasz do siebie myśli, że ona może nie mieć na to ochoty. Czasami wystarczy propozycja, innym razem uciekasz się do prośby, podkoloryzowania recenzji filmu tak, by przyjaciółka dała się przekonać. A jeśli to nie pomoże, nie zaszkodzi drobny szantażyk w stylu: „Pamiętasz, jak prosiłaś mnie, żebym poszła z tobą na koncert, choć wiesz, że nie przepadam za zatłoczonymi klubami?”.

Oprócz podstawowego powodu stosowania manipulacji (chęć zaspokojenia własnej potrzeby, przyjemności czy ubicia interesu), uciekamy się do niej także z lęku przed autentyczną relacją, przed ujawnieniem swoich słabych stron czy czułych miejsc. Wtedy manipulujemy swoim wizerunkiem, przedstawiamy siebie w innym świetle, ukrywamy „niewygodne” fakty ze swojego życia – wszystko po to, by ktoś nas polubił, zaakceptował, nie odtrącił. Większość manipulatorów ma naprawdę dobre intencje, nie chce nikogo skrzywdzić, a że myśli przede wszystkim o sobie – to wydaje się naturalne.

Moim zdaniem każda relacja, nawet najbliższa, jak miłosna czy przyjacielska, jest pewnego rodzaju manipulacją. Jeśli to słowo nadal cię oburza, wyobraź sobie, że relacja to gra w tenisa. Kiedy rozgrywasz mecz z życiowym partnerem, obydwoje chcecie wygrać – to naturalne, rywalizacja, która nie ma intencji świadomego ranienia, jest dla relacji jak pikantna przyprawa do wyszukanego dania.

Jak rozpoznać manipulatora we własnych zachowaniach?

Ciężko jest przyznać przed samą sobą, że masz tendencję, a nawet naturalny dar do manipulowania innymi, co dopiero, kiedy zauważysz w swoim zachowaniu oznaki manipulacji i uzmysłowisz sobie kolejną prawdę – bardzo często manipulujesz również samą sobą. Pomyśl, ile rzeczy na swój temat potrafisz sobie wmówić, oczywiście w dobrej intencji. Jak rozpoznać manipulatora w naszej głowie? Manipulujesz własnymi przekonaniami, potrafisz zobaczyć coś, czego nie ma, i święcie wierzyć w swoje racje (cyrkowa sztuczka tworzenia iluzji rzeczywistości). Z łatwością przekonujesz siebie, że uszczęśliwić cię może jedynie konkretna osoba (iluzja miłości), albo trzymasz się kurczowo wspomnień o jakiejś nieprzyjemnej sytuacji z przeszłości, przeżywasz ją, uzupełniasz jej scenariusz i odgrywasz ciągle na nowo („popatrzcie, jaka ja biedna”). Wyjątkową wprawę mamy zwłaszcza w manipulowaniu własnymi emocjami. Bywa, że całkowicie odcinamy się od swoich uczuć albo w całości się z nimi utożsamiamy i pozwalamy im przejąć kontrolę nad swoim życiem. Potrafimy znaleźć tysiące sposobów, by usprawiedliwić swoje zachowanie. No cóż, najłatwiej jest oszukać samą siebie, nie zauważając żadnych oznak manipulacji. W tym wypadku manipulatorem jest nasza głowa, która podporządkowuje sobie ciało, dla własnych korzyści.

Mimikra, czyli występujące w świecie zwierząt zjawisko, gdy jeden gatunek wykorzystuje automatyczne wzorce zachowania innego, w doskonały sposób opisuje mechanizm działania manipulacji. Automatyczne wzorce reakcji, inaczej nawyki, czynią nas miękkimi jak wosk w rękach manipulatorów (w tym nas samych). Jak handlowiec, który próbuje nas złowić w swoją sieć, bazując na wierze w autorytety i podsuwając badania, z których wynika, że jego towar to rzecz ci niezbędna. Dlatego, oprócz znajomości technik manipulacyjnych, warto stawiać w relacjach na uważność i świadomość.

Manipulacja a psychologia wpływu społecznego

W psychologii naukowej rozróżnia się te dwa pojęcia. Każda manipulacja jest wpływem społecznym, ale nie każdy wpływ jest manipulacją – w tym ostatnim przypadku mówimy o działaniu świadomym z intencją uzyskania przez manipulatora jakichś korzyści własnych, przy czym osoba manipulowana nie zdaje sobie z tego sprawy i ponosi straty. Warto wiedzieć, jak rozpoznać manipulację od wpływu społecznego. Możemy wpływać na innych lub na otoczenie nawet bez użycia słów, poprzez mowę ciała, przedmioty, aranżację otoczenia. Stosowanie wpływu społecznego nie jest naganne, o ile nie ma to charakteru manipulacji.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Asertywne, a nie uległe – jak mądrze pokierować dzieckiem?

Jeśli zależy nam, żeby dziecko nie ulegało zbytnio wpływom otoczenia, nauczmy je asertywności w odpowiednim momencie. Przede wszystkim dając mu dobry przykład. (Fot. iStock)
Jeśli zależy nam, żeby dziecko nie ulegało zbytnio wpływom otoczenia, nauczmy je asertywności w odpowiednim momencie. Przede wszystkim dając mu dobry przykład. (Fot. iStock)
Człowiek nie rodzi się asertywny. To sztuka, której trzeba się nauczyć. Lekcji w szkole nie ma, ale są rodzice.

Mama czternastoletniej Asi: Moja córka ma problem z odmawianiem i wyrażaniem swojego zdania. Zgadza się na wszystkie propozycje koleżanek, nawet wbrew sobie. Jeżeli już mówi „nie”, to zazwyczaj ucieka się do jakichś wykrętów czy wręcz kłamstwa. Ostatnio pożyczyła swoją cenną książkę przyjaciółce, a ta, bez jej zgody, dała ją koledze i – już po fakcie – wysłała Asi SMS: „Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?”. Asia była wściekła. Zapytałam, dlaczego z nią nie porozmawia. Odpowiedziała: „I cóż by to teraz dało?”. A gdy się spotkały, słyszałam, jak zapewniała przyjaciółkę: „Nic się nie stało”. Bardzo mnie to niepokoi. Jak nauczyć ją asertywności?

Dobry przykład

Umiejętność mówienia „nie”, zwana asertywnością, nie jest cechą, z którą człowiek przychodzi na świat. Wszystkie nasze interakcje z innymi, także relacje rodzinne, są dla dziecka wskazówką, jak postępować. Jeśli my zgadzamy się, by ludzie wchodzili nam na głowę, pomagali nawet wtedy, gdy tego nie chcemy, to ono bierze z nas przykład i również może pozwalać na ingerowanie innych w swoje sprawy.

Wielu rodziców, podobnie jak mama Asi, dostrzega potrzebę uczenia dziecka asertywności dopiero, gdy wkracza w wiek dorastania. Rzeczywiście, w tym okresie ta umiejętność okazuje się bardzo potrzebna, ponieważ młodzi ludzie są szczególnie podatni na wpływy grupy. Badania wykazują, że ponad połowę dnia spędzają z rówieśnikami i w ich towarzystwie czują się najszczęśliwsi. To czas, kiedy szukają odpowiedzi na pytania: „kim jestem? na co mnie stać?...”. Grupa stanowi dla nich oparcie. Pozwala nabrać przekonania, że są w porządku. Pomaga czuć się rozumianym i bardziej zrozumieć siebie. Daje poczucie przynależności. Dzięki grupie młody człowiek może wypróbować nowe role. Wpływ koleżanek i kolegów jest najsilniejszy w takich kwestiach jak sposób ubierania, szkoła, ale także alkohol i narkotyki. Może być siłą konstruktywną lub destrukcyjną.

Nic więc dziwnego, że rodzice szukają sposobu na przekonanie dziecka, że warto, a czasem wręcz trzeba, przeciwstawić się grupie. Często robią to jednak zbyt późno. Nie zauważają, że w kształtowaniu mocnego charakteru dziecka ważniejsza jest nie jakaś magiczna metoda, ale przede wszystkim własny przykład.

Chcąc pokazywać dziecku, jak nie ulegać wpływom innych, musimy sami umieć się przed nimi obronić. A nie ulega innym ten, kto umie wyrażać swoje uczucia, myśli i życzenia, nie deprecjonując ich u drugiej osoby. Kto czuje, że ma prawo do wyznaczania swoich granic, ten zna swoją wartość. To podstawa. Asertywność kształtuje się przez wzmacnianie dobrych stron dziecka, pochwały, obdarzanie zaufaniem. Zabija – przez nieustanną krytykę, wyśmiewanie, porównywanie z innymi, umniejszanie osiągnięć. Co zatem znaczy „być asertywnym”? Człowiek asertywny bezpośrednio przekazuje swoje myśli, uczucia i życzenia. Mówi otwarcie i wprost to, co myśli. Powie na przykład: „Chcę pójść na pizzę”. Nieasertywny zaś będzie podpytywać innych: „Dokąd pójdziemy coś zjeść?”, ubiegać: „Na pewno, jak zawsze, masz ochotę na sushi”, albo badać: „Dlaczego nie lubisz pizzy, przecież każdy lubi?”.

Mądry Jaś

Jeżeli chcemy nauczyć dziecko, jak nie ulegać wpływom innych, powinniśmy od małego pokazywać mu, jak ważne jest wyrażanie swoich myśli, sądów i oczekiwań. Najlepiej poprzez informowanie, czego sami od niego oczekujemy. Gdy chcemy, na przykład, by umyło ręce i zjadło obiad, powiedzmy to jasno, w formie polecenia. Nie dajmy mu możliwości wyboru, czy ma to zrobić, czy nie. Wybrać może jedynie sposób, w jaki wykona to polecenie.

Pomocne może okazać się zatrzymanie jego uwagi na tym, co do niego mówimy. Bywa to bardzo trudne, bo dziecko pochłonięte zabawą, zapomina o otaczającym świecie. Dlatego najlepiej zbliżyć się do niego i na przykład przykucnąć (albo wziąć na ręce), aby nasze oczy znalazły się na poziomie jego oczu. Powstrzymajmy się przy tym przed jakimkolwiek działaniem, mówieniem, dopóki na nas nie spojrzy. A kiedy popatrzy, zwróćmy się do niego po imieniu. Dobrze jest wziąć je za rękę, żeby bardziej czuło naszą fizyczną bliskość. Wtedy powiedzmy spokojnie, czego od niego chcemy. Przyswojenie sztuki spełniania cudzych oczekiwań jest jak nauka czytania. Im więcej zmysłów dziecka przy tym angażujemy, tym większe prawdopodobieństwo, że w krótkim czasie biegle opanuje tę umiejętność.

Na początku dzieci będą oczywiście stawiać nam opór, odmawiać, sprzeciwiać się, a nawet reagować agresją, bo takie badanie granic jest związane z ich rozwojem. Nie możemy się ugiąć. Nie należy pytać: „Dlaczego odzywasz się w taki sposób?”.

Nie sprawdzają się też groźby w rodzaju: „Za takie zachowanie nie wyjdziesz na podwórko”. Absolutnie nie wolno odpowiadać agresją na agresję. Należy kierować jasny, prosty komunikat: „Boli mnie, kiedy mnie bijesz. Jeśli chcesz, żebym zwróciła na ciebie uwagę, powiedz: »Mamo, chcę ci coś powiedzieć«. Nie zgadzasz się ze mną? Więc powiedz: »Mamo, nie zgadzam się z tobą«. Kiedy tak powiesz, wysłucham cię. A jeśli będziesz krzyczał, wyjdę z pokoju”.

Dziecko często biegnie do nas, poskarżyć się na kogoś: „Janek mnie popchnął!”. Na ogół odpowiadamy: „nie skarż”, albo decydujemy, by samo rozwiązało konflikt. Czasem karcimy to, które naszym zdaniem jest winne. Tymczasem kiedy nasz maluch zgłasza problem naruszenia jego granic przez inne dziecko, należy najpierw spytać: „Czy to ci się podobało?”. Takie pytanie wydaje się czysto retoryczne, ale jest bardzo istotne, bo zmusza do wypowiedzenia kluczowego dla asertywności słowa „nie”. A ta właśnie umiejętność jest najbardziej potrzebną do ustalenia własnych nieprzekraczalnych granic. Dziecko, które potrafi to mówić, oprze się wpływom innych.

  1. Psychologia

Odpuść sobie. Jak to zrobić, od czego zacząć? – pytamy psycholożkę Ewę Woydyłło-Osiatyńską

Aby ruszyć do przodu, trzeba czasami odpuścić. (Fot. Getty Images)
Aby ruszyć do przodu, trzeba czasami odpuścić. (Fot. Getty Images)
Odpuść sobie, czyli inaczej: machnij ręką, daj za wygraną. Olej niespełnione ambicje, wieczne pretensje, dawne niepowodzenia. Po co? By wreszcie ruszyć do przodu, nabrać dystansu. Po prostu odetchnąć.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

Wiem, że przeszłości nie da się zmienić, ale to niesprawiedliwe, jak wiele w życiu zależy od dobrego startu. Ja takiego nie miałam – wyznaje Ewa, 28-latka z Warszawy. – Pochodzę z rozbitej rodziny, po rozwodzie mama ledwo wiązała koniec z końcem. Nie stać jej było na dobrą edukację dla mnie i moich braci, nie mówiąc już o takich rzeczach, jak wyjazdy zagraniczne czy fajne ciuchy. Przez to latami czułam się gorsza od rówieśników, wiele rzeczy musiałam nadrobić, więcej się uczyć, dłużej pracować, uzupełniać braki. Nadal to robię. Czasem mam wrażenie, że to nadrabianie nie ma końca. Niedawno o mały włos dostałabym wymarzoną pracę, ale ostatecznie przyjęli chłopaka z krótszym stażem i gorszym CV, tylko dlatego, że jego rodzice są znajomymi kierowniczki. A ja? Ciągle muszę innym coś udowadniać, a i tak w ostatecznym rozrachunku okazuje się to za mało.

Paulina, 35-letnia menedżer, nie kryje irytacji: – Mnie po prostu nie jest wszystko jedno. Wiem, mówią, że się czepiam, że jestem upierdliwa. Ale jeśli czuję, że ten projekt może być lepszy, to mam machnąć ręką? Albo gdy widzę, że mój mąż na eleganckie przyjęcie chce założyć dżinsową kurtkę, nic nie mówić, żeby nie popsuć atmosfery? Pogodziłam się z tym, że jak czegoś sama nie zrobię, to albo nie będzie to w ogóle zrobione, albo nie tak, jak trzeba. Tylko czasem robi mi się zwyczajnie, po ludzku przykro, że nikt nie myśli o tym, jak ja się czuję, a też chciałabym móc położyć się przed telewizorem na kanapie i mieć wszystko gdzieś. Ale gdy wracam padnięta z pracy, a w domu pełen zlew i pusta lodówka, to sorry, ale nie potrafię powiedzieć: „Nic się nie stało, kochanie, zamówimy pizzę”.

Tak wiele rzeczy siedzi w nas niczym zadra. Wspominamy to, co nam się nie udało, cierpimy, bo nie takie życie sobie wymarzyłyśmy, albo nie dajemy za wygraną, choć cel, do którego z uporem dążymy, znów o krok przed nami. Zamiast cieszyć się tym, co mamy, chcemy zmieniać, poprawiać, zdobywać. A gdyby tak zrobić na odwrót? Zacząć doceniać siebie za to, co nam się udało, zmienić oczekiwania, skończyć z pretensjami, zaakceptować niedoskonałość siebie, innych i świata? Ale najpierw trzeba sobie odpuścić to, co do tej pory trzymało nas w napięciu. Jak to zrobić, od czego zacząć – pytamy psycholożkę Ewę Woydyłło-Osiatyńską.

Co najtrudniej jest sobie odpuścić? To zależy. Przede wszystkim tu chodzi o kwestię ambicji. Chcemy dokonywać wielkich czynów – wielkich w cudzysłowie oczywiście, bo czasami to są codzienne zwykłe sprawy, ale traktowane z ogromną powagą. Skąd się to bierze? Po części z klimatu sprzyjającego pojęciu „sukces”. Bardzo wielu ludzi, zwłaszcza młodych, już od dziecka jest przekonanych, że w życiu trzeba piąć się po drabinie sukcesu. Nie odpuszczać. I tak rodzi się wewnętrzny przymus, który każe podporządkowywać nawet swoje potrzeby zawodowym wyczynom. Nie dosypiamy, nie dojadamy, ale walczymy o zwycięstwo.

Takie podejście promują korporacje, ale też dość powszechne przekonanie, że praca powinna być okupiona straszliwym mozołem. To jest podejście w sumie bardzo nowoczesne, tego w czasach Montaigne’a nie było. Wtedy było jasne: zimą śpi się na piecu, latem pracuje w polu, a wiosną sieje. Mówię to trochę półżartem, ale mam na myśli to, że kiedyś rytm życia był zgodny z rytmem natury.

A teraz jej przeczy? A jak inaczej nazwie pani sytuację, w której jestem zmęczona, ale próbuję to ukrywać, maskować? I zwykle czymś się szprycuję – biorę leki, wciągam kokę, piję na umór. Po to, żeby jakoś się napędzić, czyli tak naprawdę przeciążyć. A to może prowadzić tylko do krachu. Słyszała pani pewnie o syndromie wypalenia zawodowego. Wahadło idzie w stronę niesamowitego nakręcenia energii, a potem, kiedy osiągnie wysokość szczytową, musi opaść. I z człowieka sukcesu robi się człowiek flak. To jest cena, jaką płaci się za bezwzględną rywalizację, kiedy człowiek chce robić coś lepiej niż ktoś inny albo przynajmniej tak samo jak on. Albo za chęć zbierania laurów: sławy, uznania, medialnej popularności czy pieniędzy. I ma pani wystarczająco wiele powodów, żeby sobie nie odpuszczać.

Wiele osób w taki sposób podchodzi do każdego aspektu życia, nie tylko pracy... A pewnie! Do macierzyństwa, małżeństwa czy chociażby modnego stylu życia. Czyli: muszę być najlepszą matką, żoną, musimy pojechać na takie wakacje, żeby wszystkim opadła z zachwytu szczęka.

I nad wszystkim mieć kontrolę? Tak, to część tego samego zjawiska. Skoro mam ciśnienie na wyczyn, to muszę mieć jednocześnie pod nadzorem wszystkie ewentualne czynniki. Co więcej, często moje własne pojęcie sukcesu nie ogranicza się do tego, kim jestem ja, ale też do tego, kim są osoby, którymi się otaczam. Dzieci, mąż, znajomi. Mieszkanie. Ciśnienie zaczyna przechodzić na innych: chcę, żeby mój mąż chodził tylko w markowych ciuchach, a znajomi czytali tylko ambitne książki i odnosili sukcesy. Ten przymus sprawia, że bardzo często zatraca się dystans, poczucie zrozumienia, empatię, nie zwraca się uwagi na cudzą indywidualność, potrzeby.

Albo to, że ktoś ma inne zdanie. Lubimy mieć rację. Potrzeba posiadania racji ma kilka poziomów. Pierwszym, dosyć głęboko ukrytym, jest po prostu nawyk. Czyli oswojenie się poprzez obcowanie, już od dziecka, z tym, że apodyktyczne postawienie sprawy buduje autorytet i wzbudza respekt. Bo taka najczęściej była mama albo tata. Jeżeli mama nie dopuszczała innego zdania, to dziecko zrobi wszystko, żeby w pewnym momencie móc pozwolić sobie na to, by nad innymi – bo przecież nie nad mamą – górować. Znajdzie sobie wtedy koleżankę w klasie, a potem własne dziecko, w stosunku do których będzie się zachowywać tak jak mama, bo ta jej rola była pociągająca. W ten sposób powtarza się schemat wyniesiony z domu.

Inny poziom, płytszy, to posmakowanie przyjemności posiadania władzy, która zwykle idzie w parze z siłą, a zatem z przymusem. Spodobało mi się, to będę szukać rozmaitych sposobów – mogę manipulować, być apodyktyczna, zagrażać, być agresywna, straszyć, wyśmiewać – żeby wymusić na kimś, by postępował tak, jak chcę.

I jeszcze jeden poziom, chociaż może tylko aspekt – ludzie o poczuciu małej wartości, którzy nie są pewni siebie, w głębi duszy myślą, że z nimi coś jest nie tak. Będą więc podświadomie dążyć do tego, żeby mieć kontrolę nad innymi. Bo to ucisza ich lęk o siebie. Gdy uda im się kogoś zapędzić do kąta.

Ja bym dodała jeszcze aspekt kulturowy. Polacy nie potrafią dyskutować. Oj, tak, w Polsce każdy spór zamienia się w walkę o zwycięstwo, w której nikt nie chce przegrać. Skoro więc muszę wygrać, to stosuję rozmaite sposoby, mniej lub bardziej etyczne. I znów, bierze się to z niezbyt wysokiego poczucia własnej wartości. W powszechnym mniemaniu, gdy nie mam racji, to przegrywam, a to jest nie do pomyślenia. Jeśli wygrywam, to znaczy, że jestem bardziej wartościowym człowiekiem – takie jest przekonanie. Tymczasem gdy się spieramy o to, czy dziś jest środa, czy czwartek, to wartość człowieka nie ma tu nic do rzeczy. A są ludzie, dla których każdy rodzaj sporu jest okazją do tego, by coś udowodnić na swój temat. To prawda, nie potrafimy dyskutować, ale też nikt nas tego nie uczy. Stąd, jeśli słuchamy kogoś, to tylko po to, żeby zaraz przygotować kontrę do jego wypowiedzi.

No właśnie, mania planowania. Czy to nie próba zapewnienia sobie złudnego poczucia bezpieczeństwa? Planowanie jest mądrą strategią, oczywiście w rozsądnych rozmiarach. Mogę zaplanować fantastyczny wyjazd na weekend, a co jeśli będzie padało? Tu chodzi bardziej o umiejętność dostosowywania się do zewnętrznych warunków. Według badań kobiety górują w tym nad mężczyznami. Wynika to już z biologii, chociażby z fizjologii kobiecego ciała.

Natura nas uczy, że czasem trzeba się dostosować? Tak, i robi to w bardzo mądry sposób. Na przykład ciąża czy macierzyństwo – uczą kobietę, że nie wszystko może zaplanować, że dziś nie pójdzie do kina, bo dziecko ma akurat katar. Może ją to na początku frustrować, ale potem się dostosuje.

Psychologowie przekonują, że jeśli mielibyśmy machnąć ręką na jedną rzecz w życiu, to powinna być nią nasza przeszłość. Zwłaszcza jeśli była traumatyczna. Właśnie piszę książkę o pamięci. Teza główna jest taka, że nad pamięcią można zapanować. Można wyprowadzić się z pamięci negatywnej, a wejść w coś, co też jest częścią mojego życia, ale do tej pory uchodziło mojej uwadze. Można zacząć selekcjonować wspomnienia i wybierać te dobre, budujące. Oczywiście, wymaga to pracy nad sobą. Stosunek do przeszłości, a zwłaszcza do traum, bardzo rzutuje na naszą teraźniejszość i przyszłość. Zwłaszcza w naszym kręgu kulturowym dobrze widziane jest cierpienie. Dominuje przekonanie, że jak Pan Bóg kocha, to nas doświadcza. Wiele osób nie chce też pożegnać przeszłości, bo jest ona wygodnym wytłumaczeniem ich dzisiejszych porażek. Często mówię, że najlepszym narzędziem w terapii DDA jest dowód osobisty. Weź go do ręki i zobacz, ile masz lat. Jesteś już dorosła, to ty o sobie decydujesz. Jeśli jesteś nieszczęśliwa, to w pewnym sensie jest to twój wybór.

A kiedy nie wolno sobie odpuszczać? Nie można odpuszczać sobie wtedy, kiedy jesteśmy za coś odpowiedzialni. Za pracę, konkretne zadanie, dzieci, związek... Jeśli projekt mógłby się zawalić, jeśli jest jakaś szansa na uratowanie małżeństwa, wtedy nie wolno sobie odpuszczać. Nie mówię już o takich zadaniach, w których odpuszczenie sobie może skutkować czyimś nieszczęściem, jak zawód lekarza lub kontrolera bezpieczeństwa.

Czasem trudno określić, jaka sprawa jest warta zachodu, a jaka nie ma znaczenia. Bo jeśli walczę o moje małżeństwo, kiedy uznać, że sprawa jest już przegrana? Owszem, są sprawy, w których ewidentnie przesadzamy, i to trzeba sobie uświadomić. Jeśli widzimy, że nas to męczy, wyniszcza, gubi. Polecałabym też odpuszczać sobie przejmowanie się innymi i interpretację ich zachowań. Chyba że coś godzi w mój system wartości, wtedy warto się upierać przy swoim. Kluczem do sukcesu jest po prostu bycie w zgodzie ze sobą.

Jest pewien niezwykle lakoniczny model tego, jak odróżnić dwie rzeczy, o które pani pyta. Nazywa się „Modlitwa o pogodę ducha”, jest popularna wśród Anonimowych Alkoholików i brzmi: „Boże, użycz mi pogody ducha, żebym godziła się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, żebym zmieniała to, co mogę zmienić, i mądrości, abym umiała odróżnić jedno od drugiego”. Leczy z perfekcjonizmu, a jednocześnie otwiera furtkę do dążeń. Mówi: „Odpuść sobie to, co jest wykluczone, a w pozostałych wypadkach idź dalej”. Jeśli chcę uratować moje małżeństwo, to mogę dotąd próbować, dopóki wierzę, że przyniesie to pożytek. Natomiast jeśli zobaczę, że on z tą raszplą ma już bliźniaki, to nie warto się już o niego bić.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska, doktor psychologii, terapeutka uzależnień. W ramach Fundacji im. Stefana Batorego kieruje Regionalnym Programem Przeciwdziałania Uzależnieniom. Autorka m.in. książek: „Zaproszenie do życia”, „Wyzdrowieć z uzależnienia”, „Sekrety kobiet” oraz „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”.

  1. Psychologia

Czy jesteś podatny na manipulacje?

Kiedy ulegniemy zmanipulowanej sytuacji, powinniśmy pomyśleć o sobie dobrze. Że jesteśmy empatyczni, skłonni do pomocy, chcemy innych wynagradzać za ich trud – mamy po prostu dobre cechy, a ktoś to, niestety, wykorzystał. (Fot. iStock)
Kiedy ulegniemy zmanipulowanej sytuacji, powinniśmy pomyśleć o sobie dobrze. Że jesteśmy empatyczni, skłonni do pomocy, chcemy innych wynagradzać za ich trud – mamy po prostu dobre cechy, a ktoś to, niestety, wykorzystał. (Fot. iStock)
Po pierwsze, wszyscy manipulujemy – to już wiemy. Po drugie, nikt nie jest całkowicie odporny na manipulację. Nawet specjaliści od psychologii wpływu społecznego. Doktor Konrad Maj – bo to o nim mowa – w rozmowie z Renatą Mazurowską wyjaśnia co sprawia, że dajemy się nabierać na znane sztuczki.

Wszyscy czasem używamy – mniej lub bardziej świadomie – manipulacji, ale są manipulanci niemal zawodowi. Czy to osoby bez serca, bez zasad? Jaki jest rys psychologiczny manipulanta?
Niewątpliwie takie osoby, które wpływają na nas bezpośrednio i świadomie, mają szerokie kompetencje społeczne, potrafią rozpoznać nasze potrzeby, wstrzelić się w nasz sposób myślenia i system wartości.

Mają łatwość nawiązywania kontaktu?
Tak, a także zmysł obserwacji, potrafią wychwytywać subtelne sygnały. Czasem czają się na ofiarę niczym lew w trakcie polowania. Wybierają, do kogo mają podejść. Bo etap diagnozy zwykle jest wcześniej, zanim człowiek zostanie „zaatakowany”.

Manipulanci mają umiejętności społeczne, ale nie mają sumienia?
Może aż tak daleko bym nie szedł. No, chyba że mówimy o skrajnych przypadkach, o tzw. osobowościach makiawelicznych, cechujących się psychopatią, brakiem uczuć wyższych, instrumentalnym traktowaniem ludzi. Takie osoby zupełnie nie liczą się z potrzebami innych. Uliczni, domorośli manipulatorzy traktują często wpływanie na innych jako formę zarobku, tłumacząc sobie, że: „przecież wszyscy manipulują” albo: „muszę przecież z czegoś żyć.”

To szukanie uzasadnienia dla swego występku.
To racjonalizacja służąca pozbyciu się dyskomfortu psychicznego. Zamiast mówić o manipulacji manipulant powie, że to przecież zwykła „sprzedaż”, „zarabianie”, „praca”, albo przeniesie winę na ofiarę.

To prawda, manipulant zwykle do niczego nie zmusza…
Sami wpadamy w jego sidła. Zwłaszcza gdy zostanie zastosowana zasada dopasowania – czyli manipulant wytworzy między nami jakieś podobieństwo, wspólny punkt. Spyta nas o imię i powie: „O, ja też jestem Andrzej!”. Badania wykazały, że kiedy manipulant przedstawia się tym samym imieniem, jakie nosi jego rozmówca, zwiększa prawdopodobieństwo, że ten ulegnie jego manipulacji. A podobieństwa, o czym też mówi specjalista od wpływu społecznego Robert Cialdini, silnie na nas oddziałują w relacjach społecznych. To może być też dopasowanie na poziomie języka ciała – podobny sposób poruszania się, siadania, gestykulacji… Jesteśmy wtedy bardziej skłonni, by zaakceptować czyjeś zachowanie czy spełnić prośbę.

A jednak dajemy się nabrać – a to wróżącej Cygance (przepraszam Romów, ale to, niestety, częsty proceder), a to, „życzliwemu”, który nieproszony zaoferował mi – turystce w Paryżu – pomoc przy zakupie biletów w automacie, zanim zdążyłam się zorientować, jakie w ogóle bilety trzeba kupić. Ale ponieważ kupił te bilety za własne pieniądze, poczułam, że muszę mu je zwrócić – dopiero w pociągu na lotnisko okazało się, że „kupił” tanie bilety na przejazd metrem. Na szczęście kontroler w pociągu nie robił afery i nie musiałam płacić kary.
O, miałem podobną sytuację! Też we Francji. Czy ten człowiek miał identyfikator?

Nie, nie miał… Pan, specjalista od wpływu, też dał się nabrać?
No właśnie, to tylko potwierdza, że wszyscy jesteśmy manipulowani i naprawdę nie ma osób odpornych! Trzeba przyznać, że to była sprytnie przygotowana manipulacja. Sztuka polegała tu na tym, że manipulant w jednym zdarzeniu zastosował kilka społecznych reguł! Tych reguł Cialdini wymienia sześć i oszust, który oszukał i panią, i mnie, zastosował je chyba wszystkie! Zobaczmy.

Zadziałała na pewno reguła autorytetu – ja spotkałem osobę, która, jak się wydawało, jest przewodnikiem, kimś, kto ma pomagać – ten mężczyzna miał identyfikator, na nim jakieś dane i zdjęcie. Autorytet. Moje zaufanie do niego wynikało więc z jego autorytetu. Kolejna zastosowana tu reguła to reguła zaangażowania – coś zrobił w relacji z nami, wziął ode mnie kartę, sprawdził, że „nie działa”, pani sam z nieprzymuszonej woli kupił bilet. Zaangażował nas w sytuację. No i pojawia się reguła wzajemności – otrzymaliśmy czyjąś pomoc, czujemy się więc zobowiązani, aby mu odpłacić. Co prawda wcale tego nie chcieliśmy, ale ta osoba nam przecież pomogła, zainwestowała swój czas. A my, ludzie, mamy psychologiczną potrzebę, by relacje wyrównać, cały czas dążymy do równowagi. Manipulant zastosował też regułę lubienia – wzbudził sympatię poprzez uśmiech, uprzejmość. Pokazał, że nie mamy do czynienia z agresorem, w związku z czym wyłączyliśmy nasze mechanizmy obronne. Manipulanci więcej osiągają, gdy działają subtelnie, nie narzucają się.

Dokładnie tak było z moim oszustem. Wcale nie żądał zwrotu pieniędzy, sama wyciągnęłam portfel.
On pozostaje osobą skromną, która nic wielkiego nie zrobiła. Jakikolwiek bardziej wyrazisty gest w stosunku do nas spowodowałby zapalenie się czerwonej lampki.

Jakie jeszcze reguły wykorzystał nasz oszust? Jest jeszcze reguła społecznego dowodu słuszności, która mówi, że zachowanie innych jest dowodem na to, że powinniśmy się zachować podobnie. I jeśli widzieliśmy, że inne osoby rozmawiały z człowiekiem z identyfikatorem, nie działo się nic złego, nikt nie krzyczał i nie uciekał, to też w to wchodzimy. I ostatnia, szósta reguła, którą tu też zastosowano, to reguła niedostępności
. Pragnienie czegoś trudno dostępnego i ograniczenie w czasie powoduje, że niekiedy podejmujemy niewłaściwe decyzje.

No tak, ja spieszyłam się na samolot. Musiałam jak najszybciej dotrzeć na lotnisko kolejką.
Ta reguła dotyczy także sytuacji, że ktoś może nam sprzątnąć atrakcyjną ofertę sprzed nosa. Im więcej skumuluje się metod oddziaływania, tym łatwiej jest na nas wpłynąć. Niewątpliwie nasz oszust z paryskiego metra wykorzystał wszystkie idealnie.

Nauczył się ich, myśli pan?
U manipulatorów to jest jednak raczej kwestia pewnych naturalnych zdolności. Można się nauczyć technik, ale jak się tego „czegoś” nie ma, to same nic nie dadzą, wyuczeni manipulatorzy nie będą skuteczni, nikt im nie uwierzy.

Jest jeszcze taka zasada wykorzystywana w manipulacji, np. przez osoby wróżące gdzieś na ulicy, że jak zgodzimy się na coś małego, „mały pieniążek”, to trudno nam będzie odmówić prośbie o coś większego.
To jedna z podstawowych technik wpływania na ludzi – ta mała prośba zwykle nie wiąże się dla nas z żadną stratą, więc się godzimy. Ale jeśli się zaangażujemy, nawet w niewielkim stopniu, to już tkwimy w sytuacji, w której rosną koszty wycofania się, zwłaszcza gdy ktoś ma w rękach naszą własność. To jest kalkulacja – czy machnąć ręką na te 10 zł, które już daliśmy, czy dać kolejne 10 lub 20 po to, by odzyskać tamte 10. Razem już 30 zł. To trochę przypomina sytuację hazardzisty, któremu nie poszła ostatnia karta. W takiej sytuacji wcale nie postępujemy racjonalnie, myśląc, co jest dla nas mniejszym kosztem. Nie. Chcemy odzyskać to, co już zainwestowaliśmy. Irracjonalnie zakładamy, że na tym się skończy. I że zaangażowanie kolejnych 10 zł sprawę załatwi. Najczęściej, niestety, nie załatwi.

Jeszcze jest łatwo nas nabrać na dobry uczynek.
No tak, bo człowiek chce czuć się potrzebny, a przez to ważny dla innych, mieć poczucie wpływu – a manipulant potrafi w nas wytworzyć poczucie misji. „Tylko ty jesteś w stanie nam pomóc, to od ciebie wszystko zależy”. Metoda często wykorzystywana w sektach – „na was spoczywa los milionów”.

Mimo że wiemy o takich manipulacjach, to i tak im ulegamy, nawet chyba łatwiej niż kiedyś – słyszałam, że to dlatego, że żyjemy w świecie, gdzie jest masa bodźców i szybko musimy podjąć decyzję.
To prawda, jest wiele bodźców, a my mamy dużo „na głowie”, decyzje często podejmujemy z automatu – działają tu trzy powody: emocjonalny, motywacyjny (decyzyjny) i poznawczy. Powód emocjonalny – ulegamy, ponieważ ktoś wzbudził w nas sympatię, wprowadził nas w dobry nastrój albo my sami jesteśmy w dobrym nastroju. Krytyczne myślenie spada, nie mamy wówczas zaktywizowanych mechanizmów obronnych. Nie kwestionujemy więc, nie marudzimy, nie jesteśmy sceptyczni. Dobrze to widać gdy w restauracji do rachunku dołączany jest cukiereczek czy guma do żucia – kosztuje to restauratora parę groszy, ale my chętniej do rachunku doliczymy napiwek. Czasami wchodzimy w manipulację z powodów motywacyjnych – nie chce nam się stawiać oporu albo wręcz chcemy nagrodzić tego, kto użył jakiejś sprytnej techniki w stosunku do nas, np. dajemy czyścicielom szyb samochodowych te 2 zł po to, by już przestali nam mazać po samochodzie, by pozbyć się dyskomfortu z tym związanego – bo człowiek generalnie dąży do tego, żeby jak najwięcej zasobów zachować albo by jak najmniej stracić. Wywinąć się jak najmniejszym kosztem, zachowując wewnętrzną równowagę. Machniemy więc ręką na tę manipulację z myciem szyb, bo czekają inne pilne lub ważne dla nas sprawy.

I jest jeszcze powód poznawczy – często racjonalizujemy, dążymy do tego, by rozstrzygnąć rozterki i pozbyć się dysonansu poznawczego. Tak jest np., gdy oferuje się nam pożyczki bankowe czy ubezpieczenia. Musimy podjąć decyzję – wchodzimy czy nie – musimy to poznawczo rozstrzygnąć. Sami siebie zaczynamy więc przekonywać. Niby tego nie potrzebujemy, ale „ta osoba tyle czasu nam poświęciła”, „w końcu zdrowie jest najważniejsze, a ten człowiek taki mądry, tyle wie…”. W tych kategoriach poznawczych mieści się również wspomniana automatyzacja decyzji, gdy atakuje nas w danej chwili wiele bodźców – wtedy kierujemy się jakimiś heurystykami – np. znana marka, poleca to autorytet. Gdy zmęczeni nie mamy czasu czy zdolności, by szczegółowo analizować dane, wybieramy „drogę na skróty”.

A co zrobić z tym okropnym uczuciem, gdy już do nas dotarło, że wpadliśmy, wbrew własnej woli, w pułapkę bezdusznego oszusta? Straciliśmy pieniądze i dobre zdanie o sobie. Czy myśl, że on jest zły, a my dobrzy (bo np. kierowaliśmy się chęcią pomocy albo regułą wzajemności), pomoże w poprawie samopoczucia? Bo pieniędzy już pewnie nie uda nam się odzyskać.
Przede wszystkim nie należy brać tego osobiście, nie myśleć, że to my mamy jakiś problem albo że jesteśmy naiwni. To uniwersalna właściwość człowieka, że w pewnych specjalnie skonstruowanych sytuacjach większość z nas ulega manipulacji. Powinniśmy być bardziej świadomi mechanizmów wpływu społecznego. Jestem za tym, aby dużo o nich mówić, nie dlatego, by uczyć ludzi manipulować, tylko żeby wiedzieć, jak jesteśmy skonstruowani – wtedy zaczniemy rozumieć, jak to działa. I że zjawisko to jest powszechne. Ja przecież też zostałem zmanipulowany, wtedy gdy już to do mnie dotarło, pomyślałem sobie: „Aha, jestem normalny”. Owszem, zawsze pojawia się pewien dysonans, ale trzeba to sobie wytłumaczyć. Wszyscy ulegamy manipulacjom, nawet zbiorowym – tak działa na przykład propaganda polityczna, tak działa reklama.

Nic nie da się więc zrobić, by się obronić?
Człowiek jest pod tym względem niedoskonały. Ale kiedy rzeczywiście ulegniemy zmanipulowanej sytuacji, powinniśmy pomyśleć o sobie dobrze. Że jesteśmy empatyczni, skłonni do pomocy, chcemy innych wynagradzać za ich trud – mamy po prostu dobre cechy, a ktoś to, niestety, wykorzystał. W 90 proc. sytuacji społecznych ludzie się wzajemnie nie wykorzystują i ekspresja naszych pozytywnych cech przynosi nam także coś pozytywnego. Czasami po prostu tak się zdarza, że trafimy na niewłaściwą osobę i nie jesteśmy przygotowani na jej atak. Ona robi to codziennie wielu innym ludziom i nie obchodzi jej, kim jesteśmy. Musimy to odłączyć od siebie. Wiedza, jaką dzięki tej sytuacji zdobyliśmy – o sobie, o innych – jest ważnym efektem ubocznym tego zdarzenia.

Dr Konrad Maj psycholog społeczny i trener, na Uniwersytecie SWPS prowadzi wykłady z zakresu psychologii społecznej i psychologii wpływu społecznego.

  1. Psychologia

Moc sprawcza - przejmij kontrolę nad swoim życiem

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Robimy to, co robią inni, a nawet lubimy to, co lubi większość. Dlaczego kierujemy się tym, co mówi świat zewnętrzny, a nie tym, co nam w duszy gra? Rozmawiamy z psycholożką dr Pauliną Sobiczewską ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Powody mogą być różne, zależne od tego, gdzie ich szukamy – czy w osobowości, temperamencie, czy w sytuacji, w jakiej ludzie się znajdują. Jeśli skupimy się na człowieku jako jednostce, to opieranie się głównie na opiniach innych może być przejawem czegoś, co nazywamy zewnętrznym umiejscowieniem kontroli. Czyli przekonaniem, że wszystko, co się nam zdarza, jest związane z jakimś zewnętrznym centrum dowodzenia, że wyniki naszych działań nie zależą bezpośrednio od tego, co sami robimy, tylko od losu, szczęścia, różnie ludzie to sobie definiują. W przeciwieństwie do takich osób ci z wewnętrznym umiejscowieniem kontroli nie lubią korzystać z pomocy różnego rodzaju specjalistów, nie wierzą lekarzom, nie chcą się konsultować, są przekonani, że efekty ich działań zależą bezpośrednio od nich samych.

Z czego ta różnica wynika?
Umiejscowieniem kontroli różnimy się tak, jak różnimy się kolorem oczu, to nasza charakterystyka powiązana poniekąd z pewnością siebie. Jak ktoś jest mało pewny siebie, to będzie szukał autorytetów na zewnątrz. Z kolei jak jest skrajnie pewny siebie, to będzie miał za nic opinie innych. Możemy też spojrzeć z perspektywy społecznej na to, że ludzie, zwłaszcza młodzi, kierują się opiniami innych, na ogół rówieśników, i w pewnych sytuacjach są to typowe zachowania. Jak nie wiemy, w którą stronę iść po wyjściu z autobusu, to idziemy tam, gdzie idzie najwięcej ludzi. Gdy nie wiemy, jak się zachować w teatrze, w kościele, to robimy to, co robi większość. Ma to, oczywiście, związek z konformizmem.

Jednak przekonanie, że to ja decyduję o swoim życiu, implikuje większe zaangażowanie, większą motywację do działania.
Oczywiście, bo jeśli jestem przekonana, że wynik mojego działania ma związek z tym, co robię, jak bardzo przykładam się do pracy, to staram się pracować na maksimum swoich możliwości. Natomiast jeśli mam przekonanie, że wynik mojego działania indywidualnego, a zwłaszcza w pracy w grupie, nie będzie brany pod uwagę, to dość łatwo się wycofuję, mniej się angażuję i nie biorę na siebie odpowiedzialności za efekty. No i wtedy te efekty są na ogół marne.

Co zrobić, żeby ktoś uwierzył, że ma moc sprawczą?
Przede wszystkim spowodować, żeby uwierzył w związek swojego działania z realnymi efektami tego działania w jego życiu. Najprościej powołać się na jakieś doświadczenia z przeszłości, kiedy zaangażował się w jakąś pracę i coś osiągnął. Zobacz: biegałeś codziennie i schudłeś. Jeśli nie mamy do czego się odwołać, to zaplanujmy aktywności, zajęcia, które pokazywałyby związek działania z efektami. Tę zależność trzeba odczuć, niektórzy ludzie naprawdę nie potrafią sami dostrzec na przykład związku między swoją sytuacją materialną a decyzjami, jakie w życiu podjęli. Narzekają, że mało zarabiają, a nie dokształcają się, nie mają odwagi założyć własnej firmy czy nawet poprosić o podwyżkę. Oczywiście, pamiętajmy, by nadmiernie nie konfrontować, nie krytykować takich ludzi, bo to ich do działania nie zmobilizuje. Jeśli ktoś ma przekonanie, że jego życiem kieruje los albo ktokolwiek inny poza nimi samymi, i jeśli nie chce się wyzbyć tego przekonania, zawsze znajdzie milion tłumaczeń na to, że mu się coś nie udało. Raczej warto zauważać i doceniać: Jak zdecydowałeś, żeby wyremontować mieszkanie, to sprawnie sobie z tym poradziłeś i dzięki temu mieszkasz wygodniej. Ważne, aby nieustannie podnosić u tych ludzi poczucie kontroli i co za tym idzie – poczucie skuteczności działania.

Najlepiej zacząć od kształtowania w dziecku przekonania, że ma wpływ na to, co się mu przydarza.
Zdecydowanie tak. Zastanówmy się nad tym, co mówimy do dzieci. W Polsce jak dziecko narysuje coś ładnego czy dobrze rozwiąże zadanie, mówimy: „O, udało ci się”. Czyli od razu kierujemy kontrolę na zewnątrz. Amerykanie mówią: „You did it!”, czyli: „Zrobiłeś to”. Tym samym przekazują dziecku informację: „Postarałeś się, dzięki temu dobrze wykonałeś zadanie”. Pewne przekazy są głęboko zakorzenione w języku.

Źle coś zrobiłem, jestem do niczego, więc nie mam prawa do odpoczynku. Tak często myślimy.
A powinniśmy wiedzieć i uczyć tego dzieci, że jeśli chcemy być wydajni, to musimy bardzo racjonalnie zarządzać swoją energią, swoim ciałem i umysłem. Gdy ktoś kupuje samochód i chce długo nim jeździć, to doskonale wie, że trzeba o niego dbać, dolewać olej, robić przeglądy itd. Wiele osób, dbając o swoje samochody, jednocześnie stwierdza: „Jestem tak zaganiana, że nie mam ani chwili, żeby odpocząć, niewiele jem, niewiele śpię, nie pamiętam, kiedy zrobiłam coś dla przyjemności”. Ludzie, pracując od świtu do nocy, tak dalece zatracili kontakt ze sobą, że nie czują nawet, że są wyczerpani, że chce im się pić, jeść. A tak obciążony organizm spala dużo więcej energii, gorzej pracuje, bo to jest mniej więcej tak, jakbyśmy tym samochodem jechali pod górę na ręcznym. Wszystko się wtedy niszczy. Nie mówiąc o tym, że nie da się jeździć samochodem bez tankowania paliwa.

Ludzie idą po rozum do głowy, dopiero kiedy coś się stanie.
Tak, uczą się, gdy dostają poważne ostrzeżenie od życia, na przykład przeszli zawał albo gdy zachorował ktoś w najbliższej rodzinie. Wtedy przyjmują do wiadomości, że bez tankowania daleko nie pojadą.

Nie potrafimy się zatrzymać nawet na urlopach.
Z jednej strony konieczne jest zminimalizowanie bodźców chociażby po to, żeby usłyszeć, czego nasze ciało potrzebuje. Czasami na szkoleniach z zarządzania wydajnością daję uczestnikom minutę, żeby zamknęli oczy i niejako przeskanowali swoje ciało, zastanowili się, czego potrzebuje głowa, szyja, barki. Ktoś mówi, że potrzebowałby się przespać albo pooddychać świeżym powietrzem, ktoś inny, że chce mu się pić. Potrzebna jest choćby minuta, żeby organizm miał szansę wysłać do mózgu informacje, co musi „zatankować”.

Z drugiej strony – młode pokolenie przyzwyczajone jest do multitaskingu, do wielu bodźców naraz, oni słuchają muzyki, odrabiają lekcje i czytają wiadomości na smartfonie. Do końca nie wiadomo, jak to ostatecznie wpłynie na ich organizm, energię do działania. Być może okaże się, że ci młodzi w kolejnych pokoleniach będą bardziej odporni, tego nie wiemy. Na razie jednak nadmiar bodźców jest bardzo obciążający dla umysłu, dla funkcji poznawczych, żeby ogarnąć te wszystkie nadchodzące bodźce, organizm ignoruje inne. Niektórzy młodzi ludzie doprowadzają się do skrajnego wycieńczenia, grając w gry komputerowe, nie słyszą wołania organizmu, żeby odpocząć, spełnić swoje potrzeby fizjologiczne. Oni kompletnie nie są wtedy w kontakcie ze sobą.

Dorośli też oddają siebie w ręce różnej maści specjalistów od duszy i ciała.
To taki amerykański trend, że zaczynamy mieć specjalistów od wszystkiego. Do ogródka mam ogrodnika, do dzieci nianię, do małżeństwa terapeutę. Oddajemy dużo dziedzin swojego życia specjalistom czy pseudospecjalistom, którzy mają nam te obszary zorganizować, często nawet nie podejmując wcześniej próby poradzenia sobie samemu. Tym samym oddajemy im kontrolę nad swoim życiem.

Lenistwo to czy wygoda?
Ludzie wybierają specjalistów, ponieważ uważają, że oni lepiej się na tym znają i że samo przekazanie im sprawy już tę sprawę poniekąd załatwia. Specjaliści są, oczywiście, potrzebni, mogą nam doradzić, coś podpowiedzieć, ale to nas nie zwalnia z odpowiedzialności za swoje życie.

dr PAULINA SOBICZEWSKA, psycholożka ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, zajmuje się m.in. motywacją, stresem, prowadzi szkolenia z zakresu psychoedukacji: komunikacji, asertywności, efektywnego działania.

  1. Psychologia

Skup się na tym, na co masz wpływ

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
W związku z pandemią koronawirusa znaleźliśmy się w nowej sytuacji. Wszyscy. To czas wielu niewiadomych. Poza wieloma ograniczeniami, możemy jednak działać w różnych istotnych dla nas obszarach.

W związku z pandemią koronawirusa znaleźliśmy się w nowej sytuacji.  To czas wielu niewiadomych. Poza licznymi ograniczeniami, możemy jednak działać w różnych istotnych dla nas obszarach - przekonuje Jolanta Bylica, psycholożka i terapeutka.

Jednym z ważniejszych wyzwań tego czasu jest przyjrzenie się swoim życiowym priorytetom i zweryfikowanie ich pod kątem sytuacji, której obecnie doświadczamy. Analiza własnych potrzeb oraz celów da nam poczucie kontroli, które mogą okazać się szczególnie cenne w sytuacji, w której na wiele spraw nie mamy wpływu. Pozwoli także spojrzeć na swoje życie z nowej perspektywy. To, czy skorzystamy z tej możliwości, zależy od nas samych.  Jest wiele sposobów, aby to zrobić. Poniżej trzy z nich.

Potwierdź swoje priorytety

Warto rozpocząć od zdefiniowania kluczowych obszarów swojego życia. Weź kartkę i długopis. Narysuj koło i podziel je na pięć równych obszarów, na wzór pokrojonej na pięć kawałków pizzy. Każdy z obszarów symbolicznie reprezentuje ważny obszar twojego życia – nazwij go. Ludzie najczęściej wybierają z następujących: zdrowie, związek, rodzina, przyjaciele, finanse/majątek, praca/ kariera, rozwój osobisty, kondycja fizyczna, pasje/hobby, rozwój duchowy, środowisko. Jeśli masz inne, to wybierz własne. Bądź selektywny, wybierz tylko pięć. Nie pomieścisz w swoim życiu wszystkiego. A teraz linią zaznacz w jakim stopniu czujesz, że realizujesz każdy z obszarów, zakładając, że środek koła to 0 % a jego obrzeża to 100 %. Zrób to dla każdego obszaru oddzielnie (masz 100% dla każdego z obszarów, nie dla ich sumy).

Jaki poziom satysfakcji dla danego obszaru odczuwasz obecnie? Jak sytuacja pandemii wpłynęła na poszczególne obszary?

 

 

Od czego warto rozpocząć drogę do odbudowania harmonii w życiu, poczucia kontroli nad obszarami dla ciebie najważniejszymi? Pomyśl, na którym z obszarów życia warto skupić się w pierwszej kolejności. Jakie konkretne działania podejmiesz? Wypisz je, zrób listę. Czy wyznaczysz sobie zmiany w jednym czy w kilku obszarach?

Warto działać metodą małych kroków. Nie bierz na siebie w danym momencie zbyt wiele. Bądź precyzyjny, określ konkretne działania.
Na przykład: w piątkowe wieczory będziemy rodzinnie grali w gry planszowe, z klientami X i Y przeprowadzę rozmowy zdalne (zamiast spotkań w biurze), zacznę segregować bioodpady, wykonam testy nietolerancji pokarmowej, itp. Które z wypisanych działań możesz realizować już od dzisiaj? Co jest ci potrzebne, aby rozpocząć kolejne? Doprecyzuj to, jeśli możliwe zaplanuj w kalendarzu. Pomyśl, jak będziesz się czuł, jeśli zrealizujesz wszystkie lub większość założeń? A teraz pomyśl, co, jeśli nie weźmiesz się za ich realizację. Daj sobie 3-4 tygodnie i sprawdź status.

Zwizualizuj wymarzony dzień

Gdyby jutro miał się zrealizować twój wymarzony dzień, to jak by wyglądał? Zastanów się i opisz go w szczegółach. Rozpocznij od momentu, w którym  budzisz się i chwila po chwili opisz ten dzień – co dokładnie będziesz robił, z kim go spędzisz, co ważnego powinno się w nim wydarzyć, czego w nim z pewnością nie będzie, co będzie nowego, innego. Godzina, po godzinie, aż do momentu położenia się spać. Im bardziej szczegółowo opiszesz dzień, tym lepiej. Bądź wymagający i precyzyjny. A teraz zastanów się, czy takie dni zdarza ci się przeżywać, chociaż czasami. Jeśli tak, to świetnie. Dzięki czemu, to jest możliwe? Jeśli nie, to co musisz zrobić, aby stały się realne, chociaż w części. Od czego warto zacząć? Możesz to opisać, możesz namalować, możesz także komuś o tym opowiedzieć, a może nawet poprosić konkretną osobę o wsparcie w realizacji tych marzeń. Podejmuj wyzwanie, aby marzenia stały się rzeczywistością.

Napisz do siebie list

Załóżmy, że jutro kończą się wszystkie ograniczenia oraz niedogodności związane z epidemią. Wszystkie! Jak przeżyjesz ten dzień? Co zrobisz? W jakiej kolejności? Czy będzie się on różnił od tych, które pamiętasz z czasu przed kwarantanną? Zaplanuj go w szczegółach, najlepiej opisz w formie notatki lub listu do siebie. Zadbaj, aby rzeczy, których wagę i znaczenie zauważasz oraz czujesz obecnie, nie umknęły, kiedy wrócimy do nowej rzeczywistości.
Jakie dokładnie zmiany wprowadzisz w swoje życie – osobiste, rodzinne, zawodowe, społeczne? Przygotuj się to tego już dzisiaj, nie daj się zaskoczyć, wrócić do schematów, które być może ci nie służą.
Sytuacja pandemii zatrzymała nas w domach, ograniczyła funkcjonowanie zawodowe i społeczne. Dała jednocześnie czas i przestrzeń na refleksję. Zadbajmy o siebie i przygotujmy się na nowe otwarcie, z nową jakością.

Jolanta Bylica, psycholożka, terapeutka, twórczyni Pracowni Psychologicznej – Strefa Rodzica,