1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy pisanie dziennika ma efekt terapeutyczny?

Czy pisanie dziennika ma efekt terapeutyczny?

fot.123rf
fot.123rf
Codzienne pisanie, choćby kilku zdań, daje ci jasność. Ucisza hałas, uspokaja serce, sprawia, że podejmujesz lepsze decyzje – mówi Regina Brett. Swój pamiętnik pisze, odkąd skończyła 12 lat, i gorąco zachęca do tego nas wszystkich.

Kilka tygodni temu, jadąc metrem, zauważyłam, że w jednym wagonie cztery osoby czytają twoje książki. Zdarzyła ci się kiedyś taka sytuacja?

Zawsze jestem podekscytowana, gdy przyłapuję kogoś z moją książką. Ale cztery osoby naraz? To mi się jeszcze nie zdarzyło. To chyba rekord.

W Polsce jesteś ogromnie popularna. Wielu ludzi traktuje cię wręcz jak guru…

Z tym „guru” to trochę przesada. Wszystkie lekcje dało mi samo życie. Robiłam przy tym mnóstwo błędów i stale się potykałam. Mam nadzieję, że gdy ktoś o tym przeczyta, sam będzie potykał się mniej.

Teraz napisałaś 12 lekcji specjalnie dla polskich czytelników.

Moja pierwsza książka ukazała się w 24 krajach, ale Polska kocha mnie najbardziej. Zdumiewa mnie to i wzrusza jednocześnie. Za każdym razem, gdy czytam, że jestem u was na liście bestsellerów, moje serce topi się jak czekolada. Dlatego uznałam, że zasługujecie na swoją własną książkę! To trochę dziennik, a trochę kalendarz do codziennej medytacji. Możesz go jednak zacząć używać w dowolnym dniu w dowolnym roku. Na początku każdego miesiąca jest lekcja do przeczytania. A każdy dzień opatrzony jest inspirującym cytatem z moich poprzednich trzech książek. Ma on pomóc ci dobrze zacząć dzień.

Wierzysz, że pisanie dziennika ma efekt terapeutyczny?

Tak, w ten sposób uzdrowiłam swoje serce. Urodziłam się z poczuciem zagubienia i smutku. Towarzyszyły mi one długo, mimo że dorastałam z jedenaściorgiem rodzeństwa.

Kiedy zaczęłaś pisać?

Miałam może 12 lat. Pisałam o wszystkim, o swoich sekretach i lękach. Pamiętnik stał się moim najlepszym przyjacielem. W momentach, kiedy nikt nie rozumie twoich problemów – on jeden to potrafi. To kumpel, który razem z tobą celebruje radość i przeżywa żałobę. Zawsze noszę w torbie notatnik. Pomaga mi złapać to, co najlepsze z całego dnia, i zabrać to ze sobą do domu.

Wszyscy powinniśmy pisać?

Głęboko wierzę w pisanie. Pomaga złapać dystans do nonsensów, wątpliwości i lęków, które dryfują przez mózg cały dzień. Kiedy uwalniasz się od nich, pisząc pamiętnik, tworzysz przestrzeń w głowie i w sercu, a pozytywne rzeczy mają do ciebie dostęp. Najlepiej pisać codziennie. A potem po kilku tygodniach spojrzeć na to, co napisałaś. Nie, żeby to korygować czy redagować, ale żeby zobaczyć, czy są tam jakieś wzorce, które mogą nauczyć cię czegoś, co powinnaś wiedzieć, albo które mogą cię gdzieś poprowadzić. Jeżeli przez trzy tygodnie w swoim dzienniku narzekasz na pracę, może czas coś zmienić – albo ją, albo twój stosunek do niej. Pamiętnik może być jak kompas, który pokazuje ci drogę.

Lepiej zatrzymać te zapiski dla siebie czy podzielić się z innymi?

Nikomu nie pokazuję mojego dziennika. Nawet mężowi. To moja sekretna przestrzeń – tylko moja, niczyja inna. Kiedyś miałam zwyczaj pisania kodem na wypadek, gdyby ktoś niepożądany chciał go przeczytać. Teraz zakładam, że jeśli ktoś go przeczyta – ryzykuje swoje dobre samopoczucie. Zawsze możesz napisać na pierwszej stronie: „UWAGA: Myśli tu zawarte nie są przeznaczone dla ciebie. Proszę, weź własny pamiętnik i zapisz tam swoje myśli”.

Nadal piszesz regularnie?

Tak. Prowadzę pamiętniki bez przerwy od kilku dekad. Mam już ich cały stos. Tuziny. Rano piszę pamiętnik modlitwy. Najpierw pół godziny siedzę w milczeniu i medytuję. Po prostu siadam na wygodnym krześle z obiema stopami na podłodze i słucham. Słucham bicia mojego serca. Słucham, co szepcze moja dusza. Słucham na wypadek, gdyby Bóg chciał dać mi jakieś wskazówki na ten dzień.

Potem otwieram pamiętnik i piszę. Teraz moja kolej, żeby mówić, więc mówię, co mam w głowie i co mi leży na sercu. Zwykle jest tam wiele słów wdzięczności, ale miewam takie dni, kiedy jestem zdezorientowana i zagubiona, wtedy proszę Boga, żeby mi objaśnił rzeczywistość. Potem znów jestem cicho i słucham – teraz znów kolej na Pana Boga. Potem piszę, co Bóg – tak mi się wydaje – powiedział do mnie. Zwykle są to słowa w stylu „Regina, zrelaksuj się. Panuję nad wszystkim. Nad tym też”. Słowa, które słyszę, są zawsze pełne miłości i czułości.

Wieczorem piszę jeszcze inny pamiętnik. Nazywam go Dziennikiem Obfitości. Trzymam go przy łóżku. Przed zaśnięciem skanuję dzień i myślę o dobrych rzeczach, które inni mi powiedzieli albo zrobili. Wszystko to zapisuję. Potem skanuję dzień raz jeszcze, przypominając sobie wszystkie dobre rzeczy, które ja powiedziałam albo zrobiłam innym. Dzięki temu zawsze, kiedy kładę się spać, czuję się wdzięczna, obdarowana i błogosławiona. To również sprawia, że mam ochotę robić jeszcze więcej dobrych rzeczy dla innych. Wzmacnia mój „mięsień miłości”.

Trening mięśnia miłości?

Tak, rzeczy, za które jesteś wdzięczna, sprawiają, że czujesz się szczęśliwsza. I mniej narzekasz. Szybciej i częściej zauważasz dobre rzeczy w swoim życiu. Pisanie codziennie choćby kilku zdań daje ci jasność. Ucisza hałas. Uspokaja serce. Sprawia, że podejmujesz lepsze decyzje. I że lepiej śpisz. Nie zabierasz ze sobą tych wszystkich zakręconych myśli do łóżka. Wyrzucasz je z siebie, zanim położysz głowę na poduszce.

Czy wierzysz – jak wielu terapeutów – że dziennik pisany ręcznie jest lepszy niż ten wystukany na klawiaturze?

Ja muszę pisać ręcznie. Jest coś w tym trzymaniu długopisu i papieru. Dotyk jest ważny. Poza tym jeśli piszesz na komputerze, jesteś bardziej skłonna redagować i poprawiać, i wtedy dziennik staje się zbyt perfekcyjny. Albo zaczynasz serfować w sieci, uciekać na Facebooka czy Twittera zamiast pisać. Lubię kreślić słowa, mazać, rysować serduszka i gwiazdki, pisać w różnych kolorach. Najważniejsze jednak, żeby nie redagować i nie cenzurować tego, co się pisze.

W twojej książce jest 12 lekcji. Możesz udzielić trzynastej – specjalnie dla czytelniczek SENSu?

Usłyszałam ją niedawno i uważam, że jest świetna. Kiedy czujesz, że utknęłaś: spójrz w górę. Po prostu. Co zobaczysz? Przestrzeń. Niebo. Chmury. Słońce. Księżyc. Deszcz. Jeśli będziesz patrzeć w górę, zachwyci cię tajemnica tego wszystkiego. Wielka, ogromna tajemnica życia. Podnoś wzrok za każdym razem, gdy wychodzisz na zewnątrz, i pamiętaj: stoisz na planecie, która jest tylko małą karuzelą w kosmosie. Wszystkie drobiazgi, którymi się martwimy, są takie małe w porównaniu z Uniwersum, które jest nieograniczone, nieskończone, magiczne i wspaniałe. Życie jest o wiele większe niż każdy z problemów, którym martwisz się w swoim prywatnym świecie.

Kiedy twoje myśli wirują i lęki zaczynają cię wciągać w huragan desperacji, wyjdź na zewnątrz i spójrz w górę. Świat kręci się bez twojej pomocy. Coś większego i potężniejszego od ciebie wykonuje całą tę pracę. Po prostu zabierz się z tym i ciesz się podróżą.

Regina Brett amerykańska dziennikarka i pisarka. Autorka „Jesteś cudem”, „Bóg nigdy nie mruga” i „Bóg zawsze znajdzie ci pracę”. W listopadzie specjalnie dla polskich czytelników ukazał się „Twój dziennik”, będący połączeniem dziennika i kalendarza do codziennej medytacji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Typy osobowości – które rodzaje temperamentu najlepiej do siebie pasują?

Znawcy charakteru twierdzą, że najtrudniej porozumieć się cholerykowi z flegmatykiem i melancholikowi z sangwinikiem. (Ilustracja iStock)
Znawcy charakteru twierdzą, że najtrudniej porozumieć się cholerykowi z flegmatykiem i melancholikowi z sangwinikiem. (Ilustracja iStock)
Czy melancholik z sangwinikiem potrafią stworzyć udany związek? Jak dotrzeć do flegmatyka? Poznanie temperamentu drugiej osoby może pomóc w zrozumieniu jej postępowania.

Temperament. Ten względnie stały zespół cech stanowi najogólniejszy opis każdego człowieka. Jest zdeterminowany biologicznie, chociaż podlega niewielkim zmianom spowodowanym wychowaniem, dojrzewaniem czy oddziaływaniem środowiska społecznego. Za prekursora nauki o temperamencie uważa się greckiego lekarza Hipokratesa, żyjącego w V wieku p.n.e., który stwierdził, że naturę ciała człowieka stanowią cztery „soki” w organizmie: krew, flegma oraz żółta i czarna żółć. Ale dopiero inny lekarz, Claudius Galen, w II wieku n.e. opracował pierwszą typologię temperamentów, z których cztery przetrwały do dnia dzisiejszego: sangwinik, choleryk, melancholik i flegmatyk.

Sangwinik

Typ silny, zrównoważony, ruchliwy, odporny i zaradny życiowo. Uwielbia częste urozmaicenia, więc błyskawicznie adaptuje się do zmieniających się warunków. Szybko się wzrusza, jest przejęty, ale błyskawicznie zapomina o co chodziło. Jest aktywny, otwarty, przedsiębiorczy. Cechuje go wesołość, pogoda ducha. Potrzebuje przestrzeni, ruchu, czasu na zabawę. Jest towarzyski, skoncentrowany na ludziach i uznaniu, lubi być w centrum uwagi. Dzięki swoim zdolnościom przystosowawczym jest lubiany w towarzystwie. Jednak jest niestały, co niekiedy przysparza mu kłopotów. Pracuje, gdy go pobudza otoczenie, natomiast sam jest skłonny do lenistwa. Często działa na zasadzie „słomianego ognia”. Jest optymistą, cechuje go duża odporność na życiowe perturbacje.

Motywuje go: sympatia i uznanie otoczenia, sukces społeczny, ryzyko.
Obawia się: odrzucenia społecznego, samotności.
Jeśli chcesz dotrzeć do sangwinika: mów wprost, co myślisz, ale częściej chwal, niż krytykuj, doceń umiejętności czy dobrze wykonaną pracę, weź poprawkę na hurraoptymizm, wywieraj lekką presję, stymuluj do działania.
Jeśli to ty jesteś sangwinikiem: stawiaj innym granice, nie pozwól się wykorzystywać, ustal sobie priorytety i pilnuj terminów, patrz realistycznie.
Jak mogą cię postrzegać inni: powierzchowny, optymista, żądny sławy i poklasku, nieuważny, sztuczny, naiwny.

Choleryk

Typ silny, niezrównoważony. Nie potrafi się hamować, nawet gdy wymaga tego sytuacja. Wtedy staje się niespokojny, agresywny, zaczepny aż do okresowego znużenia. Cechuje go niecierpliwość, witalność, ogromna potrzeba aktywności. Bywa gwałtowny, wybuchowy i konkurujący. Optymista. Ma silnie zaakcentowane „ja”, jest niezależny, zdecydowany, żywiołowy. Potrafi intensywnie pracować. Trudnościom wychodzi naprzeciw, szuka najefektywniejszych rozwiązań, chętnie podejmuje wyzwania, samodzielnie rozwiązuje problemy, nie znosi przegrywać. To człowiek czynu, lubi rozkazywać, zdobywać. Działa szybko i gwałtownie, w wielu kierunkach, dynamicznie i z entuzjazmem, nastawiając się na rezultaty. Kocha walkę, ryzyko, przygody, pokonywanie trudności.

Motywuje go: cel, ryzyko, nastawienie na efekty, nowe wyzwania.
Obawia się: wykorzystania, utraty kontroli.
Jeśli chcesz dotrzeć do choleryka: mów o rezultatach, koncentruj się na zadaniach, pozostaw dużo swobody i możliwość wyboru. Wybaczaj wybuchy złości, jasno określ swoje granice. Jeśli coś źle robi, asertywnie go o tym poinformuj.
Jeśli to ty jesteś cholerykiem: wykaż więcej wrażliwości, weź pod uwagę potrzeby innych, o ile to możliwe, wyjaśniaj swoje motywy, od innych nie oczekuj zbyt wiele, pozwól bliskim na odrobinę luzu.
Jak mogą cię postrzegać inni: przedsiębiorczy, arogancki, wymagający, wyzyskiwacz.

Melancholik

Jego życie wypełniają lęki i kłopoty. To pesymista, widzący tylko czarną stronę życia. Często sam sobie podstawia nogę, szuka dziury w całym. Z reguły cierpi na kompleks niższości. Każde niepowodzenie utwierdza go w przekonaniu, że jest niewiele wart. Nie wytrzymuje silnego i długiego pobudzenia, potrzebuje częstych odpoczynków. Mało odporny na sytuacje konfliktowe. Bywa bierny, zahamowany. Z trudem przystosowuje się do otoczenia. Szybkie i częste zmiany warunków życia wpływają dezorganizująco na jego postępowanie. Przed podjęciem ważnej decyzji rozważa za i przeciw. Jest powściągliwy i zamknięty w sobie. Mało towarzyski, trudno nawiązuje relacje, ale jeśli już się zaprzyjaźni, jest wierny. Bardzo wrażliwy, jego przeżycia są głębokie, chociaż powstają wolno i z trudem przedostają się na zewnątrz.

Motywuje go: bezpieczeństwo, jakość.
Obawia się: krytyki.
Jeśli chcesz dotrzeć do melancholika: prowadź uporządkowaną rozmowę, jeśli chcesz, by coś zrobił, zapytaj, jak to powinno być zrobione, skupiaj się na tym, co jest do zrobienia, dostarczaj szczegółów, wyrażaj się logicznie i precyzyjnie, daj czas na realizację, zapewnij spokój, akceptację i poczucie bezpieczeństwa, przygotuj na zmiany, nie krytykuj, a rzeczowo wytłumacz.
Jeśli to ty jesteś melancholikiem: nie rób wszystkiego sam, porzuć strach, czasami pozwól sobie na spontaniczność, niech detale nie będą ważniejsze od ludzi, wykaż więcej optymizmu, uwierz w swoje siły, zacznij okazywać emocje.
Jak mogą cię postrzegać inni: ostrożny, precyzyjny, drobiazgowy, asekurant, pesymista.

Flegmatyk

Dobrze przystosowany do życia, odporny. Zadowolony z siebie i z otoczenia. Trudno go czymś zranić. Zazwyczaj mówi i reaguje spokojnie, powoli, bez wyraźnego przejawiania emocji czy żywszej mimiki. Jest mało ruchliwy. Nie znosi pośpiechu, pracuje powoli, systematycznie. Dotrzymuje zobowiązań i terminów. W pracy lubi mieć jasno określony zakres obowiązków. Trudno wywołać u niego niepokój, nawet w trudnych sytuacjach. Potrafi znaleźć się wśród ludzi, a relacje są dla niego niezwykle istotne. Precyzyjny, powściągliwy, cierpliwy i niewzruszony. Z reguły panuje nad sobą i nie poddaje się emocjom. Jego przeżycia mogą być głębokie, ale ograniczają się do wybranych ludzi. Pomimo chłodu i pozornej nieczułości potrafi pomagać innym. Ma problemy z szybkim przystosowaniem się do zmiennych warunków życia. Nie lubi nowych sytuacji, za to uwielbia święty spokój.

Motywuje go: bezpieczeństwo, stabilizacja, ludzie.
Obawia się: niestabilności, zdania się na los.
Jeśli chcesz dotrzeć do flegmatyka: zadawaj pytania, okazuj pomoc i uwagę, wytłumacz, rób sugestie, przygotuj na zmiany, nie zaskakuj, pokaż alternatywy, wspieraj.
Jeśli to ty jesteś flegmatykiem: rozwijaj spontaniczność i elastyczność, zaakceptuj zmiany, przejmuj inicjatywę, nie unikaj konfrontacji.
Jak mogą cię postrzegać inni: bez wyrazu, powolny, cierpliwy, ostrożny, letargiczny.

Lubimy podobnych

Znawcy charakteru twierdzą, że najtrudniej porozumieć się cholerykowi z flegmatykiem i melancholikowi z sangwinikiem. Z drugiej strony związek dwóch choleryków też nie będzie należał do udanych, bo będą mu towarzyszyły odwieczne zmagania o dominację oraz obawy o bycie wykorzystanym. Natomiast najłatwiej porozumieć się cholerykowi z sangwinikiem lub melancholikiem, melancholikowi z cholerykiem lub flegmatykiem, flegmatykowi z sangwinikiem i melancholikiem, a sangwinikowi z flegmatykiem i cholerykiem. Dlaczego?

Lubimy podobnych do siebie, ponieważ lepiej wyczuwamy ich nastroje. Z drugiej strony, z każdym można dojść do porozumienia. Chodzi o to, żeby wykorzystać zalety danego typu temperamentu, a zniwelować te, które mogą wywierać niekorzystny wpływ na wspólne funkcjonowanie.

Żaden typ temperamentu nie jest lepszy ani gorszy, jesteśmy po prostu różni. Ba, nawet ta sama cecha charakteru może być inaczej spostrzegana, np. uważasz, że jesteś dowcipny, a otoczenie postrzega cię jako złośliwego, sądzisz, że jesteś zdecydowana, a ludzie widzą w tobie uparciucha. Na pewno dobrze wiedzieć, jakie cechy składają się na naszą indywidualną charakterystykę, nie złościć się na coś, co przynależne nam z natury. I dostrzec w tym prawdziwy dar.

Warto przeczytać: Strelau, „Rola temperamentu w rozwoju psychicznym”, WSiP, Warszawa 1990; M. Fedeli, „Temperamenty charaktery osobowości, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003; J. Strelau, „Temperament, osobowość, działanie”, PWN, Warszawa 1985.

  1. Psychologia

Związki Living Apart Together. Będąc razem, ale żyjąc osobno

Związki LAT nie mieszkają ze sobą, nie dzielą się wydatkami, nie prowadzą wspólnie gospodarstwa domowego. Tak jakby trochę było się singlem, a trochę żyło się w parze. W zasadzie jest się w związku, tylko zachowuje się dużą autonomię. (Fot. iStock)
Związki LAT nie mieszkają ze sobą, nie dzielą się wydatkami, nie prowadzą wspólnie gospodarstwa domowego. Tak jakby trochę było się singlem, a trochę żyło się w parze. W zasadzie jest się w związku, tylko zachowuje się dużą autonomię. (Fot. iStock)
Living Apart Together, czyli będąc razem, ale żyjąc osobno. To taki typ pary, w którym każdy wraca do swojego mieszkania. Czasami to naturalny etap bycia razem. Co jednak w przypadku, kiedy ten etap zmienia się w kolejne lata takiego życia razem, ale osobno?

Różnie się o tej relacji pisze - czasami określa się ją jako „partnerstwo bez wspólnego mieszkania", czasem „związek na odległość". Niewątpliwie jest to związek, ponieważ para sama określa siebie jako parę. Często jest też tak, że inni także wiedzą, że „tych dwoje" to para, chociaż każdy z nich mieszka w swoim mieszkaniu. Poza tym takie związki cechuje często trwałość i brak przypadkowości oraz monogamiczność. Dwoje ludzi utrzymuje także relacje seksualne, które nadają cechę intymności takiemu związku. To taki typ związku, w którym wydaje się, że „ma się ciastko i je się ciastko", czyli zachowuje się dużą niezależność, przy jednoczesnym byciu w zaangażowanej relacji.

Czasem trudno zdefiniować tego rodzaju układ. Małżeństwo określone jest przez status formalny i tworzenie wspólnego gospodarstwa domowego, kohabitacja przez wspólne mieszkanie. Co jednak ze związkiem LAT? Para nie mieszka ze sobą, nie dzieli się wydatkami, nie prowadzi wspólnie gospodarstwa domowego. Tak jakby trochę było się singlem, a trochę w parze. W zasadzie jest się w związku, tylko zachowuje się dużą autonomię.

Ja mam 20 lat, ty masz 20 lat

Dla dwudziestolatków to zazwyczaj normalne, że tworzą parę typu LAT, bo mieszkają wspólnie z rodzicami, nie mając własnych czterech kątów. Najczęściej mają 18-24 lata, nie mają jeszcze dzieci, ani doświadczeń we wspólnym mieszkaniu z partnerem. Przyznają, że po ukończeniu szkoły, studiów i znalezieniu stałego zatrudnienia, mają w planach wspólne zamieszkanie.

„Jestem na piątym roku studiów i jeszcze mieszkam z rodzicami, tak samo jak moja dziewczyna - pisze Jakub. - Każdy z nas ma swój pokój. Rodzice też liberalnie podchodzą, czasem ja śpię u niej, czasem ona u mnie. Najczęściej, kiedy nie ma ich w domu, tak jest wygodniej. Każde z nas trochę pracuje, ale to są staże, jakieś praktyki, zlecenia, nie starczy na to, żeby uskładać na wynajem. Nie ukrywam, że mieszkanie z rodzicami ma też zalety, bo nie muszę się martwić o rachunki. Ale tak poważnie myślimy, żeby po studiach, jak znajdziemy pracę, sobie coś wynająć na początek, pomieszkać razem, spróbować żyć na własny rachunek. A potem, kto wie, jak się to potoczy, może ślub i rodzinka?”, dodaje.

Solo mama, solo tata

Inną grupą, która preferuje tego typu związki to samodzielni rodzice, szczególnie kobiety. Wynika to głównie z tego, że zanim podejmie się decyzję o wspólnym mieszkaniu, należy być pewnym swoich decyzji ze względu na dobro dziecka czy dzieci.

„Jestem po rozwodzie już 5 lat, mam 8-letniego synka. Oczywiście w przyszłości marzyłabym o tym, żeby jakoś z moim partnerem zacząć budować tę rodzinę wspólnie. Na razie on ma własne mieszkanie, ja mieszkam z Kubą. Wszystko mam w tym mieszkaniu poukładane, mamy dwa pokoje z kuchnią. Kuba ma swój, ja śpię w dużym. Nie bardzo sobie wyobrażam, żeby jeszcze miał zamieszkać z nami w tym momencie mój partner i kilka dni w tygodniu jego dzieci. Wiem, że ludzie żyją w gorszych warunkach, ale ja tak nie chcę. Chcę, żeby Kuba nadal miał komfort swojego własnego pokoju. Mój partner ma dużą kawalerkę, więc przeprowadzka do niego nie wchodzi w grę. Na razie tak tkwimy w takim zawieszeniu. Chcemy być razem, ale nie śpieszy nam się z podjęciem decyzji o kredycie na większe mieszkanie, bo to zobowiązania i bardzo poważna decyzja”, mówi Karolina.

LAT forever?

Część dorosłych w wieku 25-40 lat, którzy w większości są bezdzietni i najczęściej nie mają wcześniejszych doświadczeń małżeńskich, ale za to byli już w związkach nieformalnych, preferuje taki styl życia. Z jednej strony to naturalny etap przejściowy w trakcie poznawania się i randkowania. Ale co w przypadku, kiedy z kilku miesięcy robi się kilka lat?

„To nie jest łatwe pytanie, dlaczego mieszkamy osobno - mówi Sylwia. - Z jednej strony mam wrażenie, że się bardzo kochamy, z drugiej - każdy z nas jest po kilku nieudanych związkach. Jakaś taka duża ostrożność się narodziła. Ja się boję, że to się i tak z czasem rozpadnie. Dlatego wolę budować coś powoli. Ale czas płynie szybko i jesteśmy ze sobą razem, pomieszkujemy ze sobą od dwóch lat. To jest problem bardziej dla naszego otoczenia niż dla nas. Jesteśmy już dobrze po trzydziestce i nasi rodzice rozumieją tę rezerwę, ale znajomi traktują jak związek-nie związek, niby razem, a nie do końca. Pytają o ślub, o mieszkanie, dzieci, a nam w sumie jest dobrze tak, jak jest”, dodaje.

Okazuje się, że osoby z naszego otoczenia niekiedy mają problem z definicją, czy jest to poważny związek czy nie. Mówiąc o poważnym, mam na myśli przyszłościowym związku, czyli łączeniu planów życiowych z daną osobą, pojawia się presja wspólnego mieszkania i snucia planów pod wspólnym dachem.

„Mnie się takie mieszkanie osobno podoba. Widzę chyba więcej zalet niż wad. Mam ukochaną kobietę, kiedy chcę to jesteśmy razem, śpimy raz ona tu, raz ja u niej, gotujemy, robimy zakupy. Z drugiej strony oboje mamy swoje drogi zawodowe, sukcesy na koncie, które też wymagają od nas wyjazdów, pracy w domu. I tak jest łatwej. Jak mamy dużo pracy, to każdy pracuje u siebie i może się skupić. Wszystko idzie szybciej. Kiedy ja chcę się spotkać z kumplami i obejrzeć mecz lub ona ma ochotę poplotkować z koleżankami, to sobie nie przeszkadzamy. Oczywiście, że tęsknię za nią w nocy, kiedy nie ma jej obok mnie, ale wiem, że następną już spędzimy razem. Nie wiem, czy tak można całe życie. Pewnie nie”, pisze Michał.

Im jesteśmy młodsi, tym bardziej związek typu LAT postrzegamy jako etap przejściowy do wspólnego mieszkania. Niektórzy badacze zajmujący się tym zjawiskiem sugerują jednak, że relacje typu LAT kończą się szybciej niż związki kohabitacyjne. Im jesteśmy starsi, tym trudniej zdecydować się nam na wspólne zamieszkanie. Możemy kochać i być kochanymi. Realizować siebie zawodowo czy w zakresie pasji - bez kolizji, bez niepotrzebnych konfliktów i napięć. Każdy wraca do swojego domu, jeśli taką ma potrzebę. Być może to nowa forma nieformalnego związku odzwierciedla rozdarcie współczesnego świata – z jednej strony dążenie do samorozwoju, niezależności, równości, a z drugiej strony do chęci bycia kochanym, utrzymywania bliskiej, intymnej więzi i otrzymywaniem wsparcia. Każda para musi się jednak zastanowić, gdzie te granice między zależnością i niezależnością postawić.

  1. Psychologia

Nałóg to głód miłości, akceptacji i sensu życia

Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji.(Fot. iStock)
Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji.(Fot. iStock)
Kiedy Mały Książę rozmawiał z Pijakiem, ten wyznał mu, że pije, bo chce zapomnieć. Zapomnieć, że się wstydzi. „Czego się wstydzisz?” – spytał Mały Ksiażę. „Wstydzę się tego, że piję” – odparł Pijak.

– Przepiłem 20 lat swojego życia – mówi Maciej Kiełbasiński, neofita, instruktor terapii uzależnień. – Długo wydawało mi się, że piję tak jak wszyscy: dla towarzystwa, poprawy humoru, żeby ukryć swoją nieśmiałość, nadwrażliwość, lęk przed kobietami. Po kieliszku stawałem się duszą towarzystwa, byłem pierwszym po Bogu, miałem przyjaciół, dziewczyny, dobrą zabawę. Moje życie składało się na przemian z pijackich ciągów i okresów odrabiania strat. Przez wiele lat wydawało mi się, że umiem pogodzić moje uzależnienie z normalnym funkcjonowaniem; skończyłem szkołę, dostałem się na studia, zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze. Po coraz dłużej trwających ciągach starałem się wyhamować, „zebrać do kupy”, żeby po raz kolejny udowodnić sobie, że nie jestem zerem. Udawało mi się nie pić przez kilka miesięcy. Mówiłem sobie wtedy: ”Nie jest ze mną tak źle, potrafię obyć się bez alkoholu”. Ożeniłem się, bo liczyłem, że jak będę mężem, ojcem – przestanę pić. Podziałało, ale na krótko. Przychodził taki dzień, że musiałem się napić. Swoje alkoholowe ciągi planowałem ze szczegółami: brałem zwolnienie z pracy – 6 dni, dokładnie zaplanowane: trzy na picie, dwa na kaca, jeden na dojście do siebie. Kupowałem w sklepie wódkę, zwykle kilka butelek na zapas, żeby nie zabrakło, i kilka piw na kaca, bo tak się trząsłem, że utrzymanie w rękach szczoteczki do zębów stawało się problemem. Przy tym im więcej piłem, tym lepiej funkcjonowałem w świecie zewnętrznym. Miałem coraz lepszą pracę, więcej pieniędzy. To utwierdzało mnie w przekonaniu, że nałóg w niczym mi nie przeszkadza, a nawet że jestem lepszy od innych, mądrzejszy, sprytniejszy. Ale w głębi duszy czułem coraz większą pustkę.

Kręta droga w dół

Tak naprawdę nie jest istotne, czy przedmiotem uzależnienia jest alkohol, narkotyk, papieros, lekarstwo, jedzenie, seks, hazard, praca… Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji. Dążeniem do chwilowej poprawy nastroju, próbą ukrycia niskiego poczucia własnej wartości, a w konsekwencji ucieczką od życia i samego siebie.

Etiologia uzależnień nadal nie została wyjaśniona. Co było pierwsze: jajko czy kura? Czy określona osobowość sprzyja popadaniu w nałogi, a może to uzależnienie zmienia osobowość? Wiadomo, że istnieją pewne czynniki sprzyjające uzależnieniom, takie, jak: błędna hierarchia wartości, niski stopień autonomii, skłonność do wchodzenia w toksyczne relacje, niska odporność na frustracje, niedojrzałość emocjonalna. Charakterystyczną oznaką uzależnienia jest sięganie po substancję psychoaktywną, pomimo coraz bardziej bolesnych konsekwencji: fizycznych, psychicznych, moralnych, prawnych, duchowych i społecznych. Jak to działa?

Podstawowe mechanizmy uzależnienia:

Uzależnienie emocjonalne, czyli nałóg potrzebny do regulacji uczuć
– Osoba uzależniona nie potrafi zidentyfikować się ze swoimi emocjami. Albo próbuje je ukryć, albo postępuje wbrew nim – mówi Maciej Kiełbasiński. – To potęguje konflikt wewnętrzny, prowadzi do kompulsywnych zachowań czy konieczności sięgnięcia po substancję psychoaktywną. W ten sposób izoluje się od świata, popada w samotność, pozostając sam na sam ze swoim nałogiem. Nabiera fałszywego przekonania, że świat i ludzie jej nie rozumieją. Tłumaczy sobie, że sięga po takie środki dlatego, że ma życiowe problemy, a nie zauważa, że to właśnie uzależnienie je powoduje. Boi się, że zostanie rozszyfrowana ta część jej prawdziwego ja, na które składa się także: bezradność, wrażliwość, potrzeba miłości i akceptacji. Ten lęk paraliżuje ją do tego stopnia, że ukrywa go pod przykrywką złości, agresji i gniewu, wywołując w swoim otoczeniu ciągłe uczucie niepokoju. Ludzie bojąc się, że uzależniony wpadnie w kolejny ciąg picia czy ćpania, starają się zejść mu z drogi, dać spokój i nie denerwować, a to stwarza komfort do trwania w nałogu. A przecież na tym najbardziej mu zależy.

System iluzji i zaprzeczeń – nałogowy sposób manipulowania własnym myśleniem po to, by łudzić się, że nie jest się uzależnionym i że uzależnienie nie powoduje żadnych strat.
– Cechą charakterystyczną każdego nałogu jest pewien mechanizm myślowy, który cały czas przekonuje chorego, że nie jest uzależniony. Dlatego za wszelką cenę chce odzyskać kontrolę nad zachowaniem lub substancją psychoaktywną – tłumaczy Maciej Kiełbasiński. – Najbardziej zdradzieckie są okresy pomiędzy ciągami, kiedy osoba uzależniona zachowuje się w sposób normalny. Przecież ktoś, kto przez dłuższy czas może powstrzymać się od picia, ćpania czy innych kompulsywnych zachowań – nie może być chory! Podejmuje więc kolejną próbę, mówiąc sobie, że wypije tylko jeden kieliszek wódki, raz zagra w ruletkę lub wypali tylko jednego skręta. Tym samym popycha pierwszą kostkę domina, która przewraca kolejną i kolejną, aż do kompletnego wycieńczenia organizmu lub... utraty wszystkich pieniędzy w kasynie. Kiedy udaje się wyjść z ciągu, zderza się z tymi konsekwencjami. Kolejny raz nie dotrzymał słowa, utracił zaufanie do siebie i zaufanie innych. Budzi się niskie poczucie własnej wartości, wstyd i potworny lęk. Osoba uzależniona powtarza sobie, że to był ostatni raz, ale bez profesjonalnej pomocy nie jest w stanie dotrzymać danego sobie słowa. Wszyscy uzależnieni zakłamują, racjonalizują i minimalizują swój problem.

Poczucie kontrolowania uzależnienia
– To mechanizm, z którym najtrudniej jest się rozprawić – mówi Kiełbasiński. – Pacjenci, którzy zgłaszają się na leczenie, ciągle wierzą, że ,,trochę się podleczą”, a dzięki terapii znajdą sposób na kontrolowanie swojego uzależnienia.

Zaburzone relacje z innymi ludźmi
– Osoba uzależniona nie potrafi nawiązywać poprawnych relacji z otoczeniem. Traktuje innych instrumentalnie, przenosząc na nich odpowiedzialność za konsekwencje swojego nałogu – mówi Kiełbasiński. – Rodzina płaci jej długi, żona usprawiedliwia nieobecności w pracy, fakt uzależnienia wszyscy utrzymują w tajemnicy. Chory chce się do kogoś przytulić, pożalić nad swoim losem, czasem złoży jakąś nierealną obietnicę, która da bliskim nadzieję, że wszystko się ułoży. I... dalej korzysta z nałogu.

Gra o życie

W miarę postępującego uzależnienia, także pozytywne emocje – radość, zachwyt, poczucie sukcesu... – powodują tak silne napięcie, że osoba uzależniona musi się „znieczulić”: wypad do kasyna albo na zakupy dla uczczenia sukcesu, agresywny seks w nagrodę po okresie wymuszonej wstrzemięźliwości, kompulsywne objadanie się po udawaniu na przyjęciu, że „jem tyle co wróbelek”.

Emocją, która nasila się w kolejnych etapach uzależnienia, jest wszechogarniający lęk. Żeby go łagodzić, osoba uzależniona coraz częściej sięga po substancję psychoaktywną czy ucieka się do innego kompulsywnego zachowania. Ulga „po zażyciu” jest coraz krótsza, a pojawiające się napięcie – silniejsze. Zduszone emocje pojawiają się szybciej, a powodów do niepokoju jest więcej, bo nałóg sieje coraz większe spustoszenie w życiu uzależnionego. W pracy zawala więcej spraw, ludzie mniej mu ufają. Ostatkiem sił próbuje zachować pozory normalności.

– Po kilku latach picia zrezygnowałem z podejmowania długoterminowych zobowiązań, np. nauki języka, gry w tenisa – opowiada Maciej Kiełbasiński. – Wiedziałem, że nie stać mnie na systematyczność, bo ciągi były coraz dłuższe i nie byłbym w stanie sprostać zobowiązaniom. Poza tym obowiązki przeszkadzały mi w piciu. Całe moje życie zaczęło być podporządkowane chorobie. Zacząłem czuć nienawiść do samego siebie. W końcu stwierdziłem, że nie ma sensu trzeźwieć i postanowiłem zapić się na śmierć. Po dziesięciomiesięcznym ciągu sięgnąłem dna.

Czym jest owo sięgnięcie dna w uzależnieniu? Czasami to jakieś traumatyczne wydarzenie: nagła choroba, wypadek samochodowy, strata pracy, pieniędzy, rodziny. Innym razem nakaz sądu do przymusowego leczenia albo czyjaś bezinteresowna pomoc, albo... spotkanie na swojej drodze kogoś, kto w uzależnionym dostrzeże człowieka.

– Wtedy zwykle po raz pierwszy pojawia się poczucie własnej bezsilności wobec nałogu – mówi Adam Przywara, OFM, kapelan w Ośrodku Terapii Uzależnień. – To mistyczna chwila, w której cały świat się zatrzymuje.

– Kiedy uzależniony widzi, że życie wymknęło mu się spod kontroli i zapanował w nim taki bałagan, że nie potrafi poskładać go w całość, pojawia się nadzieja, że gdzieś jest ktoś lub coś, co może mu pomóc – dodaje Maciej Kiełbasiński. – I zaczyna się gra o życie.

Zdaniem ks. Marka Dziewieckiego, autora artykułu: ,,Choroba alkoholowa, a zniewolenie sfery duchowej”, każde uzależnienie jest dążeniem do iluzorycznego, natychmiastowego szczęścia i pojawia się tam, gdzie brakuje szczęścia rzeczywistego. Chwytamy się go wtedy, gdy w sposób bolesny, choć często nieświadomy, doświadczamy, że droga, którą podążamy, prowadzi donikąd, jednak brak nam odwagi, by uznać ten fakt i zmienić swoje życie. Przy użyciu substancji psychoaktywnej lub nałogowego zachowania wprowadzamy się więc w odmienny stan świadomości, ograniczając tym samym wewnętrzną wolność i gubiąc sens życia, czyli podstawy swojej duchowości. Uzależnienie niszczy wolność emocjonalną, intelektualną, zabija wrażliwość. Człowiek w szponach nałogu oszukuje samego siebie. Najważniejsze dla niego staje się zapewnienie sobie komfortu, by tkwić w uzależnieniu. Nawiązuje toksyczne relacje – solidaryzuje się z innymi uzależnionymi i manipuluje ludźmi. Zamiast rozwiązywać problemy, ucieka przed nimi w nałóg.

Gdzie powinien szukać rozwiązania? W powrocie do duchowości. To ona jest odpowiedzią na nurtujące go pytania i lekarstwem na paraliżujące lęki. Pomaga stworzyć dojrzałą hierarchię wartości, a relacje opierać na miłości i odpowiedzialności.

Nie wystarczy abstynencja. Leczenie to nie tylko przezwyciężenie mechanizmów nałogu, lecz zmiana postawy wobec życia. Na początku musi być świadoma decyzja, że do radzenia sobie z problemami nie potrzeba już alkoholu czy narkotyków. Ale żeby to osiągnąć, konieczne jest zajrzenie w głąb swej duszy.

Ważne spotkania

Zdaniem Adama Przywary, uzależnienie to choroba braku miłości. Maciej Kiełbasiński zaś uważa, że wynika ona z nieznajomości samego siebie, realizowania w sposób przymusowy wartości, które są sprzeczne z tymi, jakie uzależniona osoba wyznaje, nieumiejętności nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi. Ale obydwaj zgodnie twierdzą, że drogą wyjścia z nałogu jest drugi człowiek.

– W rozwoju duchowym zawsze chodzi o spotkanie: z Bogiem, z drugim człowiekiem. Spotkanie, które nas zmieni, np. ustali na nowo to, co dla nas istotne w życiu – mówi Adam Przywara.

Po latach walki ze swoim demonem osoby uzależnione wiedzą wszystko o mechanizmach i znakach ostrzegawczych, zaliczają kolejną terapię, pobyt w następnym ośrodku, znają swoje słabości, ale i tak wracają do nałogu, bo brakuje im wiary w coś, co ich utrzyma w stanie abstynencji, duchowego pogłębienia, odnalezienia sensu życia. Potrzebny jest ktoś, kto w umiejętny sposób ukaże im prawdę o nich samych.

– Kiedy otrzymujesz pomoc z zewnątrz, gdy zauważasz innych ludzi, którym udało się wyjść z nałogu, budzi się wiara. Zaczynasz ufać, że w tym względzie są mądrzejsi od ciebie i sięgnięcie po ich doświadczenia pozwoli ci na wyjście z samotności, budowanie swojego życia od nowa, krok po kroku – mówi Maciej Kiełbasiński.

Adam Przywara jako kapelan w ośrodku uzależnień pełni rolę pośrednika między uzależnionymi a Bogiem.

– Nieważne, czy i w co wierzysz – mówi im. – Spróbuj zastanowić się, czy jakaś Siła Wyższa – jakkolwiek ją pojmujesz – nie była w przeszłości obecna w twoim życiu.

Doskonale pamięta Pawła, 26-letniego narkomana, który pięciokrotnie próbował popełnić samobójstwo. Ostatnim razem wypił butelkę „Kreta” (silnie żrącej substancji) i poczuł wtedy, że coś każe mu iść do ludzi. Była noc. Wybiegł z domu i poszedł na stację benzynową. Tam zemdlał. Cudem go uratowano. Po pobycie na oddziale psychiatrycznym, trafił do Ośrodka Terapii Uzależnień. W ramach praktyki pracy zajmował się umierającymi w hospicjum.

– Przez dwa tygodnie widziałem go codziennie w kaplicy – opowiada kapelan. – Szlochał, a ja czułem, że dzieje się w nim coś ważnego. W czasie rozmowy okazało się, że zaczął analizować swoje życie. Poczuł, że tamtej nocy kierowała nim jakaś siła większa od niego. To był początek zmiany. Zaczął odkrywać, kim jest i czego naprawdę pragnie.

Trudne przebudzenia

Chorzy, którym udało się wyrwać z matni nałogu, przyznają: gdy po wielu latach uzależnienia budzisz się do życia, nie wiesz, kim jesteś. Emocjonalnie znajdujesz się na etapie, na którym to się zaczęło.

– Kiedy podjąłem leczenie w ośrodku terapii uzależnień, miałem czterdzieści lat – mówi Maciej Kiełbasiński. – Jednak emocjonalnie byłem na etapie 14-latka, bo to właśnie wtedy sięgnąłem po pierwszy kieliszek.

Zaczyna się dość skomplikowany proces. Najpierw pojawia się radość, że udało ci się pozbyć obsesji, która towarzyszyła uzależnieniu. Po dwóch, trzech latach wychodzenia z jakiegokolwiek nałogu, rozglądasz się dookoła i dostrzegasz, że większość decyzji, jakie w życiu podjąłeś, była temu podporządkowana. Po raz pierwszy jasnym wzrokiem patrzysz na swojego partnera, dzieci, przyjaciół, pracę i zadajesz sobie pytania: „Co ja tu robię? Kim jestem?”. Znika poczucie winy, odkrywasz, że inni także mają swoje wady i swoje problemy. Twoje życie nabiera sensu, zaczynasz powoli rozumieć siebie, a tym samym świat, który cię otacza.

– Żeby odważyć się być sobą, ujawnić światu swoje mocne strony, ale także własne słabości, musisz przełamać lęk przed odrzuceniem – mówi Kiełbasiński. – Skonfrontować się z tym wszystkim, przed czym uciekałeś w uzależnienie. Następnym krokiem jest bolesne rozliczenie się z przeszłością. Trzeba stanąć oko w oko z cierpieniem odczuwanym z powodu zaprzepaszczonych spraw, zmarnowanych okazji i porzuconych celów. W takich chwilach warto posiąść umiejętność rezygnacji: nie na dziś czy jutro, ale na zawsze. Musisz pogodzić się z faktem, że pewnych rzeczy już nie odzyskasz, niektórych wydarzeń nie cofniesz, a życie toczy się dalej i trzeba wziąć za nie pełną odpowiedzialność.

Co jeszcze? Kiedy obudzisz się ze złego snu, być może będziesz za wszelką cenę pragnął, żeby odzyskał spokój ktoś bliski, ktoś, kto cierpiał z powodu twojego uzależnienia przez całe lata, np. twoja matka, która nie dożyła momentu, kiedy przestałeś pić. Poczujesz się wtedy bezradny, no bo jak przekazać jej wiadomość, że z tobą już wszystko w porządku? Może twój partner, który dzielnie trwał przy tobie, gdy byłaś uzależniona od zakupów, albo przegrałaś w kasynie wszystkie swoje oszczędności, nagle odszedł, rzucając ci na do widzenia: „Teraz już poradzisz sobie beze mnie”. Być może w pierwszej chwili pomyślisz: „Jak on mógł mi to zrobić?! Nie warto było się leczyć”, może nawet pojawi się myśl o powrocie do uzależnienia... Ale po chwili przyjdzie refleksja: „Zrobiłam to dla siebie. Skoro udało mi się wyjść z nałogu, poradzę sobie ze wszystkim”. To pierwszy znak pojednania ze sobą, zgoda na swoją przeszłość. Powoli zaczniesz rozpoznawać, co jest dla ciebie ważne: miłość, dobroć, akceptacja, prawda, szczerość, otwartość, zamiast: manipulacji oraz oszukiwania siebie i innych.

– Na początku ważne jest, żeby nie czuć się samotnym – mówi Maciej Kiełbasiński. – Najbliżsi wydają ci się obcy, często nie rozumieją, że sama ich obecność i miłość nie pomogą ci w leczeniu, że musisz iść na terapię, do grupy wsparcia, do ludzi, którzy podzielą się swoim doświadczeniem. Zaczynasz naprawiać swoje relacje z bliskimi, znajdujesz nowych przyjaciół...

Jednego musisz się nauczyć: prawidłowo odczytywać własne emocje i uczucia w danej chwili, bo dopiero wtedy możesz kontrolować swoje zachowanie. Jeżeli wstałeś lewą nogą, będziesz mógł skorygować plan dnia tak, żeby uniknąć nieprzyjemnych sytuacji. Może zrezygnujesz ze spotkań z ludźmi, którzy źle na ciebie wpływają, przełożysz na inny termin zajęcia, które wymagają odpowiedniego nastroju czy koncentracji, a tym samym oddalisz od siebie możliwość powrotu do uzależnienia.

– Bo przecież nie chodzi o substancję czy zachowania, od których byłeś uzależniony, tylko o pewien stan emocjonalny, który te zachowania lub przymus sięgnięcia po substancję powodował – dodaje Maciej Kiełbasiński. – Jeśli wiesz, jakie sytuacje wywołują twoje konkretne emocje, potrafisz nad nimi zapanować. Do dziś czasami ludzie zarzucają mi, że martwię się przede wszystkim o siebie. Tak, bo moje emocje są najważniejsze – zapanowanie nad nimi daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jeśli mam dobry kontakt z samym sobą, mam dobry kontakt także ze światem.

Postęp w rozwoju duchowym widać po tym, z jaką dojrzałością podchodzisz do życia. Kiedy byłeś w nałogu, towarzyszyła ci niepewność, teraz – spokój.

– Wynika on w dużej mierze z powierzenia życia czemuś lub komuś większemu od nas samych – tłumaczy Adam Przywara.– A także z akceptacji swojej niedoskonałości. W duchowości jest miejsce i na smutek, i na radość, na rozgoryczenie i nadzieję, na upadek i powstanie. Bóg akceptuje słabość człowieka.

– Uzależnienie może dotknąć każdego, i wierzącego w jakąś konkretną religię, i agnostyka, i ateistę… – tłumaczy Kiełbasiński. – Jeżeli ktoś uważa inaczej, powinien wyzbyć się egocentryzmu. Ludzie czasem sądzą, że alkoholizm, hazard czy narkomania mogą przydarzyć się innym, ale nie im. Uważają się za lepszych i podejmują ryzyko „pierwszego razu” – pierwszy kieliszek, pierwszy pobyt w kasynie, pierwszy skręt… no bo przecież nic się nie stanie.

Kiedy jest już za późno, gdy już tkwisz w uzależnieniu po uszy, potrzebujesz wiary, która może ci dać siłę do wydostania się z pułapki nałogu.

– Przełomowy moment uznania swej bezsilności, bez zaakceptowania której pozbycie się nałogu staje się niemożliwe, wiąże się z tym, że człowiek „bez siły” musi posiąść moc z zewnątrz – mówi Kiełbasiński. – To może być grupa ludzi, ośrodek terapeutyczny czy Bóg w koncepcji chrześcijańskiej. Kiedy posiądziesz dar wiary, zaakceptujesz, że to nie ty jesteś Bogiem i nie od ciebie zależy końcowy efekt twoich starań czy postawionych sobie celów. Ty możesz jedynie planować działania, ale efekty pozostawiasz opiece boskiej, losowi,– jakkolwiek chcesz to nazwać. Taka postawa zapewni ci wewnętrzną równowagę, spokój duszy, bo przestajesz zmagać się z życiem i jego przeciwnościami, tylko akceptujesz wolę tej siły wyższej wobec ciebie. A kiedy twoje wnętrze przestanie być zapieczone przymusem osiągania tego, czego chcesz, to okaże się, że zostanie ci to po prostu ofiarowane.

Czy grozi ci uzależnienie? Sygnały ostrzegawcze:

  • Obniżanie napięcia emocjonalnego, pocieszanie się, nagradzanie przy użyciu substancji psychoaktywnej (alkoholu, narkotyków) lub zachowań kompulsywnych (przymusu gier hazardowych, seksu, zakupów).
  • Unikanie sytuacji stresujących i „wyręczanie się” innymi ludźmi w załatwianiu swoich spraw oraz rozwiązywaniu własnych problemów.
  • Zaprzestanie na pewien czas używania substancji i zachowań uzależniających (czasowa abstynencja), przeplatane okresami ciągów.
  • Wielokrotnie podejmowane, nieudane próby rzucenia nałogu, charakteryzujące się powtarzaniem bez przerwy tych samych mantr: „muszę ograniczyć palenie”, „muszę przestać chodzić na zakupy” itd.
  • Dominujące emocje, często niezależne od realnych wydarzeń, to lęk i złość, które są pretekstem do sięgnięcia po substancje lub zachowania uzależniające.
  • Pogarszanie się relacji z innymi ludźmi: izolacja, ucieczka w samotność, notoryczne kłamstwa, coraz częstsze manipulacje.
  1. Psychologia

Kilka chwil dla siebie – medytacja uważności

Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy. (Fot. iStock)
Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy. (Fot. iStock)
Dopadł cię stres? Nie masz na nic czasu? Rada: znajdź chwilę na medytację uważności. Według psycholog pozytywnej Jolanty Burke, to prosty sposób na zadowolenie z życia.

Spróbowałam medytacji w centrum Rigpa w Dublinie. Wszyscy siedzieliśmy na podłodze przy ołtarzu śmiejącego się Buddy, słuchaliśmy jednego z mnichów, a potem medytowaliśmy nad jego słowami. Wiele lat później, gdy studiowałam psychologię pozytywną, trafiłam na wykład na temat Mindfulness Based Stress Reduction (Redukcji Stresu Poprzez Uważność), programu realizowanego przez klinikę o tej samej nazwie na Uniwersytecie Medycznym w Massachusetts. Klinika jest prowadzona przez psychologa, doktora Jona Kabat-Zinna, twórcę medytacji uważności, polegającej na skupianiu się na chwili teraźniejszej, tak jakby od niej zależało całe nasze życie. To forma stoickiej medytacji, której celem jest polepszenie samopoczucia.

Cel: lewa półkula

Doktor Kabat-Zinn wraz z zespołem naukowców dokonał niesamowitych odkryć na temat medytacji uważności. Według ich badań, medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych uczuć. Dlatego też osoby, które codziennie medytują, czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich ogólny stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy.

Kolejna korzyść płynąca z medytacji to istotne obniżenie symptomów depresji, niepokoju i dysforii. W ciągu zaledwie kilku tygodni osoby regularnie medytujące są w stanie poprawić swoje samopoczucie na bardzo długi czas.

Psycholog pozytywna Barbara Fredrickson w swojej książce „Pozytywność” opowiada o kobiecie, która nigdy nie miała dla siebie czasu. Z trójką dzieci, domem na głowie i pracą na pełny etat była wiecznie podminowana i zestresowana, co negatywnie odbijało się na jej relacjach z mężem. Gdy zaczęła medytować, znajdowała się w stanie przewlekłej depresji i od kilku lat cierpiała na poważną bezsenność. Po trzech miesiącach regularnej medytacji zaczęła przesypiać 7 godzin bez budzenia się. Polepszyło się też jej samopoczucie, odnalazła przyjemność w zabawie z dziećmi, a w jej związek małżeński wstąpiła nowa energia. W ciągu zaledwie 12 tygodni poradziła sobie z nękającą ją depresją. To zresztą jeden z wielu przypadków potwierdzających zasługi medytacji uważności dla osiągania trwałego stanu szczęścia.

Codzienna praktyka

Aby zrobić pierwszy krok na drodze do spokoju i zadowolenia, najlepiej zarezerwować sobie 45 minut na codzienną praktykę uważności, ale wystarczy też 10 lub nawet 5 minut. Każda chwila medytacji będzie cudownym darem.

Najlepiej medytować rano, przed rozpoczęciem dnia. Nie musisz mieć specjalnej maty czy siedzieć w stroju gimnastycznym bez ruchu ze skrzyżowanymi nogami. Medytacje uważności można wykonywać siedząc na krześle, stojąc w autobusie, chodząc po ulicy czy jedząc obiad. Jon Kabat-Zinn poleca również jogę połączoną z medytacją uważności i skanowanie ciała, czyli koncentrowanie się kolejno na każdej jego części.

Najbardziej znana medytacja to medytacja łaskawości oparta na wzbudzaniu pozytywnych uczuć.

Poniżej znajdziesz kilka przydatnych informacji. Przeczytaj je i postaraj się od razu poświęcić kilka minut na wybraną medytację.

Medytacja siedząca

Wystarczy przeznaczyć na nią 5 minut dziennie. Ale jeśli możesz, postaraj się wygospodarować 10, 20 czy nawet 30. Usiądź wygodnie na krześle lub w fotelu – zadbaj o to, by twoje plecy były wyprostowane. Zamknij oczy. Wyobraź sobie, że jesteś górą. Skup się na swoim oddechu, bądź w pełni obecny. Za każdym razem, gdy uciekniesz myślami w jakimś kierunku, nie karć się za to, ale staraj się powrócić do koncentracji na swoim wdechu i wydechu. Na początku może być trudno, jednak z czasem będziesz nabierał coraz większej wprawy.

Uważne jedzenie

Wybierz jeden posiłek w ciągu dnia, może to być obiad, śniadanie lub zwykła przekąska. Postaraj się skoncentrować na każdym kęsie potrawy. Możesz na chwilę zamknąć oczy. Poczuj jej zapach, smak, zwróć uwagę na kształt, kolory czy ułożenie jedzenia na talerzu. Myśl o tym, jak każdy kęs nasyca cię i wzbogaca. Nie śpiesz się.

Skanowanie ciała

Połóż się na podłodze, macie do jogi lub na łóżku. Zacznij medytację od koncentracji na wdechu i wydechu. Po trzech wdechach przenieś swoją uwagę na palce lewej stopy, bez poruszania nimi. Skoncentruj się na swoich odczuciach. Coś cię swędzi, boli, a może odczuwasz łaskotanie? Palce są ciepłe czy zimne?

Następnie wyobraź sobie, jak twój oddech przesuwa się od klatki piersiowej, po brzuchu, lewej nodze, aż do jej palców.

Na wydechu niech rozpłyną się w stanie relaksu.

Potem skoncentruj się na dolnej części stopy, bez poruszania nią. Skup się na swoich uczuciach i znowu podczas wdechu doprowadź powietrze do tego punktu. Przy wydechu dolna część stopy rozpływa się w stanie relaksu.

Powtórz to samo, idąc kolejno przez wszystkie części lewej nogi: górną część stopy, kostkę, łydkę, kolano, udo. Potem prawa noga. Przejdź do miednicy, pośladków, dolnej i górnej części kręgosłupa, klatki piersiowej i brzucha. Potem skoncentruj się na palcach obu rąk, dłoniach, nadgarstkach, przedramionach i ramionach. Teraz kolej na twarz i szyję. Koncentruj się kolejno na szczęce, ustach, języku, dziąsłach, nosie, oczach, brwiach, czole i uszach. Wyobraź sobie, jak oddech przesuwa się w kierunku twarzy i przy wydechu pozostawia ją w stanie błogiej relaksacji. Kontynuuj tę wycieczkę aż do czubka głowy. Wyobraź sobie, że otwiera się niczym otwór na głowie wieloryba…

Weź tą drogą trzy głębokie oddechy (zamiast przez nos). Powoli skoncentruj się raz jeszcze na swoim wdechu i wydechu. Otwórz oczy. Całe ćwiczenie powinno zająć ci około 35–40 minut.

Medytacja uaktywnia lewą półkulę mózgu, odpowiedzialną za odczuwanie pozytywnych emocji. Osoby medytujące każdego dnia czują się bardziej szczęśliwe i pełne energii. Poprawia się ich stan psychiczny oraz wzmacnia układ odpornościowy

Jolanta Burke psycholog pozytywna, coach.

  1. Psychologia

Nigdy nie jest za późno, by odnaleźć swój talent

Nigdy nie jest za późno na wspaniałą przygodę ze swoimi talentami, może nawet okazać się ona przygodą życia. (Fot. iStock)
Nigdy nie jest za późno na wspaniałą przygodę ze swoimi talentami, może nawet okazać się ona przygodą życia. (Fot. iStock)
U niektórych ujawnia się bardzo wcześnie, inni odkrywają go dopiero w dojrzałym wieku. Jeszcze inni twierdzą, że los nie był dla nich łaskawy i cierpią, bo nie chcą być przeciętni. Mamy dobrą wiadomość: każdy ma w sobie talent, a nawet talenty. Trzeba je odkryć i nauczyć się z nimi obchodzić.

Bohatera książki Ursuli K. Le Guin „Dary”, Orreca z rodu Casprów, los obdarzył dzikim talentem unicestwiania ludzi, a to najbardziej niebezpieczna moc ze wszystkich, jakimi władają okoliczne rody. – Aby panować nad darem, musisz go używać. Inaczej on użyje ciebie – mówi mu ojciec. Ale chłopiec nie chce, boi się siły swojego daru, nie jest też do końca pewien, czy go rzeczywiście ma, skoro nie czuje, kiedy go używa. No bo skąd właściwie wiadomo, że jest w nas talent?

Porozmawiaj ze sobą

– Po raz pierwszy zobaczyłam farby, gdy miałam 3–4 lata. I dostałam objawienia. Wiedziałam, że będę malować – mówi Anna Wachaczyk, malarka, rzeźbiarka. – Moi rodzice nawet się ucieszyli, bo czemu nie, niech dziecko maluje. Kupili mi kredki, farby i wymalowałam nimi wszystkie ściany. Z czasem malowałam coraz częściej. Nie obchodziło mnie, czy to się komuś spodoba, ważne było, żeby mnie się podobało. Byłam niesamowicie żądna wiedzy.

Błagała rodziców, żeby kupowali jej książki o sztuce, a kiedyś było o nie bardzo trudno. Usłyszała, że w Łodzi, nie tak daleko od rodzinnego Płocka, jest liceum plastyczne. I tak długo męczyła rodziców, aż ją tam puścili.

– Od początku uważałam, że to jest wyjątkowa sprawa: ja i malowanie – wyznaje Ania. – To, że zdałam do liceum plastycznego, było pierwszym potwierdzeniem, że mogę się do tego nadawać. Choć bardziej niż na opinii nauczycieli zależało mi na opinii kolegów i koleżanek, ludzi, którzy startowali z takiego samego poziomu jak ja. Kiedy okazało się, że organizują plener malarski i sami mamy wybrać, kto na niego pojedzie – klasa wybrała mnie. Poczułam się wielka!

Aż przyszło załamanie. – Zdałam świetnie dyplom i nie dostałam się na wymarzone studia – ASP w Krakowie. Jakbym dostała obuchem w głowę – opowiada. – Zaczęłam się zastanawiać, co to znaczy. Że nie mam talentu? Że mi się skończył? Zainteresowałam się prywatną szkołą w Warszawie. Egzaminy były trudne, ale tym razem zdałam. Pomyślałam: „W tym Krakowie to nie mieli racji, jednak mam talent”. Potem była warszawska ASP i talent „wrócił” na dobre.

Mówi, że tak jest przez całe życie. Choć jest pewna, że ma talent, to zdarzają się chwile załamania. Bo jak nie dostajesz się na studia czy przez jakiś czas nie kupują twoich obrazów, to zaczynasz się zastanawiać, czy ty w ogóle potrafisz malować. Ale z drugiej strony, gdyby jej ktoś powiedział teraz, że nie ma talentu, to by mu po prostu nie uwierzyła. Jeśli byłby to jakiś znawca tematu, poszłaby spytać innego.

Psycholog twórczości Aneta Bartnicka-Michalska ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej twierdzi, że osoby bardzo uzdolnione zazwyczaj mają wysokie poczucie własnej wartości. – One bardzo dobrze wiedzą, że coś im w duszy gra. Czują się inne. Z drugiej strony zdarza się im powątpiewać w swoje zdolności, co jest naturalnym elementem procesu dojrzewania i tworzenia. Ktoś, kto przestaje wątpić, łatwo może zacząć uważać się za osobę omnipotentną, wtedy trudno będzie mu podtrzymywać w sobie chęć dalszego rozwijania swojego kunsztu – dodaje.

Ważny jest też rozmiar tego powątpiewania. Czy to jest coś bardziej w rodzaju: „jeszcze się muszę wiele nauczyć”, czy całkowite negowanie swoich umiejętności. To pierwsze podejście jest jak najbardziej rozwojowe. A porażki? Zdarzają się nawet najlepszym. Jeśli jednak ktoś ma prawdziwy talent, szybko się podniesie i zacznie nad sobą pracować. Bo chęć robienia tego, co mu w duszy gra, jest silniejsza od strachu przed ponownym niepowodzeniem.

– Zdarza się, że ktoś, kto uważa, że śpiewa najlepiej na świecie, przeżyje poważne rozczarowanie, biorąc udział w jakimś castingu. Bo nie dość, że nie jest wcale najlepszy, to są inni, śpiewający równie dobrze jak on. Porażka nie musi jednak oznaczać, że nie jest osobą utalentowaną. Sam talent to często za mało. Trzeba nad nim pracować, szkolić go, a często o tym zapominamy – tłumaczy Bartnicka-Michalska.

Dlatego tak ważne jest, na kogo utalentowana osoba trafi w życiu, jakich będzie miała nauczycieli. Czy dostrzegą w niej iskrę bożą, czy pomogą ją rozwijać. Wiele zależy też od najbliższego otoczenia: bliskich, rodziny. Nic dziwnego, że tak szybko i spektakularnie rozwijają się np. kariery muzyków, którzy przyszli na świat w rodzinie wirtuozów, czy dzieci rodziców zainteresowanych ich rozwojem od najwcześniejszych lat i nie narzucających im żadnych życiowych wyborów. A jeśli ktoś nie miał tyle szczęścia?

– Jeżeli nie pochodzisz z domu, w którym inwestowało się w odkrywanie i rozwijanie zdolności, to pewnie miałeś ograniczone możliwości poznania pełni swoich talentów. Jako osoba dorosła masz możliwość zrekompensować sobie to, czego wcześniej nie zrobili dla ciebie bliscy, a więc zainteresować się sobą, tym, co lubisz, co cię pociąga, a co niekoniecznie jest zgodne z tym, czego oczekują od ciebie inni. Żeby rozpoznać i rozwijać w sobie talent, wszyscy potrzebujemy wspierać siebie zarówno w rozpoznawaniu zdolności, jak i odważnemu ujawnieniu ich otoczeniu, a więc wyróżnieniu się – mówi psycholog.

Jeśli nie masz wsparcia bliskich, znajdź je w sobie. Być innym, wyjątkowym, oznacza także być zauważanym i nie zawsze rozumianym. Trzeba będzie dużo samozaparcia, by poradzić sobie z ciężarem opinii innych. Z obawy przed ośmieszeniem czy zawiścią wielu woli się nie wychylać, pozostać w swojej bezpiecznej kryjówce. Aneta Bartnicka-Michalska uważa jednak, że jeśli naprawdę mają talent, w końcu będą musieli skonfrontować go z „publicznością”.

– Do tego trzeba odwagi, bo opinia, którą usłyszymy, niekoniecznie musi być pochlebna. Co wtedy? Nic. To, co nie podoba się jednym, może być wartościowe dla innych, dlatego warto poszukiwać swojego pola działania i wspierających ludzi. Przecież nie każdy rozpozna nas jako nieoszlifowane diamenty. Poza tym nie każdy z nas musi mieć talenty wybitne. Umieć docenić i cieszyć się tym, w czym czujemy się dobrze i do czego mamy smykałkę, to podstawa – mówi.

Pułapki geniuszu

Aneta Bartnicka-Michalska opowiada historię młodego chłopaka, bardzo uzdolnionego matematycznie: – W szkole i liceum wygrywał olimpiady, konkursy, ale za sugestią rodziny poszedł na studia medyczne. Po pierwszym semestrze był najsłabszy w grupie. Człowiek, który szedł przez życie z etykietką geniusza, który nie musiał się specjalnie uczyć, bo wszystko przychodziło mu łatwo, nagle okazuje się najmniej lotny. Zrezygnował z medycyny, zaczął studiować matematykę i równolegle informatykę. Z dwoma tak trudnymi kierunkami długo nie wytrzymał. W rezultacie nie skończył żadnych studiów, nie pracuje, jest zniechęcony do życia, nie może się odnaleźć. Cały czas nosi ciężar ogromnych oczekiwań – otoczenia i własnych. Czegokolwiek się podejmuje, szybko go nudzi. Tak prosta czynność, jak odkurzenie mieszkania, irytuje go, bo jest zbyt przyziemna.

– To przykład niewłaściwego rozumienia talentu: osoba utalentowana jest stworzona do celów wyższych i wszystko ma się jej udawać. A przy pierwszym niepowodzeniu zawala się jej świat. Ten chłopak w szkole nie pracował nad swoim talentem, nie doświadczył żadnej porażki, nie nauczył się obcować ze swoim potencjałem i go rozwijać – tłumaczy psycholog.

W powszechnym przekonaniu człowiek utalentowany jest naznaczony, wybrany, czasem przeklęty. Nie musi doskonalić swojego talentu, bo ten jest idealny i kompletny sam w sobie. To się ma albo nie, a jeśli nie, to jest się skazanym na zwykłe, przeciętne życie. – W rzeczywistości rzadko kiedy jakaś wielka kariera pojawia się na zasadzie rozbłysku – mówi Aneta Bartnicka-Michalska. – Wszyscy podajemy za przykład Mozarta, ale on – wychowany w umuzykalnionej rodzinie – od dziecka ćwiczył gamy, grał na fortepianie i komponował, bo miał do tego warunki. Wiele osób gaśnie właśnie z tego powodu, że hołubi w sobie definicję geniusza, która jest pewnym nieporozumieniem i uproszczeniem. Geniusz to mieszanka wybitnego talentu, otwartości, ciekawości, ale też wytrwałość w wytężonej, codziennej pracy i gotowość ponoszenia licznych kosztów – także psychicznych.

Znajdź 5 swoich talentów

Krzysztof Litwiński, anglista i coach, prowadzi szkolenia z odkrywania talentów i pracy nad nimi. Jego zdaniem, w tej dziedzinie narosło wiele mitów, które jak najszybciej trzeba zburzyć.

– Pierwszy mit: talent jest darem, mocą nie do ogarnięcia. Tymczasem on może być czymś namacalnym i wymiernym. A ponieważ jest wymierny, to jest o wiele mniej subiektywny niż nam się wydaje – mówi. – Drugi mit: talent to coś spektakularnego. Natomiast jest cała gama talentów, które wcale takie nie są. Na przykład „naprawiacz”. Taki ktoś jest często postrzegany jako maruda, ktoś, komu wiecznie coś się nie podoba. A on po prostu widzi, co trzeba zrobić, żeby było lepiej, i robi to.

„Naprawiacz” jest jednym z 34 tzw. talentów neuronalnych usystematyzowanych przez Instytut Gallupa. Inne to m.in. „osiąganie”, „aktywator”, „analityk”, „organizator”, „empatia”, „maksymalista”, „zbieracz”, „czar” czy „pryncypialność”. Pięć spośród 34 dominuje i zasadniczo nie zmienia się przez całe życie człowieka. To, jakie talenty tworzą tę „piątkę” jest już indywidualną kwestią.

Według badaczy z Instytutu Gallupa, w tym Marcusa Buckinghama, który przez blisko 20 lat badał ludzkie cechy pod kątem tych najlepszych, talent to: „każdy powtarzający się u ciebie wzorzec myślenia, odczuwania lub zachowania, który może znaleźć praktyczne zastosowanie”. Skąd się biorą te wzorce? Otóż, tworzą się poprzez wykorzystanie połączeń istniejących w ludzkim mózgu. Do około 3. roku życia w wyniku rozmaitych bodźców ze świata zewnętrznego w głowie każdego człowieka tworzy się niepowtarzalna siatka neuronalna. Do 15. roku życia część połączeń obumiera, a pozostają tylko te, które są najczęściej używane. Przez kolejne 10 lat umacniają się. Jak pisze Buckingham w swoich książkach (m.in. w „Teraz odkryj swoje silne strony”): „I tak właśnie powstajesz Ty – utalentowana, niepowtarzalna osoba, obdarzona zdolnością reagowania na świat w swój wyjątkowy sposób”.

Zdolny inaczej

Jak się przekonać, co jest naszą siłą? Można zrobić test (dostępny na przykład na stronie www.strengthsfinder.com), w wyniku którego zostanie wyłonionych twoich pięć głównych talentów, Można też udać się na warsztaty, na których oprócz wyników testu poznasz także receptę na to, co dalej zrobić z tą wiedzą. Jedną z firm, która prowadzi takie szkolenia, jest Brian Tracy Institute.

– Życie zmusiło mnie do intensywnej pracy nad sobą. Po 25 latach najpierw własnych wysiłków, potem terapii, wreszcie rozlicznych szkoleń, warsztatów i kursów, znam siebie i rzadko coś mnie jeszcze we mnie zaskakuje – opowiada. – Co jak co, ale moje talenty, jak sądziłem, znam na wylot. Tymczasem po warsztatach przygotowujących do wykonania testu odkrywania talentów Clifton Strengthsfinder Gallupa i jego wykonaniu byłem ogromnie zaskoczony wynikami. Potem dowiedziałem się, że tak samo zaskoczona jest zwykle większość uczestników. Nie mogłem zaprzeczyć, że cechy, które mi „wyszły” faktycznie mam, ale żeby nazywać je od razu talentami?! Mało tego: niektóre z nich uważałem, jeśli nie za słabości, to przynajmniej za mało praktyczne i nieprzydatne w życiu. A jednak, popatrzywszy wstecz na wszystkie moje autentyczne, obiektywne, życiowe sukcesy, doszedłem do wniosku, że zawdzięczam je właśnie tym, nowo odkrytym talentom, jak „empatia” czy „bliskość”, a nie mocnym stronom, które mozolnie wypracowałem przez lata. Do tej pory za swoje talenty uważałem systematyczność, organizację czy precyzję. One jednak nigdy nie dały mi sukcesów porównywalnych z tymi, które przyniosło korzystanie z niedocenianych, a wrodzonych talentów neuronalnych. Jak pewnie większość ludzi uważałem, że to, co przychodzi bez wysiłku, nie jest wiele warte, że lepiej pracować nad swoimi słabościami i przekuwać je w atuty - mówi Krzysztof Litwiński,

Zajęło mu trochę czasu zanim pogodził się z tym, że jego największe talenty są zupełnie gdzie indziej, niż myślał. Ale gdy się z nimi w końcu „zaprzyjaźnił”, poczuł ogromną ulgę. – Całe lata mojego życia nagle nabrały sensu, teraz wiem, w co warto inwestować moją energię i gdzie wysiłek przyniesie ponadprzeciętne owoce – opowiada.

Według Instytutu Gallupa, talent łatwo przychodzi, jest dostępny i powtarzalny. No i sprawia radość, dodaje energii. Można go przekuć w mocną stronę, dołączając do niego wiedzę i umiejętności. Oczywiście, możemy wiele zdobyć w jakiejś dziedzinie dzięki wyłącznie wiedzy i umiejętnościom, ale nigdy nie będziemy w tym tak dobrzy, jak ci, którzy oprócz wiedzy i umiejętności mają także „to coś”. – Dlatego logicznie rzecz biorąc powinniśmy się skupiać na rozwijaniu w obszarach, do których mamy talent, bo w ten sposób możemy osiągnąć prawdziwe mistrzostwo, a zrezygnować z tych, do których nie jesteśmy predystynowani – napracujemy się, a i tak nigdy nie dościgniemy tych, którzy mają wrodzoną łatwość, nazywaną talentem, wspartą pracą – tłumaczy Krzysztof Litwiński.

Coach zwraca uwagę na to, że bardzo istotna jest kombinacja talentów u konkretnej osoby. Talenty bowiem wzajemnie się uzupełniają i wpływają na siebie. Warto wiedzieć, jak działa konkretny miks. – Jeśli ktoś ma np. talent „naprawiania” i talent „kontekstu”, zauważy nie tylko, co trzeba zmienić, ale też przewidzi tego wpływ na pozostałe elementy. Zaś ktoś z talentem „naprawiania”, ale z niskim poziomem „empatii”, może irytować, bo bez ogródek wytknie koledze wszystkie niedoskonałości jego w pocie czoła stworzonego dzieła – mówi. – Na co dzień staram się świadomie zarządzać talentami moich pracowników. To bardzo wzmacnia zespół. Przydzielam każdemu takie zadania, w których może być ponadprzeciętnie dobry, a ograniczam obarczanie go tym, do czego nie ma talentu.

Tęsknoty z dzieciństwa

Niespełniona aktorka, pianistka, tancerka, malarz… Znamy wiele takich przypadków. Być może sami czujemy się jednym z nich. Powodów takiego stanu rzeczy może być wiele: bo nigdy nie było okazji się sprawdzić, bo mieszkaliśmy w małym mieście, bo rodzice wybrali dla nas inną ścieżkę, bo mąż, dzieci i trzeba było dokonać wyboru…

Do niezrealizowanych marzeń z dzieciństwa można powrócić w dorosłym życiu. Kupić sztalugi i zacząć malować, zapisać się na lekcje gry na pianinie czy do szkoły tańca. Aby podjąć taką próbę, trzeba jednak wyjść poza utarte społeczne przekonania na temat tego, co nam wolno, a co nie, co w pewnym wieku wypada. Warto się przełamać, bo tęsknota z dawnych lat może zaburzyć spokój życia i rzucać cień na to, kim teraz jesteśmy i co robimy. Psycholog ostrzega jednak przed zbyt hurraoptymistycznym podejściem: – Trzeba być bardzo ostrożnym. To, czego nam kiedyś brakowało, niekoniecznie musi być tym, czego teraz potrzebujemy, bo po prostu jesteśmy już w innym momencie życia i mamy inne potrzeby, a także zdolności mogą być dla nas ważne i warte inwestowania.

A co jeśli czujemy, że zaniedbano w nas jakiś talent, ale do końca nie wiemy, jaki? Szukać. Aneta Bartnicka-Michalska wspomina o kilku ważnych zasadach:

  • Pozwolić sobie go rozpoznać jako umiejętność, ale nie nastawiać się na poszukiwanie znamion geniuszu.
  • Zapomnieć o stereotypach związanych z płcią, wiekiem.
  • Stanąć obok siebie i wyobrażeń na swój temat. Nabrać dystansu. Nasze oczekiwania wobec siebie i opinie otoczenia sprawiają, że często nie doceniamy tego, co faktycznie potrafimy, szukając czegoś, co chcielibyśmy umieć.
  • Zacząć oglądać świat pod kątem zaciekawienia, tego, gdzie przeczuwamy dla siebie jakąś łatwość.
  • Otworzyć się na sposób, w jaki uzdolnienie może się przejawić. Może mamy w sobie talent malarski, ale jego realizacja nie będzie dotyczyła malowania, tylko dekorowania.
  • Zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli odkryjemy w sobie talent w dojrzałym wieku, to prawdopodobnie nie będziemy mogli go rozwijać w takim wymiarze, jak osoby, które pracują nad nim od lat.
  • Być dla siebie przyjacielem. Doświadczać siebie w talentach, a jednocześnie sobie w nich towarzyszyć.

Nigdy nie jest za późno na wspaniałą przygodę ze swoimi talentami, może nawet okazać się ona przygodą życia. Jak mówi Aneta Bartnicka-Michalska, pozwolić sobie na to, żeby mieć talent, oznacza zgodę na to, żeby żyć swoją barwą. Odkrywając go i rozwijając, zaczynamy traktować siebie jako jednostkę wyjątkową. Ta zmiana sposobu myślenia może wielu osobom pomóc na nowo nadać sens ich życiu.