1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak właściwie zaopiekować się sobą?

Jak właściwie zaopiekować się sobą?

Opiekowanie się sobą polega m.in. na odkrywaniu i rozwijaniu swoich talentów. To także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, kącika, w którym dobrze się czujemy. (Fot. iStock)
Opiekowanie się sobą polega m.in. na odkrywaniu i rozwijaniu swoich talentów. To także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, kącika, w którym dobrze się czujemy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Oddajemy lekką ręką swoje sprawy specjalistom od ciała i duszy. Taki trend. Wygodny. Bo w razie czego łatwo znaleźć winowajcę. Niestety, często opłakany w skutkach. Nikt przecież nie zna nas lepiej niż my sami. A gdyby potraktować siebie tak, jak traktujemy dziecko albo ukochaną osobę? Przytulić, okryć ciepłym kocem, zabrać na spacer, posłuchać, co mamy sobie do powiedzenia? Wzbraniamy się przed tym, bo można wtedy usłyszeć to, czego słyszeć nie chcemy.

Elżbieta Krajewska, psychoanalityczka alternatywna, terapeutka duchowa, poetka (żona Seweryna Krajewskiego), wie, jak słuchanie siebie jest ważne. Przez wiele lat miała problemy ze zdrowiem, nikt jednak nie umiał jej powiedzieć, jaka jest ich przyczyna. Dzięki studiom zaczęła praktykować medytację, wsłuchiwać się w siebie, rozmawiać ze sobą.

– I wtedy usłyszałam podpowiedzi od ciała, jakie odżywianie mi służy – mówi Elżbieta. – Mądrość mojego organizmu polegała na tym, że to, co mogło mi zaszkodzić, przestało mi smakować. Mięso, a nawet ryba, smakowały jak trociny, od alkoholu mnie odrzucało, unikałam cukru.

Elżbieta zaczęła interesować się dietetyką, zdrowym odżywianiem, zgłębiać ajurwedę. Na tej podstawie stworzyła sobie dietę opartą na warzywach, owocach, roślinach strączkowych, orzechach, migdałach. Czuła się po niej zdecydowanie lepiej, choć jej problem – wtedy jeszcze nie wiedziała jaki – nie zniknął. Pojawił się też kolejny, ze znajomymi, którzy zadręczali ją pytaniami o dietę: „Nie wypijesz toastu? Nie zjesz mięsa?”. Niektórzy posądzali ją nawet o przynależność do jakiejś sekty, bo w latach 90. wegetarianizm był mocno podejrzany.

Dokarmiać energią miłości

2006 rok. Elżbieta z objawami choroby serca trafia do szpitala, przechodzi ablację, ale także wszechstronne badania. I co się okazuje? Że cierpi na wirusowe zapalenie wątroby typu C. Robi z lekarzami podróż w czasie i odkrywa, że zaraziła się tym wirusem dawno temu, w  ’83 roku podczas transfuzji krwi, którą przeszła po trudnym porodzie. Ta wiedza jest dla niej szokująca. Ale co robi Elżbieta? Nie poddaje się, tylko chce jak najwięcej dowiedzieć się o tym wirusie, jest ciekawa, jak się rozwija, czym odżywia. Czyta książki, dokształca się, porównuje to, co na ten temat mówi medycyna konwencjonalna, a co alternatywna. Dowiaduje się, że pożywieniem wirusa C jest białko, głównie zwierzęce, i alkohol. A to znaczy, że wirus uwielbia wszystko to, co dawno temu odrzuciła, wsłuchując się w swoje ciało! Dowiaduje się też, że zapalenie wątroby typu C jest swego rodzaju wyrokiem, bo trudno wyleczyć się z tej choroby raz na zawsze. Ale się nie załamuje, tylko dalej przestrzega diety. W 2006 roku znajomi już jej nie katują pytaniami, nadeszły lepsze czasy dla medycyny niekonwencjonalnej, a poza tym – wszyscy przekonali się, że dieta okazała się dla niej zbawienna. Elżbieta robi jeszcze coś, co nawet dzisiaj brzmi rewolucyjnie – podchodzi do wirusa z miłością.

– Wymyśliłam sobie – opowiada – że nie będę traktować go jak wroga, tylko jak współlokatora. Rozmawiałam z nim: „Słuchaj, siedzisz we mnie tak długo, więc nie będę z tobą walczyć, ale bardzo mi przykro, muszę podnieść ci wibrację. Bo przecież wirusy to też określona energia, tylko ciężka, jak w przypadku każdej choroby. Dlatego tak wzmacniają je produkty, które też zawierają ciężką energię. Postanowiłam przechytrzyć wirusa, dostarczając mu dietę wegańską, która niesie energię o wysokiej wibracji, stosując suplementy i homeopatię, czyli coś, za czym on nie przepada. W medytacjach dokarmiałam go energią miłości, której on też nie lubi. To była taka moja gra, po prostu zaakceptowałam, że zamieszkał we mnie wirus, i zaczęłam go sprytnie rozpuszczać w energii, która go nie wzmacnia.

Elżbieta uważa, że skuteczną autoterapią, czyli czymś, co robimy dla siebie, jest pomaganie innym. Przekonała się o tym, kiedy po stracie syna zapadła w tak ciężką depresję, że nie chciało jej się żyć. Pamięta słowa mistrza duchowego: „Jeżeli chcesz pogłębiać depresję, to stosuj technikę, która polega na tym, że się siedzi w domu i powtarza: A co ze mną będzie, a co ze mną będzie. Dlaczego mi się to przytrafiło? Jeżeli natomiast chcesz z tego stanu wyjść, stosuj technikę przeciwstawną: Kieruj uwagę na innych, pomagaj”.

– Gdy pomagamy, dostajemy wtedy wielką moc – mówi Elżbieta. – Różnie się ją określa, ja nazywam ją bezwarunkową energią miłości, która przepływa nie tylko przez tego, komu pomagamy, ale także przez nas, i tym samym nas leczy. Jak ktoś nie wie, co ze sobą zrobić, niech idzie do hospicjum, domu dziecka, domu opieki. Wszędzie są ludzie potrzebujący pomocy. Kiedy źle się czujemy, kiedy coś jest nie tak, pomyślmy, jak możemy podzielić się z innymi tym, co wiemy, co umiemy. To naprawdę działa! Podobnie jak sprawdza się w życiu inne prawo: To, czemu się opierasz, jeszcze bardziej na ciebie napiera. To nie są wydumane prawa, tylko prawa fizyki kwantowej, prawa kosmiczne. Przychodzi jakiś problem? Nie narzekaj, tylko pozwól, żeby spokojnie przez ciebie przepłynął. Wszystko jest, jakie jest, nie trzeba oceniać, czy to dobre, czy złe.

Zawsze można wstać i wyjść

Barbara Czerska, filozofka, bioetyczka, konieczność opiekowania się sobą rozpatruje w kategoriach moralnych.

– Nie wolno żadnego człowieka, a więc także siebie, traktować jako środka do jakiegoś celu, tylko jako cel sam w sobie. Myślę, że ludzie, uzurpując sobie prawo do traktowania instrumentalnie innych, dają sobie też prawo do podobnego obchodzenia się ze sobą: Pójdę na medycynę, bo to zawód cieszący się uznaniem, zacznę biegać maratony, bo to jest modne. I nieważne, czy medycyna to moje powołanie, czy lubię biegać. Jestem środkiem do realizacji tych celów. Gdybym natomiast robiła to, w czym jestem dobra, gdybym zastanowiła się, po co żyję, kim jestem – wtedy służyłabym sobie, bo sama dla siebie stałabym się celem.

Dlaczego tak często dochodzi do nadużyć wobec siebie? Z filozoficznej perspektywy Barbary Czerskiej wygląda to na brak refleksji nad upływem czasu, nad ograniczonością swojego życia.

– Pierwsze, co możemy zrobić, żeby zaopiekować się sobą, to zacząć cenić czas swojego życia, bo jest ograniczony – mówi filozofka. – Jeżeli chcę spotkać się ze znajomą, to najpierw pomyślę, po co, czy to spotkanie nas wzbogaci – mnie i ją. Chodzi o współcelowość spotkań, o owo „po co”. Zawsze można wstać i wyjść. Mamy prawo nie zgadzać się na to, żeby – jak śpiewał Wojciech Młynarski – sytuacja całowała nas w usta. Odbębnianie spotkań to strata czasu, którego już przecież nie odzyskamy, bo minął.

Drugim według filozofki warunkiem traktowania siebie jako celu jest uświadomienie sobie swojej niepowtarzalności, wyjątkowości: Pielęgnuję swoją niepowtarzalność we własnym interesie, ale to też leży w interesie innych.

Barbara Czerska: – Jest takie powiedzenie, które cytowałam na warsztatach dla młodych matek: Matka musi tańczyć, matka musi pić, bo ma małe dziecko i ma dla kogo żyć. To samo dotyczy mnie jako osoby starszej – im bardziej o siebie dbam, także intelektualnie, to znaczy, im bardziej staram się zrozumieć, czym żyją moje dzieci, moi studenci, im bardziej dbam o swój rozwój, tym łatwiej i fajniej się im ze mną żyje. Egoizm jest altruistyczny, a altruizm egoistyczny!

Czasem trzeba o swoje walczyć nawet wbrew rodzicom, którzy projektują nam inną karierę, inne życie. Podjąć decyzję, że idę swoją drogą, i trudno, rodzice, którzy chcą traktować mnie jako środek do swojego szczęścia, będą mieli pewien kłopot. Niech mają! Nie przejmujmy się tak cudzymi kłopotami, które oni sami sobie wymyślają. Nie narzucam nikomu swoich pomysłów, ale proszę też niczego nie narzucać mnie.

Barbara Czerska przyznaje, że przerobiła ten problem na własnej skórze. Jej syn urodził się w rodzinie filozofów. Zarówno ona, jak i jej nieżyjący pierwszy mąż, profesor Andrzej Kasia, byli pewni, że syn też zostanie filozofem, podobnie zresztą jak ich córka.

– Zanim zrozumiałam, że syn ma inny pomysł na siebie i że o siebie walczy, sprawiłam mu sporo przykrości, a przy okazji strasznie źle potraktowałam siebie, bo uznałam, że poniosłam pedagogiczną porażkę, do czego nie miałam żadnych podstaw. Dzieci nie są po to, żeby realizowały nasze zamierzenia i nasze wartości. Dzieci rodzimy po to, żeby dbały o siebie i siebie realizowały z pożytkiem dla świata. A jeśli przy okazji nas polubią, to już nasz fart. Po latach dotarło do mnie, że syn robi wszystko, żeby nie być filozofem. Gratuluję mu, że dopiął swego. Pracuje jako reporter w Polsacie i świetnie się odnajduje w tym zawodzie, który traktuje jako misję. Rodzice mogą nie rozumieć na przykład powołania do stanu duchownego, to może być dla nich obca planeta, ale to nie znaczy, że dziecko ma rezygnować ze swoich marzeń. Samoświadome bycie sobą to prawdziwe życie. Realizowanie czyichś narzuconych wizji to marnowanie życia. Nigdy nie wiemy, czy zostało nam 15 minut, czy 50 lat. Chcę ten czas spędzić tak, żeby mi było dobrze z innymi i z samą sobą. Żebym tęskniła za momentem, kiedy ktoś bliski, kochany przyjdzie do mnie, ale żebym też tęskniła za momentem, kiedy zostanę sama. Kochać być z innymi, ale też kochać być z samym sobą – to prawdziwe dbanie o sobie.

Odkryj i rozwijaj swoje talenty

Elżbieta dzieli się swoją wiedzą, organizuje koncerty i kąpiele w gongach (masaż dźwiękiem), pisze wiersze (opublikowała już pięć tomików). Zaczęła pisać książkę, w której dzieli się wszystkim, co przeżyła, czego doświadczyła, czego się nauczyła, także spotkaniami z niezwykłymi ludźmi, między innymi z Kenem Wilberem, Shri Shri Ravi Shankarem. Twierdzi, że pisanie to genialna terapia, bo można wyrzucić z siebie to, co doprasza się uwolnienia. I w ten sposób pomóc sobie i innym.

– Ale zacząć trzeba od zaopiekowania się sobą – mówi Elżbieta. – Każdy z nas bez wyjątku został obdarowany jakimiś talentami. Opiekowanie się sobą polega między innymi na odkrywaniu tych talentów, a potem na ich rozwijaniu. Bo kiedy się je rozwija, one rosną i służą ludziom. A to najlepsze, co możemy zrobić dla siebie i dla świata. Kto nie dzieli się swoimi talentami, ten je traci. Jeżeli więc kochasz malować – maluj, rób laurki, ucz malować dzieci. Akt twórczy to według mnie podobna do pomagania forma autoterapii. Łączy je ta sama uzdrawiająca energia miłości.

Opiekowanie się sobą to także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, a przynajmniej kącika, w którym dobrze się czujemy.

I kolejna sprawdzona przez Elżbietę forma opiekowania się sobą – medytacja. Bodaj najskuteczniejsza. Bo dzięki medytacji można podłączyć się bezpośrednio do źródła – jedni nazywają je Bogiem, inni kosmiczną energią. Elżbieta określa je źródłem tworzenia życia albo światłem. W tym czasie można zatopić się w ciszy, a w ciszy przychodzą odpowiedzi na najważniejsze pytania.

– Medytacji trudno kogoś nauczyć, to indywidualne doświadczenie – wyjaśnia Elżbieta. – Żeby mogła się wydarzyć, trzeba stworzyć sobie dobre warunki – znaleźć spokojny kąt, wyciszyć się, dobrze jest włączyć muzykę relaksacyjną, usiąść z wyprostowanym kręgosłupem. Bardzo ważny jest oddech, głęboki, z przepony. Medytacja to pierwszy krok do nawiązania kontaktu ze swoim wnętrzem. Mogą przepływać wtedy przez nas dobre myśli. Dlaczego dobre? Bo przesłane z wyższego poziomu myśli, tego mądrego, który wie, co dla nas dobre, i nam to podpowiada. Te podpowiedzi to właśnie intuicja, najlepszy nasz doradca. Ale na ogół go nie słuchamy. Bo nasz rozum zaczyna kombinować, zaczyna się zastanawiać, korzystać z tego, co zasłyszeliśmy, tworząc w naszej głowie zamęt. No i rezygnujemy z myśli intuicyjnej, a podążamy stereotypowymi ścieżkami. A szkoda, bo myśli intuicyjne kierują nas ku temu, co dobre – dobrym relacjom, zdrowemu życiu i odżywianiu. Zdrowe odżywianie to najlepszy sposób opieki nad sobą! Powinniśmy jeść to, co jest naszym naturalnym lekarstwem, a nie ślepo powielać czyjeś diety i wskazówki. Ponieważ przeszłam ciężką traumę, lekarze zalecali mi antydepresanty. Nigdy ich nie zażyłam, co najwyżej parzyłam melisę, a najlepsze ukojenie przynosiła mi medytacja i pomaganie innym. Efekty? Imponujące! Właśnie potwierdzono, że wirus C zniknął z organizmu Elżbiety.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Poczucie winy - jak nie zadręczać się bez przerwy popełnionymi błędami?

Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Nie wybaczę sobie tego! Nigdy! – powtarzamy poniewczasie. Kaliber przewin bywa różny – oszustwo, celowo wyrządzona krzywda, ale i niedopatrzenie, zaniedbanie, zlekceważenie… Gdyby dało się cofnąć czas… Jak żyć z takim ciężarem?

Ewka zdradziła – głupio, z przypadkowym facetem, po dwóch butelkach wina – miłość swojego życia, wieloletniego chłopaka. Nie umiała tego przed nim ukryć, on nie umiał o tym zapomnieć, poprosił, by się wyprowadziła. Odkąd to się stało, Ewa przestała jeść, nie może spać – wyrzuca sobie bez przerwy, że przez głupotę straciła szansę na szczęśliwe życie z najfajniejszym facetem na świecie. Nie potrafi sobie tego wybaczyć. Czuje, że zdradziła nie tylko jego, ale i siebie.

Karolina zawsze znajdowała wymówki, by nie pojechać do domu na weekend, choć mama ciągle ją zapraszała. „Nie mogę, właśnie kończymy ważny projekt” – mówiła przez telefon. Albo: „Mamo, z Warszawy to jest trzy godziny w jedną stronę, a ja muszę na poniedziałek zrobić raport”. Nie odbierała telefonów, bo nie chciała słuchać o zmartwieniach, do mamy dzwoniła, gdy czuła się samotna w wielkim mieście lub przeciwnie – gdy była bardzo szczęśliwa. Niedawno się zakochała i spędziła święta z ukochanym, w górach. Było cudownie. Gdyby wiedziała, że to będą ostatnie święta mamy…

Tyle pytań zostało bez odpowiedzi, tyle rzeczy odkładanych „na później”. Teraz znalazłaby czas i gadałaby z mamą godzinami, nawet codziennie, wysłuchując po raz kolejny znanych sobie opowieści. Żaden projekt nie wydaje się Karolinie teraz ważny, żaden raport nie jest już pilny. Nie może sobie wybaczyć, że traktowała mamę jako kogoś, kto będzie zawsze, jak tylko Karolina znajdzie czas…

Dlaczego tak trudno sobie wybaczyć?

„Najtrudniej wybacza się małe błędy ludziom posiadającym wielkie właściwości” – powiedziała baronesa Marie von Ebner-Eschenbach, austriacka autorka powieści psychologicznych. Wysoko postawiona sobie poprzeczka to często pasmo celów nie do osiągnięcia, wymagań nie do spełnienia. Ale czy na pewno jesteś istotą bez skazy? Niezdolną do błędów i pomyłek?

Jeśli zrobiłaś coś, co nie zgadza się z twoim wyobrażeniem o sobie samej, twój idealny obraz siebie jako osoby niezłomnej, szlachetnej i dobrej rozpada się na kawałki, a w najlepszym razie powstają na nim widoczne rysy. Myślisz o sobie, że jesteś dobrą córką – a tu proszę, nie okazałaś się dość przewidująca, wystarczająco opiekuńcza, na miarę rangi, jaką sobie przyznawałaś. Albo wierzyłaś, że jesteś lojalna w przyjaźni, że można na tobie polegać jak na Zawiszy – jednak stało się, zawiodłaś, zdradziłaś. Także swoje ideały i obraz samej siebie. To nie daje spokoju, budzi poczucie winy. Zaczynasz się oskarżać, a nawet karać.

Poczucie winy jest tak naprawdę informacją, że naruszyliśmy swój wewnętrzny system wartości.
Z mojego doświadczenia wynika, że to bardzo indywidualna sprawa – mówi trenerka rozwoju osobistego Lesława N. Jaworowska. – To, co dla jednego jest przekroczeniem zasad, dla drugiego już takie nie będzie. Wiele zależy od systemu wartości, jaki wynieśliśmy z domu. Złość na siebie i lęk przed konsekwencjami mogą być drogą do poznania siebie, do odzyskania kontaktu ze swoim potencjałem i do samoakceptacji.

Los bywa przewrotny

Psycholog, prof. Everett L. Worthington bada problematykę przebaczania od 1980 roku, napisał ponad dwieście artykułów i wydał kilka książek na ten temat. W 1996 roku los – przewrotnie – postawił go w dramatycznej sytuacji – została zamordowana jego matka i musiał stanąć twarzą w twarz ze swoimi dotychczasowymi teoriami dotyczącymi wybaczania.

– Wybaczyłem mu – odpowiedział dziennikarzowi, spytany o mordercę. Dlaczego? Bo, jak mówi, jest chrześcijaninem, ale też dlatego, że z racji swojego zajęcia był lepiej przygotowany do wybaczenia. Wcześniej, gdy opanowała go wściekłość, uzmysłowił sobie, że i on jest skłonny do posiadania silnych emocji, moralnej słabości – to wyzwoliło w nim empatię do mordercy swojej matki. Nie nastąpiło to jednak od razu, to był proces, droga, na początku której stał na stanowisku, że takiej przewiny nie można wybaczyć.

Worthington twierdzi, że wybaczenie jest decyzją. Racjonalnym, konstruktywnym myśleniem, zastąpieniem emocji negatywnych pozytywnymi. Pomocne w tym mogą być wspomnienia dawnych i obecnych cierpień, empatia ze sprawcą (zrozumienie, dlaczego to zrobił), przypomnienie sobie, kiedy sami chcieliśmy, by nam przebaczono, świadome altruistyczne wybaczenie, a następnie trwanie w nim.

Twierdzi też, że nie ma człowieka, który by nie zawiódł się na sobie i nie skrzywdził kogoś. On sam potępiał się wiele lat za to, że nie zapobiegł, jako bliska osoba i jako psycholog, samobójczej śmierci brata, który nie poradził sobie z przeżyciami po śmierci matki. Wyrzucał sobie też, że jako starszy brat dokuczał mu, gdy oboje dorastali. Żyje z poczuciem, że nie jest już możliwe naprawienie błędów przeszłości. Ale czy sobie wybaczył? Tak, bo twierdzi, że nie ma krzywd, których nie można wybaczyć. Także sobie samemu.

Okaż sobie szczyptę łaskawości

Nie da się przejść przez życie, nie wyrządzając innym – mniej lub bardziej świadomie – krzywdy i nie ponosząc porażek. Nie jesteśmy idealni, nigdy nie będziemy – czas się z tym pogodzić.

Czas też przyjrzeć się swoim normom, standardom – czy nie są zbyt wyśrubowane? Czy są nasze, czy narzucone – przez wychowanie, szkołę, społeczeństwo? Racjonalne czy raczej trudne do osiągnięcia?

Może pora uznać, że nie jesteśmy tak dobrzy, jak byśmy chcieli się widzieć, i popracować nad zmianą, ale też zaakceptować, że jesteśmy wystarczająco dobrzy, wystarczająco odpowiedzialni. Z naszymi słabościami i ułomnościami. Przy czym wybaczenie wcale nie zwalnia z odpowiedzialności.

Chrześcijaństwo mówi o zadośćuczynieniu grzechom i – jak przyznają psycholodzy – taka praktyka może rzeczywiście dużo zdziałać. Jeśli nie możesz zadośćuczynić osobom, które realnie skrzywdziłaś, zrób coś dobrego dla innych. Rozpamiętywanie, złość, żal – mają negatywny wpływ na ludzki organizm, osłabiają układ odpornościowy, podnoszą ciśnienie krwi, stwarzając warunki do rozwoju ciężkich chorób. I niczego pozytywnego do życia nie wnoszą, nie rozwijają nas. Uznanie siebie takim, jakim się jest, to wyraz największej miłości. I najważniejszej – do samych siebie.

  1. Psychologia

Kobiety często utożsamiają swoje ciało z wyglądem

Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiadomo, że nasza kultura uprzedmiotawia kobiety. Ale żebyśmy same to sobie robiły? A robimy! Przynajmniej część z nas na hasło: „ciało” odpowiada: „wygląd”. Obraz w lustrze przesłania nam to, co dzięki ciału przeżywamy.

Nie wiedziałam, że bywa z nami tak źle, aż do niedawnych warsztatów, na których przyglądałyśmy się temu, jak to jest być kobietą i czy można nią być inaczej. W zamierzeniach miałyśmy wyjść poza stereotypy i dać sobie prawo do własnego sposobu istnienia. I dać takie prawo innym kobietom. Wszystko szło dobrze, aż w pewnym momencie zaproponowałam rozmowę o ciele. Grupa już nieźle się znała, więc taki osobisty temat nie wydał mi się za trudny. Uczestniczki dobrały się w pary i każda z nich przez kilka minut mówiła o swoim ciele. Mogła mówić wszystko, co przyjdzie jej do głowy. I wszystkim przyszło do głowy to samo! Wygląd i jego odstępstwa od ideału.

Kobiety opowiadały sobie o tym, co im się nie podoba w ich ciele, co ukrywają, a z czego są zadowolone i jak to zmieniało się w czasie. A potem usiadłyśmy w kręgu i dzieliłyśmy się tym, co wydarzyło się w parach. Jedne narzekały na zbyt mały biust, inne z kolei na zbyt duży, szczególnie w wieku dojrzewania było to dotkliwe. Jedne jako nastolatki były zbyt chude, inne zbyt grube, jedne mają za proste włosy, innym bez sensu się kręcą, bo rzadko jest tak, żeby było dobrze. We wszystkich parach okazało się, że z wiekiem nasze niedoskonałości są mniej dolegliwe, jakoś udaje nam się z nimi pogodzić, co było optymistycznym akcentem w tej lawinie zarzutów i zażaleń pod adresem ciała. No i tyle.

Niemożliwe, myślałam, słuchając tych relacji ze spotkań w parach. Przecież któraś musiała powiedzieć o tym, jak ciało jej służy, że lubi swoją sprawność, że lubi dotyk, że lubi zmęczenie po wysiłku, no takie normalne sprawy i drobne przyjemności płynące z ciała. Czekałam, że któraś powie o tym, że ma do ciała zaufanie albo że sprawia jej ono problemy i to ją martwi albo złości. A tu nic. Jakby ciało było ciałem obcym, na które patrzymy z zewnątrz. Przedmiotem, który spełnia jakieś wymogi estetyczne albo nie, a nie nami.

To jak to jest? To po cholerę nam to ciało? Żeby wyglądać? Nic dziwnego, że mamy kompleksy i trudno nam lubić siebie, bo przecież ciała nie są doskonałe. Może nawet nie po to są, żeby były? W intymnych rozmowach w parach kobiety przyjęły perspektywę obserwatorek – nie wzięły pod uwagę własnych doznań, jakby one były nieistotne. Ważne jest dla nas to, co widać – ciało jako przedmiot prezentacji. Ani słowa o naszej sile, sprawności, zdrowiu, wytrzymałości, zdolności działania. Ani słowa o radości z ruchu, jedzenia, seksu. Czyżbyśmy tego nie doświadczały?

– I to już? – zapytałam bezradnie, gdy ostatnia osoba skończyła mówić.

– Niczego wam tu nie brakuje?

Dziewczyny patrzyły zdziwione.

I co im miałam powiedzieć?

– A gdybyście były mężczyznami? Wyobraźcie sobie, co wtedy byście mówiły o swoim ciele.

Tą sytuacją kobiety nieźle się bawią. Rozsiadły się swobodnie, poklepują po brzuchach i udach, są rozluźnione i zadowolone.

– Lubię swój duży brzuch – mówi jedna.

– Każdy ptaszek ma swój daszek – dopowiada druga i grupa wybucha śmiechem.

Jeden za drugim padają żarty, z których wynika, że mężczyźni akceptują swoje ciała i są z nich zadowoleni.

– I to już? – znów zapytałam bezradnie, gdy żarty ucichły.

Zapadła cisza.

– No pewnie oni też mają kompleksy, na przykład jak są za niscy – zastanawia się jedna.

– Albo jak mają odstające uszy – dopowiada druga.

Patrzą na mnie wyczekująco, czy uznam to za prawidłową odpowiedź. I po co ja im zaproponowałam tę rozmowę o ciele? To miał być tylko krótki przerywnik pozwalający zbliżyć się do siebie samych i siebie nawzajem, a teraz muszę w to brnąć dalej i nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie, bo te kobiety zdają się być bezcielesne!

– A jeśli ci mężczyźni uprawiają jakiś sport, to powiedzieliby o tym w takich rozmowach?

– No! Chwaliliby się swoimi osiągnięciami!

– A myślicie, że oni lubią grać w piłkę czy w tenisa? Że lubią swoją siłę i sprawność? Że lubią się zmęczyć? Że lubią prysznic po treningu i napić się wody i...

– Chyba tak – przerywa mi któraś.

– A wy nie?

– Ja lubię się ruszać – mówi jedna. – I lubię się zmęczyć.

– Ja lubię tańczyć – dołącza druga.

Uff! A jednak mają ciało, dzięki któremu czują, a nie tylko wyglądają! Szybko okazuje się, że lubią się przeciągać i pić kawę, że lubią ćwiczyć, że lubią swoją sprawność, lubią dotyk, cierpią, gdy są chore, okazuje się, że lubią jeździć na rowerze, umieją stać na głowie lub zrobić szpagat i są z tego dumne. W końcu otworzyły wielki worek z doznaniami, których doświadczamy dzięki ciału.

– A seks? Też bywa źródłem przyjemności? – drążę dalej, bo ciągle mi mało.

Konsternacja.

– Ja już nie pamiętam, jak to jest – mówi w końcu jedna, inne też ledwie pamiętają, tylko niektóre przytakują, że seks może być źródłem rozkoszy.

Ach! Wpuścić tu Joannę Keszkę z jej zestawem wibratorów i innych gadżetów dla kobiet! Znacie jej książkę „Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie”? Warto przeczytać. Od dawna podziwiam odwagę autorki. Mówi otwarcie o kobiecej seksualności. O tym, że mamy prawo do orgazmu! Niby wszystkie o tym wiemy, ale jak cieszyć się seksem, gdy najważniejszy jest wygląd i to, co pomyślą o nas inni? Chętnie bym zawołała za Joanną Keszką: „Drogie siostry, pora uwolnić swój orgazmiczny potencjał!”. Albo przytoczyła jej złotą myśl, jedną z wielu równie zabawnych: „Mam wibrator i nie zawaham się go użyć!”. Ale trochę się wstydzę, bo przecież jestem kobietą. I nie wiem, co pomyślałyby o mnie uczestniczki? O matko! Ta grupa wpędza mnie w stereotypy, z których miałyśmy się przecież wyzwalać!

Włączam muzykę i proponuję taniec Afrodyty. Na początku jest nieco sztywno, ale potem…

Dziewczyny czują radość z kontaktu z ciałem. Mówią o tym, za co są mu wdzięczne. Doceniają, jak świetnie im służy. I może to jest w ciele najważniejsze?

– A wygląd? – pytam jeszcze dla porządku.

– Chrzanić wygląd! – wykrzykuje jedna, a inne podchwytują bojowy okrzyk.

Artykuł archiwalny

  1. Psychologia

Co podświadomość przekazuje nam poprzez ciało? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Jeśli podczas zwyczajnej rozmowy nagle serce zaczyna ci kołatać albo czujesz mdłości, czy jest to znak, że dzieje się coś złego? Twój rozum nie dostrzega zagrożenia, ale widzi je ciało? Czy ono wie coś, o czym umysł nie ma pojęcia? Czym jest ta mądrość ciała – jeśli istnieje – i jakie znaczenie ma dla niej duchowość – wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Podczas trudnej rozmowy z przyjaciółką wsłuchałam się w to, co płynęło z mojego ciała. Było spokojne. Pomyślałam więc, że to, co słyszę, jest prawdą. Oparłam się na tzw. mądrości ciała. Czy to miało sens?
To przejaw idealizacji ciała. Uznajemy ciało za depozytariusza mądrości, prawdy, a nawet sumienia, by przeciwstawić je skołatanej i zagubionej głowie. Jazgotowi sprzecznych myśli i poglądów. To na swój sposób miłe, czasami pomocne, ale jednak tylko symboliczne uproszczenie. Bo jak się bliżej przyjrzeć temu, co się z ciałem dzieje w takich sytuacjach, to zobaczymy, że ono tylko przepisuje nasze mentalne i emocjonalne konflikty na odczuwalne sygnały. Szczególnie te konflikty, które wyrzucamy poza obręb świadomości. A więc jeśli nauczymy się trafnie odczytywać sygnały płynące z ciała, staną się one źródłem informacji o nieuświadomionym konflikcie, dyskomforcie, niechęci itp. Sygnały te mogą mieć postać np. kołatania serca, mdłości, duszności czy bólu głowy.

Mówisz o moim konflikcie, a ja myślałam, że ciało sygnalizuje konflikt, jaki przeżywa mój rozmówca, udając na przykład sympatię. Mam kłopot z połapaniem się, o co innym chodzi, więc pytam ciało: czy ta osoba jest mi życzliwa, czy nie?
To też się może zdarzyć. Jeśli jesteśmy bardziej świadomi od osoby, z którą wchodzimy w interakcję, a ona wypiera ze swojej świadomości – czyli nie chce się sama przed sobą przyznać do jakiegoś uczucia czy pragnienia – to możemy w języku doznań ciała i związanych z tym emocji przeżywać to, czego ona nie chce wiedzieć o sobie. Jeśli umówiliśmy się na kawę z kimś, kto jest zagniewany i sfrustrowany, ale nie dopuszcza tego do świadomości, to po jakimś czasie, nie mając do tego powodów, zaczynamy czuć się zagniewani i sfrustrowani. Sami się sobie dziwimy i odbieramy ten stan jako nie nasz, jakby narzucony z zewnątrz. To się nazywa identyfikacja projekcyjna. Jeśli w danej sytuacji nasze ciało milczy albo nadaje sygnały dobrego samopoczucia, to znaczy, że umysł niczego przed sobą nie ukrywa, nie przeżywa nieuświadomionych konfliktów ani wątpliwości. To znaczy także, że nie odbiera sygnałów zagrożenia z instynktownej obserwacji języka ciała, wyrazu oczu, tonu głosu, sposobu oddychania tej drugiej istoty. Ale to nie ciało, tylko umysł czyta i analizuje, tyle że poza naszym świadomym podglądem, i tłumaczy je na język ciała. Tak więc w wielu sytuacjach ciało odgrywa rolę rzecznika podświadomości, która używa języka doznań jako feedbacku – informacji zwrotnej – dla świadomej części naszego umysłu.

W baśniowej metaforze można to opisać tak: królowa Świadomość nie radziła sobie z zarządzaniem odziedziczonym po przodkach, bogatym i pięknym królestwem noszącym nazwę Życie. Postanowiła więc zatrudnić doradczynię, która cieszyła się świetną reputacją i nazywała Podświadomość. Jednak to nie załatwiło problemu. Zatrudniona Podświadomość – mimo że była kuzynką królowej – używała bowiem języka dla niej niezrozumiałego. A też często nic nie mówiła, tylko wymownie patrzyła na królową albo wymownie nie patrzyła. Świadomość rozpuściła więc wieści, że szuka tłumacza, by jej to, co Podświadomość przekazuje swoim językiem i milczeniem, wyjaśniał. Wiele czasu upłynęło i królowa już traciła nadzieję, gdy w końcu przed jej obliczem stanęła zmysłowa, niesforna i trochę dziecinna kobieta o imieniu Ciało, która bez wahania podjęła się roli tłumaczki. Od tej pory królowa wiedziała, że jeśli Ciało miało mdłości, gdy królowa zabierała się do podpisywania jakiegoś traktatu, to absolutnie nie należało go podpisywać. Że był to wyraz dezaprobaty Podświadomości, która miała dostęp do tajnych danych wywiadowczych i do prastarych archiwów. Podobnie gdy królowa Świadomość postanawiała zaprosić jakiegoś rycerza albo dworzanina – w ramach nagrody za wierną służbę – do swojej łożnicy, bacznie wsłuchiwała się w niezbędną tłumaczkę Ciało i gdy ta informowała ją o ciężarze na sercu i zaciśniętym kroczu, to Królowa odsyłała delikwenta. I tak dzięki dobrze układającej się współpracy wielkiej trójki w królestwie Życie zapanowały harmonia, dobrobyt i spokój.

Krótko mówiąc: jeśli między naszą świadomością i podświadomością pojawia się konflikt, to podświadomość wysyła do świadomości sygnał, używając do tego języka ciała. Wtedy w jakimś miejscu odczuwamy dyskomfort.

Czy to, w którym miejscu odczuwamy ów dyskomfort, ma znaczenie dla zrozumienia przekazu naszej podświadomości?
Każda przestrzeń ciała poprzez swoją funkcję specjalizuje się w dostarczaniu świadomości pewnego rodzaju doznań i emocji. (Szczegółowo mówiliśmy o tym w poprzednich wywiadach). Miednica specjalizuje się w dostarczaniu informacji o potrzebach seksualnych i preferencjach dotyczących np. doboru partnerów. Obszar splotu słonecznego i przepony specjalizuje się w motywacji w dążeniu do celu i poziomie niepokoju, frustracji z tym związanych oraz w budowaniu swojej popularności i wpływie wywieranym na innych. Obszar serca dostarcza świadomości informacji o konfliktach emocji i sumienia. Gardło informuje o poziomie wstydu i rozpaczy. Plecy i kręgosłup o przeciążeniach związanych z odpowiedzialnością. Nogi o zagrożeniu poczucia wolności i autonomii. Ręce o motywacji do działania, o bezradności i sprawczości. Bywają jednak duże różnice indywidualne. Każdy ma po części swój własny język ciała.

Na pewnej wymuszonej randce skręciłam nogę i ona boli mnie w podobnych sytuacjach od wielu lat.
To właśnie przykład mechanizmu różnicowania i indywidualizowania języka ciała. Gdy w jakiejś przestrzeni ciała nastąpi doświadczenie silnego bólu, zranienia, traumy, to ponowne zranienie przypomina cały kontekst sytuacji pierwotnego zranienia, a to powoduje podobne do pierwotnych objawy. Na tej samej zasadzie u różnych osób w różnych miejscach ciała może się pojawiać informacja o zamiecionym pod dywan podświadomości konflikcie wewnętrznym.

A kiedy serce łomocze?
Gdy serce łomocze, to zazwyczaj chodzi o zagrożenie i związaną z nim mobilizację organizmu. Może być też tak, że walczą w umyśle dwie konkurencyjne interpretacje sytuacji, w jakiej się znajdujesz, np. „jest fajnie – zostaję” i „jest okropnie – uciekam”. Konflikt sprawia, że serce łomocze. Postępujemy ze sobą tak, jakbyśmy jednocześnie dodawali w samochodzie gazu i wciskali hamulec.

To co w takiej sytuacji robić?
Zarejestrować, co się dzieje. Na przykład: „Podczas rozmowy z tym facetem dziwnie wali mi serce. O co chodzi?”. Ciało, oczywiście, nie odpowie, ono tylko nada sygnał, że coś jest nie tak, że jest jakiś konflikt, że dzieje się coś, z czego sobie nie zdajemy sprawy. To doinformowany umysł musi rozstrzygnąć: czy ten mężczyzna budzi lęk, czy pożądanie. Dobrą metodą jest dokonanie wyobrażeniowej próby obu sytuacji. I ta, w której będzie więcej energii i przekonania, to trafna odpowiedź na pytanie: o co chodzi?

Co mogłoby to jeszcze być? Te dwie interpretacje kołaczącego serca wydają się jedyne.
Serce może walić także z powodu konfliktu sumienia związanego z tym mężczyzną, z tą sytuacją. Może coś przed nim ukrywasz? Albo boisz się, że on coś ukrywa? Wiele różnych sytuacji uzasadnia bicie serca. Jeśli mamy zdolność do głębokiej i szczerej autoanalizy, to sami sobie poradzimy. W przeciwnym razie warto pójść do pracującego z ciałem psychoterapeuty. Bo łatwo tu się pomylić.

Jak można się pomylić?
Jeśli w sytuacji niemającej nic wspólnego z erotyką czy z seksem odczuwamy nagle silne podniecenie, to wcale nie znaczy, że chodzi o seks. Skojarzenie może być odległe i zapośredniczone. Gdy młoda dziewczyna doświadczała zakazanych i wypieranych ze świadomości pragnień seksualnych związanych z nieuwodzącym, opiekuńczym ojcem, to gdy w dorosłym życiu spotka mężczyznę, który podobnie jak ojciec opiekuńczo i ciepło zachowa się wobec niej, może odczuć niezrozumiałe dla niej podniecenie. Czyli kontekst sytuacyjny sprawi, że uruchomią się stare wypierane uczucia i pragnienia. Ciało reaguje zgodnie z tym, co twój podświadomy umysł pamięta.

To, co mówisz, świadczy o tym, że terapia zorientowana na ciało, o której w tym roku opowiadałeś, najtrafniej pozwala poznać siebie.
Niestety, jeszcze niewielu ludzi rozumie i praktykuje psychoterapię, używając ciała jako medium. Nikt nas tego nie uczy, więc nie ma tego w naszej kulturze. I jak coś się dzieje z ciałem, to idziemy do lekarza, a ten daje nam lekarstwo, po którym niepokojący objaw mija. Ale z punktu widzenia psychologii ciała objaw jest po to, aby skłonić świadomość do poszukiwania prawdziwych przyczyn. Bo zgodnie z tą koncepcją choroba jest spowodowana konfliktem lub traumą na poziomie emocji i umysłu. Aby naprawdę wyzdrowieć, trzeba znaleźć ten konflikt i go rozwiązać. Jeśli skoncentrujemy się na likwidacji objawu – zgubimy trop.

Jakie inne stany umysłu mogą jeszcze szkodzić ciału?
Podstawowy konflikt, który większość z nas przeżywa nieświadomie, to konflikt między tzw. małym umysłem, czyli ego, i dużym umysłem, czyli duchem. Konflikt ten bywa brzemienny w skutki, ale jest przez nas nieuświadamiany, ponieważ ego tak się panoszy, że przykrywa ducha. Doświadczamy wtedy jakichś uporczywych, ale niespecyficznych i trudnych do odczytania objawów na poziomie ciała, których lekarze nie są w stanie powiązać z zaburzeniem jego funkcji czy struktury. Czasami takie objawy nazywamy chorobą duszy.

Czyli ciało nie ma swojej mądrości, nie kombinuje po swojemu?
Nawet nie możemy być pewni, że sfera instynktów pozostaje w pełni niezależna od treści świadomości i podświadomości. Doświadczenia psychoterapeutów ciała, a także hipnotyzerów, mistyków, a ostatnio fizyków kwantowych świadczą raczej o tym, że ciało i umysł nie są odrębnymi bytami, które pozostają ze sobą w jakiejś częściowej i niejasnej relacji, lecz podobnie jak energia i materia – dwoma sposobami przejawiania się tego samego. Z tego punktu widzenia zarówno materializm uznający, że świadomość i duch są funkcjami wysoko zorganizowanej materii, jak i spirytualizm, uznający materię za emanację świadomości lub ducha, są w błędzie. Nie ma podstaw do traktowania ciała jako niezależnej od umysłu przestrzeni, gdzie tylko biologiczne i chemiczne oddziaływania mają sens. Patrzmy więc na ciało i umysł jak na dwie strony tego samego medalu. Wprawdzie jeszcze nie wiemy, z czego zrobiony jest ten medal, ale dla naszych rozważań nie ma to takiego znaczenia. Zajmiemy się tym w następnym cyklu.

Skoro ciało i umysł to dwie strony medalu, to jaki stan umysłu najbardziej szkodzi ciału
? Gdy mały umysł ego zaczyna walczyć z ciałem albo je ignoruje i nadużywa. Podejmuje skrajne decyzje, takie jak na przykład: „seks jest najważniejszy” albo „żadnego seksu”, albo „będę palić, pić i objadać się”, albo „ będę jeść ziarnko ryżu dziennie”. Tego typu decyzje to aberracje niepoukładanego ego, które nie może znaleźć ani umiaru, ani kontaktu z ciałem. W rezultacie ciało nadużywane w służbie ego prędzej czy później zachoruje, aby przywołać ego do porządku. Ciału więc pomaga temperowanie ego. Czyli psychoterapia, psychologiczna praca z ciałem, medytacja i inne zaawansowane praktyki duchowe. Ego jest fałszywym królem, więc im mniej ego, tym lepiej dla ciała. Im mniej ego, tym więcej ducha, a z duchem ciało nie ma kłopotu, bo duch widzi rzeczy takimi, jakimi są, i od niczego się nie oddziela. Nie ma więc żadnych konfliktów ani napięć. Wtedy ciało może wreszcie odpocząć od szalonego jeźdźca uzurpatora i realizować swój potencjał w spokoju.

Uważa się, że potrzeby ciała przeszkadzają w rozwoju duchowym, i to umysł musi je tonować.
Ciało jest w naszej kulturze ofiarą ego, które przypisuje mu własne aberracje. Król uzurpator o imieniu Ego, aby ukryć swoją niekompetencję i szaleństwo, znalazł w ciele kozła ofiarnego. Wygodnie jest sądzić, że to nie ja, tylko moje nieme ciało jest siedliskiem zła, zwierzęcych, nieokiełznanych popędów i agresji oraz wynaturzonej seksualności. Ale w istocie to ego wynaturza naturalne potrzeby ciała.

Św. Paweł mówił o ościeniu, z którym żył, zapewne to metafora pożądania, ale też dodawał, że to miejsce siły i spotkania z Bogiem, czyli rozwoju duchowego.
To wszytko prawda, tylko ja bym tego ościenia nie umieszczał w Bogu ducha winnym ciele.

No dobrze. To pójdziemy w stronę duchowości również po to, aby nasze ciała mogły wreszcie odpocząć.
I zachować zdrowie.

  1. Psychologia

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.

  1. Psychologia

Jak uleczyć zranione serce i żyć naprawdę – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Fot. iStock
Fot. iStock
Za finezyjną i elastyczną konstrukcją z żeber bije serce. Dzięki niemu jesteśmy skłonni do wzniosłych, wielkich i skomplikowanych uczuć oraz silnych wzruszeń. Kochamy poezję, zachwycamy się i współczujemy. Zdobywamy się na odwagę, bezinteresowność, wierność, troskę i tkliwość. Ale uwaga – nie wtedy gdy nasze serce jest zranione...

Czy serce ma naprawdę takie znaczenie, czy to tylko pogłos po romantycznym micie, że jest siedliskiem uczuć?
Precyzyjne pomiary fal elektromagnetycznych emitowanych przez różne organy ludzkiego ciała wykazują, że sygnał emitowany przez serce jest najsilniejszy. Silniejszy niż sygnał mózgu. Pewnie dlatego, gdy zapytamy ludzi, z jaką częścią ciała się najbardziej utożsamiają, to najczęściej kładą ręce na sercu. Tak więc również w subiektywnym odbiorze uznajemy serce za szczególny obszar ciała. To oczywiste, że jest niezmordowaną pompą krwi, od której zależy nasze życie. Ale ma inne, jeszcze ważniejsze, funkcje emocjonalne i symboliczne. Jest przecież organem miłości, współodczuwania i różnych wyższych uczuć, a co najważniejsze, siedliskiem ducha albo duszy, a inaczej mówiąc – miejscem, w którym to, co ludzkie, spotyka się z tym, co boskie. Stąd bierze się owa zasadnicza diagnoza dotycząca naszych ludzkich kwalifikacji, którą czasami możemy usłyszeć: „Ty nie masz Boga w sercu” albo: „Ty masz Boga w sercu”.

Mówimy także: „Miej serce i patrz w serce” , „to człowiek o wielkim sercu” albo „ona serce ma z lodu”. Czy to tylko metafory?
Formalnie rzecz biorąc, to są metafory, które widocznie najlepiej opisują różne właściwości i stany ludzkich serc. Wskazują też na to, że serce jest organem kontaktu z ludźmi i ze światem, zdolnym albo zjednoczyć nas z nimi, wprowadzić w stan komunii, albo odciąć od ludzi i od świata. W obu sytuacjach potrzebuje solidnej ochrony, więc jak największego skarbu broni go mocna i sprężysta klatka piersiowa. Ale to nie zranienia fizyczne zagrażają mu najbardziej, lecz emocjonalne. Te goją się trudniej i dłużej niż prawdziwe rany. Czujemy wówczas, że nasze serce pękło, że ktoś nam złamał serce, że niesiemy na sercu ciężar albo że ktoś nam zamroził serce lub że nasze serce się zatrzasnęło. Widać wyraźnie, że wszystkie te odczucia wskazują na negatywny stan naszych relacji z innymi i ze światem.

Mam wrażenie, że wielu ludzi, których spotykam, jest w którymś z tych negatywnych stanów serca.
Ja też mam takie wrażenie. Bo, niestety, wiele serc, myślę, że wręcz większość, zostało w jakiś sposób zranionych. Gdy lądujemy na tym świecie i nic nam nie dolega ani nie boli, to jesteśmy jednym wielkim, otwartym sercem. Sercem zachwyconym światem, każdym kwiatkiem, każdym zwierzątkiem, każdą pogodą, każdym – także złym – człowiekiem, jedzeniem i kupą, tym, co brudne, i tym, co czyste – wszystko jest wtedy jednym wielkim cudem. Lecz to niewinne, bezinteresownie kochające serce dziecka prędzej czy później zostaje zranione przez ludzi, których wcześniej uszkodzone serca nie potrafią ochronić i wzmocnić jego bezbrzeżnej miłości. Bo jej zazdroszczą albo nie czują się jej godni, albo z obawy o źle pojęte bezpieczeństwo dziecka czy z innych jeszcze powodów. W każdym razie gdy otwarte serce dziecka trafi do kręgu serc zranionych, to wcześniej czy później upodobni się do nich, zarazi się nieufnością, zawiścią, nienawiścią lub pogardą. Niestety, starsze poranione serca nie zawsze potrafią skorzystać z szansy uleczenia, jaką stwarza bliskość dziecięcego serca. I potrafią znacząco zmodyfikować rozwijającą się konstrukcję i sylwetkę jego ciała.

Kształt klatki piersiowej się zmienia, a ciało dziecka  próbuje obolałe serce ukryć w zagłębieniu skorupy pleców, które zwijają się i garbią. Zapada się klatka piersiowa, barki wysuwają się do przodu, pochyla się głowa. Ręce często krzyżują się na piersiach. Sylwetka sygnalizuje otoczeniu: „Mam zranione serce, boję się i bronię przed prawdopodobnym, kolejnym ciosem”.

Inni ludzie domyślają się tej postawy ciała, że oto spotkali zranione serce?
Tak, a jeśli są wrażliwi, empatyczni, to inaczej się do kogoś takiego odnoszą – łagodnie, wspierająco i z szacunkiem dla granic takiej osoby. Bo ona czuje się jak rekonwalescent po operacji serca. Obolałe serce pochłania całą energie i uwagę, której potem brakuje do otwartego kontaktowania się ze światem. W tej sytuacji najbezpieczniej jest się wycofać.

Wiele razy słyszałam od ludzi, którzy jak mi się wydaje, mieli skrzywdzone serce, że najlepiej czują się sami.
Tak, bo dla poranionych i upokorzonych samotność oznacza bezpieczeństwo, jest upragnionym wytchnieniem, za które – mimo ogromnej tęsknoty za ufną bliskością – chętnie płacą izolacją. Często serca tych ludzi są tak zalęknione, że boją się każdego spotkanego na swej drodze. Tylko jakieś inne serce zdolne do bezinteresownej i bezwarunkowej miłości potrafi taką osobę wyrwać z izolacji.

Boję się zapytać, ale czy serca zranione potrafią kochać?

Potencjalnie każde ludzkie serce potrafi kochać. Pod warunkiem że się nie boi. A miłość, jak wiadomo, to jazda bez trzymanki z sercem na wierzchu, co w życiu dorosłych – częściej niż w dzieciństwie – niesie ryzyko odrzucenia, zranienia, rozczarowania. Zranione serce, zanim zacznie dawać miłość, potrzebuje choć trochę jej dostać. Ukryty miłosny potencjał zranionego serca ujawnia się dopiero po jego otwarciu, a otwarcie wiąże się z ryzykiem, którego zranione serce się boi. Całkowicie zapomniało o naturalnej miłości i zachwycie, którymi obdarowywało świat przez pierwsze lata po swoich narodzinach. Dlatego dorosłe, zranione serce raczej bywa chciwe, zachłanne i zazdrosne, a nie kochające. Często jest nielojalne, bo dojmujący głód ciepła, bezpieczeństwa i miłości każe mu korzystać z każdej miłosnej okazji, jaka się nadarza. Tak więc dorosłe zranione serce z reguły bywa egoistyczne. Tak bardzo, że nie tworzy miłosnej, partnerskiej więzi z innymi ludźmi, jedynie wikła ich, uzależnia i wykorzystuje, aby w końcu bez skrupułów porzucić. Wiele złamanych serc najbezpieczniej czuje się w otoczeniu udomowionych zwierząt – szczególnie wiernych, cierpliwych, bezwarunkowo kochających psów, a także koni. Dla nich potrafi mieć nieskończone współczucie, miłość i empatię.

Wystarczy kochać zwierzaki, by nauczyć się kochać i czuć kochanym?
Nie wystarczy. Bo wówczas nieświadomie umieszczamy swoje zranione serce i swój ból w porzuconych, zdradzonych, skrzywdzonych zwierzakach. Skutecznie wówczas pozbywamy się własnego bólu. A w konsekwencji, poświęcając się bez reszty zwierzętom, nie dostrzegamy już potrzeby zajęcia się własnymi problemami i iluzjami. W dodatku nasz lęk przed kochaniem ludzi fałszywie i wygodnie uzasadniamy ich niską wartością. Przekonujemy samych siebie, że nie są warci naszej miłości, że są z gruntu źli. W tej sytuacji miłość innych ludzi też niewiele dla nas znaczy. To znany mechanizm obrzydzania sobie tego, co upragnione, ale niedostępne. Tak rozmyślając, nieświadomie nadal będziemy żywić fałszywe przekonanie, że nie zasłużyliśmy na miłość rodziców, co wyklucza możliwość nasycenia się jakąkolwiek miłością – także tą zwierzęcą. Wprawdzie wpatrzone w nas zwierzaki mogą wtedy koić nasz ból, ale go nie uleczą. Bo ich oddanie i uzależnienie uśmierzają tylko nasze objawy, więc nie sięgają do przyczyny bólu, a co gorsza, ją kamuflują. Z drugiej strony – nie ma nic złego w tym, że chcemy sobie przynieść ulgę w bólu. Jeśli w relacjach ze zwierzętami zachowamy stosowny umiar, to ich miłość i dobre wibracje mogą wiele dobrego zrobić dla naszych serc. Jednak gdy na tym poprzestaniemy, to grozi nam uzależnienie od uśmierzającej substancji i z czasem pozostanie nam tylko zwiększanie dawek zwierzęcej miłości i dalsze oddalanie się od ludzi.

Jak więc zająć się zranionym sercem w przyczynowy sposób?
Z wolna rezygnować ze strategii skorupiaka, który chroni swoje bezbronne ciała w głębi muszli czy pancerza. Ale skorupiak nie ma innego wyjścia, bo nie posiada wewnętrznego szkieletu, który tak bardzo zadecydował o ewolucyjnej przewadze kręgowców. Dla skorupiaków pancerz czy muszla są nie tylko tarczą i obroną, ale także zewnętrznym szkieletem. A ów ma tę wadę, że oddziela od świata i utrudnia poruszanie się, lecz stanowi jednak jakiś punkt zaczepienia dla mięśni. No i daje schronienie. Na szczęście my, ludzie, mamy inną możliwość. Jesteśmy kręgowcami, mamy wewnętrzny szkielet, którego niezastąpioną osią jest kręgosłup. Jak wiemy, mocny i sprawny kręgosłup w wymiarze mentalnym to poczucie godności i moralny kompas. Stąd prosty wniosek: aby właściciele zranionych serc porzucili strategię skorupiaka, muszą wpierw odzyskać swoją uszkodzoną wewnętrzną konstrukcję, szkielet i kręgosłup. Z punktu widzenia psychologicznej pracy z ciałem nie wolno otwierać komuś zatrzaśniętego serca, dopóki nie zbuduje podstawowego oparcia w sobie. Bo serce, aby się otworzyć, potrzebuje poczuć się bezpiecznie. Wewnętrzne, autogenne i autonomiczne oparcie dla serca budujemy, oczywiście, od dołu. Najpierw wzmacniamy stopy, nogi i biodra. Potem kręgosłup, po drodze wzmacniając brzuch. A na końcu ręce, które powinny być na tyle silne i sprawne, by móc odepchnąć agresora i obronić serce. Wtedy czas na umysł, który musi przynajmniej przypuścić, że rodzice nie kochali, bo nie potrafili, a nie dlatego, że z nami było coś nie tak. I dopiero wtedy serce odważy się wychynąć spod skorupy zgarbionych pleców i zacznie z wolna, ostrożnie rozkwitać.

Są jednak ludzie bardzo mocni i sprawni, którzy mają serca zatrzaśnięte, pełne złości?
To ci, którzy jako skorupy używają swojej muskulatury. Otulają zranione serca warstwami nadmiernie rozbudowanych mięśni i nastawiają się na czynną jego obronę, na walkę. W przeciwieństwie do wycofanych ich obroną jest agresja.

Dlaczego ich serca nie otwierają się?
Mają tylko potężne mięśniowe pancerze, ale nie mają poczucia oparcia w sobie. A co gorsza, przywykli do satysfakcji, jakiej dostarcza im ich pancerz mięśniowy, gdy za jego pomocą straszą, podporządkowują lub atakują niewinnych ludzi w imię obsesyjnej potrzeby zemsty za to, co ich niegdyś spotkało. Oni też boją się sięgnąć do źródła zranienia. Bo wprawdzie mają dużo siły, ale brakuje im samoświadomości. Gdy w środku coś boli, to łatwiej i bezpieczniej koncentrować się na zewnętrznej zbroi i wypierać trudne uczucia oraz potrzebę ciepłego, ufnego i bliskiego kontaktu z ludźmi. Wielka trudność w tym, że aby się na to wszystko otworzyć, trzeba jednocześnie otworzyć się na rozpacz, która wydaje się bezdenna. Ale tylko przeżycie tamtej, prawie zapomnianej, rozpaczy zranionego dziecka może otworzyć zatrzaśnięte serce na miłość.

W jaki sposób rozpacz może otworzyć na miłość? Czy nie można konfrontacji z rozpaczą ominąć?
Przykro mi, ale nie możemy. Chcesz otworzyć zatrzaśnięte, zlodowaciałe serce, to musisz przeżyć rozpacz, która zmusiła cię do tego, by je zamrozić, bo inaczej zabiłby cię ból. Teraz dopiero jako dorosła osoba możesz to w sobie pomieścić. Dasz radę. Uczciwe duchowe poszukiwania też cię tam zaprowadzą, pod warunkiem że unikniesz pokusy egzaltacji, wywyższania się lub ucieczki w wewnętrzną, martwą ciszę. Duchowe zderzenie z rozpaczą ma z reguły wymiar ponad-osobisty, co nie znaczy łatwiejszy – wręcz przeciwnie, znacznie trudniejszy. To tak jakby nasze serce przeżywało rozpacz wszystkich ludzi, którzy się kiedykolwiek narodzili na tym świecie. Wtedy serce otwiera się na miłość i współczucie w jeszcze głębszy, trudny do opisania sposób.

Czyli rozwój duchowy też jest drogą, by otworzyć serce?
Tylko jeśli nie jesteśmy nastawieni na obronę status quo. A, niestety, wielu takich jest wśród wyznawców każdej religii. Na naszym polskim podwórku najłatwiej zaobserwować to wśród katolików. Mimo że Jezus jest prorokiem otwartego serca, to wielu jego gorących wyznawców używa Go jako tarczy i oręża przeciwko innym ludziom, których nienawidzi i którymi pogardza. To zjawisko ma mniejszy zasięg, gdy duchowi wędrowcy mają od czasu do czasu bezpośredni kontakt z kompetentnym nauczycielem, który potrafi adepta uchronić przed zbłądzeniem na duchowe manowce.

To może na koniec: istnieją jakieś ćwiczenia dla serca?
Śpiewać, dużo śpiewać. Śpiew otwiera serce. Gdy jesteśmy szczęśliwi, to przecież aż się nam chce śpiewać. Trudniej wydobyć z siebie głos, kiedy czujemy się źle. Wtedy jednak tym bardziej warto zadać sobie pytanie, jaki dźwięk moje serce chciałoby z siebie wydobyć. I próbować go zaśpiewać, zanucić, zamruczeć czy zajęczeć. Szukajmy takiego dźwięku i melodii, które okażą się głosem naszego serca tu i teraz. Jeśli w ślad za tym śpiewem podążą nasze emocje, to bardzo dobrze. Wyraźmy je głośno i do końca. Nagrodą będzie ogromna ulga i bardziej otwarte serce.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).