1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Przemoc słowna i psychiczna. Jak ją rozpoznać?

Czym jest przemoc słowna i psychiczna oraz jak ją rozpoznać? (Fot. iStock)
Czym jest przemoc słowna i psychiczna oraz jak ją rozpoznać? (Fot. iStock)
„Manipulacja zawsze zakłada asymetrię w relacji. Manipulator albo sytuuje siebie wyżej od drugiej osoby, jeśli uda mu się ją zwieść i spowodować, by zrobiła coś wbrew sobie, albo niżej, jeśli nie da się ona nabrać na jego sztuczki. Ciągle jednak prowadzi grę” – pisze Małgorzata Majewska, językoznawczyni i specjalistka od komunikacji werbalnej i niewerbalnej, w książce „Mówię, więc jestem”. W jednym z jej rozdziałów wyjaśnia, czym jest przemoc słowna i psychiczna oraz jak ją rozmoznać. Publikujemy fragment książki.

Fragment pochodzi z książki „Mówię, więc jestem” Małgorzaty Majewskiej, wyd. Rebis. Śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji.

Manipulacja to też przemoc

[...] Często jest tak, że nawet banalne sytuacje wywołują w nas zupełnie niebanalne obawy. Mam znajomą, która jest niezwykle interesowna. Ostatnio zaprosiła mnie na kawę, co natychmiast wywołało we mnie strach: „W co znowu próbuje mnie wrobić?”. Może rzeczywiście chciała ze mną wypić kawę, ale wszystkie wcześniejsze doświadczenia kazały mi sądzić, że to jedynie pretekst.

Czasem manipulacja może wypływać z dobrych intencji, na przykład gdy ktoś chce, by bliska mu osoba przestała palić czy zaczęła ćwiczyć, zawsze jednak narusza zaufanie w relacjach między ludźmi. Jeśli nawet manipulantowi uda się jednorazowo osiągnąć sukces, to w dalszej perspektywie traci, bo raz utraconą wiarygodność trudno odzyskać. Manipulacja sprawia, że ludzie robią rzeczy, do których nie są przekonani; nie odmawiają, bo albo z jakiegoś powodu jest im głupio, albo czują się przyparci do muru.

U podstaw zachowań manipulacyjnych leży zaniżone poczucie własnej wartości, wynikające z przekonań danej osoby na swój temat: może ma przeświadczenie, że taka, jaka jest, jest niewystarczająco dobra, wartościowa, interesująca. Że musi używać sztuczek, by zainteresować sobą innych. Może żywi inne przekonanie, że ludzie generalnie są źli i oszukują, więc trzeba ich uprzedzić – oszukać, zanim oni zrobią to nam. A może powód jest zupełnie inny? Zawsze jednak manipulacja jest strategią, fatalną, ale strategią na zaspokojenie jakichś własnych potrzeb.

Manipulacja tym różni się od komunikacji, że ukrywa intencje, podczas gdy w komunikacji są one czytelne. W komunikacji, jeśli odbiorca pozna nasze intencje, to mamy dużą szansę na zbliżenie się w relacji. W manipulacji odkryte intencje przekreślają wiarygodność manipulanta i całą relację. Przykładowo, jeśli mój znajomy, który bardzo dobrze biega, mówi do mnie:

„Słuchaj, chcę cię przekonać, żebyś zmieniła treningi”, potem rozmawiamy i ja albo przyjmuję, albo odrzucam jego argumenty, to jawność jego intencji sprawia, że możemy polepszyć naszą relację i zbudować wiarygodność. Wyobraźmy sobie teraz taką samą sytuację z tą różnicą, że znajomy przekonuje mnie do brania suplementów konkretnej firmy, a ja potem przypadkiem odkrywam, że on w tej firmie pracuje i chciał mi wcisnąć tabletki, żeby na mnie zarobić. Zapewne poczuję się oszukana i stracę do niego zaufanie. Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że każdą jego następną, nawet najbardziej neutralną próbę kontaktu potraktuję jako kolejne starania wmanipulowania mnie w coś. W tym przypadku odkrycie rzeczywistej intencji znajomego, czyli chęci sprzedania mi suplementów, nadweręża, a może nawet zrywa zaufanie. Gdyby natomiast zakomunikował mi wprost: „Słuchaj, oprócz tego, że jestem trenerem, sprzedaję suplementy firmy X. Sam je zażywam i uważam, że są dobre. Mówię ci to, żebyś nie czuła się zobowiązana do ich kupienia”, sytuacja byłaby przejrzysta, a ja miałabym wybór.

Dlaczego więc ludzie tak rzadko komunikują wprost swoje intencje, a sięgają po gierki i manipulacje? Według mnie wynika to z przekonania, że bezpośrednia komunikacja jest nieskuteczna, że uzyskają więcej, jeśli będą stosować jakieś sztuczki. Ale w tle tkwi jeszcze jedno, często nieuświadomione przeświadczenie: nie są dla siebie wystarczająco ważni i nie przyznają sobie prawa, by otwarcie mówić, czego potrzebują, przez co jednak ryzykują, że ich potrzeba nie zostanie zaspokojona. Dotykamy w tym momencie istoty problemu, a mianowicie tego, co realnie tworzy tożsamość człowieka – odpowiedzi na pytanie: „Kim jestem?”. W sytuacji idealnej odpowiedź brzmiałaby: „Jestem. I to wystarczy”. Innymi słowy, powinnam być przekonana, że wystarczy to, jaka jestem, i nie potrzebuję niczego ponadto, by „zasłużyć” na relacje z drugim człowiekiem. Jednak warunkowa miłość, której wielu z nas doświadczyło w dzieciństwie, każe nam myśleć, że naszą tożsamość definiują różne umiejętności i przymioty: jestem wykładowcą akademickim, mamą, kobietą. I owszem, te cechy nas określają, jednocześnie jednak stwarzają przestrzeń do manipulacji.

Jakie są granice w komunikacji?

Brené Brown zwraca uwagę, że komunikacja jest możliwa tylko między osobami, które potrafią stawiać granice. Potrafią chronić siebie w sytuacji, gdy zachowanie drugiej osoby w jakiś sposób godzi w ich „twarz”, czyli publiczny wizerunek. „Twarz” to element naszego wizerunku i naszej tożsamości. Składają się na nią te elementy nas samych, które mamy ochotę upublicznić, czyli uzewnętrznić w relacji z drugą osobą. Niektórzy na przykład lubią opowiadać o swojej fizjologii, choćby o szczegółach swoich schorzeń, i nie uważają, że pytanie o kolor moczu w jakiś sposób narusza ich wizerunek. Spokojnie potrafią opisywać szczegółowo przebieg swoich biegunek czy porodów. Inni z kolei nie życzą sobie rozmów o własnym ciele czy zdrowiu. Wówczas pytanie o rodzaj kataru podczas ostatniej grypy mogą odebrać jako naruszenie ich wizerunku. Jeśli jednak potrafią stawiać granice, czyli zakomunikować, gdzie druga osoba może wejść z pytaniami, i wprost powiedzieć, że nie życzą sobie publicznej analizy swoich plwocin podczas zapalenia oskrzeli, wówczas mają szansę na przejrzystą komunikację. Jeśli natomiast mają problem ze stawianiem granic, to z dużym prawdopodobieństwem będą sięgać po różne strategie obronne, jak zmiana tematu czy unikanie odpowiedzi. Może się zdarzyć, że druga strona nie odczyta tych aluzji.

Jak już wspomniałam, według definicji Brené Brown granice wyznacza to, co jest dla nas OK, a co nie jest OK. A jeżeli coś dla mnie nie jest OK, to nie muszę się z tego tłumaczyć. Kiedy sama zaczęłam stawiać innym granice i nazywać pewne rzeczy, zauważyłam, że niektórzy chcą mnie zmusić do tłumaczenia się, dlaczego nie życzę sobie komentowania mojego ciała czy wysłuchiwania rad na temat moich życiowych wyborów. Niekiedy pytano mnie o to z rzeczywistej ciekawości i wtedy chętnie odpowiadałam. Ale czasem odnosiłam wrażenie, że to tylko pozorne pytanie, a tak naprawdę pretensja ubrana w formę pytającą. Rozpoznawałam to po tym, że gdy zaczynałam odpowiadać, unieważniano to, co mówiłam. Przykładowo spotkałam się na kawie ze znajomą, której dawno nie widziałam. Na mój widok zareagowała: Coś ty z włosami zrobiła? W tamtych było ci lepiej. Odpowiedziałam, że decyzje na temat mojego wyglądu są moją sprawą, i poprosiłam ją, żeby takie komentarze zachowała dla siebie.

Ona: Co ty się taka czepliwa stałaś? Niedługo to w ogóle nie będzie można się przy tobie odezwać.
Ja: Źle się czuję, gdy zapraszasz mnie na kawę i ja nastawiam się na fajne spotkanie, a pierwsze, czym mnie witasz, to ocena mojego wyglądu.
Ona: Serio, w tamtych włosach lepiej wyglądałaś.
Ja: Nie chodzi o włosy, tylko w ogóle o to, że nie zgadzam się na to, by ktoś nieproszony komentował mój wygląd.
Ona: Ale co ci to robi? Dziewczyny mówią sobie takie rzeczy.
Ja: Może mówią, ale jak ktoś tak mówi do mnie, to czuję, że narusza moje granice, i nie chcę tego.
Ona: Przesadzasz.

To rzucone „przesadzasz” jest językowym wskaźnikiem, że znajoma wcale nie była ciekawa, dlaczego nie życzę sobie komentowania moich włosów, tylko zadawała pytania, by potem unieważnić moją scenę zdarzeń. Przykłady takich unieważnień można mnożyć. To istotne, by zrozumieć ich mechanizm. Schemat jest prosty: ktoś zadaje pytanie, które pozornie ma pokazać, że jest ciekaw mojej opinii, ale potem, gdy już skonstruuję językową scenę zdarzeń, jego reakcja ma na celu odebranie mi prawa do tego, co czuję. Pamiętam, jak w innej rozmowie powiedziałam: Czuję się niewysłuchana przez ciebie. A zależy mi, byś poznał moją perspektywę. W odpowiedzi usłyszałam: To się nie czuj. A przecież nasze emocje są naturalną reakcją na czyjeś słowa i nie można ich zaplanować.

Jak rozpoznać przemoc psychiczną?

Kiedy ktoś nas zmusza, byśmy się tłumaczyli wbrew własnej woli, dochodzi do pewnej przemocy psychicznej. Bo to implikuje przekonanie, że muszę wykazać, iż czyjeś zachowanie narusza moje granice. A druga osoba rości sobie prawo do wydania zgody, a częściej do odmówienia jej nam, na nasze naturalne reakcje. Konstruuje scenę zdarzeń pt. „podaj mi uzasadnienie”, a my, tłumacząc się, na tę scenę wchodzimy. W ten sposób oddajemy drugiej osobie władzę nad sobą. Pod względem językowym władzę ma ten, kto konstruuje scenę zdarzeń. Zatem jeżeli ktoś nas prosi o tłumaczenie, to zadajmy sobie pytanie: z czego wypływa ta prośba? Z ciekawości czy z chęci kontroli? I dopiero wtedy podejmujmy decyzję, czy warto się tłumaczyć. W tym drugim przypadku odmowa tłumaczenia, dlaczego stawiamy granice, jest kolejną wyznaczoną komuś granicą.

Marshall B. Rosenberg, twórca Porozumienia bez Przemocy, twierdzi, że każde zachowanie, nawet najbardziej wulgarne czy chamskie, jest strategią zaspokojenia własnych potrzeb. Manipulator ma silne przekonanie, że najskuteczniejszą formą zaspokojenia własnych potrzeb jest oszukanie drugiej osoby, że w bezpośredni sposób nie uzyskałby tego, co może osiągnąć poprzez manipulację. Warto zauważyć w tym miejscu, że manipulacja zawsze zakłada asymetrię w relacji. Manipulator albo sytuuje siebie wyżej od drugiej osoby, jeśli uda mu się ją zwieść i spowodować, by zrobiła coś wbrew sobie, albo niżej, jeśli nie da się ona nabrać na jego sztuczki. Ciągle jednak prowadzi grę. Taka asymetria gwarantuje mu jedno: nigdy nie dostrzeże realnego człowieka, a więc nie osiągnie bliskości. Manipulator najbardziej boi się autentycznej komunikacji i realnej bliskości z drugim człowiekiem, taka relacja bowiem wiąże się ze zbytnim ryzykiem, że okaże się słaby.

Manipulator czuje się na tyle niepewnie, że musi mieć poczucie kontroli, a uzyskuje to przez różne triki perswazyjne.

Często udaje bliskość, a gdy druga osoba ujawni mu swoje słabe strony, on bezlitośnie je wykorzystuje. Inną strategią jest uzyskiwanie informacji w prywatnej rozmowie, a następnie modyfikowanie ich i podawanie do publicznej wiadomości. Taktyk jest wiele, ale w głównej mierze są zależne od tego, jak stabilne i silne jest poczucie własnej wartości drugiej osoby. Jeśli manipulator trafi na osobę, która poczucie własnej wartości opiera na przekonaniu, że taka, jaka jest, jest OK, czyli taką, która postrzega siebie bardzo podmiotowo, to nic nie zdziała swoimi sztuczkami. Jeśli natomiast trafi na człowieka o niskim poczuciu własnej wartości, który uważa, że jest niewystarczająco dobry i że musi szczególnie zasłużyć na uwagę, dostrzega w nim potencjalną ofiarę. Wystarczy, że manipulator się zorientuje, jak ktoś definiuje samego siebie, które elementy są dla niego ważne: atrakcyjność fizyczna czy intelekt albo kompetencje społeczne, a uderzy w któryś z tych obszarów.

Zobaczmy to na przykładzie. Jeśli ktoś buduje swoją tożsamość na atrakcyjności fizycznej, to wystarczy tę atrakcyjność w jakiś sposób podważyć, by odebrać mu poczucie pewności. Na przykład sformułowaniami typu prawdziwa kobieta ma smukłe nogi, a nie takie umięśnione jak facet. Czasem można wykluczyć kogoś z grona prawdziwych kobiet czy mężczyzn poprzez wskazanie konkretnego zachowania, które zdaniem mówiącego dyskwalifikuje daną osobę w kwestii przynależności do wspólnoty własnej płci: Wiesz, prawdziwa kobieta nie przeklina czy Prawdziwy facet się nie rozkleja, by – w sytuacji, gdy kobieta użyła wulgaryzmu bądź mężczyzna okazał emocje – wykluczyć ich z kategorii, przez którą się definiują.

Jeśli z kolei swój wizerunek budują w oparciu o intelekt i oczytanie, wystarczy te cechy unieważnić, by zyskać nad nimi przewagę.

Pamiętam taką sytuację: byłam studentką krakowskiej polonistyki, gdy pewna pani profesor przyniosła na zajęcia książkę, po czym powiedziała: Rozumiem, że państwo, jako oczytani ludzie, macie już tę lekturę za sobą. Do końca zajęć nikt nie miał odwagi się odezwać, gdyż prowadząca zdefiniowała kategorię „oczytanych” jako tych, którzy „powinni” znać wskazaną przez nią pozycję. Nikomu z nas nie przyszło do głowy, by powiedzieć coś w stylu: Wprawdzie tej książki nie czytałam, ale sądzę, że… Niedługo po studiach sama zaczęłam wykładać w Instytucie Dziennikarstwa UJ i tam na zajęciach zapytałam studentkę, kim jest Leszek Kołakowski. Ona spokojnie odpowiedziała, że nie wie, po czym dodała: Pani ma swoich znajomych, ja swoich i dalej aktywnie uczestniczyła w zajęciach. Dla mnie było oczywiste, że każdemu humaniście znane jest nazwisko naszego filozofa. Dla tej dziewczyny oczywiste było, że nie musi pewnych rzeczy wiedzieć i wcale nie wyklucza jej to z grona partnerów konwersacji. Oczywiście obie sytuacje są skrajne i mają na celu jedynie zobrazować zjawisko budowania swojego wizerunku w oparciu o przynależność do kategorii osób oczytanych, atrakcyjnych, wysportowanych etc. Manipulacja jest możliwa wtedy, gdy manipulatorowi uda się zdiagnozować właściwie te kategorie i podważyć naszą przynależność konstrukcjami typu: „Prawdziwy sportowiec chyba wie, na czym polega metabolizm”, „Każda kobieta umie gotować”, „Co to za facet, który żarówki wymienić nie umie”.

Polecamy: „Mówię, więc jestem” Małgorzata Majewskia, wyd. Rebis (Fot. materiały prasowe) Polecamy: „Mówię, więc jestem” Małgorzata Majewskia, wyd. Rebis (Fot. materiały prasowe)
Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze