1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Brak zadowolenia z pracy – co zrobić?

Brak zadowolenia z pracy – co zrobić?

fot.123rf
fot.123rf
W pracy zawodowej każdy z nas prędzej czy później natyka się na ściany – momenty, kiedy czujemy, że utknęliśmy w martwym punkcie, i nie wiemy, co zrobić, żeby pójść dalej. Jak wygląda praca z coachem w takiej sytuacji, pytamy w nowym cyklu trenerkę Iwonę Firmanty.

Pewnego dnia budzisz się rano i stwierdzasz: „Już dłużej tak nie mogę!”. Każdy dzień w pracy wygląda podobnie, od rana na nowo odkopujesz się ze sterty zadań po to, by następnego dnia ugrzęznąć w kolejnej. I tak w kółko. Czujesz, że straciłaś zapał i nie chce ci się już tak bardzo, jak chciało się kiedyś. Co możesz zrobić, by spojrzeć na swoje miejsce pracy i na siebie świeżym okiem? Czy można nadać na nowo sens tym samym czynnościom, które wykonujesz od lat? A może utrata chęci to sygnał, że pora poszukać nowej pracy?

– Punktem wyjścia jest zdanie sobie sprawy z tego, jak to się stało, że doprowadziłam się do takiego miejsca w życiu zawodowym, w jakim jestem – mówi Iwona Firmanty, trenerka i coach, założycielka Human Skills. – Czy byłam uważna na samą siebie? Czy miałam określone cele, czy jedynie reagowałam na oczekiwania innych?

Bardzo często jest tak, zwłaszcza jeśli przeważa u nas tendencja do bycia mniej asertywną, że mamy większą uważność na innych niż na siebie. I wtedy gonimy jak króliczek, gasimy bieżące pożary albo robimy to, czego oczekują inne osoby, bo im coś się właśnie wali. I tak mijają miesiące, potem lata. Aż nadchodzi moment, kiedy akurat wszyscy się od nas odczepili i nikt niczego nie chce – i wtedy zaczynają dochodzić do głosu nasze niezrealizowane potrzeby. Jak dodaje ekspertka, jest to prosta droga do frustracji i gniewu na samą siebie. A to z kolei bardzo często prowadzi do depresji, bo zbyt długo tłumione emocje w końcu dają o sobie znać w postaci różnego rodzaju zaburzeń psychosomatycznych.  Dlatego jeśli czujesz, że twój wewnętrzny akumulator rozładował się do zera, wprowadź plan zaradczy:

KROK 1.

Jeśli miałaś w przeszłości jakieś epizody depresyjne bądź inne wydarzenia, które spowodowały, że potrzebowałaś środków medycznych, bezwzględnie udaj się do psychologa bądź osoby pracującej z zaburzeniami nastroju, która oceni twój stan na przykład według skali depresji Becka. Jeżeli coś złego się wydarzyło, dobrze na jakiś czas oddać się pod opiekę specjalisty. Jeśli jednak wiesz, że jesteś w pełni zdrowia psychicznego, to znaczy, że twój akumulator się wyczerpał z powodu złego zarządzania własną energią. W tej sytuacji przejdź do punktu 2:

KROK 2. Zadbaj o regenerację.

Jeżeli od dawna nie byłaś na urlopie i nagromadziły ci się wolne dni, wykorzystaj je teraz – pozwól sobie na to, bo jako człowiek masz prawo się czasem „zawiesić”.

Komentarz Iwony Firmanty: Tu kryje się pierwsza pułapka – bo jeżeli mamy do czynienia z grzeczną dziewczynką, która chce dla wszystkim dobrze i pragnie być bardzo poprawna politycznie, to ona w życiu nie weźmie sobie ot tak, wolnego dnia, bo nieładnie jest oszukiwać. W związku z tym idzie do firmy, powłócząc nogami i uprawiając negatywny monolog wewnętrzny, a jej mózg się nakręca, bo słyszy kodowanie, by być jeszcze bardziej sfrustrowaną i zezłoszczoną na siebie. To równia pochyła w dół!
KROK 3. Zrób analizę SWOT.

Jeśli zadbałaś już o odpowiednią dawkę odpoczynku i złapałaś lekki dystans, możesz przystąpić do uporządkowania swoich spraw:

JAK ZROBIĆ ANALIZĘ SWOT? WSKAZÓWKI

Weź kartkę i podziel ją na cztery części: „mocne strony” (jakie kompetencje rozwinęłaś do tej pory?), „słabe strony” (jakie są twoje obszary do rozwoju?), „szanse” (siły wspierające – co ci może dodatkowego przynieść twoja firma, branża, ludzie, z którymi pracujesz?) oraz „zagrożenia” (siły hamujące – jakie elementy działają na ciebie negatywnie?). Jeśli czujesz, że się zblokowałaś, odłóż kartkę na kilka godzin. Możesz sobie dać tydzień i codziennie dopisywać po trochu. Kiedy tabela będzie gotowa, podkreśl to, co zapisałaś w rubryce z mocnymi stronami i zastanów się, jak przekuć je na wartości, które są dla ciebie ważne (np.: „pieniądze”, „rozwój osobisty”, „poczucie sprawczości”). Z rubryki ze słabymi stronami wykreśl wszystko to, na co nie masz wpływu, bo jest to np. uwarunkowane tym, jak funkcjonuje twoja firma. Skoncentruj się tylko na tym, co jest możliwe do modyfikacji. Powinny wyklarować ci się odpowiedzi na pytania: Co chcę otrzymać od swojej firmy w ciągu najbliższych miesięcy? Jakie działania/ jacy ludzie mogą mnie do tego przybliżyć? Co ze swej strony mogę dać firmie?

KROK 4. Coaching personalny bądź life coaching.

Czasem sama analiza mocnych i słabych stron nie wystarczy. Sfera zawodowa może być jednym z kilku, nie zaś jedynym obszarem życiowym, który wymaga uporządkowania.

Komentarz Iwony Firmanty: Bywa tak, że w pracy jest wszystko OK, ale ktoś z bliskich wgrał nam program, że powinniśmy być już gdzieś dalej, na wyższym stanowisku, w lepszej firmie albo mieć już dziecko. Dlatego ważne jest odpowiedzenie sobie na pytania: Jakimi przekonaniami kieruję się w życiu? Czy one są moje, czy ktoś mi je wgrał? Wtedy trzeba skupić się na takich obszarach, jak pewność siebie i świadomość własnego typu osobowości.

Przy symptomach „podpalenia zawodowego” nie ma jednej recepty na odzyskanie mocy w skrzydłach. Punktem wyjścia zawsze jest dotarcie do powodów utraty dawnego zapału – czy biegłam i zapomniałam o sobie, a może zbyt długo nie zrobiłam sobie wolnego i po prostu jestem zmęczona, czy też w pracy nie otrzymuję precyzyjnych informacji od szefa i mam dosyć zastanawiania się, co należy w danej sytuacji robić. Trzeba tu jeszcze ustalić, czy „podpalenie” wynika z tego, że przełożony nie ma dla mnie ciekawych pomysłów, a ja jestem chętna do boju, czyli posiadam zasoby, ale nie mogę się realizować, czy też jest to sytuacja, kiedy skrzydełka mi się podłamują, bo mam już dosyć spełniania oczekiwań innych.

Bywa i tak, że miejsce pracy daje możliwość rozwoju, ale my czujemy się znudzeni, przytłoczeni i nie potrafimy już czerpać z codziennych wyzwań takiej radości jak kiedyś. Wtedy warto spróbować znaleźć na nowo ten diament, który spowoduje, że będzie nam się chciało wstawać rano i ruszać z energią do zajęć. W takich przypadkach klienci zazwyczaj dostają ode mnie rekomendację, żeby poszukali pasji, czyli ustalili, co tak naprawdę w życiu kochają robić, bądź co im ładuje akumulatory pozazawodowo, prywatnie.

W zależności od przyczyny naszego stanu podczas pracy coachingowej dobiera się odpowiedni środek zaradczy.

COTYGODNIOWY PRZEGLĄD

Minimum raz w tygodniu usiądź z kartką i długopisem w spokojnym miejscu, bez telefonu, telewizji, najlepiej na słońcu, i zastanów się, co w danym tygodniu ci się przydarzyło, co ci się spodobało, a czego było za dużo, co chciałabyś zmienić. Zrób feedback ostatnich dni samej sobie. Zastanów się, czy twoje życie, które sobie codziennie kreujesz, sama i poprzez inne osoby, jest dla ciebie tym, czego potrzebujesz. Dzięki takiemu rytuałowi będziesz w stanie wcześniej wyłapywać czynniki, które odwodzą cię od twojego zamierzonego kursu i nauczysz się większej uważności na samą siebie zamiast na innych.

SZUKANIE MOTYWATORÓW

Kluczem do tego, żeby uczynić z dowolnej pracy sensowne miejsce do działania, jest znalezienie odpowiedniej motywacji. Przed tobą ćwiczenie, dzięki któremu samodzielnie rozpoznasz swoje motywatory. Przygotuj karteczki post-it i rozpisz, chodząc po domu, hasłowo, co cię motywowało do 25. lub do 35. roku życia (bez rozdzielania na życie prywatne i zawodowe). Każdy motywator przyklej osobno w dowolnym miejscu w domu. Po tygodniu przyklejania post-itów uporządkuj je zgodnie z listą priorytetów, pogrupuj bądź ewentualnie rozdziel na prywatne i zawodowe. Następnie odpowiedz sobie na pytania: Czy na co dzień korzystam ze wszystkich swoich motywatorów, czy o którychś zapominam? Czy umiem wyłapywać moment, kiedy powinnam doładować swoją motywację? Czy któreś z technik osiągniętych w innych dziedzinach (np. sport lub hobby) mogę przenieść na grunt biura?

NIE RZUCAJ OD RAZU PRACY

Komentarz Iwony Firmanty: Niedawno pracowałam z klientką, która popadła we frustrację, bo nie mogła wykorzystywać w biurze wiedzy zdobywanej na szkoleniach z rozwoju osobistego – czuła, że jej zapał rozbija się o szklany sufit. Postanowiła stworzyć plan B. Wspólnie ustaliłyśmy dwa cele: przede wszystkim przygotowanie profesjonalnego PR-u na portalach społecznościowych. Drugi cel zrodził się w wyniku naszych dyskusji – moja klientka dostała zadanie, żeby podpytać jednego z trenerów, do którego chodziła na szkolenia, o możliwość nawiązania współpracy na stanowisku junior trenera. W wyniku tego ta dziewczyna dzisiaj czuje, że ogarnia własne życie – bo ma już pomysł na siebie. Na razie jest jeszcze w starej firmie, ale jednocześnie rozwija drugą ścieżkę zawodową. Zawsze uprzedzam klientów, że rewolucja i ewolucja to są dwie różne rzeczy. Trzeba mieć bufor finansowy, czyli własne pieniądze na koncie. Dlatego nie ma sensu rzucać wymówieniem dla samego rzucania, bo obecnie pracy szuka się mniej więcej 8 miesięcy. Oczywiście, jeżeli wcześniej zadbamy o networking, czyli budowanie siatki znajomości, to pracę znajdziemy znacznie szybciej. Osoby, które są przygotowane do boju, mają zupełnie inną sytuację – praca sama zaczyna je znajdować.
Iwona Firmanty: trenerka umiejętności osobistych, coach kadry menedżerskiej, psycholog, socjolog, ekspertka z zakresu umiejętności interpersonalnych, efektywności osobistej, komunikacji, wystąpień publicznych i budowania relacji. Założycielka firmy szkoleniowej Human Skills oraz twórczyni projektów Sensualna Kobieta Biznesu i Kobieta Alfa

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Coach, doradca zawodowy, mentor - jak i z kim rozwijać się zawodowo?

Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Obecnie niemal na każdym kroku jesteśmy bombardowani słowem „rozwój”. Jest on odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki i używany w wielu kontekstach. Możliwości, by się rozwijać nie brakuje, tylko pojawia się wątpliwość, jak wybrać te najlepsze? A raczej: jak wybrać właściwe dla moich potrzeb? Kogo szukać: coacha, doradcy zawodowego a może mentora? Wszystkie trzy metody mogą być pomocne w rozwoju kariery, więc na którą się zdecydować?

Wsparcia w rozwoju ze strony specjalistów potrzebujemy coraz częściej. Tempo życia rośnie, a my mamy coraz mniej czasu, by rozmawiać z samym sobą i sprawdzać czy wszystko u nas w porządku. Brzmi śmiesznie? Być może, ale często po sesjach z moimi klientami słyszę: „W końcu w spokoju pobyłem/am sam ze sobą i powiedziałem/am pewne rzeczy na głos”. Badania publikowane przez CBOS potwierdzają, że Polacy (w porównaniu z sytuacją sprzed 20 lat) rzadziej zastanawiają się nad sensem życia, a jedną z przyczyn jest właśnie brak czasu. Gdy spojrzymy na kwestię rozwoju w kontekście zawodowym, oczekiwania XXI wieku są bardzo wysokie. Uczenie się przez całe życie staje się standardem. Zmiany w otaczającym nas świecie powodują powstawanie nowych zawodów. Obecnie szacuje się, że osoby wchodzące na rynek zmienią pracę średnio 20 razy w ciągu swojej drogi zawodowej. To wszystko sprawia, że planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić.

Coach pomoże określić twoje potrzeby i przeprowadzi cię przez zmianę

Rozważ coaching, jeśli w tym momencie nie oczekujesz od osoby, z którą będziesz pracować, gotowych rad i wskazówek dotyczących twoich wyborów zawodowych. Jeśli chciałbyś/abyś raczej poszukać w sobie odpowiedzi na ważne pytania dotyczące twojej kariery, a następnie, na bazie tych odkryć, zbudować plan działania i stopniowo zmieniać swoje życie zawodowe na lepsze. Coach w trakcie sesji pomoże spojrzeć na ważne dla ciebie tematy z innej perspektywy, zada pytania, na które prawdopodobnie nie szukałeś/aś wcześniej odpowiedzi, zaprosi do otwartej rozmowy i różnorodnych ćwiczeń. To, co często sprowadza moich klientów do mnie i sprawia, że rozpoczynamy proces coachingowy, to duża potrzeba i motywacja, by wprowadzić zmiany w życiu zawodowym, którym towarzyszy jednak brak sprecyzowanej wizji, na czym dokładnie te zmiany miałyby polegać – chodzi o to, by było „po prostu lepiej”. Na początku procesu wspieram klientów w dookreśleniu aspektów kariery nad którymi chcą pracować i wtedy ruszamy w niezwykłą podróż, w wyniku której klienci poszerzają wiedzę o sobie, swoich zasobach i realizują ważne dla siebie cele.

Doradca zawodowy pomoże znaleźć odpowiednią pracę

Jeśli natomiast jesteś w takim momencie swojego życia zawodowego, że potrzebujesz osoby, która udzieli konkretnych informacji, rad i wskazówek dotyczących rynku pracy (m.in. sposobów poszukiwania pracy, informacji dot. zawodów i branż) a także pomoże w analizie twoich doświadczeń, umiejętności i mocnych stron – wówczas zdecyduj się na doradztwo zawodowe. Taka forma współpracy może okazać się szczególnie skuteczna, jeśli już wiesz jakiej pracy szukasz i potrzebujesz wsparcia w poruszaniu się po rynku pracy, by dzięki radom ze strony doradcy, możliwie szybko znaleźć upragnione stanowisko. Rozważ kontakt z doradcą zawodowym także wtedy, gdybyś chciał/a uzyskać rekomendacje dotyczące możliwych ścieżek kariery w oparciu o twoje predyspozycje zawodowe.

Mentor wzmocni twoje kompetencje zawodowe

Jak ma się mentoring do wspomnianych metod? Pracując w ten sposób także możemy liczyć na porady, natomiast wynikają one wprost z osobistych doświadczeń mentora. Mamy wtedy możliwość nauki bezpośrednio od osoby, która osiągnęła sukces w interesującym nas obszarze i w pewnych aspektach chcemy się na niej wzorować. Celem takiej pracy często jest przekazanie praktycznej wiedzy i umiejętności związanych z pełnieniem jakieś roli czy funkcji. Stąd coraz większą popularnością cieszą się programy mentoringowe wewnątrz organizacji, które pozwalają na wymianę doświadczeń i dobrych praktyk oraz wzmocnienie kompetencji pracownika na danym stanowisku.

Coach i doradca zawodowy w jednym

No dobrze, ale co w sytuacji, gdy wciąż nie do końca wiem, do kogo powinnam się zwrócić? Chcę zmienić pracę, rozważam kilka scenariuszy, ale nie miałem/am czasu jeszcze się zastanowić, który dla mnie będzie najlepszy. Poza tym dawno też nie szukałem/am pracy i nie wiem od czego zacząć. Mam poczucie, że potrzebuję po trochu każdej z tych osób. Kogo wybrać?

Jeśli jeszcze nie jesteś całkowicie pewien jakiego wsparcia potrzebujesz, znajdź specjalistę, który jest zarówno coachem, jak i doradcą zawodowym – wtedy wspólnie w trakcie rozmowy zadecydujecie jaka forma współpracy będzie dla ciebie najlepsza. Warto zauważyć, że obecnie coraz więcej specjalistów jest w stanie zaoferować swoim klientom więcej, niż tylko jedną z opisanych metod. Poszczególne z nich przenikają się i uzupełniają. Przykładowo, w nowoczesnym doradztwie karier wykorzystuje się elementy coachingu. Jestem przekonana, że to dobry kierunek, bo dzięki temu, widząc wyzwania klienta, specjalista może zarekomendować jeszcze bardziej skuteczne i użyteczne metody pracy. Wyobraź sobie sytuację, że klient metodami coachingowymi wypracował obraz swojej idealnej pracy i już wie, czego chce poszukiwać na rynku, ale nie do końca wie jak. Wtedy w procesie mogą pojawić się elementy doradztwa pozwalające na przekazanie wskazówek odnośnie skutecznego CV.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze specjalisty?

Poszukując więc specjalisty warto zwracać uwagę na to, w jakich obszarach i jakimi metodami pracuje dana osoba. O tym świadczą wykształcenie i certyfikaty, ukończone szkolenia oraz oczywiście zdobyte doświadczenie. Nie zapominaj także, że praca nad rozwojem kariery wymaga otwartej rozmowy i zaufania. Przed podjęciem decyzji o rozpoczęciu dłuższej współpracy warto się poznać, porozmawiać i uzyskać odpowiedzi na nurtujące cię pytania.

Zaangażuj się

I na zakończenie – jeszcze jedna myśl. Niezależnie od tego na jaką metodę pracy się zdecydujesz, to wiedz, że bez jednego kluczowego elementu, żadna z nich nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Twoje zaangażowanie jest konieczne. Zarówno coach, doradca, jak i mentor mogą stanowić wartościowe wsparcie na Twojej ścieżce rozwoju, jednak nie są w stanie zrobić czegokolwiek za ciebie.

Joanna Piechocka jest psychologiem, doradcą kariery, coachem kariery i trenerem rozwoju osobistego. Certyfikowany trener narzędzia rozwojowego FRIS® – style myślenia i działania oraz nowoczesnych technik uczenia się i treningu pamięci. Z jej wiedzy eksperckiej chętnie korzystają firmy i instytucje. Zajmuje się doradztwem kariery z wykorzystaniem technik coachingowych. Wspiera studentów i absolwentów w skutecznym poszukiwaniu pracy i rozwoju zawodowym. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie Warszawskim.

  1. Psychologia

Kiedy dążenie do ideału jest pułapką? – rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem

Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy. (Fot. iStock)
Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy. (Fot. iStock)
Idealny facet, idealny dom, idealna praca. Ideał rodziny, ideał matki Polki, Polaka patrioty. Ideał Miłości, Dobra, Boga... Ideały są siłą napędową naszego życia, ale też zmorą tego świata, skoro pod ich sztandarem dokonano największych zbrodni. Czy ludzkość dorosła do idealizmu? – pytamy Katarzynę Miller i Wojciecha Eichelbergera.

Wielu ludzi uważa, że oni sami, ich związki albo życie powinny być idealne. Co takie myślenie powoduje?
K.M.:
Napędza do zmian, ale może mieć aspekt dołujący – kiedy porównujemy siebie z owym ideałem. Wówczas bilans zawsze wychodzi ujemny. Taką tendencję mają osoby w dzieciństwie przez rodziców kochane „warunkowo”. Dziecko wiecznie aspiruje, próbuje dążyć do narzuconego mu wyśrubowanego ideału. Ma nadzieję, że mu się kiedyś uda zadowolić rodziców, zasłużyć na miłość. A jak wiemy, ideału nie da się osiągnąć. Tacy dorośli wiecznie żyją wizją, że będzie dobrze. Kiedyś. Kiedy już zdobędą nowe auto, nowego mężczyznę czy żonę, większy dom. I to „kiedyś” nie następuje nigdy. Są wiecznie nienasyceni i niespełnieni.

W.E.: Wielu rodziców chce być rodzicami idealnymi. A idealni rodzice muszą mieć dzieci idealne. Wtedy zaczyna się przemoc.

K.M.: Co potem my musimy odkręcać w gabinetach. Bo dziecko, które się całe życie uczyło na szóstki i udowodniło, że rodzina jest idealna, że ono jest idealnym dzieckiem, musi się jakoś pozbierać i zacząć normalnie żyć.

W.E.: Idealizm, a właściwie idealizowanie innych jest niebezpieczną postawą w stosunkach między ludźmi. W ten sposób wypieramy ze świadomości to, co w drugim człowieku trudne, negatywne, naganne. Nie chcemy z powodu tej osoby przeżywać rozczarowania, gniewu czy okazywać wobec niej dezaprobaty, więc ją idealizujemy. Żyjemy w odrealnionej relacji z odrealnioną osobą i za wszystko obwiniamy siebie.

Częstym źródłem niepowodzeń w związkach jest idealizowanie miłości. Sami sobie zadajemy wiele bólu i cierpienia niekończącym się czekaniem na idealną miłość z idealnym partnerem, zamiast zacząć żyć. Idealizujemy rodzinę. Uznajemy ją za źródło wszelkich cnót: miłości, uczciwości, wsparcia, szacunku, ciepła, patriotyzmu, a także najlepszej edukacji seksualnej. Ale w rzeczywistości sytuacja wygląda bardzo smutno.

K.M.: Najwięcej wypadków jest w domu, najwięcej morderstw w rodzinie, najwięcej przemocy, molestowania. Nie chcemy tego widzieć, więc... idealizujemy dzieciństwo. Wszyscy wzdychają, ach, cudne dzieciństwo, choć wiemy, że to bolesny czas, pełen problemów nas przerastających. Oczywiście większość to jakoś przeżywa i nawet wychodzi na prostą, ale by mówić, że to był szczęśliwy czas, należy ładnie wszystko wyprzeć.

W.E.: Idealizowanie to lukrowanie, zamiatanie pod dywan, żeby ładnie wyglądało. Taka postawa uniemożliwia trafną diagnozę, a tym samym jakiekolwiek skuteczne działanie naprawcze.

Ale idealizowanie to nie idealizm, który ma dla mnie w pierwszym odruchu pozytywne konotacje. Jest często cichym i pokornym kultywowaniem jakiegoś ważnego marzenia, które wyznacza nasz życiowy azymut. Dzieje się tak, gdy wiemy, że ideał jest nieosiągalny, ale potrzebujemy do niego dążyć. To często uruchamia nasze działania w pozytywnym kierunku.

K.M.: Postawa idealistyczna związana jest z tak zwanymi wartościami wyższymi, takimi jak honor, sumienie, miłość, wiara, wspólnota, dobro, piękno... W tym sensie można powiedzieć, że bardzo ważne jest, by ludzie mieli idee. Byli idealistami.

W.E.: Ale tu pojawiają się pułapki. Szczególnie gdy zmieniamy ideał w ideologię i zaczyna nam się wydawać, że ideał można zadekretować, z góry go ludziom narzucić i wcielać w życie. Historia jest pełna przykładów idei, które realizowane na siłę zamieniały się nieuchronnie w żałosne karykatury: na przykład komunizm, nacjonalizm, nazizm czy klerykalizm. Bo ideał bywa osiągalny jedynie w wewnętrznym, duchowym wymiarze człowieka.

K.M.: Każdy człowiek, który sobie zadaje pytanie o sens świata, życia, ociera się o idealizm. Wcześnie straciłam wiarę w katolicyzm i stałam się „materialistką”. Liczył się real, bezpośrednie doznanie. Po jakimś czasie stwierdziłam, że takie podejście mnie bardzo ogranicza. I wróciłam na łono idealizmu. W filozoficznym sensie oznacza to, że oprócz życia tu i teraz jest jakaś tajemnica, coś nieznanego, czego nie możemy dojrzeć, dotknąć. Życie z takim nastawieniem jest głębsze, szersze, wyższe. Poczułam wielką ulgę.

Ideału z założenia nie powinno się móc osiągnąć. Co by było, gdybyśmy go tak osiągnęli?
W.E.:
Nuda i bezruch nie do zniesienia!

K.M.: Śmierć za życia. Jak by to było, gdyby jedna róża kwitła wiecznie? Nie więdła. Na co nam inne róże, ogrodnictwo, starania... Jeśli ona jest zawsze, my nie mamy nic do zrobienia. Całe szczęście jest tylko idea róży, prawda? I my ją podziwiamy, chcemy, by owa idea się uzewnętrzniała ciągle i ciągle. Uwielbiam to zdanie Gertrudy Stein: róża jest różą jest różą jest różą. Piękne. Odkrywcze. Głębokie.

W.E.: Czysty zen.

K.M.: I mamy w sobie tę ideę. Wszyscy wiemy, czym jest róża. W tym sensie wszyscy jesteśmy idealistami. Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy.

W.E.: Idealizm i materializm to skrajności, które intuicyjnie odbieramy jako paranoidalnie zafałszowany obraz świata. Dlatego nazwanie kogoś idealistą brzmi lekceważąco i obraźliwie, ale także nazwanie kogoś materialistą brzmi obraźliwie i trochę groźnie.

Mnie się wydaje, że idealista mimo wszystko brzmi lepiej.
K.M.:
Bo materialista każdego wykorzysta, a idealista odda ostatnią koszulę?

W.E.: Idealizm jako skrajność, jako tendencja do przebywania wyłącznie w chmurach, nie jest dobrym sposobem na życie, odcina nas od konkretności istnienia. Z kolei materializm też pozbawia nas równie ważnego aspektu istnienia. Co nam zostaje w takim razie? Jak w jednym spojrzeniu w każdej rzeczy zobaczyć jednocześnie jedno i drugie?

K.M.: Mnie się podoba pragmatyzm i utylitaryzm. Życie pożyteczne, humanistyczne, związane z człowiekiem.

A realizm? Mówi się: bądź realistą, popatrz trzeźwo.
W.E.:
Realista też coś gubi. Bezcenną odrobinę szaleństwa, zdolność do podejmowania ryzyka, zapamiętywania się w czymś. Jak w przypowieści o budowie świątyni. Filozof się przechadza i zauważa trzech mężczyzn ociosujących kamienne bloki. Choć ociosują ten sam kamień za te same pieniądze, mają zupełnie inne miny. Pierwszy ma zaciętą twarz, wali młotem nieskładnie, z całej siły. Co robisz, człowieku?– pyta filozof. Nie widzisz? Haruję jak wół na tej budowie, żeby zarobić na chleb dla rodziny. To materialista. Drugi z wniebowziętą miną pracuje kiepsko, bo popatruje w niebo, a nie na dłuto. A co ty robisz? – pyta filozof. Jak to, nie widzisz? Buduję Dom Boży. To idealista. Trzeci ze spokojem i uwagą ciosa kamień. A co ty robisz? Po prostu ociosuję kamień – odpowiada.

A to kto?
W.E.:
To ten, który przekracza materializm i idealizm z pełnym zaangażowaniem, oddając się całym sobą temu, co robi. Nie idealizuje, nie dewaluuje, nie racjonalizuje swego działania. Nie oddziela siebie od tego, co robi.

K.M.: Niebezpieczne jest to, że idee rodzą się w głowie, głowę mamy natomiast wysoko ponad wnętrznościami, bardzo często więc między tym, co myślimy, a tym, co czujemy, nie ma kontaktu. Jest dużo ludzi typu „pierwsi od moralności”, którzy potępiają wolne związki, a sami zdradzają partnerów. Nie ma konsekwencji między ich poglądami a czynami. Idea zasłania i usprawiedliwia wszystko. To rozszczepienie.

W.E.: Pewien student zapytał pewnego razu wykładowcę filozofii: Czy pan jest szczęśliwy? Czy filozofia przyniosła panu szczęście? - Kolego, czy widział pan kiedyś, żeby drogowskaz szedł drogą, którą wskazuje? – odpowiedział wykładowca. Można i tak. Ale czyż nie lepiej być wędrowcem niż tylko drogowskazem?

K.M.: Gdy ktoś z założenia nie idzie drogą, którą wskazuje, to czysty cynizm.

W.E.: Choć paradoksalnie lepszy bywa cynik, który jest ze sobą w kontakcie, bo można do niego jakoś dotrzeć, przekonać go do zmiany zachowań, niż idealista, który jest zupełnie rozszczepiony. Tak jak pewien nasz polityk, który powiedział o sobie, że jest samym dobrem.

K.M.: To czyste zakłamanie. Prawdziwsze jest stwierdzenie, że mamy w sobie i diabła, i anioła. A jeszcze pośrodku zwykłego człowieka, bo przecież nie wszystko w nas jest czystym złem albo dobrem. Mamy w sobie sporą szarą strefę normalności. Człowiek, który sobie nie zdaje sprawy z tego, że ma w sobie potencjał zła, nie chce tego o sobie wiedzieć, jest niebezpieczny. Bo kiedy owo zło czyni, wypiera to.

W.E.: Takiemu „idealiście” wydaje się, że wszystko, co robi w imię idei, jest dobrem.

Zbrodnie religijne mają takie właśnie podłoże.
W.E.:
Inkwizycja, wyprawy krzyżowe, wojny religijne, nawracanie, rewolucje moralne i kulturowe – to nic innego jak mordowanie milionów ludzi w imię zideologizowanego, paranoidalnie wykoślawionego dobra. Utopijne ideologie są przekleństwem naszego świata. Taka pseudoideowość w sposób nieunikniony zamienić się musi w cynizm. Bo zabijając i krzywdząc innych, czyli czyniąc zło w imię idei dobra, demoralizujemy się i jak powietrza potrzebujemy cynicznych i paranoidalnych uzasadnień naszego postępowania.

K.M.: W dodatku nadal mamy na ustach i sztandarach miłość, miłosierdzie, Boga, postęp...

W.E.: W psychiatrii „idealizm” nazywa się ideą nadwartościową. Człowiek, który się nią kieruje, ma niczym niezachwiane poczucie racji i misji. Jego decyzje i zachowania nie podlegają żadnej dyskusji i nie poddają się żadnej korekcie. To z takiego stanu umysłu rodzą się wszelkie fanatyzmy i fundamentalizmy.

K.M.: Dlatego lgną do nich umysły proste, które chcą się czymś posłużyć, podeprzeć, a nie musieć argumentować, słuchać, rozumieć, widzieć.

Tęsknota za prostym rozgraniczeniem, że tak znaczy tak, a nie oznacza nie, bez światłocienia, przydarza się każdemu...
W.E.:
Świadomy człowiek wie, że to niespełniony ideał. Ale dla wielu ludzi kuszące jest najprostsze rozwiązanie w świecie pełnym niejednoznaczności, coraz bardziej skomplikowanym. Można z góry wiedzieć, co dobre, a co złe, przestać myśleć i czuć i pozbyć się niewygodnego przecież sumienia.

K.M.: Mój szef mawiał na to: cztery cegły w głowie i do tego ułożone w kwadrat. Żadna zmiana nie jest możliwa. Taki idealizm jest maczugą albo kijem bejsbolowym ego. Ideą przez łeb i koniec. W dodatku trup ma się słać gęsto. Aż sami zostaniemy na tym polu.

W.E.: Pewien generał, który zdobywał ostatnią twierdzę katarów, przybiega do biskupa i pyta: Jak odróżnić naszych od katarów? A duchowny na to: Zabijajcie wszystkich, Pan Bóg ich odróżni.

K.M.: To przykład największego niebezpieczeństwa drzemiącego w idealizmie. Pychy. Człowiek o niskim poczuciu wartości i dużym potencjale wielkości jest w stanie utożsamić się z ideą i uznać siebie za proroka, wysłannika.

W.E.: Wręcz za uosobienie idei, za jej czystą emanację. Wtedy tragedia gotowa. Zawsze znajdą się inni opętani, którzy się podłączą i pójdą „czynić dobro”, naprawiać gwałtem świat i innych.

Dlaczego świat się temu poddaje?
K.M.: Bo gdy ktoś idzie przebojem, machając pałą, zwykle zdąży zrobić wiele złego, zanim ci wszyscy pełni wątpliwości i pytań pozbierają się wewnętrznie i staną do walki. Chodzi o to, że ci, którzy myślą, zadają pytania, są w innym miejscu niż ci, którzy znają wszystkie odpowiedzi. Ci drudzy nie tracą energii i czasu na dywagacje i rozważania. Oni działają i nie mają wątpliwości.

Co możemy zrobić?
K.M.: Uratujemy się, jeśli będziemy sobie zdawać sprawę, że idee są jedynie lampami, które świecą z wysoka i oświetlają nam drogę, nie są celem ostatecznym.

W.E.: Gwiazdy marzeń i ideałów są po to, aby wyznaczały kurs, a nie po to, aby je chwytać, przywłaszczać sobie i więzić. Gdy w wystarczającym stopniu zrealizujemy nasz ideał w swoim wewnętrznym świecie, to wiele z tego, co wydawało się nam dotąd zwykłe, banalne, trudne i wymagające natychmiastowej zmiany, ukaże swoje idealne oblicze.

  1. Psychologia

Czy emocje przeszkadzają w pracy?

Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. (Fot. iStock)
Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. (Fot. iStock)
Gdy jesteśmy świadomi, skąd się biorą nasze emocje, co znaczą – możemy konstruktywnie działać, nawet jeśli impulsem były gniew czy złość. Jak nie dopuścić do tego, by emocje odłączały nas od myślenia? Pytamy trenerkę biznesu Joannę Heidtman.

Na obecnym rynku pracy równie ważne jak wykształcenie i wiedza są umiejętności osobiste – czytanie emocji innych i odpowiednie reagowanie na nie. Dlaczego tak dużo mówi się dziś o inteligencji emocjonalnej?
Zwracamy uwagę na emocje, bo współcześnie pracujemy i działamy w różnorodnych, interdyscyplinarnych zespołach, uczestniczymy w wielu projektach, których efekt zależy zarówno od naszej wiedzy, jak i od tego, czy potrafimy odpowiednio zarządzać relacjami, czyli pozyskać motywację do działania innych, utrzymać ich pozytywne nastawienie tak do nas, jak i do zadań. Nawet w redakcji magazynów, żeby powstał kolejny numer, musicie na wszystkich etapach ze sobą współpracować, spotykacie się z różnymi osobami, o różnym temperamencie, o różnych umiejętnościach, musicie reagować na zmiany, dopracowywać szczegóły, porozumiewać się mimo różnic. Rzadko kiedy czyjaś praca jest dziś całkowicie jednostkowa, samodzielna, odseparowana. Inteligencja emocjonalna koreluje więc z szeroko rozumianym sukcesem zawodowym. Jeśli mamy niewielkie kompetencje społeczne, niską inteligencję emocjonalną, to mimo kompetencji i wysokiego IQ możemy skutecznie zniechęcić do siebie ludzi, a nie pozyskać ich do współpracy.

Czy inteligencja emocjonalna jest wyuczalna?
Jest, ale to może być dla nas kosztowne... emocjonalnie. Bo oznacza, że musimy pracować ze swoimi emocjami, być świadomi, co to za stan emocjonalny właśnie przeżywamy, z czego on wynika. Bez samoświadomości nie ma inteligencji emocjonalnej. Czyli musi zajść proces: „Ja wiem, co się ze mną dzieje”. A gdy wiem jeszcze, z czego to wynika, to mogę tym pokierować. Przykład, bardzo ciekawy, z wczoraj – osoba raczej introwertyczna, menedżerka w nowej pracy, w nowym otoczeniu, próbująca poprawnie i według zasad poprowadzić nowy zespół, orientuje się, że koledzy w jej obecności mówią, że coś zrobią, a potem okazuje się, że tego jednak nie robią; albo mówią jej, że jest dobrze, a za jej plecami twierdzą, że jest źle. Gdy powoli orientuje się w tej sytuacji, zaczyna odczuwać silną złość. Przyswaja tę emocję na poziomie intelektualnym, jest świadoma tego, co się z nią dzieje i dlaczego (łamane są zasady, które mogą doprowadzić do katastrofy zespołu). Rozumie, że jej złość naprawdę nie wynika z tego, że czuje się lekceważona i urażona, ale jako lider jest świadoma zagrożenia, jakie takie zachowania mogą spowodować. Tak uświadomiona emocja mobilizuje ją do działania, decyduje się na ingerencję i trudną, ale potrzebną konfrontację, która eliminuje tę interpersonalną grę. Gdyby nie odczuwała emocji albo sobie nie uświadamiała, skąd bierze się jej złość lub też gdyby nie przetworzyła jej na rozwiązanie problemu, mogłaby po prostu obrazić się na zespół albo, by uniknąć konfrontacji, udać, że nic się nie dzieje. A problem trwałby nierozwiązany. Tak więc reakcja emocjonalna dała w tym przypadku wskazówkę do konstruktywnego i odważnego działania.

Często spotykam ludzi, którzy unikają konfrontacji, boją się ujawniania złości. A przecież nie jesteśmy androidami i gdy zamykamy za sobą drzwi mieszkania, wciąż pozostajemy istotami emocjonalnymi, które dysponują też określonymi umiejętnościami.
Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. Współdziałanie pomimo różnic jest ważnym czynnikiem naszego sukcesu. Dlatego odczytywanie emocji własnych i cudzych jest takie ważne. Nieunikanie ich. Stany „bez emocji” to przeważnie stany chorobowe, niekorzystne, na przykład pewne fazy depresji, wypalenie zawodowe lub też zaburzenia, takie jak anhedonia, w której osoba jest niezdolna do odczuwania przyjemności czy spontanicznego wyrażania takich emocji, jak radość czy gniew. Emocje są niezbędne! Są naszym współdoradcą, drogowskazem, podpowiedzią, za czym iść, a czego unikać. Są paliwem do działania, ale rzeczywiście czasem sądzimy, że w obszarze pracy powinniśmy ich z definicji unikać, blokować je, ukrywać.

Obawiamy się zwłaszcza emocji nazywanych „trudnymi”.
Tak, a psychologia nie dzieli emocji na dobre lub złe. Aczkolwiek w świecie biznesu rzeczywiście często nie wiemy, jak reagować, gdy odczuwamy emocje. Tymczasem pokonywanie trudności często właśnie dzięki nim jest możliwe. Przecież nasze zaangażowanie, ambicje czy satysfakcja z realizacji zadań mają silny komponent emocjonalny. Bez emocji nawet nie chciałoby nam się chcieć! Ale także lęk czy odczuwany niepokój wbrew pozorom jest nam w pracy potrzebny – byśmy unikali sytuacji, które mogą nam zagrażać. Gniew może nam powiedzieć, że ktoś naruszył nasze psychologiczne granice albo istotne dla nas wartości. Entuzjazm i radość są paliwem do działania, a smutek może być choćby po to, żeby na chwilę zwolnić, wycofać się, zaleczyć rany. A więc wszystkie emocje są i ważne, i potrzebne.

Kiedy zaczynają szkodzić?
Wtedy, gdy stają się dla nas albo dla otoczenia destrukcyjne. Czyli zazwyczaj wtedy, gdy sami nie rozumiemy, co się z nami dzieje, i wyłączamy myślenie. Wtedy emocje są niebezpieczne. Na przykład kiedy każdą uwagę na temat naszej pracy odbieramy jako atak na siebie. Albo gdy gniew spowodowany inną sytuacją – w domu czy na ulicy – przenosimy do miejsca pracy i okazujemy go, nieświadomie, wobec pracowników. Niczemu to nie służy, a niszczy dość skutecznie relacje w miejscu pracy. Zbadano nawet, ile firmę kosztuje zły humor szefa, który wnosi swoje emocje, takie jak złość czy poirytowanie, do zespołu. Pracownicy odczuwają je dzięki tzw. neuronom lustrzanym zlokalizowanym w mózgu. Nawet niezrozumiała dla nas czyjaś złość – zwłaszcza jeśli jesteśmy w jakiejś zależności z tą osobą – wpływa destrukcyjnie na nasze zaangażowanie, pewność siebie i skuteczność. Zatem, szefie, jeśli nie będziesz rozumiał swoich emocji i nie neutralizował nastroju, to stracisz!

Wszyscy, nawet najbardziej gruboskórne osoby, współodczuwają stany emocjonalnie innych, ale różnie na nie reagują.
Tak, na przykład mało empatycznie. Ale to dlatego, że współodczuwanie czyjegoś smutku może być dla nich nieprzyjemne, niekomfortowe. Jednak dobra wiadomość jest taka, że tak samo zarażamy się też radością, entuzjazmem czy optymizmem. W organizacjach, niestety, wciąż chyba najwięcej jest złości… To dlatego, że dominuje stres wynikający z presji zadań, wymagań, oczekiwań. A nawet nieduże, lecz stałe napięcie działa w naszym mózgu i ciele tak jak tykająca bomba zegarowa. Jesteśmy cały czas nastawieni bojowo, ale nie możemy tego napięcia uwolnić. Ani przez konfrontację (walka), ani przez wycofanie się z sytuacji (ucieczka). I będąc w tym pacie, w którymś momencie albo zaczynamy reagować agresywnie w zupełnie neutralnych sprawach, albo zaczynamy chorować. Emocje i ciało są ze sobą ściśle powiązane.

Takim bojowym stresem jest też życie w trybie ciągłych zmian. Czy to na stanowiskach, czy w określaniu celów zespołu.
Lęk jest kolejną emocją, która może działać destrukcyjnie, także wtedy, gdy jeszcze czegoś nowego nie spróbowaliśmy, a już się tego boimy! Nie wiem, jak wypadnę na konferencji branżowej z własną prezentacją, ale w wyobraźni rysuję tak czarny scenariusz, że od razu wycofuję się z podjęcia tego zadania. To jest nierozwojowe, blokujące, zaniżające na dłuższą metę naszą samoocenę. A stres związany z tym, o czym mówisz, pojawia się często wówczas, gdy mamy np. mały dostęp do informacji, jak ta zmiana będzie przebiegać – wtedy rzeczywiście wzrasta niepewność, tracimy grunt pod nogami i pojawia się lęk. Nasza sytuacja, nie tylko zawodowa, ale i życiowa, potrzebuje być przynajmniej w minimalnym stopniu przewidywalna, żebyśmy mogli robić plany, żebyśmy wiedzieli, na czym stoimy, żebyśmy mogli śmiało działać. W takich sytuacjach zawsze warto dążyć do zebrania jak największej wiedzy dotyczącej zmian. Inaczej dominuje niepewność, a chaos jest silnie powiązany z lękiem. To też duża strata dla pracodawcy – bo lęk nas paraliżuje i stajemy się mniej aktywni, niepokój nie pozwala nam myśleć o tym, jakie mamy zadania do wykonania tu i teraz.

Konflikty interpersonalne w miejscu pracy często wynikają też z tego, że nie respektujemy wzajemnych różnic. Tymczasem każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego, by dobrze działać. Może wystarczy to zrozumieć, aby się dogadać.
Oczywiście, różnimy się charakterami, potrzebami, strefą komfortu czy potrzebami zmian – są tacy, którzy cenią stałość w zespołach, w strukturach i zadaniach, a są tacy, którzy dobrze się czują w zmianach, a nawet ich oczekują z radością i niecierpliwością! Wiedza o własnych i cudzych emocjach, opanowanie ich poprzez myśli, pomaga przejść przez zmiany i konflikty bez lęku i większych strat. Czyli pierwszy krok – świadomość, drugi krok – działanie, ale oparte na świadomej decyzji, a nie dyktowane wzburzeniem czy strachem.

Dr Joanna Heidtman, psycholog i socjolog, doradca i coach.

  1. Psychologia

Wszyscy bywamy wariatami

Manipulujący współpracownik? Roszczeniowy rodzic? A może rozchwiany emocjonalnie partner? Niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. (Fot. materiały prasowe)
Manipulujący współpracownik? Roszczeniowy rodzic? A może rozchwiany emocjonalnie partner? Niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. (Fot. materiały prasowe)
Psychiatra Mark Goulston twierdzi, że każdy człowiek wykazuje czasami przykład tzw. wariactwa codziennego. I nie ma na myśli zachowań charakterystycznych dla zaburzeń czy chorób psychicznych, ale sytuację, gdy do zdominowanego przez ciało migdałowate mózgu nie trafiają logiczne argumenty. Co zrobić, gdy na drodze stanie nam furiat?

Przepracowałem dziesięciolecia jako psychiatra i wiem, jak wygląda „wariactwo” – a widziałem parę naprawdę poważnych przypadków. Jakiś czas temu jednak doznałem olśnienia – ja oczekuję wariactwa na co dzień, bo to moja praca. Zdałem sobie jednak sprawę, jak często ty musisz stawiać czoło furiatom – przy czym nie są to stalkerzy Britney Spears czy osoby ze skłonnościami samobójczymi, tylko ludzie, którzy przejawiają coś, co nazywam „wariactwem codziennym”. Założę się, że niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. Szef, który oczekuje niemożliwego? Roszczeniowy rodzic? Wrogo nastawiony nastolatek? Manipulujący współpracownik? Sąsiad, który zawsze szuka dziury w całym? A może rozchwiany emocjonalnie partner albo irracjonalny klient?

Czas na wyjaśnienie słowa „wariat” – wiem, że ma ono zabarwienie pejoratywne i jest zupełnie niepoprawne politycznie. Kiedy się jednak nim posługuję, nie mam na myśli osób cierpiących na choroby psychiczne.

Nie używam go też do napiętnowania żadnej grupy ludzi. Po prostu każdy z nas czasami zachowuje się jak „wariat”. Ludzie, z którymi się stykasz, potrafią być irracjonalni na cztery różne sposoby:

  • Mają zaburzone postrzeganie świata.
  • Myślą lub mówią rzeczy, które nie mają sensu.
  • Podejmują decyzje i działania, które nie leżą w ich najlepszym interesie.
  • Kiedy starasz się sprowadzić ich z powrotem na drogę rozsądku, stają się nie do wytrzymania.

Wbrew instynktowi

Lata temu usłyszałem radę, co zrobić, kiedy pies ugryzie cię w rękę – jeżeli poddasz się instynktowi i spróbujesz wyszarpnąć mu dłoń z pyska, zaciśnie tylko mocniej zęby. Jeżeli jednak na przekór odruchowi wepchniesz dłoń głębiej, pies zwolni uchwyt. Dlaczego? Bo kolejnym krokiem dla niego jest przełknięcie smacznego kęsa, a w tym celu musi rozluźnić szczęki. To właśnie moment, kiedy możesz wyciągnąć dłoń. Tę samą zasadę stosuje się̨w rozmowie z irracjonalnymi osobami. Jeżeli zachowujesz się tak, jakby postradali zmysły, a ty nie, po prostu pogrążą się głębiej we własną rzeczywistość. Jeżeli jednak wczujesz się w ich irracjonalność, to radykalnie zmienisz dynamikę całej sytuacji.

Oto przykład:

Po koszmarnym dniu, jednym z najbardziej frustrujących w życiu, wracałem samochodem do domu w zasadzie na autopilocie, rozmyślając o swoich problemach. W Kalifornii jest to niestety bardzo niebezpieczne. Wjeżdżałem właśnie do Doliny San Fernando, jadąc na południe Sepulveda Boulevard, kiedy niechcący wymusiłem pierwszeństwo na półciężarówce, którą prowadził ogromny facet, z żoną obok. Zatrąbił na mnie, a ja podniosłem rękę na przeprosiny. A potem, niecały kilometr później, jak ten idiota znowu wjechałem mu przed maskę. Gość wyprzedził mnie, zajechał mi drogę i się zatrzymał, więc ja też musiałem stanąć. Widziałem, jak jego żona gestykuluje nerwowo i próbuje go nakłonić, żeby odpuścił. Nie posłuchał jej jednak i wysiadł z samochodu – miał prawie dwa metry wzrostu i ważył ze sto pięćdziesiąt kilogramów. Podszedł do mojego wozu i walnął w szybę od strony kierowcy, przeklinając, ile sił w płucach. Byłem tak oszołomiony, że otworzyłem okno, a potem po prostu poczekałem, aż zrobi przerwę na dalsze inwektywy.

– Czy kiedykolwiek miał pan tak upiorny dzień, że po prostu liczył pan na spotkanie kogoś, kto wyciągnie spluwę, strzeli do pana i zakończy te męczarnie? Czy to pan jest tą osobą? – zapytałem, kiedy brał wdech. Opadła mu szczęka. – Co? – wydukał.

Do tego momentu zachowywałem się jak idiota, ale tutaj zrobiłem coś genialnego. Nie wiem jak, ale w oszołomieniu powiedziałem właśnie to, co należało powiedzieć. Nie próbowałem się kłócić z tym olbrzymem – prawdopodobnie na próby argumentacji wyciągnąłby mnie z samochodu i mi przyłożył. Nie odpowiedziałem też agresją. Zamiast tego wczułem się w jego emocje. Gapił się na mnie, więc kontynuowałem. – Zwykle nie wjeżdżam ludziom przed maskę, a już na pewno nigdy nie robię tego dwa razy z rzędu. To po prostu taki dzień, że nieważne, co zrobię albo kogo spotkam – w tym pana! – wszystko idzie nie tak. Czy będzie pan tak miły i mnie zastrzeli?

Zmienił się w oczach – w ułamku sekundy uspokoił się i zaczął dodawać mi otuchy. – Hej, chłopie, będzie dobrze. Serio! – wyrzucił z siebie. – Spokojnie, będzie dobrze. Każdy ma czasem taki dzień. – Łatwo panu powiedzieć! – perorowałem dalej. – To nie pan spieprzył dziś wszystko, a ja tak. Nie będzie dobrze, nie sądzę. Ja już chcę, żeby to się skończyło! Pomoże mi pan? – Nie, naprawdę, będzie dobrze, po prostu spróbuj się uspokoić – wspierał mnie z zaangażowaniem.

Pogadaliśmy jeszcze parę minut, a potem wsiadł do półciężarówki, powiedział coś do żony i pomachał do mnie w lusterku wstecznym, jakby mówił: „Pamiętaj, rozluźnij się. Będzie dobrze”. A potem odjechał.

Przyznam, że nie jestem z siebie dumny. Ten facet w półciężarówce na pewno nie był tego dnia jedynym wariatem na drodze... Ale o to właśnie chodzi. Mógł mnie sprać na kwaśne jabłko i pewnie by to zrobił, gdybym próbował się z nim kłócić albo zaczął cokolwiek wyjaśniać. Ja jednak spotkałem się z nim w jego rzeczywistości, w której to ja byłem tym złym, a on miał pełne prawo zrobić mi krzywdę. Dzięki instynktownemu wykorzystaniu techniki, którą nazywam asertywnym poddaniem się, w niecałą minutę przestałem być agresorem i stałem się sojusznikiem.

Na szczęście ta reakcja była dla mnie instynktowna, nawet w zły dzień – to dlatego, że od lat jako psychiatra musiałem wczuwać się w emocje innych. Robiłem to tysiące razy, na różne sposoby, i wiem, że ta metoda się sprawdza. Wiem też, że sprawdzi się w twoim przypadku.

Wczucie się w emocje jest strategią, którą możesz wykorzystać wobec każdej irracjonalnej osoby. Możesz na przykład skorzystać z niej w rozmowie z:

  • partnerem, który na ciebie wrzeszczy – albo nie chce z tobą rozmawiać;
  • dzieckiem, które mówi: „Nienawidzę cię” albo „Nienawidzę siebie”;
  • starzejącym się rodzicem, który mówi: „Nie kochasz mnie już”;
  • pracownikiem, który bezustannie przeżywa załamania w pracy;
  • despotycznym zwierzchnikiem.
Nieważne, z jakim rodzajem „wariactwa codziennego” masz do czynienia – wczucie się w nie pozwoli ci się wyrwać z błędnego koła strategii komunikacyjnych, które nie działają, i dotrzeć do ludzi, z którymi musisz się porozumieć. W efekcie poradzisz sobie z niemal każdą wypełnioną emocjami sytuacją.

Koło racjonalności

Przede wszystkim musisz zrozumieć, że wczucie się̨ w cudze wariactwo nie jest reakcją instynktowną. Twoje ciało nie chce tego robić. W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Zwróć na to uwagę – czujesz ucisk w gardle, tętno ci przyspiesza, w brzuchu coś́ się kotłuje albo zaczyna cię boleć głowa. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną.

Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. Jeżeli jednak irracjonalna osoba jest stałym elementem twojego życia, żadna z tych reakcji nie rozwiązuje problemu. Zamiast tego nauczę cię, jak podejść do wariactwa od zupełnie innej strony z wykorzystaniem sześcioetapowego procesu, który nazywam kołem racjonalności.

Oto, co trzeba zrobić na poszczególnych etapach:

1. Przyjmij do wiadomości, że osoba, z którą masz styczność, nie jest w stanie myśleć racjonalnie w bieżącej sytuacji. Dodatkowo zrozum, że jej szaleństwo jest głęboko zakorzenione w odległej lub niedawnej przeszłości, a nie w chwili obecnej, więc nie jest to coś, z czym możesz polemizować albo się kłócić.

2. Ustal schemat działania rozmówcy – konkretny sposób, w jaki przejawia się jego szaleństwo. To strategia, którą wykorzystuje, aby wyprowadzić cię z równowagi – wpędzając cię w złość, poczucie winy, wstyd, strach, frustrację albo twoje własne szaleństwo. Kiedy już przejrzysz ten schemat, poczujesz większy spokój, koncentrację i kontrolę nad waszą rozmową – a także będziesz w stanie dobrać odpowiednią kontrstrategię.

3. Zrozum, że to nie ty jesteś przyczyną tej huśtawki emocjonalnej, tylko osoba, z którą rozmawiasz. Nie bierz jej słów osobiście – w tym celu przed rozmową zidentyfikuj i zneutralizuj własne punkty zapalne. Podczas rozmowy będziesz korzystać ze skutecznych narzędzi mentalnych, aby nie dać się sprowokować. Dzięki temu unikniesz przejęcia kontroli przez ciało migdałowate (to termin zaproponowany przez psychologa Daniela Golemana) – dochodzi do niego, gdy ciało migdałowate (część mózgu odpowiedzialna za poczucie zagrożenia) blokuje racjonalne myślenie.

4. Rozmawiaj z osobą irracjonalną, wczuwając się w jej emocje poprzez wejście w jej świat ze spokojem i jasno określonym zamiarem. Na początku załóż jej niewinność – musisz wierzyć, że to tak naprawdę dobry człowiek, a jego zachowanie ma uzasadnioną przyczynę. Nie osądzaj – zamiast tego zainteresuj się, co leży u podstaw takiego zachowania. Następnie wyobraź sobie, że sam odczuwasz to, co rozmówca – czujesz się atakowany, niezrozumiany i zepchnięty do defensywy.

5. Pokaż rozmówcy, że jesteś sojusznikiem, a nie zagrożeniem. Wysłuchaj jego wybuchu spokojnie i z empatią. Zamiast próbować go opanować, zachęcaj, by dał upust emocjom. Zamiast odpowiadać atakiem, dostosuj się do niego, a wręcz go przeproś. Jeżeli go życzliwie wysłuchasz i będziesz empatycznie naśladować jego zachowanie, on zacznie słuchać i naśladować ciebie.

6. Kiedy już twój rozmówca się uspokoi, spróbuj sprowadzić go na drogę bardziej racjonalnego myślenia.

Koło racjonalności ma w sobie potężną magię, pamiętaj jednak, że przeprowadzenie samego siebie i irracjonalnego rozmówcy przez wszystkie sześć etapów nie zawsze jest łatwe i zabawne, a przy tym nie zawsze działa od razu. Ponadto, jak w każdej sytuacji w życiu, czasami ta metoda nie działa – istnieje wręcz niewielkie ryzyko, że tylko pogorszy sytuację. Kiedy jednak musisz rozpaczliwie dotrzeć do osoby trudnej, niemożliwej albo całkowicie pozbawionej kontroli, jest to technika, która daje ci największe szanse na sukces.

Fragment książki „Jak rozmawiać z furiatami. Techniki, ćwiczenia, strategie”. wszystkie skróty pochodzą od redakcji. Książka do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

Mark Goulston, psychiatra, trener negocjacji w FBI i policji, konsultant i doradca biznesowy. Jego teksty ukazują się m.in. w „Harvard Business Review”, „Huffington Post” i „Psychology Today”, pracuje z wieloma liderami z prestiżowego rankingu biznesowego Fortune 500. Jego książka „Jak rozmawiać z furiatami” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

  1. Psychologia

Jak kochać naprawdę? O pułapkach romantycznej miłości

Nierealistyczne rozumienie miłości prowadzi do rozczarowań, utraty poczucia własnej wartości i obniżonego nastroju. Dzieje się tak z powodu przereklamowania miłości romantycznej i całkowitego pominięcia jej prawdziwej natury w życiu codziennym. (Fot. iStock)
Nierealistyczne rozumienie miłości prowadzi do rozczarowań, utraty poczucia własnej wartości i obniżonego nastroju. Dzieje się tak z powodu przereklamowania miłości romantycznej i całkowitego pominięcia jej prawdziwej natury w życiu codziennym. (Fot. iStock)
Zazwyczaj skupiamy całą swoją uwagę na prawidłowym wyborze obiektu miłosnego, ale rzadko zastanawiamy się nad tym, czy sami potrafimy obdarzyć tę osobę prawdziwym uczuciem. Namiętność i romantyczność wynosimy na piedestał, a wówczas nieliczni z nas potrafią naprawdę kochać.

Wybór partnera życiowego można łatwo porównać z transakcją kupna sprzedaży, nawet jeśli całkowicie pominiemy kwestię zamożności. Uwzględniamy przede wszystkim poziom atrakcyjności wybranej osoby, zestawiając go przy tym z własnymi walorami i możliwościami. W momencie, kiedy odnajdują się dwie osoby z podobną wartością na rynku matrymonialnym, zazwyczaj następuje zakochanie. Zależy nam na tym, by partner był przynajmniej tak samo pociągający fizycznie jak my, by posiadał walory, które obecnie są w cenie: wysoką pozycję społeczną, wyższe wykształcenie, cechy przywódcze, silne poczucie indywidualizmu. Oczywiście, różnimy się pod względem ważności każdej z pożądanych cech: dla kogoś poczucie humoru jest cechą priorytetową, a dla kogoś tylko przyjemnym dodatkiem. Nie patrząc na to, z łatwością da się uzbierać standardowy koszyk oczekiwanych cech, gdyż biorą się one ze źródła, dostępnego każdemu – naszej kultury.

W momencie zakochania następuje cudowny okres ciągłego nienasycenia się sobą i wielkiej ekscytacji. Często przyjmujemy te emocje jako dowód prawdziwej wielkiej miłości, czerpiąc wiedzę na ten temat głównie z seriali, komedii romantycznych i książkowych romansów. Chcemy, by scenariusz z bajki wydostał się z wyobrażenia i stał się rzeczywistością: przecież całe dzieciństwo marzyliśmy o rycerzu na białym koniu i śpiącej królewnie. Nierealistyczne i błędne rozumienie miłości prowadzi do rozczarowań, utraty poczucia własnej wartości, obniżonego nastroju. Dzieje się tak z powodu przereklamowania miłości romantycznej i całkowitego pominięcia jej prawdziwej natury w życiu codziennym. Scenariusz filmowy rzadko pokrywa się z rzeczywistością, brakuje w nim skupienia się na najważniejszych cechach, które są spoiwem długotrwałej i stabilnej miłości.

Erich Fromm wyróżnia cztery jej podstawowe składniki: troskę, poszanowanie, poczucie odpowiedzialności i poznanie. Matka, kochająca swoje dziecko, przede wszystkim obdarza je troską: karmi, przewija, czule reaguje na płacz czy niepokój. Sprawdza, czy nie jest mu za zimno, za gorąca, czy nie wieje przy oknie, czy łóżeczko jest wygodnie pościelone. Widząc troskę matki o dziecko, wierzymy również w jej miłość do niego. Jeśli nie interesujemy się aktywnie życiem partnera: jego przeżyciami, rozwojem, wewnętrznym i zewnętrznym światem, nie możemy mówić o miłości.

Odpowiedzialność jest składnikiem, który straszy nieprzygotowane do poważnego związku osoby, gdyż traktuje się go często jako przykry obowiązek. Natomiast chęć odpowiadania za drugą osobę jest całkowicie dobrowolna. Jeśli kochamy kogoś, jego problemy stają się naszymi problemami, jego niepowodzenia przeżywamy jako własne, a jego interes stoi na równi z naszym.

Poszanowanie pozwala drugiej osobie na bycie sobą, rozwijanie się i wzrastanie na swój niepowtarzalny sposób. Jest to całkowita wolność podarowana partnerowi, wolność dla jego wyborów, planów, celów, sądów, wierzeń. Nie możemy mówić o miłości, jeśli usiłujemy zrobić z innej osoby kogoś, kim nie jest, egoistycznie wzorując się na swoich wykształconych wcześniej oczekiwaniach. Jeśli lubisz koty, to wybierając pupila dla siebie, kupisz kota, i nie przyjdzie ci do głowy wziąć psa i uczyć go miauczeć i mruczeć.

Poznanie jest zaproszeniem innej osoby do swojego świata. Nie wystarczy tylko być zaproszonym, przede wszystkim musimy chcieć w ten świat wejść i poznać go. Zespolenie się we wszystkich formach jest oznaką pełnego poznania drugiego człowieka. W akcie całkowitego obnażenia się, będącym wynikiem wielkiego zaufania, poznaje się drugą osobę, jej wnętrze. Przenikając się nawzajem, odkrywamy i uczymy się nie tylko ukochanej osoby, ale również siebie.

Fromm twierdzi, że miłość jest sztuką, której trzeba się nauczyć. Dziecko, ucząc się czytać, najpierw poznaje litery, potem próbuje tworzyć sylaby. Z czasem zaczyna rozpoznawać krótkie, często używane słowa, wymawiając je coraz szybciej i sprawniej. Po pewnym czasie czytanie już nie stanowi takiego wysiłku, jak przed tym, tylko przychodzi z łatwością, staje się czymś naturalnym. W miłości nie da się zacząć od czytania „Romeo i Julii”, gdy nie poznaliśmy jeszcze liter, a nawet jeśli znamy litery, to niestety musimy zacząć od abecadła: zrozumienia czym w ogóle jest słowo „kochać”.