1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy emocje przeszkadzają w pracy?

Czy emocje przeszkadzają w pracy?

Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. (Fot. iStock)
Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Gdy jesteśmy świadomi, skąd się biorą nasze emocje, co znaczą – możemy konstruktywnie działać, nawet jeśli impulsem były gniew czy złość. Jak nie dopuścić do tego, by emocje odłączały nas od myślenia? Pytamy trenerkę biznesu Joannę Heidtman.

Na obecnym rynku pracy równie ważne jak wykształcenie i wiedza są umiejętności osobiste – czytanie emocji innych i odpowiednie reagowanie na nie. Dlaczego tak dużo mówi się dziś o inteligencji emocjonalnej? Zwracamy uwagę na emocje, bo współcześnie pracujemy i działamy w różnorodnych, interdyscyplinarnych zespołach, uczestniczymy w wielu projektach, których efekt zależy zarówno od naszej wiedzy, jak i od tego, czy potrafimy odpowiednio zarządzać relacjami, czyli pozyskać motywację do działania innych, utrzymać ich pozytywne nastawienie tak do nas, jak i do zadań. Nawet w redakcji magazynów, żeby powstał kolejny numer, musicie na wszystkich etapach ze sobą współpracować, spotykacie się z różnymi osobami, o różnym temperamencie, o różnych umiejętnościach, musicie reagować na zmiany, dopracowywać szczegóły, porozumiewać się mimo różnic. Rzadko kiedy czyjaś praca jest dziś całkowicie jednostkowa, samodzielna, odseparowana. Inteligencja emocjonalna koreluje więc z szeroko rozumianym sukcesem zawodowym. Jeśli mamy niewielkie kompetencje społeczne, niską inteligencję emocjonalną, to mimo kompetencji i wysokiego IQ możemy skutecznie zniechęcić do siebie ludzi, a nie pozyskać ich do współpracy.

Czy inteligencja emocjonalna jest wyuczalna? Jest, ale to może być dla nas kosztowne... emocjonalnie. Bo oznacza, że musimy pracować ze swoimi emocjami, być świadomi, co to za stan emocjonalny właśnie przeżywamy, z czego on wynika. Bez samoświadomości nie ma inteligencji emocjonalnej. Czyli musi zajść proces: „Ja wiem, co się ze mną dzieje”. A gdy wiem jeszcze, z czego to wynika, to mogę tym pokierować. Przykład, bardzo ciekawy, z wczoraj – osoba raczej introwertyczna, menedżerka w nowej pracy, w nowym otoczeniu, próbująca poprawnie i według zasad poprowadzić nowy zespół, orientuje się, że koledzy w jej obecności mówią, że coś zrobią, a potem okazuje się, że tego jednak nie robią; albo mówią jej, że jest dobrze, a za jej plecami twierdzą, że jest źle. Gdy powoli orientuje się w tej sytuacji, zaczyna odczuwać silną złość. Przyswaja tę emocję na poziomie intelektualnym, jest świadoma tego, co się z nią dzieje i dlaczego (łamane są zasady, które mogą doprowadzić do katastrofy zespołu). Rozumie, że jej złość naprawdę nie wynika z tego, że czuje się lekceważona i urażona, ale jako lider jest świadoma zagrożenia, jakie takie zachowania mogą spowodować. Tak uświadomiona emocja mobilizuje ją do działania, decyduje się na ingerencję i trudną, ale potrzebną konfrontację, która eliminuje tę interpersonalną grę. Gdyby nie odczuwała emocji albo sobie nie uświadamiała, skąd bierze się jej złość lub też gdyby nie przetworzyła jej na rozwiązanie problemu, mogłaby po prostu obrazić się na zespół albo, by uniknąć konfrontacji, udać, że nic się nie dzieje. A problem trwałby nierozwiązany. Tak więc reakcja emocjonalna dała w tym przypadku wskazówkę do konstruktywnego i odważnego działania.

Często spotykam ludzi, którzy unikają konfrontacji, boją się ujawniania złości. A przecież nie jesteśmy androidami i gdy zamykamy za sobą drzwi mieszkania, wciąż pozostajemy istotami emocjonalnymi, które dysponują też określonymi umiejętnościami. Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. Współdziałanie pomimo różnic jest ważnym czynnikiem naszego sukcesu. Dlatego odczytywanie emocji własnych i cudzych jest takie ważne. Nieunikanie ich. Stany „bez emocji” to przeważnie stany chorobowe, niekorzystne, na przykład pewne fazy depresji, wypalenie zawodowe lub też zaburzenia, takie jak anhedonia, w której osoba jest niezdolna do odczuwania przyjemności czy spontanicznego wyrażania takich emocji, jak radość czy gniew. Emocje są niezbędne! Są naszym współdoradcą, drogowskazem, podpowiedzią, za czym iść, a czego unikać. Są paliwem do działania, ale rzeczywiście czasem sądzimy, że w obszarze pracy powinniśmy ich z definicji unikać, blokować je, ukrywać.

Obawiamy się zwłaszcza emocji nazywanych „trudnymi”. Tak, a psychologia nie dzieli emocji na dobre lub złe. Aczkolwiek w świecie biznesu rzeczywiście często nie wiemy, jak reagować, gdy odczuwamy emocje. Tymczasem pokonywanie trudności często właśnie dzięki nim jest możliwe. Przecież nasze zaangażowanie, ambicje czy satysfakcja z realizacji zadań mają silny komponent emocjonalny. Bez emocji nawet nie chciałoby nam się chcieć! Ale także lęk czy odczuwany niepokój wbrew pozorom jest nam w pracy potrzebny – byśmy unikali sytuacji, które mogą nam zagrażać. Gniew może nam powiedzieć, że ktoś naruszył nasze psychologiczne granice albo istotne dla nas wartości. Entuzjazm i radość są paliwem do działania, a smutek może być choćby po to, żeby na chwilę zwolnić, wycofać się, zaleczyć rany. A więc wszystkie emocje są i ważne, i potrzebne.

Kiedy zaczynają szkodzić? Wtedy, gdy stają się dla nas albo dla otoczenia destrukcyjne. Czyli zazwyczaj wtedy, gdy sami nie rozumiemy, co się z nami dzieje, i wyłączamy myślenie. Wtedy emocje są niebezpieczne. Na przykład kiedy każdą uwagę na temat naszej pracy odbieramy jako atak na siebie. Albo gdy gniew spowodowany inną sytuacją – w domu czy na ulicy – przenosimy do miejsca pracy i okazujemy go, nieświadomie, wobec pracowników. Niczemu to nie służy, a niszczy dość skutecznie relacje w miejscu pracy. Zbadano nawet, ile firmę kosztuje zły humor szefa, który wnosi swoje emocje, takie jak złość czy poirytowanie, do zespołu. Pracownicy odczuwają je dzięki tzw. neuronom lustrzanym zlokalizowanym w mózgu. Nawet niezrozumiała dla nas czyjaś złość – zwłaszcza jeśli jesteśmy w jakiejś zależności z tą osobą – wpływa destrukcyjnie na nasze zaangażowanie, pewność siebie i skuteczność. Zatem, szefie, jeśli nie będziesz rozumiał swoich emocji i nie neutralizował nastroju, to stracisz!

Wszyscy, nawet najbardziej gruboskórne osoby, współodczuwają stany emocjonalnie innych, ale różnie na nie reagują. Tak, na przykład mało empatycznie. Ale to dlatego, że współodczuwanie czyjegoś smutku może być dla nich nieprzyjemne, niekomfortowe. Jednak dobra wiadomość jest taka, że tak samo zarażamy się też radością, entuzjazmem czy optymizmem. W organizacjach, niestety, wciąż chyba najwięcej jest złości… To dlatego, że dominuje stres wynikający z presji zadań, wymagań, oczekiwań. A nawet nieduże, lecz stałe napięcie działa w naszym mózgu i ciele tak jak tykająca bomba zegarowa. Jesteśmy cały czas nastawieni bojowo, ale nie możemy tego napięcia uwolnić. Ani przez konfrontację (walka), ani przez wycofanie się z sytuacji (ucieczka). I będąc w tym pacie, w którymś momencie albo zaczynamy reagować agresywnie w zupełnie neutralnych sprawach, albo zaczynamy chorować. Emocje i ciało są ze sobą ściśle powiązane.

Takim bojowym stresem jest też życie w trybie ciągłych zmian. Czy to na stanowiskach, czy w określaniu celów zespołu. Lęk jest kolejną emocją, która może działać destrukcyjnie, także wtedy, gdy jeszcze czegoś nowego nie spróbowaliśmy, a już się tego boimy! Nie wiem, jak wypadnę na konferencji branżowej z własną prezentacją, ale w wyobraźni rysuję tak czarny scenariusz, że od razu wycofuję się z podjęcia tego zadania. To jest nierozwojowe, blokujące, zaniżające na dłuższą metę naszą samoocenę. A stres związany z tym, o czym mówisz, pojawia się często wówczas, gdy mamy np. mały dostęp do informacji, jak ta zmiana będzie przebiegać – wtedy rzeczywiście wzrasta niepewność, tracimy grunt pod nogami i pojawia się lęk. Nasza sytuacja, nie tylko zawodowa, ale i życiowa, potrzebuje być przynajmniej w minimalnym stopniu przewidywalna, żebyśmy mogli robić plany, żebyśmy wiedzieli, na czym stoimy, żebyśmy mogli śmiało działać. W takich sytuacjach zawsze warto dążyć do zebrania jak największej wiedzy dotyczącej zmian. Inaczej dominuje niepewność, a chaos jest silnie powiązany z lękiem. To też duża strata dla pracodawcy – bo lęk nas paraliżuje i stajemy się mniej aktywni, niepokój nie pozwala nam myśleć o tym, jakie mamy zadania do wykonania tu i teraz.

Konflikty interpersonalne w miejscu pracy często wynikają też z tego, że nie respektujemy wzajemnych różnic. Tymczasem każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego, by dobrze działać. Może wystarczy to zrozumieć, aby się dogadać. Oczywiście, różnimy się charakterami, potrzebami, strefą komfortu czy potrzebami zmian – są tacy, którzy cenią stałość w zespołach, w strukturach i zadaniach, a są tacy, którzy dobrze się czują w zmianach, a nawet ich oczekują z radością i niecierpliwością! Wiedza o własnych i cudzych emocjach, opanowanie ich poprzez myśli, pomaga przejść przez zmiany i konflikty bez lęku i większych strat. Czyli pierwszy krok – świadomość, drugi krok – działanie, ale oparte na świadomej decyzji, a nie dyktowane wzburzeniem czy strachem.

Dr Joanna Heidtman, psycholog i socjolog, doradca i coach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Inteligencja percepcyjna to nasza tajna broń

Gdy korzystamy z inteligencji percepcyjnej nie damy się łatwo omamić. Widzimy więcej, a nie tylko to, co chcemy. (Fot. iStock)
Gdy korzystamy z inteligencji percepcyjnej nie damy się łatwo omamić. Widzimy więcej, a nie tylko to, co chcemy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dzięki niej odróżniamy iluzję od rzeczywistości, prawdę od fikcji. Uruchamiamy krytyczne myślenie, logikę i umiemy wyciągać trafne wnioski z naszych obserwacji i doświadczeń. O tym, co się dzieje, kiedy z niej nie korzystamy, pisze psycholożka Hanna Samson.

Niedawno przeczytałam książkę dr. Briana Boxera Wachlera „Inteligencja percepcyjna. Jak mózg tworzy iluzje i złudzenia”. Autor definiuje inteligencję percepcyjną jako „sposób, w jaki interpretujemy nasze doświadczenia i okazjonalnie manipulujemy nimi, aby odróżnić fantazję od rzeczywistości”. Tak jak w przypadku innych rodzajów inteligencji ludzie różnią się poziomem IP. Osoby, które mają za sobą traumatyczne przeżycia, mogą dokonywać odmiennych wyborów życiowych, w zależności od tego, jak postrzegają przeszłość. Od ich inteligencji percepcyjnej zależy, czy staną się walecznymi „bohaterami”, czy bezsilnymi „ofiarami”. Pocieszające jest jednak to, że zdaniem Wachlera inteligencja percepcyjna to umiejętność nabyta, którą możemy rozwijać. Wychodzić poza automatyczne reakcje, sprawdzać, jaka interpretacja zdarzeń nam służy, i tę wybierać. Możemy też wpływać świadomie na swoje przeżycia i podnosić poziom IP.  Kiedy na przykład w drodze na rozmowę kwalifikacyjną wdepniemy w psią kupę, możemy uznać, że to „na szczęście”, a nie pech, dzięki czemu nie będziemy się złościć i stresować, a przede wszystkim nie stracimy wiary w sukces.

Myślenie pozytywne to ważny składnik inteligencji percepcyjnej, która opiera się na naszych zmysłach i instynktach, ale wpływają na nią też nasze emocje i wspomnienia oraz myśli, które w jakimś stopniu zależą od nas.

Coś na kształt intuicji

Książkę Wachlera czytałam z mieszanymi uczuciami, bowiem moja inteligencja percepcyjna szeptała mi, że wprowadzanie tego pojęcia nie jest konieczne, żeby zrozumieć siebie i innych. Co rusz do głosu dochodził mój sceptycyzm – który świadczy zresztą o wysokim poziomie IP – i próbował ochronić mnie przed uleganiem złudzeniu, że nowa nazwa oznacza coś więcej niż nową nazwę dla znanych procesów. I pewnie szybko zapomniałabym o koncepcji dr. Briana Boxera Wachlera, choć ma on na swoim koncie wiele sukcesów i zna sławnych ludzi, o czym często informuje nas w książce, gdyby nie przyszła do mnie Elwira – żywy dowód na to, że inteligencja percepcyjna jest nam potrzebna do życia i nie warto jej tracić pod wpływem pragnień.

Elwira ma 37 lat i 15-letnią córkę, z której ojcem rozwiodła się przed 10 laty. Od tego czasu była sama, praca i dziecko wypełniały jej życie. – Długo nie myślałam o związku, leczyłam rany po małżeństwie – opowiada. – Rok temu przyjaciółka namówiła mnie, żebym założyła profil na portalu randkowym. Spotkałam się z kilkoma facetami, ale to nie było to, po jednej kawie wiedziałam, że drugiego spotkania nie będzie. Aż w końcu umówiłam się z Piotrem.

Piotr ma 54 lata, jest przystojny, inteligentny, wysportowany, świetnie sobie radzi w życiu, prowadzi firmę, zbudował piękny dom, od kilku lat jest rozwiedziony. Nie lubię oceniać wyglądu kobiet, ale w przypadku tej historii muszę dodać, że Elwira jest bardzo atrakcyjna. Wysoka, szczupła, blondynka, długie włosy, duże oczy, piękna twarz, jest świetnie ubrana, nie widać na niej żadnych znaków czasu, wygląda jak marzenie niejednego faceta, a już na pewno marzenie Piotra, o czym szybko się mogła przekonać.

– I potoczyło się jak w harlequinie… A teraz nie mogę się po tym pozbierać, przynajmniej chciałabym zrozumieć, co się stało. – Elwira płacze, potem wyciera oczy, patrzy na mnie wyczekująco, jakbym ja mogła jej coś wytłumaczyć, choć nie wiem, o co chodzi.

– Proszę mi opowiedzieć tę historię – proponuję i Elwira opowiada o dziwnych początkach znajomości z Piotrem i chyba jeszcze dziwniejszym zakończeniu. Już na pierwszym spotkaniu Piotr był pewien, że Elwira jest kobietą jego życia. Ona nie była nim zachwycona, widziała, że są z różnych światów, mają inne poglądy, on mówił z pełnymi ustami, robił błędy językowe, ale był nią tak oczarowany i w tym oczarowaniu przekonujący i tak natarczywy, że zgodziła się na następne spotkanie. Na drugim spotkaniu Piotr rzucił się na kolana i poprosił Elwirę o rękę, ofiarowując jej pierścionek z brylantem. – I co pani wtedy pomyślała? – zapytałam. – Że to jakiś wariat, szaleniec. Intuicja mówiła mi, że powinnam uciekać… – Nie posłuchała jej pani? – Nie.

Sceptycyzm, logiczne myślenie, inteligencja emocjonalna budują naszą inteligencję percepcyjną i pozwalają adekwatnie interpretować sytuację, co ważne: zwłaszcza wtedy, gdy jest niejasna. Inteligencja percepcyjna pozwala oprzeć się cudzym naciskom i kierować własnym rozsądkiem. Równie cenna jest intuicja, która wynika z naszych wrażeń, nawet jeśli nie umiemy ich jasno określić, i podpowiada, co robić. Umiejętność słuchania intuicji to ważny składnik inteligencji percepcyjnej, której poziom w przypadku Elwiry już na drugim spotkaniu z Piotrem spadł do zera.

Zbiorowa iluzja

W wielu innych sytuacjach Elwira umiała trafnie ocenić rzeczywistość, a tu ignorowała sygnały ostrzegawcze, choć były dobrze widoczne. Dlaczego? Najlepiej sprawdzić u źródła.

– Dlaczego nie posłuchała pani intuicji? – pytam. – Piotr był tak pewny, że mnie kocha. A ja tak bardzo nie chciałam już być sama…

Nasze pragnienia mogą wpływać na nasz obraz świata i obniżać poziom IP. Dlatego warto zdawać sobie z nich sprawę i świadomie włączać krytycyzm. Myślenie pozytywne nie oznacza, że można przestać widzieć rzeczywistość. Ale jeszcze nic złego się nie stało, po prostu Piotr rzucił się na kolana i chciał zaręczyć z zaskoczoną Elwirą, która go ledwie znała. – I co z tym pierścionkiem? – dopytuję. – Nalegał, żebym przyjęła, nie chciał słyszeć o odmowie. Powiedziałam, że musimy się lepiej poznać, a on na to, że mnie kocha, poczeka, aż ja go pokocham, że jesteśmy dla siebie stworzeni, więc go wzięłam. A potem mnie odwiózł do domu, rano czekał pod moją klatką, żeby mnie zawieźć do pracy. – Pani nie ma samochodu? – Mam, ale on chciał jak najwięcej czasu spędzać ze mną, po pracy mnie odwiózł do domu, w drodze wspomniałam, że zepsuła mi się pralka, po dwóch godzinach przyjechał z nową, podłączył, czułam, że wreszcie ktoś się mną opiekuje. Wtedy poznała go też moja córka, więc nie musiałam go ukrywać, zaczął u nas bywać codziennie. Po tygodniu zaprosił mnie na weekend do Rzymu, potem na kilka dni do Lizbony, w pracy miałam wtedy ważne zadania i nie powinnam brać urlopu, ale on już wszystko zorganizował, więc pojechałam i było cudownie. – Nic już pani w nim nie przeszkadzało?  – próbowałam dopytać.  – No może to, że on był ciągle podekscytowany, wciąż domagał się, żebym mu powiedziała, że go kocham, kiedy zwracałam mu uwagę, że robi coś nie tak, złościł się, że nie akceptuję go bezwarunkowo, choć tylko tego ode mnie oczekuje, więc przestałam mu mówić, jak coś mi nie pasowało, przecież nie ma ludzi idealnych.

Przyjaciele Elwiry, którzy znali Piotra z opowiadań, byli wobec niego bardziej sceptyczni. Ale kiedy Elwira przyszła z nim na urodziny przyjaciółki, ich poziom IP również znacznie się obniżył. Może przyczynił się do tego wspaniały bukiet, który przyniósł jubilatce, a może drogie perfumy, które do niego dołączył? Albo butelka whisky dla pana domu? A może krótkie przemówienie, jak bardzo jest szczęśliwy, że może ich poznać, bo wie od Elwiry, że są wspaniali i ważni dla niej? Z pewnością mógł wystąpić tu efekt wdzięczności, który wpływa na nasze IP. Ale może ważniejsze było to, że Piotr w ich obecności rzucił się przed Elwirą na kolana i poprosił o rękę, dając jej drugi pierścionek z brylantem? „Moja kobieta będzie cała w brylantach”– powiedział. Wszyscy się wzruszyli i zgodnie uznali, że to musi być miłość, choć Elwira nie była jeszcze pewna, czy go kocha. Niemniej akcja nabierała tempa. Po miesiącu znała już jego rodziców, którzy przyjęli ją z otwartymi ramionami, jej córka też go polubiła, nadszedł czas na zaproszenie go do domu rodzinnego. Przy rodzicach znów rzucił się na kolana i poprosił o rękę Elwiry, ofiarowując trzeci pierścionek, co brzmi groteskowo, ale okazało się skuteczne. Elwira w końcu się zgodziła.

Widzisz to, co chcesz

Piotr po tygodniu już kupił obrączki i zarezerwował termin ślubu, choć zaczęły pojawiać się zgrzyty.

– Poprosiłam go, żeby zakręcał wodę, kiedy myje zęby, bo lała się bez sensu – opowiada Elwira o jednej z sytuacji. Odpowiedział, że go na to stać, a gdy usłyszał, że nie chodzi o jego pieniądze, a o środowisko, tylko się zaśmiał. „Ale z ciebie idealistka” – skomentował. A potem jeszcze dorzucił, że w swoim domu to on ustala zasady. – W tym domu, w którym miała z nim pani zamieszkać? – upewniłam się. – Tak. – I co pani wtedy pomyślała? – Że Piotr ma braki w edukacji, ale gdy zamieszkamy razem, to go wszystkiego nauczę – mówi Elwira, a ja mam ochotę wykrzyknąć: „A gdzie jest pani inteligencja percepcyjna, do cholery?! Czy on wygląda na chłopca, który chce się uczyć, czy na faceta, który chce być podziwiany?”.

Jesteście ciekawe, jak skończyła się ta historia? Włączcie swoją inteligencję percepcyjną. Czy Piotr naprawdę kochał Elwirę? Czy chciał ją bardziej poznać? A może miał jakąś wizję związku, w którą ona powinna się zgrabnie wpasować? Jakich jego oczekiwań Elwira nie spełniła? Jak wyglądałoby ich wspólne życie, do którego na szczęście nie doszło? W tej opowieści jest kilka przesłanek, które pozwalają zrozumieć sytuację. Dla porządku dodam tylko, że Piotr skończył z Elwirą równie gwałtownie, jak zaczął i znów jest aktywny na portalu randkowym. Elwira już nie rozpacza i dziwi się sobie, że to ona wcześniej nie zerwała. A ja dziwię się jej, że w ogóle w to weszła. W końcu po to mamy inteligencję percepcyjną, żeby widzieć nie tylko to, co chcemy.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Styl Życia

Praca w życiu człowieka - czym jest i jaką pełni dziś rolę?

Zmieniaj to, co możesz zmienić, akceptuj to, czego zmienić nie możesz. Nie pozwól, by o twoim życiu decydował lek. (Fot. iStock)
Zmieniaj to, co możesz zmienić, akceptuj to, czego zmienić nie możesz. Nie pozwól, by o twoim życiu decydował lek. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Obecny kryzys zmusił nas do restartu kariery. Musieliśmy obniżyć poprzeczkę zarobków, ale i oczekiwań. Stanąć w obliczu nowych wyzwań, a także zadać sobie niewygodne pytania. Czy da nam to inne spojrzenie na rolę pracy w naszym życiu – pytamy coach Kamilę Rowińską. 

Wszyscy znaleźliśmy się dziś w nowej sytuacji zawodowej. Jeśli udało nam się utrzymać pracę, którą mieliśmy przed pandemią, to bardzo rzadko na takich samych warunkach. Mamy obniżone pensje albo dołożone obowiązki. Może musieliśmy zacząć świadczyć usługi, których wcześniej nie świadczyliśmy, może byliśmy na przymusowym i bezpłatnym urlopie. A może tę pracę straciliśmy – i to właściwie bez naszej winy. Wielu z nas czuje się przez ten kryzys oszukanych. Ale przecież nic nam nie zostało dane na zawsze. Wszyscy jesteśmy częścią jednego ekosystemu i jeśli zmienia się w nim jedna, choćby niewielka rzecz – ma ona wpływ na pozostałe elementy. Także to, co mamy dziś, tylko w założeniu jest na zawsze. I tak jak nauczyliśmy się akceptować wszystkie zmiany na lepsze, a często wręcz ich nie zauważać – mam na myśli rozmaite profity typu karty Multisport, wycieczki zagraniczne czy owocowe środy w pracy – tak samo powinniśmy pogodzić się z tym, że zmiany bywają też na gorsze.

Poza tym nie tylko pracownicy są obecnie w momencie wielkich zmian, ale i pracodawcy. Oni też zostali zaskoczeni. Celowo unikam tu sformułowania, którego pani użyła: „oszukani”. Oczywiście możemy się czuć oszukani, ale pytanie: przez kogo? Najwłaściwszą odpowiedzią byłoby: przez samych siebie. Bo zakładaliśmy, może jednak błędnie, że pewne rzeczy mamy zagwarantowane.

Tymczasem to zmiana jest jedyną pewną rzeczą w naszym życiu. Lubię powtarzać, że życie jest treningiem, ale jest też testem. Trenujemy i trenujemy, pracując albo prowadząc przedsiębiorstwo, odrabiamy zadania domowe z innowacyjności, umiejętności inwestycji, prowadzenia zespołu czy bycia zaangażowanym i proaktywnym. Aż nagle przychodzi egzaminator i robi nam test – może być nim choroba, kryzys gospodarczy lub taka zmiana, na jaką nikt z nas nie był chyba gotowy, czyli pandemia. W ten sposób egzaminator sprawdza, jacy tak naprawdę jesteśmy i jak sobie radzimy w trudnych sytuacjach. I to jest dla nas ogromna szansa na rozwój. Wymagająca wysiłku, ale proces rozwoju z reguły jest niewygodny.

Moja firma również musiała poszerzyć swoją strefę komfortu. Ja i moi pracownicy przez ostatnie trzy miesiące – u nas akurat nie zmieniły się wynagrodzenia – musieliśmy dać z siebie więcej, żeby zarobić tyle samo. I godzę się z tym – uznałam, że mieliśmy czas dobrobytu, teraz nadszedł czas sprawdzianu i nie jest wcale powiedziane, że ten dobrobyt nie wróci – a u niektórych nadal trwa. Dlatego proponowałabym, by spojrzeć na aktualną zmianę jako na ciekawe doświadczenie – jeśli pracodawca sprawiedliwie nas traktuje, a pandemia nie jest tylko pretekstem, żeby nam obciąć jakieś przywileje, to wszyscy musimy się teraz trochę powstrzymać z oczekiwaniami. I to moim zdaniem jest OK.

Sądzę, że obecna sytuacja w wielu branżach doprowadzi do urealnienia zarobków – choćby w sektorze IT. Już wcześniej były głosy, że doszło tu do zbyt dużego rozpasania. Aż przykro było patrzeć na to, jak wyśrubowane pensje mają programiści w porównaniu z tym, ile zarabiał na przykład profesor na uczelni.

Poruszyła pani temat pracodawców. Dla wielu młodych przedsiębiorców jest to pierwszy większy kryzys w ich karierze, muszą sobie poradzić z koniecznością zwalniania pracowników. Co jest dla nich najtrudniejsze? Niepewność. Niektórzy zostali zmuszeni do tego, by planować swój biznes z tygodnia na tydzień, a dla przedsiębiorcy funkcjonowanie bez długoterminowej strategii jest bardzo trudne – nie wie, na ilu pracowników będzie go stać i jak długo uda mu się utrzymać zespół. Powiem tak: zgrane i kreatywne zespoły, które razem wzięły odpowiedzialność za zmianę; gdzie każdy pracownik wyszedł poza to, co zwykle robi, i dołożył swoją cegiełkę do wspólnego wysiłku – poradzą sobie w kryzysie najlepiej. I mam tu na myśli także firmy gastronomiczne, najbardziej dotknięte przez pandemię. Powtórzę to znowu: dla mnie ten, ale i każdy inny kryzys jest ogromną szansą.

Ja upatruję w nim szansę na to, by zmienić folwarczny sposób zarządzania ludźmi, w którym pracownik nie ma nic do gadania, bo szef mu każe. Kończyłam zarządzanie w 2004 roku i już wtedy uczono mnie, że ludzie nie bez powodu stanowią zespół i że każdy odpowiada za to, jaki jest sukces firmy. Żeby ludzie czuli się zaangażowani, muszą mieć jednak większy obraz: znać nie tylko wizję, misję i cel działania firmy, ale też wiedzieć na co dzień, jak to wszystko, co robią, przekłada się na ten cel.

W obliczu nagłych zmian to odzyskanie poczucia sprawstwa, o którym pani mówi, jest szczególnie ważne. Jeśli jako pracownik mam poczucie, że ode mnie też zależy los przedsiębiorstwa czy istnienie mojego stanowiska – mam większą motywację do pracy. Gdyby tylko udało się nam to zachować na stałe. Na przykład mój zespół jest budowany właśnie w ten sposób. Ja pracuję z Gdyni, część zespołu jest w Warszawie, a część w Gliwicach. Kiedy wybuchła pandemia, każdy z tych zespołów miał sam ustalić, w jaki sposób może ciąć koszty oraz być bardziej produktywny. Czyli każdy pracownik dostał zadanie: „pomyśl, jak możesz na siebie zarobić w tym trudnym okresie”. Sądzę, że ważne jest, by raz na jakiś czas zadać sobie pytanie: po co ja to robię? Nawet jeśli pracuję na tzw. początkowym czy podstawowym stanowisku i nie mam za sobą awansu. Przypomnieć sobie, czy i jak istotna jest moja praca.

Dobrze byłoby, gdybyśmy częściej zadawali sobie to pytanie, zamiast wciąż tylko biec po więcej. Mam wrażenie, że przez ostatnie 10 lat przesyciliśmy się wszystkim: ilością bodźców, doświadczeń, podróży, relacji, informacji... Może teraz znajdziemy czas na to, by zastanowić się, co tak naprawdę jest ważne. Wiele osób, które miało przydomowe ogrody, dopiero podczas lockdownu mogło zaobserwować, jak ten ogród rośnie, jak zmienia się każdego dnia. Mieliśmy okazję zobaczyć, czego naprawdę uczą się nasze dzieci, gdzie się uczą i czy nam taka szkoła odpowiada. Albo podróże – ciągle dokądś jechaliśmy lub lecieliśmy, bo było to względnie tanie. Ale nie wszystko, co jest tanie, jest nam potrzebne.

Mam wrażenie, że robiliśmy i doświadczaliśmy więcej, ale na płytszym poziomie. Oglądaliśmy jakiś film, ale już się nie zastanawialiśmy, kto go nagrał i dlaczego, jaka historia za tym stoi – bo włączaliśmy kolejny. Dlatego nawet jeśli będziemy mieć teraz mniej pieniędzy, bardziej nas to ubogaci. Zwrócimy wreszcie uwagę na to, na co je wydajemy. Może przestaniemy marnować jedzenie? A zamiast wizyty w galerii handlowej pójdziemy do lasu? Może na wakacje pojedziemy do małego pensjonatu, a nie do hotelu z opcją all inclusive?

I może też ustalimy wreszcie, jakie miejsce w naszym życiu zajmuje praca. Bo mam wrażenie, że oczekiwaliśmy od niej zbyt wiele. Na przykład, że będzie stanowić o naszej wartości. Żyjemy w kapitalistycznym świecie, gdzie sukces dla wielu osób ma jedno imię – ja mam trochę odmienną wizję sukcesu, ale dla większości osób oznacza on zamożność i spełnienie zawodowe. Teraz dowiedzieliśmy się, że wystarczy, że jedna rzecz się zmienia i już nie jesteś potrzebny czy potrzebna. Nie wiem, czy przykład, który podam, jest fortunny, ale okazało się, że w kryzysie nie bardzo potrzebni są nam celebryci, do tej pory zarabiający niestworzone pieniądze. Zaczęliśmy doceniać ludzi, na których naprawdę możemy liczyć, a nie wirtualnych znajomych. Zobaczyliśmy coś więcej poza pracą, bo zostaliśmy wydarci z delegacji, wyjazdów integracyjnych, bankietów, kawek, biznesowych lunchów czy wielogodzinnych bezsensownych narad, które można odbyć teraz o wiele szybciej na Zoomie czy Teamsie. Przekonaliśmy się, że wiele ruchów, które wykonujemy w naszym życiu, jest zupełnie bezcelowych. To takie bieganie z pustymi taczkami.

Wielu musiało się też pożegnać z marzeniem o zmianie pracy i cieszyć się, że utrzymało starą. Podam tu przykład mojego męża, który był właśnie na takim etapie. Miał doskonałą posadę w Komisji Europejskiej, ale wziął bezpłatny urlop, by zrealizować swoje marzenie o byciu pilotem linii lotniczych. W kwietniu rozpoczynał już swoje pierwsze loty jako stażysta – miał mundur, czapkę i grafik. I nagle po sześciu latach katorżniczej pracy i wydaniu masy pieniędzy, a nawet całkowitym przeorganizowaniu naszego życia – LOT poinformował, że na razie zawiesza rejsy i dopiero za kilka miesięcy dowiemy się, co dalej. Być może mój mąż będzie musiał pogodzić się z tym, że już tym pilotem nie zostanie. Kiedy patrzę na niego, to widzę, jak bardzo jest tym rozczarowany, ale też jak bardzo ważny jest to moment w jego wewnętrznym rozwoju.

Kamila Rowińska, trenerka i coach. Prezeska i założycielka Fundacji Kobieta Niezależna. 

Kiedy rzeczywistość się zmienia

Życie brytyjskiego dziennikarza George‘a Monbiota z dnia na dzień przekręciło się o 180 stopni. Wszystko za sprawą diagnozy raka prostaty. A jednak, jak twierdzi, mimo że to był dla niego ogromny cios, twórczo sobie z nim poradził. Stosował się bowiem do trzech zasad dobrego życia, które odkrył w tym trudnym dla siebie czasie:

  • Myśl raczej o tym, o ile mogłoby być gorzej, niż o tym, o ile mogłoby być lepiej.
  • Zmieniaj to, co możesz zmienić, akceptuj to, czego zmienić nie możesz.
  • Nie pozwól, by o twoim życiu decydował lęk.
Źródło: Ulrich Schnabel „Siła wewnętrznej wolności” (wyd. Muza)

Strategia wspaniałej piątki

Jak utrzymać wewnętrzną kontrolę, kiedy czujesz, że wszystko się wali? Coach Jens Corssen poleca pewną strategię:

  • Wyrzuć z siebie emocje.
  • Powiedz: „Tak bywa”.
  • Postanów sobie, że ta sytuacja cię czegoś nauczy.
  • Wymyśl osiem możliwości poradzenia sobie z tą sytuacją.
  • Rozważ wszystkie osiem opcji i świadomie wybierz jedną z nich.
Źródło: Ulrich Schnabel „Siła wewnętrznej wolności” (wyd. Muza)

  1. Psychologia

Ludzie dodają nam skrzydeł. Albo je podcinają

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Relacje z innymi mogą sprawić, że świat wydaje nam się przyjazny, albo wręcz przeciwnie wrogi i obcy. Mają także wielki wpływ na funkcjonowanie naszego organizmu: na pracę serca, układ odpornościowy, reakcje hormonalne. Czy to nie wystarczający argument, aby dbać o nasze związki z ludźmi i rozwijaniem inteligencji społecznej u dzieci?

Jeszcze dziś mam przed oczami tamtą dziewczynkę, choć widziałam ją tylko raz w życiu. Było tak: Jechaliśmy na szkolną wycieczkę, szkoła podstawowa, piąta, może szósta klasa. Po drodze zatrzymaliśmy się na leśnym parkingu, gdzie zrobili sobie przerwę także inni wycieczkowicze. Usiedliśmy na trawie – my i oni. Po obu stronach śmichy-chichy, dogadywania, takie wzajemne badanie się. W pewnym momencie do tamtych przysiada się dziewczynka cała w pryszczach, z czerwonym, olbrzymich rozmiarów ropniem na czubku nosa. My w śmiech. Ktoś mówi: „ale nochal”, ktoś dodaje: „klaunka”. Śmiejemy się do rozpuku. Nagle dziewczynka odwraca się w naszym kierunku i uśmiecha się do nas. Oniemieliśmy. A ona jak gdyby nigdy nic pyta: „Nie wiecie, co z tym świństwem się robi? Piję bratka, smaruję maścią ichtiolową i nic”.

Kompletnie nas tym pytaniem rozbroiła. Wszystkim zrobiło się potwornie głupio, więc wstydliwie zamilkliśmy. Gdyby nie to, że zaraz się rozjechaliśmy, wiele z nas chciałoby naprawić swoje zachowanie, a może nawet zaprzyjaźnić się z tą pryszczatą dziewczynką.

Towarzyski mózg

Dlaczego dziewczynka zdobyła sobie sympatię innych dzieci? Nie grzeszyła przecież urodą, a to w tym wieku ważny atut towarzyski. Miała za to coś, co okazało się o wiele cenniejsze: rozwiniętą inteligencję społeczną. Czyli swego rodzaju talent polegający na budowaniu dobrych relacji z innymi ludźmi. Osoba inteligentna społecznie rozumie drugiego człowieka, potrafi przewidzieć jego reakcje, intuicyjnie wyczuwa emocje innych, jest empatyczna, umie zareagować adekwatnie do sytuacji.

Jak zauważył już w 1920 roku twórca tego pojęcia Edward Thorndike, psycholog z Columbia University, inteligencja społeczna może ujawnić się i okazać cenna w każdym wieku i w różnych okolicznościach: szkołach, domach rodzinnych, fabrykach, salonach sprzedaży. Decyduje o jakości naszych relacji, ale ma także ogromny wpływ na to, czy odniesiemy sukces w wielu sferach życia, zwłaszcza w sferze przywództwa. „Najlepszy mechanik w fabryce może z powodu braku inteligencji społecznej zawieść jako brygadzista” – twierdził Thorndike, choć nie miał na to żadnych dowodów. Dzisiaj te dowody już istnieją w postaci wyników badań neurobiologicznych. Pokazują one, że kiedy ludzie kontaktują się ze sobą, kontaktują się także ich mózgi, które wysyłają i odbierają płynący bez przerwy strumień wzajemnych sygnałów. Neurobiolodzy używają nawet pojęcia „mózg społeczny”, które nie odnosi się jednak do jakiejś konkretnej części mózgu, ale do zbioru połączeń nerwowych. Aktywność tych połączeń w fenomenalny sposób zostaje skoordynowana w momencie, gdy wchodzimy w kontakt z innym człowiekiem.

Choć mózg kojarzy nam się z czystym racjonalizmem, ten społeczny pracuje poza naszą świadomością. Działa niczym automat, co ma same plusy, bo pozwala na szybkie przesyłanie informacji. Na przykład oznaki strachu na czyjejś twarzy ciało migdałowate (część mózgu) „dostrzega” w ciągu 0,033 sekundy. Świadomy umysł nie zdoła tego nawet zarejestrować, a co dopiero zdać sobie sprawę, że oto synchronizuje swoją pracę z pracą mózgu innego człowieka. I że dzieje się to ze zdumiewającą łatwością.

Daniel Goleman, psycholog i autor „Inteligencji emocjonalnej”, pod wpływem badań neurobiologicznych mózgu ostatnich lat uzupełnił swoje teorie na temat rodzajów inteligencji. W książce „Inteligencja społeczna” przyznaje, że wcześniej skupiał się na zdolnościach kierowania emocjami, podczas gdy pełny obraz naszej inteligencji wyłania się dopiero wtedy, gdy badacz wychodzi poza ramy psychologii jednej osoby i obserwuje to, co się dzieje w czasie interakcji między ludźmi. Pisze: „Neurobiologia odkryła, że sam układ naszego mózgu sprawia, iż jest on towarzyski i nieuchronnie daje się wciągnąć w intymny związek z drugim mózgiem za każdym razem, gdy kontaktujemy się z inną osobą. To połączenie nerwowe pozwala nam wpływać nie tylko na mózg owego człowieka, ale i na jego ciało, a jemu wpływać na nasz mózg i ciało”.

Witaminy i trucizna

Pewna pani profesor uniwersytetu po przejściu na emeryturę znalazła się sama w dużym pustym domu. Jej dzieci mieszkały za granicą, mąż zmarł kilka lat wcześniej, więc w jej otoczeniu nie było nikogo, kto wypełniłby pustkę. Pani profesor zrobiła coś, co wydawało się bardzo ryzykowne – zaoferowała za darmo pokój studentom swojej uczelni. Najchętniej przyjmowała tych pochodzących z Azji, co wydawało się jeszcze bardziej niezrozumiałe. Miała wielu zmieniających się lokatorów z takich krajów, jak Japonia, Korea, Chiny. Przyjmowała także pary. Kiedy jednej z nich urodziła się córeczka, dziewczynka traktowała panią profesor jak swoją babcię. I codziennie przynajmniej trzy godziny spędzała z nią czas na zabawach, przytulaniu, potem na spacerach. Ten układ trwa zresztą nadal, choć pani profesor skończyła niedawno 90 lat. Dzieci pani profesor nie mogły się nadziwić, że ich matka młodniała w oczach. Z perspektywy czasu przyznają, że ruch, jaki zrobiła 30 lat temu, był mądrym posunięciem społecznym. Zapewnił jej żywe kontakty, które okazały się życiodajne. A decyzja, by przyjmować Azjatów darzących wielkim szacunkiem starsze osoby, to swoisty akt inżynierii społecznej!

Badania starszych ludzi pokazały, że ci z nich, którzy utrzymywali pełne ciepła stosunki z innymi, po kilku latach odznaczali się lepszymi zdolnościami poznawczymi niż ci, którzy takiego życia nie wiedli. Okazało się także, że jakość związków – to, czy są zażyłe, serdeczne, przyjacielskie czy nie – przekładała się na ich zdrowie. Im bardziej samotna czuła się badana osoba, tym słabszy był jej układ odpornościowy i sercowo-naczyniowy.

Skóra do skóry

 
Wpływ relacji na zdrowie zaobserwowano także u ludzi młodych. Badaniom poddano nowożeńców, z których wszyscy uważali się za bardzo szczęśliwych. Badanie polegało na obserwowaniu poziomu hormonów podczas 30-minutowej kłótni. I co się okazało? Że zmieniał się wtedy poziom pięciu z sześciu hormonów wydzielanych przez korę nadnerczy, podnosiło się ciśnienie krwi. Po kilku godzinach obserwowano długotrwałe pogorszenie zdolności układu odpornościowego. Im burzliwszy przebieg miała kłótnia, tym większe były te zmiany. Tak więc negatywne stosunki z innymi działają niczym podstępna trucizna.

W innych eksperymentach sprawdzano, w jakim stopniu ludzie, których kochamy, mogą nam zapewnić wsparcie w chwilach stresu. Kilka ochotniczek podłączono do MRI (urządzenie obrazujące rezonans magnetyczny, jedna z technik tomografii służąca diagnostyce) i od czasu do czasu aplikowano im lekkie elektrowstrząsy. Kobiety doświadczały tych niemiłych doznań czasem same, czasem w obecności trzymającej je za rękę obcej osoby, a czasem męża. Wyniki badań wszystkich kobiet były zaskakująco podobne. Kiedy czekały na wstrząs same, wzrastała aktywność rejonów mózgu, które pobudzają układ podwzgórzowo-przysadkowo--nadnerczowy odpowiedzialny za reagowanie na zagrożenie. Zadziwiająco natomiast słabła, gdy badana kobieta trzymała rękę męża. Pomagał jej także uścisk ręki obcej osoby, ale w dużo mniejszym stopniu. Co ciekawe, nie dało się przeprowadzić tego badania tak, by kobiety nie wiedziały, czyją rękę trzymają – zawsze bezbłędnie odgadywały, że dłoń znajdująca się w zasięgu ich dłoni należy do męża. I im bardziej czuły się zadowolone z małżeństwa, tym bardziej ta dłoń okazywała się pomocna.

Naukowcy tłumaczą to następująco: kontakt fizyczny (a więc masaż, przytulanie się, dotyk), podczas którego skóra styka się ze skórą, jest szczególnie kojący, ponieważ pobudza wydzielanie oksytocyny. A ta hamuje wzrost hormonu stresu kortyzolu, obniża poziom ciśnienia krwi. Powoduje też podwyższenie się progu odczuwania bólu, a więc pod jej wpływem stajemy się mniej wrażliwi na dolegliwości. Nawet rany szybciej się wtedy goją.

Niestety, oksytocyna utrzymuje się w mózgu krótko, zaledwie parę minut. Na szczęście mamy stałe źródło jej dostaw – bliskie, pozytywne, długotrwałe związki. Uścisk, przyjazny dotyk, chwila czułości, które działają jak uderzeniowa dawka witamin.

„Nadszedł czas renesansu inteligencji społecznej, która powinna uzyskać taki sam status jak jej siostra, inteligencja emocjonalna” – obwieszcza Daniel Goleman. I nie chodzi mu bynajmniej o odrodzenie tego pojęcia w badaniach naukowych, tylko o praktyczne wykorzystanie go jako wielkiego potencjału człowieka. Jak zapewnia Goleman, inteligencji społecznej można uczyć.

Kocham Cię mimo wszystko

Pewne znajome małżeństwo długo czekało na upragnionego potomka. Kiedy po 11 latach starań na świat przyszedł zdrowy chłopczyk, mama i tata starali się przychylić mu nieba. Od pierwszych dni życia miał wszystko – najdroższe ubranka i odżywki, ciągłą opiekę niań i babć, potem wciąż nowe zabawki i nieustające atrakcje w postaci wyjazdów, gadżetów. Rodzice nie dopuszczali, aby synek choć przez chwilę był sfrustrowany, znudzony lub z czegoś niezadowolony. Gdy więc po kilku dniach pobytu w przedszkolu powiedział: „już tam nie pójdę”, więcej do przedszkola go nie posłali. Z dziećmi kontaktował się na placach zabaw, ale zawsze poprzez rodziców lub opiekunkę: „Powiedz mu, pożycz, zapytaj” – wysługiwał się dorosłymi, a oni skwapliwie spełniali jego prośby. Jak można przewidzieć, problemy zaczęły się w szkole, gdzie nie było pod ręką rodziców ani opiekunki. Szkolna psycholog stwierdziła u dziecka niewykształcone umiejętności społeczne i skierowała na terapię całą rodzinę.

Rodzice chłopca hołdowali zasadzie: jeśli uda się uchronić dziecko przed trudnościami i porażkami, wyrośnie na szczęśliwego człowieka, który będzie miał dobre relacje z ludźmi. Nic bardziej błędnego. Takie wychowanie wypacza obraz kontaktów międzyludzkich, bo przecież nie jest tak, że wszystko toczy się pod dyktando jednego człowieka.

Psychologowie nie mają wątpliwości, że ważniejsze od zapewniania dziecku mitycznego szczęścia jest nauczenie go, jak układać sobie relacje z innymi dziećmi, jak wychodzić z frustracji czy porażki. Rodzice powinni uczyć dziecko radzenia sobie z niepowodzeniami, w które obfituje przecież życie, dogadywania się z kolegami, rodzeństwem i dorosłymi. Dlatego sami muszą najpierw nauczyć się mówić dziecku „nie”, kiedy tego wymaga sytuacja. Najskuteczniejsze jest „nie” konstruktywne. Gdy na przykład syn kopie siostrę, trzeba zareagować stanowczo, ale także zaproponować rozładowanie nadmiaru emocji i energii: „Nie wolno kopać siostry. Pójdźmy na boisko pokopać piłkę”. Najskuteczniej rozwijamy inteligencję społeczną dzieci poprzez własny przykład zachowań i reakcji. Dziecko obserwuje nas w takich chwilach prawdy. Wtedy nic nie musimy mówić. Takie praktyczne komunikaty uczą je, jak odnosić się do innych i czego od nich oczekiwać.

„Dzieci muszą przechodzić wzloty i upadki życia społecznego, a nie trwać w monotonii przyjemności. Kiedy dziecko martwi się albo wpada w przygnębienie, w końcu uzyskuje pewną kontrolę nad tą reakcją i na tym polega wartość takich chwil. Biologiczny cykl pobudzenia, gdy dziecko mierzy się z trudnością, i powrotu do normalnego stanu, gdy sprosta wyzwaniu, żłobi sinusoidę odporności” – pisze Daniel Goleman. I dodaje, że dla rozwoju inteligencji społecznej równie ważna jest bezwarunkowa miłość.

Pięcioletnia dziewczynka w wyraźnie złym nastroju nie chce przywitać się z tatą wracającym z pracy. – Nienawidzę cię – mówi. – A ja cię kocham – odpowiada tata. – Nienawidzę cię – powtarza głośniej i z uporem dziewczynka. – Mimo to kocham cię – mówi spokojnie tata. – Nienawidzę cię! – krzyczy córka. – A ja i tak cię kocham i będę kochał zawsze – zapewnia ojciec. – Kocham cię, kocham, żartowałam – szepcze zawstydzona dziewczynka, jakby topniejąc w ojcowskiej miłości. To jedna z tych lekcji inteligencji społecznej, która zostawia ślad na całe życie. Korzystałam z książek: Daniel Goleman: „Inteligencja społeczna” i „Inteligencja emocjonalna”, Rebis; Howard Gardner „Inteligencje wielorakie”, Media Rodzina.

  1. Psychologia

Typy inteligencji. Który z nich dominuje u ciebie?

Teorię inteligencji wielorakich rozwinął Howard Gardner, psycholog, profesor Harvardu. (Ilustracja: iStock)
Teorię inteligencji wielorakich rozwinął Howard Gardner, psycholog, profesor Harvardu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Każdy z nas posługuje się co najmniej siedmioma rodzajami inteligencji. Różnimy się jednak stopniem ich rozwinięcia. Dzięki wiedzy na temat tego, które u ciebie dominują, możesz określić na przykład, jaka praca pozwoli ci korzystać ze wszystkich zasobów i talentów. Teorię inteligencji wielorakich, która zrewolucjonizowała podejście do inteligencji, kojarzonej wcześniej głównie z logicznym myśleniem, rozwinął Howard Gardner, psycholog, profesor Harvardu. 

Każdy z nas posługuje się co najmniej siedmioma rodzajami inteligencji. Różnimy się jednak stopniem ich rozwinięcia. Dzięki wiedzy na temat tego, które u ciebie dominują, możesz określić na przykład, jaka praca pozwoli ci korzystać ze wszystkich zasobów i talentów. Teorię inteligencji wielorakich, która zrewolucjonizowała podejście do inteligencji, kojarzonej wcześniej głównie z logicznym myśleniem, rozwinął Howard Gardner, psycholog, profesor Harvardu. 

Inteligencja werbalna

Wyrażasz siebie poprzez słowo mówione i pisane. Swobodnie wypowiadasz się przed publicznością. Potrafisz przyciągnąć uwagę rozmówcy dzięki mieszance wiedzy i błyskotliwości. Z łatwością uczysz się języków obcych.

Zawody dla ciebie: pisarz, dziennikarz, nauczyciel, aktor, nauczyciel języka obcego, wykładowca, psycholog.

Jak rozwijać tę inteligencję? Obserwuj i słuchaj, jak radzą sobie mówcy motywacyjni, stand-uperzy czy prowadzący programy; ćwicz aktywne pisanie, np. prowadząc dziennik; nagraj fragment książki lub artykułu na dyktafon i posłuchaj swojego głosu, jego tembru, frazowania, staraj się doskonalić swój „lektoring”, pracując nad dykcją i modulacją głosu; ćwicz oddech brzuszny, aby twój głos był głębszy.

Inteligencja werbalna logiczno-matematyczna

Świetnie czujesz się w świecie logiki, nauki i techniki. Wierzysz w to, co można zobaczyć i udowodnić naukowo. Przyjmujesz do wiadomości tylko twarde fakty. Trudno ci wyrażać swoje uczucia i emocje. Potrafisz myśleć abstrakcyjnie, lubisz zagadki logiczne i analityczne myślenie. Najlepiej czujesz się w uporządkowanym otoczeniu, tzw. twórczy chaos wyprowadza cię z równowagi.

Zawody dla ciebie: informatyk, naukowiec, prawnik, księgowy, technik.

Jak rozwijać tę inteligencję? Rozwiązuj krzyżówki i łamigłówki, np. sudoku; czytaj artykuły popularnonaukowe, oglądaj programy o tematyce naukowej; naucz się dobrze obsługi urządzenia, którego dotychczas nie byłaś w stanie używać; czy wiesz, na czym polegał wielki wybuch, dlaczego niebo jest niebieskie albo co dzieje się w ciele człowieka w stanie zakochania? Nie? Sprawdź, poszperaj!

Inteligencja przestrzenno-wizualna

Masz bujną wyobraźnię, świetnie orientujesz się w terenie, z łatwością czytasz mapy i diagramy. Łatwo zapamiętujesz twarze poznanych ludzi, szczegóły ich garderoby i miejsca spotkania. Lubisz sztuki wizualne: malarstwo, fotografię, film. Robisz kreatywne notatki, np. mapy myśli, często wykonujesz je nieświadomie podczas rozmowy. Możesz mieć też niezwykłą wrażliwość w dłoniach, która pozwala ci na mistrzowskie operowanie nimi np. podczas masażu.

Zawody dla ciebie: architekt, rzeźbiarz, malarz, fotograf, przewodnik, chirurg, grafik komputerowy.

Jak rozwijać tę inteligencję? Patrz przez chwilę na jakiś przedmiot, zamknij oczy i spróbuj sobie przypomnieć wszystkie szczegóły; narysuj obiema rękami jakiś symetryczny wzór; zamknij oczy i poproś kogoś, aby podał ci jakiś przedmiot, spróbuj odgadnąć, co to jest.

Inteligencja muzyczna

Muzyka relaksuje cię i ładuje wewnętrzne baterie. Z łatwością zapamiętujesz melodię piosenek, rozpoznajesz rytm utworu i potrafisz go powtórzyć. Masz zdolność wyboru odpowiedniego rodzaju muzyki, w zależności od nastroju. Masz łatwość nauki gry na różnych instrumentach, w tym również czytania nut (tutaj przydaje się też inteligencja logiczna).

Zawody dla ciebie: muzyk, wokalista, kompozytor, dyrygent, realizator dźwięku, muzykoterapeuta.

Jak rozwijać tę inteligencję? ucz się słów piosenek i odtwarzaj je z pamięci; słuchając utworu muzycznego, próbuj rozróżniać poszczególne instrumenty; naucz się gry na jakimś instrumencie; pytaj się często, jaka muzyka oddaje twój nastrój.

Inteligencja kinestetyczna

Masz wysoką świadomość swojego ciała, sprawność fizyczną, jesteś zręczna i masz dobry refleks. W czasie rozmowy żywo gestykulujesz, a na twojej twarzy maluje się aktualna emocja. Najlepiej uczysz się i zapamiętujesz poprzez ruch i zabawę. Masz łatwość do prac manualnych, rysowania, masażu, rzeźbienia, szycia, sadzenia roślin.

Zawody dla ciebie: sportowiec, tancerz, aktor, malarz, rzemieślnik, instruktor sztuk walki lub jogi, masażysta;

Jak rozwijać tę inteligencję? Praktykuj jogę lub trenuj jakiś inny sport regularnie; idź na masaż relaksacyjny, komunikując masażyście, czy potrzebujesz delikatniejszego, czy mocniejszego dotyku; dotykaj swojego ciała z czułością, mów mu miłe słowa.

Inteligencja interpersonalna

Nie masz problemu z rozpoczęciem rozmowy z obcą osobą, lubisz inspirować innych. Jesteś lubiana i często zapraszana na różne imprezy. Umiesz zarządzać grupą, negocjować i moderować dyskusję. Zazwyczaj dążysz do pełnego porozumienia między stronami, umiesz rozwiązywać konflikty.

Zawody dla ciebie: psycholog, psychoterapeuta, trener rozwoju osobistego, nauczyciel, sprzedawca, aktor, menedżer.

Jak rozwijać tę inteligencję? Podczas spotkania towarzyskiego obserwuj, czym różnią się uczestnicy, jak są ubrani, jakie mają nastroje, którzy cię irytują lub są ci obojętni; zapisz się na ciekawe zajęcia warsztatowe, aby być w grupie i doświadczać interakcji z ludźmi; zabierz w grupie głos na temat, na jaki się wcześniej nie wypowiadałaś.

Inteligencja intrapersonalna

Lubisz spędzać czas w samotności. Z chęcią sięgasz po literaturę psychologiczną, religioznawczą, filozoficzną. Jesteś zainteresowana rozwojem osobistym, warsztatami, terapią, doszkalaniem się. Najlepiej czujesz się w swoim towarzystwie lub w małym gronie najbliższych osób. Jesteś introwertyczką, która potrzebuje dużo przestrzeni dla siebie. Dzięki dobrej znajomości siebie, potrafisz zrozumieć drugiego człowieka.

Zawody dla ciebie: psychoterapeuta, psycholog, nauczyciel duchowy, pisarz, poeta.

Jak rozwijać tę inteligencję? Zapisuj swoje uczucia, myśli, plany, marzenia; dbaj o codzienną chwilę refleksji i moment zastanowienia się nad minionym dniem; praktykuj świadomy oddech.

Inteligencja emocjonalna

Pojęcie inteligencji emocjonalnej wprowadził amerykański psycholog Daniel Goleman. Inteligencja ta związana jest z umiejętnością odczytywania emocji zarówno swoich, jak i innych osób. Pomaga wyrazić emocje w sposób asertywny oraz zrozumieć stan drugiej osoby.  Jeśli masz ją dobrze rozwiniętą, potrafisz współpracować z innymi, wysłuchać ich i bezinteresownie pomóc. Umiejętność rozpoznawania własnych emocji pomaga ci w zarządzaniu swoim stresem.

Zawody dla ciebie: psychoterapeuta, psycholog, trener, nauczyciel, lekarz, aktor.

Jak rozwijać tę inteligencję? Zadawaj sobie pytania: co teraz czuję? jaka to emocja? Załóż dziennik emocji i zapisuj w nim swoje nastroje; w trakcie spotkania towarzyskiego bądź świadoma, jakie odczucia pojawiają się w twoim ciele; jeśli czujesz trudną emocję, np. lęk, na głos lub w myślach powiedz sobie: „teraz czuję lęk, mimo to w pełni akceptuję siebie, to tylko lęk, który minie”.

Inteligencja serca

Naukowcy uważają, że serce człowieka ma swoją inteligencję i może podejmować decyzje niezależne od mózgu. To intuicyjne odczuwanie tego, co jest dla nas najlepsze, empatycznego rozumienia innych, wybaczania dawnych uraz i pracowania nad harmonią w relacjach międzyludzkich. Rozwinięta inteligencja pozwala doświadczać życia z perspektywy serca, rozumianego jako źródło pozytywnych odczuć, takich jak miłość, wdzięczność czy docenienie.

Zawody dla ciebie: psychoterapeuta, lekarz, masażysta, rehabilitant, pielęgniarka, położna, nauczyciel duchowy, uzdrowiciel.

Jak rozwijać tę inteligencję? Zrób listę osób, którym czegoś nie wybaczyłaś, następnie zapytaj siebie, której z tych osób mogłabyś wybaczyć jako pierwszej i zrób to, po kilku dniach wróć do swojej listy i zadaj to samo pytanie; jak najczęściej kładź dłoń pośrodku klatki piersiowej, zamykając oczy, świadomie oddychając i uświadamiając sobie fizyczne serce oraz jego rytm; praktykuj patrzenie na ludzi z perspektywy serca.

  1. Psychologia

Odporność psychiczna - cecha, nad którą można pracować

Odporność psychiczną nie jest cechą wrodzoną, można nad nią pracować (Fot. iStock)
Odporność psychiczną nie jest cechą wrodzoną, można nad nią pracować (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Trudne życiowe doświadczenia mogą sprawić, że otrząśniemy się i pójdziemy dalej, czasem nawet lepszą dla nas drogą.

Odpowiednie podejście do życiowych huśtawek, czyli stopień naszej odporności psychicznej, jest ściśle powiązane z odczuwaniem satysfakcji z życia. Możemy też zareagować załamaniem psychicznym lub pozostaniemy na poziomie negatywnych emocji, takich jak lęk czy depresja.

Z badań hiszpańskich naukowców wynika, że jedna trzecia z nas wykorzystuje przeciwności losu do tego, żeby rozwijać się osobiście. Po przejściu trudności ta grupa ludzi czuje się silniejsza. Wiąże się to z umiejętnością kontrolowania swoich emocji i umysłu oraz wysokim poziomem inteligencji emocjonalnej. Efektem takiej postawy jest większe zadowolenie z życia. Podczas badań okazało się, że ta grupa odznacza się największą psychiczną elastycznością, czyli jest otwarta na zmiany.

- Dobrą wiadomością jest to, że odporność psychiczna nie jest wrodzoną cechą, tylko umiejętnością, która może być rozwijana i doskonalona - powiedział dr Joaquín Limonero, koordynator badań. - Nad kontrolą własnych emocji oraz poczucie wartości można pracować, by poprawić jakość naszego życia.

Źródło: Universitat Autónoma de Barcelona