W zgodzie ze sobą

W zgodzie ze sobą
123rf

Odkrywanie własnych wartości i zasobów to prosta droga do zaufania sobie i budowania dobrych relacji z innymi – mówi Ewa Tyralik, trenerka. O tym, jak tropić własne talenty i porzucić błędne wzorce, opowiada Aleksandrze Strójwąs
Dlaczego na różnych etapach życia tracimy kontakt z samymi sobą?

Cóż, dzieje się to bardzo wcześnie, kiedy jesteśmy małymi dziećmi i ważni dorośli, którzy nas otaczają – na przykład rodzice, dziadkowie, opiekunowie, później nauczyciele w szkole – przekazują nam różne wzorce, które przyjmujemy za swoje. Często potem okazuje się, że wcale nie są one zgodne z tym, co dzieje się w naszych sercach i duszach. W procesie socjalizacji szybko uczymy się również, że jeśli spełniamy oczekiwania innych, to otrzymujemy za to różnego rodzaju gratyfikacje. Świat jest tak skonstruowany, że bardzo trudno jest o bezwarunkową miłość – wszyscy jesteśmy od początku nagradzani za to, że robimy różne rzeczy w określony sposób. Nie ma w tym niczego złego, bo żyjemy między ludźmi i dla człowieka relacje jako takie są podstawą egzystencji, ale często zdarza się tak, że im bardziej skupiamy się na innych, tym bardziej zapominamy o sobie.

Niektórzy postrzegają siebie jako element, który zostanie dopełniony dopiero wtedy, gdy znajdzie swoją drugą połówkę. Jakie zagrożenia niesie taka postawa?

Niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst w mojej ukochanej książce „Kochaj siebie, a nieważne z kim się zwiążesz” głosi teorię, że najczęściej wiążemy się z kimś po to, aby uzdrowić niezałatwione sprawy z dzieciństwa. Nieświadome części naszych umysłów dobierają się w taki sposób, że zakochujemy się w kimś, kto staje się dla nas lustrem. Im trudniej nam się „dotrzeć” w związku, tym lepiej dla nas, bo znaleźliśmy partnera, z którym możemy przepracować więcej lęków i braków. Najczęściej denerwują nas bowiem u innych te cechy, które wyparliśmy u siebie. Nasze ego staje wtedy na stanowisku „ja taka nie jestem” i każe nam odrzucać tę osobę. Natomiast kiedy zaakceptujemy, że coś w tym może jest na rzeczy, nagle zauważamy, że też mamy w cechę, tylko ukrytą w cieniu. Dlatego podpisuję się pod teorią, że sami z siebie jesteśmy pełnią, a partnerzy wskazują nam tylko, gdzie mamy coś jeszcze do przepracowania. Zresztą to się przekłada na wszystkie związki, w które wchodzimy. Gdy spotykam osobę, z którą jest mi nie po drodze, poświęcam tej relacji i analizowaniu jej więcej czasu, niż gdy poznaję kogoś, z kim od razu czuję chemię. Bo właśnie ta „niewygodna” znajomość uświadamia mi, że coś mnie jeszcze od środka uwiera.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »