1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Psychologiczne drzewo twojej rodziny

Psychologiczne drzewo twojej rodziny

Got. Getty Images/ Gallo Images
Got. Getty Images/ Gallo Images
Czy gniew i ból zdradzonej prababki może wpłynąć na moje życie i mój charakter? Według psychogenealogii – tak. Dostajemy w spadku po przodkach „widmo”, które tkwi w podświadomości, utkane z dawnych tajemnic i traumy.

Czy gniew i ból zdradzonej prababki może wpłynąć na moje życie i mój charakter? Według psychogenealogii – tak. Dostajemy w spadku po przodkach  „widmo”, które tkwi w podświadomości, utkane z dawnych tajemnic i traumy. Znaleźć je i zrozumieć pomaga narzędzie zwane geneosocjogramem. Co to jest i jak działa – sprawdziła Katarzyna Droga.

W mojej rodzinie „schodzą się” daty urodzin: starsza córka urodziła się w przeddzień urodzin dziadka, młodsza dokładnie w dzień urodzin ciotki, tyle że 40 lat później. Siostrzeniec „wcelował się” trochę smutniej, bo w rocznicę śmierci babci. Nie jest to jednak zły omen – przeciwnie, to wyraz podświadomej lojalności rodzinnej, hołd złożony przodkini, otwarcie na nowo drzwi w miejscu, w którym zostały zamknięte. Tak przynajmniej twierdzi Anne Ancelin Schützenberger, psycholożka i terapeutka z Nicei, autorka książki „Psychogenealogia w praktyce” (wyd. Virgo). Przebadała tysiące historii rodzinnych i z całym przekonaniem twierdzi, że „syndrom rocznicy” jest powszechnym i znaczącym zjawiskiem. Powtarzalność dotyczy nie tylko urodzin, ślubów i zgonów, ale także zdarzeń, takich jak choroby, wypadki, rozstania. Po prostu wciąż powtarzamy swoją rodzinną historię po to, by dokończyć niedokończone, wyjaśnić niewyjaśnione, wydobyć tajemnice, które parzą kolejne pokolenia jak gorący kartofel przerzucany z rąk do rąk. Dobra wiadomość: jest narzędzie terapii, które pozwala wyzwolić się z dziedzictwa – geneosocjogram. Brzmi interesująco, ale...

(…)

Więcej w listopadowym numerze magazynu SENS.

Wydanie 11/2017 dostępne jest także w wersji elektronicznej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Sekretne drugie życie. Czy każdy z nas ma prawo do tajemnic? Ujawniać je czy ukrywać?

Ilustracja: Luka Rayski
Ilustracja: Luka Rayski
Tylko ja wiem, jak jest, jak było, tylko ja znam prawdę. I robię wszystko, żeby prawda nie wyszła na jaw. Nasze najgłębsze sekrety czasem rujnują nam życie i zdrowie, ale często bywa wręcz przeciwnie – ocalają spokój innych. Czy każdy z nas ma prawo do tajemnic? Ujawniać je czy ukrywać?

Adam (16 lat, wtedy uczeń ósmej klasy szkoły podstawowej) kładzie rękę na ramieniu kolegi. „Weź się odwal, pedale jeden” – słyszy. Cofa rękę jak oparzony. Ale dokładnie w tym momencie uświadamia sobie, że kolega mówi prawdę: „Tak, jestem gejem”. To odkrycie jest jak grom z jasnego nieba. Od dawna czuł, że coś jest z nim nie tak, że dziewczyny kompletnie go nie interesują w takim sensie, w jakim interesują kolegów. Owszem, lubi z nimi przebywać, rozmawiać, nigdy natomiast o nich nie myśli. Jego uwagę zajmuje pewien aktor, no i brat kolegi. Te myśli i uczucia są dziwne, nie rozumie ich, więc je wypiera. Dopiero kolega otwiera mu oczy, że one w nim tkwią, tylko ukryte. Adam mieszka w małym miasteczku na południu Polski, gdzie wszyscy wszystko o każdym wiedzą, więc musi się pilnować. Unika kontaktów z rówieśnikami, zaszywa się w swoim domu, słucha muzyki, czyta. W tamtych czasach (początek lat 90. ubiegłego wieku) nie ma Internetu, dostępu do informacji. Adam nie może też liczyć na rozmowę z rodzicami, bo wie, co myślą o takich jak on. Nieraz słyszał, jak ojciec, oglądając filmy w telewizji, rzucał pod adresem bohatera: „A to pedał jeden”. Mama orzekła kiedyś: „Ich trzeba przymusowo leczyć”. Wyjechać? Zastanawia się nad tym. Ale wcześniej owe myśli starannie porządkuje, pisząc list do mnie, autorki reportaży o outsiderach. Nie podaje adresu zwrotnego.

Ciała nie da się oszukać

Co się dzieje z człowiekiem skrywającym tak trudną prawdę? – Każda tajemnica, którą ukrywamy, mniejsza czy większa, nie znika poprzez samo utajenie, nie zmienia się też jej ranga, znaczenie dla naszego życia. Ona nadal istnieje – odpowiada psycholog Agnieszka Mościcka-Teske z Uniwersytetu SWPS, Wydziału Zamiejscowego w Poznaniu. – Człowiek funkcjonuje przecież nie tylko na poziomie świadomym, lecz także nieświadomym. O ile na poziomie świadomym możemy pilnować, żeby nie zdradzić się żadnym gestem czy słowem, o tyle na poziomie nieświadomym nie jesteśmy w stanie kontrolować naszego umysłu, duszy czy ciała.

Psycholożka zauważa, że zdradzać nas może zwłaszcza ciało. Drżące ręce, rozbiegany wzrok, rozszerzone źrenice, zmiana tembru głosu, nienaturalna postawa. To znak, że za wszelką cenę chcemy coś ukryć albo – w drugą stronę – że nie przyjmujemy tego do wiadomości. Ciało reaguje wtedy natychmiast, jakby było wprost połączone z nieświadomością. Bo ciała nie da się oszukać. Zdradza, że z ukrywanym zdarzeniem nadal jest związana jakaś część naszej psychiki, pamięci, uwagi, naszych emocji.

– Można powiedzieć, że w prawdziwej rzeczywistości funkcjonujemy wtedy tylko w iluś procentach, bo druga część naszego życia wewnętrznego, naszej psychiki zostaje w świecie związanym z tajemnicą – wyjaśnia psycholożka. – Świadomość posiadania wiedzy o nas samych, której nie możemy ujawnić innym, która w dodatku mogłaby pogorszyć nasz obraz w ich oczach, powoduje podwyższone napięcie w codziennym funkcjonowaniu. Mówiąc mniej psychologicznie: nie żyjemy wtedy pełnią życia, bo ono jest podzielone na to, co oficjalne, czym możemy i chcemy się dzielić, i na to, co zatajone. A ponieważ temu zatajonemu poświęcamy jakąś część swoich zasobów, to w tym oficjalnym nie mamy szansy skorzystać z całego naszego potencjału.

Życie w cieniu tajemnicy rodzi wiele destrukcyjnych stanów, jak poczucie winy, wstyd, niska samoocena. Z długoletnich badań psycholożki dr Anity E. Kelly z University of Notre Dame w Indianie wynika, że rodzi też depresje, lęki i choroby psychosomatyczne. A skutki tajemnicy skrywanej przez dziecko (na przykład dotyczącej alkoholizmu rodziców, przemocy w domu) mogą nawet zahamować jego rozwój emocjonalny.

Złą reputację tajemnic potwierdza David Eagleman, amerykański neurobiolog. W książce „Mózg incognito. Wojna domowa w twojej głowie” pisze, że długotrwałe ukrywanie poważnych sekretów wpływa negatywnie na zdrowie. A to dlatego, że mózg, któremu powierza się takie informacje, toczy nieustanną walkę między koniecznością ich ukrycia a potrzebą ujawnienia. Te pełne sprzeczności procesy umysłowe powodują napięcie psychosomatyczne, wzrost ciśnienia, stresu, a co za tym idzie – osłabiają odporność.

Mój czyn i moja odpowiedzialność

Justyna (lat 41, matematyczka) drżącymi rękami otwiera kopertę z wynikami badań DNA męża i 16-letniej córki. Czyta: „Prawdopodobieństwo biologicznego ojcostwa wynosi zero procent”. Serce wali jak młot, nogi miękną. Oto widzi, czarno na białym, potwierdzenie tego, co przeczuwała przez całe życie, od momentu, kiedy po raz pierwszy wzięła córkę na ręce. Z tamtym mężczyzną przespała się jeden jedyny raz po kłótni z Januszem, wtedy jeszcze narzeczonym, jej pierwszą wielką, ale burzliwą miłością. Po tej kłótni trzasnęła drzwiami, pojechała do klubu, gdzie przetańczyła całą noc z poznanym tam nieznajomym. Potem wylądowała u niego w mieszkaniu na drugim końcu miasta. Wyszła na palcach, jak tylko zasnął. Nigdy więcej go nie spotkała. Nie wie, jak się nazywa, gdzie mieszka, co robi. Janusz szukał jej całą noc, następnego dnia się oświadczył. Kiedy kilka tygodni później potwierdziło się, że Justyna jest w ciąży, postanowili wziąć szybki ślub. Janusz oszalał na punkcie córki, mimo że ani na jotę nie była do niego podobna, no i nie była też wymarzonym synem. A Ania oszalała na punkcie ojca. Justyna obserwuje ich relację ze zmąconą radością. Odpędza jak natrętną muchę przeczucie, że Ania może nie być córką Janusza. Ale to przeczucie nie daje jej spokoju, wkręca się w mózg, duszę, ciało. Pewnego razu Janusz chce się pochwalić świeżo założonym implantem. „Zaraz, zaraz” – mówi Justyna i sięga po szpatułkę, że niby musi odchylić wargę, a tak naprawdę, żeby pobrać próbkę ze śluzówki męża. Z pobraniem próbki od córki nie ma problemu. Wynik badania przestawia jej życie o 180 stopni. Na razie tylko jej, bo nikomu o tym nie mówi. „Ale z taką tajemnicą strasznie trudno żyć” – pisze w liście do redakcji. Nie oczekuje rady, jedynie wysłuchania.

Czy to znaczy, że powinno się ujawniać wszystkie tajemnice? – Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie – mówi Agnieszka Mościcka-Teske. – Każdy człowiek powinien zrobić swój wewnętrzny bilans: czy mniejsze koszty ponoszę, gdy dźwigam ciężar tajemnicy, czy gdy ją wyjawiam.

Natomiast czysto teoretycznie można znaleźć argumenty zarówno za ujawnieniem tajemnicy, jak i przeciwko niemu.

Sytuacja, w której przemawiają argumenty przeciw: załóżmy, że jesteśmy w stałym związku, na którym nam zależy, ale zdarzyła nam się zdrada, czego teraz się wstydzimy, z czym źle się czujemy.

– Przed ujawnieniem akurat tej tajemnicy warto poważnie się zastanowić – uważa psycholożka. – Zanim powiemy o tym partnerowi, dobrze jest zadać sobie pytanie: czy będzie to służyło związkowi, czy tylko poprawie naszego samopoczucia? Bo tutaj chodzi o coś więcej niż o własne zadowolenie. Jeżeli moją intencją jest to, że chcę być uczciwa, jeżeli autentycznie żałuję tego, co się stało, i wyjaśnię wszystko partnerowi, może uda się na nowo poukładać związek. Ale jeżeli chcę wyjawić tajemnicę, bo jest mi za ciężko samej dźwigać taki ciężar i chciałabym częściowo podzielić się nim z partnerem, to taka postawa jest moim zdaniem nieuczciwa. Zakłada próbę zrzucenia odpowiedzialności za swój czyn. Powoduje, że to, co zrobiłam, staje się teraz także zdarzeniem w życiu partnera. A to przecież mój czyn i moja odpowiedzialność.

Kiedy natomiast górę biorą argumenty za ujawnianiem prawdy? Wtedy gdy ukrywane fakty mogą zaważyć na zdrowiu i życiu innej osoby.

– Ukrywanie prawdy przed kimś, kogo ta prawda dotyczy, na przykład informacji o jego pochodzeniu, rodzicach, to w niektórych sytuacjach ograniczanie jego wiedzy o tożsamości – mówi psychoterapeutka. – Bo tożsamość budujemy także na tym, kim byli nasi przodkowie.

Według podejścia systemowego rodzina to wielopoziomowa struktura, na którą wpływa między innymi jej przeszłość. A więc także rodzinne tajemnice. Niektórzy terapeuci systemowi są orędownikami wyznawania tajemnic. Dla zdrowia rodziny, ale także z tego powodu, że sekrety wcześniej czy później i tak wyjdą na jaw.

O tym, że tajemnice same dochodzą do głosu, jakby wbrew interesowi skrywających je ludzi, świadczy wiele przykładów. Choćby historia Krystiana Bali, autora książki pt. „Amok”, w której opisał pewną zbrodnię prawie doskonałą, tym samym naprowadzając organy ścigania na trop przestępstwa. Jak wykazał potem proces, to autor książki był sprawcą zabójstwa.

Każdy ma prawo do tajemnic

Beata (52 lata, urzędniczka) jeździ do pracy okrężną drogą, codziennie nadkładając ładnych parę kilometrów. Tylko dlatego, że krótsza biegnie obok budynku, który źle jej się kojarzy. Z własnego wyboru przenigdy tamtędy nie pojedzie. Ale kiedy musi – nie może opanować drżenia rąk. 33 lata temu w tym budynku dokonała aborcji. Miała wtedy 19 lat, dopiero co rozpoczęła studia na prawie i zamieszkała w Warszawie w słynnym akademiku na Kickiego. Wreszcie wyrwała się z konserwatywnego domu, wreszcie mogła cieszyć się wolnością. I zapraszać do siebie chłopaka. Do tej pory spotykali się w ukryciu, bo zarówno jego rodzice (bogaci właściciele zakładów mięsnych w miasteczku), jak i jej ojciec (nauczyciel) byli przeciwni ich związkowi. Ale młodzi nie widzieli poza sobą świata. Tuż przed pierwszą sesją Beata, nie bez powodu, zapytała chłopaka: „Co byś zrobił, gdybym była w ciąży?”. „Nawet o tym nie mów, nie możesz mi tego zrobić” – wykrzyknął bez zastanowienia. Pożyczyła pieniądze, umówiła się na zabieg w prywatnym gabinecie położonym na parterze bloku przy jednej z głównych ulic, którą dzisiaj omija. Pojechała sama. Pamięta porażającą ciszę gabinetu i miłą, starszą pielęgniarkę, która zapytała: „Czy wiesz, na co się decydujesz, dziecko?”. „Tak” – odpowiedziała. Z chłopakiem rozstali się kilka dni później. Nikomu nigdy o tym nie powiedziała. Wyszła za mąż, urodziła syna, rozwiodła się. Kilka lat temu przypadkowo trafiła do kina na rumuński film „4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni”. „To wstrząsające zobaczyć swoją historię na ekranie. Ten film powinny obejrzeć wszystkie kobiety. I te, które podjęły decyzję o aborcji, i te, które nigdy nie będą musiały jej podejmować. Proszę polecić go czytelniczkom” – napisała w liście do redakcji.

Ciśnienie wewnętrzne, żeby uwolnić się od ukrytego ciężaru, jest ogromne. Czasem ów ciężar sam niepostrzeżenie wymyka się spod kontroli, czasem może go do tego sprowokować zupełnie niewinne zdarzenie, na przykład wiadomość w telewizji w jakiś sposób do niego nawiązująca. Ale z drugiej strony ludzie poskramiają to ciśnienie, na przykład na różne sposoby uzasadniając niemoralne czyny trzymane w tajemnicy. A wszystko po to, żeby poprawić jakość swojego życia i w miarę normalnie funkcjonować.

– Pomaga im w tym mechanizm, który nazywa się wyjaśnianiem bądź zmniejszaniem dysonansu poznawczego – wyjaśnia Agnieszka Mościcka-Teske. – Proszę zauważyć, że każde zachowanie nie fair, nadmiarowe, nieuzasadnione, a także każdy dramat, który się zdarzył w historii świata, bywają przez sprawcę uzasadniane, tłumaczone, usprawiedliwiane. Mówimy, że zmusiło nas do tego życie, że chcieliśmy dobrze, ale nie wyszło. Każdy z nas znajdzie uzasadnienie zachowania własnego lub osób, które popiera, bo tak jesteśmy skonstruowani, że szukamy racjonalnych uzasadnień. A ponieważ jako ludzie jesteśmy sprawni poznawczo, to te uzasadnienia zawsze znajdziemy. Jakie – to kwestia ekwilibrystyki w myśleniu i inteligencji. Czasami uzasadniamy coś automatycznie, nieświadomie. Na przykład: traktujemy źle innych ludzi, a nie przyznajemy się do tego przed sobą, bo chcemy postrzegać siebie jako życzliwych, otwartych, dobrych. Co więc robimy? Mówimy o innych: żółtki, czarnuchy, czerwoni. Jest to mechanizm dehumanizacji, używamy go na ogół nieświadomie, trochę automatycznie.

Sposoby na ulżenie sobie w sekretnym życiu w wielu kulturach bywają podobne: spowiedź, telefon zaufania, zwierzanie się obcym ludziom w pociągu, pisanie pamiętników. Ale tajemnica tajemnicy nierówna.

– Istnieje obszar naszego życia, który nie podchodzi pod tę definicję. Bo tajemnica to jest coś, czego nie chcemy i nie możemy ujawnić innym, co świadomie ukrywamy, ponieważ boimy się konsekwencji. Natomiast każdy z nas ma też takie terytorium świata wewnętrznego, którego z różnych względów nie ma potrzeby odkrywać przed innymi. To są nasze intymne przeżycia, coś, co lubimy, co nas fascynuje, ciekawi, ale też obrzydza, odpycha. Nie musimy z nikim się tym dzielić. Może być tak, że przeżyjemy całe życie i nie powiemy o tym nikomu. Bo nie ma takiego obowiązku. Każdy z nas ma prawo do intymnych tajemnic, które dotyczą tylko nas.

Otwórz się

Im więcej masz przyjaciół, tym jesteś zdrowszy – wykazały badania profesora psychologii Jamesa Pennebakera. Pod warunkiem jednak, że dużo z nimi rozmawiasz, przede wszystkim o trudnych przeżyciach. Okazuje się, że jeżeli doznasz urazu, chowasz obciążającą cię tajemnicę i z nikim o tym nie pomówisz, to liczba przyjaciół nie ma żadnego znaczenia. Ma – gdy się przed nimi otwierasz!

Prawda ciała

Powstrzymywanie się od ujawniania sekretnych myśli i uczuć powoduje zwiększenie potliwości dłoni i stóp, określanej mianem aktywności elektrodermalnej. W momencie samego aktu wyznania zwiększa się ciśnienie krwi i rytm serca. Natomiast już po wszystkim (szczerym wyznaniu tajemnicy) ciśnienie krwi spada do poziomu dużo niższego niż przed wyznaniem.

  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień
  1. Psychologia

Przyszłość małżeństwa – monogamia symetryczna

Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Pisze się o zdradach, rozwodach, poliamorii itp. Czy jest więc sens zastanawiać się nad monogamią i wiernością albo nad spełniającym te kryteria małżeństwem? Tak, Helen Fisher, amerykańska antropolożka i badaczka miłości, przepowiada im wielką przyszłość. Nowy rodzaj związku nazywa symetrycznym.

Gdyby kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej miała opowiedzieć o swojej seksualności, to co by powiedziała? Jak brzmiałoby jej wyznanie? Zainspirowane przez Helen Fisher, amerykańską antropolożkę, napisałyśmy z Izabelą Jąderek, warszawską seksuolożką i psychoterapeutką, wyznanie takiej kobiety: Naga? Jestem otwarta i naturalna w miłości. Nie wstydzę się swojego ciała. Lubię je. Piersi za małe, pupa za duża? Akceptuję swój wygląd, niedoskonałości nie spędzają mi snu z powiek. Jestem taka, jaka jestem. A jeśli coś mi przeszkadza, czuję zawstydzenie czy zakłopotanie, to przyglądam się temu. Zastanawiam się: „Czy tego nie chcę, czy może uważam, że nie powinnam chcieć, bo tak mnie wychowano?”. Naga w seksie, ale też naga w emocjach, w marzeniach, w fantazjach, w pragnieniach: uległości czy dominacji nad tobą. Nie czuję się zmuszona do bierności! Inicjuję seks bez obawy, że powiesz: „Jesteś zbytnio wyzwolona”, albo nawet: „wyuzdana!”. Oddaję ci się też bez wstydu, jeśli tylko mam takie pragnienie. W łóżku mogę śmiać się, krzyczeć albo śpiewać. To zależy, co czuję i jak przeżywam miłość. Mam oczekiwania i chcę, byś je spełnił. Spotkałam cię po kilku bardziej lub mniej nieudanych związkach i nareszcie mogę być sobą, będąc z mężczyzną. Ufam ci. Dajesz mi poczucie bezpieczeństwa.

Cudne? Ba! Ale czy takie pogodzenie ze swoją cielesnością i seksualnością to dla wielu kobiet nie utopia? Czy każda z nas, jeśli tylko zachce, może stać się kimś takim?

Poznaj samą siebie

Myślimy, że serce i miłość to synonimy, mówimy: „Oddałam mu serce”; „Złamał mi serce”. Izabela Jąderek przekonuje, że najważniejsze jest zbudowanie relacji z samą sobą. Poznając siebie, kobieta odkrywa, jak chce się kochać, i znajduje w sobie śmiałość, by właśnie tak to robić. Czy jednak każda z nas może zacząć kochać i żyć w zgodzie ze swoją zmysłowością, seksualnością? I czy jest to aż tak ważne? – W moim osobistym przekonaniu każda może i ma do tego potencjał – stwierdza Izabela Jąderek. – Oczywiście, napotka na tej drodze mnóstwo wybojów, ale kluczem jest słowo „chcieć”: przyglądać się sobie po to, by zrozumieć siebie i swoje potrzeby również w tym aspekcie, jakim jest seksualność. Potem można ją przyjąć albo coś w niej zmienić.

A czy to ważne? Tak, jeśli marzy nam się symetria we dwoje, a nawet małżeństwo symetryczne. Zakłada ono równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. Żeby być równą mężczyźnie w realizacji swoich pragnień, kobieta musi wiedzieć, jakie one są, czego chce od kochanka. A to wcale nie jest takie oczywiste, nawet dla niej samej. Dlaczego? Związek monogamiczny dziś oznacza często tradycyjny podział ról i zależności. Wynika to z wychowania, a często i ekonomii. – Kobieta ekonomicznie zależna bywa też zależna mentalnie – wyjaśnia Jąderek. Powściąga się w łóżku i dostosowuje do partnera, i to w sposób całkiem bezwiedny.

Nie zawsze tak jest, ale jeśli mamy wątpliwości, czy realizujemy swoją seksualność, warto się zastanowić, jak nas wychowano. Czy moi rodzice okazywali sobie nawzajem czułość? Czy ja lubię swoje ciało? Czy potrafię wskazać, gdzie pojawiają się w nim uczucia? A może chcę się upodobnić do modelek, aby poczuć się atrakcyjna? A seks? Czy kojarzy mi się z przyjemnością, czy ze skrępowaniem? To pomoże nam odnaleźć drogę do zrozumienia swojej seksualności i do ewentualnej erotycznej zmiany siebie.

Szczęśliwi we dwoje

Równość ekonomiczna jest ważna, bo zdaniem badaczy monogamia symetryczna to powrót do archaicznego związku, w którym panowało partnerstwo! W czasach łowców i zbieraczy, a więc przed wynalezieniem pługu, kobieta i mężczyzna wnosili tyle samo do wspólnej spiżarni. Czyli byli ekonomicznie równi i dlatego mieli równe prawa erotyczne. Małżeństwo symetryczne wraca, bo kobiety stają się na powrót równe swym partnerom. Ale też mężczyźni mają dziś do wykonania wewnętrzną pracę. Do gabinetu seksuologów trafiają ci, którym przeszkadza, że żona zarabia więcej lub po prostu dużo. Mężczyzna chce czuć się potrzebny, mieć co dać kobiecie. Nie muszą to jednak być pieniądze. A co? Warto nad tym pomyśleć.

Dziś ludzie są ze sobą z różnych powodów i na różnych zasadach. Ale jeśli łączy ich miłość romantyczna (prawie 90 proc. par), czują się sobie równi także w seksie i są wierni, taki rodzaj związku to właśnie monogamia symetryczna. Sposób na szczęście we dwoje. Trwałe szczęście.

To zachęcające! Gdyby więc chcieć stworzyć taki związek, to od czego zacząć? Od udanego seksu? A co jeśli do tej pory seks nie był naszą mocną stroną? Nie wszystkie kobiety nawet go lubią. Można odblokować ukrytą, nawet przed samą sobą, energię seksualną.

– Pomagają w tym rytuały niemające wiele wspólnego z seksem – mówi Izabela Jąderek. – Bo też radość w łóżku znajdziemy, jeśli wejdziemy do niego prowadzeni intymnością i uczuciem. Miłością. Staroświeckie? Może, ale skuteczne – dodaje seksuolożka. Czerpanie radości z seksu opiera się na intymności. Udany seks nie wydarzy się bez udanej relacji, dlatego to, co wzmacnia bliskość, uwalnia także seksualną energię. Kobieta i mężczyzna czasem jej nie odczuwają tylko dlatego, że nie łączy ich intymność.

Miłosne rytuały

Siadamy naprzeciw siebie na łóżku czy dywanie. Dłonie kładziemy w okolicach serca partnera. Próbujemy dostosować oddech do jego oddechu: z jego wydechem bierzemy wdech, tworząc oddechowe koło. Patrzymy sobie w oczy.

– Jedno i drugie z dużą dozą prawdopodobieństwa może się rozpłakać, bo też rzadko kiedy ludzie okazują sobie czułe zainteresowanie przez kilka minut, bez przerwy patrząc na siebie – mówi psychoterapeutka. Po tym czasie, jeśli poczują taką potrzebę, mogą się przytulać, całować, ale nie kochać. Chodzi o odczucie bycia razem blisko, ale bez seksu. To doświadczenie intymne. Czułe bycie razem zbliża bardziej niż seks i przygotowuje do seksu, który buduje intymność. Bo też często brakuje nam właśnie tej czułości. Dlatego taki rytuał czasem wystarczy, by kobieta, która uważała, że nie ma libido, odczuła nagle ochotę na seks. Uważność mężczyzny jako afrodyzjak? Ochota na seks maleje wskutek jej braku. Odwrotnie działa poczucie bycia widzianą. Samo jednak ćwiczenie nie wystarczy.

– Potrzeba uważności w codziennym życiu – dodaje Jąderek. – Ale i na to jest sposób: nauka uważnej komunikacji. Ona lub on mówią przez trzy do pięciu minut. Drugie słucha bez przerywania, a potem powtarza to, co usłyszało, własnymi słowami. „Czy o to chodziło?” Następnie zamieniają się rolami.

– Para dodatkowo może skorzystać z rytuałów, które oparte są już na kontakcie cielesnym, ale nie seksualnym. Dzięki nim można doświadczyć tego, że w seksie nie chodzi o sam mechaniczny akt – dodaje Jąderek.

Kobieta opiera nogi na biodrach partnera, on wprowadza członek do jej pochwy. I tu podobieństwa do stosunku seksualnego się kończą. Bo oboje są tak spleceni przez pięć do dziesięciu minut. Patrzą sobie w oczy. Dłonie trzymają na klatce piersiowej, oddychają w podobnym tempie. A potem on wychodzi z niej i ją przytula. Mówią, co czują. Z seksu lepiej na tę chwilę zrezygnować, a zyska się coś, co będzie pomagało i w nim, i w byciu razem, i w miłości… Genitalia nie służą tylko do seksu, ale też byśmy poczuli, co to znaczy być Jednym. To już jest bardziej emocjonalny czy duchowy wymiar seksu. Przekroczenie jednostkowego bytu.

Mężczyzna w monogamii

– I tu jest sedno sprawy – mówi Izabela Jąderek. – Kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej może tak się zachowywać, ponieważ spotkała właściwego mężczyznę – takiego, przy którym czuje się bezpiecznie i do którego ma zaufanie. Tworzą związek partnerski, począwszy od podziału obowiązków domowych, poprzez opiekę nad dziećmi, jeśli je mają, a skończywszy na seksie. To, jacy jesteśmy, ma związek z relacjami, jakie tworzymy.

A gdyby tak dla odmiany miał się nam zwierzyć mężczyzna żyjący w monogamii symetrycznej, to jak brzmiałoby jego wyznanie? Puśćmy znów wodze wyobraźni: Pożądam cię, kiedy masz ogień w oczach. Jesteś pełna energii. A więc kiedy zajmujesz się tym, co cię pasjonuje. Pożądam cię, gdy robimy razem coś nowego, niecodziennego. Jedziemy do jaskiń obejrzeć nietoperze, gotujemy mule na ognisku, a nigdy tego nie robiliśmy. Pragnę cię, kiedy czuję, że mogę się przy tobie swobodnie zachowywać. Chcę cię zdobywać. Zgadywać, kim jesteś. Chcę, byś ciągle wzbudzała moją ciekawość.

Gdy pokochamy i poczujemy się kochane – nie rezygnujmy więc ze swoich pasji. Z siebie. A często tak robimy. Bardziej zajmują nas nowe rolety niż to, co pasjonowało przed ślubem, na przykład taniec współczesny. – Pożądanie karmi się innymi emocjami niż stabilność – dodaje Izabela Jąderek.

Pozwalajmy więc sobie na świeżość, ekscytację, tajemniczość – tam mieszka pożądanie. Pożądanie związane jest z poziomem dopaminy, a ta wydziela się, gdy robimy rzeczy nierutynowe. Dopamina zaś odpowiada za doświadczanie orgazmu, a ten stymuluje przepływ oksytocyny i wazopresyny, budzących uczucie przywiązania. Dlatego udany seks jest elementem szczęśliwej i trwałej miłości. Utrwala on wierność, która wydaje się nieoceniona w związku symetrycznej pary.

Wierność otwiera ciało

Kobieta, która wierzy, że jej partner jest wierny, mogłaby powiedzieć coś takiego: Jesteś dla mnie najważniejszy, ja dla ciebie – jedyna. To pozwala mi przeżywać naszą bliskość wyjątkowo. Moje ciało przed nikim tak się nie otwiera jak przed tobą. Kiedy się kochamy, jesteśmy jednym ciałem i duchem… A tu nagle: trzask! W twoim telefonie zdjęcie nagiej kobiety i SMS: „Będę jutro w porze lunchu”. Zdradziłeś mnie?! A więc nie jestem jedyną, na którą tak patrzysz? Jest jeszcze ktoś, kto stał się ode mnie atrakcyjniejszy, ważniejszy. Ciało się zamyka. Serce się zamyka. Czuję wstyd, lęk przed oceną, porównywaniem. Już nie patrzę na ciebie z miłością. Patrzę z lękiem i złością. Zastanawiam się, kim ty jesteś, kim ja jestem.

Zdaniem belgijskiej psychoterapeutki i badaczki Esther Perel, kiedy kochamy romantycznie, symetrycznie, zdrada bywa ostateczna właśnie dlatego, że sięga naszej tożsamości, poczucia tego, kim jesteśmy. Kiedy kochamy, wierność jest konieczna. Kiedy jesteśmy z kimś dla złotej karty, nie ma ona takiego znaczenia. Ale też trudniej wtedy o to upragnione szczęście we dwoje. Symetryczna miłość daje głębsze możliwości realizowania siebie we dwoje, ale więcej też wymaga.

Przyszłość małżeństwa

Dla wielu to żart. Wzrasta akceptacja dla rozwodów, ba, pojawił się nawet nowy rodzaj wstydu – związany z tym, że nie odchodzimy od kogoś, kto jest nie taki, jak powinien. Nie sprzyja monogamii także stawianie na siebie.

– Mimo to, a może właśnie z tego powodu, monogamia jako swoista przeciwwaga powraca – stwierdza seksuolożka. Kultura konsumpcyjna, oderwanie seksu od miłości nawet jeśli dają przyjemność, to także nużą. Coraz częściej widać chęć powrotu do takich wartości, jak miłość, partnerstwo, czułość. Zmianie ulega tylko definicja związku i potrzeb z nim związanych. Nie rezygnujemy ze ślubu. Mamy po prostu inną strategię szukania partnera czy partnerki – czekamy, aż będziemy pewni. A pewni bywamy zazwyczaj po kilku związkach. Bliżej 40. niż 20. urodzin. Nadal jednak chcemy kochać i być kochani.

  1. Psychologia

Władza a podległość – jak zmieniają ludzi?

Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
W jaki sposób miejsce w hierarchii służbowej wpływa na kreatywność? O decyzyjności, zarządzaniu i ich oddziaływaniu na pełnienie ról społecznych w organizacji mówi dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS, ekspertka od zagadnień związanych z władzą i przywództwem.

Zrób prosty eksperyment. Narysuj kredką literę „E” na własnym czole. Wykonaj tę czynność i dopiero wtedy zacznij dalej czytać ten tekst. Już? Jeśli na co dzień sprawujesz władzę, to prawdopodobnie narysowałeś literę „E” z kreskami poziomymi skierowanymi w lewo.

No cóż, nie ułatwiłeś zadania obserwatorom. Nic dziwnego. Osoby zarządzające innymi koncentrują się na sobie i swojej perspektywie. Gdy w laboratorium badacze poprosili o narysowanie „E” uczestników, u których za pomocą wspomnień aktywizowano władzę lub podwładność, to aż trzy razy więcej osób kierujących personelem rysowało ją z własnego punktu widzenia. Badacze pod przewodnictwem Adama Galinsky’ego z Columbia Business School udowodnili, że sprawowanie funkcji kierowniczej znacząco podwyższa egocentryzm i zniechęca do patrzenia na rzeczywistość z innej perspektywy niż własna. Osoby uprawnione do kontroli podwładnych (nawet przez chwilę wzbudzoną w badaniach) automatycznie przyjmują założenie, że inni mają taką samą wiedzę, jak oni i taki sam dostęp do informacji. Gdyby przeanalizować sytuację osób pełniących role związane z władzą to często efekt „czołówki E” występuje w codziennej pracy i może prowadzić do uprzedmiotowienia podległych pracowników, niezauważania potrzeb innych oraz realizowania osobistych celów. Władza nie tylko obniża empatię. Prowadzi do wzrostu pewności własnych opinii i ogranicza skłonność do uwzględniania rad innych. Kierując innymi tracimy motywację do tego, aby ich rozumieć. Jak wykazały amerykańskie badaczki Jennifer Overbeck i Bernadette Park, staramy się zrozumieć inne osoby dopiero wówczas, gdy uświadamiamy sobie, że bez ich pomocy nie osiągniemy założonych celów zawodowych.

Podwładność zabija kreatywność

Władza to jednak nie tylko duże ego. Jedną z najbardziej poszukiwanych i najważniejszych kompetencji szefa jest umiejętność wprowadzania zmian i innowacji w firmie. Do tego również potrzebne jest poczucie mocy i wpływu, a przy tym takie postępowanie, by inni nie czuli się podwładnymi. Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. Pozwala widzieć świat czy cele z lotu ptaka, z pominięciem nieważnych szczegółów. Jak z kolei wykazali Keltner, Gruenfeld i Anderson psychologowie społeczni z Uniwersytetu Stanforda przyjmowanie roli podwładnego uruchamia system hamowania, który prowadzi do skupienia na analizie detali, blokuje kreatywne myślenie i utrudnia działania, a tym samym wprowadzanie zmian w swoim otoczeniu.

Dobry kierownik

Aby rozwijać ludzi trzeba znać ich potrzeby i dobrze rozpoznać potencjał. Wiedzieć, do czego ten proces ma doprowadzić w dłuższej perspektywie szefa i jego pracowników. Wtedy pojawia się prawdziwa współzależność celów. Władza jest dobra i warto ją mieć, by skutecznie zarządzać zespołem. Przywództwo też jest ważne, by inni widzieli, że wiesz dokąd i po co razem zmierzacie. Warto pamiętać o słowach Monteskiusza, który mawiał, że „By dokonać wielkich rzeczy, nie trzeba być wielkim geniuszem, nie trzeba być ponad ludźmi, trzeba być z nimi", Najważniejsze jest zarządzanie, które sprawia, że jesteś blisko ludzi, ich problemów.

Jak to osiągnąć w praktyce? Oto kilka rad wynikających z wielu badań. Przede wszystkim nie przestawaj zarządzać, czyli planować, delegować, egzekwować. Bądź blisko ludzi, pamiętaj o ich zawodowej codzienności i ich potrzebach. Nie jesteś sam. Masz zespół. Gdy go budujesz nie rób tego tylko dla siebie, ale też dla jego członków. Przywództwo uwodzi, bo szef lub kierownik czuje, że staje ponad innymi, czuje się lepszy i ważniejszy, co powoduje, że zaczyna myśleć, że może pozwolić sobie na więcej. Uważa, że ma większe prawa, co może prowadzić do łamania norm lub działań niezgodnych z zasadami. To zasługa systemu dążenia, który włącza się w sytuacji sprawowania władzy. Dlatego, gdy pojawi się poczucie wyższości, dla dobra zatrudnionych ludzi warto natychmiast wyjść z gabinetu i pójść do stołówki dwa piętra niżej, by posłuchać jakie problemy mają członkowie zespołu, co ich trapi, co interesuje. Warto dać się wypowiedzieć swoim ludziom i posłuchać o tym jakie mają pomysły. Wziąć pod uwagę perspektywę innych i szukać rozwiązań, które naprawdę wychodzą naprzeciw zgłaszanym przez nich potrzebom. Poddawać się ocenie i reagować konstruktywnie na otrzymywane komunikaty zwrotne. To ochroni szefa przed egocentryzmem, efektem „czołówki E”, przed upadkiem i wreszcie przed samą utratą władzy. Badania pokazują, że zespoły działają najlepiej – to oznacza także efektywność w realizacji zadań - gdy energia, którą daje zwierzchnictwo, połączona jest z treningiem przyjmowania perspektywy – u szefów, nie u podwładnych.

Gdy zatem słyszę, że menedżer zarządzający zespołem twierdzi, że nie chce sprawować władzy, to zaczynam się martwić o jego ludzi. Pozycja w firmie, która umożliwia kierowanie pracą ludzi, daje możliwość wywierania wpływu, a bez tego nie ma skutecznego zarządzania. Władza sprawowana z odpowiedzialnością za innych ma sens.

Dr Dorota Wiśniewska-Juszczak w pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem. Prowadzi badania nad konsekwencjami stosowania różnych strategii wpływu w relacji z osobami poddanymi władzy. Jako praktyk – trener i konsultant – specjalizuje się w budowaniu efektywnych zespołów i komunikacji w ich obrębie. Jest autorką innowacyjnej metody pomiaru potencjału przywódczego menedżerów, akredytowanym trenerem Insights Discovery oraz trenerem najwyższego stopnia terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach.

Materiały prasowe SWPS

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.