1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Warto mieć w życiu plan B

Warto mieć w życiu plan B

"Najnowsze badania o szczęściu przeprowadzone na Harvardzie pokazują, że nie jest tak, że sukces przychodzi i jesteśmy szczęśliwi. Jest na odwrót – on się pojawia, bo jesteśmy szczęśliwi." (fot. iStock)
No dobrze, masz pracę, ale w każdej chwili możesz ją stracić. Co wtedy? Czy dobrze mieć alternatywny zawodowy plan? Inną profesję, hobby, na którym możesz zarabiać? – Są zbędne, jeśli pracujesz z pasją i płyniesz z nurtem życia – mówi coach dr Aneta Chybicka.

No dobrze, masz pracę, ale w każdej chwili możesz ją stracić. Co wtedy? Czy dobrze mieć alternatywny zawodowy plan? Inną profesję, hobby, na którym możesz zarabiać? – Są zbędne, jeśli pracujesz z pasją i płyniesz z nurtem życia – mówi coach dr Aneta Chybicka.

Czy warto mieć plan B na życie zawodowe? Tak jak zwykło się odkładać pieniądze na tzw. czarną godzinę? Pracując jako trenerka i coach, obserwuję, że ludzie zamiast się zabezpieczać, chcą raczej przygotować się do tego, żeby robić coś, co by im przynosiło więcej sensu i radości. Nadało życiu znaczenia, byłoby związane z ich pasją. Wśród moich klientów często obserwuję taki mechanizm, że mimo iż mają pracę, to jednak inwestują w to, co uwielbiają robić: dokształcają się, zdobywają doświadczenie, najpierw oddają się pasji, zarabiając przy tym niewielkie pieniądze, a z biegiem czasu zaczynają nową aktywność zawodową.

Udaje się? Znam osobę, która rzuciła pracę polonistki i została uznanym i nagradzanym redaktorem radiowym już jako dorosła kobieta, pokonując seplenienie i inne przeszkody. Włożyła w to mnóstwo wysiłku, ale w ogóle go nie odczuwała, bo radio było jej prawdziwą pasją i powołaniem.

Czyli planem B nie musi być przebranżowianie się, tylko pójście za pasją? Tak. Pójście za wewnętrznym darem. Czymś w sobie, co nie jest koniecznie związane z wykształceniem i wcale nie musi być jakimś talentem artystycznym bądź naukowym. Czymś, o czym wcale nie myślimy, że jest talentem. To mogą być na przykład dobre maniery, ładny sposób wysławiania się, poczucie humoru, dostrzeganie piękna, gracja, umiejętność nawiązywania kontaktów, inteligencja społeczna, umożliwianie ludziom przyjemnego i konstruktywnego bycia ze sobą. Talentem może być pracowitość, cierpliwość, taka pieczołowitość, kreatywność. Wspomniana redaktorka radiowa jest osoba promienną, energetyczną. To z pewnością jej pomogło w zrealizowaniu swojego planu. Mam koleżankę, która – gdy tylko pojawi się wśród innych – natychmiast wciąga ich w rozmowy o uczuciach, seksie, śmierci, i to bardzo osobiste zwierzenia. Jest astrologiem, który zgłębia ludzką psychikę. Ma dar otwierania ludzi.

Jak dostrzec w sobie taki talent? Są na to metody, na przykład testy diagnozujące talenty. To temat przebadany w psychologii. W książce „Siła kobiet w biznesie”, którą napisałyśmy z Elżbietą Zubrzycką, zamieściłyśmy test, który jest sprofilowany dla kobiet. Bo generalnie jesteśmy pracowite, odpowiedzialne, ale nie zbieramy za to braw, bo autoprezentacja jest naszym słabszym punktem. Szukając w sobie talentów, zwróćmy uwagę na to, co nam naturalnie wychodzi lub co mogłoby nam łatwo iść, gdybyśmy poświęciły temu trochę pracy i uwagi.

Mamy talent zdiagnozowany. Co dalej? Trzeba zacząć z niego korzystać, doświadczać go. Zainwestowanie w talenty może stać się źródłem bardzo głębokiego szczęścia. Dlatego warto poświęcać czas na to, co jest naszym naturalnym potencjałem. Mechanizm przepływu uruchamia się, gdy wykonujemy czynność troszkę dla nas za trudną. Wtedy nie czujemy, że poświęcamy temu zajęciu wiele wysiłku, ale nie jesteśmy też znudzeni. Jesteśmy z tą czynnością jednym, mamy wrażenie płynięcia na fali. Kiedy jesteśmy w stanie flow, jest on stałym i skutecznym czynnikiem rozwoju.

Rozwój może być sposobem na pewniejszą pracę? Idąc za koncepcją szczęścia, służy nam praca, która ma dla nas głębszy sens. Niektórzy czują, że jest to zdrowa żywność, ekologiczny styl życia, medycyna naturalna. Ten sens może polegać na tym, że coś robi się dla innych. Działanie dla dobra ludzi jest silnym mechanizmem szczęścia. Chodzi o to, żebyśmy nieśli dobro na zewnątrz, żebyśmy przekraczali samych siebie. Wtedy dochodzi do rozpuszczania ego rozumianego jako struktura lęku, egoizmu, negatywnych schematów, a przede wszystkim oddzielenia, widzenia siebie jako istoty odrębnej od reszty świata, żyjącej w izolacji. Warto doświadczyć tego, że kiedy zrobimy coś dobrego dla innych, zrobimy to dla siebie. Z kolei kiedy wyrządzamy komuś krzywdę, to tak jakbyśmy czynili krzywdę sobie. Dlatego kiedy robimy coś złego, musimy odseparować się od bólu tej osoby, której wyrządzamy krzywdę, bo naturalnym odruchem jest współodczuwanie. Efektem jest odcięcie się od wszystkich uczuć, także miłości, radości, od całej pozytywnej strony życia. Wtedy nawet nie wiemy, co tracimy – możliwość własnego rozwoju, wznoszenia się wyżej. To jest straszna rozpacz. Prawdy te dotyczą całego życia, także sfery zawodowej.

Jeśli spełniamy się w pracy, potrzebny jest plan B? Wówczas plan B sam się pojawia i tak naprawdę nie jest planem B, tylko dalszym rozwojem. Sama wykonuję pracę, którą bardzo lubię i wykorzystuję w niej znaczną część moich talentów. Posiadam w sobie jednak mnóstwo niezależności, chcę mieć swobodę i pracować z dowolnego miejsca na świecie, więc zaczęłam tworzyć portale rozwojowe dla firm i indywidualnych klientów. Pewna potrzeba wygenerowała we mnie szukanie alternatywnego zawodu.

A takie zwyczajne zabezpieczenia, jak odkładanie pieniędzy, które mogą się przydać w razie utraty pracy? To też można potraktować jako inwestycję w siebie, we własny komfort. Pieniądze odłożone na koncie pozwolą nam nie przeżywać paniki, kiedy szukamy nowej pracy. Wówczas nie zdecydujemy się na byle co. Można też zainwestować w nieruchomość, która będzie generowała dochód. Jednak należy pamiętać, żeby nasz plan B nie wypływał z lęku, bo jest on często samospełniającą się przepowiednią. Zawód i pracę można sobie wybierać, kierując się potrzebami rynku, prestiżem, modą, wysokością zarobków. Za tym wszystkim zazwyczaj kryje się lęk jako strategia zabezpieczenia. Ja jestem zwolenniczką innego myślenia o wyborze pracy – zastanów się, w czym się spełnisz, co ma dla ciebie sens. W czym jesteś dobra, co w naturalny sposób robisz z przyjemnością. Jeżeli w ten sposób wykonujemy swoją pracę, mechanizm samopozytywności sam się napędza. Bije od nas energetyka zadowolenia – zyskujemy wtedy klientów, współpracowników, dobre posady. Inni lepiej się przy nas czują, uaktywniają w sobie to coś, co sobą niesiemy. Rzeczy wtedy same się wydarzają, nie trzeba kalkulować i się zabezpieczać. Nie ma na to nawet czasu.

Płynie się z nurtem życia. Albo jest się nurtem życia. Żeby za nurtem życia podążać, trzeba pozwolić mu płynąć, „zczytać się z nim”, „zwąchać”, być takim, jak ten nurt, wreszcie stać się nim. A później mieć tyle zaufania do siebie i pewnego komfortu, żeby ciągle z nim płynąć, nie bojąc się zmian. Zmiana to naturalny stan życia, także każdej pracy. Istnieje niebezpieczeństwo, że utkniemy – bo gdy długo robi się coś, co spala energetycznie i drenuje, to później trudno się z tego wyrwać, bo już nie ma tej iskry. O nią trzeba dbać. Najnowsze badania o szczęściu przeprowadzone na Harvardzie pokazują, że nie jest tak, że sukces przychodzi i jesteśmy szczęśliwi. Jest na odwrót – on się pojawia, bo jesteśmy szczęśliwi. Szczęście o 37 proc. zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu.

Kiedy wybierasz pracę, mając na względzie swoje szczęście, plan B sam się realizuje. I możesz mieć ich więcej, niż potrzebujesz, możesz mieć plany C, D i F. Dlatego zadbaj najpierw o to, żeby być wewnętrznie zadowoloną, zadbaj o siebie, o harmonię wewnętrzną, o jakiś rodzaj braku wrogości do zewnętrznego świata, zacznij robić coś pozytywnego dla innych ludzi, swoją pracę wykonuj z myślą, że jest to dar dla kogoś, dla czegoś. Dziel się. Pozwól na to, co się dzieje, na to, kim jesteś. Poczuj akceptację tego, że masz takie, a nie inne właściwości, poczuj, z czym rezonujesz. Połącz się z tym, a stanie się to najwłaściwszym dla ciebie sposobem na życie.

Dr Aneta Chybicka psycholożka, trenerka, coach. Autorka wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Beata Poźniak - zdobywczyni Voice Arts Award, najlepszy polski głos w Amercyce

Beata Poźniak jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)
Beata Poźniak jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Beata Poźniak, Polka w hollywood. Głos to w jej przypadku dobry pretekst do rozmowy. Bo oprócz ról w filmach i teatrze ma też na koncie role, których nie widać. Jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. A od trzech dekad walczy, żeby miały szansę wybrzmieć głosy innych kobiet.

Beata Poźniak, Polka w Hollywood. Głos to w jej przypadku dobry pretekst do rozmowy. Bo oprócz ról w filmach i teatrze ma też na koncie role, których nie widać. Jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. A od trzech dekad walczy, żeby miały szansę wybrzmieć głosy innych kobiet.

Dykcja, akcent, melodia i tempo mówienia – jest pani na takie rzeczy wyczulona, zwraca pani na nie szczególną uwagę? Faktycznie, zwracam. Szukam emocji, jakiejś prawdy w głosie. Spotykam się ze znajomymi, ktoś coś w specyficzny sposób powie, głos mu ciekawie zadrży, a ja od razu robię sobie notatkę w głowie, myślę, jak tę rzecz można dodać do postaci, nad którą pracuję.

Jest pani zdobywczynią Voice Arts Award. Wśród laureatów i nominowanych do tych nagród, wręczanych między innymi za audiobooki i dubbing, znaleźli się: Holly Hunter, Tom Hanks czy Cate Blanchett. Dotąd nikomu, dla kogo angielski nie jest pierwszym językiem, nie udało się zdobyć tej statuetki. W dodatku w jednym roku nominowano panią w aż trzech kategoriach. Byłam bardzo wzruszona i szczęśliwa. Zdarzały się wcześniej nagrody dla aktorów urodzonych w innych krajach. Ale te osoby wyemigrowały na tyle wcześnie, żeby szkoły kończyć już w Stanach albo w Anglii. A ja przyjechałam tu z Polski w wieku 25 lat, po studiach na filmówce w Łodzi, ukształtowana, dorosła kobieta. I to, nieskromnie powiem, wzbudza tutaj szacunek [śmiech].

Z jaką umiejętnością języka przyjechała pani do Stanów? W Polsce uczyłam się angielskiego w szkole, podobały mi się amerykańskie filmy, muzyka. Ale początki tutaj były bardzo trudne. Pamiętam, jak zaraz po przyjeździe włączyłam telewizor, żeby obejrzeć newsy, i rozumiałam może co trzecie słowo.

Pewnie sporo osób chciałoby wiedzieć, co zrobić, żeby dojść do takiej perfekcji. Co pomaga, rozwija językowe umiejętności? Moi studenci czasem o to pytają, a ja wzruszam ramionami. Chciałabym odpowiedzieć coś fajnego, mądrego, ale najbardziej szczera odpowiedź jest taka, że nie wiem. Każdy z nas ma inne predyspozycje, każdy musi znaleźć własną drogę. Mam wrażenie, że w moim przypadku to się po prostu stało. Nagle. Moment, i jesteś po drugiej stronie.

Dykcja, język to jedno, ale w pani przypadku możemy mówić też o głosie w zupełnie innym kontekście. Głos w słusznej sprawie – od dawna działa pani na rzecz kobiet. Gloria Allred, feministka, prawniczka znana z najgłośniejszych w Stanach spraw, choćby ostatnio przeciwko Harveyowi Weinsteinowi, publicznie nazwała panią bohaterką. Przyczyniła się pani do tego, że w USA zaczęto obchodzić 8 marca Międzynarodowy Dzień Kobiet, który stał się pretekstem do spotkań i dyskusji. Skąd wziął się ten projekt? Chciałam wspierać kobiety, wydobyć ich historie. Dlatego stworzyłam ten ruch. Nazwałam go Women’s Day USA, bo uznałam, że Międzynarodowy Dzień Kobiet to dobra okazja, żeby coś ważnego powiedzieć. Zaczęłam organizować coroczne zjazdy, gale, na które zapraszamy wyjątkowe prelegentki. Gościła u nas między innymi Japonka, która przeżyła w czasie drugiej wojny światowej obóz internowania dla Amerykanów japońskiego pochodzenia. Dolores Huerta, przywódczyni amerykańskich związków zawodowych, matka 11 dzieci. Mae Jemison, pierwsza czarnoskóra kobieta, która poleciała w kosmos. Mogę tak wymieniać bez końca.

Wspomniane wystąpienie Glorii Allred miało miejsce w latach 90., krótko po pani udziale w „JFK” Olivera Stone’a. Zagrała tam pani Marinę Oswald, rosyjską imigrantkę, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. To właśnie ta rola była iskrą do powstania ruchu? „JFK” był spełnieniem snu, wreszcie mogłam zobaczyć, jak to jest w tym prawdziwym Hollywood. Moja pierwsza filmowa rola w Stanach, trochę drzwi rzeczywiście się potem otworzyło. W dodatku, ku mojemu zaskoczeniu, kiedy się do filmu przygotowywałam, udało mi się namówić prawdziwą Marinę na spotkanie. Wcześniej konsekwentnie wszystkim odmawiała. Miało być „szybkie pół godzinki”, ale najpierw się przedłużyło, potem spotkałyśmy się znowu i znowu, już bez jej obstawy. Nawet u niej pomieszkiwałam, chyba żadna z nas nie spodziewała się, że tak się do siebie zbliżymy. Niesamowita przygoda i doświadczenie aktorskie: zagrać postać historyczną, która nadal żyje i którą się osobiście poznało. Ale ruch kobiecy to był w moim życiu niezależny wątek. Który urodził się wcześniej, krótko po przyjeździe, kiedy trafiłam do Nowego Jorku. Chciałam wtedy podjąć jakąkolwiek pracę, żeby się utrzymać, ale gdziekolwiek poszłam, to mi odmawiali. W końcu zebrałam się na odwagę i za którymś razem zapytałam, dlaczego nie chcą mnie na taki basic job. Usłyszałam, że jestem over­qualified, za wysoko wykwalifikowana. Błędne koło. Szukałam tu w Stanach nowej tożsamości i coraz wyraźniej coś do mnie docierało. Często się mówi, że USA to kraj imigrantów. Tak, ale to nie jest kraj imigrantek. Wszystkie te nazwiska imigrantów, które wypowiada się z dumą, to nazwiska mężczyzn: Einstein, Pulitzer. Zaczęłam robić research, Internetu nie było, siedziałam w bibliotekach nad mikrofilmami. Nie wiem, czy pamięta pani, że istniało coś takiego [śmiech]?

Kadr z filmu „JFK” Olivera Stone’a. Beata Poźniak zagrała Marinę Oswald, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „JFK” Olivera Stone’a. Beata Poźniak zagrała Marinę Oswald, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. (Fot. materiały prasowe)

No dobrze, ale jak dziewczynie, która świeżo przyjechała z Polski, udało się rozkręcić społeczny projekt, który wkrótce nabrał takiego rozpędu? Wiele rzeczy stało się możliwe już po przeprowadzce do Los Angeles. Mówi się, że Nowy Jork to teatr, głównie Broadway, a Hollywood – kino i telewizja. Coś w tym jest, chociaż to oczywiście bardziej skomplikowane. Ja pojechałam do Los Angeles z myślą o filmach i telewizji, ale też od razu po przyjeździe założyłam własny niezależny, eksperymentalny teatr Discordia. Spotkałam też Kazimierza Brauna, który reżyserował tutaj w amerykańskiej obsadzie „Szewców” i od razu zaproponował mi rolę Księżnej. W tym czasie niezależnie pracowałam nad kobiecym projektem, szukałam imigrantek z ciekawą historią. W pewnym momencie ktoś opowiedział o moich poszukiwaniach żonie konsula Finlandii. Ta do mnie zadzwoniła, mówiąc, że takie inicjatywy są jej bardzo bliskie, i pytając, czy nie wpadłabym do niej pogadać. Nie marnując ani minuty, wsiadłam w samochód i pół godziny później byłam u niej. Przywitała mnie z grupą koleżanek bardzo, powiedziałabym, po fińsku. Z lampką wina i w saunie. Z tego spotkania wyniknęło wiele przyjaźni i cennych kontaktów, zaczęła się rozrastać sieć, ktoś polecił kogoś, ktoś inny słyszał, że gdzieś mieszka pani, którą można by zaprosić. Dzięki kobietom poznanym wtedy u pani konsul zaczęłam też inaczej myśleć o Dniu Kobiet. Ja, wychowana w PRL, gdzieś z tyłu głowy nadal miałam goździki i pończochy z zakładu pracy. A tu nikt nie miał takiego obciążenia. Wtedy na spotkaniu w saunie była też na przykład Australijka, dla której ważny był temat Nowej Zelandii, gdzie obywatelkom przyznano prawo głosu już w 1893 roku. Dla nich Dzień Kobiet to było święto wolności, wzajemnego wsparcia i równouprawnienia.

Spotykamy się w szczególnym momencie. Rządy zaczyna wiceprezydentka Kamala Harris. Jest szansa na przełom? Uważa pani, że Harris będzie rzeczniczką praw amerykańskich obywatelek? Przekonamy się w praktyce. Jestem szczęśliwa za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś kobieta zostaje head [szefem, liderką], nieważne, czy to polityka, biznes, czy branża filmowa. Działając w ruchu, współpracowałam z obydwiema opcjami politycznymi, byłam wyróżniona i przez burmistrza demokratę, i przez republikanina, i głęboko wierzę, że jak się uważniej przyjrzeć, zawsze wyjdzie na to, że mimo różnic w poglądach więcej nas łączy, niż dzieli. To, że Kamala Harris doszła do takiej pozycji, jest nieprawdopodobnym sukcesem. Pokazała dziewczynom w całym kraju, że to możliwe, że jest szansa dla przyszłych pokoleń. Ale też marzę o takim dniu, kiedy już nikt nie będzie mówił „pierwsza prezydentka USA” czy „pierwsza prezydentka Warszawy”, że nie będą miały znaczenia ani płeć, ani rasa, tylko kompetencje. Może nadejdą takie czasy, że Dzień Kobiet w ogóle nie będzie potrzebny.

Kto jest pani największą idolką? Mama. Dorastając, obserwowałam, jak sama mnie wychowuje, bez żadnego wsparcia. A wychowałam się w czasach, kiedy samotne macierzyństwo nie było powodem do dumy. Mama, z zawodu lekarka, nie tylko sobie radziła, ale też, od kiedy pamiętam, pomagała innym. Zawsze miała ze sobą w torbie leki w razie nagłych przypadków. Insulinę dla cukrzyków, coś na serce. I nieraz byłam świadkiem, jak ratowała kogoś na ulicy, zanim przyjechała karetka. Przez jakiś czas pracowała w Spółdzielni Inwalidów „Wybrzeże”. Siedziała po godzinach, pamiętam, jak przychodziłam do niej po szkole i jak odrabiałam u niej w gabinecie lekcje. Pamiętam też, jak mnie wysyłała pod bramę stoczni. Bo nasz dom na Piwnej w Gdańsku stał ciekawie: akurat między siedzibą ZOMO a stocznią, do której chodziłam na piechotę i zanosiłam strajkującym papierosy i kiełbasę ręcznie robioną przez mamę. Potem ktoś po latach, jak już żyłam w Stanach, zapytał mnie, czy wiem, że widać mnie w „Człowieku z żelaza”, w tych dokumentalnych fragmentach. Nakręcili mnie, chociaż bez przerwy słyszałam od mamy, żebym tylko uważała, czy nie kręcą [śmiech]. Jeszcze inny obrazek z Gdańska: „Znam Beatę z podwórka. Jej mama była damą, co odziedziczyła też Beata. Kiedyś ich bokser zwiał, zaprowadziłem uciekiniera do właścicielki”. Ten komentarz znalazłam w sieci. Domyśla się pani, kto go napisał? Niestety nie, ale rzeczywiście miałyśmy boksera. A nawet dwa – suczkę Brendę i Feniksa Otago Konrada [śmiech], medalistę. Byłam w nim tak zakochana, że w czasie jednego z konkursów recytowania poezji specjalnie wybrałam sobie „Listy do pani Z.” Kazimierza Brandysa i taki fragment o bokserku [śmiech]. A mama rzeczywiście jest bardzo kobieca, elegancka z tymi włosami uczesanymi do góry, porównywali ją do Sophii Loren. Ona dama, wysokie obcasy, ale ja byłam zupełnie inna, raczej typ tomboy. Wołali na mnie Pippi Långstrump, bo piegi i rude włosy, bujna wyobraźnia. Jak koleżanki chciały iść oglądać ciuchy, ja wolałam lecieć na podwórko z kolegami pokopać nawet jakąś znalezioną puszkę, to mnie dużo bardziej interesowało. Byłyśmy kompletnie różne, ale do tej pory mama jest moją największą przyjaciółką. Rozmawiamy przez telefon codziennie, chociaż po kilka minut, żeby powiedzieć, co u której słychać.

Już na studiach obsadzili panią w serialu „Życie Kamila Kuranta”, zagrała pani u Wajdy w „Kronice wypadków miłosnych”. Dlaczego pani wyjechała? Przede wszystkim przyjechałam do ojca. Wysłał mi bilet, myślałam, że w końcu odnalazłam rodzinę, że to jest szansa na pojednanie. Rzeczywistość okazała się inna, ojciec znowu zniknął z mojego życia. Musiałam sobie poradzić.

„JFK” i „Dzikie palmy” Olivera Stone’a, „Kroniki młodego Indiany Jonesa” George’a Lucasa, „Melrose Place”. Pani hollywoodzki sen się spełnił? Ma pani poczucie satysfakcji czy niedosytu? Na pewno lubię iść tam, gdzie ścieżki mam jeszcze niewydeptane. To normalne, że człowiek chce się powtarzać, wracać do tego, co bezpieczne, co się okazało sukcesem, tak jesteśmy zbudowani. Ale dla mnie bardziej ekscytujące jest próbować czegoś, czego zupełnie nie znam, zaryzykować.

A jak pojawiły się w pani życiu audiobooki? Aktorstwo dźwiękowe to w Stanach cała osobna gałąź. Jedni aktorzy specjalizują się w audiobookach, inni w dubbingu, jeszcze inni w background voices. Ten odłam ma swoje gwiazdy, to są osoby, które mają na koncie po kilkaset tytułów, choć oczywiście wydawnictwa i twórcy gier wideo zapraszają też znanych aktorów z przemysłu filmowego, żeby wystąpili w ich produkcjach. U mnie to był przypadek. Nie znałam tej branży, nigdy nie starałam się o takie zlecenie. Właściwie to kiedy się do mnie odezwali, myślałam, że koledzy robią mi dowcip.

Dlaczego? Wiedzą, że jestem znana z ról bojowych i silnych kobiet. I jak producenci wysyłają mi scenariusz i pytają, którą rolę chciałabym zagrać, to mnie interesuje bardziej „John” niż „Mary”, bo „John” ma coś do powiedzenia i do zagrania, a ona zwykle jest tylko ozdobnikiem. Poza tym w Hollywood trzeba iść na casting, potem czekasz na odpowiedź, a tu od razu przyszła mejlem konkretna propozycja: czy chciałabym nagrać audiobooka o jednej z najbardziej wpływowych kobiet świata, Katarzynie Wielkiej. Podpisano: „Wydawnictwo Random House”, gigant na rynku. Do tego tylko numer telefonu. Oddzwaniałam z myślą: „Ciekawe, który to dowcipniś mnie podpuszcza”. Wystukuję numer, mówię rozbawiona do słuchawki: „No halo, halo…”, na co odzywa się kobiecy głos. Tu się już mocno zdziwiłam. Usłyszałam: „Czy ta propozycja pani odpowiada? Pasują pani terminy?”. Dowiedziałam się, że producentka widziała mnie w roli prezydentki świata w „Babylon 5” i jak obalam rząd w serialu George’a Lucasa. Najpierw mnie zatkało, a potem wielka radość! Rzuciłam się na głęboką wodę. To audiobook kolos, trwa 19 godzin. 78 postaci do zinterpretowania!

Mieszka pani w Beverly Hills. To miejsce, które wydaje się kwintesencją pewnego stylu życia: śnieżnobiałe uśmiechy, filozofia sukcesu, walka o siebie, niezrażanie się porażkami, pozytywne myślenie. Dla pani to było zderzenie kulturowe? Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. A walka o siebie, niezrażanie się porażkami? Myślę, że niezależnie od miejsca ludzie starają się tak żyć. Ale u nas na pytanie: „Jak tam u ciebie?”, raczej nie odpowiadamy „Świetnie”. Lubimy sobie ponarzekać, kultura polskiego small talku też nie jest szczególnie rozwinięta. Mnie to sobie trudno wyobrazić, bo ja zawsze zagadam kogoś na ulicy i strasznie lubię, jak mnie zagadują. Nieważne, czy o pogodę, czy że kwiaty takie piękne wokoło. A narzekanie? Szkoda życia, w tym czasie to ja zdążę wiersz napisać.

Beata Poźniak: Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta) Beata Poźniak: Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)

Wiersze, scenariusze, telewizja, audiobooki, ruch kobiecy, obrazy i własne wystawy; zajęła się pani też produkcją eksperymentalnych filmów. Próbuję zrozumieć, jak pani jest w stanie łączyć wszystkie te rzeczy i skąd ta potrzeba. No tu odpowiem pani bardzo po amerykańsku: Why not?

A jednak sporo projektów, którymi się pani zajmuje, ma związek z Polską. Voice Arts Awards dostała pani za użyczenie głosu postaci z gry „Mortal Kombat”, ale pozostałe nominacje dotyczą czytanej po angielsku poezji Wisławy Szymborskiej oraz książki o Stefanii Podgórskiej, która w czasie wojny w Przemyślu ukrywała Żydów. Wcześniej dostała pani Earphones Award za „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk. Dlaczego się nie pochwalić naszą kulturą za oceanem? To dla mnie tak samo ważne i oczywiste jak to, że mojego syna (w domu mówimy po angielsku, ponieważ mój mąż jest Amerykaninem) zapisałam do weekendowej polskiej szkoły, do której chodził przez dziesięć lat i zdał egzamin państwowy. Dzięki temu mówi płynnie po polsku, wie, kim są Kościuszko, Brzechwa, Skłodowska-Curie, no i teraz też Tokarczuk [śmiech]. Rylan jest nastolatkiem, stypendystą filharmonii w Los Angeles i byłam z niego bardzo dumna, kiedy skomponował własne wariacje na temat muzyki Chopina, miał premierę w Walt Disney Hall.

Trochę trwało, zanim się umówiłyśmy na rozmowę. Mam wrażenie, że także czas lockdownu jest dla pani bardzo pracowity. Bez przerwy coś się dzieje. Skończyłam nagrywać nowy audiobook „A Wolf for a Spell”, zaraz wyjdzie antologia poezji poświęconej wolności wydawana w ramach akcji Black Lives Matter, zostałam poproszona o udział i napisałam o kobietach i ich prawie do głosu. A właśnie teraz kończę bardzo osobisty rodzinny projekt. Mój syn napisał do niego muzykę. I to znowu jest opowieść o niezwykłej kobiecie. Historia sprzed trzech lat: pojechałam do Polski, żeby zagrać u Agnieszki Holland w „Obywatelu Jonesie”. W drodze do Katowic, gdzie kręciliśmy, wpadłam do Warszawy, żeby spotkać się z moją krewną Barbarą. I Basia przekazała mi swoje zapiski, wiersze. Nie miałam pojęcia, że cokolwiek pisze. Powiedziałam jej nawet: „Basia, ty?! Specjalistka od liczb i finansów?!”. „Przekazuję, zobacz, co o tym myślisz”. W pociągu do Katowic zaczęłam czytać i niesamowicie się wzruszyłam. Pojechałam na plan, kręciliśmy, a w tym czasie Basia umarła. Ciarki przechodzą mi po plecach, kiedy o tym myślę, bo to było tak nagłe i niespodziewane. Może coś przeczuwała? Basia się przyznała, że chciała zostać pisarką, ale nie miała odwagi, życie się inaczej ułożyło. Ciągnę tę jej nitkę twórczą, wydaję audiobook i e-book „Chwile zamyślenia”. Do wierszy napisałam wstęp z przesłaniem, żeby niczego nie odkładać. Jeśli jest jakiś czas na to, żeby odrobić zaległości, to teraz. Żeby powiedzieć najbliższej osobie „kocham cię”. Potraktować to życie w pandemii nie jak wymówkę, tylko okazję. 

Beata Poźniak, rocznik 1960. W grudniu 2020 roku przyznano jej Voice Arts Award za rolę Krwawej Królowej w grze „Mortal Kombat”. Do tej pory była do tej nagrody nominowana pięciokrotnie. „Washington Post” wyróżnił ją za nagranie najlepszego audiobooka roku 2015 w USA. W Polsce jako aktorka debiutowała w serialu „Życie Kamila Kuranta”, a w Stanach w filmie „JFK”. Ma na koncie role w teatrze telewizji („Hamlet we wsi Głucha Dolna”) i w serialach („Melrose Place”, „Złotopolscy”, „Ojciec Mateusz”). Za kampanię na rzecz ustanowienia Dnia Kobiet oficjalnym świętem w USA została wyróżniona w amerykańskim Kongresie.

  1. Psychologia

Jak być człowiekiem w pracy?

Istnieje duża korelacja między tym, co się nazywa zaangażowaniem ludzi, a wynikami firmy. Z kolei zaangażowanie zależy w dużej mierze od stosunków w pracy. (Fot. iStock)
Istnieje duża korelacja między tym, co się nazywa zaangażowaniem ludzi, a wynikami firmy. Z kolei zaangażowanie zależy w dużej mierze od stosunków w pracy. (Fot. iStock)
Dla wielu z nas praca staje się drugim domem. Często z konieczności, a czasem z wyboru. Tu zaspokajamy swoją potrzebę samorealizacji, przynależności, tu nawiązujemy przyjaźnie. Ale nierzadko tracimy też zdrowie, poczucie godności, wiarę w siebie. I to nie przez nadmiar obowiązków, tylko przez toksyczne relacje. Ale czy to znaczy, że w miejscu pracy wszyscy powinni się przyjaźnić? No cóż, to tak też nie działa.

Międzynarodowa korporacja: Kasia, absolwentka SGH, biegła znajomość trzech języków, a od półtora roku, czyli od kiedy tu pracuje, także „zdefiniowanej kultury pracy”, która w praktyce polega na tym, że należy przychodzić do biura punkt dziewiąta, a wychodzić zawsze po szefie, czyli czasem przed północą. Że nie wolno krytykować decyzji przełożonych, wolno natomiast, a nawet należy „zgłaszać wszelkie przejawy działania na szkodę firmy”. Efekt? Nikt nikomu nie ufa, kwitnie lizusostwo i donosicielstwo. Kasia: – Pracuję tu tylko dlatego, że mam bardzo dobrą pensję i niezły pakiet socjalny. Ale już wiem, że długo tu nie wytrzymam.

Znana agencja reklamowa: Mira, copywriterka po romanistyce, której nie ukończyła, bo kiedy zaczęła pracować jeszcze na studiach, zorientowała się, że bardziej niż dyplom liczy się tu kreatywność. Formalnie Mira ma szefa, ale tak naprawdę traktuje go jak kolegę, są na ty, bywają na wspólnych imprezach. W pracy, która bardziej przypomina dom, nie obowiązuje żadna hierarchia. Mira: – Dzień zaczyna się od kawki, herbatki, od „co tam z psem lub kotem?”, bo większość z nas nie ma dzieci. Czasem zapominam, że jestem w firmie. No a czas leci, terminy gonią i wtedy jest płacz i zgrzytanie zębów. Parę razy o mały włos nie zawaliliśmy projektu. W takich sytuacjach marzy mi się pruski dryl. To był żart, oczywiście.

Zarządzanie konfliktem

Paweł Gniazdowski, doświadczony menedżer, coach kariery i biznesu, szef firmy LHH DBM Polska, uważa, że głównym grzechem w budowaniu relacji w pracy jest popadanie w skrajności między autorytaryzmem, kiedy ludzie drżą ze strachu przed szefem, a zbyt towarzyską atmosferą, poklepywaniem się po plecach, kiedy wszyscy toczą miłe pogawędki i zapominają o robocie. Co nie znaczy, że w pierwszym wariancie ludzie są wrogami, a w drugim się przyjaźnią. Czasem ci pierwsi ratują się wzajemnym wsparciem, a ci drudzy zawiązują intrygi.

– Powiem wprost: relacje w firmie nie są celem same w sobie, celem firmy jest rozwój, dla jednych zwany zyskiem, dla innych dostarczaniem wartości itd. Ale ostatnio wiele różnych badań pokazuje, że istnieje duża korelacja między tym, co się nazywa zaangażowaniem ludzi, a wynikami firmy. Z kolei zaangażowanie zależy w dużej mierze od stosunków w pracy. Pomijając firmy typu pruska armia, gdzie ludzi przymusza się do zaangażowania, co sprawdza się tylko na krótką metę, w dłuższej perspektywie zaangażowanie buduje się na dobrych relacjach.

Paweł Gniazdowski stworzył bardzo ciekawą klasyfikację firm właśnie pod względem panujących tam stosunków. Tym ciekawszą, że powstałą na podstawie jego pracy z wieloma firmami, przede wszystkim w trudnych momentach ich rozwoju, kiedy to ujawnia się prawdziwe oblicze wewnętrznych stosunków. Naliczył pięć typów relacji.

Pierwszy – plemienny – bardziej niż do ustalonej w przepisach hierarchii odwołuje się do personalnych powiązań, czyli do tego, kto z kim trzyma.

– To struktura pojawiająca się w organizacjach politycznych czy niektórych firmach postpaństwowych, którymi rządzą koterie, frakcje, grupy znajomych, ludzie Władka i Tadka – wyjaśnia autor klasyfikacji. – Z jednej strony jest zarząd, szef, a z drugiej – owe grupy, które ze sobą mediują, jedna przeciw drugiej. Ich relacje są transakcyjne, służą osiągnięciu pewnych celów, na ogół wewnętrznych. Dużo jest w tych firmach zajmowania się sobą, grzęźnięcia w wewnętrznych konfliktach.

Charakterystyczną cechą tych relacji jest ostentacyjna dosadność języka. W myśl zasady, że niecenzuralne słowa budują bliskość, skracają dystans.

– To system wbrew pozorom wcale niepozbawiony skuteczności. Na krótką metę można za jego pomocą dużo zdziałać, bo jak jest akcja i trzeba zdobyć jakąś pozycję, to się wysyła siły specjalne, wyszkolone, twarde, z poczuciem plemiennej przynależności, a one potrafią wygrać niejedną bitwę. Problem w tym, że w firmach trzeba wygrać większą wojnę – o klienta, a ten cel osiągają armie profesjonalistów, z którymi trzeba umieć współpracować.

W kulturze plemiennej jest dużo podejrzliwości. Członek jednego plemienia  rozmawia z szefem, a członek drugiego myśli: „Co on kombinuje?”.

Plemiona konkurują ze sobą o władzę, o wpływy. Niektórzy szefowie świadomie wspierają międzyplemienne animozje, co w literaturze fachowej nazywa się zarządzaniem konfliktem. Ludzie w końcu nie wytrzymują ciągłej presji, odchodzą, często z całym zespołem.

Określone zasady

Drugi typ stosunków w firmach przypomina uporządkowane polis, czyli miasto zbudowane na ściśle określonych zasadach.

Tu, podobnie jak w kulturze plemiennej, relacje skierowane są w dużej mierze do wewnątrz. Ale podczas gdy tam nie ma zasad, a nawet jak są, to ich się nie przestrzega, tu te zasady istnieją w nadmiarze, w formie nowoczesnych standardów, procedur, przepisów, feedbacków, okresowych rozmów, w czasie których ludzie mają okazję do wygadania się. Są regulaminy, kodeksy etyczne, jest dużo papierów, regulacji.

– Firmy tego typu chętnie odwołują się do konceptu klienta wewnętrznego. Taki koncept polega na tym, żeby pracownik traktował dział czy kolegę, dla którego coś robi, jak klienta – mówi Paweł Gniazdowski. – Zachwyt nad teorią klienta wewnętrznego, powstałą 30 lat temu, jest wciąż dość powszechny. Ale ta idea ma wiele pułapek. Klient wewnętrzny jest w naturalny sposób silniejszy niż klient zewnętrzny, może bardziej zaszkodzić koledze, na przykład donieść na niego szefowi. To powoduje, jak powiedział mi pracownik pewnej korporacji, że większość czasu w firmach opartych na tego typu relacjach zajmuje ludziom rozwiązywanie problemów, które sami generują.

Pozytywem natomiast jest to, że relacje w firmie są ożywione. Ale z drugiej strony – ustalanie standardów relacyjnych powoduje pewną sztuczność, znaną szerzej pod hasłem poprawności politycznej. Korporacyjna poprawność polityczna oznacza, że nazywa się pewne rzeczy w taki sposób, żeby ich nie nazwać. Przy okazji skądinąd słusznej tendencji, żeby eliminować dosadny nieparlamentarny język, zatraca się szczerość.

Trzeci typ zawodowych relacji to feudalizm z przyrodzoną temu systemowi hierarchią opartą na nierówności.

Ale w tym określeniu, jak zastrzega jego autor, miłośnik średniowiecza, nie kryje się negatywna ocena. Raczej podkreślenie systematyzującej i regulującej funkcji takich relacji. System feudalny w firmie oznacza, że istnieje hierarchia wynikająca na przykład z tego, że ktoś jest właścicielem i z natury rzeczy jego prawa są większe. Tu każdy zna swoje miejsce, drogę rozwoju. Systemy hierarchiczne, żeby się umocnić, lubują się w ceremoniałach, rytuałach, kompletnie natomiast ignorują znaczenie wewnętrznej komunikacji. Rodzi się więc komunikacja podziemna. Pracownicy wymieniają swoje opinie na forach internetowych, kwitną relacje prywatne, romanse, ludzie się zaprzyjaźniają, rekompensując sobie w ten sposób brak oficjalnej komunikacji. Ale przy okazji wpadają w drugą skrajność – mniej zajmują się pracą, a bardziej tym, jak i z kim zawrzeć koalicję, co zbliża ten system do plemiennego.

– System feudalny ma się wyjątkowo dobrze na przykład w urzędach, gdzie dużo energii wkłada się w to, żeby trwać. Czasem przybiera zakamuflowaną formę, że niby nie jesteśmy feudalni. W pewnym urzędzie szef na wstępie zaznaczył: „Mówcie mi dyrektorze Kazik”. Więc wszyscy są na ty. Jednakowoż gdy na warsztatach pracownicy mieli ocenić priorytetowe sprawy do załatwienia, okazało się, że na ogół wybierali jako najważniejsze te, które wypływały z gabinetu szefa, nawet jeśli były mało ważne. W systemach feudalnych ludzie zabiegają o awanse, tytuły, wizytówki z odpowiednią adnotacją.

Między swawolą a kontrolą

Czwarta formuła relacji – hipisowska – jest ostentacyjnie zdeformalizowana, co zdradza już na pierwszy rzut oka dress code, a raczej jego brak.

Ten system ceni swobodę indywidualnej ekspresji, luźny sposób bycia, spontaniczne formy komunikacji. Bywa, że firmy – na ogół z branży informatycznej, reklamowej – mieszczą się w domach z ogrodami, a jeśli już w biurowcach, to są wyposażone w pokoje relaksu, gdzie ludzie mogą w każdej chwili odpocząć.

– Taka organizacja pracy wpływa pozytywnie na budowanie relacji, które stają się naturalne, bezpośrednie, spontaniczne – ocenia szef LHH DBM. – Ale zauważono, że ten kij ma dwa końce, może być też pożywką dla egoizmu. Ponieważ w takiej formule jest mało miejsca na oceny, zwłaszcza negatywne, ludzie zaczynają czuć się za dobrze, mieć o sobie za duże mniemanie. Zaczynają gwiazdorzyć, co psuje atmosferę. Patrzą, czy im wygodnie, troszczą się głównie o siebie. Albo odchodzą, zakładając swój biznes. Takie firmy mają tę zaletę, że są innowacyjne, no a innowacja ma to do siebie, że nienawidzi ograniczeń.

Piąta forma relacji, wcześniej niespotykana, przypomina salon gier.

– Charakteryzuje centra usług wspólnych, outsourcingowych, czyli świadczących pracę dla innych firm – wyjaśnia Paweł Gniazdowski. – Są to wszelkiego typu call center, firmy obrachunkowe, HR, w których zatrudnia się setki młodych ludzi. Skupiska takich firm mieszczą się w Krakowie, Wrocławiu czy Łodzi. Tak na marginesie, to aktualnie nasz przemysł narodowy. Jesteśmy drugą w Europie (po Londynie) i trzecią na świecie (po Indiach) potęgą w zakresie outsourcingu. Organizacje tego typu działają na niskiej marży, są efektywne, na pierwszym miejscu stawiają wykorzystanie czasu, a więc tempo pracy. System rejestruje pracę od momentu odpalenia komputera do jego zamknięcia. Pracownik pozostaje sam z indywidualnym zadaniem do wykonania. Takie firmy nazywa się fabrykami XXI wieku. Są zautomatyzowane, pracujących w nich ludzi poddaje się nieustannej kontroli, a wszystko w celu zwiększenia efektywności. Zmorą tych firm jest rotacja, ludzie odchodzą dla wyższej o 100 zł pensji. Odchodzą, bo nic ich z firmą nie wiąże. Atmosfera wcale nie jest zła, nie ma konfliktów, ale nie ma też żadnych relacji, bo nie miały szansy się narodzić. Potrzebę kontaktu młodzi ludzie zaspokajają wieczorem w pubach. Wystarczy przejść się ulicą Piotrkowską w Łodzi, żeby to zaobserwować – młodzi ludzie mówiący po angielsku odreagowują przy piwie odhumanizowaną pracę.

Dobre relacje w pracy są potrzebne i ludziom, i pracy. Co do tego nikt nie ma wątpliwości, podkreślali to klasycy zarządzania, między innymi Ken Blanchard, który umieszczał je w jednym szeregu z kompetencjami, wiarygodnością i niezawodnością jako elementami budującymi autorytet. Gallup w swoim badaniu zaangażowania pracowników pytał, wydawałoby się mało merytorycznie: „Czy masz bliskiego przyjaciela w pracy? Czy szef lub ktoś w firmie troszczy się o ciebie jako o osobę?”. Ale według niego to pytania uzasadnione biznesowo. Bo dobre relacje to połowa sukcesu.

Sobą być i więcej nic

Jak je budować? Paweł Gniazdowski zwraca uwagę na trzy czynniki. Dużo do zrobienia ma przede wszystkim szef, wiadomo, przykład idzie z góry. Jeśli szef jest neurotycznym, wybuchowym, mało empatycznym człowiekiem, który tworzy sztuczne bariery, nadmierne hierarchie, to na pewno dobrych relacji nie zbuduje. Jeśli będzie intrygował, knuł, spiskował, to takie praktyki prędzej czy później rozplenią się po firmie niezależnie od liczby przeprowadzonych szkoleń.

– Zarówno z badań, jak i z moich doświadczeń wynika, że ludzie idą za przykładem, który mają na co dzień. Na temat bycia liderem napisano setki książek, stworzono kilkaset teorii przywództwa. Praktyka jest dużo prostsza niż wszystkie te teorie. Szef powinien wyznaczać standardy, być zintegrowanym wewnętrznie, uczciwym, sprawiedliwym człowiekiem, a wtedy ludzie za nim pójdą. Era szefów gwiazd, którzy skupiają się na sobie i rozstawiają ludzi po kątach, już minęła.

Drugi czynnik budujący dobre relacje to… zorientowanie na klienta. Czyli w branży biznesowej na grupę odbiorców, w konsumenckiej – na liderów opinii. Na pierwszy rzut oka ten czynnik wydaje się co najmniej dziwny w budowaniu relacji, co ma bowiem piernik do wiatraka? Otóż okazuje się, że ma.

– W większych organizacjach dużo energii kieruje się na wewnętrzne problemy – zauważa Paweł Gniazdowski.– Natomiast filozofia, że to klient jest najważniejszy, załatwia w pewnym sensie sprawę relacji, bo – mówiąc w dużym uproszczeniu – uwaga pracowników kieruje się na zewnątrz. Ludzie nie mają czasu, żeby intrygować, oczywiście, dochodzi do sporów, to normalne, ale klient wszystko weryfikuje, nie wystawia indywidualnych cenzurek, natomiast wystawia ocenę firmie jako całości.

Trzecim czynnikiem wpływającym na dobre relacje jest dobrze skonstruowana misja firmy.

– W wielu firmach zawiesza się ją na ścianach, ale niewiele z tego wynika. Bo najważniejsze jest to, aby misja była sformułowana w miarę prosto. W mojej firmie brzmi ona: pomagamy ludziom znaleźć pracę. Jeżeli pracowników rozlicza się z misji, pyta, co zrobiłeś, żeby ten cel osiągnąć, to zajmują się pracą, a nie konfliktami.

Dbałość o dobre relacje przyjmuje czasem karykaturalną formę. W jednej z korporacji rozsyłano pracownikom drogą mejlową życzenia urodzinowe podpisane przez szefa. Spotykało się to z miłą reakcją do momentu, aż ktoś odkrył, że robi to za szefa program komputerowy. W innej firmie organizowano regularnie imprezy integracyjne dla pracowników wyjeżdżających nieustannie w delegacje, co budziło powszechną wściekłość, bo ludzi znów zmuszano do wyjazdów. Gdzieś ktoś wpadł na pomysł integrowania pracowników w jednej z najdroższych restauracji, mimo że przekaz szefów od dawna był taki, że firma jest w kryzysie.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Budowanie relacji w firmie nie może być celem wyabstrahowanym z kontekstu, w jakim działa firma, i oderwanym od tego, jacy są jego pracownicy. Taki Kowalski na przykład, który ceni poczucie bezpieczeństwa, przynależności, będzie chciał zaprzyjaźniać się z kolegami, ale już Nowak, indywidualista, nieprzepadający za brataniem się przy każdej okazji, będzie jak ognia unikał wszelkich imprez. I trzeba to uszanować, dać prawo ludziom do bycia sobą.

BARIERY DO USUNIĘCIA

  • Pierwsza: wielopoziomowy, pionowy schemat organizacyjny. Im więcej poziomów, tym więcej zakłóceń w relacjach i komunikacji. Uważa się, że jeżeli informację przekazują więcej niż trzy osoby, to zostanie ona zniekształcona. Dlatego warto spłaszczać struktury organizacyjne firmy.
  • Druga: bariery przestrzenne. Zespół powinien mieć do swojej dyspozycji miejsce do wymiany doświadczeń.
  • Trzecia: brak spotkań. Jeżeli nie organizuje się zebrań, nie przekazuje informacji, to szybko rodzi się podziemna komunikacja i plotka.
  • Czwarta: brak procedur dotyczących przepływu informacji. Prowadzi to do powielania czynności albo ich zaniechania.
  • I piąta bariera: zamknięte drzwi szefów. Otworzyć je dla pracowników (w określonych porach) to niewielki wysiłek, a duży zysk.

  1. Psychologia

Jak rozwiązywać konflikty w pracy w duchu wzajemnego zrozumienia?

Odmienności pomiędzy pracownikami prowadzą nieraz do napięć i nieporozumień. (Fot. iStock)
Odmienności pomiędzy pracownikami prowadzą nieraz do napięć i nieporozumień. (Fot. iStock)
Zespoły są zwykle silne i motywujące, ale w pracy różnie bywa. Choć łączy nas wspólny cel, to każdy inaczej wyobraża sobie do niego drogę. Te odmienności prowadzą nieraz do napięć i nieporozumień między współpracownikami. Trenerka komunikacji empatycznej Ewa Orłowska radzi, jak je rozwiązywać w duchu wzajemnego zrozumienia.

Granice empatii

Nasz zespół to same kobiety. Mamy dużo pracy, ale jesteśmy doskonale zorganizowane, więc w zasadzie wszystko układa się dobrze. Problemem jest to, że jedna z koleżanek od dłuższego czasu ma poważne kłopoty w domu. Ze szczegółami i dużo opowiada o kłótniach z mężem, który ją zdradza, nieporozumieniach z dziećmi, spłatach kredytu itp. Zabiera nam to sporo czasu i energii. Sytuacja życiowa koleżanki jest trudna, naprawdę jej współczuję, zresztą wszystkie czujemy podobnie, ale to trwa już tak długo, że, szczerze mówiąc, jestem tym zmęczona. Jak jej powiedzieć, by mniej angażowała nas w swoje życie prywatne, a jednocześnie nie urazić? Emilia, 42 lata

Ewa Orłowska: Rozumiem, że koleżanki czują empatię i chęć pomocy wobec tej z nich, która właśnie się rozwodzi. W takich sytuacjach na początku słuchamy, dopytujemy, pocieszamy. Ale z czasem, jeśli nie możemy realnie pomóc, zaczynamy się wypalać, bo takie rozmowy zabierają energię i mnóstwo czasu. Zaczynamy unikać takiej osoby, a czasem z nadmiaru negatywnych emocji coś nieprzyjemnego jej powiemy albo nawet obgadamy ją na boku. To rodzi konflikt wewnętrzny, a stąd tylko krok do kryzysu w grupie. W tej sytuacji warto się zastanowić, co można zrobić, żeby jednocześnie nie ucierpiała ani relacja z koleżanką, ani praca.

Radziłabym pani najpierw rozeznać się w tym wewnętrznym konflikcie. Zapytać samą siebie: co mnie skłania do tego, żeby słuchać koleżanki, a co mnie już w jej zachowaniu złości? Po uświadomieniu sobie tych dwóch faktów dobrze jest zainicjować rozmowę z koleżanką, w której najpierw pokaże jej pani, że poruszają ją jej opowieści i odzwierciedli jej uczucia. To da koleżance poczucie, że nie jest sama ze swoim problemem, bo ktoś widzi i słyszy, co się u niej dzieje, a to przynosi zwykle ogromną ulgę. Potem może pani zapytać, czy można jej w jakiś sposób pomóc, lub samej złożyć jakąś propozycję – wspólnego wyjścia do kawiarni czy na wystawę albo nawet (jeśli to będzie możliwe dla was obu) wyjazdu na weekend do SPA. Istotne jest, żeby ukazać, że pani intencją jest zadbanie zarówno o koleżankę, jak i o siebie, bo przecież nadal razem pracujecie, a w pracy chodzi w dużej mierze o efektywność całego zespołu. Teraz może pani przedstawić propozycję realizacji w praktyce tego, o czym pani powiedziała. Na przykład umawiamy się, że rano przez kwadrans pijemy herbatę i rozmawiamy o swoich problemach, a potem do lunchu pracujemy. Przy czym co drugi dzień przy herbacie opowiadamy sobie, co dobrego nam się przydarzyło. Bo ważne jest, na co kierujemy uwagę. Nie chodzi o to, żeby zaprzeczać, że komuś jest trudno, tylko zauważyć, że równocześnie istnieją pozytywne aspekty życia.

Dialog z koleżanką może pani zacząć w następujący sposób: „Kasiu, chciałabym z tobą przez chwilę porozmawiać. Zauważyłam, że rozmowy o twoich problemach z mężem mocno mnie angażują. W związku z twoimi sprawami przeżywam wiele emocji – od rozczulenia do złości. Czasem trudno mi potem wrócić do pracy i skupić się na tym, co mamy do zrobienia, a to dla mnie szalenie ważne. Mam taki pomysł – chciałabym, abyśmy miały czas na dzielenie się tym, co dla nas istotne (szczególnie gdy któraś ma trudny moment w życiu), ale też zależy mi na zadabaniu o spokój i energię do pracy. Powiedz mi, jak ci się podoba taka propozycja: robimy sobie przerwę na rozmowę np. przy kawie rano, a później skupiamy się na pracy? Jak myślisz? Równocześnie chcę ci powiedzieć, że chętnie spotkam się z tobą po południu czy w weekend, gdybyś miała na to ochotę. Kontakt z tobą jest dla mnie ważny i chciałabym go pielęgnować. Co ty na to? Masz ochotę?”.

Pozytywny przekaz

Pracuję w agencji mediowej. Nasz zespół często realizuje dwa lub trzy projekty równocześnie. Ważna jest dla nas organizacja pracy, terminowość i elastyczność. Na szczęście jesteśmy zgranym i zdyscyplinowanym zespołem... Poza jednym z grafików, który jest doskonałym specjalistą, ale odkłada wszystko na ostatnią chwilę. Zaczyna pracować dopiero, kiedy zbliżają się terminy zamknięcia projektów, i dziwi się, dlaczego panikujemy, skoro jest jeszcze tyle czasu. Mówiliśmy mu, że tak nie może być, bo jest ważnym ogniwem w łańcuchu i przez niego inni muszą potem siedzieć wieczorami, ale to nic nie zmienia. Już kilka razy tuż przed oddaniem projektu było bardzo stresująco. Zależy nam, żeby go mieć w zespole, bo generalnie dobrze nam się pracuje. W jaki sposób możemy go przekonać, żeby zmienił swoje postępowanie? Zuzanna, 34 lata.

E.O.: Rozmowę z grafikiem najlepiej przeprowadzić po zakończeniu zadania, kiedy wszyscy mają w pamięci fakty, na które mogą się łatwo powołać. Zaczynamy od tego, co daje nam radość i satysfakcję – może każdy z zespołu będzie chciał powiedzieć o tym, z czego szczególnie jest zadowolony. Możemy też zwrócić się tylko do kolegi grafika w rozmowie jeden na jeden, zaczynając od tego, co mnie jako menedżerowi czy koleżance spodobało się w jego projekcie. „Hej, Jacek, ale dałeś czadu z tym projektem – podobał mi się ten twój plakat, kolory piękne, no i oryginalność! Nie wiedziałam, że tak szybko coś tak fajnego może powstać. Gratuluję! A ty z czego jesteś zadowolony?”. Po takim początku możemy się wspólnie ucieszyć się z tego, uśmiechnąć i odprężyć.

Teraz przechodzimy do drugiej części. Ważne jest, żeby nie podważać pierwszej, dlatego nie wypowiadajmy od razu słowa „ale”, tylko zaakcentujmy współistnienie perspektyw, mówiąc „i” czy „w tym samym czasie”. Zgodnie z podejściem Porozumienia bez Przemocy można to zrobić w następujący sposób: „Skoro o tym rozmawiamy, to chcę ci powiedzieć jeszcze coś ważnego o mnie. W tym projekcie i w poprzednim oddałeś swoją część na 24 godziny przed terminem, a umawialiśmy się, że będzie to dwa dni wcześniej. To mnie stresuje, bo nie mam pewności, że dotrzymamy terminu i oddamy projekt najlepszej jakości, a w stresie gorzej pracuję. Nie umiem i nie chcę pracować do późna w nocy, potrzebuję wszystko spokojnie przemyśleć i poanalizować. Ponieważ nie jestem pewna, czy udało mi się jasno ująć w słowa, co dla mnie najważniejsze, proszę cię, powiedz mi, co usłyszałeś? Twój odbiór jest dla mnie ważny”.

Po tej części rozmowy lepiej nie spieszyć się z ustaleniami na przyszłość. Na nie przychodzi czas, gdy już wiemy, że wzajemnie się zrozumieliśmy i że druga osoba bierze nas pod uwagę. To ważne, ponieważ – jak dowodzą badania nad mózgiem – dopiero wzajemne dostrzeganie się rodzi gotowość do współpracy. Warto koledze dać przestrzeń, żeby powiedział, co mu się wydaje ważne. Potem można zaproponować dalsze ustalenia. „Proszę cię, pomyślmy wspólnie, co możemy zrobić, żeby każdy czuł się dobrze i na luzie, nawet ci, którzy nie pracują tak szybko jak ty i nie są odporni na stres. Czy możemy to zrobić jutro po lunchu?”. Warto też zaznaczyć: „Cenię sobie nasze dobre relacje w zespole, flow i uśmiech. Dlatego powiedz mi, czy, słysząc to, co powiedziałam, możesz  starać się trzymać zasady dwóch dni. Ważna jest dla mnie wymiana opinii i jakość finalnego produktu, a wtedy mamy na to czas”.

Na koniec możecie porozmawiać, jak wdrożyć wspólne rozwiązania, i umówić się na rozmowę o tym, czy udało się to zrobić.

Podstawy dobrych relacji

Najlepiej budować zespół na tym, co cieszy i krzepi, a nie na tym, co dzieli. Dlatego:
  • Zacznij od uznania dla siebie. Gdy coś ci się uda, zauważ to i powiedz sobie: „Dobra robota!”. Jeśli będziesz tak robić regularnie, twoje zadowolenie z pracy będzie mniej zależało od uznania innych ludzi, szefów czy nagród. Poczujesz się wewnętrznie silny i bardziej wolny. To zredukuje twoją reaktywność, czyli wrażliwość na opinie innych, będziesz bardziej chętny do kontaktów z ludźmi. Relacje w zespole staną się bardziej świadome, ponieważ wszyscy będą czerpali z tej części mózgu, w której mamy dostęp do świadomego decydowania, do swoich wartości i do wiedzy, jakie konsekwencje mogą przynieść nasze słowa.
  • Dziel się z ludźmi tym, co w nich lubisz i doceniasz, równocześnie wskazując na to, jakie twoje potrzeby to zaspokaja, zamiast komunikować, co ci w innych nie pasuje – to podstawa Porozumienia bez Przemocy. Przecież każdy z nas chce być zauważony, chce, żeby było jasne, że jest wartościowy w zespole.
  • Zawsze otwarcie mów o swoich potrzebach – potrzeby są uniwersalne, dlatego słysząc o twoich, rozmówca może uświadomić sobie także własne, a to stanie się waszym wspólnym polem do porozumienia.
  • Pamiętaj, że wszyscy jesteśmy wrażliwi na innych, dużo odczytujemy z mowy ciała, a intencje przekazywane są poza słowami. Chodzi o to, żeby otworzyć się na całość sytuacji.
Ewa Orłowska, trenerka Porozumienia bez Przemocy, nauczycielka mindfulness dla dorosłych, młodzieży i dzieci.

  1. Kultura

Sylwia Wilkos - obywatelka świata

Sylwia Wilkos: W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom. (Fot. Weronika Ławniczak)
Sylwia Wilkos: W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom. (Fot. Weronika Ławniczak)
Wyjechała do Los Angeles z powodu polskiego filmu, a rozkręca amerykańskie produkcje inspirowane tamtejszymi autorami i bohaterami. Weszła w świat, którym rządzą wielkie pieniądze i mężczyźni. Bez kompleksów, na swoich zasadach. Dziewczyna z Biłgoraja, producentka i scenarzystka, Sylwia Wilkos.

Wyjechała do Los Angeles z powodu polskiego filmu, a rozkręca amerykańskie produkcje inspirowane tamtejszymi autorami i bohaterami. Weszła w świat, którym rządzą wielkie pieniądze i mężczyźni. Bez kompleksów, na swoich zasadach. Dziewczyna z Biłgoraja, producentka i scenarzystka, Sylwia Wilkos.

Mieszkasz od czterech lat w LA, mieście, które jawi się nam jako raj na Ziemi. Bo ocean, słońce, ciepło. Jesteś w raju? Rzeczywiście mamy tu wiecznie niebieskie niebo, rześkość oceanu, ciepło. Mało jest miejsc na Ziemi, które zawierają jednocześnie tak mocne energie. Nie bez powodu wiele globalnych projektów zmieniających świat powstaje właśnie tu. Można powiedzieć, że Kalifornia generuje energię latania, bo człowiek ma poczucie, że cały czas fruwa. Ale można zafruwać się na śmierć.

Co cię przed tym „zafruwaniem się” uratowało? To, że jestem z Polski i dzielę sobie świat pomiędzy tu i tam. Według Tybetańczyków człowiek osiąga swój największy potencjał w miejscu, w którym się urodził. A ja urodziłam się w Polsce – w kraju cierpienia, nostalgii, gdzie jednak łatwo się zakorzenić. Natomiast tu żyje się trochę w odrealnieniu, co jest trudne na dłuższą metę. Kiedy czekałam na zieloną kartę i nie mogłam wyjechać stąd przez siedem miesięcy, to każdy kolejny dzień był już dla mnie udręką.

Za czym wtedy tęskniłaś? Za czterema porami roku, za naturalnymi cyklami przyrody, w których się wychowałam. Dla mnie wiosna to kaczeńce, łąki pełne kwiatów. Lato to wysyp chabrów, bławatków, maków. Potem w Polsce jest przygaszona jesień i hartująca zima. W LA mam cały rok te same palmy, błękit nieba, co wydaje się totalnym rajem, ale jak wychowało się gdzie indziej, w innym rytmie, to brakuje tych cykli przyrody i związanych z nimi zmian. Nie narzekam oczywiście, ale gdy za długo jestem w LA, mam poczucie, że oto pojawia się, jak na EKG, ciągła linia [śmiech]. I podobnie czuję się, gdy za długo jestem w Polsce. Potrzebuję tej drugiej nogi.

Jak to się stało, że tam pracujesz? Tak naprawdę to było trochę tak, że najpierw chciałam wyjechać do Oksfordu, nawet szukałam tam mieszkania. I w czasie kiedy właśnie byłam w Anglii, odezwał się ktoś z Paramountu w sprawie remake’u „Jacka Stronga”, filmu, który wyprodukowaliśmy w Scorpio Studio w Polsce.

Ameryka cię zawołała? Na to wygląda. Bo kiedy właśnie postanowiłam coś zmienić, to kosmos powiedział mi: „Okej, ale to nie jest ta zmiana, którą planujesz, pojedziesz do Stanów”. Nigdy nie chciałam mieszkać w Stanach. No, ale dzwonił sam szef produkcji z Paramountu. Najpierw w ogóle nie uwierzyłam, że może chodzić o propozycję współpracy. Taka nasza polska niewiara. Paramount proponował kupno licencji do filmu, ale nas to nie interesowało, zatrzymaliśmy prawa, zostaliśmy współproducentami. Pomyślałam, że będę pracować w Stanach i wracać do Polski. I tak na początku się działo. A potem okazało się, że jak wyjeżdżałam do Polski, to oni zajmowali się innymi projektami. W pewnym momencie podjęłam więc decyzję o kupieniu biletu w jedną stronę. Postanowiłam mieszkać w Stanach dopóty, dopóki nie zrobię filmu. Niestety, kiedy prace były już zaawansowane, Paramount zaczął się borykać z poważnymi problemami.

Masz teraz nowych amerykańskich wspólników. Jak ich do siebie przekonałaś? Wszystko stało się naturalnie. Mojego wspólnika, Dana Chubę, doświadczonego producenta, poznałam przy okazji pracy z Paramountem. Kiedy okazało się, że wytwórnia ma problemy, Dan zapytał mnie, co robimy z „Jackiem Strongiem”. Odpowiedziałam: wycofujemy. Dan na to, że cokolwiek zrobię, pójdzie ze mną. I od tej pory pracujemy razem. Założyliśmy firmę, która nazywa się Sun Dragon, czyli Słoneczny Smok, w Polsce moja firma to Moon Dragon, czyli mamy dwa smoki [śmiech]. Pracujemy równolegle nad kilkoma projektami. Dawno temu kupiłam prawa do książki Edmunda Wnuka-Lipińskiego „Apostezjon”, wspaniałej trylogii o totalitaryzmie. Mamy już tłumaczenie na angielski, koncepcję projektu oraz partnera amerykańskiego. Z każdej części powstanie serial. Kolejnym pomysłem bliskim realizacji jest serial o Coco Chanel.

Skąd ten pomysł? Zawsze podziwiałam CC i jako kobietę, i jako markę. Czekałam na filmy o niej, ale denerwowało mnie, że opowiadane są z pozycji mężczyzn, poprzez kolejne romanse Coco. Pomysł filmu o niej przyszedł – znów – naturalnie. Weszłam kiedyś do księgarni w Brentwood i widzę książkę o Coco Chanel: „Pearls, Perfume, and the Little Black Dress”. Dowiedziałam się, że za pół godziny odbędzie się tu spotkanie z autorką, Susan Goldman Rubin. Długo z nią rozmawiałam, spodobało mi się to, co mówiła o CC. Na przykład to, że CC dała kobietom wygodę, a dopiero potem wolność, że wyzwoliła je nie tylko od gorsetów, ale i od męskiego spojrzenia. Kiedy Susan dowiedziała się, że robię filmy, zaproponowała mi prawa do książki. I tak zaczęła się nasza przygoda z CC. Ten projekt to prawdziwy diament, ja chcę go oszlifować i pokazać światu.

Masz na oku też inną mocną kobietę. Tak, Tamarę Łempicką. Od lat się nią interesowałam, chcieliśmy nakręcić fabułę, ale uznaliśmy z Danem, że tak bogate życie lepiej opowiedzieć w serialu. Skontaktowaliśmy się z prawnuczką Tamary, Marisą, która jest szefową Fundacji Tamary Łempickiej. W sumie mamy, na różnych etapach pracy, osiem projektów, w tym, bliski realizacji, serial o Zbigu Brzezińskim, jednej z najważniejszych postaci amerykańskiej polityki. Zagra go Patrick Wilson, który będzie też współprodukował film.

Jednak najbardziej spektakularny wydaje się projekt według dzieł amerykańskiej ikony literatury, Trumana Capote’a. Dan zapytał kiedyś, czy byłabym zainteresowana jego twórczością. Nie wiedziałam, czy mam poważnie o tym myśleć, bo Capote to gigant, sądziłam, że jest poza naszym zasięgiem. A potem okazało się, że jego spadkobierca to przyjaciel Dana, Alan Schwartz. Kupiliśmy prawa do 16 opowiadań Capote’a, nakręcimy na ich podstawie dwa sezony serialu, po osiem odcinków każdy. Mamy prawa między innymi do legendarnej „Miriam”, „Dzieci w dniu urodzin” czy „Pięknego dziecka” o Marilyn Monroe.

Czy to nie bezczelność, że Polka chce opowiadać Amerykanom świat jednego z najbardziej amerykańskich pisarzy? Teraz, jak o tym mówisz, to myślę, że jest to trochę zuchwałe. Ale wszystko przychodzi do mnie przez zupełny przypadek, choć wiem, że nie ma przypadków. Dan mówił wielokrotnie o Capote’em, a ja to puszczałam mimo uszu. Aż w pewnym momencie, trochę z inspiracji amsterdamskiego Netflixa, z którym rozmawialiśmy o zupełnie innym projekcie, ułożyła mi się w głowie cała koncepcja serialu według jego opowiadań. Z drugiej strony Capote, mimo sławy i chwały, całe życie pozostał outsiderem, więc myślę, że fajnie spojrzeć na niego oczami kogoś z zewnątrz.

Jak wpłynęła na ciebie praca w Ameryce? Dzisiaj z perspektywy czasu widzę, że to najlepsze, co mi się przytrafiło w ostatnim czasie. Pamiętam, jak Ula Dudziak, która ma za sobą doświadczenie emigrantki, powiedziała mi kiedyś, że najgorsze to utknąć w tęsknocie za tą drugą stroną oceanu. Myślę, że już się od tej tęsknoty uwolniłam. Ale wtedy, kiedy wyjeżdżałam z Polski i oddawałam najemcy klucze do swojego warszawskiego mieszkania, poczułam, że czeka mnie wielka niewiadoma. To był moment krytyczny. Pamiętam rozmowę z moim amerykańskim kumplem, któremu zwierzyłam się, że czuję się jak imigrantka. Na co on: „Możesz myśleć o sobie jako »imigrantka« albo »obywatelka świata«, to twój wybór”. Więc wybrałam to drugie. Pomyślałam sobie: „Mogę mieć najlepsze tam i najlepsze tu”. I tak się dzieje. Jadę sobie tam i cieszę się oceanem, słońcem, przyjeżdżam tu i mam cztery pory roku. I wszędzie jestem w domu, co uświadomił mi COVID-19 – mogłam korzystać z lotów „do domu” w Ameryce i Polsce.

Starasz się być ambasadorką Polski? Nie myślę w tych kategoriach. Pewnie gdybym usiadła i się zastanawiała, jak tu zaszczepić polskość za granicą, toby nic z tego nie wyszło. Po prostu robię tam filmy o wspaniałych ludziach: pułkowniku Kuklińskim, Zbigu Brzezińskim, Tamarze Łempickiej.

Pracujesz w filmowym centrum świata. Czujesz respekt? Zawsze czuję respekt wobec osiągnięć innych. Ale nie jechałam tam jak do jakiejś Mekki. Podróżowałam wcześniej po całym świecie, studiowałam w Oksfordzie, nie idealizowałam Ameryki. Teraz uczę się tamtego rynku, mam świetnych przewodników, staram się robić to, co jest tam przyjęte, ale też szukam swojej drogi. Na przykład w Ameryce fukcjonuje określony sposób pitchowania projektów [przekonywania do nich innych – przyp. red.]. Pytam: „Dlaczego mam pitchować w ten sposób?”. Słyszę: „Bo takie są zasady”. A ja zdecydowałam, że będę to robić po swojemu.

I? Przekonałam się, że to mi nie przeszkadza, tylko pomaga. Gdybym musiała wejść w schemat, czułabym się nienaturalnie. To kwestia wyboru, decyzji, czy bycie Polką przeszkadza, czy pomaga. W gruncie rzeczy wszystko może pomagać: to, że studiowałam w Anglii, pracowałam w Europie, że teraz pracuję w Stanach, że robię to z szacunkiem dla tego, co oni wypracowali, ale też po swojemu. Pamiętam, jak razem z Danem spotkaliśmy się z Basilem Iwanykiem, producentem między innymi „Johna Wicka”. Pytam, skąd ma takie nazwisko, a on: „Mój ojciec pochodzi ze Lwowa”. „Mój dziadek też” – odpowiadam. Na co Dan: Polish mafia. Po czterech latach pracy ze mną Dan zaczął doszukiwać się polskich korzeni i znalazł je w szóstym pokoleniu. Bardzo mnie tym rozbawił. Spotykam na przykład producentkę, która tak jak ja studiowała w Oksfordzie, i potem wszystko jest łatwiejsze.

Z tego, co mówisz, wynika, że procentuje bycie sobą, a jednocześnie otwartość na innych. Uczenie się na dobrych wzorcach, ale także odwaga przekonywania do swoich racji. Co jeszcze? To, żeby się nie napinać, żeby dać się życiu prowadzić. Wtedy czasem trzeba zawrócić, a czasem przyśpieszyć. W takim podejściu jest zaufanie do świata i tego, co on nam przynosi.

Oprócz tego, że zajmujesz się produkcją filmów, jesteś także scenarzystką, między innymi filmu o Krzysztofie Baczyńskim. Ten scenariusz jest już gotowy do produkcji. Krzysztof Baczyński to była moja fascynacja od podstawówki, chodziłam wszędzie z jego poezją. Jak czytałam jego słowa: „nie bój się nocy”, to czułam, że mówił do mnie. Tak naprawdę założyłam swoje pierwsze studio filmowe, Scorpio Studio, żeby zrobić film o Krzysztofie, a potem pojawiły się następne pomysły.

To była odważna wolta w twoim życiu, bo nie znałaś się na robieniu filmów. Zawsze mnie ciągnęło do opowiadania historii, kreowania świata, bo też film i literatura bardzo pomagały mi w życiu. Myślałam o dziennikarstwie, reżyserii, szukałam po omacku. Studiowałam prawo, nauki polityczne i socjologię. Potem pracowałam w dużych korporacjach. Na szczęście uświadomiłam sobie, że największą pułapką, jaka na mnie czyha, jest stać się niewolnikiem tego świata. Ktoś powiedział, że niewolnik nie chce być człowiekiem wolnym, tylko chce być panem innych niewolników. Jestem ogromnie wdzięczna kosmosowi, że dał mi potężne dążenie do wolności. W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom, głębokiemu poczuciu przynależności do świata przyrody.

'Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans'. (Fot. Weronika Ławniczak) "Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans". (Fot. Weronika Ławniczak)

Masz chyba też szczęście do ludzi. O tak, zwłaszcza starszych. Dużo zawdzięczam Heniowi Wujcowi, mojemu wujkowi, za którym nosiłam teczkę po Sejmie jako jego asystentka. W Oksfordzie poznałam Leszka Kołakowskiego, który był opiekunem mojej pracy doktorskiej. To mój Mistrz, tak się zresztą do niego zwracałam, potem zrobiłam o nim dokument pod tytułem „Rozmowy z Mistrzem”. Mistrz polecał mi różne lektury niezwiązane z doktoratem, między innymi: Milla, Rousseau, Webera, potem o nich dyskutowaliśmy w jego domu i było przy tym mnóstwo śmiechu. Żona Mistrza, pani Tamara, wtedy komentowała: „Nie wiem, jak napiszecie ten doktorat, skoro tylko się śmiejecie”. Mistrz dał mi niesamowitą odwagę bycia sobą, życia w prawdzie, choć może zabrzmi to patetycznie. Miałam też szczęście poznać Zbigniewa Brzezińskiego, wybitnego stratega i wspaniałego człowieka. W sumie jestem niezłą szczęściarą [śmiech].

No tak, na prywatnej audiencji, w Tybecie, przyjął cię sam Dalajlama. To spotkanie dotyczyło projektu Partia Ziemi, nad którym pracuję od kilku lat. Nie ma nic wspólnego z polityką w tradycyjnym rozumieniu. To globalny ruch, który poprzez Internet będzie zajmować się sprawami Ziemi, ekosystemami. Potrzebna jest zmiana paradygmatu globalnego decydowania o jej sprawach. Ten projekt to moje oczko w głowie.

Jak go pogodzisz z produkowaniem filmów? Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans. Moja przyjaciółka powiedziała kiedyś, że ona zawsze miała poczucie sukcesu, ale nie czuła się wypełniona wewnętrznie. Ten projekt daje mi to „wypełnienie” i także wielką frajdę. Tworzę go z udziałem wielu ludzi na całym świecie. Nie wiem, czy się uda, ale zamierzam spróbować.

Masz megaciekawe życie, wiele osób ci zazdrości tego, co robisz, gdzie bywasz, kogo spotykasz. Ale przecież, gdy coś się zyskuje, to coś się też traci. Masz poczucie, że coś ważnego straciłaś? Na pewno uporządkowane życie. Zapytałam kiedyś psycho­terapeutkę, dlaczego moje życie układa się tak nieschematycznie. Odpowiedziała pytaniem: „Dlaczego chce pani schematycznego życia, skoro jest pani nieschematyczna?”. Miałam kiedyś superstanowisko, duże pieniądze, służbowy samochód, a strasznie się męczyłam. Czułam, że muszę coś zmienić, ale nie miałam odwagi. I wtedy zadzwonił do mnie mój przyjaciel, profesor geografii w Oksfordzie. Powiedział: „Zawsze jak coś wybierzesz, to będziesz musiała z czegoś zrezygnować”. Następnego dnia złożyłam wymówienie. Poczułam moc. Jak mówi Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”: lekarstwo poznajesz po tym, że cię wzmacnia, a nie osłabia. 

Sylwia Wilkos, producentka filmowa (między innymi: „Jack Strong”, „Sęp”, „Kurier”, „Rozmowy z Mistrzem”), scenarzystka. Ukończyła prawo na UW oraz nauki polityczne i socjologię w Oksfordzie. Doktorantka profesora Leszka Kołakowskiego. Działaczka na rzecz Ziemi.

  1. Zdrowie

Menu dla mózgu. Co jeść w pracy, by być zdrowym i efektywnym?

To, co jemy, wpływa na kondycję fizyczną i psychiczną. Jeśli nie dostarczamy swojemu mózgowi dobrego paliwa, pozbawiamy go energii, potrzebnej nie tylko do myślenia, ale i kontroli emocji. (Fot. iStock)
To, co jemy, wpływa na kondycję fizyczną i psychiczną. Jeśli nie dostarczamy swojemu mózgowi dobrego paliwa, pozbawiamy go energii, potrzebnej nie tylko do myślenia, ale i kontroli emocji. (Fot. iStock)
Nikogo nie dziwi, że urządzenia nie pracują bez zasilania, ale od umysłu wymagamy, żeby „na głodnego” był ostry jak brzytwa. Tymczasem bez jedzenia nie jesteśmy w stanie logicznie myśleć ani rozwiązywać problemów. Dietetyczka Aneta Łańcuchowska-Jeziorowska przekonuje, że przygotowywanie zdrowych posiłków do pracy zwyczajnie się nam opłaca!

Co najczęściej jadasz w pracy? To, co wcześniej przygotuję. Nie liczę na to, że gdy już dopadnie mnie głód, szybko wyskoczę do sklepiku. To, co mogę znaleźć w sklepie w pobliżu, nie spełnia moich oczekiwań. Dlatego zawsze zabieram ze sobą jogurt, owoce, nasiona i otręby.

Znowu te otręby. Byłam ostatnio w sklepie ekologicznym. Paczka otrębów kosztuje tyle co dobre kolorowe rajstopy. Można zbankrutować! To błędne myślenie. Właśnie wtedy, gdy jesteś nieprzygotowana, kupisz byle gdzie, byle co, przepłacisz i na dodatek wcale się nie najesz. Zdrowo wcale nie znaczy drogo. Nie musisz kupować otrębów ekologicznych, a poza tym worek otrębów starczy ci na wiele tygodni. Przecież nie zjesz ich od razu.

A już myślałam, że mój ekonomiczny argument będzie trafiony. W takim razie nie rozmawiajmy o pieniądzach, tylko o emocjach i nawykach. Podczas wakacji jadałam regularnie i zdrowo, ale po powrocie z urlopu wszystkie złe nawyki wróciły. Co robić, żeby nie wejść w niezdrowe żywieniowe kapcie? Jeść regularnie, nie ma innego wyjścia.

Masa roboty. W domu trzeba myśleć, co jesz, w pracy też... A może wykorzystać osiem godzin w biurze na naturalną głodówkę, czyli oczyszczenie organizmu? Co sądzisz o takim rozwiązaniu? Fatalne! Ośmiogodzinna głodówka, i to w pracy, podczas wysiłku intelektualnego, gdy zapotrzebowanie energetyczne jest bardzo duże, to najgorsze, co możesz sobie zrobić. Nie będziesz mogła normalnie funkcjonować, a co dopiero myśleć.

A mogę wyjść do pracy bez śniadania? Możesz, ale tylko jeśli masz do niej bardzo blisko i zjesz coś od razu po przyjściu. Śniadanie należy zjeść w ciągu godziny po obudzeniu się. Jeśli wypijesz kawę i przez trzy czy cztery godziny nic nie zjesz, to będziesz tak głodna, że w końcu rzucisz się na jakiekolwiek jedzenie. Zjesz znacznie więcej niż potrzebujesz i pięknie zasilisz swoją tkankę tłuszczową.

Wszystko opiera się na regularnym odżywianiu, ale w pracy czasem nie mam dosłownie chwili, by odejść od komputera. Mogę jeść przy biurku? Posiłki powinno się jeść w spokoju. Bez telewizji, nawet bez radia, bez czytania, powoli i w dobrej atmosferze. Wtedy szybciej się najadamy i jedzenie daje nam satysfakcję. Gdy czytasz coś i jednocześnie jesz, to jakbyś wrzucała jedzenie do worka bez dna. Mózg tego nie rejestruje. Na pewno słyszałaś, że najadamy się dopiero po 20 minutach konsumowania, bo wtedy mózgu odbiera sygnał „było jedzone”. Jeśli mózg nie dostanie takiej informacji, upomni się o pokarm. Gdy więc jemy w pośpiechu lub robimy jednocześnie coś innego, w praktyce zjadamy dużo więcej niż potrzebujemy.

Skoro mamy jeść w spokoju, czy to znaczy, że w pracy powinnam siadać przy stoliku sama? Jeśli będzie nas więcej, na pewno będziemy rozmawiać o pracy i od razu się zdenerwuję. Jeśli wiesz z góry, że się zdenerwujesz, to unikaj drażliwych tematów. Powtarzam: posiłki powinno spożywać się w spokojnej atmosferze, oczywiście miłe towarzystwo jest jak najbardziej wskazane.

Kiedy mam do załatwienia stresującą mnie sprawę, jakiś problem albo chcę tupnąć nogą o podwyżkę, to powinnam to zrobić przed jedzeniem czy po nim? Zdecydowanie po jedzeniu. Takie sprawy załatwiaj po przerwie obiadowej. Mózg jest wtedy odpowiednio odżywiony, reaguje stosownie do sytuacji, poziom stresu również jest na odpowiednio niskim poziomie.

Skoro nie głodówka i nie zjadanie czegoś, co się kupiło w sklepiku blisko pracy, to może najlepszym pomysłem byłoby wykorzystanie czasu w pracy na jedzenie owoców? Ludzie jedzą przecież ich zdecydowanie za mało… To też nie jest dobry pomysł. Owoce nie służą do tego, żeby się nimi zapychać, bo wprawdzie zawierają witaminy, ale też duże ilości cukrów prostych. Ktoś, kto uważa, że zdrowo się odżywia, bo kupuje kilogram gruszek i podjada je przez cały dzień, tak naprawdę źle się odżywia. Nadmiar cukrów prostych doprowadzi do tego, że rozhuśtamy gospodarkę cukrową w organizmie i przez to będziemy nieustannie głodni. Owoce są wskazane na początku dnia, nigdy na kolację. Po pracy koniecznie zjedzmy ciepły posiłek.

Czyli nie ma wyjścia – trzeba po prostu zawczasu pomyśleć o tym, co jutro zabierzemy do pracy… …dodam jeszcze, że najważniejsza jest konstrukcja naszego posiłku. Kto nauczy się prawidłowej konstrukcji, będzie mógł raz na zawsze pożegnać swoje problemy żywieniowe.

Masz na myśli wyznaczanie stałych godzin posiłków? Nie. Mam na myśli prawidłowe komponowanie każdego zjadanego dania. Powinnaś nauczyć się myśleć o swoim posiłku jak dajmy na to – o konstrukcji solidnego budynku, która uniesie wszystkich jego mieszkańców. Każdy twój posiłek powinien składać się z węglowodanów, białka, warzyw i owoców. Węglowodany to na przykład razowe, ciemne, pełnoziarniste pieczywo, nieoczyszczony ryż, makaron z mąki razowej czy wafle z niełuskanego ryżu. Białka dostarczysz do swojej diety z produktów zwierzęcych lub roślinnych, takich jak mięso, ryby, jaja, sery, produkty mleczne czy warzywa strączkowe. Warzywa i owoce są z kolei nie tylko bogate w błonnik, ale też zawierają mnóstwo witamin i składników mineralnych, bez których dieta nie byłaby odpowiednio zbilansowana. W okresie jesienno-zimowym spokojnie możesz wzbogacić menu o kiszonki i mrożone warzywa.

Podasz przepis na szybkie, tanie i dobrze skonstruowane danie do pracy? Wstajesz, nastawiasz wodę i gotujesz kaszę. Na garnku kładziesz sitko, a na nim brokuły. Szykujesz się spokojnie do pracy, a w tym czasie robi się danie. Gotową kaszę i brokuły przekładasz do pudełka, dokładasz tuńczyka, łososia lub mięso drobiowe. Do tego zabierasz dodatkową porcję warzyw. Tanio, szybko i zdrowo.

I stało się jasne, dlaczego nie dałaś się zdenerwować moimi pytaniami… Ty też nie będziesz się niczym denerwować, jeżeli twoja dieta będzie odpowiednio zbilansowana. To, co jemy, wpływa na kondycję fizyczną i psychiczną. Jeśli nie dostarczamy swojemu mózgowi dobrego paliwa, pozbawiamy go energii, potrzebnej nie tylko do myślenia, ale i kontroli emocji.

Aneta Łańcuchowska-Jeziorowska specjalistka ds. żywienia, dyplomowana dietetyczka. Właścicielka Poradni Dietetycznej „hälsa”, blogerka kulinarna, propagatorka zdrowego, smacznego jedzenia. Autorka książki „Zdrowe wody, czyli pyszne wody smakowe i izotoniki” (Wydawnictwo Zwierciadło).